Forum

FF8 w krzywym zwierciadle.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/07 17:46 - 2010/10/27 12:38 #4494 przez audion
Skoro nikt nie protestuje, to niech i tutaj zagości to opowiadanko :) .

Część 1

Był ranek. Squall podniósł się z lekarskiej kozetki. Dr Kadowaki po raz kolejny dała mu wykład na temat szkodliwości potionów i związanych z tym zaników pamięci, co Squall jak zwykle miał w głębokim poważaniu. Po chwili pojawiła się Quistis, pytając o samopoczucie.
-Jak może się czuć człowiek po trzydniowej imprezie? - pomyślał Squall, po czym odpowiedział ze złością - świetnie.
-Musicie bardziej uważać na treningach - powiedziała Quistis.
-Jakich treningach? - zapytał ze zdziwieniem Squall.
-To ciekawe skąd ta rana? - rzuciła Quistis.
-Spojrzał się na nią spod byka i powiedział - ojejku, po prostu Cif pomagał mi przy goleniu.
-Czoła? - Zapytała ze wzburzeniem.
-No brwi mi się po środku zrastają i głupio to wygląda – odrzekł.
-A skąd Seifer ma identyczną? - zapytała.
-Kazał sobie zrobić, jak mu powiedziałem, że teraz laski na to lecą – odpowiedział z lekkim uśmieszkiem
-To może jeszcze depilowaliście sobie pośladki, bo to też modne? - zapytała z zażenowaniem.
-A o tym nie wiedziałem - odpowiedział z wyraźnym zaciekawieniem.
-Dobra, dobra, skończmy te rozważania, bo schodzą w niebezpieczne rejony, za pięć minut widzę cię na sali wykładowej - powiedziała wychodząc.
Po chwili za przeszkloną ścianą pojawiła się jakaś dziewczyna, coś mówiąc, jednak kac męczący Squalla nie pozwalał mu, ani myśleć, ani słyszeć. Zresztą, jak zawsze, mało go to obchodziło. Po chwili wstał i udał się do sali wykładowej.
Gdy tylko usiadł w ławce, przyłożył czoło do zimnego blatu. Ulżyło mu to w cierpieniach i pozwoliło zasnąć. Już jego ręce zaczynały obłapiać wydepilowany tyłek Seifera, gdy ze snu wyrwał go głos Quistis:
-Eeee, student pobudka w barze eliksir rozdają.
-Zerwał się na równe nogi - co, gdzie, ale o co chodzi? Ojejku dobrze, że mnie pani obudziła, bo koszmara miałem.
-Koszmara to dopiero będziesz miał, jak nie zaliczysz zadania w Jaskini Ognia.
-Jezu, babo, co się czepiasz - pomyślał.
-Dobra już się za to biorę, ale muszę chwilkę odetchnąć - odpowiedział od niechcenia.
-Idź najpierw do komputera i pobierz GF-y.
-Dobra już się robi - powiedział z kłamanym entuzjazmem.
Zasiadł, wyciągnął swojego Pendrive`a i usilnie zaczął szukać gniazda USB. Niestety ku jego rozczarowaniu, komputer takowego nie posiadał. Na domiar złego nie mógł się dopatrzyć nawet stacji dyskietek.
-Pani struktor, ale jak ja mam pobrać te GF-y, skoro tu nie można nic podłączyć?
-Można, można - odpowiedziała Quistis, podając z uśmiechem magnetofon kasetowy.
-O kur... - uciął.
-Sorry, ale ja się na archeologię nie pisałem - powiedział z wyraźnym sarkazmem.
-Nie marudź, rząd nie podpisał umowy z konsorcjum Estharskim, na sprzedaż stoczni w Fisherman`s Horizon i nie będzie dotacji na zakup nowych komputerów.
-Dobra, tylko moja wiedza informatyczna może nie ogarnąć tak skomplikowanych zagadnień, jak gromadzenie danych na taśmach magnetofonowych - dodał nie wyzbywając się z głosu sarkazmu.
-Pomogę ci - rzuciła od niechcenia Quistis.
Po godzinnej walce ze sprzętem, udało się przenieść GF-y na taśmę. Squall w tym czasie zdążył ukulać sporą kulkę z nosa, czym wprawił w niesmak panią instruktor.
-Bierz zatem sprzęt i spotkamy się przy bramie.
-Pani struktor, da mi pani jakieś dwie godziny, bym mógł doprowadzić się do porządku.
-To znaczy – zapytała zdumiona.
-Oj muszę coś na kaca, bo nie wyrobię.
-No dobra, ale tylko jeden potion, odparła.
Gdy wyszedł z sali wpadła na niego Selphie.
-Patrz jak pląsasz rusałko, bo mi nowe adki podeptałaś.
-Oj jaki milusi chłopczyk - odparła. Może mnie oprowadzisz po ogrodzie?
-Czy ja ci k...a przypominam kawał miedzianego drutu w izolacji igelitowej, że mnie z przewodnikiem mylisz? - zapytał.
-O i jaki dowcipny - pomyślała oddalając się w kierunku klasy.
Po zakupieniu i wypiciu kilku mega-potionów Squall udał się do bramy, a gdy dotarł na miejsce, wybełkotał:
-Jeszstem godowy.
-Na co? - zapytała Quistis.
-Na sadanie w jaskini..., jak jej tam..., no tej so tam siepło jest...
-Ognia - podpowiedziała.
-Oooo, jaka pani płyskotliwa - zażartował.
-Chłopie ty się ledwie na nogach trzymasz, to jak chcesz walczyć?
-So ja na to poradzę, sze tyko w takim stanie otfiera mi się dodatkowa persepsja, która poswala mi tym żelastfem w soś trafić.
-Dobrze, że do jaskini jest kawałek, to może przez ten czas trochę przetrzeźwieje - pomyślała.
-Ruszamy, tylko trzymaj się blisko mnie co byś nie zabłądził.
-A Jaś i Małgosia czymali się rasem i tak się sgubili - zażartował.
-Jak ci wymaluję kopa, to się dowiesz jak wrzucili czarownicę do pieca - odpowiedziała z wyraźnym nerwem.
Po uciążliwej podróży, dotarli wreszcie na miejsce. Squall faktycznie nieco przetrzeźwiał i zadyszanym głosem dodał:
-Pani instruktor, wolniej, przecież nie idziemy na wyprzedaż.
-Jak się nie zamkniesz, to będzie z ciebie shit, nie SeeD - odpowiedziała.
Po chwili odpoczynku udali się do jaskini. Quistis udzielała jakichś rad, które Squall skutecznie olewał. Po dotarciu do końca ścieżki, Quistis zapytała:
-Czy jesteś gotowy?
-Jeszcze nie, zapomniałem ziemniaków i kiełbasy do pieczenia - odpowiedział powstrzymując śmiech.
Quistis spojrzała na niego z zażenowaniem, po czym podeszła do dziury z której wydobywała się lawa. Z otworu wydobył się hałas, a następnie pojawił się Ifrit.
-O kur.., demon grilla - powiedział Squall, śmiejąc się do rozpuku.
-Ty się nie śmiej, bo to twoje zadanie. Nie słuchałeś tego co mówiłam, więc radź sobie sam.
-Oj wiem co trzeba robić, jakiś lodzik.
-Squall no wiesz - powiedziała zirytowana.
-Głodnemu chleb na myśli - podsumował. Mi chodziło o schłodzenie gada.
Squall sięgnął do plecaka po magnetofon, po czym spróbował go uruchomić. Ten jednak ani drgnął. Cholera, na bateriach też oszczędzacie? Quistis udając głupią, zaczęła się rozglądać w około, pogwizdując. Squall jednak zachował zimną krew i sięgnął do plecaka po swoje.
-Koleżanki z ogrodu mówią, że podobno działają osiem razy dłużej. Ciekawe na czym to mierzą - powiedział z szerokim uśmiechem.
Gdy Squall wreszcie uruchomił sprzęt z głośnika dobyła się muzyka Papa Dance.
-To nie moje – powiedział pośpiesznie.
-Quistis zaczerwieniła się, po czym dodała zawstydzona – To moje, ale już z tego wyrosłam, teraz słucham Behemotha.
-Niezły rozrzut – dodał z uśmiechem przyklejonym do twarzy – po czym zaczął przeszukiwać pozostałe kasety.
Gdy wreszcie odnalazł właściwą z głośnika wyłoniła się ponętna, acz nieco oziębła Shiva. Ifrit stał przez chwilę w osłupieniu, po czym zapytał:
-Shiva?
-Tak, odpowiedziała.
-Nie poznajesz mnie?.
-Po uważniejszym przyjrzeniu, nieśmiało zapytała - Ifrit?
-Taaaaaak, nawet się nie zmieniłaś, jak zawsze mrozisz krew w żyłach.
-A ty wręcz przeciwnie, przytyłeś, przygasłeś, no i to poroże.
-Aj, bo żona się puszczała, to nie ma dla kogo płonąć, a i ciężaru na głowie przybyło.
-A kto był szczęśliwą wybranką?
-Kujata - odpowiedział.
-No tak, świnia to świnia - powiedziała.
-Może tak skoczymy na jakiś g-potion, to powspominamy stare czasy - zaproponowała.
-Czemu nie odpowiedział Ifrit - po czym udali się do wyjścia.
Squall spojrzał na Quistis, której rozdziawione ze zdziwienia usta przypominały minę karpia wyciągniętego z wody.
-No co, gorący facet - stwierdził Squall – na takich kobiety lecą.
Quistis jednak nadal nie mogła wykrzesać z siebie głosu, a szok spowodowany zaistniałą sytuacją nie minął jej nawet w drodze powrotnej. Na całe szczęście, gdy wrócili do ogrodu, okazało się, że GF-y zostały zatrzymane za spożywanie g-potionów w miejscach publicznych i zadanie zostało zaliczone.


Część 2

Po odzyskaniu GF-ów, Squall ruszył na obchód po ogrodzie. Wszystko wydawało się w porządku, gdyby nie mydło, które dostał w prezencie od koleżanek. Aluzję zrozumiał i już przy próbie obdarowania go choinką zapachową, odmówił. Żeby nie powodować dalszego zgorszenia, ruszył opłotkami do swojego pokoju. W trakcie kąpieli podarowane mydło kilkukrotne wypadało mu z rąk.
-Dobrze, że tu nie ma Seifera – pomyślał schylając się kolejny raz.
-Swoją drogą przydało by się poćwiczyć uścisk dłoni, tak na wszelki wypadek.
Gdy wyszedł spod prysznica, do pokoju wpadła Quistis. Jej oczy zrobiły się tak wielkie, że zdawały się wypełniać całe szkła okularów.
-Jezu, co to? - zapytała, niemal krzycząc.
-No co, w zimnej wodzie się kurczy – odpowiedział
Śledząc wzrok Quisis, który był skierowany mniej, więcej w okolice kolan, można było przypuszczać, że Squall nieco kokietuje.
-Pani instruktor, tak następnym razem, to może by pani najpierw zapukała. - powiedział, po czym spojrzał na miejsce w którym w szanującym się domu, powinny być drzwi i dodał – No tak, tutaj nawet na drzwi nie ma kasy.
Gdy owijał się ręcznikiem, Quistis nadal stała ze wzrokiem wlepionym w miejsce, w którym przed chwilą stał Squall.
-Hello, tu jestem - powiedział podniesionym głosem
Qustis zdołała się lekko wyprostować, lecz jej oczy nadal zdawały się nie reagować. Dopiero machanie rękami przed twarzą, zaczęło przynosić zamierzone rezultaty.
-Jakąś sprawę pani miała
-Aaaaa co? – powiedziała nieco zamroczona, po czym dodała - a tak, masz się zgłosić przy tablicy ogłoszeniowej.
-Dobra pani struktor, tylko wolał bym, żeby pani nie rozpowiadała po ogrodzie, o tym co tu pani widziała.
-Nie, nie; zostawię to dla siebie – dodała z lekkim uśmieszkiem, po czym wyszła.
Po jakimś czasie przy tablicy pojawił Squall. Quistis zaczęła wyjaśniać sprawy techniczne, które Squall znowu olewał. Ożywił się dopiero, gdy usłyszał, że w jego drużynie będzie Zell.
-Nie, tylko nie on - wykrzyczał.
-Dlaczego? - spytała.
-To pani nie wie? - zapytał ze zdziwieniem - On żre jak knur i jest bardzo głośny.
-To daj mu do zrozumienia, żeby przy tobie nie jadł i zamknął gębę.
-Chyba zamknął zwieracze - odparł - jego wiatry obrosły legendą w ogrodzie. W jego pokoju jako jedynym nie ma much, bo powyzdychały.
-Oj nie bądź taki drobiazgowy.
-Drobiazgowy? - zapytał ze wzburzeniem – U niego jest taki smród, że dostałem zapalenia spojówek i musiałem jechać na odtrucie. To jakaś Puszka Pandory.
-Niestety decyzja zapadła i nic już się nie da zmienić. – powiedziała Quistis.
W tym momencie pojawił się Zell. Wykonał kilka popisów gimnastycznych, zakończonych efektownym szpagatem. Tego niestety nie wytrzymały nawet mocne galbadyjskie nici, którymi były zszyte jego spodnie. Oczom mieszkańców ogrodu ukazały się wydziergane ręcznie na drutach czerwone stringi, uwieńczone białym, puchowym ogonkiem, na podobieństwo króliczego. Ciężko opisać reakcję ogrodu, jednak przez najbliższe kilka minut nikt nie mógł wykrzesać ze śmiechu ni słowa. Niestety z powodu braku czasu i krawca, Zell musiał się ratować agrafkami. Po uspokojeniu się, Quistis oznajmiła, że dowódcą ich oddziału będzie Seifer.
-To d**a z odwykiem – pomyślał Zell.
Squall niestety nie pomyślał i rzucił na głos:
-Ta beczka na eliksiry naszym dowódcą? Toć gdyby go wydestylować, to tym co by wyszło, dało by się utrzymać cały ogród w stanie upojenia przez kilka dni.
-Tobie to nie da się dogodzić – odwiedziała Quistis.
-Nie wiesz kochanie, jak bardzo się mylisz – odpowiedział ze szczerym uśmiechem.
-Tylko nie kochanie – powiedziała wzburzonym głosem.
-Sorki, tak mi się wyrwało – odpowiedział, jednak uśmiech nadal nie zniknął mu z twarzy.
W tym czasie pojawił się Seifer wraz z Raijin i Fujin. Wyglądał bardzo dobrze jak na kilkudniowe balowanie, ale jak to mówią „praktyka czyni mistrza”. Praktycznie w tym samym momencie pojawił się Cid.
-Dawno pana nie widziałem – powiedział Squall do Cida.
-Byłem na pielgrzymce do świętego obrazu niepokalanej Aeris, by pomodlić się intencji poprawy reputacji ogrodu, bo ta zbliża się do poziomu reputacji parlamentu.
-wystarczy wywalić Seifera i Zella, a natychmiast nasz wizerunek się poprawi – odpowiedział złośliwie Squall, za co koledzy nie pozostali mu dłużni.
Po rozdzieleniu towarzystwa i opatrzeniu ran Squalla, Cid zaczął mówić coś o walce na śmierć i życie i innych bzdetach, jednak emocje spowodowane dopiero co zakończoną bójką, nie sprzyjały posłuchowi. Gdy Cid zakończył swój wykład, Quistis powiedziała:
-Idziemy do samochodu.
Nie zwlekając wszyscy podążyli za nią. Gdy dotarli do garażu, ich oczom ukazała się militarna wersja trabanta.
-Rozumiem, że farba ma nas zabezpieczyć przed ostrzałem – powiedział ze złośliwością Squall.
-Skąd wiesz, przecież to tajemnica? - Odpowiedziała z sarkazmem Quistis.
Po usadowieniu się w aucie wyruszyli do Balamb. W drodze Zellowi strasznie się nudziło, więc postanowił denerwować Squalla.
-Pokaż swojego Gunblade`a - męczył Zell – no pokaż.
Squall początkowo starał się nie zwracać na niego uwagi, jednak w końcu nie wytrzymał i powiedział:
-Pokazał bym ci, ale nie jesteś w moim typie – po czym przeszedł do swojej pasji formowania kulek z nosa.
-Zell nie przestawał – pewnie nie masz się czym chwalić – podpuszczał Squalla.
-Qustis nie wytrzymała – Chciałbyś się tak nie mieć czym poch.... - ucięła zapowietrzając się i zasłaniając usta ręką – ups, przepraszam Squall.
Ten jednak się tylko uśmiechnął i nic nie odpowiedział.
Gdy dojechali do Balamb, Seifer stwierdził, że trzeba zrobić zakupy, bo nic nie jadł od rana. Quistis acz niechętnie, zgodziła się na to. Zell i Squall dołączyli do Seifera nie pomni ostatniej bójki w ogrodzie. Gdy tylko oddalili się od samochodu Seifer powiedział:
-W stacji benzynowej jest koleś, który sprzedaje Galbadyjskie eliksiry bez akcyzy, po atrakcyjnych cenach.
Chłopaki zrozumieli się bez dodatkowych słów i po jakiejś godzinie pojawili się w porcie śpiewając „Góralu czy ci nie żal”.
-O jaki ładny kajak – powiedział z uśmiechem Squall.
-Gdzie? - zapytał Zell.
-Ano przed tobą – odpowiedział Seifer.
-Aaaaa, nie zauważyłem, mam jednak pytanie, co robią przy nim ci kloszardzi z wózkami?
-Czekają, aż się rozsypie – odpowiedział z niekłamaną radością Squall.
-To ja nie wsiadam, bo umiem pływać - odparł Zell.
-Nie bądź baba – powiedzieli koledzy, ciągnąc go za nogi do łodzi.
Quistis nawet tego nie skomentowała, choć nie kryła zażenowania. Już po chwili odbili od brzegu. Na pokładzie łodzi Xu wyjaśniła jakie jest ich zadanie. Gdy zakończyła, stało się... Odgłos wydobywających się z Zella gazów spowodował, że wszyscy w panice rzucili się do drzwi, wyrywając je z zawiasów. Te upadając wyrwały drzwi do maszynowni w rezultacie uszkadzając silnik. Nie zmieniło to faktu, że nawet po opuszczeniu kajuty, wszyscy mięli objawy choroby morskiej, z wyjątkiem Zella, który zdawał się napawać swoim dziełem. Gdy atmosfera nieco się rozluźniła, dotarło do nich, że uszkodzony silnik oznacza wiosłowanie.
-No tak Zell. Przez ciebie posadzą nas do wioseł - powiedział Seifer.
-Zakują w kajdany i Quistis będzie nas poganiać batem. – dodał z uśmiechem Squall.
Po godzinnym wiosłowaniu, którego ostatnią cechą była synchroniczność, mechanik naprawił silnik i mogli ruszyć dalej, oszczędzając siły na czekającą ich akcję.
Gdy spóźnieni wyszli na plażę, teren był już czysty. Po dotarciu na rynek siedli przy fontannie i wyciągnęli przemycone potiony. Gdy te zaczęły się kończyć, grupa galbadyjskich żołnierzy, nie zdając sobie sprawy z obecności naszej drużyny, przebiegła przez rynek, udając się w kierunku wzgórz. Seifer chcąc komuś obić twarz, rozkazał kolegom, by udali się z nim w ślad za żołnierzami. Chłopaki acz niechętnie, podnieśli się z ziemi i ruszyli wskazaną przez Seifera drogą. Po kilku walkach dotarli do wieży telewizyjnej. Seifer wyrwał przodem i wyczyścił parter wieży.
-Czy takie były rozkazy? – zapytał Zell.
-Skąd ja mam to wiedzieć, przecież nikt tego nie słuchał – odparł Squall.
Po chwili zauważyli sypiące się kamienie. Zaraz za nimi posypała się Selphie, robiąc efektownego fikołka i zdzierając sobie makijaż brukiem.
-O kur.. - powiedziała otrzepując się.
-Czy ja jej gdzieś nie widziałem? - pomyślał Squall.
-Mam wiadomość dla Seifera – powiedziała.
-To musisz poganiać, bo ja już za nim nie nadążam – powiedział Squall.
Ta nie zastanawiając się, ruszyła do wieży. Chłopaki po chwili przemyśleń ruszyli za nią. Poszukując Seifera pojechali windą do góry. Po wjechaniu zobaczyli, jak dwóch żołnierzy uruchamia antenę. Iskry i efektowne porażenie prądem, wskazywało na brak u nich elementarnej wiedzy w zakresie BHP. Zanim żołnierze podnieśli się z ziemi, jakaś siła zepchnęła ich z podestu. Oczom naszej wspaniałej trójki ukazało się latające straszydło.
-O ja pie....e, Batman puścił sie z pszczółką Mają i spłodzili mutanty – powiedział rozbawiony Squall.
Niestety okazało się, że jedyną bronią jaką Selphie ma przy sobie, jest pilniczek do paznokci.
-Szkoda, że nie wzięłaś lusterka, może zobaczył by swoje odbicie i umarł ze śmiechu – zażartował Squall.
Gdy Selphie faktycznie wyciągnęła lusterko i zaczęła je podstawiać pod twarz potworowi, Squall i Zell legli ze śmiechu, nie mogąc się podnieść, co okazało się niezłą taktyką, gdyż potwór w ferworze walki przeleciał na ich tyły i zanim zdążył się obrócić, Squall włożył mu gunblade`a w odbyt, co spowodowało uśmiech na twarzy potwora, a następnie odpalił, co nie spotkało się już z tak entuzjastycznym przyjęciem. Przeciwnik padł, wijąc się w konwulsjach. Po walce Squall zaczął przeszukiwać zwłoki. Znalazł przy nich model syrenki 105, miniaturkę syrenki warszawskiej, a nawet zdjęcie krowy morskiej, zwanej popularnie syreną. Dopiero w otworze po kuli znalazł to czego szukał, czyli nowego GF-a.
Gdy opuszczali wieżę, jeden z galbadyjczyków resztką sił uruchomił mechanicznego kraba, który natychmiast zaczął ścigać naszą trójkę. Gdy wreszcie ich dopadł pierwszy cios padł na Zella, a właściwie na jego spodnie. Agrafki nie wytrzymały, odsłaniając oprócz stringów, także czerwone skarpetki z białymi, puchowymi ściągaczami. Niestety robot musiał być bardzo niedoskonały, gdyż zaczął się trząść, tak jakby się śmiał. Właściwie można śmiało powiedzieć, że to był śmiech i to całkiem gromki, któremu towarzyszyło walenie szczypcami w ziemię. Nie ma się co dziwić, bo widok Zella był porażający. Wykorzystując niedyspozycję robota, drużyna wzięła nogi za pas, co nie było łatwe po spojrzeniu na kolegę. Gdy zbliżali się do plaży, robot chwycił szczypcami ostatnią część munduru Zella, odsłaniając czerwoną, kusą, na wpół przeźroczystą haleczkę, także wykończoną białym puchem. W tym momencie śmiechem ryknęły nawet kraby na plaży. Reakcja robota była adekwatna do sytuacji. Położył się na plecy i zaczął wierzgać w amoku nogami, po czym zaiskrzył, następnie zadymił, by w końcu eksplodować.
-I tak oto bielizna okazała się silniejsza od miecza – podsumował Squall z trudem powstrzymując kolejny wybuch śmiechu.
Gdy wrócili do Balamb, Seifer nie czekając na resztę, pojechał do ogrodu.
-A żeby ci ktoś w anus kij od szczotki włożył – złorzeczył Squall nie wiedząc o swoistym proroctwie tych słów, gdyż policja aresztowała Seifera za jazdę pod wpływem i zabrała mu prawo jazdy. Nikt nie wie, co Seif przeżył w celi, ale nie ma wątpliwości, że wrócił do ogrodu wyraźnie odmieniony.



