Forum

Nasze projekty

Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)

Więcej
2018/11/11 12:51 #11620 przez Shadica
Użytkownik Shadica stworzył temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Witam, to mój pierwszy post.
Jestem szczególnie przywiązana do Crisis Core i bardzo chciałabym podzielić się moją twórczością.
Skończyłam ją kilka lat temu, jednak przez ten okres przeszła wiele poprawek, a fora z jej pierwszą wersją dawno już wygasły. Może od razu zaznaczę, że nie jest to yaoi czy shounen­‑ai.

Z czasem dodam pozostałe rozdziały. Pierwsze dwa są akurat dość krótkie, ale następne już dłuższe.

Gatunek: akcja, dramat, komedia
Uwagi: przemoc, wulgaryzmy
Opis: akcja dzieje się na krótko przed wydarzeniami z CC i przede wszystkim skupia się na postaci Genesisa, jeszcze przed jego dezercją.


Zapraszam do obejrzenia krótkiego trailera mojej powieści -

Roniąc Pióra

Każdy ma swoje największe marzenie. Jak tylko może dąży do jego spełnienia, nie chcąc by cały trud poszedł na marne. Jedni marzą o bogactwie, drudzy o miłości, a jeszcze inni o czystej, niczym nie skrępowanej wolności. Od nas zależy, czy nasze marzenie stanie się prawdą, która co rano nas budzi i prowadzi przez życie. Ale kto jest pewny, że pragnienie może nie czynić nikomu krzywdy? Kto powie, czy ważniejsze jest spełnienie, czy samo dążenie? Ten, kto już przeżył własne życie…

Rozdział I – Słowa w deszczu

- Jak ja nie cierpię tego czekania – prychnął rozdrażniony Genesis – Od ponad godziny siedzimy w tych przeklętych krzakach i czekamy na nikomu niepotrzebne pozwolenie.
Raz Angeal by się z nim zgodził. Obaj otrzymali zadanie wyśledzenia i zlikwidowania głównej bazy zamachowców, odpowiedzialnych za ostatnie wysadzenie bomby w Sektorze 3 oraz liczne morderstwa. Wyśledzenie ich w głębokiej puszczy (dlaczego to zawsze musi być na jakimś odludziu?) było już wystarczająco trudne, a po złożeniu meldunku dotyczącego miejsca przebywania terrorystów musieli otrzymać pozwolenie na rozpoczęcie akcji. Gdyby chodziło o same przejęcie bazy i wzięcie żywcem wszystkich, papierkowej roboty byłoby zapewne znacznie mniej. Ale zawsze kiedy istniało ryzyko podjęcia otwartej walki, co równocześnie oznaczało możliwość zabicia przeciwnika, należało liczyć się z wieloma dokumentami, zgłoszeniami i co tam jeszcze biurokracja wymyśliła. Jednak akurat to dla Angeala nie stanowiło większego problemu - gorzej było z powstrzymywaniem Genesisa przed samodzielnym rozpoczęciem akcji.
- Weź wytrzymaj, dobra? Ja też mam dosyć, a jakoś nie marudzę.
- Już że marudzę? Słuchaj: sterczymy tu jak dwa kołki, ubrania mamy ubłocone, miecze nam rdzewieją w tym deszczu i dodatkowo musimy uprzejmie czekać, aż oni pozałatwiają te swoje papiery!
Angeal jęknął w duszy, jednocześnie dziękując, że nie powiedział przyjacielowi, gdzie w tym samym czasie jest Sephiroth. Ten przed odprawą wspominał coś o Wutai…
- Genesis, wiesz, że miecze nam tak łatwo nie zardzewieją. A w sprawie ubrań… Mogłeś nie wkładać płaszcza. Zwłaszcza czerwonego.
Rudowłosy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- No wiesz co? Płaszcz dodaje elegancji i powagi. A zwykłe mundury budzą we mnie odrazę. Człowiek wygląda w nich jak jakiś… – urwał na chwilę – Przepraszam, zapomniałem, że TY je lubisz.
Jakby Angeal miał gdzieś listę na temat najbardziej znienawidzonych rzeczy, to rozmowa z Genesisem o ubraniach podczas ulewy na pewno spokojnie miałaby zapewnioną jedną z najwyższych pozycji. Pomimo tego, że obaj byli SOLDIER 1st Class, dla których wszelkie zjawiska pogodowe były zwykłą, niegodną uwagi błahostką, to jednak uczucie lodowatej wody spływającej po plecach nie należało do szczególnie przyjemnych. Siląc się na spokój, Angeal milczał, nie zwracając już uwagi na dobiegające z jego lewej strony gniewne sarkania. Chociaż widok zwykle zadbanego przyjaciela, a teraz całego ubłoconego, jakoś rekompensował mu ten trud. On mógł po prostu założy sobie nowy, świeży mundur, a Genesis miał poważny problem, zwłaszcza iż dostrzegł małe rozdarcia w połach tak uwielbianej przez niego części garderoby. Nawet był ciekaw jego reakcji… albo może lepiej nie, bo nie wiadomo, czym by się to mogło skończyć. Ostatnio podczas treningu obchodzenia się z materią jeden z SOLDIER 3rd Class zupełnie przypadkiem osmalił Genesisa, to "winowajca" ledwo zdążył uniknąć potężnej kuli ognia wysłanej w odwecie. Chodził uparcie w tym płaszczu, jakby chciał być drugim Sephirothem. Cóż, to jego sprawa, niech sobie teraz cierpi.
- Mój przyjacielu, czyż nie byłby azaliż godzien twej uwagi fakt, iż twój łącznik ze światem zewnętrznym wydaje odgłosy nader nieprzyjemne dla naszych narządów słuchu?
Ignorując kolejny oratorski popis Genesisa, Angeal szybko wyciągnął swój "łącznik ze światem zewnętrznym", czyli komórkę.
- Zgłaszają się Hewley i Rhapsodos. Czekamy na rozkazy dowództwa. – ciężko było mu mówić dostatecznie głośno z dwóch prostych powodów: wzmagającej się burzy oraz dość słyszalnego mamrotania towarzysza na stary temat pt. "jak ja nie cierpię tego nazwiska".
- Pozwolenie udzielone. Przypominam cel: zlikwidować bazę terrorystów na terenie Starożytnej Puszczy. Rozpocząć.
- Tak jest! Odmeldowujemy się! – rozłączył się – Genesis… Genesis?
Genesisa nie było.
- Niemożliwy, po prostu niemożliwy – mruczał pod nosem, gdy ruszył w ślad za nim.

* * * * * *

Znalazł go przyczajonego w gęstych zaroślach na skraju drzew, tuż przed zamaskowanym wejściem do kryjówki. Genesis bacznie obserwował kamienną, porośniętą bluszczem ścianę. Ulewa poruszyła nieco zielone pnącza, częściowo odsłaniając solidne metalowe drzwi o ponad dwumetrowej szerokości. Nie mieli wątpliwości, że było to tylko jedno z wielu takich dojść do bazy. To konkretne sprawiało wrażenie znacznie rzadziej używanego: jeszcze zanim zaczęły się deszcze nie znaleźli świeżych śladów ludzi, jedynie stare odciski ciężkich butów sprzed kilku dni. Wchodząc tą drogą mogli uzyskać przewagę w postaci elementu zaskoczenia. Była to jednak gra hazardowa, ponieważ główna baza musiała zostać zlikwidowana jak najszybciej, a czas zdecydowanie działał na ich niekorzyść. Śledztwo wyraźnie wskazywało na akcję na większą skalę, więc odpowiedź ShinRy powinna zostać dokładnie przygotowana. Niestety, rozkazy z góry jedynie ponaglały, nie dając im czasu na lepsze zaplanowanie całej operacji. Musieli już ruszać i liczyć na łut szczęścia.
Angeal cicho podkradł się do przyjaciela.
- Gen, wiesz że lepiej zostawić przy życiu tych ludzi? – zapytał z lekką obawą.
Szukając w wewnętrznej kieszeni płaszcza silnej lodowej materii, ten nie odpowiedział od razu. W końcu powoli, iście dramatycznym ruchem wyjął niewielką, świecącą na niebiesko kulkę.
- Powiedział, że pozostawienie pewnej liczby osób jawnie zagrażających swą bytnością na tym jakże okrutnym świecie w stanie nietkniętym byłoby wskazane. Milczeniem pominął zaś prawdopodobieństwo zabicia tych, którzy mogliby stać się dla nas potencjalnym zagrożeniem.
- Gen?
- Słucham, przyjacielu?
- Zaczynamy?
- Niech Bogini doprowadzi nas do zwycięstwa.
Angeal uznał to za potwierdzenie. Z dwojga złego wolał już Genesisa poetę, niż marudę czy milczka. Chociaż Sephiroth zapewne powiedziałby co innego…


Rozdział II – Stracona chwila

Deszcz padał nieprzerwanie, kiedy Genesis ostrożnie podszedł do ukrytych drzwi. Odgarnął mokre liście i przymknął oczy. Jego wyostrzony słuch nie wyczuł nikogo, kto stałby za nimi czy w ich pobliżu. Nigdzie nie znalazł żadnego zabezpieczenia w postaci skanera siatkówki, co jeszcze bardziej zapewniło go, że wejście to było rzadko używane. Delikatnie przejechał dłonią po chłodnym metalu i skupiając się na materii sprawił, że lód przeniknął w głąb mechanizmu, czyniąc zamek łatwym do wyłamania. Owszem, on lub Angeal mogli po prostu przeciąć drzwi mieczem, ale hałas z pewnością zaalarmowałby strażników. Użycie materii było więc znacznie lepsze, a przy tym, wedle Genesisa, znacznie bardziej poetyckie.
Kiedy lód pokrył już cały zamek, obaj SOLDIER odczekali chwilę, po czym Angeal lekko pchnął drzwi, które bezproblemowo otworzyły się, nie czyniąc żadnego alarmu tylko… rozsypując się w pył. Zdumiony zajściem, Angeal spojrzał pytająco na Genesisa, a ten przywołał na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech na znak, że wszystko było w pełni zaplanowane i chciał zobaczyć minę towarzysza. Widząc ją, wszedł do środka wyraźnie usatysfakcjonowany. Po sekundzie Angeal zrobił to samo, przysięgając sobie w duchu, że powie mu o rozdartych połach płaszcza. Niech ma za swoje.
Wewnątrz pierwszym, co rzuciło się obojgu w oczy był dziwny wygląd tunelu w jakim się znaleźli – za metalowymi drzwiami ktoś zbudował ogromne pomieszczenie z literą E na jednej ze ścian, z którego wychodziło pięć korytarzy. Gdzieniegdzie przez sufit przebiegały grube korzenie drzew, najwyraźniej zbyt twardych do usunięcia. Rzucane przez nie cienie wywierały dość ponure wrażenie.
Angeal czujnie rozejrzał się po najbliższej okolicy, jednak wszystkie korytarze wyglądały identycznie.
I niemal jednocześnie rozległ się głośny sygnał.
- UWAGA: WSZYSTKIE JEDNOSTKI Z OBSZARU E-20 MAJĄ SIĘ STAWIĆ NA SALI TRENINGOWEJ D-02. POWTARZAM...
Po chwili jednego zaraz dobiegł ich odgłos kroków wielu ludzi. Sądząc po miarowym szczęku stali, najwyraźniej uzbrojonych. I tyle z nadziei na łut szczęścia.
Genesis zerknął na szczątki drzwi i gdyby nie był sobą, to z pewnością pożałowałby swojej chęci popisania się magią. Ale jako iż był sobą, wzruszył ramionami i wraz z przyjacielem cicho pobiegli pierwszym korytarzem, z którego nie słyszeli żadnego dudnienia butów. Choć Angeal nie powiedział tego głośno (ale miał taką ochotę), to rudowłosy wiedział co ten o nim myśli i co teraz muszą zrobić: znaleźć bezpieczne schronienie i od nowa obmyślić plan działania. Wciąż biegnąc zauważył wejście do szybu wentylacyjnego. Mając pewne przykre doświadczenia z tego typu kryjówkami, liczył że Angeal go nie spostrzeże i pobiegną dalej. Niestety, jak na złość towarzysz stanął, zdjął osłonę i niemal siłą wepchnął go do ciasnego szybu, po czym sam tam wszedł.
Wzbijając tumany kurzu i czując nieprzyjemny zaduch jaki panował w nieużywanym szybie, Genesis przez moment miał ochotę wyjść i mimo wszystko walczyć z każdym, kto się nawinie, ale to byłoby więcej niż lekkomyślnym posunięciem. Tak więc tkwił wraz z Angealem w niewygodnej ciasnocie i z wymuszonym spokojem czekał aż wszelkie odgłosy ucichną. Tymczasem czarnowłosy szepnął:
- Nie mogłeś się powstrzymać? Wyważenie zamka w zupełności by wystarczyło, a tak za jakieś góra 5 minut cała baza dowie się o intruzach i nasze zadanie jeszcze bardziej się skomplikuje.
- W porządku, bardzo przepraszam. Nikogo nie słyszałem, a kto mógł pomyśleć, że akurat w tym momencie wezwą ludzi na trening? Zresztą ShinRa dała nam tyle czasu na przygotowania, co kot napłakał.
- Nie mam ci tego za złe, ale musimy zmienić plan bez skontaktowania się z dowództwem.
- Udajesz Sephirotha? – zaryzykował żart rudowłosy.
Lecz Angeal nie odpowiedział. Podczas misji zawsze był śmiertelnie poważny, co znacznie upodabniało go do Sephirotha (Sephiroth często powtarzał Genesisowi, że powinien brać przykład z przyjaciela, ale nie spotykał się z aprobatą. Albo i spotykał, o ile można tak nazwać wywalony język). Teraz Angeal wyjął miecz i zmieniał mu materie w slotach. Nie był to Buster Sword, który starym zwyczajem wisiał mu na plecach, a zwykły miecz SOLDIER 2nd Class.
Przyjaciel prawie nigdy nie używał Buster Sworda, bo bał się zniszczenia "dumy swej rodziny". Genesis podejrzewał, że tak łatwo by do tego nie doszło, ale w tej sprawie Angeal zachowywał się gorzej od upartego osła. Jednak skoro tak niechętnie nim walczył, to po co w ogóle zabierał go na wszystkie misje? Przecież mógł spokojnie zostawić miecz w swoim pokoju w ShinRze bez obawy kradzieży, ponieważ rozłoszczony Angeal w celu odzyskania "dumy" byłby zdolny do strasznych czynów, a po za tym miecz swoje ważył. Kiedyś Angeal pozwolił Genesisowi wziąć go do ręki i rudowłosy zdziwił się, czując taki ciężar i nie mogąc zrozumieć jak można wytrzymać z czymś takim na plecach. Jego Rapier był nieporównywalnie lżejszy (i o znacznie milszym dla oka wyglądzie i estetyce, ale Genesis nigdy nie powiedział tego głośno).
- Genesis, skup się. To poważna misja – łagodny, lecz stanowczy głos przyjaciela wyrwał go z zamyślenia – Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć?
Coś tam słyszał.
- Mimo iż ten szyb wentylacyjny fatalnie na nas wpływa, brudząc włosy i ubrania wbrew naszej woli, musimy przejść nim do głównego pomieszczenia zwanego potocznie „centrum dowodzenia”. Problem jest prosty, bo żaden z nas nie ma bladego pojęcia, gdzie to się znajduje. Prawidłowo?
Odpowiedziało mu skinięcie głowy, dość niefortunne w tym miejscu, bo zmusiło Genesisa do wciągnięcia w płuca pewnej ilości pyłu. Spróbował zakasłać, ale źle obliczył wysokość szybu i w efekcie walnął się głowę.
Angeal taktownie odczekał aż Genesis przestanie żalić się Bogini, po czym powiedział:
- I w trakcie szukania powinniśmy być… niewidoczni.
Jeśli Genesis mógł jeszcze bardziej mieć dosyć tej misji, to właśnie otrzymał kolejny ku temu powód. Zrozumiał bowiem, o co chodziło Angealowi.
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie zostawię tu płaszcza! A jak ktoś go znajdzie i sobie weźmie? – aż zadrżał na myśl o tym.
- Poświęć się dla dobra misji. Czerwień za bardzo rzuca się w oczy – przekonywał Angeal – A zresztą kto normalny szukałby ubrań w szybie? Przepraszam – dodał szybko, widząc minę przyjaciela, w której kryła się groźba trwałego kalectwa.
Nie miał najmniejszej ochoty tego robić, ale musiał. Jęcząc, wijąc się i klnąc Genesis w końcu zdjął płaszcz. Złożył go starannie, chcąc już jak najszybciej skończyć tą przeklętą wyprawę. Obiecał sobie, że okulawi pierwszą osobę, jaka się mu nawinie. Chociaż gdy spod płaszcza wyjrzała bardzo smukła sylwetka w czarnym pancerzu, to humor nieco mu się poprawił. Od dzieciństwa miał wzięcie u dziewczyn, gdyż w Banorze niewielu było tak przystojnych chłopców. Potem, gdy wraz z Angealem dołączyli do SOLDIER jego popularność nieco zmalała, bo nikt go znał i do tego pochodził z jakiejś zapyziałej wiochy. A że miejsce zamieszkania od zawsze miało spory wpływ na pozycję w grupie młodzieży... Jednak ogólna prezencja, zdolności oratorskie i odkryty talent magiczny szybko zrobiły swoje, więc ze wszystkimi pracownicami był na "ty". Znaczy prawie wszystkimi, bo sprzątaczki bardzo niechętnie sprzątały sale treningowe po wyjściu Genesisa. A kto powiedział, że ogień nie osmala ścian, a lód nie obladza podłogi, czyniąc ją niemożliwą do użytkowania w wiadomym celu?
- Dobrze, płaszcz zdjęty, co teraz? – chociaż doskonale znał już odpowiedź.
- Teraz trzeba się rozdzielić, bo ja w dalszej części tego szybu się nie zmieszczę, a ty jesteś znacznie szczuplejszy.
Genesis od zawsze lubił komplementy, ale i tak wolał się nie rozdzielać. Jednak zgodził się, dając sobie spokój z wywoływaniem kolejnej kłótni.
- A ty którędy pójdziesz?
- Górą. W pobliżu widziałem wejście do górnego szybu, a te są z reguły znacznie szersze. Ruszam. Powodzenia – wygramolił się i po chwili zniknął z pola widzenia rudowłosego.
Genesis założył miecz na plecy i rozpoczął czołganie w głąb tunelu, marząc o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku, które czeka na niego jakieś kilkaset kilometrów stąd.
Był zły. Bardzo zły. A wrogowie już niedługo odczują to na własnej skórze.

