Recenzja Final Fantasy Type-0
Final Fantasy Type-0 – gra sprzeczności

Za sobą mamy już pierwszy okres podniecenia, od premiery FF Type-0 mija już tydzień, PSP powoli stygnie, więc można pokusić się o próbę krótkiej, aczkolwiek zaznaczam subiektywnej, recenzji. Osobiście muszę napisać, że po tak długim czasie podgrzewania nastrojów już sama nie jestem pewna, czego się po tej grze spodziewałam. Na pewno pasjonującej rozgrywki. Czy oczekiwałam, że gra będzie współczesnym nawiązaniem do takich legendarnych tytułów jak FF7, FF8 czy FF9? Być może. Na wstępie mogę jednak zaznaczyć, że fani tych części mogą spać spokojnie - FF Type-0 pozycji legendy im nie odbiera.

Gdy usiłuję skreślić parę zdań na temat tej gry, do głowy przychodzi mi przede wszystkim jedno słowo: sprzeczność. Type-0 jest grą pełną sprzeczności. Ma w sobie wielki potencjał, ale autorzy nie omieszkali zaserwować nam też paru negatywów.

Zacznę od zalet, bo o nich się o wiele milej pisze. Za co można kochać Type-0?
Przede wszystkim za muzykę. Takeharu Ishimoto spisał się na medal. Dostajemy mieszankę brzmień niemal z pogranicza rocka i elektroniki, które płynnie przechodzą w utwory symfoniczne. Muzyka z pola walki często się zmienia, by po pokonaniu głównego bossa przejść w absolutną ciszę. Buduje to wspaniały nastrój i jest jednym z większych atutów gry. Zwłaszcza, jeśli dodatkowo przemierzamy mroczne lokacje typu podziemia zamieszkiwane przez podłe zombie.

Druga rzecz to grafika. PSP, wiadomo, tytanem osiągów w tej dziedzinie nie jest, ale i tak wiele razy pokręcicie głowami, mówiąc: "Rany, to na tym tak się da?". Twórcy zadbali o zapierające dech w piersiach lokacje. Zarówno na misjach, mapie świata jak i w samej szkole głównych bohaterów. Akademia Suzaku to jedna z lepszych lokacji, jakie w ogóle dane mi było oglądać. Moim zdaniem, ustępuje tylko Pustynnemu Pałacowi i Memorii z FF9.
W samym gameplay’u czasem coś chrupnie, czasem czyjeś włosy wejdą do środka głowy, czasem ktoś będzie miał dziurę w czerepie (pamiętacie chyba, co się działo z Cloudem w starej, dobrej Siódemce? :P), ale ogólnie daje radę.

Kolejna sprawa: główni bohaterowie. Z drobnymi wyjątkami to banda sympatycznych dzieciaków, z których praktycznie każdy ma swoje własne skrzywienia. Przykładowo: Ace to kujon bardzo lubiany (hmmm) przez doktor Arecię, Nine chlapie głupotami na prawo i lewo, Queen bywa sztywna niczym kij od szczotki, mimo że skrycie marzy o pewnym wysokim przystojniaku (wysokim, podkreślam, i nie jest to King:P), Cinque zdecydowanie cierpi na zaawansowane ADHD, a Machina ma problemy z własną osobowością. Jedynie u Seven nie zanotowałam niczego niepokojącego :). Wszyscy składają się na ciekawy kolaż. Jeśli dodamy do tego unikalne dla każdego style walki, to jest się czym zachwycać. Oczywiście, przy tak dużej ilości postaci fabularne uzasadnienie istnienia każdej z nich nie było możliwe. O ile więc główny bohater, czyli lider Klasy Zero – Ace – ma sporo wątków ze swoim udziałem, a kilkakrotnie gra sama przerzuca nas na jego postać, to reszta stanowi bardziej tło. Ciekawym zabiegiem są też postacie Rem i Machiny, pary uczniów z transferu, ponieważ dostajemy wiele scenek z ich udziałem, niemniej jednak ich akcje są czysto fabularne i poza zasięgiem gracza.

Całkiem przyjemny jest też rozwój czarów w Altocrystarium (uruchamianym bezpośrednio z menu lub po dojechaniu windą, która znajduje się w pobliżu sali lekcyjnej). Zbieramy w walkach Phantomy o różnych kolorach, a następnie za ich pomocą rozwijamy cechy czarów takie jak np. ogólny poziom, ilość zużywanego MP itd. Może nie jest to osiągnięcie na miarę tego co serwowało FF8 (nie dla wszystkich akurat to był pozytyw tamtej części), ale raczej każdy ogarnie, o co w tym chodzi.

Teraz, niestety, muszę napisać o wadach. Są one oczywiście subiektywne i dla innej osoby mogą stanowić zalety. Przede wszystkim fabuła. Tutaj miałam mały problem, ponieważ po pierwsze gra jest po japońsku (:)), a po drugie główna historia wydaje się być zbyt słabo podkreślona. Po naprawdę mocnym wstępie, wyjaśniającym kulisy Wielkiej Wojny oraz pokazującym Ace’a nad zwłokami przyjaciela, ten dramatyzm gdzieś się sypie, pozostawiając na swoich miejscu odrobinę, niestety, schematyczne misje. Sam temat gigantycznego konfliktu, gdzie wszyscy się na przemian zdradzają i wciągnięcie do tego, w sumie bardzo naiwnych, dzieciaków, to zalążek wspaniałej opowieści. Jednak największą bolączką Type-0 wydaje się brak spójności. Chwilami mam wrażenie, jakby twórcy zbyt podniecili się bombastycznymi efektami w walce i samą ideą posiadania naraz kilkunastu postaci do podmiany, po czym powklejali krótkie filmiki, żeby "zlepić całość do kupy". Wspomniana już schematyczność gry i tzw. "parcie do przodu" zdaje się być bolączką nowych FF-ów.