Część 3

Po powrocie wszyscy czekali na wyniki. Po chwili zostali wezwani na piętro, gdzie ogłoszono, że SeeD zostają Squall, Zell, Selphie i gościu, którego nikt tu wcześniej nie widział, ale jego ojciec jest ministrem. Cid wygłaszał jakieś mowy i jak zwykle nikt tego słuchał, gdyż wszyscy czekali na wręczenie laptopów, które przysługują każdemu Seed. Korozja, ślady po kulach i zaschnięta krew na obudowach, świadczyła o nie najmłodszym wieku sprzętu, ale i tak byli w niebo wzięci. Gdy zjechali na pierwsze piętro, Seifer zaczął bić brawo, tak jakby chciał się podlizać, po czym podszedł do Squalla i zagadał do niego po cichu:
-Ty stary wpadnę dzisiaj do ciebie, to pogramy w Dooma.
-Spadaj, umówiłem się już na oglądanie RedTube z koleżanką – usłyszał w odpowiedzi
-Seif nie krył niezadowolenia – Już cię nie lubię i nie będę cię smyrał wieczorami – powiedział, prezentując klasyczny foch z przytupem.
Squall po powrocie do pokoju, zajął się zrzucaniem GF-ów z taśm na dysk twardy. Niestety wystąpiły jakieś błędy w transmisji danych. Quezacotl dostał czarnego upierzenia i zaczął obżerać wiśnie w ogrodzie, zaś Siren zamiast harfy wyciągnęła gitarę elektryczną i grała na okrągło „Smoke On The Water”. Jednak najbardziej niepokojące zmiany dotyczyły Shivy, która przytyła trzydzieści kilo, dostała bardziej krągłych kształtów i poważnie zmieniła dietę, w której zaczęły dominować śledzie i ogórki. Ifrit stanowczo złagodniał, a liczne siniaki i czarne okulary, świadczyły o tym, że nauczył się przyjmować zmiany nastrojów Shivy po męsku. Squall doszedł do wniosku, że co niektóre Gf-y, zbyt dosłownie wzięły jego wypowiedź, odnośnie popieprzenia taśm.
Przyszedł wieczór. Squall przebrał się w nowy uniform, po czym poszedł na bal.
Usadowił się w kącie i otworzył hero drinka trzymanego na specjalne okazje. Gdy w butelce pokazało się dno, podeszła do niego Rinoa. To, że mu się spodobała, było najprawdopodobniej spowodowane przeterminowaniem wypitego trunku, który pamiętał jeszcze czasy poprzedniego Final Fantasy. Niestety ów napitek, nie potrafił wygłuszyć natłoku słów, które produkowała Rinoa.
-Dlaczego przy galowych mundurach nie można nosić gunblade`a? – pomyślał, walcząc z bólem głowy - Jeden ruch palcem i nastała by błoga cisza.
Gdy poprosiła, żeby z nią zatańczył, zgodził się, jednak pod warunkiem, że ta będzie milczeć. W trakcie tańca przeterminowany napój zaczął działać na jego jelita i gdy Rinoa opuszczała go, udając się do znajomych, był w niebo wzięty. Poszukiwania wolnej toalety zdały się przeciągać w nieskończoność. Zbawieniem okazała się Quistis, która poprosiła o spotkanie w centrum treningowym. Przecież w tamtejszych krzakach mógłby się spokojnie wypróżnić. Zgodził się zatem od razu, po czym biegiem udali się do w/w miejsca.
Niestety ulga jakiej mógł zaznać w zaroślach, została brutalnie zakłócona przez komary, które dotkliwie pogryzły mu pośladki. Qustis okazała się bardzo przezorna, gdyż wyjęła z torebki maść na ukąszenia, po czym zaczęła nią smarować tyłek Squalla. Komentarze studentów przechodzących obok, były przynajmniej dwuznaczne, a jej uśmiechnięta mina zdawała się ich nie dementować. Po wszystkim poszli na balkon. Rozmowa się nie kleiła, gdyż Squall nie miał ochoty wysłuchiwać zwierzeń Quistis. Ta jednak nie przestawała.
-Może nie nadaję się na instruktorkę? - prawiła – Może popełniłam błąd?
-Squall nie wytrzymał – Pogadaj do ściany – powiedział, wskazując palcem bankomat i tym samym sugerując, że za pieniądze jest w stanie zrobić wszystko, łącznie z wysłuchiwaniem jej biadolenia.
Gdy wracając, zbliżali się do bramy, po raz kolejny Squall ujrzał nieznajomą dziewczynę. Już miał do niej zagadać, gdy z pobliskich zarośli nadleciała wielka mucha w towarzystwie trzech, także nadnaturalnej wielkości, wołków zbożowych. Squall instynktownie sięgnął po broń. Mucha zatrzymała się na chwilę, zatoczyła koło, po czym razem ze swoimi towarzystwem, poleciała pożywić się produktami przemiany materii Squalla. Gdy po posiłku próbowała poderwać się do lotu, zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Najpierw zabulgotało, później zaczęły jej wypadać włoski, następnie odpadły skrzydła i gdy już wydawało się, że wyzionie ducha, ze środka wyszedł agent Mulder, płosząc wołki zbożowe.
-Nosz k...a, rok rozgryzania tajemnicy wielkich wołków poszedł się walić, a kamuflaż za pięć milionów dolców szlag trafił i wszystko przez to gówno – powiedział Mulder, po czym pobrał próbkę do analizy i zniknął w zaroślach. Po chwili dało się stamtąd usłyszeć głośny ryk Tyranozaura, wrzask Muldera i nastąpiła cisza.
Gdy wszystko się uspokoiło, Squall już miał się odezwać do nieznajomej, gdy pojawił się oddział białych SeeD i zabrał ją do wyjścia.
-Ale o so chosi – pomyślał Squall, po czym pożegnał Quistis i udał się do pokoju.
Gdy przyszedł ranek, do drzwi zapukała Selphie i oznajmiła, że czas na pierwszą misję.
Przy bramie Cid wyjaśnił, że jadą do Timber wspomagać tamtejszy ruch oporu. Podał hasła kontaktowe i wręczył im starą lampę.
-Po co nam lampa – pomyśleli, ale przyjęli ją, wychodząc z założenia, że wszystko można spieniężyć, albo wymienić na potiony.
Gdy podążali do Balamb zaatakował ich latający spodek. Obudzili się przy bramie miasta. Zell spojrzał na zegarek, było kilka godzin później. Squall w pierwszej kolejności wyjął ze szczeliny swojego gunblade`a ulotki reklamowe banków i myjni samochodowych, pozostawiając jedynie te dotyczące agencji towarzyskich, a następnie przejrzał ekwipunek. Okazało się że nie ma gotówki, potionów i eliksirów.
-No ja rozumiem, żeby kosmici porwali nas dla eksperymentów medycznych, ale żeby trafić na obcego alkoholika i kleptomana, to trzeba mieć pecha – powiedział Squall
-Wiesz, że chyba nie tylko alkoholik i kleptoman, bo coś d**a mnie boli – dodał Zell.
-To jakie imię dla dziecka, bo mniemam, że kalendarzyka nie prowadzisz, a jeśli nawet, to nie miałeś okazji mu powiedzieć, że cię głowa boli. – odpowiedział, podśmiewając się Squall.
Gdy weszli do miasta, niewątpliwym problemem okazał się brak pieniędzy. O ile jazdę w kolejowym WC mięli opanowaną do perfekcji, to brak środków „leczniczych”, okazał się barierą nie do przejścia. Chłopakom wyraźnie zabrakło motywacji do dalszego kontynuowania misji. Gdy w planach pojawiło się śpiewanie w celach zarobkowych i chłopaki niemal przekonali Selphie, by naga wykonywała taniec na rurze od poręczy i gdy już liczyli potencjalnie zarobione pieniądze, przypomnieli sobie o podarowanej lampie. Squall przetarł ją, by podnieść w ten sposób wartość antyku, gdy nagle znaleźli się w czeluściach piekielnych.
-Selphie z tą rurą, jakby co, to był pomysł Zella – powiedział pośpiesznie Squall , licząc się z ewentualnymi konsekwencjami swojego grzesznego życia.
Gdy pojawił się przed nimi Diablos, czyli diabeł o nieco hiszpańskim rodowodzie, wszyscy oprócz Squalla zamarli. Ten na szczęście zachował zimną krew i gdy rogaty zaproponował podpisanie cyrografów, zaczął negocjować. Nikt nie wiedział, że Squall pokątnie zajmował się sprzedażą używanych samochodów z Deling, a podobno był w tym najlepszy. Jego zdolności okazały się nieocenione. Już po pół godziny trzymał w rękach pakiet kontrolny w „Hell” S.A., zgodę Diablosa na zeskanowanie jego jako kolejnego GF-a, walizkę pieniędzy i przepustkę na powrót z piekła. Niestety nie przewidzieli, że dla ZUS-u i US nie istnieją żadne granice i po dokonaniu stosownych opłat, zostało im zaledwie na dwie skrzynki potionów, biorąc pod uwagę, że podróż spędzą w toalecie.
-Dobre i to – stwierdzili
Po zakupieniu używek, wsiedli do pociągu i ulokowali się w WC. Nie było może wygodnie, ale dzięki potionom, na pewno przyjemnie. Pod koniec pierwszej skrzynki całe towarzystwo zaczęło ziewać i nagle zasnęło. Nikt nie wiedział, czy była to wina ulepszaczy w napojach, ale okazało się, że wszyscy mają wspólny sen. Jacyś trzej faceci w mundurach latali po lesie i zbierali grzyby. Potem wsiedli do samochodu i pojechali do Deling. Tam udali się do hotelowej restauracji. Selphie wydawała się wyraźnie zafascynowana jednym z mężczyzn o imieniu Laguna. Widząc jednak, że do wymarzonej kobiety, zabiera się jak pies do jeża, stwierdziła, iż to facet bez jaj. Nie była jednak tego w stanie ostatecznie potwierdzić, gdyż ten w przeciwieństwie do innych mężczyzn z jej snów, nie dał się obnażyć. Gdy się obudzili, próbowali dojść do tego co się stało? Niestety nie mogli znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia, nawet po wypiciu reszty zapasów. W trakcie wysiadania z pociągu, podszedł do nich mężczyzna i powiedział:
-Żyrafy wchodzą do szafy.
-Zell przypomniał sobie o instrukcjach Cida i odpowiedział – Pawiany wchodzą na ściany.
Squall nie mógł sobie przypomnieć, skąd znał te słowa, jednak jeśli miały one nie podpaść u przypadkowych przechodniów, to trzeba przyznać, że swoją rolę spełniły wyjątkowo marnie.
-Chodźcie za mną – powiedział mężczyzna i zabrał ich do drugiego pociągu, gdzie przebywała reszta członków ruchu oporu, a między nimi Rinoa. Desperackie próby Squalla, uniknięcia jej towarzystwa, spełzły na niczym. Nawet udawanie ataku epilepsji, nie odniosło pożądanego skutku. Nie pozostało zatem nic innego, tylko zachować się jak mężczyzna, czyli włączyć laptopa i udawać, że ma się coś ważnego do zrobienia. Rinoa jednak nie odpuszczała. Najpierw przedstawiła swojego psa Angelo, który na dzień dobry olał mu nogawkę, za co dostał odruchowego kopa. Później gadała mu o zoofilskich gazetkach, z których uczą się razem ze swoim pupilem nowych sztuczek. Na koniec usiadła mu z tyłkiem na klawiaturze. Tego już nie zniósł. Zamykając laptopa przytrzasnął jej pośladki. Awantura, którą zrobiła, mogła wskazywać, że było to dość bolesne, co musiało Squallowi sprawić niewątpliwą radość. Następnie wstał i wyszedł. Na korytarzu został poproszony do przedziału w którym miał być przedstawiony cel i plan akcji.
Okazało się, że mają porwać prezydenta Delinga. Plan mówił odczepianiu wagonów w biegu, podstawianiu lokomotyw, czujnikach i innych pierdołach. Po zakończeniu prelekcji Squall przez chwilę stał cicho, po czym uśmiechnął się szeroko i powiedział:
-A mama wam nie wyjaśniła, że „Mission Impossible”, to fikcja.
-A która część? - zapytała Selphie, załamując ostatecznie Squalla
-Rozumiem, że galbadyjkie wojsko jest ślepe i głuche, a czujniki, których się mamy strzec, nie działają? - zapytał z sarkazmem.
-Nie – odpowiedziała Rinoa
-Przyznajcie się, że nie zdaliście w przedszkolu do starszaków – dorzucił zaśmiewając się, po czym przysiadł w pozycji myśliciela i zaczął opracowywać nieco inteligentniejszy plan.
Minęło około pięciu minut. Squall wstał i przedstawił swoją wizję akcji, na którą wszyscy przystali
Po dwóch godzinach, Zell wiązał i kneblował miejscowego pastucha, mówiąc:
-I tak nakładali ci kary za nadprodukcję mleka – po czym zabrał mu kij i pogonił stado krów na tory.
Gdy nadjechał pociąg, włączyła się reklama „Milki” i tylko odgłosy, które dało się słyszeć w tle, świadczyły o tym, że mogła to być najbardziej krwawa scena w historii kina.
Maszynista oczywiście zatrzymał pociąg w obawie przed wykolejeniem. W tym momencie z lasu wybiegli członkowie ruchu oporu, blokując wszystkie klamki kijami od mioteł. Rinoa poszczuła psem maszynistę, by ten przypadkiem nie uruchomił pociągu ponownie.
Do wagonu prezydenckiego wbiegł najpierw Angelo, a za czworonogiem Squall. Prezydent wstał, chwiejąc się na nogach i powiedział:
-Ludwiku Dorn i Sabo, nie podąszajcie tą drogą.
-O k...a, to nie ten prezydent – powiedział Squall
-Jeśli szukasie opecnie nam panującego presydenta, to raze sie wybraś na lotnisko. Powinni sie jeszsce kłósić s premierem, o to kto polesi samoltem do Timber. - powiedział ex prezydent, dopijając trzymaną w ręku butelkę eliksiru i wprowadzając się w ten sposób w status zombie.
-Dajsie mi soś do pisia – bełkotał, rzucając się jak obłąkany.
Squall chcąc pomóc, podał mu potiona bezalkoholowego. Niestety nie przewidział, że ten zamiast uleczyć, paradoksalnie spowoduje zgon prezydenta.
-Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze – podsumował Zell.
-No dobra, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – powiedział Squall. - Czas jechać do Timber, bo tam bodaj, wybierał się prezydent Deling.
Wrócili zatem do pociągu ruchu oporu i ruszyli do Timber. Nikt nie wie skąd w prywatnym pociągu wziął się konduktor, ale żołd który dopiero co otrzymali, ledwie starczył na pokrycie mandatów za jazdę bez ważnego biletu. Cenzura nie pozwala na przytoczenie epitetów, których użyli w stosunku do kontrolera, ale wielu z nich nie obejmowały żadne dostępne opracowania.

Co nas nie zabije, to nas udziwni.
Ostatnio zmieniany: 2010/10/27 12:38 przez .

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/07 17:53 - 2010/10/27 12:40 #4495 przez audion
Część 4

Gdy wrócili do Timber, dowiedzieli się, że prezydent ma wygłosić na antenie, orędzie do narodów świata. Najrozsądniejszym wyjściem było dostanie się tam schodami ewakuacyjnymi. Żołnierze nie stanowili problemu, gdyż na widok naszej drużyny natychmiast podnosili ręce krzycząc:
-Nicht schießen, Hitler kaput.
Natomiast barierą niemal nie do przebycia okazał się Eshtarski ochroniarz w Pubie. Ten po wypiciu paru mega potionów, skutecznie blokował przejście swoim ciałem, co jak się okazało, jest jednym z podstawowych elementów szkolenia ochroniarzy w jego rodzimym kraju. Gdy dotarli do telebimu, przybiegła Rinoa.
-Czy ty się od nas już nie odczepisz? – zapytał Squall.
-Czemu jesteś dla mnie taki niemiły? - odparła Rinoa
-Ja niemiły? Nawet nie wiesz, ile razy chciałem ci okazać miłosierdzie.
-Rinoa spojrzała na niego z zaciekawieniem – To dlaczego jeszcze tego nie odczułam?
-Bo czekam, aż sobie chociaż nogę złamiesz, żeby się jakaś instytucja do mnie nie przyczepiła - odpowiedział ze szczerym uśmiechem.
-Jesteś podły – powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie, potykając się przy tym i spadając ze schodów.
-Nie złamałaś sobie czegoś przypadkiem? - wykrzyczał Squall z niekłamaną radością w głosie i chyba wykrakał, gdyż z dołu dało się usłyszeć:
-Ja pi.....e, mój paznokieć.
W tym momencie na ekranie pojawił się Prezydent. Zaczął coś ględzić o pokoju, zakończeniu niesnasek i o ambasadorze, którym miała zostać czarownica, gdy nagle do studia wpadł Seifer. Już miał wziąć prezydenta jako zakładnika, gdy niemal stratował go, oddział operacyjny CBA, który aresztował Delinga za przyjęcie korzyści majątkowych, w postaci: darmowej tubki pasty do zębów, pięciu długopisów z reklamą „Radia Aeris” i damskich stringów z naturalnej wielkości wizerunkiem Barreta.
-Co jest do k...y nędzy? - powiedział Seifer, po czym siadł w kącie, wyciągnął litrowy eliksir i wychylił go duszkiem. Na widok naszej drużyny wbiegającej do studia, rozpłakał się.
-Nikt mnie nie rozumie, to wszystko jest bez sensu. – po czym zaczął przykładać do głowy lufę swojego gunblade`a. Mimo gorliwej pomocy Squalla, nic z tego nie wyszło, ze względu na zbyt krótkie ręce niedoszłego samobójcy. Gdy eliksir zaczął doprowadzać Seifera do jego standardowego stanu, jedna ze ścian studia zrobiła się jakby płynna i wyszła z niej dziwnie ubrana kobieta. Seifer spojrzał ze zdumieniem.
-Ja jusz nje piję, mam haluny.
Wszyscy stali jak wryci. Kobieta podeszła do Seifera i zaczęła go głaskać po głowie.
-Oj biedne dziecko. Chodź ze mną to ci pomogę.
Seifer nadal patrzył z niedowierzaniem.
-Białe mysszki mi się objafiały, sztery sielone słonie tesz, ale psychiatra jessze nigdy. Hugo, swidy nie swidy, jesli massz kochanieńka coś do pisia, to jestem tfój.
Ta tylko twierdząco skinęła głową, po czym oboje zniknęli w ścianie.
-Czy to nie była czarownica o której mówił prezydent? – zapytała Quistis.
-A skąd mnie to wiedzieć, miotły nie miała, szpiczastego kapelusza też, żeby chociaż kurzajkę wielkości małego kota, ale nic. - odpowiedział Squall.
-No i co teraz? – zapytał Zell. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, gdyż jak się okazało, nikt z drużyny nie grał wcześniej w „Final Fantasy 8”.
W tym momencie do studia weszła sprzątaczka i stanowczym głosem warknęła:
-Wypad śmierdziele do najbliższego ogrodu, bo tu za chwilę „Modę na sukces” będą kręcić. – Nikt z drużyny nie zamierzał polemizować z ową panią, której kobiecość można było porównać jedynie do Pudziana i wszyscy zgodnie ruszyli na stację.
Niestety po ostatnim mandacie znowu nie było ich stać na bilety. Zaczęli więc szukać alternatywnej metody ich zdobycia. Zell za resztę swoich pieniędzy kupił dwa eliksiry, po czym udał się do poczekalni. Po około dwóch godzinach, wrócił na czworaka krzycząc:
-Mam, spiłem go w trupa!!! – po czym stracił przytomność. Słowa Zella, zdawała się potwierdzać policja, poszukująca osoby, która przyczyniła się do śmiertelnego zejścia studwudziestoletniego Józefa S., bardziej znanego pod pseudonimem Sephiroth. Jak się okazało faktycznie bilety zdobył, jednak przytomność odzyskał dopiero, gdy dojechali na miejsce i to po potraktowaniu go czarem water, uprzednio schłodzonym blizardem.
Droga ze stacji do ogrodu prowadziła przez las. Selfie korzystając z okazji, że reszta postanowiła odpocząć, ruszyła w poszukiwaniu runa leśnego. Wróciła z uśmiechem, trzymając w garściach grzyby. Mimo, że czerwone kapelusze, ozdobione białymi kropkami wyglądały podejrzanie, to jednak głód nie pozwalał na obiektywną ocenę sytuacji i po chwili wszyscy z objawami zatrucia, legli w trawie. Znowu mięli zbiorowy sen o Lagunie i jego kolegach. Tym razem był on jeszcze nudniejszy niż poprzednio, dlatego Squall włączył małe okienko podglądu w narożniku, śniąc tam sobie mecz siatkówki, którego nie oglądał z powodu wykonywanej misji. Na główny ekran zaglądnął tylko wtedy, gdy chłopaki detonowali niewypały i gdy trenowali skoki ze skały na bangee. Po przebudzeniu stwierdzili, że grzybki są stanowczo przereklamowane. Jedynie Squall wydawał się zadowolony, ale przyczyną najpewniej był wynik meczu, a nie grzyby.
Po dotarciu do ogrodu Galbadia wszyscy z wyjątkiem Quistis poszli do pokoju gościnnego. Ta wróciła po chwili z informacją, że Seifer został skierowany na obowiązkowy odwyk.
-Szkoda chłopa. - powiedziała Selphie.
-A taki fajny był z niego herbatnik – dorzucił Zell.
-No i był niezły w łóżku – dodała Rinoa - Wszyscy spojrzeli na nią z niedowierzaniem. - To znaczy, nie źle wyglądał w łóżku – dopowiedziała.
-Wyglądał? – zapytał z zażenowaniem Squall, i nie czekając na odpowiedź dodał – Jak ja miałbym tak skończyć, to mnie zastrzelcie.
-Nie ma sprawy – wykrzyknęli wszyscy zgodnym chórem z wyczuwalną radością w głosie.
-Prawdziwi przyjaciele, nie ma co. – pomyślał Squall.
Po chwili z głośnika usłyszeli, że mają stawić się przy wyjściu. Gdy tam dotarli, czekał na nich dyrektor ogrodu z rozkazami od Cida. Squall po ich przeczytaniu zapytał:
-Mamy użyć snajpera? Toć ja nie potrafię trafić z odległości większej niż długość mojego Gunblade`a, a i to dopiero jak sobie wypiję.
W tym momencie dyrektor wskazał faceta w kowbojskim kapeluszu, leżącego w trawie. Na wystawionym palcu przysiadł mu motylek, by po chwili paść martwy ma ziemi. Zell nie udawał zachwyconego.
-Nawet nie chcę myśleć, gdzie wcześniej był ten palec? – powiedział ze złośliwością i już po chwili, rzeczony palec razem z resztą dłoni ułożoną w pięść, wylądował na jego twarzy. Tak oto rozpoczęła się długa i pełna wzajemnego poszanowania przyjaźń Irvine`a i Zella.
Po uspokojeniu całej sytuacji, ruszyli do Deling. Niestety na miejscu usłyszeli, że muszą najpierw udać się do grobowca jakiegoś króla, by uzyskać hasło dostępu. Na wieść o tym Squall niemal się zagotował.
-Teraz hasło w muzeum, następnie posprzątaj stajnie Augiasza i może jeszcze świętego Graala mam przynieść, by być godnym wejścia do siedziby Carawaya. Irvine, na wszelki wypadek zostaw jedną kulę dla tego generała.
-Oczywiście Indy – odpowiedział z uśmiechem Irvine
Na miejscu okazało się, że ceny biletów wstępu do owego zabytku, były lekko mówiąc zaporowe i to nie licząc opłat klimatycznych. Na całe szczęście wszyscy oprócz Quistis, mięli zniżki młodzieżowe, a Rinoa darmowy bilet, ze względu na widoczne kalectwo umysłowe.
Gdy w poszukiwaniu hasła zwiedzali kolejne pomieszczenia, natrafili na dwa krowokształtne osobniki. Pewnie potraktowali by je, jako kolejny wybryk natury, gdyby nie facet, przypominający skrzyżowanie Jabby z Chopinem, niosący w reklamówce świński łeb i zmierzający w kierunku pobliskiego studia lokalnej telewizji „Lucky 7”. Widok wieprzowiny przypomniał o głodzie, którego nie zaspokoili, od czasu konsumpcji grzybów. Zell oczami wyobraźni zobaczył pieczeń z Minotaura z dojrzałym jabłkiem w pysku i porem w dupie. Irvine nabił swoją broń amunicją na bizony, natomiast Squall wyjął deskę do krojenia i zaczął ostrzyć swojego gunblade`a, w myślach dzieląc Sacreda na równe steki. Dziewczyny porąbały dwa barokowe fotele z ekspozycji, układając z nich palenisko. Oba stworzenia widząc amok naszej drużyny, skuliły się w kącie, z przerażeniem oczekując swego przeznaczenia. Zapewne skończyły by jako suty posiłek, gdyby nie błąd matrixa, który spowodował przeniesienie rogacizny, na partycję z gejowskim porno w laptopie Zella, gdzie stały się nowymi GF-ami. Od tego czasu nie widnieli już jako Sacred i Minotaur, tylko jako Bracia, wzbogacając w ten sposób mitologię niderlandzką.
Poszukiwane hasło okazało się być przyklejone do jednego z porąbanych foteli. Z muzeum wymknęli się wyjściem ewakuacyjnym, by przypadkiem nie odpowiadać za zniszczenie eksponatów.
Po dotarciu do rezydencji Carawaya, udali się na obchód po mieście. Generał latał po skrzyżowaniach, wydzierając się, odnośnie planu akcji. Squall opuścił głowę, głośno westchnął, nie kryjąc zażenowania.
-Pełna konspiracja, to się musi udać.
Po powrocie, zgodnie z planem, podzielili się na dwie drużyny. Nagle do pokoju wpadła Rinoa, trzymając w ręku bransoletkę.
-Skąd to masz? – zapytał Squall.
-Podprowadziłam z gabinetu starego, to podobno bransoleta dr Odine, która ma powstrzymywać moce czrownicy - odpowiedziała Rinoa.
- Ja na twoim miejscu bym tego nie tykał. Podobno Seiferowi na chrzcie dali Krystyna, ale go oliwką Odine posmarowali i jest kim jest. – dodał z uśmiechem Squall, po czym razem z Irvinem udali się na miejsce akcji.
Rinoa jednak na siłę chciała pomóc w akcji i była przy tym bardzo namolna, co doprowadziło Quistis do szału.
-Jak chcesz być przydatna, to obwiąż się dynamitem i detonuj na paradzie - powiedziała, a następnie wyszła z resztą swojej drużyny.
Po drodze przypomniała sobie, że zostawiła w pokoju rozkładówkę z Tidusem, która od jakiegoś czasu zastępowała jej pluszowego misia. Quistis nie wiedząc, że Rinoa za kradzież bransolety dostała od ojca szlaban, wpadła do pokoju w momencie, gdy zamykały się drzwi, mające uwięzić córeczkę generała, a eliksiry zza wschodniej granicy musiały im odebrać zmysły, gdyż nie zauważyli, jak w progu mijali się z Rinoą. Ta chcąc dowieść swojej wartości, postanowiła zanieść bransoletę czarownicy. Jak zwykle ochrona musiała wysiadywać pobliskie lokale gastronomiczne, gdyż na drodze Rinoy, nie dało się spotkać nawet jednego żołnierza. Po dotarciu na miejsce zaproponowała Edei prezent. Ta skinięciem dłoni dała znać, by Rinoa podeszła i podała jej bransoletę. Ciężki i głośny oddech, oraz czarny, lśniący hełm na głowie czarownicy, musiał w dziewczynie budzić lęk. Edea wyciągnęła jubilerski okular, by wycenić bransoletę. Ta jednak, jak wszystkie gadżety Odine nie była wiele warta, co wyraźnie rozwścieczyło czarownicę. Ze złością zdjęła hełm, który okazał się być profesjonalną suszarką do włosów i powiedziała:
-Myślałaś, że zadziałają na mnie tanie sztuczki Jedi, zatem poznasz potęgę ciemnej strony mocy – po czym telepatycznie podniosła, stojący opodal metalowy kosz na śmieci i cisnęła nim w Rinoę, powodując jej oszołomienie.
Gdy wstawała z fotela okazało się, że Rinoa stanęła na jej długich doklejanych włosach, które niestety nie mogły tego wytrzymać, co ponownie podniosło Edei ciśnienie. Następnie, dla stworzenia atmosfery grozy, otworzyła z impetem ozdobny karnisz na plecach. Niestety, jedna z firanek zaczepiła się o kolczyk, zaś drugą zwiało jej na twarz i chwilę trwało zanim się wyplątała. Wyraźnie zdenerwowana, wyciągnęła rękę w kierunku drzwi, chcąc w ten sposób wywołać efekt ich upłynnienia. Niestety maska, którą miała na oczach, nie zdążyła się w porę otworzyć, uniemożliwiając zobaczenie, iż czar nie zadziałał. Sądząc po epitetach jakich użyła, uderzenie twarzą w drzwi musiało być bardzo bolesne. Po drodze zdążyła się jeszcze potknąć i stoczyć ze schodów.
-Mówiłam, żeby nie robić żadnych imprez trzynastego w piątek – powiedziała, po czym wyraźnie zdenerwowana wstała i ruszyła do mikrofonu, koło którego stał... No właśnie, nikt nie stał, bo przecież prezydenta aresztowali, a Yuna, która jako wzorzec ofiary, pasowała by do tej sceny idealnie, zażądała horrendalnego honorarium.
Rinoa nadal oszołomiona uderzeniem w głowę ruszyła za Edeą.
-Czy to nie jest przypadkiem nasze niebieskie nieszczęście? - zapytał Irvine.
-Niebieskie nieszczęście na pewno, ale czy nasze? - odparł Squall, jednak niewiele było słuchać, gdyż tłum zagłuszał głośnym skandowaniem: „Edzia, Edzia”. Edea podeszła do mikrofonu, poprawiła biust i gestem ręki uciszyła widownię, po czy powiedziała:
-Witam wszystkich przybyłych. – Reakcja tłumu nie okazała się zbyt satysfakcjonująca, zatem natychmiast dodała – oraz pielgrzymów z Polski – co wywołało euforię wśród publiczności, która znowu zaczęła skandować „Edzia”. Po chwili, przy dźwiękach piosenki „To nie ja byłam Ewą”, rozpoczęła się parada. Na odchodne Edea ożywiła jeszcze dwa Iguiony, licząc, że w ten sposób pozbędzie się Rinoy.
W tym czasie drużyna Quistis szukała wyjścia z pokoju. Zell popatrzył na rzeźbę, której ręce aż prosiły się o wstawienie w nie butelki. Gdy tylko to uczynił, na twarzy rzeźby pojawił się uśmiech, po czym ręce podniosły potiona do ust i otworzyło się przejście. Błądzili po kanałach dość długo, nie mogąc trafić do odpowiedniego wyjścia. Po drodze dotarli między innymi na szczyt K2, do zamku Ultimecji, a nawet do stacji kosmicznej „Mir”. Otwierając kolejną klapę nie mięli wielkich nadziei, a jednak ta, okazała się strzałem w dziesiątkę i znaleźli się wewnątrz bramy.
W międzyczasie Squall i Irvine, po długiej naradzie ruszyli na pomoc Rinoy. Gdy dotarli na miejsce dało się wyczuć odór padliny, który trzymał Iguiony na dystans od ofiary. Podejrzewając, że nie ma już kogo ratować, Squall zabrał się do wyjścia. W tym momencie jeden z jaszczurów chwycił go za nogawkę i warcząc, zaczął energicznie szarpać. Gdy Irvine chciał uwolnić kolegę od problemu, jeden z gadów padł na plecy i zaczął wić się w bólach. Drugi natychmiast podbiegł i przemówił ludzkim głosem.
-Kochanie oddychaj – po czym wyraźnie zdenerwowany zaczął krzyczeć – Lekarza, lekarza!!!
Squall widząc, że to bóle porodowe, nie czekał długo i rzucił się na pomoc. Irvine zachował trochę więcej zdrowego rozsądku i na wstępie skasował pięć tysięcy Gil od przyszłego taty, za uczestniczenie w porodzie rodzinnym. Gdy tylko Carbuncle przyszedł na świat, ojca dziecka wyraźnie zatkało. Faktycznie podobieństwo było znikome. Żona dziwnie szybko doszła do siebie po porodzie.
-To był gwałt. Nie mogłam się bronić przed tymi gołębiami, bo mnie zamurowało. - powiedziała, po czym spuściła głowę.
Mąż początkowo nie chciał tego słuchać, ale gdy tylko ochłonął, postanowił, że oddadzą dziecko do adopcji, z czego Squall nie omieszkał skorzystać. Nowy GF dołączył do kolekcji, jako całkiem oryginalny breloczek do kluczy.
Gdy już chłopaki mięli zejść do miejsca, gdzie ukryty był karabinek snajperski, Rinoa podniosła się z ziemi i zaczęła otrzepywać. Zdziwienie Squalla było większe, niż w przypadku gadających Iguionów. Już miał się spytać, jak to możliwe, gdy nagle go olśniło. Posługiwała się bumerangiem. Miała oswojonego dingo. Do tego dałby sobie głowę odciąć, że jeszcze przed chwilą, jej twarz zdobił płaski nos, z wetkniętą w przegrodę kością udową kangura. Mogło to świadczyć o tym, że umiała wpływać na umysły innych osób, kamuflując w ten sposób, swoją prawdziwą osobowość. Dodając do całości umiejętność fenomenalnego udawania padliny, odpowiedź mogła być tylko jedna. Ronoa jest szamanką Aborygenów.
Squall postanowił, że przynajmniej na razie, nie będzie dawał po sobie poznać, iż odkrył jej tajemnicę. Nic nie mówiąc odwrócił się i otworzył właz do pomieszczenia z tarczą zegarową, po czym cała trójka zaszła na dół.
Gdy platforma z Edeą wjeżdżała w bramę, Quistis opuściła kratę wprost na czarownicę, która wykazała się nie lada refleksem, uskakując przed opadającym żelastwem. Dokładnie w tym samym czasie, podniosła się tarcza zegarowa. Irvine zaczął namierzać cel, jednak ku zdumieniu Squala, oznajmił:
-Nic nie widzę.
-Jak to, snajper nic nie widzi? - Zapytał zirytowany Squall.
-Zawsze byłem ślepy na lewe oko – oznajmił Irvine.
-To przyłóż broń do prawego– odparł Squall. Gdy ten zastosował się do wskazówek kolegi, stwierdził z przerażeniem.
-Oślepłem zupełnie.
-Debilu, zamknij teraz lewe oko, a otwórz prawe – Powiedział Squall, niemal wychodząc z siebie.
-O najjaśniejszy, przywróciłeś mi wzrok cudotwórco! Nie myślałeś o zarabianiu leczeniem? – powiedział wyraźnie podekscytowany Irvine.
-Oczywiście, że myślałem i to o psychiatrii, bo za obcowanie z waszą ułomnością, dostał bym przynajmniej godziwe pieniądze. - odrzekł Squall.
W końcu Irvine zaczął mierzyć do czarownicy. Ta w oczekiwaniu na strzał, wzięła się za szydełkowanie, kończąc właśnie szalik i czapkę dla swojego nowego podopiecznego, którym okazał się Seifer. Gdy Irvine oddał strzał, dało się zauważyć lekki ruch głowy Edei, który świadczył o tym, że pocisk trafił w cel. Niestety po chwili wypluła kulę, co pokazało nadnaturalne zdolności tej kobiety. Szczery uśmiech na jej twarzy objawił jednak, że sztuczka nie do końca się udała, gdyż w komplecie uzębienia brakowało górnej lewej jedynki.
Squallowi nie pozostało nic innego, jak pokonanie czarownicy w tradycyjny sposób. Zeskoczył na ulicę i wsiadł do pierwszego napotkanego samochodu. Niestety jego optymizm prysł, gdy usłyszał bardzo miły, męski głos z sąsiedniego siedzenia.
-Zapinamy pas, wrzucamy luz, odpalamy auto. Teraz włącz światła, naciśnij sprzęgło, wrzuć jedynkę, włącz kierunkowskaz, upewnij się, że nie spowodujesz zagrożenia i powoli puszczając sprzęgło, włącz się do ruchu.
Squall zbity nieco z tropu, początkowo stosował się do wskazówek. Gdy jednak zobaczył, iż Edea kończy rękawiczki do kompletu Seifera, zdał sobie sprawę z tego, że ta cała akcja trwa już niemiłosiernie długo i docisnął gaz, w rezultacie rozbijając samochód. W trakcie wysiadania, usłyszał od instruktora, że prędzej on zostanie premierem, niż Squall zrobi prawo jazdy. To dziwne, że jedyną rzeczą, jaką Squall zapamiętał z tej przejażdżki, było przyklejone do pulpitu, zdjęcie mężczyzny w mundurze wehrmachtu, który podobno był dziadkiem tego instruktora. Squall nie przeciągając, wdrapał się na platformę, gdzie czekała na niego Edea, ze swoim podopiecznym. Pierwszy do walki stanął Seifer.
-Co ty tu robisz? – zapytał Squall.
-Wreszcie mogę być tym, kim zawsze chciałem, czyli rycerzem broniącym swojej pani. - odpowiedział Seifer.
-No fakt, zakuty łeb to ty zawsze miałeś, tylko brakuje ci czegoś – powiedział podśmiewając się Squall
-A niby czego mi brakuje? - Zapytał Seifer.
-Ja bym ci powiedział, ale... - uciął Squall, a na jego twarzy pojawił się szatański uśmiech i po chwili dodał – Patrz wiozą świeże potiony.
Seifer nie podejrzewając podstępu, odwrócił się. Na reakcję Squalla nie trzeba było długo czekać. Wyciągnął pędzelek i niczym mistrz „Okami” nasmarował na plecach Seifa piękny, czarny krzyż.
-No co ty? - zapytał Seifer.
-Wreszcie z ciebie prawdziwy rycerz, aż przestaję mieć wyrzuty sumienia na myśl, że muszę ci twarz obić. - odpowiedział Squall, z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Edea spojrzała na plecy Seifera z przerażeniem.
-I czym ja to teraz dopiorę. Do domu gówniarzu – powiedziała, wskazując Seriferowi drogę, następnie dodała – Nikt nie będzie poniewierał mojego Sefcia.
Na całe szczęście w międzyczasie dotarł Irvine i Rinoa. Na pierwszy rzut poszło tornado, które co prawda nie wyrządziło Edei wielkiej krzywdy, ale odpięło kilka żabek przy firankach. Dzięki temu, zajęła się ich zapinaniem, nie mając czasu na atakowanie naszej drużyny. I pewnie mogli by tak ciągnąć, aż do śmierci czarownicy, gdyby Squall nie pomylił czarów i nie rzucił fire, wypalając w jednej z firanek maleńką, ledwie widoczną dziurkę. W oczach Edei pojawił się obłęd, a jej twarz przybrała kolor purpury. Trzęsącymi rękami przyzwała lodowe sople, posyłając je w kierunku Squalla, który w międzyczasie, chcąc okazać lekceważący stosunek do przeciwniczki, odwrócił się i wypiął nagie pośladki. Ukłucie lodowym ostrzem w odsłoniętą część ciała, przywołało wspomnienia zastrzyków z penicyliny, które towarzyszyły Squallowi przez całe dzieciństwo. Rinoa udając, że chce pomóc, zepchnęła go jeszcze na zakończenie z platformy.
Po tych wydarzeniach, cała ekipa została aresztowana i skazana na karę śmierci, za zamach na Edeę, oraz dodatkowe trzy lata więzienia, za zniszczenie zabytkowych foteli w muzeum.