* * * * * *

- Jasna cholera! – dyrektor Lazard rzadko kiedy się złościł, ale jak już to na poważnie.
- C-co się stało, p-proszę p-pana? – jego nowa sekretarka aż rozlała kawę ze strachu – Ojej! Przepraszam najmocniej! J-już to zmywam!
Dyrektor nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej przeprosiny ani na spływającą z biurka gorącą kawę. Wstając z krzesła, zaczął nerwowo krążyć po swoim gabinecie. Nie chcąc przysparzać dalszego sprzątania pannie Nassi klął w myślach równo, jednocześnie próbując znaleźć wyjście z sytuacji. Nie dość, że dziesięć minut temu w Sektorze 6 wybuchła kolejna bomba, to dodatkowo zamachowcy napadli na posiadłość jakiejś tam arcyważnej osobistości i wzięli zakładników. I nie miał pod ręką żadnego SOLDIER 1st Class, bo jeden został wysłany do Wutai, a pozostała dwójka z misją zlikwidowania bazy tych terrorystów, którzy akurat dzisiaj postanowili zaatakować Midgar. Po raz kolejny słowa Prezydenta narobiły zamieszania. Westchnął. A dzień zapowiadał się tak spokojnie…
- Nie ścieraj teraz tej kawy, tylko prędko sprowadź mi Tsenga! – jak oparzona wyleciała z pokoju.
Odział 3rd Class już został wysłany na miejsce wybuchu, ale co z resztą? rozmyślał gorączkowo Sephiroth dotrze tu zbyt późno, Rhapsodos i Hewley nie dają oznak życia…
Szybko podszedł do intercomu.
- Ross, wyślijcie oddział złożony z sześciu SOLDIER 2nd Class do Rezydencji Sir Gatana. Dokładnie poinformujcie ich o sytuacji i wyposażcie w materie ochrony 3 poziomu.
- Dobrze. Czy wysłać też tego nowego?
- Kogo?! Nie pytaj mnie, tylko ślij tam najlepszych SOLDIER!
- Tak jest!
Zrezygnowany Lazard usiadł w miękkim fotelu i liczył, że jakoś to będzie.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/11 17:10 #11622 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Witamy na Balamb :) Fajnie, że zdecydowałaś się wrzucić swój fanfik. Jesteśmy otwarci na wszelką kreatywność, zwłaszcza że nie mamy chyba jeszcze żadnego fanfika z Crisis Core (skandal!).

Początek bardzo fajny, charakter postaci świetnie oddany (zupełnie, jakbym widziała ten próżny uśmieszek Gienka). Ciekawa jestem, czy w dalszej części pojawi się Sephiroth. Czekamy na więcej :)
Podziękowania od użytkowników: Shadica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/17 19:14 #11624 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Dziękuję za ciepłe przyjęcie pierwszych rozdziałów. A kto się jeszcze pojawi...? Zachęcam do czytania.

Rozdział III – Konsekwencje

Angeal miał rację. Po kilku metrach od wejścia szyb zwężał się tak, że czarnowłosy utknąłby w nim na dobre. Sam Genesis musiał już dwukrotnie nieco sobie dopomóc lodową materią, by dosłownie prześlizgnąć się dalej. Zdarzało się, że miał przed sobą dwa wyloty szybu i wtedy zdawał się na intuicję, chociaż po prawdzie była to najzwyklejsza metoda na "chybił-trafił". Wkrótce doszedł do wniosku, iż przestępcy będą musieli mu podziękować za fachowe wyczyszczenie dawno nieużywanego szybu. A jak nie będą mieli ochoty dziękować, to ich zwyczajnie zmusi.
Oceniając czas, wyliczył że od rozstania z Angealem minęła już jakaś niecała godzina, a do tej pory nie znalazł ani jednego pomieszczenia, które mogłoby sugerować nazwanie je centrum dowodzenia. Mijał mniejsze i większe pokoje, w tym trzykrotnie sypialnie żołnierzy, ale ani nie znalazł ani nie usłyszał niczego przydatnego. Po półtorej godzinie bezsensownego obijania się po ściankach szybu zarządził przerwę, bo miał wrażenie, że zapomniał o swoich nogach i - jakby to określił - (a do czego absolutnie się nie przyznawał) całkowicie stracił orientację na terenie wroga. Już z sześć razy próbował sobie przypomnieć przebytą trasę, lecz bez większego skutku.
Najpierw szedł prosto i skręcił dwukrotnie w lewo (tylko tego był tak naprawdę pewien), później… chyba też w lewo. A na przedostatnim rozwidleniu jak? Wystarczyła chwila zamyślenia, by się pogubić w tym labiryncie. Walcząc z narastającym uczuciem paniki, spróbował zlokalizować Angeala przez komórkę. Nic z tego, odpowiedziały mu jedynie szumy, sygnalizujące problemy z łącznością. .
Cholera. Dobra, to co w takim przypadku zrobiłby Seph? na chwilę przestawił się na tok myślenia nieobecnego srebrnowłosego, ale zaraz dał sobie spokój Ej, czy JA jestem jeszcze SOLDIER 2nd Class, czy 1st? Robię to po swojemu, ot co!
"Po swojemu" oznaczało przeczołganie się przez dziesięć następnych metrów i uderzenie pięścią z ledwo hamowanej złości w metalową ściankę. Wziął głęboki oddech i postanowił wrócić do ostatniego rozwidlenia. Okazało się to dobrym posunięciem. Wkrótce z prawej strony poczuł powiew świeżego powietrza. Nie, nie świeżego. Raczej zatęchłego, przywodzącego na myśl stare, zżarte przez korniki meble. Wyjrzał przez pobliską kratkę i zobaczył niewielką, opuszczoną komórkę.
Nie sądził, że w najbliższym czasie ktoś do niej zajrzy, więc powoli wyszedł z szybu. Jednak dla pewności wziął podniszczone krzesło i za jego pomocą zablokował drzwi. Wolał nie ryzykować użycia na nich magii, ponieważ ktoś wyszkolony z łatwością mógłby ją wykryć. A tak… cóż, przecież może się zdarzyć, że drzwi prowadzące do zapomnianego przez wszystkich składziku nie będą chciały grzecznie ustąpić.
Mając za sobą niezbędne środki ostrożności, Genesis rozejrzał się po pomieszczeniu. Pokoik był tak mały, że prawdopodobnie służył niegdyś za przechowalnię rozmaitych gratów i śmieci. Brudne, szare ściany od dawna nie widziały pędzla malarza, z sufitu zwisała samotna żarówka, która się ledwie żarzyła. Stała tu wysoka szafa, w niej kilka wygniecionych, śmierdzących szmat i pustych butelek, a także parę mioteł. Czyli nic ciekawego, ale mógł tu rozprostować nogi i złapać oddech przed kolejną infiltracją szybu. Genesis przeciągnął się, żeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie, po czym odwrócił się i kucnął by wejść z powrotem do znienawidzonego tunelu. Na moment zamarł, bo zapomniał usunąć krzesło. Rzucając delikatne przekleństwo pod adresem terrorystów i stolarzy, wstał i prawie natychmiast dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył. Spod szafy wystawała jakaś ciemna waliza. Czując niepohamowaną ciekawość, szybko podszedł do tajemniczego znaleziska i jednym ruchem wyciągnął z ukrycia. Była to duża, nowiutka walizka, przy tym wcale nie zakurzona, zupełnie jakby ktoś tam niedawno ją wepchnął. Widocznie nagle musiała zostać schowana... Zamknięto ją na klucz, ale Genesis swoim sposobem zamroził i skruszył zamek, dzięki czemu wieko walizy posłusznie ustąpiło.
Materie.
Nie wiedział ile czasu wpatrywał się w te nowiutkie, lśniące kule pełne energii, które tylko czekały aż ktoś je wykorzysta. Oczy Genesisa pochłaniały całe gamy kolorów, jaśniejących w półmroku. Mając bogate doświadczenie dotyczące magii, od razu rozpoznał liczne Summony, Fire, materie wspomagające… Wygrzebał też dwie leczące Restor i Cover. Zagłębiając się na samo dno walizy wyjął materię przyzywająca potężnego Bahamuta Zero. Trzymając czerwoną materię w ręku, przypomniał sobie swojego pierwszego przyzwanego Bahamuta. Wtedy był jeszcze zwykłym SOLDIER 2nd Class, ale jego niezwykły talent magiczny pozwolił mu okiełznać niezwykłą bestię i tym samym zostać 1st Class. Pamiętał dumę jaką odczuł, kiedy wszyscy mu gratulowali. On i Angeal, "wieśniacy" jak ich nazywali nibykoledzy z oddziału, otrzymali zaszczytny tytuł SOLDIER 1st Class. I to zdumienie i radość, kiedy dowiedzieli się, że od tego dnia będą traktowani na równi z Sephirothem…
Dobiegające z oddali kroki oprzytomniły Genesisa, przywracając go do normalnego toku myślenia, które przede wszystkim skupiało się na jak najsprawniejszym wykonaniu misji. Jednak pozostawienie walizki pełnej magicznych kulek byłoby zgoła lekkomyślne. Ukryta w pośpiechu, prawdopodobnie przed ich "wejściem", mogła w każdej chwili zostać zabrana i użyta przeciwko nim. A walka z ogromnym Bahamutem w podziemnej bazie nie do końca uśmiechała się Genesisowi.
Czyli biorę was ze sobą. Tylko jak? spojrzał na zbyt wąski szyb. Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