Z bólem serca muszę przyznać, że tej części również nie udało się uniknąć owej przypadłości. Kolejna sprawa to postacie tzw. villainów oraz pół-villainów. Sam Cid, owszem, budzi grozę i jednocześnie respekt. Qator Bashtar to znowu niezłe ciacho, przystojniejszy oraz zaradniejszy Seifer, jak ktoś się upiera (no i walka z nim to ciężkie wyzwanie). Podobnie prezentują się inne postacie stojące po Ciemnej Stronie Mocy. Jaki więc jest problem? Za rzadko się pojawiają. Wyskakują na śmiesznie krótkich filmikach, by potem zniknąć na dwie czy trzy misje, a wierzcie mi, to w FF Type-0 prawdziwa wieczność. Mamy też postacie takie jak Machina, który z całą swoją posągową twarzą bishounena stawia się, pokazuje rogi, jak tylko może. Wzywa imię brata swego na daremno, a morderców widzi wśród Klasy Zero. Znika z drużyny, pojawia się na mapie świata, potem znowu się obraża – naprawdę humorzasta panna z niego. Rozumiem, jaką miał być postacią. Targany wewnętrznymi sprzecznościami pomiędzy bólem po stracie bliskiej osoby, chęcią chronienia żyjącej bliskiej osoby, a jednocześnie poczuciem własnej słabości. Jednak Machina swoim zachowaniem utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że jest idiotą. Mam radę dla nowego zespołu SE, by przestali na siłę tworzyć postacie z problemami psychicznymi. To potrafili robić twórcy FF7, FF8 czy FF9. Obecnie są to problemy na poziomie odpowiednim dla dwunastolatka modlącego się przed Xboxem. Ja mówię temu: nie!

Ostatni zarzut, jaki zamierzam wytoczyć, to sprawa walk. Walki stanowią 95% tej gry. No, może nawet troszkę więcej... Walki są po prostu za trudne. Mówię to z pełną odpowiedzialnością osoby, która piała z zachwytu nad demem. Rozumiem, że nie może być za łatwo, że bossowie mają wzbudzać grozę, ale istnieją pewne granice przyzwoitości. W Type-0 wiele misji kończy się potrójnymi lub poczwórnymi walkami z bossami bez przerwy oraz bez save pointów. Do tego chaotycznie pracująca kamera znajdująca się pod strzałkami nie ułatwia wcale rozgrywki. Czasem pojawiają się dość wkurzające wymogi fabularne typu: daj się zabić, a gra pójdzie do przodu. Nie jestem zwolennikiem ułatwień w grach, uważam jednak, że w tym przypadku twórcy przesadzili. Zwłaszcza, mając w pamięci słowa reżysera, że grę bez problemu ukończy każdy. Być może targetem FF Type-0 są Japończycy, którzy mają czas by grindować do upadłego, a potem przejść grę z palcem w nosie na 99. levelu, ale w Europie nie ma tak dobrze. Ha, no i tutaj pojawić się musi stwierdzenie, że ta gra dla nas przecież wcale nie była. I może nigdy nie będzie.

Podsumowując, napiszę tak... Final Fantasy Type-0 jest dobrą pozycją posiadającą swoje mocne strony, ale wtapia się w obraz tego, co SE wydaje obecnie. Nie dorasta do FF7 czy FF9, to po prostu zupełnie inna gra. Bardziej action, chwilami nawet zahaczająca o survival. Przyznam, że spodziewałam się jednak większego nacisku na fabułę, a nie na bezmózgie naparzenie. Powoli przyzwyczajam się do myśli, że takich tytułów jak FF7 i FF9 już po prostu nie zobaczymy. Dlaczego? Bo dzisiaj ludzi bardziej interesują płomienie Ifrita oraz wdzięki Shivy niż rozterki Viviego na temat limitu życia. Podejrzewam, że gdyby dano grze tytuł np. "Chronicles of Class Zero", poszłoby u mnie oczko wyżej. FF Type-0 jest FF przede wszystkim z nazwy. Grywalnie to już zupełnie inna bajka. Lepsza czy gorsza, na to każdy odpowie sobie indywidualnie.
Używając skali dziesięciopunktowej, daję tej pozycji uczciwe 7/10.



Lacus Clyne Avatar
Lacus Clyne odpowiedział w temacie: #7690 2011/11/16 10:58
E tam, od razu zniewieściały :P Steruje fajniusim robotem :P
shizonek Avatar
shizonek odpowiedział w temacie: #7674 2011/11/12 19:10
Całkiem najs, ale nie powiedziałabym, że to lepsza wersja. Bardziej zniewieściała, to tak. :P
Lacus Clyne Avatar
Lacus Clyne odpowiedział w temacie: #7673 2011/11/12 12:44
shizonek Avatar
shizonek odpowiedział w temacie: #7671 2011/11/10 20:19
"Qator Bashtar to znowu niezłe ciacho, przystojniejszy oraz zaradniejszy Seifer"

Chociaż to stwierdzenie ociera się o herezję, chętnie obejrzałabym obrazek ze wspomnianą "tak zwaną lepszą wersją Seifera" ;)

Kto jest online

Odwiedza nas 332 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • BucyBucy za 8 dni awansuje na nowy poziom! (23)
  • Filipus Magnus za 8 dni awansuje na nowy poziom! (18)
  • tifaczek za 9 dni awansuje na nowy poziom! (22)