Część 5

Po dowiezieniu naszych podopiecznych do więzienia, pojawiły się u nich objawy głodu alkoholowego, co w rezultacie doprowadziło, do utraty przytomności.
Znowu mięli zbiorowy sen o Lagunie. We śnie pojawiła się dziewczynka, której ubiór był łudząco podobny do nieznajomej, pojawiającej się wcześniej na ich drodze. Jednak wydawało się niemożliwe, by jakiekolwiek ubranie dawało się aż tak rozciągnąć, nie wspominając o tym, że mitem jest kobieta, która przez całe życie chodzi w jednym ubraniu. W barze Laguna spotkał się z Kirosem i Raine. Po rozmowie usłyszeli, że Estharscy ochroniarze, znowu aresztują dzieci, w tym Jasia i Małgosię, za kradzieże ciastek ze sklepu eshtarskiej sieci „Jelonek Rogacz”. Laguna wyjaśnił, że zajmuje się codziennie „czyszczeniem” miasta z potworów, gdyż wszyscy wyjechali na wojnę i pozostały tylko kobiety, dzieci i z nieznanych przyczyn on sam. W trakcie obchodu, Kiros zdębiał widząc Lagunę prującego z automatu do gąsienic, żab, komarów i uciekających emerytów. Miarka się przebrała, kiedy zaatakował wiatrak i używając komendy „draw”, wyciągnął z niego worek mąki. Kiros chcąc ratować kolegę, zaproponował mu, by pisał fanfiki na jakimś forum o „Final Fantasy”, jednak nie wziął pod uwagę, że w Winhill nie było internetu.
Po powrocie podsłuchali rozmowę dziewczyn, w której padły słowa o ewentualnym ślubie Laguny z Raine. Ta jednak stwierdziła, że nie może strawić rzucanych po kątach skarpetek, nie opuszczonej deski klozetowej, a już na pewno tego, że w lipcu nosi gacie z napisem marzec. Laguna nie dając po sobie poznać, iż podsłuchał rozmowę, zamienił kilka zdań z dziewczynami, po czym poszedł spać.
W tym momencie ocknęli się wszyscy z wyjątkiem Zella. Ten obudził się jakiś czas później, gdyż we śnie, jako Ward kończył igraszki z kolegą z dyżurki. Gdy wyrwał się z objęć Morfeusza, Selphie robiła Quistis tatuaż z wizerunkiem smoka, choć trzeźwym okiem patrząc, przypominało to co najwyżej chaszcze Puszczy Białowieskiej. Po chwili do celi weszli strażnicy w mundurach SS.
– Która to Rinoa? – zapytał dowódca strażników, z wyraźnym gardłowym „r” w głosie.
Nasi podopieczni, będąc związani z ruchem oporu, postanowili iść w zaparte i wszyscy, nie wyłączając samej poszukiwanej, natychmiast wskazali Rinoę. Gdy strażnicy wyprowadzali ich koleżankę, reszta swój smutek uczciła minutą radosnej zabawy, którą przerwał jeden ze strażników, który wrócił wymierzyć Zellowi kilka kopów mówiąc:
– Co prawda nie wiem za co, ale tak było w scenariuszu.
Selphie widząc cierpiącego Zella, wyciągnęła ukryty w czeluściach damskiej bielizny, telefon komórkowy.
– Gdzie to było? Jest, dziesięć curag za jeden SMS, cena za wysłanie jedyne 300 gil plus vat, pit, cit, składka na ubezpieczenie zdrowotne, oraz abonament radiowo-telewizyjny, łącznie 6000 gil brutto.
Niestety takiej kwoty, jak i żadnej innej, jako szanująca się nastolatka mieć nie mogła. Zdenerwowana rzuciła telefonem, trafiając Zella w głowę, niemal pozbawiając go przytomności. Na domiar złego, Zell był uczulony na sierść Momby, który przyniósł obiad. Po ceremonii ostatniego namaszczenia, Selpie licząc na cud, nachyliła się nad Zellem z myślą o reanimacji. Nie zdała sobie sprawy, że w ten sposób odsłonił się jej ponętny dekolt. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Puls i ciśnienie Zella nagle skoczyło, spodnie zrobiły się ciasne i nawet nie wiadomo kiedy, jego ręce zaczęły obłapiać biust koleżanki. W następstwie tego zdarzenia, ręka Selphie dotknęła policzka Zella, przekazując w ten sposób, całą energię kinetyczną wcześniejszego, obszernego zamachu.
W tym czasie w celi ocknął się Squall. Zauważył, że rany zniknęły, natomiast niektóre części jego ciała, pokrywały liczne siniaki w kształcie dłoni Seifera. Po chwili w celi pojawił się właściciel owych dłoni z zamiarem zabrania Squalla do pokoju przesłuchań. Ten stawiając opór, głęboko wbił paznokcie w siedzisko i to na tyle skutecznie, że wyprowadzenie wymagało interwencji ślusarza. Na miejscu przywiązano do ściany Squalla wraz z deską. Seifer pojawił się po chwili, ubrany w skąpy, skórzany strój, trzymając w ręku pejczyk i gładząc nim strefy erogenne Squalla, ze szczególnym uwzględnieniem deski, zaczął wypytywać.
– Ty niegrzeczny, powiedz jakie zadanie mają SeeD?
W tym momencie jego pejczyk zaplątał się w bujnym owłosieniu nóg Squalla. Ze swojej różowej torebki wydobył depilator. Na widok tego nowożytnego narzędzia tortur, na twarzy Squalla pojawiło się przerażenie. Musiał szybko coś wymyślić.
– Mamy wprowadzić na rynek tani eliksir i rozpijając w ten sposób pańszczyźnianych chłopów, oraz inteligentów, przejąć władzę nad światem.
Słowa Squalla wydawały się wysoce prawdopodobne, jednak zamach na Edeę za nic nie pasował do tego planu. Dlatego Seifer kontynuował zabiegi kosmetyczne, które z powodu uszkodzonego kabla depilatora, wzbogaciły się o stymulację prądem.
W tym czasie Zell z koleżankami zabrał się za spożywanie obiadu. W związku z rozporządzeniem ministerstwa kultury, dla wzbogacenia krwawych scen w filmach, zarządzono podawanie więźniom zwiększonej ilości żelaza. Niestety kryzys spowodował, iż jedyną formą w jakiej było ono dostępne, były brzeszczoty, z których Zell nie omieszkał skorzystać zgodnie z pierwotnym ich przeznaczeniem, czego nie można było powiedzieć o dziewczynach, ponieważ te właśnie rozwodziły się nad aksamitnym smakiem żelastwa. Gdy Zell po kilku godzinach piłowania, próbował przecisnąć się przez okienko w drzwiach, zahaczył nogawką o klamkę i drzwi najzwyczajniej w świecie otworzyły się. Reakcji Zella nie zagłuszyła nawet wstawka cenzorska, zatem postanowiono ją wyciąć. Po uspokojeniu, Zell ruszył na poszukiwanie broni. Na szczęście w magazynku na skonfiskowane rzeczy, Rinoa przekonywała Seifera, by ten nie robił krzywdy jej kolegom i trzeba przyznać, że nie robiła tego dyskretnie. W związku z tym, żaden ze strażników nie śmiał im przeszkadzać, więc pilnowali dobytku naszej drużyny na korytarzu. Gdy Zell zbliżył się do nich, zauważył, że strażnicy to dwie leciwe działaczki Związku Socjalistycznej Młodzieży Galbadyjskiej i wykorzystując ich doświadczenia w młodości, krzyknął:
– Papier toaletowy rzucili!!!
Nie trzeba było długo czekać. Obie znikły tak szybko, że migawka kamery nie zdążyła tego uchwycić. Zell objuczony bronią i laptopami, ruszył do koleżanek. Schodząc ze schodów, usłyszał dobiegające z celi odgłosy walki. Z impetem wpadł do środka. Wewnątrz jak gdyby nigdy nic, stała Selphie wraz z Quistis, czyszcząc sobie paznokcie, zaś ciała żołnierzy mógł zidentyfikować jedynie stomatolog, a i to dopiero po zebraniu zębów, które w popłochu rozproszyły się po całej celi. Na twarzy Zella zaczęło się rysować przerażenie, z gardła natomiast nie mógł wycisnąć ani słowa.
– No co, nie słyszałeś o zespole napięcia przed miesiączkowego? - zapytała Selphie, widząc reakcję kolegi.
– Właśnie sobie wyobraziłem sprawę rozwodową w waszym wykonaniu. - odpowiedział Zell, oddając broń swoim koleżankom.
Korzystając z okazji, że Rinoa nadal namiętnie przekonywała Seifera, ruszyli na pomoc Squallowi. Gdy dotarli na miejsce, ten nadal wisiał przywiązany do ściany. Zell w pierwszej kolejności odwiązał górne kończyny swojego kolegi w związku z czym usłyszał wiązankę słowno-muzyczną pod wszystko mówiącym tytułem „Debilu, najpierw nogi”. Po Chwili twarz Squalla nawiązała bliski, niemal przyjacielski kontakt z podłożem. Po pozbieraniu kolegi, ruszyli do windy. Niestety Squall, deską w której nadal tkwiły jego ręce, uszkodził panel sterujący i ku wątpliwej uciesze towarzystwa, musieli ruszyć pieszo. Na dole spotkali Irvina z Rinoą.
– Rinoa, sądząc po odgłosach z magazynku, byłem pewny, że właśnie wyrok na tobie wykonują. - powiedział z sarkazmem Zell, na co Rinoa zareagowała klasycznym fochem z przytupem.
– Dobra, dobra, ja tam nie wnikam kto z kim sypia, byle bym dzieci z tego niańczyć nie musiał. - Powiedział Squall, po czym ruszył dalej w poszukiwaniu wyjścia.
Niestety do drzwi na parterze, przykuli się działacze partii zielonych, protestując w ten sposób przeciwko budowie obwodnicy więzienia, która ich zdaniem zniszczy dziko żyjące ziarna piasku.
Jak wiadomo z ekologami jeszcze nikt nie wygrał, więc cała szóstka w poszukiwaniu alternatywnego wyjścia, ruszyła w górę. Niestety Squall z powodu deski, dotarł na górę z dużym opóźnieniem. Gdy reszta drużyny podziwiała widoki z pomostu na zewnątrz, Squall zaklinował się w drzwiach do pokoju sterowania. Rinoa jakby coś przeczuwając, całą drogę trzymała się blisko kolegi i wykorzystując jego bezbronność, oraz nieobecność reszty drużyny, poczęła go najzwyczajniej obnażać. Squallowi na widok napalonej Rinoy, zmieniła się orientacja seksualna i w akcie desperacji zaczął niczym lis w potrzasku, przegryzać więżące go w desce tipsy. Impet z jakim się oderwał, był na tyle wielki, że wpadł na panel sterujący więzienia, uruchamiając funkcję wwiercania się budynku w piasek, w rezultacie dowiercając się do całkiem bogatych złóż ropy naftowej, które w normalnych warunkach wystarczyły by do utrzymania małego państwa przez kilka lat, ale naszej drużynie co najwyżej na wyprawienie osiemnastki Squalla.
Jak na Afganistan przystało, w pobliskim supermarkecie zakupili dwa wozy pancerne w promocji dostając turbany, brody, sześć skrzynek potionów, oraz ładne skórzane paski wysadzane dynamitem. Wiele się nie zastanawiając ruszyli w drogę. Podróż nie trwała jednak zbyt długo, gdyż po wypiciu potionów, u większości pojawiły się objawy choroby lokomocyjnej. Gdy zrobili sobie przerwę, stali się świadkami odpalenia rakiet. Selphie ze smutkiem spojrzała w ich kierunku.
– Lecą do Trabia Garden.
– Skąd wiesz? - zapytał Squall, jednak szybko się domyślił, gdyż te miały białe tablice informacyjne z opisem relacji.
– To był jedyny ogród, który odpowiedział na moje CV – powiedziała płacząc Selphie, po czym otarła łzy i dodała – Miała być tarcza antyrakietowa, a tak trzeba się będzie w zatrudniaku zarejestrować.
Resztkami przytomności podjęli decyzję o podziale na dwie drużyny, z których jedna ruszyła do bazy rakietowej, zaś druga dowodzona przez Squalla do ogrodu Balamb.
Niestety, chciał nie chciał, ilość paliwa w baku była ograniczona i nagle na środku pustyni wóz Squalla zaczął prychać, po czym stanął. Nie pozostało nic innego jak piesza wycieczka, jednak podróż na kacu przez pustynię nie mogła należeć do łatwych. Po pewnym czasie zaczęli się czołgać z wyczerpania, a w ich umysłach pojawiły się wizje bielejących w piaskach szkieletów. Było to o tyle dziwne, że od wozu dzieliło ich zaledwie pięćdziesiąt metrów. Fatamorgana w postaci peronu na środku pustyni, wydawała się nie rozbudzać ich nadziei. Realizmu nabrała wtedy, gdy dostrzegli tablicę „Włoszczowa”. W końcu właściwy peron, we właściwym miejscu. Resztką sił dotarli do stacji. Squall zgodnie z zasadami poradnika dla samobójczych zamachowców, z dworcowej jadłodajni podprowadził plastikowe sztućce, którymi sterroryzował maszynistę pociągu, w rezultacie kończąc swoją podróż w budynku urzędu skarbowego w Balamb.
W tym czasie grupa jadąca do bazy rakietowej, została zaatakowana przez spodek kosmiczny. Po odzyskaniu przytomności, tak jak poprzednio nic nie pamiętali, a po przeprowadzeniu inwentaryzacji, ze zdziwieniem stwierdzili, że nic nie zniknęło. Ich optymizm nie trwał jednak długo, gdyż próba ruszenia z miejsca, zakończyła się fiaskiem. Nikt nie był w stanie wydedukować skąd obcy na środku pustyni wziął cegły do podparcia wozu, ani tym bardziej na co mu koła? Jako, że ubezpieczenie pojazdu obejmowało assistance, już dwie godziny później przejeżdżali na lawecie bramę bazy rakietowej. Komputer przy wejściu zażądał włożenia karty kredytowej i podania pinu. Gdy w dalszej kolejności zażądał podania listy tajnych agentów Balamb, nikt z naszej drużyny nie przewidywał podstępu. Ich wyjątkową czujność, pobudziło dopiero pytanie o rozmiar biustu Selphie, gdyż ta informacja, jak wszyscy wiedzą, opatrzona była klauzulą tajności. Na szczęście pomimo nie udzielenia owej informacji, drzwi się odblokowały, w przeciwieństwie do konta naszej drużyny, na którym zostały przekroczone wszystkie możliwe limity.
Do środka weszli po cichu, by nie zwracać na siebie uwagi. Ich celem był główny komputer sterujący. Zell wyciągnął garść drobnych i jedną z monet rzucił w korytarz za plecami strażników, odwracając w ten sposób ich uwagę. Kolejne monety rzucał co chwilę, by trzymać ich na dystans. Selphie w tym czasie odpaliła komputer. Gdy pojawiło się logo „Windows”, było wiadomo, że wiele mieszać nie muszą, by rakiety nie trafiły.
– Ciekawe czemu ma służyć w tym programie coś takiego, jak zmniejszenie celności rakiet? Nie mogli od razu zaaplikować funkcji „strzel na wiwat”, przynajmniej przydało by się na sylwestra. – wymamrotała Selphie.
Po wprowadzeniu wszystkich zmian i uruchomieniu programu autodestrukcji, stało się coś czego się nie spodziewali. Z powodu zalegania przez galbadyjski rząd z opłatami za prąd, w całej bazie zostało wyłączone zasilanie, co spowodowało wyłączenie komputerów i niemożność odpalenia rakiet.
– Że myśmy na to nie wpadli. – Powiedział Zell.
Zostało tylko zrobić coś, by nikt nie włączył zasilania awaryjnego. Tym zajął się Irvine, dzwoniąc do najbliższego posterunku policji z informacją o podłożeniu bomby w bazie rakietowej. Teraz wystarczyło zamknąć się w schowku na szczotki i poczekać, aż cała obsada bazy zostanie ewakuowana. Następnie nasi pupile, przed wkroczeniem saperów, zamknęli i zabarykadowali bramę. Wojsko prośbą i groźbą próbowało wynegocjować otwarcie wrót, jednak po upływie godziny zamilkli, co zaniepokoiło Zella. Gdy wyjrzał przez wizjer, jego oczom objawił się monumentalnych rozmiarów sześciopak promocyjnych potionów „Trojański Full”, ze sklepu „Jelonek Rogacz”. Na taki widok musieli zareagować, wciągając go do środka. Po rozpracowaniu dwóch puszek, cała trójka przysnęła. W tym momencie z kolejnych dwóch puszek wyszli żołnierze, którzy teraz bez problemu wdarli się do bazy, uruchamiając zasilanie awaryjne i tym samym odpalając rakiety, oraz wznawiając działanie programu autodestrukcji. Nie wiadomo, czy nasza nieprzytomna z powodu stanu upojenia trójka, odzyskała świadomość, jednak kilka chwil później, można było podziwiać efektowną eksplozję w miejscu bazy wojskowej.
W tym czasie Squall wraz z Rinoą i Quistis, dotarli do ogrodu Balamb. Przy wejściu spotkali Rajin i Fujin, którzy oznajmili im, że w ogrodzie trwa właśnie kampania wyborcza i że pewnie będą musieli się opowiedzieć za jednym z kandydatów. Numer drugi na liście kandydatów, zwany mistrzem ogrodu, postanowił wszystkimi siłami pozbyć się swojego przeciwnika, zatrudniając CBA, do odszukania i aresztowania Cida, pod zarzutem wręczenia łapówki dyrektorowi ogrodu Galbadia, w zamian za sabotowanie zamachu na Edeę, oraz torpedowanie ustawy opodatkowującej „Triple Triad”. Bojówki mistrza ogrodu szczuły zwolenników dyrektora, zwierzętami wypuszczonymi z centrum treningowego, do czego nasza drużyna nie zamierzała dopuścić. Po demokratycznym uszczupleniu z pomocą gunblade`a, poparcia dla mistrza ogrodu o jakieś pięćdziesiąt procent, dotarli wreszcie do Cida i poinformowali go o możliwym ataku rakietowym. Ten nie czekając udzielił im informacji, że ogród ma coś ukrytego w podziemiach pod windą. Faktycznie, znajdował się tam schron z zapasami trzydziestoletnich eliksirów, szwedzkimi puszkami mięsnymi w tym samym wieku, że o przeterminowanych, piankowych żelkach nie wspomnę. Te ostatnie, zaczęły już nawet żyć własnym życiem i w formie dwóch ślimaków bezskorupowych, stanęły na drodze naszej drużyny. Squall nie zastanawiając się długo przyzwał Ifrita, którego właśnie oderwał od oglądania programu kulinarnego „Pascal po prostu gotuj”. Początkowo Ifrit nie wydawał się być z tego faktu zadowolony, wiedząc, że dostanie mu się od Shivy za wyjście bez pozwolenia. Jednak gdy zobaczył piankowe ślimaki, niemal wpadł w euforię i po kilku chwilach krzątania, dzierżył w dłoniach przyrządzony z nich torcik bezowy ze śledziami, który zabrał dla swojej ukochanej w ramach przeprosin.
Drużyna ruszyła dalej, docierając do maszynowni. Niestety ktoś ostatnio zostawił ogród z włączonymi światłami, wyładowując akumulator, zatem odpalenie z kluczyka nie wchodziło w rachubę. Nie pozostało nic innego, jak posłużyć się korbą. Po kilku obrotach silnik zaskoczył i ogród po wyrządzeniu kilku szkód parkingowych oddalił się z miejsca zdarzenia, unikając rakiet i pokrycia kosztów za uszkodzenie sąsiadujących pojazdów. Następnego dnia gazety pisały, że rakiety nie mogąc znaleźć celu, udały się tam, gdzie uznały za słuszne, czyli na ulicę Wiejską w Warszawie, znacząco zwiększając w ten sposób poparcie dla nieistniejącego już parlamentu.
Po drodze ze sterówki, nasi podopieczni wyszli na taras widokowy, by się nieco przewietrzyć. Szeroki uśmiech Rinoy w trakcie podziwiania widoków, doprowadzał Squalla do szału. W zdjęciu grymasu z twarzy dziewczyny, pomogło wypróżniające się nad nią ptactwo, szczerze uszczęśliwiając tym Squalla i Quistis.
Przed wodowaniem ogrodu, odbył się oficjalny chrzest pustą butelką po eliksirze, gdyż Squall jako ojciec chrzestny nie mógł dopuścić, do zmarnowania jej zawartości. Jeszcze tylko odciski dłoni naszej drużyny i psa Rinoy, oraz napis „Rinoa 102” i ogród miękko wylądował w wodzie.
W trakcie wędrówki po ogrodzie, Squall znowu spotkał tajemniczą nieznajomą. Gdy zapytał się o jej dane personalne, ta wzburzyła się, nie rozumiejąc jak Squall może tyle pić, by jej nie pamiętać.
– Czemu te kobiety nie mogą zrozumieć, że SeeD piją właśnie dlatego, by w razie ewentualnego przesłuchania nic nie pamiętać. – pomyślał Squall, po czym się oddalił.
Przy windzie naszą drużynę zaczepił posłaniec mistrza ogrodu, informując, że mają się do niego udać, co też uczynili. NORG, bo tak zwał się mistrz, był podobno łysym bratem bliźniakiem Wojciecha Manna. Gdy zjechali na dół, Cid właśnie wracał z „dywanika” od mistrza. Wydawał się nie być zadowolony i dlatego Squall, już na dzień dobry, wyciągnął butelkę przedniego eliksiru. NORG nieco zbity z tropu, nie odmówił, a nawet wyciągnął zimne zakąski i po kilku kolejkach zaczął gadać o tym, że cały ogród jest wybudowany i utrzymywany z jego pieniędzy i że po wejściu na giełdę, Cid ze swoją żoną Edeą, chcą przejąć pakiet kontrolny akcji, a tym samym i ogród. Squall nieco się zdziwił na wieść o związku dyrektora, ale nie dawał tego po sobie poznać. NORG nadal narzekał, że dla obniżenia cen akcji, Cid wraz z dyrektorem ogrodu Galbadia, sabotowali akcję zamachu na czarownicę, dając ślepego na jedno oko snajpera i ... Tu przerwał, spoglądając na Rinoę. Po kilku następnych kolejkach NORG rzekł, że mimo całej sympatii do nich, będzie musiał ich wydać czarownicy, by załagodzić całą sytuację. Squall tylko przytakiwał, głaskając jego skórzastą głowę. Gdy NORG już ledwie kontaktował, Squall przypomniał sobie, że ktoś mu mówił, iż mistrz ogrodu jest w posiadaniu GF-a Leviatana. Rzeczywiście NORG miał węża w kieszeni. Squall zaczął oglądać gada, gdy ten nagle odezwał się ludzkim głosem.
– Jam jest wąż, który towarzyszy wszystkim ogrodom od samego początku. - Po czym zaczął opowiadać o historii ogrodnictwa. Jak to pierwszy z mistrzów, przez pięć dni organizował Eden Garden. Szóstego dnia zatrudnił ochroniarza, którego wybrał spomiędzy „glin”, a zwał się on Adam. Niestety protesty feministek, oraz kradzież żeberek z drugiego śniadania Adama, zmusiły go do zatrudnienia drugiego ochroniarza w postaci niejakiej Ewy. Wszystko było by dobrze, gdyby nie monitoring, na którym został utrwalony fakt, jak w/w wąż, pracujący w związkach zawodowych, namawia ochroniarzy do spożycia jabłka marki McIntosh, jako posiłku regeneracyjnego, który podobno im przysługiwał, za co zostali wydaleni z pracy, a obciążenie za brakujący towar, wraz z lichwiarskimi odsetkami, ich potomkowie płacą do dziś. Jak widać właściciele ogrodów od zawsze należeli do skąpców. Z tej wypowiedzi można było wywnioskować, iż nie jest to stworzenie, którego poszukiwali. Squall nie kryjąc swojej niechęci do pracowników związków zawodowych, wyjął swojego gunblade`a, przybił nim głowę węża do stołu, oskórował i zrobił gustowny pokrowiec na swoją broń, oraz dwie damskie torebki dla koleżanek, czym niestety zmniejszył swoją kompatybilność z GF-em Diablosem.
Poszukiwania Leviatana trwałyby jeszcze długo, gdyby nie to, że skończyły się ostatnie śledzie marynowane. Po następnej kolejce, z ust NORGA nieśmiało wychylił się tasiemiec i rzekł.
– Ja z pytaniem natury formalnej. Czy można wiedzieć gdzie zakąska?
Squallowi jak zwykle pod wpływem alkoholu, wyostrzyły się zmysły, co pozwoliło mu chwycić robaczka, za mikroskopijną główkę i pozyskać jako nowego GF-a.
Przy tempie jakie narzuciła nasza drużyna, zejście śmiertelne NORGA, było tylko kwestią czasu. Teraz naszej drużynie pozostało pozbyć się ciała, rzucając je na żer, pływającym wokoło ogrodu rekinom.
Niestety jak na pechowców przystało, za wyrzucanie śmieci do wody zostali ukarani słonym mandatem, a Squallowi za ucieczkę ogrodem z miejsca wypadku, zabrano prawo jazdy.