* * * * * *

Górny szyb zaprowadził Angeala do wielu sal, w większości treningowych oraz składów broni. Zdziwiło go, jak wielu było ludzi. Chociaż ta "grupa" terrorystów ujawniła się zaledwie kilka miesięcy temu, to ich liczebność mogła dorównywać oddziałom zwykłej piechoty ShinRy. Zastanawiał się, od jak dawna muszą się przygotowywać do zaatakowania Midgaru, co wywnioskował z przypadkowo usłyszanych rozmów. Nowi rekruci ćwiczyli pod okiem bardziej doświadczonych przestępców, strzelając z broni palnej do manekinów i walcząc na miecze. Zadanie komplikowało się. Jak niby mieli sami z Genesisem "zlikwidować główną bazę wroga" skoro było ich po prostu za dużo? Nie miał jak zawiadomić ShinRy o stanie sytuacji z powodu zerwanej łączności. Nie mógł nawet nigdzie zejść, ponieważ po pomieszczeniach i korytarzach regularnie snuli się strażnicy, każdy z krótkofalówką i karabinem.
Po pewnym czasie udało mu się znaleźć salę, która była czymś na wzór sali konferencyjnej, ale ta różniła się tym od normalnych, że jej rozmówcy należeli do światka przestępczego. Do tego jeden barczysty mężczyzna z czarną brodą musiał dawać stały upust swej złości. Ze swojego punktu obserwacyjnego Angeal dobrze widział, jak miota się po pokoju, w furii wyklinając "gości", czyli jego i Genesisa. Pozostali – dwóch blondwłosych mężczyzn w średnim wieku i drobnej budowy kobieta – ignorując krzyki brodacza próbowali ustalić, gdzie mogą znajdować się niepożądani intruzi.
- Kim oni, do ciężkiej cholery, mogą być?! Ruszcie głowami! – ryknął brodaty.
- Prawdopodobnie szpiegami ShinRy. Może być ich dwóch, najwyżej trzech. Zdołali uniknąć naszych kamer i czujników. Trzeba ich jak najszybciej uciszyć zanim cokolwiek znajdą. Co za czasy… nie można spokojnie pracować – odpowiedziała spokojnie kobieta, bawiąc się przy tym kosmykiem jasnych włosów.
Jeden z blondynów pokręcił głową.
- Szpiedzy nie rozwaliliby wejścia w tak widowiskowy sposób. Drzwi, które dosłownie zniknęły z zawiasów muszą być sprawką kogoś znacznie lepiej wyszkolonego.
- Czyli kogo, do cholery?! Mówże wreszcie!
- To muszą być SOLDIER i to przynajmniej 2nd Class.
Cisza, jaka zaległa po jego słowach dała Angealowi chęć do wyklinania pomysłu Genesisa. Bo jeśli już wiedzieli, kto się włamał i jeśli komuś przyjdzie do głowy, że tylko SOLDIER 1st Class potrafiłby tak mistrzowsko użyć magii… A jeśli potem jeszcze ktoś sobie przypomni ilu w ShinRze jest SOLDIER 1st Class, to mają poważne kłopoty. I oni, i Midgar.Gdyby nie te drzwi, ogólny pech i pośpiech ze strony samej ShinRy, to ci ludzie nawet by nie wiedzieli, że znajdują się w ich bazie.
Genesis, coś ty najlepszego zrobił? Musimy się pośpieszyć, zanim ruszą do ataku…
- Pieprzona ShinRa! Musi się wpierniczać w nie swoje sprawy – brodaty uderzył pięścią w stół.
Zanim ktokolwiek zdążył coś dodać, rozległo się pukanie do drzwi.
Drugi blondyn dał znak, żeby otworzyć. Do środka niepewnie wszedł chłopak, który na oko miał najwyżej z szesnaście czy siedemnaście lat. Ukłonił się zebranym i chociaż Angeal nie widział jego twarzy, to z pewnością była biała jak ściana. Tak bardzo się trząsł. Poczuł nagłą litość do chłopca. Ciekawe. czy został terrorystą z własnej woli… A przymusowy werbunek nie był niczym niezwykłym. Wystarczyło chociażby zagrozić śmiercią lub torturami całej rodzinie i już znajdowali się bardzo wierni rekruci, gotowi uczynić wszystko byleby tylko ochronić swoich najbliższych.
- Czego chcesz? – spytała ostrym tonem kobieta – Kto cię przysłał?
Składając ponownie głęboki ukłon, posłaniec powiedział.
- Jestem tu na polecenie pana Ramona. Mam w jego imieniu poinformować… - zająknął się.
Brodaty podszedł do niego z zadziwiającą szybkością. Złapał go za włosy i nic nie robiąc sobie z krzyku białego jak ściana chłopca, wściekle krzyknął mu prosto w ucho.
- I co tym razem ten cholerny Ramon spartolił?! Co znowu schrzanił?! No mówże, dzieciaku!
- P-pan Ramon mówi, że walizę z eksperymentami schował w pokoju 2B-v, kiedy zaalarmowano o intruzach. Wysłał mnie po nią i nie ma jej tam! Przepraaaszam! – chłopak teraz już praktycznie płakał, patrząc błagalnie, by ktoś pomógł mu uwolnić się z żelaznego uścisku.
Angeal w ostatniej chwili powstrzymał się przed rzuceniem się na pomoc chłopcu. Zagryzając wargi, musiał bezczynnie patrzeć, jak chłopak dostaje otwartą dłonią cios w twarz i wylatuje za drzwi. Był wściekły na siebie, że nijak nie mógł temu zapobiec. Już jako mały chłopiec zawsze stawał w obronie słabszych i przez to nieraz wracał do domu pokrwawioną twarzą i podbitym okiem, ku rozpaczy, ale zarazem i dumie rodziców. A teraz, dorosły mężczyzna, perfekcyjnie wyszkolony i jeden z najlepszych SOLDIER, nie mógł nic poradzić na takie okrucieństwo.
Trzęsąc się ze złości, ledwo się zmusił, by w bezruchu śledzić dalszy przebieg rozmowy.
- Nie musiałeś być aż taki surowy – rzekła od niechcenia kobieta, uśmiechając się przy tym złośliwie.
- Odwal się, Jaspin! Eksperymenty zginęły! Jak niby mam spokojny?! – wyszedł.
- Które to były? – odezwał się blondyn w okularach, wyraźnie zaniepokojony.
- Te najnowsze, ani razu nie sprawdzane. Właśnie dzisiaj miały być testowane, ale że zmieniono datę ataku…
- Więc co tak siedzicie? Jazda ich szukać zanim szef się dowie! – fuknęła Jaspin, po czym szybko opuściła pokój. Pozostali wyszli zaraz za nią.
Do uszu Angeala dobiegł charakterystyczny odgłos zamykanych drzwi i szybko oddalających się kroków. Zdjął kratkę i zręcznie zeskoczył na gładką posadzkę. Chciał znaleźć coś, co mogłoby dać mu jakieś informacje o wspomnianych eksperymentach i coś na temat wymienionego w rozmowie szefa.
Przez mocno ograniczoną widoczność w szybie, nie zauważył trzech stalowych szafek z rozmaitymi papierami, które stały pod ścianą. Po kolei dokładnie przeszukał każdą z nich, lecz wszystkie dokumenty były niemal identyczne – większość prawiła o zaopatrzeniu, kilka o problemach z łącznością. Nie znalazł tam nic przydatnego. Pewnie ważniejsze schowano w lepiej zabezpieczonym miejscu.
Przerzucając od niechcenia ostatnie papiery, jego wzrok padł nagle na zdanie "W związku z pierwotnymi stanami zmodyfikowanych materii próby przyzywania Summnonów zostają odroczone…" Brzmiało to jak raport naukowy ShinRy. Czytał dalej. "Materiały zdobyte dnia 8 października zostały poddane próbom reakcji na silnie promieniowanie (Typ-AVx3). Eksperymenty były niepomyślne, naruszono stabilność magiczną materii. W obecności mako istnieje 70% szansy na wybuch. Osoby mające kontakt z materią doznały poważnych uszkodzeń ciała. Wymagane jest…" Eksperymentalne materie? Ta wiadomość zaniepokoiła Angeala. Zabawa z mocą materii... Jest źle, nawet bardziej niż źle.
Pochował wszystko, by ukryć że był tu ktoś niepowołany, biorąc ze sobą jedynie raport o materiach.
W pokoju nie znalazł już nic godnego uwagi, więc podciągnął się z powrotem do szybu. Czołgając się dalej, cały czas rozmyślał o tych "eksperymentach", o których mówił chłopak. Jeśli chodziło mu tą niestabilną materię, która teraz zniknęła w tajemniczy sposób, to chyba już się domyślał co porabia jego rudowłosy przyjaciel. Gorzej, że nie wiedział gdzie jest pomieszczenie 2B-v.

* * * * * *

Zabranie materii było bardziej niż dobrym pomysłem. Widok wbiegającego dzieciaka, w panice szukającego walizki, upewnił Genesisa, że miał genialny, a prosty pomysł. Najzwyczajniej w świecie musiał poczekać, aż nikogo nie będzie na korytarzu, po czym szybko ukryć cenne znalezisko w górnym szybie. Nie miał zbyt wiele czasu na wykonanie tego przedsięwzięcia (kto wymyślił, by każdym korytarzem łaziły uzbrojone trzyosobowe patrole?!), ale wszystko poszło idealnie po jego myśli. Teraz śmiał się w duchu, kiedy widział jak biedne chłopię przerzuca sterty szmat i przeszukuje kąty składziku. A jak beznadziejnie stał w drzwiach z tą białą jak kreda twarzą, nie mając kompletnego pojęcia, że zguba jest tuż nad jego czarną czupryną! Doprawdy, mało inteligentni ci terroryści myślał z pogardą.
Zapamiętał w którą stronę pobiegł chłopak, a sądząc z odległych krzyków, musiał komuś o tym powiedzieć. A tym kimś musiał być ktoś ważny. Trochę zakłuło go sumienie, bo usłyszał jak chłopak dostał solidną reprymendę i pobiegł jeszcze dalej. Ale przecież nie mógł zostawić czegoś tak niebezpiecznego. Szyb którym poszedł Angeal był rzeczywiście znacznie szerszy, no i tak nie zakurzony. Włożył pod walizę jedną z mniej śmierdzących szmat, by odgłosy szurania nie zdradziły go i powoli skierował się ku źródle krzyków.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/19 18:54 #11625 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Bardzo przyjemnie się czytało, akcja rozwija się sprawnie, no i podobają mi się zgrabnie nakreślone charaktery obu panów. :)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Podziękowania od użytkowników: Shadica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/30 20:02 #11631 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Życzę miłej lektury.

Rozdział IV – Role się odwracają

Na dzisiejszych zajęciach omówimy jak powinien wyglądać poprawny przebieg misji infiltracyjnej. Kto mógłby nam wyjaśnić, co znaczy infiltracja? Tak? Rhapsodos, mów.
- Infiltracja to przenikanie, skryte przechodzenie żołnierzy, grup lub małych pododdziałów przez luki w ugrupowaniu bojowym przeciwnika w celu przedostania się na jego tyły i wykonania zadań specjalnych między innymi rozpoznania czy dywersji.
- Bardzo dobrze. A domyślacie się, co należy robić, jeśli zostaniecie wykryci? Może ktoś inny? Nie? Rhapsodos, mów.
- W przypadku wykrycia należy…

Genesis Rhapsodos. Wielki SOLDIER 1st Class. I jego przyjaciel, Angeal Hewley. Obaj niezwykle utalentowani, zarówno w magii jak i mieczu. Przeszli szkolenie z najlepszymi wynikami, lecz Genesis szczególnie olśnił wszystkich swoim niezrównanym talentem magicznym. Niektórzy mówią, że jest już tak samo silny jak on.
On. Sephiroth. Niepokonany, sławny i powszechnie szanowany. Jednak pomimo całej tej sławy i uwielbienia jakim go darzono, przez wiele lat czuł się samotny, nawet nie miał w pełni normalnego dzieciństwa. Owszem, czasami bawił się z dziećmi naukowców lub pracowników, ale jego rówieśnicy woleli z rozdziawionymi buziami patrzeć na niesamowite włosy tego wychwalanego chłopca. Irytowały go takie sytuacje, lecz nigdy nie unosił się gniewem, chociaż wiele razy był tego bliski. Tak więc z ulgą patrzył, jak rodzice zabierali swoje pociechy i jednocześnie nie do końca rozumiał tego dziwnego ukłucia żalu, kiedy ojciec brał na ręce swojego syna i wychodził. Niestety, w końcu te "zabawy" z rówieśnikami doprowadziły do ostrej bójki między nim a trójką chłopców. Cud, że pracownicy zainterweniowali w porę i koledzy Sephirotha poszli do domów jedynie trochę poturbowani. Sam Sephiroth bardzo przestraszył się swojej siły, nie mogąc zrozumieć jak dał sobie radę w pojedynkę. Tamtego dnia po raz pierwszy został też skrzyczany przez profesora Gasta, którego nazywał przybranym ojcem. Już czuł się wystarczająco okropnie toteż reprymendy uważał za niepotrzebne. Ale nie… powiedziano mu, że jest nieodpowiedzialny. I wieczorem Gast przyłapał go, kiedy w łazience ze łzami złości w oczach ścinał swoje srebrne włosy. Widząc wyraz twarzy opiekuna, ze strachu spadł ze stołka na którym stał i rozpłakał się, pewny kolejnej awantury. Jednak profesor nie nakrzyczał na niego, tylko podszedł i zapytał Po co to robisz? – Bo jestem inny padła odpowiedź. Co dziwne, mężczyzna roześmiał się i powiedział Z takim nastawieniem nigdy nie zdobędziesz przyjaciół. Chodź, wyrównamy ci włosy…
Dwudziestoparoletni już Sephiroth obudził się w pokoju hotelowym w Wutai. Był środek nocy, idealna pora by spać dalej i chociaż w tym czasie mieć święty spokój. Narzucił więc miękką kołdrę z powrotem na siebie, z nadzieją, że to pukanie do drzwi było częścią jego snu. Nic z tego. Ponownie usłyszał drażniące uszy, nerwowe odgłosy uderzania o drzwi. Kryjąc irytację, wstał i otworzył je. Na korytarzu stał jeden z przydzielonych mu na czas misji szeregowców. W odróżnieniu od swojego dowódcy był ubrany w mundur. Zasalutował.
- Przepraszam, że pana budzę, sir, ale jest telefon do pana.
A to nie może zaczekać do rana? chciał spytać, ale jako Srebrny Generał nie powinien dawać złego przykładu żołnierzom.
- W jakiej sprawie jest ten telefon?
- Trzy minuty temu zadzwonił dyrektor Lazard Deusecirus, sir. Prosi o natychmiastowy kontakt z panem, sir.
Targnęło nim złe przeczucie. Jeśli dyrektor dzwoni o tej porze, to na pewno coś jest nie tak. Kazał żołnierzowi podążyć za sobą i wspólnie pośpieszyli do telefonu.
- Słucham, Sephiroth się melduje.
- Wybacz że cię budzę, ale jesteś nam pilnie potrzebny. Pół godziny temu w Midgarze doszło do dwóch wybuchów. Mamy raporty o krążących po mieście niewielkich oddziałach terrorystycznych. Musisz natychmiast wracać.
- Czy Rhapsodos i Hewley jeszcze nie wrócili?
- Nie i nie możemy nawiązać z nimi kontaktu.
- Tak jest, przyjąłem i już wyruszam. Odmeldowuję się – ledwo zdołał stłumić ziewnięcie.
Pomysł o spokojnym przespaniu paru godzin szlag trafił. Odłożywszy słuchawkę spojrzał na zegar. Była pierwsza w nocy. Jęknął w duchu.
- Falnis, idź obudzić pilota i każ mu się przygotować do lotu do Migdaru.
- Tak jest! Sir… czy mam też obudzić resztę oddziału?
Generał spojrzał dziwnie na żołnierza, co ten natychmiast zrozumiał. Zadał złe pytanie.
- Falnis, nie trać czasu i zawiadom pilota. Wy zostajecie z naukowcami.
Sephiroth działa sam… lub z pewną dwójką pomyślał, wracając do pokoju.

* * * * * *

Szur szur szur.
Angeal, gdzieś się podział? Cholera, kolejny zakręt. Jaki idiota to zaprojektował?
Szur szur szur.
Zaraz zostawię tu te materie. Duma z pomysłu już dawno zdążyła wyparować, została tylko (i ponownie) wściekłość.
Szmata, która tłumiła odgłosy szurania, śmierdziała, a przecież i tak była jedną z tych teoretycznie czystszych. Jedyną pozytywną rzeczą był fakt, iż ciągle wiedział, gdzie ma iść. Krzyki nadal rozbrzmiewały mu w uszach, co pewien czas słyszał też nowe, które utwierdzały go o nieomylności kierunku.
Ale szmata śmierdziała.