Część 6

Po pozbyciu się NORGA, nie pozostało nic innego jak wyjaśnić kilka spraw z Cidem, który w związku ze stresem wyborczym i brakiem w ogrodzie innych kobiet w jego wieku, trafił na kozetkę do doktor Kadowaki. Ta ostrzegła, by nie męczyli go za bardzo, gdyż i tak zbyt wiele wziął na siebie. Faktycznie dwa worki ziemniaków, którymi był przykryty z powodu braku pieniędzy na kołdry, oraz pani doktor, której masa już niejednego pacjenta posadziła na wózku inwalidzkim, to wszystko mogło być dla niego ciężarem ponad siły.
Squall zaczął wypytywać najpierw o powód, dla którego musi teraz znosić zachwyty męskiej części ogrodu nad jego nogami i jęki zawodu, gdy okazuje się, że jest facetem. Cid nie krył zdziwienia.
– Chłopie, przez pięć lat wałkowaliście „Jasia i Małgosię”, oraz „Krasnoludki i sierotkę Marysię”. Co roku zamiast topić marzannę, paliliście na stosie kukłę Baby Jagi. Z historii nie przerabialiście nic poza świętą inkwizycją, a ty nie wiesz jakie zadanie mają SeeD?
– Aaaa..., to o tępienie czarownic chodziło, a ja byłem pewny, że o nową maturę, w związku z objęciem stołka ministra oświaty przez dyrektora „Radia Aeris”. Dopiero jak na próbnej dali „Czerwonego Kapturka”, to zacząłem coś podejrzewać.
Następnie Squall zaczął się wypytywać o NORGA. Cid powiedział, że poznał go podczas poszukiwania pieniędzy na ogród. Gdy po zrzutce wybudowali ten obiekt, przyszedł urząd skarbowy i naliczył takie podatki, że musieli podejmować się wykonywania misji za pieniądze. Zaczęło się od zamachu na Kennedy`ego, później był Martin Luther King, a ostatnio jeden z Seed udając lekarza, zaopiekował się Michaelem Jacksonem. Dzięki temu ogród szybko wyszedł z długów, a sam NORG zaczął zarabiać całkiem spore pieniądze, za których pomocą jak widać, nauczył się nurkować bez akwalungu i to na tyle skutecznie, że od kilku godzin nie musiał zaczerpywać powietrza.
Na pytanie o związek Cida i Edei, uzyskał odpowiedź, że wzięli ślub po to, by po zsumowaniu ich dochodów, dostać większy kredyt hipoteczny na budowę ogrodu. Squall jednak chciał wiedzieć coś więcej, a przede wszystkim, kiedy się dowiedział, że ona jest czarownicą. Cid oznajmił, że już po ślubie zrobiła się z niej niezła wiedźma, bo nawet na papierosa bez pozwolenia nie mógł wychodzić, że o wspólnych imprezach z NORGIEM nie wspomni.
Po rozmowie, Squall postanowił odrobić trochę strat grą w karty, by wymienić je później, na potiony i eliksiry. W poszukiwaniu kart ogrywał kogo popadnie, zdobywając kilka naprawdę rzadkich egzemplarzy, w tym karty miłościwie nam panującego prezydenta, Ojca Dyrektora, Benedykta XVI, oraz z kategorii monster, Jolantę Rutowicz.
W trakcie wędrówki po ogrodzie spotkali Xu, która kazała im iść na taras, gdyż zbliżał się jakiś statek. Squall będąc pewnym, że to straż graniczna, wyrzucił za burtę wszystkie eliksiry bez akcyzy, oraz całe ziele powodujące status confuse. Gdy zobaczył, że to biali SeeD, chciał się rzucić do morza dla ratowania towaru. Ten jednak został spożyty przez ryby, które pod wpływem używek, wyszły z wody koło sceny w ogrodzie i po rozpaleniu ogniska, do białego rana tańczyły przy nim, śpiewając „Sun Of Jamaica”.
Po chwili na tarasie pokazał się Cid i kazał Squallowi odszukać Ellone. Squall przyjrzał się sobie w poszukiwaniu jakichkolwiek cech chłopca na posyłki, po czym z wielką niechęcią ruszył na poszukiwania. Trafił na nią w bibliotece, przy okazji wypożyczania książki „Czerwony Kapturek”, którą potrzebował w związku z oblaną maturą próbną. Rozpoznał ją po nieśmiertelniku z wyrytym imieniem. Gdy zaczęła opowiadać o tym, że to nie jedzenie i picie było przyczyną ich przenoszenia się do świata snów i że to ona ich tam zabierała, oraz coś o zmienianiu przeszłości, Squall wyciągnął telefon i zadzwonił do doktor Kadowaki. Ta jednak stwierdziła, że z powodu leczenia licznych przypadków alkoholizmu w ogrodzie, skończyły się jej limity na chorych psychicznie i najlepiej przerzucić całą odpowiedzialność, wraz z chorą, na statek białych SeeD, co też Squall bezzwłocznie uczynił.
Przed odpłynięciem statku, odkupili jeszcze od białych SeeD i niesamowitą nawigację satelitarną, dzięki której można znaleźć nawet obiekty, o których położeniu nikt nie ma pojęcia, ot choćby taki dryfujący ogród. Po wszystkim Squall poszedł do swojego pokoju i układając wygodnie w łóżku zaczął bić się z myślami.
– Dam radę sam, nikt nie jest mi potrzebny – po czym odwrócił się, spoglądając na biurko, na którym spoczywała dopiero co wypożyczona książka z napisem „poczytaj mi mamo”. Squall rozpłakał się po czym rzekł – Nie ktoś jednak musi mi pomóc. – po czym zasnął.
Jakiś czas później do pokoju weszła Rinoa.
– Czego?! - Zapytał „grzecznie” Squall.
– Może byś tak poszedł ze mną na spacer – odpowiedziała Rinoa.
– Dziewczyno, gdybyś przypominała jamnika, to może bym cię wyprowadził, ale wysikać to się chyba sama potrafisz – powiedział Squall, po czym spojrzał za kozetkę i dorzucił – Idźże stąd, bo mi przez ciebie zacier przestaje fermentować.
Rinoa nie kryjąc zażenowania wyszła z pokoju. W tym czasie ogród niechybnie zbliżał się do Fisherman`s Horizon, a wraz z nim rozbawione ryby, które zaczęły brać wędkarzom z tak dużą częstotliwością, że zanim ogród zderzył się z miastem, mieszkańcy mięli wyczerpane wszystkie limity połowowe.
Po zderzeniu Cid poprosił Squalla, by ten w jego imieniu poszedł przeprosić burmistrza miasta. W związku z tym, że Seed dopiero co dostali żołd, Squall zgodził się niemal natychmiast, gdyż z powodu nakazu doktor Kadowaki, w kafeterii wprowadzono prohibicję, a na lądzie można było liczyć na jakieś sklepy.
Po opuszczeniu ogrodu, zaczęli przepraszać miejscowych, wyjaśniając, że dyrektor kupił ogród bez instrukcji obsługi i nie bardzo wie jak go prowadzić. Mieszkańcy nie wydawali się specjalnie obrażeni, twierdząc, że lubią remontować, co zdziwiło Squala, gdy spojrzał na wszechobecną w mieście rdzę i sypiący się dworzec kolejowy.
Po kilku minutach dotarli do domu burmistrza. Ten wraz z żoną leżał nago w łóżku przed kamerami i ględził coś o pokoju na świecie i braku przemocy. Gdy zobaczył Squalla, podniósł swoje przyciemniane okulary z okrągłymi szkłami i po oględzinach, kazał im się jak najszybciej wynosić, by ich obecność w mieście, nie sprowadziła przemocy. Gdy nasza drużyna ruszyła w drogę powrotną, w mieście pojawili się galbadyjscy żołnierze. Burmistrz miasta natychmiast ruszył na pokojową manifestację. Nie wiedzieć skąd, na jego plecach znalazła się kartka z wizerunkiem tarczy strzeleckiej, ale po minie Squalla, można było przypuszczać, że to jego dzieło. Drużyna ruszyła śladem burmistrza. Na placu przed dworcem podsłuchali jak żołnierz wypytuje o Ellone. Gdy nie usłyszał satysfakcjonującej go odpowiedzi, powiedział, że i tak spalą miasto, bo Edea pisze nowe przemówienie i chce szukać natchnienia w pożarze.
Mimo, że dziewczyny bardzo zawzięcie przekonywały Squalla, by pomógł burmistrzowi, ten nie kwapił się zbytnio, licząc, że po ewentualnej śmierci staruszka, zwolni się stołek, na który sam miał wyraźną ochotę. Niewiele brakowało, a osiągnął by swój cel, gdyby nie przejeżdżająca powyżej miejsca zdarzenia furmanka, wioząca niekompletny, monumentalnych rozmiarów, sześciopak potionów z bazy rakietowej. Woźnica w trakcie wyprzedzania innych pojazdów, stracił panowanie nad koniem i cały ładunek wylądował na galbadyjskim żołnierzu.
Squall widząc nadnaturalnej wielkości puszki, nie mógł się pohamować. Już zbliżał się do celu, gdy z wnętrza jednej z puszek rozległy się strzały, trafiając Squalla w dopiero co napoczętego potiona. Status berserk był w tej sytuacji tylko formalnością. W szale rozdarł puszki wyciągając z nich Irvina i Zela wraz z Selphie, która w geście rozpaczy zdołała wykrzesać z siebie dispela, uspokajając nim kolegę. Squall po ochłonięciu zapytał:
– Dlaczego do nas strzelaliście?
– To nie my, a Irvine. Przy wybuchu w bazie cegła go w głowę trafiła i teraz we wszystkich widzi wrogów – odpowiedziała Selphie
– To dlaczego mu broni nie zabraliście?
– Zell próbował, ale ten mu mało rąk nie odgryzł.
Mimo licznych pomysłów, jedyne do czego doszli, to pomysł uśpienia Irvine`a, do którego z niekłamaną radością zabrał się Zell, uderzając go w głowę skarpetą wypełnioną bilonem. Ku zdumieniu wszystkich, Irvine zamiast przysnąć, odzyskał zdrowie psychiczne i po sprawdzeniu, czy aby na pewno ich koledze nic nie dolega, wszyscy z wyjątkiem Rinoi i Squalla poszli do ogrodu.
– Czy mi się wydawało, czy cieszyłeś się na ich widok. – Zapytała Rinoa.
– Gdybym się cieszył, to bym ogonem merdał – odpowiedział Squall – Jestem jednak zadowolony z faktu, że dzięki nim, rzadziej będę musiał cię oglądać.
Rinoa jak zwykle obruszyła się i pobiegła za resztą towarzystwa. Chwilę później do ogrodu poszedł także Squall. Po drodze spotkał Irvina, który oznajmił mu, że Selphie ma depresję i należało by ją pocieszyć.
– Taaa...,w pocieszaniu kobiet to ty jesteś najlepszy. – pomyślał Squall, jednocześnie zgadzając się ze swoim kolegą.
Selphi znaleźli przy rozbitej scenie w ogrodzie. Sądząc po zniszczeniach, można było przypuszczać, że na „rybiej” imprezie kogoś nieco poniosło. Squall będąc po utracie swoich zapasów, nie mniej zdołowany od samej Selphie, kazał pocieszać ją Irvinowi, który przyjął to zadanie z wielkim entuzjazmem. W tym celu Irvine obiecał, że wykorzystując tanią siłę roboczą z miasta, odbuduje scenę i zorganizuje jej koncert, po czym przeszedł do pocieszania właściwego.
W tym czasie Cid przekonywał Squalla, że muszą dalej ścigać Edeę, bo ona nie odpuści Ellone, ukrywając fakt, że czarownica wytoczyła mu właśnie sprawę rozwodową i w rzeczywistości martwi się tylko o to, by nie puściła go z torbami. Gdy Squall zgodził się z jego zdaniem natychmiast został obwołany dowódcą. Cała drużyna nie kryła radości, gdyż teraz magazyny ogrodu z zapasami środków leczniczych, stanęły dla nich otworem. Squall zmęczony stresującym dniem, położył się do łóżka. Zaczął rozmyślać, jak Cid mógł z taką łatwością kazać im zabić własną żonę, czując, że jest w tym jakieś drugie dno.
W tym czasie w mieście Selphie przygotowywała się do koncertu. Na wstępie odrzucili Rinoę, jako totalne beztalencie muzyczne. Tym razem jednak znaleziono jej zajęcie, jako osobie wyjątkowo odpornej na komplementy Squalla, miała mu pomóc się rozerwać. Reszta zaczęła rozpatrywać dobór materiału muzycznego. Selphie nie wiedziała, czy w związku z objętym przez Squalla stanowiskiem i przejęciem niemal całkowitej kontroli nad ogrodem, zagrać „Master Of Puppets” Metallici, czy może dla stworzenia nieco melancholijnego nastroju „Raining Blood” grupy Slayer. Po oglądnięciu dostępnych instrumentów, padło na to drugie, choć zagranie tego kawałka na flet prosty, tamburyno, bałałajkę i fortepian było naprawdę trudne. Dobrze, że chociaż Selphie nadrabiała całkiem podobnym wokalem.
Squall w tym czasie wstał z łóżka i z nudy postanowił wybrać się na spacer. W korytarzu natknął się na Rinoę.
– O kur..., wreszcie się po ludzku przebrała – pomyślał
– Choć ze mną na koncert – powiedziała.
Squall jak zwykle próbował ją spławić, lecz ta nie popuszczała.
– Jak nie pójdziesz ze mną, to będę za tobą łaziła i śpiewała.
– O nie, tylko nie to – pomyślał Squall - przecież jak śpiewała przy myciu garów, to szklanki pękały. - Po czym zgodził się, wybierając mniejsze zło.
Po drodze spotkali Irvine`a, który powiedział, że znalazł dla nich fajne miejsce i zaznaczył je zostawiając tam gazetkę.
Po zejściu w dół zobaczyli scenę, przyozdobioną plakatami Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pod której szyldem, zbierano pieniądze na kurację potionową dla osób uzależnionych w ogrodzie. Nieco z boku Squall zauważył gazetkę o której wspominał Irvine. Był to nowy numer „Playwitch”, którego okładkę zdobił akt czarownicy Adel.
– Wiedziałem, że on jest dewiantem, ale to już przesada – pomyślał Squall, po czym usiadł.
Rinoa siadła koło niego i zaczęła smęcić o tym, że Squall ma się odpręzyć i że ona mu w tym pomoże. Następnie zepchnęła go na taflę baterii słonecznych, które jakimś trafem były w tym miejscu wyjątkowo wypolerowane. Po chwili Rinoa dołączyła do kolegi. Squall spojrzał na odbicie dziewczyny w podłożu i ze zdumieniem stwierdził, że brakuje jej jednego elementu ubrania, jakim jest bielizna. Rinoa nadal nadawała, żeby otworzył się na ludzi i nie był taki spięty. Łatwo było mówić, jednak Squallowi daleko było do odprężenia, nie mówiąc już o jej słuchaniu. Gdy Rinoa odeszła zdenerwowana na to, że Squall nie zwraca na nią uwagi, ten biegiem udał się do swojego pokoju. Co było przyczyną tego pośpiechu, pozostanie jego tajemnicą.
Rano Squall został wezwany na mostek. Okazało się, że ogród został naprawiony, jednak wydali wszystkie pieniądze na naprawę. Cid powiedział, że ma w Balamb jednego dłużnika, który zalega od jakiegoś czasu i najwyższa pora zrobić mu małą windykację. Niestety nawigacja białych Seed odnajdowała bez problemu adresy niemożliwe do znalezienia, zaś do Balamb poprowadziła okrężną drogą, koło ruin Centry. Nasi podopieczni chcąc się przewietrzyć podczas długiej podrózy, nie omieszkali zajrzeć do tego miejsca. Gdy przekraczali progi budowli była noc. Mimo to dało się zauważyć, że cegły, które służyły obcemu do podparcia samochodu na pustyni, pochodziły właśnie z tego zabytku. Zwiedzając dalej budowlę, Squall kopnął w stojący na środku drogi garnek. Po chwili pojawił się obudzony hałasem, dziwny gość w szlafmycy z latarką w jednej ręce i na wszelki wypadek, nożem w drugiej. Widząc powagę sytuacji, nasi podopieczni ukryli się za murkiem udając koty. Natychmiast po tym jak owa postać znikła w ciemnościach, ruszyli dalej. Niestety już po ujściu kilkunastu metrów, sytuacja się powtórzyła. Zanim wyszli z pierwszej sali, powtórzyło się to jeszcze dwadzieścia razy, z tą różnicą, że po ostatnim razie, pojawił się nieco inny gość.
– Ciii, żebyście ich nie pobudzili – powiedział – Nie chcecie może kupić kompletu super garnków? Naprawdę tanio sprzedam – po czym otworzył swoją torbę z myślą o zaprezentowaniu oferowanego towaru.
Niestety w tym momencie jedna z rączek torby wyśliznęła mu się i cała zawartość z łoskotem spadła po schodach. Chwilę po tym sala wypełniła się światełkami latarek. Na twarzy Tonberry Kinga, bo tak nazywał się ów akwizytor, zaczęło się rysować przerażenie.
– Ratujcie, oni mnie zabiją. Ja im sprzedałem tych garnków dobre dwie setki, ale okazało się, że to klasyczna chińszczyzna i po tygodniu mogli je co najwyżej wyrzucić, dlatego tyle ich się tu wala.
– To nas też chciałeś orżnąć? – zapytał Squall.
– No co miałem zrobić? Rodzina na utrzymaniu, to z czegoś żyć trzeba. - Tłumaczył z coraz większym przerażeniem, widząc zbliżających się ziomków. - Ratujcie, mam znajomości w handlu to wam super rabaty pozałatwiam, a i dobrze sprzedać umiem.
Po chwili zastanowienia, Squall zlitował się nad stworzeniem i przyjął go jako kolejnego GF-a, po czym szybko uciekli na górę w obawie przed linczem.
U góry zobaczyli dziwne drzwi z zamkiem szyfrowym, nad którymi uruchomił się właśnie dworcowy zegar, pokazujący godzinę drugą czterdzieści, zaś budzik ustawiony był na trzecią. Na szczęście jakiś dobry człowiek, wyrył gwoździem w ścianie kombinację do zamka, dzięki czemu oszczędzili całkiem dużo czasu. Wewnątrz znajdował się dziwny gość zwany Odynem, którego żona tak jak wielu innych bohaterów tej historii nie oszczędziła, zdobiąc jego głowę efektownym porożem. On sam dosiadywał konia, którego kupił na ukraińskiej giełdzie koni arabskich, pod Czernobylem, z której to zwierzęta charakteryzują się nietypowym zestawem kopyt w liczbie sześciu sztuk. Ów człowiek wygrażał się, że mają czas do trzeciej, a później pokaże im co potrafi, czym zaintrygował naszą drużynę. Niestety sprawa nieco się skomplikowała, gdyż nikt nie wziął pod uwagę, że tej właśnie nocy, następuje zmiana czasu na zimowy. O ile dwadzieścia minut bezczynnego siedzenia nie było wielkim problemem, o tyle następna godzina stanowiła wyzwanie dla zmęczonej późną porą drużyny, która po pół godziny usnęła. Ów zwierz którego dosiadał Odyn okazał się być podstępnym wirusem z grupy koni trojańskich i wykorzystując niedyspozycję naszej drużyny, zainstalował się wraz z Odynem na ich twardych dyskach, pojawiając się od tej pory jako nowy GF w najmniej odpowiednich momentach. Rankiem cała ekipa, uznając, że ten wyczyn o którym wspominał jeździec, to po prostu jego ucieczka, ruszyła z powrotem do ogrodu.
Po kilku godzinach dotarli wreszcie do Balamb. Na całe szczęście eliksiry zza wschodniej granicy, spowodowały ślepotę u większości osób obsługujących ogród Galbadia i nikt nie zauważył, że po drugiej stronie drogi dojazdowej, właśnie pojawił się ogród Balamb.
Dostanie się do miasta było formalnością. Wystarczyła koperta z tysiącem gil dana strażnikowi i bez problemów z pełnym uzbrojeniem mogli przechadzać się po ulicach. Dłużnik o którym mówił Cid, miał znajdować się w hotelu, jednak dostęp do niego blokowało dwóch nieprzekupnych strażników. Niestety agent Tomek właśnie łowił ryby na Karaibach, przekonując je, żeby wzięły, więc musieli wymyślić coś innego. Widząc, że w mieście nie mówi się o nikim innym niż Ellone, postanowili podpuścić strażników rzekomymi informacjami o dziewczynie. Squall zresztą, widząc listy gończe z siedmiocyfrową sumą, był gotów powiedzieć prawdę, ale zdał sobie sprawę, że sam jest poszukiwany i rzeczonych pieniędzy na pewno by nie dostał. Niestety do hotelu mogli wejść tylko za zgodą Rajina, a ten wyszedł na patrol i słuch po nim zaginął. Unoszący się w powietrzu dziwny odór, zaprowadził naszych milusińskich na dworzec. Głośne chrapanie i wystające z okna pociągu nogi, z których wydobywała się owa tajemnicza woń, jednoznacznie wskazywała miejsce pobytu poszukiwanego. Niestety konduktor nie był chętny do współpracy i nie pozwolił im wejść do środka. Z pomocą przyszedł Zell, który swoimi legendarnymi wiatrami, pozbawił przytomności ochronę pociągu, a samego Rajina, z objawami zatrucia, zmusił do opuszczenia dworca i udania się do hotelu. Jego śladem podążyła nasza drużyna. Gdy dotarli na miejsce, Fujin właśnie wyzywała swojego kolegę od obiboków, który kobiecie nawet w porządkach nie pomoże, po czym wyrzuciła go na zewnątrz.
– Kobieta mnie bije, poddaję się. Dajcie mi wszyscy święty spokój – Wykrzyczał przez łzy Rajin.
Wewnątrz Fujin zakończyła wycieranie kurzu i wzięła się za odkurzanie. Quistis widząc umęczoną pracami porządkowymi dziewczynę, zwróciła Squallowi uwagę, iż nie przystoi by kobieta pracowała, a mężczyzna się przyglądał. Ten aczkolwiek niechętnie, wyrwał odkurzacz Fujin i zaczął odkurzać. W tym czasie dziewczyny stanęły przy recepcji i zaczęły plotkować. Na całe szczęście wyszło na jaw, że zarówno Rajin jak i Fujin nie są na usługach Edei, a jedynie towarzyszą Seiferowi. W tym czasie Squall zakończył odkurzanie i ku jego zdumieniu okazało się, że to czym zbierał kurz z podłogi, jest nowym GF-em Pandemoną, którego chętnie przygarnął, gdyż jego pokój w ogrodzie zaczynał zrastać brudem. Pozostało jeszcze dowiedzieć się czegoś na temat dłużnika ogrodu. Ten niestety dzień wcześniej, dostał cynk od tajemniczego informatora w ogrodzie i uciekł do ruin ogrodu Trabia. Nie pozostało zatem nic innego, jak udać się tam za nim.
Niestety w baku ogrodu skończyło się paliwo i z braku pieniędzy musieli sprzedać wszystkie zapasy potionów z magazynu na leki w ogrodzie, co nie wzbudziło entuzjazmu mieszkańców, a nawet spowodowało, krwawo stłumione zamieszki.

Co nas nie zabije, to nas udziwni.
Ostatnio zmieniany: 2010/10/27 12:40 przez .

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/07 17:58 - 2010/10/27 12:42 #4496 przez audion
Część 7

Gdy dotarli na miejsce, Selfie pobiegła przodem. Squall widząc zniszczenia krzyknął:
– Uważaj, tam mogą być promile!
Ta jednak zdawała się tego nie słyszeć i po chwili znikła za murem. Stanie w zaspach po pas przed ogrodem, nie było najlepszym pomysłem, więc także weszli do środka. Po przejściu przez mur, stanęli jak wryci. Mimo koszmarnych zniszczeń, cały ogród był wręcz perfekcyjnie odśnieżony.
Na centralnym placu spotkali przyjaciółkę Selphie, która spytała, czy opiekują się jej koleżanką? Squall stwierdził, że on nie, ale Irvine jak najbardziej, co można ocenić po filmikach na Red Tube. Następnie ruszyli na poszukiwanie boiska, gdyż tam mięli się spotkać z koleżanką. Po drodze trafili na cmentarz. Selphie właśnie konwersowała ze swoimi zmarłymi koleżankami. W natłoku słów dało się wychwycić, że będzie grała i śpiewała tak długo, aż te ją usłyszą.
– I tak się rodzi kolejna Tina Turner - Pomyślał Squall i nie przeszkadzając koleżance, ruszył dalej.
Po drodze mijali rozbitą scenę, na której leżały przebite rakietą, zwłoki Piotra Rubika.
– Jak go Edea tak nie lubiła, to mogła mu odciąć dłonie, żeby nie klaskał. - powiedział Squall.
– A tobie co, uczucia wyższe się uruchomiły? – zapytał Irvine.
– Nie uczucia, tylko rakiet szkoda, bo można było je wysłać z konwojem humanitarnym do Afganistanu, jako dar dla głodujących Talibów – odpowiedział z uśmiechem Squall.
Minęła godzina, gdy trafili wreszcie na boisko. Wszyscy rozważali na temat Edei, jedynie Rinoa musiała się wyłamać.
– Od kiedy do was dołączyłam, nie mogę przestać o was myśleć. - powiedziała.
– To musi być dla ciebie bardzo odkrywcze, wszak wcześniej wydawałaś się myśleniem nieskalana. - Powiedział wkurzony jej wyznaniami, Squall.
Chwilę później na boisku pojawiła się Selphie. Słysząc rozmowy o czarownicy poprosiła, by przy ewentualnej potyczce, koniecznie ją zawołali, gdyż ma z Edeą trochę do pogadania w związku z Trabią.
– A czy nie można załatwić tego pokojowo? - zapytała Rinoa.
– Jasne, że można. Irvine daj jej strzelbę, niech sobie koleżanka w łeb strzeli, bo jak ja to zrobię, to nie będzie pokojowo. - odpowiedział zmęczony gadaniem Rinoi, Squall.
Ta wyraźnie się obruszyła.
– Znowu jesteś dla mnie niemiły, a ja tak się z wami dobrze czuję. No może nie w trakcie walki, bo wtedy jakoś tak dziwnie na mnie patrzycie.
– A jak mamy się patrzeć na kogoś, kto psem na smyczy okłada swoich przeciwników, że o innych sposobach zadawania bólu pupilowi nie wspomnę. - odpowiedział Zell.
W tym czasie Irvine, ni z gruszki, ni z pietruszki, zaczął opowiadać o swoim dzieciństwie.
– Jak miałem cztery lata, to byłem w sierocińcu nad morzem.
– A nie było może koło niego sklepu monopolowego? – zapytała Quistis
– Był – odpowiedział Irvine
– Nie mów, że na ścianie w sypialni wisiał plakat nagiego Clouda, trzymającego oburącz, swój sterczący miecz? - Zapytała Selphie
– Skąd wiecie? - spytał Irvine.
– Bo my też tam byłyśmy. - Odpowiedziały chórkiem Selphie wraz z Quistis.
Za nimi posypały się kolejne głosy: „I ja”, „I ja”... W końcu okazało się, że byli tam wszyscy, łącznie z obsadą ogrodu Trabia. Jedynie Rinoa tam nie była, gdyż w wieku czterech lat, ojciec wysłał ją na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego w Tworkach, za wyjadanie ogórków ze słoika. Powód może wydawać się nieco dziwny, ale zrobił to, gdy służby medyczne, musiały po raz trzynasty uwalniać jej głowę ze słoika. Rinoa niestety po dziś dzień, nie może ojcu wybaczyć, że pozbawił ją możliwości powspominania pobytu w sierocińcu. Nie wnikając jednak w niejasny życiorys Rinoy, drużyna kontynuowała rozmowę.
– Irvine, dlaczego nic nie mówiłeś? – zapytała Selphie.
– Na „Naszej Klasie” nikt z was się do grupy z sierocińca nie zapisał, to co się będę jak głupi wyrywał – odpowiedział.
– Bo jakimś dziwnym trafem, nikt z nas, nic z tamtego okresu nie pamięta – powiedziała Selphie z tajemniczym uśmiechem na twarzy, po czym jeszcze dziwniejszym trafem, przeszła do wspominania dawnych czasów.
Jak się okazało w sierocińcu był też Seifer, który ze Squallem toczyli wieczne bójki o to, kto ma grać na jedynej w domu konsoli. Po latach weszło im to w krew i dalej obijali sobie twarze, tyle, że ze zwykłego przyzwyczajenia. Reszta dzieciaków zwykle przesiadywała na plaży. Zell przypomniał sobie, że w trakcie jednej z zabaw petardami przy ognisku, został raniony w twarz i opiekunka w obawie przed zabraniem jej prawa do prowadzenia rodzinnego domu dziecka, zakamuflowała ową bliznę tatuażem, który podkreślił jego kretyński wyraz twarzy. Właśnie zaczęli rozmowę o Ellone, przyszywanej siostrze Squalla, gdy Irvine przerwał sakramentalnym pytaniem.
– Z tą utratą pamięci to wy sobie jaja robicie?
– No pewnie, chociaż nie do końca, bo w celu uspokojenia dzieciarni w sierocińcu, był podawany kompot z eliksirem, który z pewnością odbił się na naszej pamięci. Ty już wtedy należałeś do Świadków Jehowy, to kompotu nie piłeś, więc pamiętasz trochę więcej. - odpowiedziała Quistis
– Ale Selphie oddawała swój kompot Squallowi, bo jemu wypijał Seifer, więc powinna też więcej pamiętać. - powiedział Irvine
– Muszę się wam do czegoś przyznać. Ja potajemnie z Seiferem, popijałam potiony za sklepem monopolowym. - odpowiedziała Selphie z zawstydzoną miną.
– No to może przestaniemy pić, wtedy będziemy wszystko pamiętać. - zaproponował Irvine, czym do rozpuku rozbawił resztę towarzystwa.
– Najwyżej niech Selphie robi notatki, żeby autorzy gry się w tym wszystkim nie pogubili, choć mam wrażenie, że nastąpiło to już jakiś czas temu. - powiedział Squall.
Na koniec przypomnieli sobie jeszcze o tym, że ich opiekunka, to nikt inny, tylko Edea. Jednak biorąc pod uwagę, że spowodowała ich uzależnienie, tylko po to żeby mieć święty spokój, oraz że zmuszała ich do niewolniczej pracy w pobliskiej hucie, przy produkcji stali na budowę ogrodu, nie mieli obiekcji, by ją wykończyć.
Pewnie nasza drużyna jeszcze długo wspominała by swoje przeżycia z dzieciństwa, gdyby nie zaczął padać śnieg.
– To dar – stwierdziła Selphie
W tym momencie pojawiła się jej koleżanka.
– Skoro tak to odbierasz, to masz tu dar ode mnie. - powiedziała, wręczając Selphie łopatę do odśnieżania.
Cała nasza drużyna, by wyłgać się od roboty, stwierdziła, że chętnie by pomogła, ale na piątą są umówieni na spotkanie klasowe w sierocińcu i muszą już lecieć. Gdy docierali w pobliże sierocińca, zauważyli ogród Galbadia. Squall nie zastanawiał się długo, nad podjęciem decyzji o ataku, gdyż jak wiadomo od kilku dni magazyny z lekami były puste, podobnie zresztą jak konto ogrodu, więc liczył na zasoby magazynów konkurencji. Przed walką wydał jeszcze rozkazy.
– Irvine przestań się zabawiać z Selphie. Quistis zatrzaśnij Rinoę w pokoju, żeby się pod nogami nie walała. Zaopiekujcie się moją aparaturą do przyrządzania środków leczniczych. I niech ktoś włączy ogrzewanie, bo zimno tu jak cholera. A dla pozostałych, niech Kratos będzie waszym natchnieniem. Po chwili na mostku pojawiła się reszta drużyny, oczywiście z wyjątkiem Rinoy. Squall wysłał Zella z Irvinem do poprowadzenia oddziałów przy bramie, zaś sam ruszył zobaczyć, czy aby wszyscy wzięli się do obrony. Niestety dobrze nie było, ale co się dziwić, skoro cała kadra ogrodu, zamiast zająć się dowodzeniem i dyscypliną, łaziła po miastach i spędzała czas na grze w karty. W trakcie obchodu Squall trafił na Zella, właśnie musztrującego żołnierzy. Ten poprosił go na bok.
– Słuchaj, pożycz mi swój pierścień – powiedział.
– A ciebie to coś w głowę trafiło? Tu za chwilę będzie rzeźnia, a ty pierścionki pożyczasz? Chyba nie liczysz na to, że mnie ubiją, a ty go wtedy spieniężysz? - zapytał Squall
– Nie, to o grubszy zakład z Rinoą chodzi
– No dobra, ale połowa kasy moja – powiedział Squall wręczając Zellowi pierścień.
Po chwili pojawiła się Rinoa i twierdząc, że ma doświadczenie wojskowe w postaci dziecięcych zabaw w wojnę na podwórku, wcisnęła się w szereg żołnierzy. Squall widząc w takim postępowaniu potencjalną korzyść w postaci ewentualnego jej zgonu, nawet nie protestował, zresztą nie miał na to czasu, gdyż w tym samym momencie został wezwany na mostek.
Nie pozostało nic innego, jak w końcu zaatakować, zwłaszcza, że świeżo oddany w tym miejscu pięciokilometrowy odcinek autostrady łączącej pole z bajorem, bardzo temu sprzyjał. Z piskiem opon obydwa ogrody ruszyły na siebie. W tym samym czasie Zell oddał pierścień Rinoi, mówiąc:
– Nie wiem na co ci taka odpustowa błyskotka, ale za pięć tysięcy gil pożyczył bym ci swoją siostrę, gdybym ją miał. Tylko go nie zgub, bo śmierć z ręki galbadyjskich żołnierzy, to nic w porównaniu z tym, co ja ci zrobię, jak go nie oddasz.
Gdy to mówił, ogród Galbadia otarł się o ogród Balamb, odrywając kawałek pokładu, ze znajdującą się na nim Rinoą. Ta niczym terminator, zjechała po urwisku, łapiąc się ostatniego możliwego występu skalnego.
– Ja pi.....ę, ta dziewczyna jakby mogła, to by sobie dłubiąc w nosie, palec złamała. Co ja teraz Squallowi powiem, jak każe mi pierścień oddać? - powiedział Zell.
– Eeee, Rinoa dasz radę zdjąć pierścionek Squalla i go tu podrzucić? - zapytał Irvine, jednak było zbyt głośno, by go usłyszała. - No to trzeba będzie ją ratować, a taka okazja była.
Nie pozostało im nic innego jak poszukać czegoś, czym mogli by ją wyciągnąć. Niestety sezon żniw na kontynencie Centra, był w pełni i cały zapas sznurka do snopowiązałek upłynnili studenci, bo niby za co mięli imprezować. Zell i Irvine, nie mając koncepcji na odzyskanie pierścienia, podjęli desperacką decyzję powiedzenia o wszystkim Squallowi. Nie spotkało się to ze zbyt entuzjastycznym przyjęciem, ale Squall miał inny problem na głowie. Otóż wszystkie swoje zapasy w postaci akcji Hell S.A. i biżuterii z sierocińca, które to trzymał na czarną godzinę, miał ukryte w nodze krzesła w klasie i obawiał się, że ktoś mógłby je przywłaszczyć. Po rozważeniu wartości przedmiotów, postanowił najpierw udać się do klasy. Gdy tam dotarł, galbadyjscy żołnierze zamierzali sforsować okno klasy. Niestety nie spodziewali się ,że Cid zamontował pancerne szyby, po tym jak Squall z Seiferem wybijali je zimą, by uniknąć sprawdzianów. Widok żołnierzy, zjeżdżających powoli po szybie, w pozycji przyssanej rozgwiazdy, poprawił nieco podły nastrój Squalla. Po zabraniu swoich oszczędności, wybiegł na korytarz i udał się na mostek. Tam zdecydował, że staranują ogród Galbadia, gdyż jest to jedyny sposób na dostanie się do czarownicy. Po chwili dał się słyszeć pisk opon, spowodowany efektownym zwrotem na hamulcu ręcznym, a następnie oba ogrody, po zderzeniu wylądowały w rowie. Squall chcąc dodać otuchy żołnierzom, przemówił.
– Kochani, co ja wam będę ściemniał. Kasy nie ma, generalnie przegrywamy, ale ci którzy będą walczyć, mogą plądrować, palić i gwałcić.
O dziwo podniosło to na duchu wielu mieszkańców ogrodu, ze szczególnym uwzględnieniem mężczyzn. Po tym wszystkim, Squall przypomniał sobie o pierścieniu. Pomyślał, że najprościej będzie dostać się tam przez taras, gdyż wejście do parku było zabarykadowana. Niestety na piętro dostał się jeden z galbadyjskich żołnierzy na latającym sedesie. Squall odwrócił jego uwagę od przebywającego tam dzieciaka, wyzywając go od syna dwóch ojców. Gdy w ferworze walki znalazł się tyłem do drzwi ewakuacyjnych, zauważył, iż żołnierz nie ma zapiętych pasów bezpieczeństwa, że o rozmowie przez telefon komórkowy nie wspomnę. Udając, że otwiera zamek, wykonał efektowny unik i dzięki temu zwolniło się miejsce w latającej toalecie. Squall korzystając z urządzenia, wyleciał na zewnątrz docierając do wiszącej na jednej ręce Rinoy. Ta, zdążyła się już tam nie źle zadomowić, o czym świadczył czterdziestocalowy ekran, podłączony do telewizji kablowej, oraz dopiero co kończona pizza, popijana trzymanym pod pachą potionem.
– No nareszcie, bo już się policja czepiała, o niedopełnienie obowiązku meldunkowego. - powiedziała Rinoa.
Squall nadal patrząc przez pryzmat ewentualnych zysków i strat, poprosił Rinoę, by ta wyciągnęła w jego kierunku palec z pierścieniem. Niestety mimo usilnych starań, z próbą odgryzienia palca włącznie, nie udało się zdjąć owej błyskotki i z wielkim żalem musiał Rinoę zwieźć na dół. Gdy przebiegali przez pole bitwy, w tle mogli podziwiać walkę Dawida i Goliata, Kaina zabijającego Abla, oraz epicką walkę Dartha Vadera z Lukiem Skywalkerem. Nie mieli jednak na to czasu. Stając pod drzwiami do ogrodu Galbadia, Squall zdał sobie sprawę, że w razie przegranej, straci wszystkie zapasy na czarną godzinę. Szukając kogoś głupiego, do fizycznego udzielenia się, przy kopaniu dołu na kosztowności, nie znalazł pod ręką nikogo innego, jak Rinoa. Ta miała do tego jeszcze jeden atut, w postaci psa, który mógł w razie czego odnaleźć miejsce ukrycia zaskórniaków. Zatem nie pozostało mu nic innego, jak poprosić ją o przysługę, która dodatkowo zapewniła jej zajęcie na najbliższą godzinę, uwalniając pozostałą część drużyny od problemu użerania się z koleżanką. Oczywiście przed ruszeniem dalej, poprosił ją, by oddała mu pierścień. Tym razem dziwnym trafem zszedł z palca bezproblemowo.
– On pomógł mi przetrwać. – powiedziała Rinoa.
– Prawdę rzeczesz, bo gdyby nie on, to nie zawracał bym sobie tobą głowy. - pomyślał Squall
– Czy ten zwierz na nim, nosi jakieś imię? - zapytała
– Co by tu durnego wymyślić? - pomyślał, po czym rzekł – Bolek
– A to może ja zrobię sobie taki sam i mojego nazwę Lolek, to będziemy jak para. - zaproponowała
– Dziewczyno, kto ci te teksty układa? Lepiej weź się za kopanie, a swoje wspaniałe pomysły zostaw dla psychoanalityka, może on coś na nie poradzi.
Gdy Rinoa wzięła się do pracy, Squall ruszył do wejścia ogrodu Galbadia. Znalazł przy nim trzy karty magnetyczne i kartkę z wiadomością: „Nie mieliśmy czasu czekać, bo właśnie nam PKS do Winhill ucieka. Z pozdrowieniami, Studenci.” Squall zdziwiony ułatwieniem, ruszył prosto do głównego holu, nie spotykając Raijin i Fujin i niczego się od nich nie dowiadując, a już na pewno tego, że ci mają już wszystko w głębokim poważaniu, nie wyłączając Seifera. Na środku sali można było zauważyć nieco dziwne stworzenie z trzema głowami, przypominające legendarnego Cerbera. Quistis przed walką zaprezentowała swoje umiejętności w posługiwaniu się batem, choć wyglądało to bardziej jak taniec erotyczny. Squall powymachiwał trochę swoim gunblade`m, zaś Selphie jakoby zapowiedź przyszłości Cerberusa, wykonała „Requiem” Mozarta. Gdy już mięli ruszyć do walki, odezwała się pierwsza głowa.
– Cóż, to było słabe. Telewizja dwudziestego pierwszego wieku wymaga krwi, a nie brazylijskiej telenoweli. Chociaż muszę przyznać, że Qustis cycki ma niezłe.
– Gdyby Squall sobie chociaż Gunblade`a w dupę włożył, albo zaciukał tą pannę co wyła jak wygłodniały kojot, to byłoby ciekawe. A tak, to nawet nie chce mi się z wami gadać. I jeszcze jedno, faktycznie Quistis ma niezłe cycki - dodała druga głowa.
Trzecia na początku nic nie mówiła, tylko płakała jak bóbr. Po chwili jednak otarła łzy i powiedziała:
– Selphie wzruszyłaś mnie. Przypomniałaś mi moją kotkę, którą wczoraj musiałam uśpić. Ona jak się marcowała, to podobne odgłosy z siebie wydobywała. Dziękuję ci za to. Jeśli chodzi o resztę, to faktycznie za mało krwi. A cycki Qustis, rzeczywiście fajne.
Mimo niepochlebnych opinii, nasza drużyna dostała się do drugiej tury, gdyż była to sto dwudziesta trzecia edycja programu i do eliminacji stanął jeszcze tylko jeden gościu, który umiał zapalić zapałkę. W drugiej turze, nasi podopieczni wzięli sobie do serca uwagi komisji i w związku z tym żadna z głów nie mogła już wygłosić swoich opinii. W nagrodę otrzymali płytę z wersją instalacyjną GF-a Cerberusa, gdyż prawdziwy przypominał obecnie stertę obornika, zapis ich występu, który dwu, a nawet trzykrotnie podniósł oglądalność programu, oraz skrzynkę potionów, którą z powodu głodu alkoholowego, zdążyli wypić jeszcze przed oficjalnym wręczeniem. Po zakończeniu programu ruszyli dalej. Po drodze wypite potiony dały znać Squallowi o sobie i poczuł nagłą potrzebę skorzystania z toalety. Jakież było jego zaskoczenie, gdy w kabinie zastał Seifera, czytającego gazetę z ogłoszeniami towarzyskimi, z których zaznaczył sobie jedno: „Koronowana głowa szuka błazna do towarzystwa. W ramach wynagrodzenia ręka córki i pół królestwa”. Na widok Squalla, Seifer wyrwał z kabiny w takim pośpiechu, że nie zdążył sobie bielizny podciągnąć i drobiąc kroki niczym gejsza, pobiegł do sypialni Czarownicy. Nieśpiesznie nasza drużyna ruszyła za nim. Gdy weszli do środka, Edea jeszcze leżała w łóżku.
– Mamo oni już przyszli, a mięli jeszcze pół godziny kart magnetycznych szukać – powiedział zasapany Seifer. - No chyba mamusi nie będziecie bili, po tym co dla was zrobiła? Ja na to nie pozwolę, bo jestem rycerzem czarownicy.
– Po pierwsze to oddaj discmana do serwisu, bo płyta z tekstem o rycerzu ci się zacięła. Po drugie prawdziwy rycerz stoi na placu boju, a jak ma potrzebę, to wali w zbroję, a nie po kiblach się chowa. - powiedział Squall, reklamując przy tym opakowanie „Stoperanu”.
W tym momencie odezwała się Edea.
– Tak a propos, to masz już prawie osiemnaście lat Seifer, więc nie przybiegaj do mnie z opuszczonymi gaciami, bo czas najwyższy, co byś sobie tyłek sam wycierał. Żebym w moim wieku, musiała starego konia niańczyć. Pożytku z ciebie żadnego.
Seifer słysząc te słowa, rozpłakał się, podciągnął majtki i wybiegł na korytarz.
– No to do rzeczy. - powiedziała Edea – To wy jesteście tymi legendarnymi Seed? Kurcze, ale faktycznie przyszliście za wcześnie. Nawet się ubrać i umalować nie zdążyłam.
– No dobra, czy to takie ważne? Nie ma co przeciągać. - Powiedział Squall, po czym kontynuował planowy dialog – My legendarni?
– A kto uratował TVN od bankructwa, przecież tam potrzebny był cud? Zniszczę was. - Powiedziała Edea, a jej kołdra z logiem Polsatu, tłumaczyła nienawiść, którą pałała do naszej drużyny.
Gdy Edea próbowała podnieść się z łóżka, spod kołdry wybiegł facet przebrany za Kościół Mariacki w Krakowie. Zrzucił swój strój i błyskawicznie oddalił się z pokoju.
– Zboczeńcy, nawet świętości nie umiecie uszanować. – powiedział Squall podnosząc kostium.
Okazało się, że uciekinierem był niejaki Aleksander G., zwany w półświatku chemikiem. Na jego nieszczęście, w kieszonce swojego stroju pozostawił tajne receptury, dzięki którym można było wzmacniać działanie wielu środków leczniczych. Na dodatek, po przymierzeniu stroju okazało się, że może on śmiało posłużyć jako kostium nowego GF-a.
W końcu Edea podniosła się, stając na łóżku, dla podkreślenia swojej wielkości. Gdy jednak zrobiła krok do przodu, potknęła się o zwieńczenie łoża, z impetem uderzając swoją głową, w głowę dopiero co wchodzącej do pokoju Rinoi. Ta ostatnia na skutek ciosu nakryła się nogami, lądując na korytarzu, wprost przed płaczącym Seiferem. Ten widząc trzymającą się za głowę Edeę, oraz nieprzytomną Rinoę, spanikował i pobiegł w niewiadomym kierunku.
– O dzieciaczki, kiedy wy tak wyrośliście? – wymamrotała Edea – A Ellone udało mi się uratować?
– No nie, teraz tej się w głowie namieszało, toć to jakiś dom wariatów. - powiedział Squall, po czym podszedł do Rinoi – Rincia, obudź się i powiedz, gdzie zakopałaś moje zaskórniaki? - ta jednak ku trwodze Squalla nie odpowiadała.