* * * * * *

Minął dłuższy czas, który dla Genesisa wlókł się niemiłosiernie. Czasami zapominał, jak bardzo ma wyostrzony słuch i często dochodziło do takich wypadków jak ten. Źródło krzyków i szybkich kroków wybiegania z jakieś sali czy innego pokoju najprawdopodobniej znajdowało się znacznie dalej niż sobie założył. Nawet nie mógł przyzwoicie pomstować na misję, bo ktoś zawsze szedł korytarzem i złowieszcze mamrotanie dobiegające z szybu na pewno zwróciłoby czyjąś uwagę. Ograniczył się więc do wyobrażania sobie swojej zemsty na tych ludziach, że śmieli zmusić go do wlezienia do szybu, zostawienia płaszcza, którego może już nie odzyskać, oraz ryzykownego rozdzielenia z Angealem…
Nagle usłyszał dziwne sapanie. Ktoś się zbliżał i do tego nie korytarzem, a szybem.
Ujrzał Angeala, trochę niezdarnie czołgającego się w jego stronę. Bo jak można było nie być niezgrabnym w ciasnym tunelu, mając na plecach dwa miecze w tym jeden przeogromny.
- Gen, to ty? – spytał.
Na twarzy rudowłosego zagościła radość, jednak zaraz poczuł ukłucie irytacji.
- A znasz innego Gena, który łazi po trzykroć cholernych szybach? I na co tak patrzysz?
- …przepraszam – odchrząknął, wyraźnie siląc się na spokój – Zmyliły mnie twoje włosy.
Genesis, ze szczerym zdumieniem, natychmiast przeczesał dłonią swoje nadzwyczaj zadbane włosy. Piękne, rude pasma pokrywała gruba warstwa białoszarego kurzu i pyłu. Pancerz zresztą też.
- Wyglądam jak Sephiroth po wizycie u fryzjera – mruknął, a widząc że Angeal zaraz udusi się z ledwo hamowanego śmiechu, dodał – Ciekawe jaką ty byś miał prezencję, panie jestem-za-szeroki-na-ten-szyb.
- Akurat siebie z siwymi włosami jeszcze sobie nie wyobrażam. I co to za walizka?
- Jeszcze – podkreślił Genesis – Pogadamy o tym za czterdzieści lat. A teraz wracamy do wykonywania misji... Zaraz ci opowiem o tej walizie. Chodź, tam będziemy mogli ….
Obaj szybko opuścili szyb, uprzednio upewniwszy się, że w okolicy nikogo nie ma i weszli do kolejnego, niewielkiego pomieszczenia, ale to w odróżnieniu od poprzedniego wyglądało na opuszczone biuro. Pod ścianą stały dwa biurka z przestarzałymi komputerami, które swymi gabarytami zajmowały większość przestrzeni, jednak było tu wystarczająco dużo miejsca dla obu mężczyzn i walizki.
Genesis opadł na krzesło i przez krótką chwilę bezskutecznie próbował wytrzepać sobie włosy z pyłu. Do ich niedawnej rudości jednak sporo brakowało. Zniecierpliwiony spojrzał na Angeala, który oparł się o ścianę, wcześniej zablokowawszy drzwi.
- A pomijając przygnębiające braki w mej prezencji, czy dowiedziałeś się czegoś? Bo dla Bogini była wielce łaskawa – tu pogładził znacząco wieko walizy i uniósł je lekko, ukazując przyjacielowi znalezione materie i zrelacjonował mu, jak je zdobył.
Czarnowłosy nawet się nie zdziwił na ich widok, tylko powiedział:
- Szykują się do ataku na ShinRę i Midgar i to niedługo. Może nawet część oddziałów już wyruszyła. Za późno dowiedzieliśmy się o tym wszystkim… – zaczął – Nie znalazłem żadnego centrum dowodzenia, każdy z niepokojem mówi o tym ich „szefie”. Bez nazwiska. I mam to…
Wyjął z kieszeni raport o materiach. Genesis przeczytał go, zaś im dalej zagłębiał się w jego lekturę, to tym bardziej marszczył czoło. Zazwyczaj w dobrym humorze, teraz twarz SOLDIER’a wyrażała jedynie oszołomienie… i przerażenie. Angeal popatrzył na niego pytająco. Wstyd mu było to przyznać, ale z tego całego naukowego wywodu zrozumiał zaledwie kilka pierwszych zdań. Ale przecież wiedział, że eksperymentalne materie są bardzo niebezpieczne.
- Gen, o co chodzi? – przerwał milczenie.
Dopiero po dłuższej minucie usłyszał odpowiedź. Rudowłosy jeszcze raz przeczytał materiał, po czym z niewesołą miną schował go do kieszeni.
- Nie zrozumiałeś tego do końca, mam rację? – bardziej stwierdził niż zadał pytanie – Raport, który zdobyłeś ani o krztynę nie poprawia naszej sytuacji. Według niego… wcale nie możemy posługiwać się magią. Te eksperymentalne są nie tylko uszkodzone. Zgodnie z naukowcami w promieniu trzydziestu metrów od nich każdy organizm z mako staje się tymczasowo niestabilny. Każdy. Używałeś ostatnio jakiejś magii?
- Nie…
- Dobrze. Napisali, że jeśli w ich pobliżu posłużymy się dowolną, nieważne słabą czy silną, nastąpi wybuch albo coś gorszego.
Angeal usiadł na podłodze.
- W ogóle nie możemy używać materii?
SOLDIER popatrzył na niego z wyraźną irytacją. Z powrotem rozłożył kartkę i przeczytał na głos:
- "W obecności mako istnieje 70% szansy na wybuch…" czyli w naszym przypadku równe nie mniej niż sto procent. Bierzesz najsłabszą materię i w ułamku sekundy zamieniasz się w tak rozkawałkowanego trupa, że nawet Gillian cię nie pozna.
- To co, schowamy gdzieś te eksperymentalne?
Genesis zastanawiał się.
- Taka opcja byłaby najlepsza, gdybyśmy lepiej znali ten teren. Ale zawsze istnieje szansa, że jednak je znajdą i wykorzystają przeciwko nam. Albo i rozprowadzą podczas ataku na Midgar. Wyobrażasz to sobie? Odpowiednio porozmieszczane mogłyby czekać aż ktoś z SOLDIER użyje magii i wtedy doszłoby do katastrofy. Nie, Angeal, nie możemy tak ryzykować. Po prostu musimy obejść się bez magii.
- Wiesz, to będzie ciężko?
- Nie mamy innego wyjścia. Wyjmij materie z obydwu swoich mieczy, żebyś przypadkowo z nich nie skorzystał.
Na kilka długich minut zapadła cisza, którą przerywał jedynie odgłos wyjmowanych kulek. Z ponurą miną Genesis obserwował, jak jego przyjaciel pozostawia puste miejsca w slotach i chowa teraz bezużyteczne materie. Obaj wiedzieli, że pozbawieni możliwości stosowania magii ich siła malała, a razem z nią szanse udanego i sprawnego zakończenia misji. Owszem, poza Sephirothem nie mieli sobie równych w umiejętnościach walki mieczem, ale wobec tak przeogromnej liczby wroga pomoc w postaci przyzwanych bestii czy chociażby kul ognia uznawali za niezbędną. A już zwłaszcza sam Genesis, którego talent pozwalał nie brać pod uwagę żadnych większych gestów i z czystą swobodą czarować wedle woli… I łączyć style walki mieczem i magią.
Popatrzył na swój krwistoczerwony Rapier i zdał sobie sprawę, że ma jeszcze trudniej z racji dwóch specjalnych materii na stale zamieszczonych w rękojeści. Nigdy nie zwątpił w swoje zdolności walki, lecz wystarczyłby jeden odruch, zwykłe przyzwyczajenie i nastąpi katastrofa. A tego nie chciał.
Powoli w jego umyśle zaczynał rodzić się pewien plan. Najpierw nieśmiało, potem coraz mocniej, aż w końcu zrozumiał, że to będzie najlepsze wyjście.
- Angeal… wiem, jak to skończyć – odrzekł, wstając w krzesła.
- Mianowicie?
I Genesis mu powiedział. Angeal zamarł z trzymanym w ręku Buster Swordem.
- To szaleństwo… ale…
- Może się udać – dokończył rudowłosy.


* * * * * *

- Sir, lądujemy za pięć minut!
Sephiroth patrzył jak pod nim zmieniają się krajobrazy i w oddali majaczą zarysy Midgaru. Kilka pojedynczych smug, które wznosiły się ponad miasto, zdradzały, że wybuchły pożary. Delikatnie pogładził rękojeść swojej katany.

* * * * * *

Mężczyźni byli silniejsi niż Angeal początkowo zakładał. Jak na zwykłych ludzi mogli poszczycić się znaczną siłą i SOLDIER miał teraz jeden z ich mieczy tuż przy gardle. Nawet lekkie poruszenie głową mogło skończyć się nieprzyjemnie. Stojący nieopodal Genesis był w podobnej sytuacji, jeśli nie w gorszej. Z ust wyciekała mu cienka strużka krwi.
Świetny plan, Gen pomyślał, patrząc jak zabierają mu Buster Sworda.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2019/01/04 20:42 #11720 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Przepraszam, kompletnie zapomniałam o dodaniu kolejnego rozdziału. Ten jest jednym z dłuższych i nie zliczę, ile razy go zmieniałam, rozbudowywałam i poprawiałam...

Miłej lektury.

Rozdział V – Zbliżając się do granicy

Wobec każdej osoby można śmiało zastosować stwierdzenie, że zawsze da się znaleźć w znacznie gorszej sytuacji niż w chwili obecnej, czyli przysłowiowo wpaść z deszczu pod rynnę. Ta pocieszająca myśl pozwala otrząsnąć się z poniesionej porażki z nadzieją, iż przecież mogło być jeszcze mniej przyjemnie. A jednak Angeal Hewley, SOLDIER 1st Class, był święcie przekonany, że nic już nie zdoła przebić tej, w której właśnie musiał brać średnio atrakcyjny udział.
Zgodnie z planem Genesisa obaj górnym szybem wrócili do pomieszczenia, z którego Angeal zabrał raport o wadliwych materiach. Rudowłosy podejrzewał przyjaciela o przeoczenie jakichś ważnych dokumentów, a w takich wypadkach rzadko kiedy się mylił. Walizę przezornie zostawili w szybie i, jak zawsze, tuż przed zdjęciem kratki nasłuchiwali, czy w pobliżu nikogo nie ma. Na szczęście nie usłyszeli żadnych podejrzanych odgłosów, więc bezzwłocznie opuścili kryjówkę i już po sekundzie Genesis z wielką dokładnością przeszukiwał każdą z trzech szafek, Angeal zaś stał na straży, aby w razie czego szybko i bezszelestnie zniknąć, zanim ktoś wejdzie. Do tego momentu wszystko jeszcze szło jak płatka, jednak żaden nie przewidział, że to od początku mogła być zasadzka i za drzwiami będzie w zupełnym bezruchu czatował oddział wroga. Ku zaskoczeniu obydwu SOLDIER wpadli do sali akurat wtedy, gdy Genesis znalazł dokument, który pozwoliłby im dotrzeć go miejsca, gdzie składowano materie. Na widok grupy terrorystów pośpiesznie schował papier do kieszeni, porwał za Rapier, Angeal chwycił rękojeść swojego miecza i bez słowa wspólnie ruszyli do walki. Przeciwnicy widząc słynnych SOLDIER, cofnęli się lekko, jakby spodziewając się kogoś innego a nie akurat tych dwóch, lecz zaraz podjęli przerwany atak. Jeden z nich upadł już po sekundzie, dławiąc się własną krwią, kiedy ostrzejszy od brzytwy Rapier z idealną precyzją rozciął mu gardło. Towarzysze zabitego odpowiedzieli strzałami z pistoletów, ale Genesis z kocią zręcznością uskoczył przed pociskami, które zamiast w niego wbiły się w ścianę. Wykorzystawszy moment ich nieuwagi ze śmiechem dopadł kolejnego. Krew trysnęła na wszystkich dookoła, poza samym sprawcą, który w porę zdążył się uchylić. Bezwładne ciało głucho runęło na posadzkę…
I wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego.
Przeciwnicy usilnie stali się okrążyć Angeala, ale SOLDIER zabijał każdego, kto podszedł za blisko. Zdoławszy w końcu oczyścić sobie pole do następnego manewru, czarnowłosy poczuł, jak ręka zaczyna podejrzanie drżeć mu pod ciężarem miecza, a Buster Sword ciąży na plecach znacznie mocniej niż zazwyczaj. Energicznie potrząsnął głową z przekonaniem, że ma omamy i przygotował się do odparowania kolejnego ataku. Ledwo go odparował, kiedy ręka o mało co nie ześlizgnęła się mu z rękojeści. Kątem oka zauważył, jak Genesis walczy coraz wolniej, jak ta zabójcza błyskawica, którą był przed chwilą, z sekundy na sekundę staje się słabsza. A sekunda podczas walki była rokiem życia. Co to ma znaczyć? pomyślał ze zgrozą Angeal. Ich ataki były nieporównywalnie gorsze, tracili na zręczności, sam z trudem unosił miecz. Wreszcie nie zdążył odpowiednio zareagować i dostał potężnego kopniaka w brzuch. Zataczając się, dostrzegł zdziwioną twarz jakiegoś mężczyzny. No tak, w końcu jestem z SOLDIER… Usłyszał wściekły krzyk Genesisa, który chciał mu pomóc, a nie był w stanie, ponieważ też miał niemałe kłopoty. Rudowłosy został otoczony przez sześciu mężczyzn i jeszcze nie tak dawno to oni byliby martwi lub ciężko ranni, lecz teraz nie mógł sobie z nimi poradzić. Angeal przez mgłę widział, jak cofa się pod ścianę i powala jeszcze jednego z nich. W końcu Genesis został trafiony w prawe ramię i osunął się na podłogę. Sam Angeal wytrzymał kilka następnych sekund, jednak wytrącono mu miecz z ręki. Nim dobył Buster Sworda, przeciwnicy wycelowali w niego ze swoich karabinów, a SOLDIER tym razem był pewien, że nie chybią. Za plecami dosłyszał jęk Genesisa, którego uderzyli, kiedy ten próbował wstać. Ktoś kopnął Rapier, by był poza jego zasięgiem i nie mógł zaatakować.
- Związać ich – polecił jeden z nich, którego Angeal uznał za dowódcę oddziału, a nie widział go dokładnie, bo stał z boku.
Poczuł jak zdejmują mu Buster Sworda, jednocześnie złorzecząc na ciężar miecza, co trochę go uspokoiło. Nie są pod wpływem mako pomyślał. Mocno związali mu ręce i to samo zrobili z Genesisem, którego brutalnie dźwignęli na nogi. Mimo boleśnie rozciętego ramienia postawiony do pionu SOLDIER natychmiast spróbował wyrwać się oprawcom, ale zaraz któryś uderzył go w twarz. Z rozciętej wargi poleciała krew.
- Zabierzcie też ten czerwony miecz – powiedział mężczyzna – Szef będzie z nas bardzo zadowolony.
Wkrótce po licznych popychaniach naprzód, pośpieszaniach, a także nieprzyjemnie wesołych dla uszu obydwu SOLDIER okrzykach, że ujęto niezwyciężonego Genesisa Rhapsodosa oraz Angeala Hewleya, dotarli do innej części bazy. SOLDIER zdążyli już ją trochę poznać, ale ta, w której się znaleźli, znacznie się różniła od reszty kompleksu. Korytarze były tu na tyle szerokie, że bez problemu mógłby nimi przejechać samochód wcale niemałych rozmiarów. Ich wręcz nienaturalna czystość przelotnie skojarzyła się Genesisowi z identycznie czystymi korytarzami i pomieszczeniami ShinRy. W ogóle cała ta sprawa budziła jego podejrzenia, jednak w tej chwili szczególnie zajmowała go sprawa materii, których pełną walizę na powrót odzyskali terroryści.
Wraz z Angealem był prowadzony przez dziesięcioosobową grupę, tą z którą nie tak dawno stoczyli walkę i której to solidnie przerzedzili członków. Na czele z dumnie wypiętą piersią kroczył dowódca, co pewien czas odwracając się, więc mogli dokładnie oglądać jego porytą bliznami twarz, przepaskę na lewym oku i ciemne włosy, które częściowo zasłaniały tą szkaradę. Tuż za nim szła czwórka ludzi, niosąc miecze SOLDIER – Buster Sworda taszczyły aż dwie osoby, a dalej oni ze skrępowanymi rękami. Genesis nie dostrzegał nigdzie walizy z materiami, ale prawdopodobnie zdążyła już na powrót trafić w ręce naukowców. Mogło też być tak, że uczestniczyła w tym radosnym marszu, lecz każda próba dokładniejszego rozejrzenie się skutkowała nagłym przyłożeniem lufy broni do pleców.
W którymś z kolei korytarzy cały oddział został na krótko zatrzymany przez potężnie zbudowanego mężczyznę z brodą, którego Angeal zdążył poznać.
- Stójcie! Tak, już wiem, Rasac, bo to wasze kretyńskie wycie słychać w całej bazie i szef też wie! – uprzedził słowa dowódcy – Wspaniale! Mamy aż dwóch SOLDIER z tej cholernej ShinRy!
Zbliżył się go Angeala i Genesisa i spojrzał na nich z pełnym szyderstwa wzrokiem. Zadowoliwszy się widokiem ich w tak żałosnym stanie, szczególnie zaś rannego Genesisa, wziął od jednego z żołnierzy Rapier. Zupełnie wprawnie chwycił jego rękojeść i z zainteresowaniem zaczął oglądać misterne zdobienia.
- Łapy precz! – krzyknął Genesis.
Brodaty bez śladu najmniejszych emocji wolną ręką pstryknął w palce, na co ten, od którego wziął miecz, pięścią uderzył SOLDIER’a w brzuch.
- Radziłbym uprzejmiej, o ile chcesz dłużej pożyć – powiedział, patrząc jak wypluwa krew na podłogę. – Nie wiem, czy wiesz, ale jest tylko jedna osoba ważniejsza ode mnie, więc moje słowo wystarczy, żeby cię zabić, Rasodosie.
- Jak już… to Rhapsodosie, jeśli łaska – wykrztusił wyzywająco Genesis.
Pstryknięcie. Uderzenie. Nowa porcja krwi i śliny.
- Czy zgodzi się pan, żebyśmy od razu zaprowadzili ich do szefa? – zapytał spokojnie Rasac.
Ten niecierpliwie skinął głową, po czym oddał Rapier. Stojący obok Angeal bezradnie zaciskał pięści, nie mogąc pomóc przyjacielowi. Przeklinał jedynie w myślach każdy aspekt tej misji i czuł przemożne pragnienie zabicia tego mężczyzny. Znowu dźgnięto ich w plecy, nakazując dalszą drogę. Brodacz dołączył do grupy i teraz sam szedł na czele, jakby to on odpowiadał za to, że zostali schwytani.
A oni nie mogli nic zrobić.

* * * * * *

- TO ON! ZABIJCIE GO!
Zdumiewające. Nie mieli zamiaru uciekać, a to wzbudziło w nim mimowolny podziw. Ale, paradoksalnie, ułatwią mu tym pracę.
- NIE! Nie…! Co ty…! – dalej nie usłyszał już nic treściwego, bo przeciwnik skupił swoją uwagę na kikucie ręki, która przed ułamkiem sekundy była cała i zdrowa. Jego wrzaski raniły mu uszy, zatem litościwie go dobił.
Oni strzelali do niego z rosnącym przerażeniem, on z opanowaniem kroczył ku nim pośród ruin zniszczonego budynku. Nie byli w stanie go trafić, pociski zatrzymywały się kilka centymetrów od niego, odbijając z rykoszetem.
Masamune cicho zaśpiewała.

* * * * * *

- Wiesz Angeal… mamy problem – usłyszał szept Genesisa.
Nawet nie musiał mu tego mówić. Zostali schwytani, zabrano im miecze, wadliwa materia nie pozwalała używać magii i, co najgorsze, tłumiła ich zdolności, redukując do rangi zwykłych ludzi. Nie, jednak najgorsze było to, co właśnie ujrzeli, kiedy opuścili korytarz i weszli do nowego pomieszczenia, czy jakby to trafniej określić, długiego przejścia nad olbrzymim hangarem. Jednak w tym hangarze stały tylko trzy niewielkie airshipy, które ulokowano tuż przy wyjściu, tak by w razie potrzeby były w pełnej gotowości do odlotu. W pobliżu maszyn niczym prawdziwi żołnierze maszerowali w równych szeregach terroryści. Na oko była ich nieco więcej niż setka, co w porównaniu z rozmiarami pomieszczenia, z całkowitą pewnością będącego w stanie pomieścić z dziesięć takich oddziałów, nie prezentowało się dość okazale. Angeal, który poruszał się nad salami pełnymi ćwiczących ludzi i kilka razy słysząc o planowanym ataku na Midgar, mógł wywnioskować tylko jedno: oddziały już wyruszyły. A zebrani tu ludzie byli w pełni gotowi do walki i w dowolnym momencie mogli wsiąść do machin i wspomóc tych, których wysłano wcześniej.
- Jazda! Ruszać się! – na środku pleców poczuł znajomy już ostry kant lufy i wraz z Genesisem niechętnie przyspieszyli kroku.
Wbrew przypuszczeniom SOLDIER nie doszli do końca łącznika, lecz przed drzwiami prowadzącymi z powrotem do zwykłej części bazy skręcili i zeszli po metalowych schodach na sam dół hangaru, który z tej perspektywy wydawał się jeszcze większy. Hen wysoko w górze dostrzegał zarysy ciemnych belek, podtrzymujących rozległy strop.
Wszyscy terroryści na krótki rozkaz swoich dowódców zatrzymali się i błyskawicznie uformowali równe, zwarte szeregi. Mimo to każdy ukradkiem czy nawet otwarcie patrzył na schwytaną dwójkę, zaś wielu miało w oczach najzwyklejszą w świecie drwinę. Na widok brodacza jednocześnie zasalutowali, co ten przyjął z pobłażliwym uśmiechem. Uniósł lekko rękę, gestem tym zatrzymując grupę Rasaca, tak iż teraz stali na samym środku.
- Grant! – krzyknął ku zebranym.
Po paru sekundach z szyku wyszedł dokładnie uzbrojony osobnik z karabinem.
- Powiadomiłeś go? – zapytał bez ogródek brodacz.
- Tak, panie Carpine, niedługo przyjdzie.
- Świetnie, możesz wracać – ucieszył się, po czym ponownie ryknął na całe gardło – Dobra, hołoto!
Zaraz do nas przybędzie najważniejsza osoba w tym cholernym miejscu, więc… BAAACZNOŚĆ!
Przez hangar z donośnym hukiem potoczyły się charakterystyczne stuknięcia buta o but i każdy zamarł w bezgłośnym oczekiwaniu. Angeal i Genesis wykorzystali chwilę zamieszania na szybkie rozejrzenie się po pomieszczeniu. Były cztery wyjścia – właz dla airshipów, równolegle do niego tak samo szeroki, ale już niższy dla "żołnierzy" oraz te dwa z łącznika.
- A wy… - podszedł do nich brodacz zwany Carpine – Żadnych podejrzanych ruchów, bo inaczej nasze kule przedziurawią was jak sito. Zrozumiano?
- Na odpowiedź "tak jest" połączoną ze żwawym salutem możesz nie liczyć – odparł chłodno Genesis, nie zaszczycając go spojrzeniem, gdyż za bardziej atrakcyjny widok uznał swój oddalony o kilka metrów Rapier – Pragnę jednak z satysfakcją zauważyć, iż do tej pory uważałem się za jedyną osobę z niefortunnym nazwiskiem.
- Gen! – syknął ostrzegawczo Angeal, ale Genesisa już podchodził żołnierz. Właśnie miał go uderzyć, kiedy…
- Stop. Co to ma znaczyć? – nagle z łącznika dobiegł ostry głos.
Ręka szeregowca zawisła w powietrzu, dosłownie tuż przed twarzą Genesisa i jak wszyscy zebrani odwrócił głowę ku trzem nowym osobom, które właśnie schodziły z góry. Czy ściślej rzecz ujmując dwójce ochroniarzy i owianym tajemnicą szefowi. Ci dwaj wyglądali identycznie; zamiast nosić ciężkie uzbrojenie jak większość tu zebranych mieli na sobie lekkie, a wytrzymałe pancerze, podobne do tych z SOLDIER. I tak samo nie mieli na głowach hełmów, więc widać było analogiczne ciemnoblond włosy zaplecione w kucyk i beznamiętne spojrzenia, co sprawiało pozór, że są maszynami, nie ludźmi. Jeden i drugi posiadał przy boku po dwa krótkie miecze, ale nie widać było żadnej broni palnej. Jednak Angeal podświadomie czuł, że gdyby ta dwójka otrzymała rozkaz wspomożenia ataku to pozbawiony ich i Sephirotha Midgar mógłby polec. O ile tak zarządziłaby osoba przez nich eskortowana.
Angeal już nieraz widywał przywódców grup terrorystycznych i przestępczych, niemniej człowiek, który właśnie do nich podchodził, zrobił na nim mimowolne wrażenie. Nie był ani chudy ani gruby, tylko po prostu szczupły, nie odznaczał się też sędziwym wiekiem, bo sądząc po jego sprężystym kroku i czysto czarnych włosach bez śladu siwizny nie miał nawet pięćdziesiątki. Ubrany był w jasny garnitur, nie biały, tylko jakby beżowy, ale Angeal nie potrafił tak dobrze rozróżniać kolorów jak Genesis… Lecz nie o to mu chodziło. Większość przywódców, z którymi miał styczność była mniej lub bardziej zestresowana i nerwowa w ruchach, chociażby sam Prezydent ShinRy, z byle powodu wzywający Sephirotha do ochrony jego osoby. A ta tutaj osoba szła z zupełnym spokojem na malującym się na twarzy, jakby nie miała najmniejszych powodów do zmartwień i atak na Midgar był czymś wpisanym w jego codzienny harmonogram. Chociaż wiedział o pojmanej dwójce, to nie zwrócił na nich uwagi, zamiast tego odwrócił się i z przyjemnością spoglądał na salutujący mu tłum. Podobnie jak wcześniej Carpine uniósł ukrytą w rękawiczce dłoń.

* * * * * *
- UCIEKAJCIE! JUŻ!
Matka z kilkuletnią córką natychmiast posłusznie zniknęły w głębi ciasnej uliczki. Kobieta obejrzała się za nim w niemej podzięce. Sephiroth zaraz po ich odejściu magią zawalił przejście, żeby nie podążyły za nimi przyzwane psopodobne bestie. Dwa potwory wpadły w poślizg i z impetem uderzyły o ścianę budynku, ale zaraz z warkotem dołączyły do pozostałych, które biegły prosto na srebrnowłosego. Ten zdążył odskoczyć przed atakiem wściekłego stada, jednocześnie samemu ciął bestie mieczem, tak iż szybko rozwiewały się w chmurach ciemnego pyłu. Kiedy zdematerializowały się wszystkie, ruszył dalej.

* * * * * *

Genesis z oporem przeniósł spojrzenie ze swojego miecza na tego dziwnego szefa, który z zadowoleniem pogładził ostrze Buster Sworda, później zaś Rapiera. Całą siłą zmusił się do milczenia, choć i tak czuł, że się w nim aż gotuje ze złości. To były ich miecze i nikt nie miał prawa ich dotykać! Jednak nie śpieszył się do otrzymania kolejnego ciosu. Bolało go ramię, czuł jak wolno spływała po nim krew.
Skończywszy oglądać obie bronie, mężczyzna wykonał krótki gest i jego dwaj ochroniarze przejęli je. Do uszu Genesisa dotarł jęk Angeala – jeden trzymał Buster Sworda sam, bez żadnej pomocy i sądząc po jego niczym nie spowolnionych ruchach ten miecz kompletnie mu nie ciążył. Ochroniarze zajęli miejsca po bokach szefa, a z mieczami SOLDIER ich wizerunek znacznie zyskał.
- Przykre uczucie – stwierdził z uśmiechem – Własne miecze, wykute specjalnie dla was, używane wyłącznie przez was, zaś po tylu latach zwrócone przeciwko wam. Ironia losu, czyż nie?
- Rzeczywiście widok bardzo przyjemny, chociaż nie chciałbym używać cudzego miecza z obawy przed gniewem prawowitego właściciela – nie wytrzymał Genesis.
- Czy mam…? - wtrącił Carpine, obok którego natychmiast stanął „znajomy” żołnierz rudowłosego.
Szef niedbale machnął ręką.
- Nie, nie trzeba. Niech wraca do szeregu, ale ty nigdzie nie odchodź.
- O-oczywiście – w głosie brodacza zabrzmiała nutka niepokoju.
- Bardzo dobrze. Mam do ciebie małą sprawę, a chciałbym ją załatwić na oczach oddziałów. Dobiegły mnie słuchy o twojej niesubordynacji, co mnie przygnębiło. Powierzyłem ci pieczę nad materiami, a dowiedziałem się, że wkrótce kazałeś Ramonowi to samo. Wiem, masz za dużo na głowie… Dopuściłeś jednak do ich zaginięcia i tego, żeby wpadły w ręce Genesisa Rhapsodosa, najlepszego użytkownika materii jakiego miała ShinRa. Zgubiłeś je na ponad trzy godziny, co jest… niedopuszczalne. Otrzymasz więc karę.
Nie potrzebował gestu ani głośnego rozkazu. Na słowo "niedopuszczalne" ochroniarz z Rapierem zaszedł go od tyłu i przebił mu trzewia, po czym wyciągnął ostrze wolno je wykręcając. Kiedy Carpine odwrócił się z krzykiem, ten już z powrotem stał spokojnie obok towarzysza. Brodacz zaczął coś mówić, lecz krew zalała mu usta i leciała do brodzie. Zachwiał się i upadł, a wokół niego błyskawicznie urosła ciemnoczerwona kałuża.
- Zabierzcie go stąd – polecił szef – I niech ktoś umyje podłogę.
Z niemałym wahaniem do ciała podeszło paru młodych mężczyzn, czy raczej chłopaków. Trójka ze strachem podniosła ciało i powoli odeszła, plamiąc podłogę krwią. Kiedy kolejna trójka zaczęła ją sprzątać, szef skierował swoją uwagę na Genesisa i Angeala.
- Piękne miecze – powiedział, jakby całe zdarzenie nie miało zajścia – Musiały wiernie służyć. Naturalnie, do tej pory. Ale dajmy już im spokój. Pytanie pierwsze: jak zdołaliście nas odnaleźć? Albo nie, nie odpowiadajcie na nie – zaśmiał się – To jest ważniejsze: co chcieliście tu zdziałać sami, bez jakiegokolwiek wsparcia?
Jeden i drugi SOLDIER uparcie milczał w tej kwestii. Mężczyzna ponowił więc pytanie, ale nie doczekał się reakcji.
- Nie macie ochoty odpowiedzieć, tak? Na waszym miejscu bym tak nie robił. Może przypomnę wam cztery pewne fakty, o których dobrze wiecie: właśnie atakujemy Midgar, bez mieczy jesteście bezbronni, nasza przeznaczona do zniszczenia materia blokuje wasze zdolności, a w każdej sekundzie na mój rozkaz możecie zginąć. To jak?
- Nic wam nie powiemy – odezwał się Angeal – Midgar i tak przetrwa.
Szef znowu się zaśmiał. I nie tylko on, cały hangar.
- Zabawny jesteś, Hewley. Popatrz jeszcze raz i powiedz, co widzisz. Cóż, w tej chwili nie robi to należytego wrażenia, ale dzięki nam w waszym drogim Midgarze zapanował chaos. Ten oddział jest zwykłym wsparciem, ale liczba tych wysłanych… - urwał i zaczął mówić z nagłym ożywieniem – Jak to sobie wyobrażacie?! Ta potęga urosła tak w ciągu miesiąca czy dwóch od naszego ujawnienia się Planecie? O nie… to były długie, mozolne przygotowania w cieniu, żeby nie zwrócić waszej uwagi i zaatakować w korzystnym momencie. Airshipy, ludzie, materia… wiecie, ile czasu zajmuje nauczenie ich używania magii i poprawnego strzelania? Potwornie długo, ale cel wart jest świeczki. Zdobyć Midgar, zniszczyć ShinRę i…
- … zapanować nad Planetą? – dokończył Genesis – Żałosne.
- Nie bardziej jak ty – zdenerwował się – Pożałujesz, że pozwalasz sobie kpić ze mnie, wielkiego Jamesa Howla, który stworzył to wszystko od podstaw! – pstryknął palcami na swoich ludzi – Macie z niego wszystko wydobyć. Ale ma pozostać żywy.
Mężczyźni jednocześnie podeszli do Genesisa, który momentalnie zbladł. Angeal spróbował się uwolnić, choć z niemałym wysiłkiem, zdołano jednak go powstrzymać. Z przerażeniem patrzył, jak obydwaj pochylają się nad nim i mówią coś bardzo cicho. Genesis milczał. Na to ten z Rapierem spojrzał na swojego pana, który powiedział jedno słowo.
Naraz zalegającą w hangarze ciszę przeciął krzyk. Angeal z początku nic nie zobaczył, ponieważ ochroniarze całkowicie zasłonili widok, ale po chwili jeden się odsunął i… wolałby, żeby nadal tak stał. Żeby nie musiał patrzeć, co robią z jego przyjacielem. Ze zgrozą bowiem ujrzał jak Genesis klęczy na kolanach, kiedy mężczyzna wolno jechał mu po plecach samym czubkiem krótkiego miecza, który był na tyle ostry, że bez trudu przebił czarny pancerz, pozostawiając na skórze głęboką i bardzo bolesną ranę. SOLDIER znowu krzyknął, tym razem ciszej, po raz drugi czując na sobie zimne ostrze.
- GENESIS! – ryknął Angeal – ZOSTAWCIE GO!!!
Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Oczy wszystkich były skierowane na Genesisa, który z kolan przewrócił się na posadzkę, najwidoczniej tracąc przytomność. Mężczyzna strzepnął krew SOLDIER’a z miecza.
- Już? – zapytał Howl.
Blondyn skinął głową, ale jego zawiedziona mina świadczyła, że wolałby aby jego zabawa z jeńcem nie zakończyło się tak szybko.
- Dobrze… bardzo dobrze – spojrzał na Angeala – Przykro mi, Hewley, ale czas na twoją kolej. Jeśli odpowiesz na nasze pytania po dobroci, obejdziesz się bez zbędnego bólu. Jeśli zaś nie… to cóż, wyglądasz na wytrzymalszego od Rhapsodosa, więc pewnie potrwa to dłużej.
Angeal znał swoją odpowiedź. Gdyby tylko mógł zerwać te więzy i gołymi rękami udusić tego mężczyznę. Genesis ciągle leżał nieruchomo i poza nim nikt już nie zwracał na niego uwagi.
- Znowu milczenie? Zajmijcie się nim.