Część 8

Squall zerwał się z łóżka zlany potem. Myśl, że majątek jego życia, leży gdzieś w trudnym do zlokalizowania miejscu, nie dawała mu spać. Pierwsze kroki skierował zatem do gabinetu doktor Kadowaki, gdzie spoczywała Rinoa. Nadal mimo usilnych starań niczego się nie dowiedział. Po chwili głos z megafonu oznajmił, iż w związku ze zlikwidowaniem przez Edeę trybunału w Hadze, ona sama nie zostanie pociągnięta do odpowiedzialności za zbrodnie przeciwko ludzkości. Niestety ogrodu Galbadia, żaden blacharz nie był w stanie doprowadzić do ładu, a już w szczególności po tym, jak większość konstrukcji rozebrali złomiarze. Edei nie pozostało zatem nic innego, jak złożenie wniosku o lokal socjalny. Po rozpatrzeniu wniosku, został jej przydzielony dawny sierociniec, którego standard był najbardziej zbliżony, do obecnego stanu dotychczasowego miejsca zamieszkania.
Squall w poszukiwaniu sposobu na uzyskanie informacji od Rinoi, postanowił udać się do Edei. Przy wejściu do sierocińca zauważył strusia z głową w podłożu, mającego na sobie sweterek Cida.
– Jak nic pożarł go – pomyślał Squall i już miał potraktować ptaka swoim gunblade`m, gdy ten zaczął się wiercić i po chwili wyciągnął głowę, wydając przy tym odgłos odkorkowywanej butelki.
Jakież było zdziwienie Squalla gdy zobaczył, iż nikt tu nikogo nie pożarł, a owym strusiem okazał się sam Cid.
– Co pan tu robi? - zapytał Squall.
– Wypadłem z ogrodu? - odpowiedział pytająco Cid z dużą dozą niepewności w głosie.
Widząc jednak niedowierzanie Sqalla, dodał:
– Szukam obrączki, bo mi gdzieś wypadła? - Jego kolejna odpowiedź w trybie pytającym ponownie spowodowała wyraz zażenowania na twarzy Squalla – No to już się przyznam. Żony się bałem, bo ona jak byliśmy razem, to mnie biła. - Odpowiedział z płaczem, prezentując przy tym błagalny wzrok małego kotka.
Squall mimo tego, że nie był specjalnie zadowolony ucieczką Cida, zmiękł widząc, jak wielką ten wykazał się desperacją, wbijając swoją głowę w podłoże wykonane ze zbrojonego betonu. Po wysłuchaniu całego biadolenia, Squall udał się do Edei. Ta zaczęła przepraszać, twierdząc, że od czasu wydarzeń w Galbadii, była opętana przez Ultimecję, czarownicę z przyszłości, którą jakiś czas temu, kupiła na stadionie dziesięciolecia, od zaprzyjaźnionego Rosjanina, jako przedpremierową edycję, wydanego kilkadziesiąt lat później oryginału. Wszystkie wywody o poszukiwaniu Ellone przez Ultimecję, oraz chęć jej zjednoczenia z zaginioną czarownicą Adel, Squall skutecznie olewał, rozwiązując w tym czasie testy i zdobywając tym samym, stopień SeeD dyplomowanego. W całym wywodzie zaintrygowała go jednak wzmianka odnośnie kompresji czasu, o której w międzyczasie była mowa. Wszak nie ma to jak spić się flaszką przedniego eliksiru, której się jeszcze nie kupiło, a do tego mieć pustą butelkę po nim na wymianę. Niestety Edea nie była w stanie pomóc Squallowi w jego dążeniach do obudzenia Rinoi, co znacznie bardziej zasmuciło Squalla, niż jakaś tam kompresja czasu, z której jakby nie patrzeć, płynęły same korzyści.
Po rozmowie z Edeą, Squall wrócił do Rinoi. Na wstępie rozgonił studentów, którzy z jej zimnego ciała zrobili sobie okład na głowy, zwalczając w ten sposób dolegliwości spowodowane przedawkowaniem środków leczniczych. Gdy tylko usiadł niemal natychmiast stracił przytomność przenosząc się do świata snów. Tym razem w jego umyśle pojawiło się jednak menu użytkownika, dzięki któremu mógł wybrać, kto wraz z nim będzie musiał znosić tę katorgę, jaką są sny o Lagunie? Znając zamiłowanie Irvine`a do pocieszania Selphie, postanowił rozdzielić parę, by ograniczyć ilość scen erotycznych i Irvine`owi do kompletu dorzucił Zella.
We śnie Laguna z kolegami, robiąc sobie przerwę w wyłudzaniu od przechodniów, pieniędzy na mega potiony, postanowił zarobić kilka gil na pracy w filmie. Laguna pasował do roli idealnie, gdyż produkcją zajmowała się „Polska Telewizja Publiczna”, która zatrudniając beztalencia aktorskie, realizowała ku przerażeniu abonentów, swoją misję, polegającą na produkowaniu seriali, których wartość intelektualna jest przekazywana metodą podprogową, gdyż bezpośrednio ich przekaz, można porównać jedynie do ekranu wyłączonego telewizora.
Koledzy Laguny ku swojej uciesze dostali rolę smoka, dlatego też udali sie do garderoby w celu przyodziania kostiumu. W związku z tym, że Ward wykazywał zadziwiające podobieństwo do zadniej części smoka, już po chwili dało się słyszeć na planie głos Kirosa.
– Zabieraj te brudne łapy z moich pośladków.
Niestety nikt ich nie uprzedził, że owo przebranie przedstawiało dorodną samicę smoka, a zapach lateksu idealnie imitował feromony smoczycy w trakcie rui. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gdyż już po chwili z kierunku garderoby dobiegł nieludzki krzyk Warda, sugerujący zainteresowanie kostiumem ze strony płci przeciwnej. W tym czasie Laguna przygotowywał się do roli, podnosząc swój wątpliwy talent darmowymi potionami. Gdy wreszcie rozpoczęto nagrywanie filmu, na planie pojawił się wyraźnie zadowolony smok. Laguna zorientował się, że coś jest nie tak, dopiero gdy zniknęła cała ekipa filmowa. Plastikowy gunblade rozleciał się już przy próbie podniesienia go z ziemi, w związku z tym nie pozostało nic innego, jak rzucanie butelkami po potionach. Smok jednak wydawał się nie zwracać uwagi, gdyż oparł swój grzbiet o skałę i wyraźnie odstresowany odpalił papierosa delektując się dymem. Laguna korzystając z okazji zaczął uciekać. Niestety smok był szybszy i pojawił się na jego drodze, zastawiając mu przejście. Na szczęście w tym samym momencie pojawili się koledzy Laguny. Zanim jednak Kiros zdążył podać Lagunie karabin, Ward zniknął i zachodząc smoka od tyłu, ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”, spowodował wydobycie się ze zwierzęcia odgłosu przeraźliwie kwiczącej świni, oraz efektu nadnaturalnego wytrzeszczu oczu. Niestety spot kampanii społecznej, informujący o tym, że znęcanie się nad zwierzętami jest karalne, przerwał tą jakże interesującą scenę i dane nam było obejrzeć tylko widok oddalającego się w popłochu smoka, żłobiącego swym odwłokiem i powłóczonymi tylnymi kończynami, bruzdę w piasku. Po wszystkim drużyna Laguny postanowiła się ewakuować, gdyż kostium zaczął przyciągać kolejne smocze samce.
Na resztę scen Squall nie zwracał uwagi, próbując nakłonić Ellone, by ta przeniosła go do momentu, w którym Rinoa zakopywała jego oszczędności, by móc zlokalizować owo miejsce. Niestety w tym momencie stracił zasięg, a pod jego zamkniętymi powiekami wyświetlał się jedynie komunikat „szukam sieci”.
Squall widząc w zdolnościach Ellone szansę na odzyskanie swojej własności, postanowił ją odnaleźć. Po pomoc udał się do Edei, która obdarowała go listem mającym ułatwić kontakt z białymi SeeD, u których powinna się znajdować Ellone. Po drodze Zell poprosił, by zatrzymali się koło lasku chocobo. Po co mu ta wizyta, zrozumieli dopiero, gdy wrócił stamtąd, dzierżąc w rękach trzy mega kubełki z logiem KFC, zawierające udka chocobo zapiekane w cieście. Niesamowita nawigacja satelitarna bez problemu odnalazła statek, jednak przyjęci zostali raczej chłodno, a wręcz poproszeni o opuszczenie pokładu. Biorąc pod uwagę fakt, że w związku z unikaniem portów, biali SeeD od dłuższego czasu wegetowali na diecie złożonej z owoców morza, pomysł obdarowania ich paluszkami rybnymi, w celu ocieplenia stosunków, okazał sie zupełnie chybiony. Squall już miał wrócić na pokład ogrodu, gdy pojawił się Zell z mega kubełkami. Mimo podjęcia desperackiej próby uchronienia swojego posiłku, po chwili Zell miał puste ręce, zaś wszyscy biali SeeD, rozpierzchli sie nie wiadomo gdzie, wraz z jego obiadem. Teraz Squall bezkarnie mógł połazić po statku w poszukiwaniu Ellone. Na jego nieszczęście, na pokładzie byli koledzy Rinoi z partyzantki. Jeden z nich na wieść o losie koleżanki, rzucił się w szale na Squala, gryząc go w łydkę, a w przerywnikach używając słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Drugi wyjaśniał w tym czasie, że Rinoa ma u nich spory dług karciany i że przez Squalla nie będą mogli go wyegzekwować. Cała sprawa uspokoiła się, gdy z mundurka Squalla wysunęła sie gazetka, traktująca o sposobach rozmnażania człowieka rozumnego, którą napastnik natychmiast się zainteresował, gdyż w związku z rozporządzeniem miłościwie im panującego Ojca Dyrektora, został wprowadzony całkowity zakaz sprzedaży tego typu literatury. Po wymienieniu gazetki na dwie talie kart i zgrzewkę potionów, Squall udał się do kapitana i wręczył mu list od Edei. Ten po analizie grafologicznej tekstu i potwierdzeniu zgodności podpisu z oryginałem, oznajmił, że jak ich statek uległ awarii, to Ellone zabrała się na stopa Estharskim statkiem o imieniu „Titanic”, a powodem tak desperackiej decyzji był najprawdopodobniej Leonardo Dicaprio, od którego nie mogła oderwać wzroku. Od tego czasu słuch o niej zaginął. Squallowi nie pozostało więc nic innego, jak udać się do Eshtar w poszukiwaniu Ellone.
W związku z tym, że Squall poddał się modzie na zdrowy styl życia, postanowił, że zamiast jechać ogrodem do samego Esthar, przejdzie się pieszo z Fisherman`s Horrizon. Zabrał ze sobą także Rinoę, którą zamierzał użyć w przerwach, jako sztangi do ćwiczenia rzeźby swojego ciała.
Niestety nieco się przeliczył, bo po przejściu kilkunastu kilometrów torowiska i wyciśnięciu koleżanką kilku serii, zaczął wyraźnie słabnąć. Dalszą drogę pokonywał powtarzając pod nosem:
– Zmieniłem się. Bardzo się zmieniłem. – co biorąc pod uwagę znaczną utratę masy ciała, spowodowaną nadludzkim wysiłkiem, było słusznym spostrzeżeniem.
Niestety zmęczenie nie prędzej, to później musiało się rzucić na psychikę i podczas odpoczynku w połowie drogi, Squall zaczął konwersować z nieprzytomną Rinoą. Na całe szczęście w dalszym niesieniu koleżanki pomogły mu żuki grabarze, które kierując się instynktem, ochoczo zabrały się za transportowanie jej ciała do gniazda, znajdującego się na stacji końcowej. Pierwsza część podróży Squalla została uwieczniona na płycie DVD i pod tytułem „jak zgubić piętnaście kilo w jeden dzień” dodawana do większości czasopism kobiecych, co bardzo szybko zaowocowało, ciepło przyjętym przez męską część społeczeństwa, zwyczajem noszenia mężów na rękach.
Jak się okazało, reszta drużyny dotarła na miejsce szybciej, wykorzystując w tym celu zaginioną drugą linię warszawskiego metra, co tłumaczyło fakt, niezauważenia ich przez Squalla. Jedynie Edea podążała jego śladem, jednak zgodnie z zaleceniami super niani, postanowiła nie pomagać konającemu ze zmęczenia Squallowi, ucząc go w ten sposób zaradności życiowej. Sama Edea także skorzystała na podróży, gdyż od dziecka marzyła, aby mieć nos podobny do Michaela Jacksona, a wąska suknia i szpilki w połączeniu z podkładami kolejowymi, ułatwiła jej samodzielne wykonanie zabiegu, dzięki częstym kontaktom twarzy z podłożem.
W międzyczasie Irvine wraz z Selphie zrobili rozpoznanie terenu, ze szczególnym uwzględnieniem stogów siana, o czym świadczyły resztki suchej trawy we włosach, oraz stanik Selphie na piersiach kolegi. Na widok skonanego Squalla walczącego z żukami o Rinoę, wszyscy zaczęli żartować
– Nie łatwiej było ją turlać? - zapytała z sarkazmem Quistis
– Eee tam, trzeba było kurierem wysłać – odpowiedział uśmiechnięty Zell.
Squall zdawał się nie słuchać przyjaciół, nad czymś się zastanawiając. Po pewnym czasie podniósł głowę i spojrzał na Edeę.
– Przepraszam, ale jak ty się tu dostałaś? - zapytał
– Przypłynęłam razem z wami do Fisherman`s Horrizon, a potem pieszo. - odpowiedziała
– A kiedy wsiadłaś?
– Jak płynęliście do statku białych Seed.
– Ciekawe zatem, po co nam dałaś list dla nich, skoro mogłaś po prostu pójść z nami? - zapytał podejrzliwie Squall – A tak w ogóle to po co z nami idziesz?
– Idę z wami do Esthar, do doktora Odine, żeby odebrał mi moce.
– A skąd wiesz, że my idziemy do Esthar, skoro nie byłaś z nami u kapitana białych SeeD? Ty jesteś... - urwał Squall, kierując porozumiewawcze spojrzenie do Zella. - UBek – dokończył i w tym momencie obydwaj rzucili się na Edeę, przez przypadek rozpinając jej suknię i obnażając gumowy biust z nadrukiem „Stomil”.
– To nasza cywilizacja z twojej przyczyny niemal zawaliła się w gruzy, a ty se cycki będziesz przyprawiać, cyganie jeden!!! - Wykrzyczał Zell.
– Ale ja musiałam..., łem, być taki bezwzględny, bo Ultimecja mi kazała.
– To już wiemy, ale dlaczego się za babę przebierałeś!? - zapytał Squall
– To moja największa tragedia życiowa. Rodzice zawsze chcieli, żebym był czarownicą, a wiedzieli, że wśród nich nie ma równouprawnienia i żadna nie przekaże swojej mocy chłopcu, więc mnie przebierali. - odpowiedziała Edea, a właściwie Edek.
– Ale dlaczego jak już zostałeś czarownicą, to nie zrzuciłeś tych fatałaszków.
– Już miałem to zrobić, ale wtedy zawładnęła mną Ultimecja, która nie mogła sobie pozwolić na to, by wyszło na jaw, że tak potężna czarownica pomyliła płeć osoby, którą miała opętać, więc zmuszała mnie do przebierania.
– To już teraz rozumiem dlaczego Ultimecja tak pilnie szukała Ellone? Ona po prostu chce się przenieść w ciało kobiety. I wreszcie pojąłem, dlaczego wy z Cidem nie macie własnych dzieci.
– No dobra, ale czemu nas śledzisz? -zapytał Zell
– Jak CBŚ mnie rozszyfrowało, postanowili wykorzystać moją sytuację i szantażem zmusili mnie do współpracy. Dlatego miałem was śledzić, by poznać źródło waszego finansowania.
– No i co my mamy teraz z tobą zrobić? W końcu byłeś nam matką – w tym momencie Squall splunął – ojcem. Chyba nie wydamy całemu światu, że o mało nie zostali unicestwieni przez transwestytę?
– Może ustalmy, że wy mnie nie wydacie, a ja nie doniosę na was do CBŚ, a na zgodę wypijmy co nieco. - Po czym wyciągnął spod spódnicy dwa meksykańskie Eliksiry, oraz wypełniające sztuczny biust limonki. O sól nie musieli się martwić, gdyż tuż za rogiem zaczynało się wielkie, wyschnięte, słone jezioro.
Ruszając dalej po osuszeniu butelek, szli słaniającym się krokiem i darli gęby śpiewając „La Cucaracha”. Niestety po przejściu kilku kilometrów, przypomnieli sobie, że zapomnieli Rinoi. Gdy zawrócili, na ich drodze pojawił się wielki szkielet. Squall jednak zachował zimną krew.
– Poszekajsie, uruchomiem snajomosci, to jesszce sarobimy. – Po czym wyciągnął telefon i zadzwonił do zaprzyjaźnionego zakładu pogrzebowego „Radosny pochówek”, donosząc o niezajętych przez nikogo zwłokach. Już po kwadransie na miejscu pojawił się karawan. W związku z oporem stawianym przez zwłoki, powiadomiono łódzkie pogotowie, które po podaniu pavulonu, wydało akt zgonu z adnotacją, iż przyczyną śmierci, było uświadomienie pacjenta, że nie żyje. Szczęściem Squalla było to, że nie miał ze sobą Rinoi, bo walka z pracownikami zakładu pogrzebowego o ciało, byłaby z góry skazana na niepowodzenie.
Po wyrwaniu Rinoi z żuwaczek wygłodniałych żuków, udali się do granic Esthar. Kamuflaż miasta zdał się na nic, gdyż graficiarze namalowali na nim wielki wizerunek Ojca Dyrektora z rękami rozłożonymi w geście „Oddajcie mi swoje emerytury”. Miejsce, które u normalnego mężczyzny zwieńczone jest rozporkiem, okazało się być wejściem, z którego nie omieszkali skorzystać. Całe szczęście, że Irvine wziął ze sobą pluszowe, różowe kajdanki, gdyż w innym wypadku, Squall wchodząc po drabinie, musiałby trzymać Rinoę zębami.
Winda, która czekała na naszych podopiecznych, mimo rozmiarów boiska do koszykówki, mogła udźwignąć tylko cztery osoby, więc chciał nie chciał musieli sie zabrać na dwa razy. Selphie na widok wielkiego, szklanego miasta z bardzo rozwiniętą technologią, wykrzyczała:
– To jest niemal tak piękne jak Wąchock!
Gdy Squall z koleżankami dotarł na miejsce, poczuł ciśnienie na pęcherzu i gdy poszedł go opróżnić, nagle poczuł senność. Zdążył jeszcze wykrzesać z siebie:
– Ellone nie teraz, bo sobie buty osikam. – W tym momencie osunął się na podłoże i usnął.
We śnie Laguna wraz z kolegami, pracowali jako robotnicy przymusowi w laboratorium Lunatic Pandora. Niestety Ward i Kiros zaczęli stwarzać problemy, więc jeden ze strażników rozkazał Lagunie, by ten wezwał posiłki.
– A co ja chłopiec na posyłki jestem? - Odpowiedział Laguna, ratując w międzyczasie Mombę, którego wcześniej sam potraktował kluczem francuskim.
Na reakcję strażnika nie trzeba było długo czekać. Walka jednak przybrała nieco nieoczekiwany obrót, gdy Laguna zdał sobie sprawę, iż nie wiadomo skąd, w jego rękach zmaterializował się karabin. Był tym na tyle zaszokowany, że nawet nie zauważył, jak przerażony strażnik widząc ewidentny cud, wziął nogi za pas. Towarzyszący Lagunie robotnik padł na kolana.
– Cudotwórca, zostań naszym wodzem. Jesteś taki prawy i sprawiedliwy.
– Dobra, ale dopiero jak znajdę Ellone i brata bliżniaka.
w tym momencie pojawił się Ward z Kirosem i razem ruszyli na górę. Zastali tam doktora Odine rozmawiającego ze swoimi asystentami. Oczywiście jak na bardzo strzeżone laboratorium przystało, przy wejściach nie było ani jednego strażnika, co poskutkowało pojawieniem się w pomieszczeniu japońskiej wycieczki, której przewodnik, pokazując doktora Odine, w jedynym znanym mu polskim języku, oznajmił ze szczerym uśmiechem na twarzy.
– No żółtki, to jest gościu, który porywa wasze dzieci i robi na nich eksperymenty.
Na reakcje nie trzeba było długo czekać, szerokie uśmiechy, przyjacielskie skinięcia głów, oraz kilkaset zdjęć. Odine zdawał się niczego nie zauważyć, podobnie zresztą jak Laguny z kolegami. Dlaczego Laguna nie zapytał od razu Odine o Ellone, pozostanie tajemnicą lasu? Wiadomo tylko, że z tego powodu musieli stracić sporo czasu, by go ponownie odnaleźć. Doktorek jednak wykazał się podobnym poziomem rozgarnięcia i niemal bez oporów, zamówił im taksówkę wprost do swojego laboratorium w Esthar, gdzie przetrzymywali Ellone, zamiast posłać ich w łapy czarownicy Adel. Postępowanie całej czwórki można by jednak tłumaczyć, tajemniczym oddziaływaniem Lunatic Pandory, której nazwa nawiązywała wprost do logiki ich działań. W laboratorium doktora Odine, jak zwykle klepiąc przypadkowe przyciski Laguna otworzył drzwi i uwolnił Ellone.
W tym momencie zakończył się sen. Squall wytarł buty i dołączył do reszty. Po chwili przyjechał samochód z którego wysiadł rosły facet, który zmieścił się w aucie, tylko dzięki wyciętej w dachu dziurze. Po kilku nieistotnych pytaniach, poprosił ich wszystkich do środka wozu. To, że się tam zmieścili, zawdzięczali filmowi instruktażowemu, pokazującemu polskiej młodzieży, jak zmieścić po wiejskiej dyskotece, ludność trzech wsi, w dwa dwudziestoletnie, niemieckie auta.
Po dotarciu do pałacu prezydenckiego, Edea ukrywając swoją prawdziwą tożsamość, poprosiła przebywającego tam doktora Odine, o uwolnienie jej od Ultimecji. Ten nie stwarzał problemów i stwierdzając, że potrzebny będzie mały egzorcyzm, zaczął przebierać się w sutannę. Squall w tym czasie, zaczął ze zniecierpliwieniem wypytywać się o Ellone.
– Zgodzę się na widzenie z nią, jeśli pozwolicie mi pomolestowa..., poobserwować tą w niebieskim – powiedział śliniąc się lubieżnie Odine.
Squall mając na względzie swoje oszczędności, zgodził się bez wahania. W związku z tym doradca prezydenta kazał im udać się do kosmodromu Bajkonur, bardziej znanego jako Lunar Gate. W drodze na miejsce, zrobili sobie przechadzkę do Tear`s Point, gdzie znaleźli zgubiony w przeszłości, przez japońskich turystów, pierścień Salomona. Gdy tylko weszli w jego posiadanie, pojawił się Ifrit, który poprosił, o oddanie mu pierścienia, by mógł go podarować swojej bliskiej rozwiązania ukochanej, jako dowód miłości, gdyż ta zamęcza go ostatnio tekstem: „Ty już mnie nie kochasz”. Gdy tylko Ifrit podarował Shivie pierścień, ta tak się wzruszyła, że zaczęła rodzić. Nasza drużyna nawet nie zauważyła, że z ekwipunku zniknęło im sześć stalowych rurek, które Ifrit zużył do zmontowania łóżka porodowego, sześć paczek marlboro na jego skołatane porodem nerwy, oraz sześć butelek potrójnie destylowanego remedy, które zużył na opijanie pępkowego z innymi GF-ami. Poród przeciągnął się dość znacznie, ze względu na długość składu, co dało czas zdobycie przez kolegów Ifrita, kołyski w kształcie parowozowni, pozyskanego z majątku upadających „Polskich Kolei Państwowych”. Nowo narodzone dziecko przyniosło wiele radości rodzicom, ze szczególnym uwzględnieniem zużytych pieluch, których aromat potrafił skutecznie zatruć przeciwników.
Nie tracąc więcej czasu nasza drużyna wreszcie ruszyła do Lunar Gate, odbierając po drodze, ku ich uciesze, zasiłek porodowy na nowo narodzonego GF-a.



Część 9

Gdy dotarli do Lunar Gatate, zostali poproszeni do sali odpraw. Tam wyjaśniono im, że na czas podróży do stacji kosmicznej, powinni zostać zahibernowani.
– Po co hibernacja skoro stację kosmiczną sięgam swoim blasting zone? - zapytał wyraźnie zdziwiony Squall.
– To na wypadek gdybyśmy nie trafili.
– Często zdarza się wam nie trafić?
– A jak myślisz skąd tyle kraterów na księżycu?
Całe te rozważania i tak nie miały większego sensu, gdyż w wyniku obcięcia dotacji na badania kosmiczne, zamiast hibernacji stosowano wprowadzanie pasażera w stan upojenia alkoholowego i robiono to pod przykrywką dobrej imprezy, gdyż nikt trzeźwy, słysząc o celności wyrzutni, nie dał by się włożyć do kapsuły.
Squall pomimo trzech promili we krwi, nie bardzo chciał się dać wcisnąć do środka. Dopiero butelka przedniego eliksiru na drogę, uśpiła jego czujność. W ostatnim geście dał jeszcze Zellowi znać by ten zajął się Edeą. Co do Quistis, to swoim stanem przypominała Rinoę, więc jej umieszczenie w kapsule nie stanowiło większego problemu.
Po załadowaniu kabin do bębna, obsługa rozpoczęła procedurę odpalania. Jeden z pracowników kręcił bębenkiem w którym znajdowały kapsuły, zaś reszta obstawiała prawdopodobieństwo trafienia na pełną komorę, jak również w cel? Samym odpalaniem zajmował się niejaki Clint Eastwood, który wreszcie znalazł pistolet w rozmiarze rekompensującym mu braki własnej fizjonomii. W momencie, gdy Squall ze swoimi towarzyszami ruszył na podbój przestrzeni kosmicznej, z morza wyłoniła się Lunatic Pandora. Na szczęście ciśnienie atmosferyczne było tego dnia nieziemsko wysokie i opór powietrza spowolnił urządzenie na tyle skutecznie, że mimo, iż ujęcie kamery pokazywało Lunatic Pandorę na tle Esthar, to nasza drużyna pod dowództwem Zella zdążyła pieszo wrócić z Lunar Gate i pogadać sobie z doktorem Odine. Jako że czasu mięli naprawdę dużo, doktor wyjaśnił im, że celem Lunatic Pandory nie jest Eshtar, tylko Tear`s Point w którym od kilkunastu lat mieści się rozgłośnia Radia Aeris. Dodał także, iż może się to przyczynić do Lunar Cry, czyli migracji istot zamieszkujących księżyc, na ziemię. Po tym gadaniu wreszcie przeszli do ustalania, jak wniknąć do wnętrza przemieszczającej się Lunatic Pandory, choć trzeba przyznać, iż słowo „przemieszczająca”, w tym wypadku było nieco nie na miejscu. Niestety, o ile wyznaczenie miejsca nie stanowiło problemu, to wszyscy zapomnieli o wymyśleniu sposobu na wejście do środka. Gdy wreszcie dotarli na miejsce spotkania, znowu objawiło się zgubne oddziaływanie Lunatic Pandory, gdyż nie wiadomo po co, wyskoczyło z niej dwóch żołnierzy, zostawiając za sobą otwarte drzwi, co rozwiązało problem, który i tak zdawał się niespecjalnie nurtować naszych podopiecznych. W momencie gdy żołnierze wyskakiwali, Zell wraz z resztą drużyny wskoczył do środka i pokazując im w geście podziękowania środkowy palec dłoni, zamknął drzwi. Zwiedzanie wnętrza trwało trochę czasu i gdy już niemal dotarli do celu, pojawił się reżyser i z powodu braku pomysłu na zakończenie wędrówki naszych pupili, wywalił ich z planu. Na całe szczęście niewiarygodnie wysokie ciśnienie, wyhamowało swobodny spadek naszych pupili, zaś sama Lunatic Pandora dotarła nad Tear`s Point
W tym czasie Squall i jego towarzyszki docierali w pobliże bazy kosmicznej. Na ich szczęście Ellone rozwiesiła wkoło stacji kosmicznej pranie, które skutecznie wyhamowało kapsuły, ratując tym samym naszych podopiecznych, od niechybnego spotkania z powierzchnią księżyca. Po chwili obsługa zabrała kapsuły do bazy kosmicznej. Po umieszczeniu Rinoi w pokoju medycznym, poszli na obchód stacji. Squall przez okno rzucił okiem na sarkofag więżący Adel. Gość stojący obok zaczął opowiadać, że wiedźma umieszczona jest w miejscu gdzie równoważy się grawitacja, tak by nie mieć kontaktu ze światem zewnętrznym. W tym momencie Squall spojrzał na sarkofag i ku jego zdumieniu, Adel zdawała się odtańczyć przed nim taniec zwycięstwa, by na zakończenie pokazać mu język i ponownie zamrzeć w bezruchu. Squall przetarł oczy stwierdzając, że widać zaczyna trzeźwieć po podróży i stąd halucynacje. Jedyne co zdawało się w tym wszystkim nie zgadzać, to układ rąk, stanowczo odwołujący się do gestu Kozakiewicza na olimpiadzie w Moskwie. Mimo pewnych podejrzeń co do prawdziwości swoich zwidów, Squall udał się pośpiesznie w poszukiwaniu Ellone, przeczuwając, iż później może nie mieć na to czasu. Już w następnym pomieszczeniu spotkał poszukiwaną. Squall od wejścia zrobił Ellone awanturę, twierdząc, że jeśli chciała sobie pooglądać sceny z przeszłości, to wystarczyło komputer odpalić na „youtube”, gdzie są wszystkie sny z Laguną, a nie mu cztery litery zawracać w najmniej odpowiednich momentach. Ellone jednak będąc zahartowana niebezpieczeństwami, które towarzyszyły jej całemu życiu, od sztormów na morzu, poprzez zatonięcie Tytanica, aż do przebywania na stacji kosmicznej Mir, w której okna z drewnianych na plastikowe wymieniono dopiero tydzień wcześniej, nie przejęła się oburzeniem Squalla. W zamian zaoferowała przeniesienie jego świadomości, do świadomości Rinoi w momencie zakopywania jego kosztowności. Squall przyjął jej propozycję natychmiast, wiedząc, że tego filmiku w internecie nie znajdzie. Warunkiem tego przeniesienia, było jednak oddzielenie się umysłu Squalla od ciała, co można było wywołać, tylko poprzez obniżenie poziomu krwi w alkoholu. Jako, że na radzieckiej stacji, coś takiego jak środki lecznicze uchować się nie mogło, sytuacja wydała się bez wyjścia. Jednak w tym samym momencie Squall przypomniał sobie, że pod sukienką Rinoi, schował kilka megaeliksirów do schłodzenia. Zatem nie zostało nic innego jak iść do pokoju medycznego po rzeczone trunki. W międzyczasie zaszli jeszcze do pokoju kontrolnego. Tam zostali poczęstowani żołnierską grochówką i poinformowani o dziwnym zachowaniu istot na księżycu.
– A skąd na księżycu życie? - zapytał Squall.
– To długa historia. – odpowiedział Piet. - Dawno temu, gdy Eshtar było biedne tak jak inne państwa, ktoś mądry znalazł źródło ubóstwa i postanowił, bez względu na koszta przenieść emerytów, Urząd Skarbowy i ZUS wraz z urzędnikami, na księżyc. Wtedy właśnie powstał Lunar Gate, za pomocą którego dało się tą operację tanio przeprowadzić, pod przykrywką tanich wycieczek pracowniczych, oraz pielgrzymek do Watykanu. Dzięki temu Eshtar przestało mieć problemy finansowe i dlatego mogło się tak rozwinąć. Urzędnicy co jakiś czas zbierają się w jednym miejscu, by przełamać problemy grawitacyjne i wrócić na ziemię, ale jest ich zawsze zbyt mało. Niestety osiemnaście lat temu, Ojciec Dyrektor otworzył rozgłośnię Radia Aeris w Tear`s Point. Początkowo nie widzieliśmy w tym zagrożenia, aż do momentu, gdy doktor Odine, nie rozpoczął badań nad Lunatic Pandorą. Tu należy się małe sprostowanie, otóż doktor Odine naprawdę nazywa się Adin, gdyż był pierwszym z trzydziestu dzieci w rodzinie i jest zbiegłym rosyjskim naukowcem, dlatego tak głupio gada. No ale do rzeczy. Wyszło na jaw, że gdy umieści się Lunatic Pandorę nad rozgłośnią, to sygnał radia Aeris zostaje tak wzmocniony, że zaczynają go odbierać emeryci na księżycu i dzięki apelom Ojca Dyrektora, dołączają do zbierających urzędników, co powoduje przełamanie bariery grawitacyjnej i zjawisko Lunar Cry, czyli inwazji urzędników i emerytów na ziemię, a co za tym idzie, załamanie gospodarki, oraz powrót biedy. I zdaje się, że właśnie możemy być świadkami tego przerażającego wydarzenia.
Po podziękowaniu za wyjaśnienia ruszyli do Rinoi. Niestety ta wybudziła się wcześniej i ku trwodze Squalla, wypiła wszystkie ukryte pod spódniczką megaeliksiry, których dawka powaliłaby małego słonia. O dziwo zamiast zasnąć gdzieś w kącie, jej włączyły się szwędacze i zaczęła łazić po stacji, a w jej oddechu było tyle alkoholu, że odrzucało nawet próbującego ją zatrzymać Squalla. Gdy wchodziła do pokoju kontrolnego potknęła się o leżące kable i próbując złapać równowagę, wylądowała twarzą na klawiaturze, przez przypadek zdejmując pierwszy stopień zabezpieczeń sarkofagu Adel. Alarm, który włączył się w tym momencie, spowodował, iż Rinoa instynktownie podjęła wszelkie działania w celu ewakuowania się z bazy i już po chwili, ubrana w skafander, opuszczała pokład Mira. Squall jak można było przypuszczać, oczywiście nie zdążył jej powstrzymać, gdyż z powodu uruchomienia zabezpieczeń bazy, zamknęły mu się przed twarzą grodzie zewnętrzne. Nie pozostało mu zatem nic innego, jak wrócić do pokoju kontrolnego i obserwować co się będzie działo? W tym czasie Rinoa dotarła do sarkofagu, w którym jak się okazało, zdjęcie pierwszego stopnia zabezpieczeń, otworzyło skrzynkę z młoteczkiem, służącym do stłuczenia szyby, za którą więziona była Adel. Rinoi nadal w uszach rozbrzmiewał dźwięk alarmu, który słyszała dzięki komunikatorowi w skafandrze i ponownie instynktownie sięgnęła po młoteczek, uwalniając zagrożoną w jej mniemaniu Adel. W tym samym czasie, dzięki wezwaniu Ojca Dyrektora na obchody osiemnastej rocznicy Radia Aeris, do urzędników dołączyli rozproszeni po księżycu emeryci i już po chwili, komornicy zabierali sarkofag wraz z Adel, a emeryci zaczęli demontować stację kosmiczną Mir, która w ich oczach, była ostatnim symbolem znienawidzonego komunizmu. Niestety jak na to z wieloma emerytami bywa, podążali do celu, nie zwracając uwagi na to co znajduje się na ich drodze i wypychając w kosmos Rinoę, która po drodze dostała jeszcze wezwanie do zapłaty zaległego podatku wraz z odsetkami, co wyraźnie ją otrzeźwiło, uświadamiając jednocześnie w jak nieciekawej znalazła się sytuacji.
Gdy Lunar Cry docierał do ziemi, komornicy odebrali telefon z informacją, iż właściciel stacji Mir, przekazał swój jeden procent podatku w postaci sarkofagu Adel, na charytatywną działalność radia Aeris, w związku z tym, acz niechętnie odstawili ją do Lunatic Pandory.
W międzyczasie Squall, wraz z Ellone, Quistis i Pietem, w obawie przed rozszalałymi emerytami, ewakuowali się kapsuła ratunkową . Dziwnym trafem w komorze Squalla, ktoś z pracowników stacji, ukrył kilka butelek eliksiru. Ten nie omieszkał z nich skorzystać. Po drugiej flaszce, przypomniał sobie, że w tym stanie, Ellone może przenieść jego świadomość, do świadomości Rinoi, co wydawało się ostatnią szansą na uzyskanie informacji odnośnie jego oszczędności.
– Ellone pszenjeś szypko mojją swiadomoszć. – poprosił.
Już po chwili ujrzał Rinoę dryfującą w przestrzeni kosmicznej. Wskazania przyrządów jej skafandra, pokazywały brak tlenu. Gdy już wydawało się, że umrze, w myślach usłyszała Squalla pytającego o zakopane oszczędności. Ten głos przywołał wspomnienie pierścienia Squalla, którego kopię wraz z łańcuszkiem nosiła na szyi. W związku z tym zaczęła się kręcić i wiercić, w celu ujrzenia ostatni raz przed śmiercią owej błyskotki, by po kilku próbach uwolnić go, odblokowując w ten sposób zawór tlenu, który ów pierścień blokował, co wyraźnie zaskoczyło Rinoę. Niestety w tym momencie świadomość Squalla wróciła do niego.
– Ellone szemu mnje zaprałasz s pofrotem? - zapytał Squall
– Ale ja ciebie jeszcze nie zdążyłam wysłać – odpowiedziała zdziwiona Ellone.
– No tak, jak chsesz soś srobić, to sróp to sam. - powiedział ubierając się w skafander i szykując się do wyjścia.
Quistis próbowała go powstrzymać, ale biorąc pod wzgląd jego stan emocjonalny, równie dobrze mogła rozmawiać z wirusami świńskiej grypy, które zaczęły dawać się jej we znaki. Znając powszechną prawdę, iż to co zabije, lub posadzi na wózku trzeźwego, to pijanemu nie wyrządzi żadnej krzywdy, można było domniemać, że zarówno Squallowi, jak i Rinoi nic nie groziło. Jak na intuicję upojonego przystało, Squall wysiadł z kapsuły niemal dokładnie w miejscu, w którym znajdowała się dryfująca Rinoa i już po chwili, trzymał ją w pozycji, w jakiej skuwa się w kajdanki przestępców. Niestety przestrzeń kosmiczna nie była najlepszym miejscem do wyciągnięcia od niej informacji, więc Squall zaczął się rozglądać za jakimś lokum. Oczywistą rzeczą jest to, że jak przystało na produkt sygnowany logiem „Final Fantasy”, znalezienie odpowiedniego lokum w kosmosie, nie powinno stanowić większego problemu. Jednak w dwóch napotkanych po drodze mercedesach i jednym małym fiacie, na tylnych siedzeniach spółkowały różnej maści obce istoty, którym lepiej było nie przeszkadzać. Niestety na dotychczasowe poszukiwania nasi podopieczni wyczerpali cały zapas energii. Już wydawało się, że sytuacja jest niemal bez wyjścia i przyjdzie wyciągać predatora za nozdrza z malucha, gdy odezwała się żołnierska grochówka spożyta w bazie kosmicznej. Gazy, natychmiast wydalone przez systemy podtrzymania życia, zadziałały niczym silnik odrzutowy i pozwoliły na dotarcie do porzuconego przez Billa Gatesa statku kosmicznego, który dryfował obracając się wokół osi poprzecznej, z powodu zawieszenia się najnowszego systemu operacyjnego „Windows Zwista”, zarządzającego statkiem. Pech chciał, że w momencie, gdy Squall łapał się statku, jeden płatów uderzył go w głowę, powodując spore wgniecenie w hełmie i zmieniając sposób postrzegania koleżanki. Jego rozmydlony, tępy wzrok nie wróżył niczego dobrego.
Gdy dostali się do środka i zrzucili niewygodne skafandry, Squall zaczął wyraźnie kleić się do Rinoi. Ta jednak słysząc za ścianą dziwne odgłosy i mając na względzie dotychczasowe zachowanie Squalla, wykręciła się, sugerując zbadanie statku w poszukiwaniu potencjalnie niebezpiecznych stworzeń. Jak się okazało, faktycznie nie byli tam sami. Gdy tylko przeszli przez drzwi, w ich kierunku podbiegł obcy. Stanął tak, że jego twarz prawie dotykała twarzy Squalla, niemal powalając go oddechem. Najpierw otworzyła się pierwsza szczęka, uzbrojona w długie błyszczące zęby typowego mięsożercy. Po niej otworzyła się następna i następna, by po kilkunastu minutach odsłonić gardziel, z której z wielkim impetem wysunęła się ręka uzbrojona w szminkę, poprawiając nieco zaniedbany makijaż obcego. Squall stał jak wmurowany, nie zdając sobie do końca sprawy, czy sparaliżował go strach, czy zaskoczenie?
– No co? Trzeba przecież jakoś wyglądać na powitanie gości. - powiedział Propagator, po czym dodał – Nie zabijajcie nas, my jesteśmy pokojowo nastawieni. Uciekliśmy z naszej planety przed rasistami, bo u nas nie lubią kolorowych. Posiedzimy cichutko w magazynie i nie będziemy wam przeszkadzać. A tak poza tym, to pośpieszcie się z lądowaniem, bo po osiemnastej statystujemy u Spielberga i nie chcielibyśmy się spóźnić.
Rinoi zdawało się już nic nie dziwić, więc nie zastanawiając się ruszyła do sterówki. Squall podążył za nią, niesiony skrzydłami miłości. Po dotarciu na miejsce odezwało się niesprawne od kilkunastu lat radio.
– Tu Eshtar, podajcie swoją pozycję.
– Skąd wiedzą, że tu jesteśmy, skoro jeszcze się nie odezwaliśmy? - pomyślał Squall, a następnie uzbrojony w swą wątpliwą wiedzę odnośnie nawigacji, powiedział – Moja pozycja jest stojąca, zaś koleżanki siedząca.
– No to kibel, trafiliśmy inteligentnego inaczej. – powiedział facet ze stacji namiarowej – Spróbuj podać gdzie jesteście?
– Na statku kosmicznym, gdzieś w kosmosie – odpowiedział nieco zagubionym głosem Squall.
Odpowiedź musiała być jednak mało satysfakcjonująca, gdyż w tym momencie dało się słyszeć odgłos rzuconego z impetem mikrofonu. Kontrola naziemna musiała jednak uruchomić inne sposoby namierzania, gdyż po kwadransie statek rozpoczął procedurę wprowadzania w atmosferę. System zarządzania pojazdem w ramach ogólnoświatowego trendu oszczędzania, poprosił o wyłączenie sztucznej grawitacji, która jako jedyna sprowadzała Squalla na ziemię, potrzebując do tego tyle energii, ile zużywa średniej wielkości miasto. Gdy tylko jego nogi oderwały się od ziemi i zawisł twarzą w twarz z Rinoą, rozbrzmiała w tle muzyka Piotra Rubika i przy akompaniamencie klaszczących w rytm Propagatorów, Squall rozpoczął melodeklamację.