* * * * * *

Potwór z rykiem rozwiał się w chmurze duszącego pyłu. Sephiroth stanął pośród gruzów nie tak dawno zbudowanego domu, słuchając odgłosów walk, krzyków i jęków zabijanych ludzi. Nie miał jednak czasu na chociażby krótki odpoczynek.

* * * * * *

Tak jak do Genesisa, mężczyźni podeszli do Angeala. Miecz wzniósł się do góry, a SOLDIER zacisnął zęby, szykując się na falę bólu.
- An... geal…
Najpierw zignorował ten szept, myśląc, że się przesłyszał.
- Angeal – głos zabrzmiał już mocniej. Zdziwieni ochroniarze opuścili broń i także spojrzeli w tamtą stronę.
Genesis powoli uniósł głowę. Syknął cicho, ale wzrok miał zupełnie trzeźwy. Nie zważając na plecy uniósł się na kolana i…
Jednym ruchem zerwał więzy.
Stojący obok żołnierz nie zdołał się zorientować i poleciał na ziemię, kiedy Genesis podciął mu nogi. Błyskawicznie wstał, podbiegł do Angeala, odpychając przyjaciela na bok zanim miecz zdążył go zranić.
- Rusz się, stary – powiedział i Angeal też zerwał swoje.
- Jak plecy? – odparł z niemałą ulgą.
- C-CO?! Co to ma być? – krzyknął Howl, odruchowo robiąc krok do tyłu.
- Bolą, ale wytrzymam – skrzywił się Genesis, ignorując Howla – Swoją drogą kiepski z ciebie aktor… ale już koniec zabawy.
Stanęli naprzeciwko całej armii. Wyprostowani. Dumni. I groźni.
- ZA-zabić ich! – naraz cały oddział wycelował w dwójkę SOLDIER - Nie, nie wy! WY! – wskazał na ochroniarzy.
Razem jednocześnie ruszyli na Angeala i Genesisa, wyciągając przed siebie ich miecze. Buster Sword z hukiem uderzył o ziemię, kiedy Angeal sprawnie uskoczył przed jego ostrzem. Przeciwnik ponowił atak, ale z identycznym skutkiem – wtedy znikąd pojawił się Genesis i poczęstował mężczyznę celnie wymierzonym ciosem w klatkę piersiową, tak iż ten poczuł, jak pękają mu żebra i padł bez ducha. Rudowłosy zabrał jeden z krótkich mieczy i zaraz z nową zajadłością zaczął atakować oponenta z Rapierem. Angeal zaś szybko chwycił porzuconego Buster Sworda i nie tracąc czasu ruszył ku tym żołnierzom, u których zdążył zauważyć, jak wbrew zakazowi przygotowują broń do strzału. Pierwszą dwójkę dosłownie rozpłatał na pół, z ciał bryznął ogromny strumień krwi. Najbliżsi żołnierze instynktownie odskoczyli, lecz po chwili podzielili ich los. Byli jednymi z tych, którzy widzieli Angeala Hewleya walczącego Buster Swordem.
Jednocześnie Genesis starał się odzyskać swój Rapier, ale nie szło mu najlepiej. Blondyn nabrał zadziwiającej prędkości i zręczności, nie chcąc otrzymać takiego ciosu, jak towarzysz. Miał też to szczęście, że ruchy SOLDIER’a nieznacznie jego zranione plecy i ramię, przez co Genesis musiał walczyć drugą ręką. Ten atakował raz po raz, stopniowo zdobywając przewagę. Genesis był jednak bardziej doświadczony, zbierał siły, odpierając jedynie ciosy przeciwnika, bacznie go obserwował i czekał. Nagle mężczyzna zostawił niewielką lukę w obronie… Genesis poczuł znajome uczucie satysfakcji, kiedy ta pozbawiona emocji twarz stała się twarzą zwykłego, przerażonego człowieka. A po chwili stężałą, po przejściu krótkiego a wąskiego ostrza idealnie przez serce. Rapier wreszcie wrócił do prawowitego właściciela.
Ze wszystkich stron padły pośpieszne rozkazy i hangar zadrżał od huku strzelających karabinów. W pierwszej chwili Genesis skupił się na materii Rapiera, aby użyć bariery na sobie i Angealu, ale szybko się opamiętał. Wykonał niemalże dziki taniec dla uniknięcia pocisków, Angeal zaś zasłonił się mieczem.
- ZABIĆ ICH! – zawołał Howl, którego już dla ochrony otaczał mały oddział.
Siła jego ludzi drastycznie malała, bo nie byli w stanie równać się z dwójką najlepszych SOLDIER, ich przerażającą zręcznością i lekkością z jaką używali mieczy. Jednak za większość szkód odpowiadał Angeal, jako że Genesis bardziej skupiał się na znalezieniu walizy z materiami, która jedynie blokowała im magię. Nie chciał ryzykować jej użycia z obawy przed fatalnymi następstwami. Żaden z żołnierzy i dowódców jej nie miał. Chyba, że…
Howl. Szybko odwrócił głowę w jego stronę.
Któryś z żołnierzy widocznie musiał ją mieć i mu oddać. Waliza stała tuż obok niego. Otwarta. Trzymał w ręku ognistą materię… i Bahamuta.
- Nie… – Genesis przyspieszył kroku – NIE UŻYWAJ JEJ!
Zajęty walką Angeal nie widział, co się dzieje.
Nowi ochroniarze zaatakowali Genesisa po sekundzie padając na ziemię. Howl na ten widok uśmiechnął się pod nosem i materia zalśniła czerwonym światłem. Tuż po tym Genesis przyłożył mu miecz do gardła.
- Za późno, Rhapsodosie – powiedział, wypuszczając kulkę z ręki, ale SOLDIER go nie słuchał.
Zerknął na materię, która spadła koło jego stopy. To była…
- Bahamut? – teraz to on się uśmiechnął i opuścił miecz, odskakując od zdziwionego jego reakcją Howla. .
W tym samym momencie wokół Howla pojawiły się języki ognia, które otoczyły go niczym ogromny wąż. Na ten widok przerażeni żołnierze zaprzestali walki z Angealem i patrzyli, jak coraz ciaśniej owijają się, paląc ciało. Przez hangar przetoczył się potworny wrzask. Żar był na tyle potężny, że stojący obok Genesis dłonią przysłonił sobie twarz, ale nie odszedł. Pośród płomieni mógł jeszcze dostrzec sylwetkę mężczyzny, w agonii bezsensownie machającego rękami i wyjącego z bólu. I jak to się zaczęło, tak się skończyło. Magiczny ogień szybko się dopalił, zostawiając po sobie jedynie mizerne szczątki dumnego przywódcy terrorystów.
Po tak okropnej śmierci swojego przywódcy wszyscy pozostali przy życiu zbili się w ciasną grupkę, niepewni tego, co zrobią z nimi dwaj SOLDIER. Nie wykonali przy tym żadnego ataku, tylko zrezygnowani po prostu czekali. Angeal, cały czas mając ich na oku, podszedł do Genesisa.
- Co to właściwie miało być? – zapytał go.
- Tragiczny w skutkach błąd i to, o czym mówiłem wcześniej – odparł ten ze znużeniem – Nie sądziłem jednak, że będzie to polegało na obróceniu się materii przeciwko jej użytkownikowi. Tamten raport jasno mówił o wybuchu…
- Albo to zależy od samej materii – Angeal spojrzał na zwęglone zwłoki – Zobacz.
Obok szczątków leżała waliza, a raczej to, co z niej zostało, ponieważ niemal doszczętnie spaliła się w tym żarze. Wysypały się z niej wadliwe materie, które świeciły coraz słabiej i w końcu zupełnie zgasły. Genesis delikatnie wziął jedną do ręki i uważnie się jej przyjrzał. Na chłodnej kulce widniały liczne rysy, podobnie na pozostałych.
- Popękały… – rzekł do Angeala – Przez ten ogień. Już nie ma w nich śladu magii, więc możemy używać naszej.
- To możliwe? – zdziwił się.
- Wygląda na to, że tak. Były niestabilne, więc łatwo było je uszkodzić. Ale to już sprawa dla naszych naukowców. Teraz musimy się nimi zająć – wskazał mieczem resztę terrorystów.
Wolnym krokiem zbliżyli się do nich. Ci, którzy jeszcze trzymali jakąkolwiek broń, upuścili ją na ziemię, całkowicie poddając się tej dwójce.
- Kto z was jest najwyższy rangą? – spytał Genesis.
Cisza.
- Odpowiadajcie, bo nie mamy ochoty się z wami bawić – machnął łagodnie ręką i nad jego dłonią rozbłysnął jasny, wysoki płomień.
Na to ludzie automatycznie rozstąpili się i z grupy wyszedł jasnowłosy mężczyzna i jakaś kobieta. Rudowłosy pozwolił zatem, żeby płomienie zniknęły.
- Oni byli na tej naradzie, o której ci wspominałem – powiedział cicho Angeal.
- Zróbcie z nami co chcecie, ale błagam na Boginię, nie zabijajcie nas! – krzyknął mężczyzna.
Ledwie skończył mówić, a już poczuł pod brodą czubek Rapiera. Genesis spojrzał na niego złowrogo.
- Jeszcze raz powołaj się na Boginię, a przysięgam, że nie dożyjesz następnego dnia – warknął.
- Przepraszam! Nie chcę umierać!
- Dobrze, więc milcz, jeśli nie chcesz… zabieramy was stąd.
Związali mężczyznę i Jaspin, która nazwała ich potworami w ludzkiej skórze i klęła przy tym okropnie. Oni jednak ją zignorowali.
Airshipy zostawili w spokoju, gdyż nie mieli ochoty wracać do Midgaru maszyną wroga.
Przed wyjściem z hangaru Genesis przyzwał Ifrita i Shivę, każąc im dokładnie przeszukać całą bazę i przyprowadzić do niego każdą osobę, jaką znajdą. Istoty skinęły głowami i szybko wyruszyły, aby wykonać rozkaz.

* * * * * *

Pik pik pik.
- Słucham, Sephiroth się melduje.
- Sektor 4 i 5 czysty?
- Tak.
- Świetnie, możesz wracać do ShinRy. Żołnierze i reszta SOLDIER już sobie poradzą.
- Tak jest.
- Otrzymaliśmy wiadomość od Hewley’a i Rhapsodosa. Nic im nie jest, zabili przywódcę terrorystów i mają zakładników. Właśnie wysłaliśmy po nich oddział. Czekamy na ciebie.
Srebrnowłosy schował komórkę do kieszeni i ruszył w stronę ShinRy. Od chwili obudzenia go w Wutai po raz pierwszy się uśmiechnął.

* * * * * *

Angeal wraz z zakładnikami stali w pobliżu wejścia do bazy, oczekując airshipa ShinRy. Mimo bliskości lasu nikt nawet nie próbował ucieczki, z powodu strachu przed SOLDIER i pilnującym ich Ifritem, który nieprzyjemnym warknięciem dawał znać temu, kto podejrzanie odszedł za daleko, że on ciągle tu jest. Sam Genesis zaraz po opuszczeniu bazy wrócił do niej z krótkim wyjaśnieniem, że "musi coś załatwić", a wcześniej w okamgnieniu wyleczył zranione plecy i ramię. Jego przyjaciel siadł więc w trawie, z zachwytem podziwiając wschód słońca. Zatęsknił za Banorą, otaczającą ją naturą, którą znał od dziecka, wspaniałymi jabłkami, matką… Jak to dobrze, że niedługo obaj dostaną przepustki.
Z rozmyślań wyrwały go czyjeś kroki. Instynktownie poderwał się na nogi, chwytając Buster Sworda.
- Też mi powitanie – westchnął Genesis.
Oczywiście. Cóż innego chciał on załatwić, jak nie odzyskać swój płaszcz? Idąc tutaj przewiesił go sobie przez ramię, teraz jednak rozłożył i zaczął mu się uważnie przyglądać. Odkrywszy, iż poły są całe podarte, westchnął ponownie i włożył go ku szczeremu zdziwieniu Angeala.
- Bo są jeszcze gotowi mnie nie rozpoznać – wyjaśnił.
Rzeczywiście, ktoś kto nie znał Genesisa mógł mieć z tym problem, bo aktualnie SOLDIER znajdował się w opłakanym stanie. Włosy nadal były szare, mundur w paru miejscach podarty i zakrwawiony… Angeal wyglądał lepiej, ale Genesis jakby dopiero co wrócił z samotnej wyprawy do Northern Crater.
- Odchorujesz to w domu, bo przypominam o zbliżającej się przepustce – pocieszył go, ale zaraz spoważniał - Ale muszę ci powiedzieć, że tym razem przesadziłeś. Byłem pewny, że już nie udajesz.
- Nie dramatyzuj. Przecież nam się udało - Genesis się zamyślił - Chociaż fakt, akurat nie miałem w planach tych tortur... zresztą to musiałem być ja, bo, jak przypominam szanownemu panu, beznadziejny z pana aktor.... I jednak wolałbym nie musieć tego ponownie powtarzać.
- Aż żałuję, że nie ma tu Sephirotha. Jego kazanie wybiłoby ci z głowy takie szalone pomysły.
- Hahaha, bardzo śmieszne. Wiesz, że…
Nie dokończył.
Nagle upadł na kolana, chwytając się za ramię. Poczuł dziwny, nieznany wcześniej ostry ból. Świat zawirował mu przed oczami.