Rinciu, dziewczę moje, Ty jesteś jak zdrowie
Ile Cię trzeba kochać ten tylko się dowie
Kto podobnie jak ja, narąbane ma w głowie.
Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo z miłości do Ciebie, mózg mi się lasuje.
Dziewojo wspaniała, co moich bronisz oszczędności,
Ciało twe wycałuję do bielutkich kości.
Ty co orzechy gnieść możesz swym udem
I drewniany kołek rozkochałaś cudem.
Niczym matka bierzesz mnie w swoją opiekę,
Gdy zmęczoną kacem otwieram powiekę.
Niosłem Cię pieszo aż do Eshtar progu,
Lecz za to akurat, to podziękuj Bogu.
Tak przyjmij mnie zatem na ponętne łono
I przenieś no rychło mą chuć utęsknioną
Do tych pagórków dwóch i stringów zielonych
Z rozmiaru „S” do „M” mozolnie rozciągnionych
Do Twych stóp skażonych grzybem rozmaitem.
Do twej twarzy zwieńczonej przepięknym wykwitem.
Gdzie w ustach piękny lśni ząb, koronką żółto-białą
Pokochałbym Cię nawet, gdybyś była łysą pałą.
A teraz przypasana do fotela tego,
Zostań dziś ofiarą pożądania mego.


Gdy kończył te słowa i unosząc się przed Rinoą z ustami ułożonymi w dzióbek zbliżał się do jej ust, usłyszał sakramentalne.
– Głowa mnie boli.
Szok spowodowany tymi słowami, spotęgował dodatkowo upadek Squalla, spowodowany włączeniem sztucznej grawitacji, przez zszokowany odpowiedzią Rinoi, komputer pokładowy.
Squall podniósł się z podłogi i usiadł w fotelu obok, nadal spoglądając w kierunku Rinoi z niedowierzaniem. Po chwili z głośnika radia pokładowego dobył się dźwięk.
– Przedstawcie się, bo coś nam się obsługa rozpierzchła po lądowaniu i nie wiemy kogo po knajpach mamy szukać.
– Rinoa i Squall
– Rinoa i czarownica Squall.
– Squall i... - spojrzał na fotel obok, pomny dopiero co zaistniałych zdarzeń, dokończył - czarownica Rinoa.
– Ja mam podane, czarownica przy imieniu Squall, a nasze systemy są nieomylne. - odpowiedział facet z kontroli naziemnej. - No ale dobra, sztuka jest sztuka. Niech będzie po twojemu.
Gdy wylądowali na ziemi najpierw wybiegły Propagatory, zaś za nimi ruszyła Rinoa. Niestety Squall biegnąc za nią, wdepnął w pozostawione przez jednego z obcych odchody. Czyszcząc obuwie, nie zauważył, że jego ukochaną zabrali faceci zajmujący się kontrolą czystości gatunku. Jedyne co zapamiętał, to numery rejestracyjne odjeżdżającego samochodu, po których wspólnie z resztą drużyny ustalili, iż pochodziło ono z Sorceress Memorial. Squall nie zamierzał czekać, mimo, że reszta drużyny nie była tym zachwycona, nie rozumiejąc skąd u kolegi taka zmiana.
Gdy dotarli na miejsce, Squall rzucił się na oślep do środka, wybijając w drzwiach otwór odzwierciedlający kontur jego ciała. Reszcie drużyny pozostało tylko rozgonienie naukowców, zajmujących się pozbawieniem funkcji życiowych Rinoi.
Squall stanął u podnóża schodów, prowadzących do jego ukochanej, zamkniętej w sarkofagu dla czarownic. Po drodze, na jego nieszczęście, zahaczył gunbleade`m, wąż z helem doprowadzonym do aparatury i ze słowami
– Pójdź w me objęcia kochana – rzucił się w jej kierunku.
Rinoa nie rozpoznając swojego kolegi, w zmienionym helem głosie, uchyliła się, zaś sam Squall, przelatując z impetem przez całe pomieszczenie, wylądował w regale z modyfikowanymi genetycznie ogórkami kiszonymi. Wygłodniali żołnierze, którzy przybyli na pomoc naukowcom, natychmiast rzucili się na przetwory, zaspokajając swój głód i ułatwiając w ten sposób ewakuację naszej drużyny.
Niestety brak łazienki, zmusił resztę drużyny, do zabrania śmierdzącego wodą po ogórkach kolegi, na teren sierocińca, gdzie na plaży, można go było doprowadzić do ładu.

Co nas nie zabije, to nas udziwni.
Ostatnio zmieniany: 2010/10/27 12:42 przez .

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Pleiades
  • Pleiades Avatar
  • Wylogowany
  • Rubismok
  • Rubismok
  • Sorceress of Inner World
Więcej
2010/01/08 06:45 #4507 przez Pleiades
Dziękujemy za komplet, oczekujemy części dalszych :P

Sorceress Pleiades, Sorceress Knight, koty, 2 książątka i mała czarownica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/10 00:03 - 2010/10/27 12:42 #4542 przez audion
Część 10

Po wykąpaniu Squalla, powiedzieli mu, że ma iść w okolice pola rzepaku, spotkać się z Rinoą. Po dotarciu na miejsce, Rinoa zaczęła biadolić.
– Ojejejej, jak się naprułam w kosmosie. Boję się, żeby znowu mnie kiedyś nie wzięło. - powiedziała Rinoa.
– A to przypadkiem nie Ultimecja cię opętała? - zapytał Squall.
– Taaa, jakby te eliksiry nazywały się Ultimecja, to można by tak powiedzieć. Ktoś jednak musi mnie pilnować, żebym znowu się tak nie zaprawiła.
– Wszędzie będę za tobą chodził kochanie.
Gdy kończył te słowa, w miejscu w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, poczuł ból, wywołany zgryzem obawiającego się o swoje stanowisko Angela.
– Angelo puść, on dostanie swoją miskę. - powiedziała Rinoa z szyderczym uśmiechem na twarzy – A śniło mi się ostatnio, że kazałeś mi kupić potiony, a ja nie mogłam sobie w sklepie przypomnieć jakie. Na myśl, co mi zrobisz jak ci ich nie kupię, poczułam takie przerażenie, że się obudziłam.
– Niepotrzebnie się bałaś kochanie. Najwyżej byś musiała w okularach chodzić i mocniejszy makijaż nosić, ale poza tym nic by ci nie groziło.
Po chwili wpadł Zell i powiedział, że na CB, ktoś z pałacu prezydenckiego mówił, że znaleźli sposób na pokonanie Ultimecji i żebyśmy uważali, bo na wlocie do Eshtar miśki stoją.
Gdy już mięli udać się w drogę, przyszła Edea i powiedziała, że kilkanaście lat temu pojawiła się u niej kobieta na krawędzi ubóstwa z wyraźnymi śladami molestowania i przekazała jej swoje moce, a Edea widząc jej opłakany stan, nie śmiała odmówić. To właśnie wtedy zaczęła się jej bolesna historia. Squalla zdziwiło jednak to, że Edea nadal mówiła o sobie jako o kobiecie. Jak się okazało, Odine nie tylko pozbawił jej mocy, ale w podarunku dał jeszcze swoją oliwkę, którą w dzieciństwie wysmarowali Seifera i dzięki niej, ku uciesze Cida, została stuprocentową kobietą.
– Edea, a nie masz jeszcze trochę tej oliwki? - zapytał Squall.
– Zostało jeszcze trochę, choć nie wiem po co to tobie?
– Nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć.
Na zakończenie Edea poradziła Rinoi, by ta znalazła sobie rycerza, żeby miał kto jej dobytek dźwigać, bo czarownice targające swoje walizki samotnie, szybko nabierały masy mięśniowej, oraz męskich rysów i nie mogąc zaakceptować swojego wyglądu, popadały w konflikt ze światem, czego najlepszym przykładem jest Adel.
Nie zostało zatem nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę. Wreszcie jak przystało na szanujących się bohaterów gry, mogli olać ratowanie świata i udać się na jego zwiedzanie, nie bacząc na ludzi nękanych od pewnego czasu, przez urzędników i emerytów.
Lecąc nad morzem Squall zauważył dziwną konstrukcję wystającą z wody. Z ciekawości postanowił na niej wylądować. Zell, który do tej pory nie wydawał się posiadać zbyt wielkiej wiedzy, zabłysnął.
– To jest Deep Sea Research Center. Tutaj naukowcy robili supertajne eksperymenty z użyciem taniej siły roboczej, ale jak się kończyła wojna czarownic, to uciekli do Berlina. Być może wyniki ich badań są tu jeszcze gdzieś ukryte.
Gdy zajrzeli do środka, przez bramę, nad którą do niedawna widniała tablica „Arbeit macht frei”, ujrzeli Bahamuta, który w pokoju do monitoringu, w towarzystwie dwóch smoczyc, oglądał na znajdujących się wkoło ekranach, przygody Smoka Wawelskiego, ignorując podgląd z kamer monitorujących obiekt, co z pewnością przyczyniło się do zaginięcia wspomnianej wcześniej tablicy. Niestety próby wywabienia smoków za pomocą wypchanej siarką dziewicy, spełzły na niczym, gdyż jak wiadomo, dziewice wymarły jeszcze wcześniej niż dinozaury. Sprawa byłaby beznadziejna, gdyby nie Squall, który przysiadając na ziemi, zerwał kabel anteny satelitarnej. Zdenerwowany brakiem sygnału Bahamut, zaczął szukać przyczyny awarii. Gdy wyjrzał na zewnątrz, jego oczom ukazał się Ragnarok. Nie widzieć kiedy, ze słowami „mój ci on” na ustach, pucował białą ściereczką karoserię pojazdu. Faktycznie nie było się czemu dziwić, bo cóż mogło być lepszego dla faceta jego pokroju, niż narzeczona ze znaczkiem Ferrari na czole. Co prawda oglądanie telewizji przyćmiło nieco jego wzrok, gdyż nie dojrzał działka w dolnej części korpusu, ale jak to mówią miłość jest ślepa. Gdy Squall zobaczył, z jaką pieczołowitością Bahamut pucuje ich pojazd, nie mógł się oprzeć przed przyjęciem go na nowego GF-a, gdyż od momentu wystąpienia Lunar Cry, za sprawą podniesienia podatków, ceny w myjniach samochodowych drastycznie poszły w górę.
W tym czasie, dwie pozostawione na lodzie przez Bachamuta smoczyce, postanowiły skorzystać z zaproszenia na imprezę sylwestrową Polskiej Telewizji Publicznej, gdzie miały wystąpić jako główne gwiazdy imprezy, czyli Doda i Maryla. W związku z tym, na drodze naszej drużyny do wnętrza, nie było już żadnych przeszkód. Niestety ciśnienie pary w instalacji sterującej drzwiami, było niskie, a to za sprawą pijanego palacza w kotłowni, który jako pierwsza osoba, uległ przyszłej kompresji czasu i od kilku dni opijał sylwestra, który chciał nie chciał, jeszcze nie nadszedł. Musieli się zatem posłużyć tym co zostało. Droga na dół zeszła im na podziwianiu schodów, przy których budowie murarze wykazali się nie lada kunsztem, gdyż mimo tego, iż nie oparły się działaniu czasu, na co wskazywał ich stan techniczny, to jednak nadal opierały się grawitacji. Przyczynę tego fenomenu, można było tłumaczyć tylko tym, że budowniczy tej konstrukcji, nigdy nie uczyli się fizyki i nie zdawali sobie sprawy z istnienia pewnych praw i jak widać ich budowla także.
Gdy dotarli na sam dół, zobaczyli bajorko, oraz dźwignię, która jak się spodziewali, otworzy drzwi kryjące wyniki badań naukowców, albo chociaż tajne archiwum IPN. Niestety po pociągnięciu, woda zabulgotała i z wielkim impetem wyłonił się z bajorka Ultima Weapon. Gdy Zell z Irvinem szykowali się do walki, Squall ku ich zaskoczeniu, zaintrygowany pewnym znaleziskiem, zaczął zaglądać zwierzęciu pod ogon. Gdy udało mu się uchwycić i wyciągnąć owe znalezisko, którym okazał się być nowy GF Eden, zwierzę głośno zasyczało, potem wydając z siebie odgłos przypominający wydobywanie się gazów spomiędzy zwieraczy, w szaleńczym tempie zaczęło latać po pomieszczeniu, by w rezultacie pozbawione powietrza, wylądować u stóp naszej drużyny.
– Taka budowla, tyle zabezpieczeń, całe rzesze naukowców, a wyprodukowali dmuchanego krokodylka. - Powiedział zażenowany Squall – W kiosku koło sierocińca, można takiego za dwie dychy kupić, a my się tu pół dnia tłuczemy.
Jako że po wyjściu na powierzchnię nadal mięli dużo czasu, postanowili zwiedzić jeszcze wioskę Shumi znaną także pod nazwą Wieliczka. Jak przystało na wieś, w której przyjezdni nie są podobno mile widziani, weszli bez większych problemów. Gdy zjeżdżali windą na dół, ich oczom ukazał się hologram, który w kółko powtarzał:
– Pomóż na Obi Wan Kenobi.
– Trza było gadać jak byłem w kosmosie, a teraz to tylko gitarę zawracasz. – wymruczał Squall.
Po zjechaniu w dół najpierw trafili do warsztatu rzeźbiarskiego, na którego środku stała nietypowa rzeźba Nike z karabinem w ręku.
– To rzeźba Laguny – powiedział rzeźbiarz – Kilka lat temu znaleźliśmy go pijanego na klifie, więc przygarnęliśmy go pod nasz dach i doprowadziliśmy do ładu.
– Dobrze żeś nam powiedział, że to Laguna, bo generalnie w życiu bym się nie domyślił. - powiedział Squall – A tak swoją drogą to rzeźbicie każdego pijaka?
– Nie, ale on wydawał się jakiś taki wyjątkowy, bo jako jeden z nielicznych na tym łez padole, miał zdolność kredytową i do tego lubiły go momby.
– Mnie też zwierzaki lubią – powiedział Squall, z uśmiechem na ustach znosząc sikającego na jego nogawkę Angelo.
– Momby to nie zwierzęta – powiedział oburzony rzeźbiarz – To są kolejne stadia rozwojowe Shumi. Przez całe życie się doskonalimy i albo zostajemy sołtysem w naszej wsi, albo zmieniamy się w momby.
– To prawie jak u nas. Jak nie dostaniecie się do parlamentu, to jesteście głąby, czyli bardziej kulturalnie mówiąc wyborcy. - powiedział Squall.
– No dobra, my tu gadu gadu, a miałem wam dać zadanie, za które dostaniecie nagrodę od sołtysa. Otóż macie przynieść kilka kamieni. - powiedział rzeźbiarz.
Niestety chętnych specjalnie nie było, więc Zell po wyciągnięciu w losowaniu najkrótszej zapałki, zakupił na Allegro worek węgla do grilla, który niebawem dostarczył kurier.
– Masz tu swoje kamienie. - Powiedział Zell
– Chłopie o to chodziło. Wreszcie będziemy mogli ogień rozpalić i wyżerkę zrobić. Miałem was powysyłać jeszcze po innych chałupach, żebyście całą wioskę zwiedzili, ale i tak nie wiem jak się dostać do środka połowy z nich, więc nie będę wam głowy zawracać. Możecie się przespać, a rano odbierzecie nagrodę.
Jak im polecił tak zrobili. Rano ruszyli po nagrodę do sołtysa. Niestety, dar w postaci resztek z talerzy po wczorajszej wyżerce nie wypalił, gdyż ktoś wrzucił pozostałości pieczonego Phoenixa do ognia, a te uległy zwęgleniu. By nie rozzłościć naszych pupili, wrzucili popioły po zjedzonym ptaku do woreczka i jako substancję uzdrawiającą wcisnęli Squallowi, pozbywając się w ten sposób problematycznych gości.
Jakby problemów mięli mało, dziewczyny zbuntowały się, iż nie mają już kosmetyków i ubrań, a na spotkaniu z Ultimecją, nie chcą wyglądać jak Matka Teresa z Kalkuty. Mimo prób perswazji ze strony chłopaków, nie dało się ominąć bazaru. Gdy piękniejsza płeć naszej drużyny szukała odpowiednich zapraw tynkowych i pokrowców na swe ciała, ta nie do końca brzydsza, zwiedzała bazar w poszukiwaniu egzotycznych środków leczniczych. Nagle w jednym z zaułków, zaczepił ich gość przebrany za ogórka, twierdząc, że jest mistrzem akupunktury i za drobną opłatą może im zaserwować kurację odstresowującą. Nie widząc niczego zdrożnego w niekonwencjonalnych metodach leczenia, wyrazili aprobatę dla propozycji. Faktycznie, ów gość musiał być mistrzem akupunktury, gdyż jego metoda zatytułowana „dziesięć tysięcy igieł”, odstresowała całą trójkę na tyle skutecznie, że nawet nie mięli ochoty się ruszyć. Co gorsza, gdy zielony oddalał się z ich dobytkiem, okazało się, że nie tylko nie chcą, ale i nie mogą. Pewnie tu zakończyła by się podróż męskiej ekipy, gdyby nie to, że naprzeciw miejsca ich spoczynku znajdowała się przymierzalnia, w której Rinoa postanowiła zmienić swój wizerunek, gdzie zamiast koloru niebieskiego miał zacząć dominować błękitny. W lustrze dojrzała chłopaków, których ktoś w międzyczasie ozdobił jabłkami i przysypał gnijącymi liśćmi, biorąc ich za przerośnięte jeże. Po pozbawieniu ich problemu kolców, których liczba okazała się tylko chwytem marketingowym, gdyż dało się ich naliczyć co najwyżej dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć, a w przypadku Squalla, nawet o pięć dziesiątych mniej, chłopaki podnieśli się na nogi i ruszyli w poszukiwaniu złodzieja. Nie trwało zbyt długo, gdyż ten właśnie śpiesznie przemknął koło nich, uciekając przed pracownikami urzędu imigracyjnego. Quistis odruchowo podstawiła mu nogę i ten legł jak długi, klinując się głową w skradzionym laptopie Squalla, zaś dołączenie go do panteonu posiadanych przez naszą drużynę GF-ów, było już tylko formalnością.
Nie było co dalej zwlekać, zatem udali się do pałacu prezydenckiego w Esthar, zaliczając w międzyczasie kilka zdjęć w fotoradarach. Po drodze jednak znowu napotkali tajemniczy spodek kosmiczny. Tym razem jednak, stał na poboczu mrugając światłami awaryjnymi. Gdy wysiedli zobaczyli przy nim małego Marsjanina o imieniu PuPu, który poprosił ich o pięć Eliksirów, z których po otrzymaniu, trzy wlał do baku, zaś dwa skonsumował na miejscu. Niestety taka dawka środków leczniczych w jego bardzo młodym wieku, musiała się skończyć na oddziale intensywnej terapii, na którym lekarze dwojąc się i trojąc, nie zdołali przywrócić go do życia. Jedyną pamiątką tego spotkania, była karta chorobowa PuPu, którą dodali do swojej kolekcji.
Gdy dotarli wreszcie do pałacu prezydenckiego, ich oczom ukazał się Laguna, którego strój nijak nie licował do zajmowanego stanowiska.
– Od Ellone wiem, że to wy byliście chochlikami w mojej głowie. - Powiedział.
– No nie, trzymajcie mnie bo mu przywalę, za tego chochlika!!! – Wykrzyczał Zell powstrzymywany przez Squalla i Irvine`a.
Gdy Zellowi opadł nieco poziom adrenaliny, mogli przejść do rzeczowej rozmowy. Squall nie omieszkał zapytać jakim cudem Laguna został prezydentem, bo z tego co wie, to raczej do stoczni przez płot nie skakał.
– Kiedy wysłaliśmy Lunatic Pandorę do morza, nie mogło to zostać niezauważone przez Adel, zwłaszcza, gdy powstała w ten sposób fala tsunami, zalała ją na plaży, w trakcie, gdy ta w stroju topless, ku przerażeniu innych plażowiczów, zażywała kąpieli słonecznej, przygotowując się w ten sposób do wyborów miss, czy jak kto woli mistera Eshtar. Pod pozorem wyżej wspomnianych wyborów, zwabiliśmy ją do Sorceress Memorial. Tam oznajmiłem, że w związku z jej zachwycającą urodą, została zaocznie wybrana bezapelacyjną zwyciężczynią konkursu i musi tylko wejść do środka, by odebrać koronę. Adel zaślepiona kobiecą próżnością, nie zauważyła, że korona, której rolę pełnił sarkofag czarownic, jest ciut przyduża, a gdy ją założyła było za późno. A słuchy jakobym wepchnął ją do sarkofagu, są nieprawdą, tak jak to, że w młodości, w pojedynkę spychałem wieloryby z plaży do wody. Później wystarczyło wysłać ją kosmos i tylko jej problematyczny wygląd, nie pozwolił jednoznacznie ustalić, czy nie była ona przypadkiem pierwszą kobietą wysłaną w kosmos, pozostawiając wolną drogę Tierieszkowej.
Jako, że Ellone przeszkadzała mu w karierze politycznej, wysłał ją od razu do sierocińca, gdyż Raine, która mogłaby się nią zająć, miała wyraźne objawy suchot i jej zejście było tylko kwestią czasu. Po wielu perturbacjach, Ellone trafiła w końcu na Titanica, by po jego zderzeniu z górą lodową, na krze, w towarzystwie pingwinów z gatunku karmelitek łysych, dotrzeć do wybrzeży Eshtar, skąd Laguna dla bezpieczeństwa wysłał ją w kosmos. Niestety po ewakuacji, gdy kapsuła ratunkowa wylądowała, Ellone została porwana do Lunatic Pandory.
Po chwili, w pokoju pojawił się Odine, by wyjaśnić sposób na pokonanie Ultimecji. Zaczął od tego, że muszą ją zabić w przyszłości, bo tak będzie ciekawiej. Uznał też za niestosowne, zniszczenie kopii umysłu Ellone, który wykonał dziś rano i z którego Ultimecja najprawdopodobniej korzysta przenosząc swój umysł do naszych czasów, gdyż wówczas większość tu obecnych leżałaby sobie na Bahamach, a jego dzisiejsze wystąpienie nie miałoby sensu. Wreszcie przeszedł do rzeczy.
– Ultimecja z tylko jej znanych przyczyn, chce dostać się do naszego czasu i żeby się nie zgubić musi korzystać z zegarka. Kiedy dotrze do naszego czasu, to pewnie wniknie do umysłu Adel, bo ta dzięki rozmiarom zbliżonym do Statui Wolności, idealnie pasuje do podboju świata. Musicie zabić Adel zanim opętana przez Ultimecję, spojrzy na zegarek. Wtedy ta opanuje pierwszą czarownicę z zegarkiem na ręku, czyli Rinoę, ale jej zegarek przestawimy tak, by myślała, że cofnęła się o dużo za mało. W rezultacie cofnie się do czasów, w których nie było przenośnych zegarków i tam opęta jakąś tylko jej znaną czarownicę. Gdy się zorientuje, to pewnie postanowi wykorzystać jakiś zegar z wieży zegarowej, gdyż bez niego, nie będzie wiedziała o ile ma się przemieścić? Jednak by z niego korzystać, będzie musiała go zmniejszyć. W „Tinie” pisali, że jest farbowaną blondynką, więc najprawdopodobniej wykorzysta do tego czar kompresji czasu. Gdy w przyszłości odkryje co zrobiła, postanowi pojawić się w naszych czasach. Ale zanim poprawi swój makijaż i po raz setny przeglądnie szafę, stwierdzając, że nie ma co na siebie włożyć, wy udacie się w jej czasy. Reszty chyba tłumaczyć nie muszę
– Ale twoja metoda w żaden sposób nie uwzględnia udziału Ellone. – Powiedział Laguna.
– Jak to nie? Przecież jej umysł, ukryty w terminatorze T-100, wysłałem w przyszłość, chowając w komórce na narzędzia. Po przeanalizowaniu gustu czarownic, nadałem mu nawet wygląd pasujący do ich ideału mężczyzny, czyli Marty Feldmana, by wzbudzić zainteresowanie Ultimecji.
– Ale mi chodziło o ten plan, w którym Ellone przenosi Utimecję i Rinoę.
– A, o ten plan ci chodzi. Z niego nie możemy skorzystać, bo nawet ja go nie zrozumiałem.
– O zgrozo, ja nawet tego nowego planu nie rozumiem – pomyślał nieco podłamany Squall – Raz kozie śmierć. Nie ma co zwlekać, bo budżet na ekranizację naszych przygód się kończy.
Nie zwlekając długo, udali się w kierunku Lunatic Pandory. Gdy dotarli na miejsce, Zell nacisnął spust w drążku sterowym statku, oczekując, że w ten sposób za pomocą artylerii, wybije dziurę w ścianie budowli. Nie wziął jednak pod uwagę, że Ragnarok, po odwzajemnieniu uczucia Bahamuta, nie będzie chciał zdradzać swojej płci, poprzez obnażenie swojego działka, w związku z czym po naciśnięciu spustu, wyciągnął łapę przed siebie i okrężnym ruchem palca wskazującego zarysował foremne kółko, po czym polizał dłoń i za jej pomocą usunął środek wyciętego krążka, otwierając tym samym drogę do środka.
Wewnątrz nasza drużyna natknęła się na Raijin i Fujin. Squall już zaczął mówić o tym, by oddali im Ellone i by nie budzili Adel, gdy zauważył, że Fujin wyraźnie zdenerwowana spogląda na Ragnaroka. Po odwróceniu się, ku przerażeniu Squalla, okazało się, że ten przed wejściem nie wytarł nóg i nanosił do środka pełno błota. Znając uczulenie Fujin na punkcie czystości, można się było spodziewać tylko jednej reakcji. Najpierw poleciał bukiet słowny, przy którym zwiędły kwiaty w pobliskim wazonie, następnie odwróciła się na pięcie i pobiegła szukać miotły, oraz mopa, a zdezorientowany Raijin podążył za nią. Squall po uprzednim opieprzeniu Ragnaroka i wygnaniu go na dwór, ruszył wraz z resztą drużyny, w głąb Lunatic Pandory. Gdy wjeżdżali jedyną czynną windą do góry, wsiadła kobieta, która zaczęła się przy nich rozbierać do naga. Zell ze Squallem spojrzeli na nią z zaciekawieniem. Ta jednak stwierdziła tylko, że ma dwa kilo nadwagi, po czym wysiadła na piętrze z basenem, co jeszcze bardziej zaciekawiło chłopaków. Jednak brak czasu nie pozwolił im na podziwianie kąpiących się niewiast. Po wjechaniu na górę, dotarli do pomostu, na którym ostatnim razem skończyła się inwencja reżyserska. Tym razem zastali tam nieco umorusaną Fujin wraz z Raijinem. Fujin w zemście za zabłocenie podłogi, powiedziała, że tym razem nie będą mięli tak łatwo, wskazując na zawieszoną pod sufitem krzyżówkę głowy muchy z żelazkiem. Niestety niski budżet wymusił podwieszenie owego obiektu, na pamiętających jeszcze czasy Związku Radzieckiego, sznurkach do bielizny, które jak można było przypuszczać, nie wytrzymały ciężaru żelastwa, i po chwili cały ten złom, przebijając pomost, przeleciał tuż przed twarzami naszych pupili.
– No faktycznie, łatwo nie było. - powiedział z sarkazmem Squall., po czym ruszyli do znajdujących się na wprost drzwi, z których wydobywały się kłęby dymu.
Gdy przekroczyli próg pomieszczenia, ich oczom ukazał się apokaliptyczny widok. Seifer odziany w zielono-zółto-czerwoną koszulkę z wizerunkiem liścia ziela powodującego confuse, leżał u podnóża trybuny. Opuszkami palców trzymał dopalającego się skręta, grubości mortadeli.
– Seifer miałeś trochę zostawić – Powiedziała oburzona Fujin – To ja się uganiam po mieście szukając pierwszorzędnego towaru, a ty cały zapas bierzesz na raz. Nie no ja już ciebie nie rozumiem. Jak się napalisz, to sam nie wiesz o co ci chodzi.
– No nie, przesież jesteszmy paszką – wybełkotał ledwie przytomny Seifer.
– Paczką możemy być, ale jak będziesz mniej pił i pali, bo na razie, to jedyna paczka jaka cię interesuje, to paczka ziela. Fujin idziemy. – Powiedział Raijin – No i zabierajcie Ellone, bo już ledwie przytomna od wdychania tego dymu.
– Ale ja sostaje, mnie tu dopsze, fajna imprezka i w ogóle szwiat jest pienkny – powiedziała odurzona Ellone.
– Zabierzcie ją, bo jak się jeszcze trochę się doćpa, to zacznie nasze umysły gdzieś przenosić i nici z planu. - Powiedział Squall do Quistis i Selphie.
Gdy te opuściły pomieszczenie, wraz z Raijin i Fujin, Seifer podniósł się z podłogi.
– Słysszę głos. Musszę doprowazić do połąszenia szarownis.
– Ty chłopie nie pal więcej, bo ci szkodzi. - Powiedział Squall
– Rinoa idzies se mnom.
– Chyba cię powaliło Seifer – odpowiedziała.
– Jak nie po dobrosi, to siłom. - powiedział Seifer, po czym wyciągnął swojego gunblade`a i stanął do walki ledwie trzymając się na nogach.
W tym momencie pojawił się Odyn i gdy już miał zabić Seifera, ten zasłonił się resztkami sił swoją bronią, powodując rozpłatanie niesfornego GF-a.
– Jaki szad. Ten staff jesszt naprafdę dobry – Wybełkotał Seifer – Wizieliście to so ja, posiołem demona.
Ku zdumieniu naszej drużyny, widzieli dokładnie to samo. Całe to zdarzenie dało się jednak całkiem prosto wytłumaczyć. Kłęby dymu ze skręta Seifera zaczęły działać także na nich, powodując halucynacje. Co gorsza po przyzwaniu Doomtrain`a naćpany dróżnik zapomniał zamknąć szlabany, a ledwie kontaktująca ze światem Ronoa, wlazła na tory i potrącona przez lokomotywę z objawami utraty przytomności legła przy drzwiach. W tym momencie przywołany ich stanem, pojawił się na sali duch Kotańskiego i po otworzeniu okien w celu wywietrzenia pomieszczenia, wywalił ich wszystkich na zewnątrz. Seifer widząc nieprzytomną Rinoę, chwycił ją za nogi i zaczął ciągnąć na górę do Adel. Squall widząc męczącego się Seifera, rzucił się do pomocy, a po chwili dołączyli do nich Irvine wraz z Zellem i z Radzieckim hymnem na ustach, zanieśli ją przed oblicze czarownicy, którą dopiero co opanowała Ultimecja.
Adel widząc Rinoę, uwolniła się z sarkofagu i chwyciła dziewczynę za kark z myślą o powieszeniu jej na swojej klatce piersiowej. Niestety sprawa nie była prosta, gdyż próba przywiązania jej jedną ręką, graniczyła z cudem. Wykorzystując stan naszej drużyny, Adel zwróciła się do nich z prośbą.
– Nie pomogli byście chłopaki jej przywiązać, bo sama nie dam rady.
– No problem – powiedzieli zgodnym chórem.
Po kilku nieudanych próbach, okazało się, że jedyny sposób, to przymocować ją sznurkiem do szyi, co też uczynili. Niestety nie przewidzieli, że pętla do której przywiązali Rinoę, po wyprostowaniu Adel, zaciśnie się na szyi czarownicy i ta po chwili z wyraźnymi objawami poważnego niedotlenienia, padnie na podłogę. Niestety próby reanimacji zdały się na nic. W tym czasie ocknęła się Rinoa, którą natychmiast opętała Ultimecja.
– Zniszczę was wszystkich – powiedziała i spojrzała na zegarek – Ojej, Sorry, źle trafiłam. Jeszcze raz przepraszam i już mnie tu nie ma – po czym opuściła ciało Rinoi i zgodnie z planem udała się w przeszłość. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gdyż chwilę później w pomieszczeniu zaczęła się odklejać tapeta i wypaczać parkiet. Squall zdążył jeszcze powiedzieć:
– Co za tandeta.
I chwilę później przez dziurę, która pojawiła się pomiędzy odpadającymi klepkami, wylecieli na zewnątrz. W tym czasie wizje Seifera były tak odjechane, że żadna kompresja czasu nie mogła się z nimi równać i dlatego on, pozostał tam gdzie leżał nie poddając się temu zjawisku. Pod wpływem kompresji większość rzeczy się pokręciła . Psy szczekały odbytami, Polacy byli z wszystkiego zadowoleni, politycy zaczęli mówić prawdę, a Kaczyński oddawał się miłosnej rozkoszy z Jaruzelskim. O innych anomaliach nie ma nawet co wspominać, gdyż nawet najbardziej chora wyobraźnia, nie była tego w stanie zobrazować. W trakcie gdy paradoksalnie spadali w górę, Squalla zaczęła nachodzić przerażająca myśl. Otóż zdał sobie sprawę, że w tym chaosie, żadna nawigacja nie odnajdzie właściwej drogi. Na całe, szczęście w tym samym momencie zauważył na ich drodze okruszki najpewniej zostawione przez Jasia i Małgosię, które niechybnie musiały prowadzić do rezydencji czarownicy. Przy drodze mijali dziewięć tirówek o nie nachalnej urodzie, które z tego właśnie powodu, męska część drużyny olała, zaś żeńska nie szczędziła wątpliwych komplementów. Pod koniec swej drogi załapali się jeszcze na bardzo kameralny koncert Marilin Manson`a. Niestety gdy wokalista zaczął odliczać sekundy przed kolejnym utworem, wtargnęły bojówki Radia Aeris i brutalnie przerwały występ.
Po całym zamieszaniu, przenieśli się pod sierociniec. Okruszki zaprowadziły ich na plażę, gdzie w wodzie stała altanka z czerstwego pieczywa, na kaczej nóżce, której instynktowna chęć zanurzenia się w wodzie, powstrzymywana była przez łańcuchy. Północna ściana budynku zdawała się być częściowo skonsumowana, najprawdopodobniej przez Jasia i Małgosię. Plaża natomiast dla nadania atmosfery grozy, upstrzona była ciałami kilku statystów przebranych za SeeD. Gdy po łańcuchach dostali się do budynku, Ultimecja korzystając z łączy bezprzewodowych w ich laptopach, wykasowała partycje z zapisanymi na nich zdolnościami naszej drużyny. Wewnątrz zastali klatki z różnej maści królikami, gołębiami, a i żółwia można było dostrzec. Na ich szyjach wisiały pendrivy z opisami zdolności, których pozbawiła ich czarownica. Na podłodze znaleźli jeszcze dwa dodatkowe z wygrawerowanym ochlejstwem i żebractwem, które to zdolności wymagały dotychczas pewnych kombinacji. Choć owe zwierzątka wyglądały niegroźnie, to próba ściągnięcia nośników pamięci z ich szyi, za pomocą drutu, skończyła się szarpaniną i przemianą wyżej wspomnianego, w drut kolczasty. Squall przypomniał sobie wówczas, królika zabójcę z filmu Monty Pythona i w obawie przed utratą życia, zaniechał otwarcia klatek. W tym czasie Zell wykazał się znacznie większą przedsiębiorczością i ściągnął zabrane im zdolności z torrenta, co umożliwiło im bezproblemową drogę do samej Ultimecji. Ta ku zdziwieniu naszej drużyny okazała się osobą bardzo pobożną, gdyż w swojej całkiem sporej altance, znalazła kąt na wybudowanie kościoła. Do tego zatrudniła jeszcze księdza, którego pseudonim artystyczny nawiązywał najprawdopodobniej do faktu, iż był on ostatnim żyjącym przedstawicielem swej profesji. Gdy weszli do wspomnianego przybytku, Zell nieopatrznie pociągnął za sznur, uruchamiając tym samym dzwon na wieży kościoła. W tym momencie pojawił się ów ksiądz i od razu bezpardonowo przeszedł do wygłaszania kazania, na którym straszył naszych pupili śmiercią, rzucał gromy z jasnego nieba, a jego głos trząsł całą budowlą, gdy podsumowywał grzeszne życie naszej drużyny. W trakcie mszy nasi podopieczni postanowili się wyspowiadać, na wypadek nagłego zejścia z rąk Ultimecji. Co stało się w trakcie spowiedzi, można było tylko spekulować, ale faktem jest, iż była to ostatnia spowiedź w życiu owego księdza i że nie zginął z powodu kuli wystrzelonej z broni Squalla, gdyż temu zaciął się spust, oraz to że kazanie ze spowiedzią trwało około kwadransa, co według niektórych było wręcz epickim wynikiem. Wiele spekulacji, mówiło o śmierci na zawał serca, spowodowanym zwierzeniami Squalla, lub pokazaniem swojego prawdziwego oblicze przez Rinoę, ale te informacje nie są do końca potwierdzone.
Nie było co dalej zwlekać, więc śpiesznie ruszyli do pokoju z napisem Ultimecja. Po naciśnięciu przycisku dzwonka, w wizjerze pokazało się oko, a następnie drzwi uchyliły się i z wnętrza dobiegł miły głos.
– Następny proszę.
Zachęceni zaproszeniem weszli do środka.
– Powiedziałam następny, a wy jak bydło hurtem włazicie. – Powiedziała oburzona Ultimecja – Za karę będziecie moje zwierzaki do końca swych dni karmić i czyścić im klatki. Ja na razie muszę się przebrać, bo nie wypada wyglądać jak fleja na okoliczność zniszczenia świata, ale w tym czasie zajmie się wami mój pupil.
(I pewnie tu zastanawiacie, się jak będzie miał na imię ów pupil Ultimecji? No przecież nie Bolek, bo zwierzęta nie mogą u nas jeszcze startować w wyborach)
– Griever bierz ich.
W tym momencie dało się usłyszeć hałas, spowodowany ciągniętą przez przerośniętego pudla budą, która po zatrzymaniu się zwierzęcia, z łomotem roztrzaskała się o ścianę. Pierwsza w kolejności do walki stanęła Rinoa. Po rzuceniu bumerangiem, Griever zamerdał ogonem i wziął się za aportowanie. Gdy do zabawy dołączył się jeszcze Angelo , który czepiając się nogi Grievera, zaczął radośnie trykać, Ultimecja nie wytrzymała.
– Co za bezużyteczne bydle. - Powiedziała wymierzając Grieverovi pokaźnego kopa.
Zrobiła to jednak na tyle nieszczęśliwie, że jej noga ugrzęzła w pomiędzy zwieraczami zwierzęcia i za nic w świecie nie dawała się uwolnić. Szczęściem naszej drużyny było to, że Rinoa nieświadoma zaistniałej sytuacji, ponownie rzuciła swoim bumerangiem, lecz na tyle pechowo, że ten zahaczył o przebiegające w pobliżu druty wysokiego napięcia, a obciążony Utimecją Griever, nie zdążył go złapać i ku trwodze swojej pani ruszył za nim w dół. Ultimecja widząc leżący na drodze, pod kołami przejeżdżającego konwoju policyjnego bumerang, zatrwożyła się. Gdy jednak zauważyła, że Griever dotrze do niego tuż za ostatnim samochodem, odetchnęła z ulgą. Niestety jej szczęście nie trwało długo, gdyż tuż za konwojem, czarną limuzyną, podążał swoim zwyczajem, poseł Kurski i sądząc po odgłosach hamowania, oraz wgniatanej blachy, Ultimecja wraz ze swoim pupilem nie zaznali radości dalszej egzystencji.
– Niech im ziemia lekką będzie - powiedział nieco zasmucony Squall.
Już mięli się zbierać do wyjścia, gdy z powodu uszkodzeń sieci energetycznej, wywołanych uderzeniem bumerangu, zgasło światło. Z dołu dobiegły odgłosy rozmowy.
– Ty, gdzie jest jej gęba?
– Tu kładłem.
– Ale nie ma, a jak ją podniesiemy bez twarzy, to reżyser nas zabije.
– Mamy przecież latarki. Włożymy jedną w miejsce twarzy i będzie niezły bajer.
Po długim oczekiwaniu, przed naszą drużyną pojawiły się liczne smugi świateł latarek, a na ich tle ukazała się tajemnicza postać, z bijącą z jej twarzy łuną. Jak można się było domyślać, miała ona przedstawiać prawdziwe oblicze Ultimecji. Początkowo wisiała nieco chwiejnie, zaś gdy zdawała się złapać równowagę, z dołu znowu dobiegły głosy.
– Widzisz jej prawdziwa gęba przyczepiła się do sukni.
– Tak to jest, jak światła nie ma, to nic nie można znaleźć.
Gdy nieco zdenerwowany tymi rozmowami Squall, chciał użyć swojego limitu, by dobić poczwarę, z dołu znowu dobiegły odgłosy rozmowy.
– Pamiętasz dzieciństwo i sierociniec.
– Nie, bo ja nie byłem w sierocińcu, ale u nas w domu też wyłączali prąd.
W tym momencie jeden z rozmówców najwyraźniej zahaczył o coś nogą i Ultimecja nagle zaczęła się chwiać, po czym drugi z obsługujących, popchnięty najprawdopodobniej przez pierwszego, stracił równowagę i obydwaj runęli na ziemię, a z nimi Ultimecja. Niesamowitość tego upadku potęgowały na dodatek szalejące światła upadających latarek, po czym nastał całkowity mrok.
Pogrążony w ciemnościach budynek, nie był najlepszym miejscem na poszukiwania kolegów i koleżanek. Toteż wszyscy błądzili po korytarzach. Gdy Squall stracił już nadzieję na znalezienie towarzyszy, postanowił poszukać wyjścia. Niestety przechodząc korytarzem wyrżnął głową w metalowe drzwiczki, których ktoś zapomniał zamknąć i stracił przytomność. Najpierw przyśnił mu się sierociniec, gdzie biegał jako kilkuletni chłopiec pod opieką Edei, gdy nagle z pudełka z grą, ozdobionego napisami w języku rosyjskim, wyszła czarownica z wyraźnymi odciskami opon zimowych na ciele, ze szczególnym uwzględnieniem twarzy i przekazała Edei swoje moce. Następnie przyśniła mu się Rinoa po świeżej operacji plastycznej, stąd jej twarz wydawała mu się nieco niewyraźna.
W tym czasie Rinoa przemierzała korytarze, przyświecając sobie kieszonkową latarką. Gdy ujrzała leżącego na podłodze, tuż pod tablicą z bezpiecznikami Squalla, rozpłakała się, domniemając, iż zabił go prąd podczas próby przywrócenia zasilania. Nachyliła się nad nim, następnie przyświeciła na bezpieczniki i po przełączeniu jednego z nich rozbłysło światło, a gdy w pełnym jego blasku spojrzała na ukochanego, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Po tym jak wszystko wróciło do normy, w ogrodzie zorganizowano przyjęcie z okazji pozbycia się niebezpieczeństwa w postaci Ultimecji. Impreza, dla przynajmniej kilku osób, mogła być pamiętna. Pijany Zell zasnął w talerzu z hot-dogami, Quistis podziwiała piersi Edei, po wstawieniu nowych implantów, zaś Selphie wraz Irvinem w damskiej toalecie, kręcili klasyczny film zatytułowany "osiem i pół minuty". W tym czasie Rinoa wraz ze Squallem, odgrywali na zewnątrz scenę balkonową z "Romea i Julii", gdy na niebie pojawił się mały świecący punkcik, który z minuty na minutę zdawał się coraz większy, aż w końcu dało się w nim rozpoznać niezidentyfikowany obiekt latający, za którego sterami zasiadał Marsjanin w stroju Taliba, a na przedniej szybie widniał czerwony napis: "To za PuPu". Nie minęło chyba nawet pięć sekund, gdy cały ogród zamienił się w kulę ognia. Wydawało się, że nikt nie przeżył, ale jakimś cudem przetrwali wypchnięci siłą wybuchu, Squall z Rinoą. Biorąc to za dobrą monetę, po roku żałoby wzięli ślub.