...
Od nowa, co z nim zrobimy?

...
...

- Gen? Co ci jest?! – usłyszał głos Angeala.
Po sekundzie wszystko się skończyło, jak gdyby nic takiego nie miało miejsca. Genesis leżał w mokrej trawie, oddychając ciężko. Angeal pochylał się nad nim.
- C-co...? – znowu zabolały go plecy, a przecież je wyleczył.
- Przesadziłeś dzisiaj, ta rany musiały być poważniejsze niż się wydawało – powiedział Angeal.
- Wyleczyłem je – odparł niewyraźnym tonem.
Chciał wstać, Angeal niemal siłą zmusił go, żeby tego nie robił.
- Siedź tu i nie ruszaj się, dopóki nie przyleci airship – polecił i, choć niechętnie, poszedł sprawdzić czy z zakładnikami wszystko w porządku.
Genesis siedział zatem, cały czas masując sobie ramię i próbując zrozumieć to, co słyszał. W chwili bólu człowiek zawsze może mieć jakieś zwidy, jednak to obudziło w nich irracjonalny niepokój. Chciał go zbagatelizować, ale…
- Co ja się będę tym przejmował… – mruknął do siebie – Czy to pierwszy raz, jak coś mnie boli?
Dalej już nad tym nie rozmyślał, a przynajmniej próbował. Z ulgą spojrzał więc na nadlatujący airship.
Nareszcie koniec.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2019/03/30 19:50 #11801 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Przepraszam, że dopiero teraz, ale praca itp. -.-"

Rozdział VI – Czarne preludium

Słońce powoli acz nieubłagalnie zbliżało się do linii horyzontu, kiedy airship obniżył swój lot, ukazując dwójce SOLDIER znajomy widok Midgaru. W każdym Sektorze przynajmniej kilka budynków zamieniło się w ponure ruiny, przy których kręcili się ludzie, czy to rodziny czy urzędnicy szacujący wstępne szkody i straty. Takie gruzowiska stwarzały idealną okazję dla złodziei, zwykłych ludzkich hien żerujących na czyimś nieszczęściu. Gdzieniegdzie mogły się również niedobitki terrorystów i pojedyncze bestie. Będzie trzeba zwiększyć ilość patroli zanotował sobie w myślach Angeal, spoglądając na to wszystko. Sama ShinRa nie doznała większych zniszczeń, ponieważ, jak zdążyli się już dowiedzieć, Sephiroth zjawił się stosunkowo szybko i zdołał zatrzymać terrorystów w mieście. ShinRę czekało trochę pracy.
Zaraz po przybyciu airshipa Genesis pod czujnym okiem przyjaciela udał się do jednej z kajut, żeby trochę odpocząć, chociaż uparcie mówił, że tego nie potrzebuje i woli swoje własne łóżko niż twarde prycze. Mimo to doszedł do wniosku, że ta odrobina snu dobrze mu zrobi i próbował zasnąć, mimo to przez cały lot nie zdołał nawet się lekko zdrzemnąć. Zły, złożył to na karb swojego rozbudzenia przez wcześniejszy ból pleców oraz zwykłych emocji, które towarzyszyły walce. Nie miał też zbytniej możliwości wyjścia z kajuty, bo Angeal w każdej chwili mógłby go przyłapać i z powrotem do niej zagnać, tak więc większość drogi spędził na bezczynnym gapieniu się w sufit z żalem myśląc o pozostawionym w ShinRze Loveless. Pragnął mieć już za sobą złożenie raportu. Również ciągle dręczyła go ta tajemnicza wizja, czy raczej sam głos, to jedno zdanie… A może powiedział to któryś ze złapanych terrorystów? Mało prawdopodobne, zresztą wszyscy byli zbyt przerażeni obecnością Ifrita, żeby mówić coś bez pozwolenia... Nic tam, wyśpię się u siebie i do jutra zdążę o tym zapomnieć. Ale…
Ktoś zapukał do drzwi.
- Gen, możesz już wstawać! Za chwilę lądujemy! – usłyszał Angeala.
- Tak jest, panie kapitanie.
- Świetnie, że już ci lepiej, czekam przy wyjściu.
Głos Angeala ucichł.
Nie sądzę, Angeal, nie sądzę…
- Do licha, przestań! – skarcił się głośno, po czym wstał z łóżka i podszedł do iluminatora, żeby zobaczyć wyłaniający się z chmur Midgar.
Patrzył na niego jeszcze przez jakiś czas, jednak w końcu wolnym krokiem opuścił kajutę. Nie zwracał zbytniej uwagi na mijanych żołnierzy oraz obsługę statku, ale i tak kilka ładnych razy na ich twarzach części z nich dostrzegł niemałe zaskoczenie, które zapewne dotyczyło jego osobistego wyglądu, ale poza zwyczajowymi salutami nikt nic nie powiedział. I na ich szczęście, bo po minie Genesisa było widać, iż nie jest w najlepszym humorze.
Angeal stał już obok wyjścia, wydając jeszcze ostatnie rozkazy dotyczące zakładników.
- …tak, oddział Dasha ich zabierze. Hej, Gen – zwrócił się do niego – Jak tam drzemka?
- Nie najgorzej – odparł wymijająco, po czym zapytał cicho – Musimy teraz iść złożyć ten wstępny raport? Moim zdaniem dyrektor może spokojnie zaczekać do jutra.
- Mówisz tak niemal po każdej misji. Chodź, spotkamy się z Sephem i złożymy go razem. Nie rób takiej miny, niedługo odpoczniemy w Banorze, jedząc nasze ukochane jabłka, podziwiając uroki natury i nic nie robiąc przez tydzień - uśmiechnął się - No, chyba że zachce ci się pomóc przy zbiorach.
Genesis jednak milczał, patrząc na właz i czekając aż wreszcie zechce się otworzyć. W końcu ciepłe promienie zachodzącego słońca oświetliły im twarze i wyszli na zewnątrz, gdzie już czekał na nich komitet powitalny w zestawie dziesięciu 2nd Class, którzy natychmiast przejęli terrorystów. Pomimo stosunkowo dużej liczby pojmanych osób, nikt nawet nie przejawiał chęci jakiegokolwiek oporu. Obaj SOLDIER zaś od razu poszli do biura dyrektora Lazarda.
I, jak szybko się okazało, była to długa i męcząca droga.
- Jeśli jeszcze raz przyuważę, że ktoś robi do mnie dziwną minę, to zabiję… - wygrażał po drodze Genesis, co Angeal zbywał westchnieniami. Może by tak przekonać Lazarda, żeby przeniósł swoje biuro gdzieś bliżej? To byłby zupełnie nienajgorszy pomysł. Co pracownik, co szeregowiec, naukowiec, SOLDIER to zawsze to samo, co na pokładzie airshipa – pozdrowienie, a po chwili wielkie oczy. Jakby nigdy wcześniej nie widzieli powracających z ciężkiej misji SOLDIER 1st Class.
- Nie przejmuj się. Zobacz, zmienili plakaty ogłoszeniowe na ścianach – próbował odwrócić jego uwagę, lecz bezskutecznie - Jakby to powiedział Seph? "Kolejny dzień w pracy"?
- On by nic nie powiedział.
- Punkt dla ciebie.
Pod drzwiami biura stał z założony rękami Sephiroth, który najwyraźniej na nich czekał. Również wyglądał na zmęczonego, w końcu został ściągnięty prosto z Wutai i natychmiast wrzucony w wir walki. Angeal i Genesis znali go na tyle dobrze by wiedzieć, że nawet on nie ma czasem ochoty wykonywać rozkazów. A już jako jedyni wiedzieli, że najmniej lubi tę część swoich obowiązków, które dumnie noszą miano ochrony Prezydenta. W historii ataków na ShinRę agresorzy jeszcze ani razu nie przedarli się przez jego przyjaciół, więc sam był zmuszony siedzieć w super luksusowym gabinecie Prezydenta i nudzić się niemiłosiernie, wysłuchując nieskończonych wywodów o finansach, planach na przyszłość i przygód w młodzieńczych latach (i w które, szczerze mówiąc, Sephiroth kompletnie nie wierzył). Ale cóż, takie życie SOLDIER. Nie mogli liczyć wyłącznie na pasjonujące przygody.
Usłyszawszy kroki, srebrnowłosy podniósł głowę i skinął im na powitanie.
- Nareszcie jesteście z powrotem... Gen…? To ty? – zapytał niepewnie.
Nie minęła nawet sekunda.
- Angeal, trzymaj mnie, bo nie wytrzymam!

* * * * * *

- … brawo, cieszę się, że mogę wam złożyć te podziękowania – dyrektor był z nich naprawdę zadowolony. Uważne wysłuchawszy ich raportów, polecił złożyć ich pisemną wersję w przeciągu dwóch dni, co oznaczało dla nich, że mają tyle czasu na wypoczynek, zanim znowu dostaną coś do roboty. A biorąc pod uwagę nadchodzącą przepustkę, Genesis i Angeal w najbliższym czasie na pewno nigdzie nie wyjadą. Poza Banorą, oczywiście.
- Możecie odejść. Ach, byłbym zapomniał, Angeal, zostań na chwilę – poprosił.
Kiedy tamci dwaj wstali z krzeseł i poszli, Lazard wyjął z szuflady biurka niewielki plik dokumentów i podał go SOLDIER’owi. Angeal ze zdziwieniem stwierdził, że są to dane jakiegoś nieznanego mu 2nd Class. Zawierały one dokładne dane osobowe, profil psychologiczny, predyspozycje, wykaz udziału w misjach i preferowany rodzaj używanej materii. Tutaj była nawet krótka adnotacja o stylu walki, co nie było zbyt często, ponieważ niewielu SOLDIER wykształcało własny styl. Większość po prostu szlifowała umiejętności nabyte podczas szkolenia. Spojrzał jeszcze raz na dokumenty. Każdy SOLDIER posiadał coś takiego, ale dostęp do personaliów osób z 1st Class mieli tylko nieliczni, informacjami o pozostałych rangach operowano zaś wedle potrzeby. Na co mu czyjeś papiery?
Milcząc, zaczął czytać pierwszą stronę. Zachary Fair… lat 15… pochodzenie: Gongaga…
- Dyrektorze, po co pan mi to daje? – zapytał.
Lazard oparł brodę o dłoń, jak to miał w zwyczaju.
- Podczas nieobecności twojej i Genesisa jeden SOLDIER 2nd Class wykazał się zdolnościami, które przewyższają większość 2nd Class, nie wspominając już o 3rd. Jest nieco lekkomyślny, ale lubi walczyć i ma do tego talent, więc została wysunięta propozycja, aby zrobić z niego SOLDIER 1st Class.
Nowy SOLDIER? Szczerze wątpił, że to się powiedzie.
- Nie chcę niczego kwestionować, ale czy to rozsądny pomysł? W zeszłym roku również zgłoszono jednego, został awansowany, jednak… - urwał, gdyż przed oczami stanął mu obraz powracającego oddziału. Oddziału bez dowódcy, który został świeżo awansowany na 1st Class. Dla całej ShinRy był to jeden z mroczniejszych dni i coś, do czego chętnie wracali jej przeciwnicy, obracając śmierć człowieka w kpinę.
Zacisnął pięść. Nie dopuści do kolejnej tragedii.
- Nie możemy sobie pozwolić na kolejną pomyłkę.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Jesteście militarną elitą ShinRy, wasza trójka i nikt więcej i wiecie doskonale, co się dzieje, kiedy was nie ma, chociażby patrząc na niedawno minione wydarzenia. ShinRa potrzebuje więcej SOLDIER 1st Class, bo co jeśli kiedyś nie będziecie w stanie przybyć na czas?
- Nadal jednak uważam, że to zły pomysł. Przecież ten chłopak ma piętnaście lat!
Kryjąc zdenerwowanie, położył dokumenty na blacie.
- Niedługo skończy szesnaście – zauważył rzeczowo Lazard – Byłeś w podobnym wieku, kiedy dołączyłeś do armii. Wiem, że i ty i Genesis wykazaliście się niespotykanym talentem i nie potrzebowaliście żadnego specjalnego szkolenia. Przez to błędnie założyliśmy, że ostatni kandydat na SOLDIER 1st Class również tego nie potrzebuje, co skończyło się tragicznie. Ale z Zacharym Fair’em postąpimy inaczej, bo ty go wyszkolisz.
- Ja? - Angeal z niedowierzaniem spojrzał na dyrektora, który się lekko uśmiechnął.
- Tak. Tym razem ShinRa nie popełni tego samego błędu, ponieważ Fair będzie osobiście nadzorowany przez ciebie, i ponieważ właśnie ty jesteś najodpowiedniejszą osobą do tego przedsięwzięcia. Sephiroth bywa zbyt surowy i może skutecznie zniechęcić chłopaka, a priorytetem Genesisa jest szkolenie SOLDIER 2nd i 3rd Class w używaniu materii oraz testowanie tych nowo wynalezionych… i czasami trudno go zrozumieć – znacząco postukał palcem o pulpit - Nauczysz Faira rozsądku, którego mu nieznacznie brakuje, i tego, czym tak naprawdę jest walka jako SOLDIER.
- Dyrektorze… - zamilkł na chwilę, szukając właściwych słów – Doskonale pan wie, dlaczego nie mam zbyt wielkiej chęci…
- Jak sam to ująłeś: doskonale. A wiesz również, że podchodzi to pod niesubordynację? - westchnął ciężko - Również byłem ku temu przeciwny, ale tak brzmi rozkaz z góry i nawet my nie mamy wiele do powiedzenia w tej kwestii.
Angeal podejrzewał, że ShinRze przede wszystkim chodzi o podreperowanie nadszarpniętego wizerunku niż o faktyczną przyszłość tego dzieciaka. Kto wie, może Zachary Fair rzeczywiście udowodni, że ma odpowiednie kwalifikacje. Trzech SOLDIER 1st Class to zdecydowanie za mało.
- Zgodzę się, ale mam jeden warunek.
- Słucham.
- Jeśli uznam, że chłopak nie nadaje się do 1st Class, to poza mną nikt nie ma prawa go nominować. Inaczej nie podejmę się tego zadania.
Lazard roześmiał się.
- Przepraszam, Angeal, ale masz taką minę… przepraszam. Oczywiście, gdyby Zachary Fair zawiódł twoje i nasze oczekiwania, na pewno nie zostanie awansowany i poczekamy na kolejną obiecującą osobę. Jednak postaraj się, dobrze?
SOLDIER wstał.
- Tak jest.