Czterdzieści lat później. Mieszkanie Leonhartów.

– Squall śmieci są do wyniesienia.
– Nie teraz babo, ligę mistrzów oglądam.
– Teraz, bo ryby od Seifera patroszyłam i śmierdzieć będzie.
– Powiedziałem później. Swoją drogą cztery dekady się zastanawiam, jak taki degenerat jak on, mógł mieć tyle szczęścia i nie zostać zaproszonym na przyjęcie?
– Przecież on był zaproszony, ale poszedł na ryby.
– No faktycznie. W zeszłym roku, tylko brak płetw uratował go przed zostaniem dwunastą potrawą na wigilii, tak do niego ten smród ryb przylgnął.
– Taaa, ale on przynajmniej ma pracę, a ty w zatrudniaku byłeś.
– Tam nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem, wszak ostatnią czarownicą jesteś ty, ale wpisali cię do czerwonej księgi jako ginący gatunek blobry błękitnej i nie mogę nic zrobić.
Rinoa weszła do pokoju i wyłączając telewizor, wręczyła Squallowi worek ze śmieciami.
– Co czynisz poczwaro? - Zapytał zirytowany Squall.
– Daję ci pracę, skoro w twoim zawodzie nic znaleźć nie możesz.
– Ze też mnie w tym kosmosie musiało coś w głowę uderzyć. Gdyby nie ten fakt, to nasze losy potoczyły by się całkiem inaczej. - Powiedział Squall, po czym na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmieszek.
Z szuflady wygrzebał oliwkę doktora Odine, z haczyka zdjął klucz od komórki na narzędziami i cicho pod nosem powiedział do siebie.
– To wszystko można jeszcze zmienić. - Po czym ubrał buty i zawołał - Griever do nogi, idziemy na spacer.
Od tego czasu słuch o nim zaginął, a kilka dni później znikła także w tajemniczych okolicznościach Rinoa.

Co nas nie zabije, to nas udziwni.
Ostatnio zmieniany: 2010/10/27 12:42 przez .

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2010/01/10 08:17 #4543 przez Siano
Uff, udało się skończyć. To teraz tak: za nawiązanie do Ferdka Kiepskiego masz niewątpliwie plusa. Kolejnym plusem jest oczywiście to, że chciało ci się i napisałeś to do końca.
A z minusów to znów postać Edei. Ona nie ma implantów! To są oryginały ;>

W małym miasteczku zatrzymał się zespół RETHORN. Pierwszego wieczoru muzycy wypili cały zapas alkoholu, zgwałcili miejscowe kobiety i pobili mężczyzn. Drugiego dnia zrujnowali karczmarza, zgwałcili mężczyzn i pobili kobiety. Trzeciej nocy złupili wszystkich "samogonszczikow" i poszli do...

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Pleiades
  • Pleiades Avatar
  • Wylogowany
  • Rubismok
  • Rubismok
  • Sorceress of Inner World
Więcej
2010/01/11 07:54 #4552 przez Pleiades
Zaniedbałam ostatnio pisanie recenzji do kolejnych części, ale to się jeszcze nadrobi, gdyż z pewnością raz jeszcze przeczytam sobie całość. Plus muszę pogonić męża, aby przeczytał trzy ostatnie części, bo on chyba zatrzymał się na części siódmej.

Ogólnie muszę powiedzieć, że całość jest doskonała i naprawdę robi wrażenie. Wiele momentów utknęło mi w pamięci, w wielu miejscach śmiałam się do rozpuku, po prostu majstersztyk.

Ale nie ma róży bez kolców, a jak zauwazył Siano:

A z minusów to znów postać Edei.


I za to zdecydowanie masz ode mnie w czajnik, Audion, bo tego, co zrobiłeś z tą piękną i przemiłą kobietą w swoim ficu, to tego Ci nie daruję i nie zapomnę do końca życia ;P Siano ma rację, ona nie jest podróbką, ona jest stuprocentową dziewczyną, a jak nie wierzysz, to sprawdź sobie jej kod genetyczny, na pewno ma dwa X-y i żadnego Y-greka :E
Na Twoje szczęście nie poleci ode mnie w Twoją stronę od razu uśmiercający Fire Strike, bo przynajmniej na końcu ocaliłeś Seifera, a za to plus. Taki mały plusik, więc nie wlewaj sobie...

Popraw błąd ortograficzny - wieża pisze sie przez "ż".
I nazwisko Squalla brzmi Leonhart, więc wypadałoby zmienić na końcu "mieszkanie Leonhartów".

W końcówce natomiast przydałby się taki myk, że Squall kazał Rinoi mówić na siebie "Leon", bo sie wstydził przyznania do tego, że ożenił się (jako Squall) z Rinoą. Byłoby to świetne nawiązanie do Kingdom Hearts i do tego, dlaczego on w tamtej grze zmienił sobie imię i dlaczego nie ma tam Rinoi ;) Wybacz, taka luźna uwaga, bo końcówka, a zwłaszcza tajemnicze zniknięcie obojga od razu przywołało mi na myśl KH :)

Sorceress Pleiades, Sorceress Knight, koty, 2 książątka i mała czarownica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/11 08:32 #4554 przez audion
Dzięki za wychwycenie błędów, bo późno już było i nie wyłapałem, a od umieszczenia nie czytałem. Wiesz Plei, że niespecjalnie przejmowałem się tym czy komuś odpowiada takie, a nie inne rozwiązanie. Zawsze lubiłem, gdy ktoś naigrywał się z moich ulubieńców (oczywiście jeśli nie polegało to na prostym wymyślaniu od różnych), więc zrobiłem to samo. Dodatkowo wyrosłem już z wieku w którym podchodzę emocjonalnie do postaci z gier czy książek. Owszem lubię je, lub nie cierpię, ale nijak się ma, do ich obrony, w momencie kiedy ktoś ich zjeżdża. Oj znowu marudzę, ale mały dystansik do postaci Edei, to by się wam przydał :) .
Jeśli zaś chodzi o zakończenie, to po pierwsze nie grałem w KH, po drugie, chyba lepiej, że było inne niż się spodziewałaś :) .

Co nas nie zabije, to nas udziwni.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Pleiades
  • Pleiades Avatar
  • Wylogowany
  • Rubismok
  • Rubismok
  • Sorceress of Inner World
Więcej
2010/01/12 06:52 #4568 przez Pleiades

Dzięki za wychwycenie błędów, bo późno już było i nie wyłapałem, a od umieszczenia nie czytałem. Wiesz Plei, że niespecjalnie przejmowałem się tym czy komuś odpowiada takie, a nie inne rozwiązanie.


No nie no, rozumiem, to Twoje opowiadanie i możesz sobie wymyślać w nim, co Ci się podoba. Po prostu pisałam, jak ja bym widziała rozwój akcji, ale może się przecież nie zgadzać z moją wizją. Tak czy owak i tak jestem wdzięczna za Seifera, no i w ostatniej części Fuujin wyszła też bardzo fajnie :)

Zawsze lubiłem, gdy ktoś naigrywał się z moich ulubieńców (oczywiście jeśli nie polegało to na prostym wymyślaniu od różnych), więc zrobiłem to samo.


Ja w sumie też lubię, nie na próżno tak się nabijałam ze Seifera w moich niedawnych prześmiewczych opowiadaniach, bo po prostu sprawiało mi to przyjemność :)

Dodatkowo wyrosłem już z wieku w którym podchodzę emocjonalnie do postaci z gier czy książek. Owszem lubię je, lub nie cierpię, ale nijak się ma, do ich obrony, w momencie kiedy ktoś ich zjeżdża. Oj znowu marudzę, ale mały dystansik do postaci Edei, to by się wam przydał :) .


No to może ja jednak jestem młodsza niż myślałam, bo nadal podchodzę emocjonalnie, zwłaszcza do postaci z FF8, zwłaszcza do Edei i Fuujin (do Seifera także) - być może przydałby mi się dystansik, ale o to zapytaj mnie za kolejne 7 lat mojego obcowania z tą grą ;) Na razie Twoja wizja Edei zgrzyta mi jak żwir w zębach i po prostu zbyt szybko się do tego nie przyzwyczaję ;) Co nie oznacza, że opowiadanie jest złe, czy cuś, fanfik jest naprawdę fajny i nieźle się go czyta.

Jeśli zaś chodzi o zakończenie, to po pierwsze nie grałem w KH, po drugie, chyba lepiej, że było inne niż się spodziewałaś :) .


I dobrze, że nie grałeś w KH, nie ma czego żałować, chociaż dzieciakom Twoim mogłaby się gra spodobać. Ja sięgnęłam po nią tylko ze względu na obecność tam Seifera i Fuujin, jak widać jestem jednak emocjonalnie przywiązana do nich ;) Nic więcej mnie w KH nie pociąga, chociaż tamtejszy dojrzalszy Squall alias Leon od razu skojarzył mi się z końcówką Twojego opowiadania. No ale okej :)

Sorceress Pleiades, Sorceress Knight, koty, 2 książątka i mała czarownica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • audion
  • audion Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Cúchulainn
  • Cúchulainn
  • Jak ze mną rozmawiasz, to patrz mi prosto w oczy.
Więcej
2010/01/12 08:44 #4569 przez audion

Po prostu pisałam, jak ja bym widziała rozwój akcji, ale może się przecież nie zgadzać z moją wizją.

Świat w którym wszyscy się ze sobą zgadzają, jest jak Yuna do momentu dotarcia do Zanarkand, czyli nuda do zwymiotowania :) . Więc chwała Ci za to, że nie trawisz mojej wizji Edei, czy też paru innych rzeczy. Swoją drogą może jeszcze kiedyś zabiorę się za dopracowanie pewnych szczegółów, wstawiając motywy, które gdzieś uciekły, ale to musi trochę wody upłynąć.

No to może ja jednak jestem młodsza niż myślałam

No widzisz, do jakich ciekawych wniosków można przy mnie dojść :) . Wydaje mi się jednak, że to nie tylko kwestia wieku :P .

I dobrze, że nie grałeś w KH, nie ma czego żałować

No to dzięki za odradzenie, bo byłem gotów się w to kiedyś zaopatrzyć, choć raczej z ciekawości, bo już siostrzyczki w FFX przyprawiały mnie o mdłości.

No cóż, rozważam zrobienie na prośbę wersji FFX, ale nadal obawiam się wtórności. Oczywiście mam czas na przemyślenie i wymyślenie pewnych podstaw, więc nie wykluczam. Muszę mieć jednak na to trochę czasu :) . Trzeba przyznać, że dziesiątka jest niemal idealnym materiałem do tego typu twórczości :) .

Co nas nie zabije, to nas udziwni.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 139 gości oraz 3 użytkowników.

  • DrewniaQ
  • Em
  • Veldrim

Nowy poziom!

  • polki90 awansuje jutro na nowy poziom! (33)
  • Yume za 3 dni awansuje na nowy poziom! (32)