* * * * * *

Genesis i Sephiroth oczywiście czekali na Angeala pod biurem dyrektora. Zarówno jeden, jak i drugi był tak zmęczony, że z trudem stał na nogach, ale uparcie nie dawał tego po sobie poznać. O tyle dobrze, że korytarzem przechodziło mało ludzi, więc nie musieli za często odpowiadać na pozdrowienia żołnierzy i cywili. W końcu rudowłosy dał za wygraną i oparłszy się o ścianę powoli usiadł na nieskazitelnie czystej posadzce. Zmianę pozycji przywitał z wielką ulgą, ponieważ plecy znowu zaczęły go boleć, chociaż niezbyt mocno. Zaklął w duchu. Jak tylko znajdzie się w swoim pokoju, to zaraz musi zdjąć mundur, żeby dokładnie zobaczyć plecy i porządnie je wyleczyć.
- Coś nie tak? – Sephiroth zerknął na niego z troską.
- Misja, ukończenie jej, przemożne zmęczenie – tu stłumił ziewnięcie – i przemożna chęć pójścia do łóżka, jakby to powiedział wzorowy SOLDIER.
- Wzorowy SOLDIER z pewnością to zrozumiał.
- A kto powiedział, że TY jesteś wzorowy?
Sephiroth pozostał niewzruszony.
- Gen… chyba kończą – powiedział – Słyszysz?
- Wzorowy SOLDIER nie podsłuchuje kolegów i przełożonych, prawdę mówiąc nawet nie ma ku temu większej ochoty – zamknął oczy i sam zaczął słuchać – No co? Dyrektor się śmieje, ale równie dobrze może to oznaczać co innego.
- Na przykład?
- Tego ci nie powiem.
Po sekundzie z biura wyszedł Angeal z wyrazem rozgoryczenia na twarzy. Zobaczył, jak jego dwaj przyjaciele kłócą się w najlepsze i westchnął.
- Przestańcie już, proszę was… idziemy stąd? – zaproponował.
- Nareszcie! – ucieszył się Genesis, zrywając się z podłogi i udając, że nie słyszy słów Sephirotha "A nie mówiłem?".
Cała trójka zgodnie ruszyła w drogę do swoich kwater na zamkniętym dla osób z zewnątrz oraz mniej znaczących pracowników piętrze. Przyjaciele zaraz zauważyli zły humor najmłodszego z nich. Odczekali jednak aż dotrą na piętro, żeby tam móc w spokoju porozmawiać. Drogę przebyli więc w irytującej ciszy, toteż od razu jak znaleźli się u celu Genesis osaczył czarnowłosego.
- No, Angeal, a teraz mów, o co chodzi!
Ten nie odpowiedział natychmiast, lecz uznał, że lepiej będzie, jak dowiedzą się o tym od niego.
- Mam osobiście wyszkolić nowego 1st Class, co mi się kompletnie nie podoba – powiódł po nich wzrokiem, ciekaw jak zareagują.
Niecodzienna wiadomość poskutkowała. Sephiroth również się zachmurzył, a Genesis spojrzał na niego podejrzliwie i tylko w sobie wiadomym celu wyjął z kieszeni płaszcza jedną materię. Angeal miał nadzieję, że ta materia nie zostanie użyta w najbliższym czasie… szybko zrelacjonował im całą rozmowę z dyrektorem. Pominął jedynie powody, dla których to oni nie będą mogli zająć się nowym. Grunt to przezorność.
- I, jak powiedział Lazard, ten chłopak ma "zdolności"? Już ja to widzę... – prychnął rozeźlony Genesis, po czym materia delikatnie zalśniła i nad jego dłonią pojawiły się małe języki ognia, które jak dla zabawy przeskakiwały mu między palcami - Może jeszcze nagłośnią to w mediach, żeby było ciekawiej?! Wystarczy, że dzieciak pochwali się swojemu oddziałowi i zaczną się kłopoty.
- Wspomniałem o... incydencie... ale są to rozkazy z góry.
- Skoro sam Prezydent tak mówi, to zapewne ma rację i powinniśmy uszanować jego zdanie. Ale to i dobrze, że będzie ktoś nowy… – pokiwał głową Sephiroth – Gen, przestań bawić się materią, bo to niezgodne z regulaminem.
Zręcznym ruchem zabrał Genesisowi materię, ale mimo to płomyki nie zgasły. Sephiroth przyjął ten fakt z pewną dezaprobatą.
- Ale wracając do tematu, powinieneś, Angeal, dokładnie przemyśleć plan jego szkolenia zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.
- Co tyczy zaś treningu magicznego, to sądzę, że nasz mały szczeniaczek również będzie zdany na ciebie. Ewentualne konsultacje ze mną jednak mile widziane tudzież wprost wymagane – Genesis zgasił w końcu płomyki, dzięki czemu Sephiroth oddał mu materię.
- "Szczeniaczek"? Zawsze chciałem mieć psa – Angeal wreszcie się śmiał. Pozostała dwójka dołączyła do niego.
Kiedy skończyli, srebrnowłosy ziewnął.
- W porządku, chodźmy wreszcie spać, pogadamy jutro.
- Czyżbyś był aż tak wyczerpany, iż nawet nie starcza ci sił na wyobrażanie sobie młodego Zacka Faira, przyszłego znamienitego SOLDIER 1st Class, pokonującego cię w straszliwej walce?
- Gen, dałbyś już spokój…
- … bo przecież nikt i nic jest w stanie nas pokonać. Oczywiście, poza faktem, że ja mógłbym z łatwością przejąć tytuł "Wspaniałego Sephirotha".
"Wspaniały Sephiroth" wyglądał na zirytowanego, a na jego twarzy zagościł groźny uśmiech, który nigdy nie zwiastował niczego dobrego.
- Chcesz się przekonać? – w jego słowach można było usłyszeć nutkę samozadowolenia, jednak Genesis nie dał zbić się z pantałyku.
- Radziłbym nacieszyć się tymi ostatnimi dniami, zanim twój tytuł przejdzie na mnie. Gdzieś tak… – urwał i spojrzał na Angeala, który nagle zaczął udawać, że ich nie zna – Kiedy wracamy z Banory?
- Wyjeżdżamy pojutrze i wracamy w przyszły wtorek.
- Zapewne potem od razu nas gdzieś wyślą… Jak nic się nie zmieni to, za dwa tygodnie w sali VRS, zgoda?
- Zgoda.
Po czym cała trójka w różnych nastrojach rozeszła się do swoich pokoi.

* * * * * *

Nareszcie u siebie.
Genesis zamknął za sobą drzwi i z przyjemnością rozejrzał się po swoim pokoju.
Jego pokój (i, naturalnie, pokoje jego przyjaciół) był całej ShinRze jedyną przestrzenią, do której dostęp miał tylko on i osoby z jego pozwoleniem. Składał się z trzech pomieszczeń: łazienki z prysznicem, przestronnego salonu, czy raczej pokoju dziennego, oraz znacznie mniejszej sypialni, która mieściła w sobie łóżko, biurko i szafę na ubrania.
Salon miał sporo wspólnego z normalnym pojęciem salonu, ale chociaż panował w nim idealny porządek, znajdowały się dwa czarne skórzane fotel i kanapa, ściany lśniły śnieżnobiałą bielą, na jednej szafce w równych rzędach stały ramki ze zdjęciami Angeala i Genesisa z dzieciństwa, a także przedstawiające ich już jako SOLDIER wraz z Sephirothem, i trzy regały po brzegi wypełnione książkami, to reszta wyposażenia mogła budzić co najmniej lekkie zdziwienie. Jednak dla SOLDIER 1st Class stanowiło to normę. W kącie pokoju stała bowiem bardzo duża metalowa skrzynia, zupełnie nie pasująca do reszty i na oko zdolna pomieścić szczupłą osobę. Skrzynia ta zawierała wszystkie materie Genesisa, zarówno te podstawowe, jak i wysoce zaawansowane, czy wręcz nie dopuszczone do użytku ogólnego z racji swojej mocy. Nie trzeba było się obawiać, że ktoś ją ukradnie albo zwinie jej cenną zawartość, ponieważ chronił ją mocno skomplikowany zamek, który mógł otworzyć tylko i wyłącznie Genesis. Poza tym skrzynię specjalnie zaprojektowano tak, aby jej dno było scalone z samą podłogę, więc normalny człowiek nawet nie zdołałby jej poruszyć czy przenieść. Proste, a genialne zabezpieczenie.
Nad szafką ze zdjęciami równolegle do siebie wisiały dwa standardowe miecze 2nd Class, których dawniej używał, jeden w stanie niemalże idealnym, zaś drugi był pęknięty, krawędzie miał wyszczerbione i brakowało czubka ostrza. Miecz ten pochodził z najcięższej walki Genesisa jako SOLDIER 2nd Class i o mało nie przypłacił jej życiem… uratowała go jedynie własna wytrwałość i fakt, że przeciwnik był wolniejszy od niego. Nowszy miecz miał przy sobie w dniu nominowania go na 1st Class, a potem otrzymał już Rapier, broń stanowiącą najprawdziwsze arcydzieło pod każdym względem. Stare miecze zamiast do przetopienia bądź oddania, trafiły na ścianę, stając się ważną dla rudowłosego pamiątką. Sam Rapier posiadał specjalny stojak, który stał przy wejściu do sypialni.
Sprawnym krokiem poszedł do sypialni, po drodze odstawiwszy Rapier, i zostawił tam płaszcz. Obejrzał go raz jeszcze i mile doszedł do wniosku, że jego stan nie jest aż tak przerażający, jak początkowo uznał. Owszem, był brudny, miał podarte poły, ale spokojnie mógł to sam naprawić. Ucieszył się, bo nie lubił oddawać swojej ulubionej części garderoby obcym ludziom.
Wrócił do salonu, gdzie w skrzyni schował używane w czasie misji materie, wyjął Full-Cure oraz Remedy i poszedł do łazienki. Tam szybko zdjął górną część munduru, niecierpliwie szarpiąc za paski magnetyczne do miecza, czy raczej jeden, bo drugi był już wcześniej zerwany, po czym bezceremonialnie rzucił je na podłogę. I tak mundur nadawał się już tylko do wyrzucenia. Podszedł do lustra i przez moment patrzył apatycznie na samego siebie. W airshipie nie miał lustra, więc dopiero teraz mógł zobaczyć, jak prezentowały się jego włosy. Niemal jęknął. Włosy nie były szare, a najprościej rzecz ujmując białe niczym wapno, gdzieniegdzie tylko przeświecały rude pasemka. Ten kolor kompletnie do niego nie pasował. Przypomniał sobie, jak mówił do Angeala, że wygląda jak Sephiroth po wizycie u fryzjera. I wyglądał. Naraz potrząsnął głową. Tak, prysznic i do łóżka, ale zanim to nastąpi…
Odwrócił się, by zobaczyć plecy.
- Co…? – zamarł.
Zaczynając od lewej łopatki w dół, przez jego plecy ciągnęła się długa, jasna blizna. Swój koniec miała mniej więcej w ich połowie, była idealnie równa, bez brzydkich szarpanych brzegów, nic, zupełnie, jakby ktoś ją tam narysował. Genesis z wahaniem wyciągnął rękę i delikatnie dotknął blizny, która od razu lekko go zapiekła. Nie była twarda, jak się spodziewał, ale miękka jak skóra i nieznacznie wypukła. Dziwne, przecież ci ochroniarze cięli go zupełnie inaczej… nie zastanawiając się dłużej, sięgnął po magię. Błysnęło i… blizna nadal tam była.
Materia cicho uderzyła o kafelki łazienki.
- To jakiś żart?! – sapnął zdumiony Genesis, obracając się na wszystkie strony.
Przecież ta materia jest najsilniejszą materią lecząca, jaka istnieje! Leczy wszystko to, co jest niezgodne z ciałem i je uszkadza, na przykład krwotoki, złamania… może jestem zbyt zmęczony? Nie… Podniósł materię i użył jej jeszcze raz, lecz również bez skutku. Czyli niby to tak ma być? Blizny nie są naturalną częścią ciała! I to do tego te bolesne! Nacisnął ją nieco mocnej. Aż krzyknął cicho z bólu. Iść z tym? Jakoś jednak nie miał ochoty pójść poprosić któregoś z naukowców o pomoc, bo prawdę mówiąc trochę obawiał się ich orzeczenia. Mogliby go wysłać na jakieś bolesne testy, a stamtąd nawet do Hoja, a każdy słyszał o jego dziwnych skłonnościach do znęcania się nad obiektami badań, nieważne czy byli to ludzie, czy zwierzęta. Dlaczego mako w ciele SOLDIER’a 1st Class nie jest w stanie usunąć czegoś takiego? Tak, z pewnością bardzo by to ich wszystkich zainteresowało… Wiedział, że ani jeden SOLDIER nie żadnej blizny właśnie dzięki mako. Będę wyjątkowy. Ale poważnie, co robić? myślał gorączkowo Nie, nie będę zawracał nikomu głowy. Zaczekam do jutra, jak nie zniknie, to jeszcze raz użyję Full-Cure. Jeśli nie zadziała… to wtedy pomyślę.

* * * * * *

Pamiętał, że długo przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, a kiedy mu się to udało… Szczęśliwie nie mógł później przywołać dręczących go wtedy snów, dziwnych i niepokojących. Chociaż było to jedynie kilka bezsensownych szczegółów jak czyjeś krzyki, zamazane sylwetki, ogień, Rapier przecinający powietrze i uderzający o ziemię. I tłum niemych ludzi o pustych oczach, z których każdy miał jego twarz. I wreszcie czerń, która zabrała to wszystko.
Poza lękiem.

* * * * * *

- Gen, śpisz? – z oddali dobiegł go głos Angeala.
Pokręcił głową na te słowa i wbił wzrok w stojący przed nim kubek kawy. Siedział w stołówce SOLDIER. Było już dobrze po dziewiątej i wszyscy poszli do swoich zajęć. Dla ścisłości: prawie wszyscy. On, Angeal i Sephiroth, korzystając z przywileju jakim jest ukończenie arcytrudnej misji, wstali znacznie później niż zazwyczaj i dzięki temu mogli w ciszy i spokoju zjeść śniadanie. Mimo to Genesis nie czuł się w pełni wypoczęty. Blizna nadal zostawała, nieważne ile razy sięgał po magię (a od rana użył jej niemało, więc już przy śniadaniu był lekko znużony). Kompletnie nie wiedział, co robić, ale nikomu o tym nie wspomniał, nawet przyjaciołom.
- Właśnie mówiłem, że to dość nietypowe widzieć cię jedynie w samym mundurze – powiedział Sephiroth.
Ach, o to im chodziło.
- Nie zdążyłem go rano naprawić – odparł – Ale gwarantuję, iż wieczorem ujrzysz go ponownie.
- Dobrze wiedzieć – uśmiechnął się Sephiroth.
- Zresztą ty też jesteś bez, ale ja przynajmniej mam tyle godności, że nie paraduję z nagim torsem.
O dziwo, Sephiroth zrobił się czerwony na twarzy i nic na to nie odpowiedział, tylko wrócił do jedzenia. Genesis dopił szybko kawę i wstał od stołu.
- Już idziesz? – zapytał Angeal.
- Tak, mam trochę roboty przed wyjazdem. Wiecie, płaszcz, raport, muszę jeszcze coś załatwić na mieście…
- A czy ma to może związek z pewnym klubem czy czymś innym?
To go zirytowało.
- Angeal, lepiej już zacznij pisać swój raport, bo znowu ledwo zdążysz. A ty, Seph, zacznij wreszcie wkładać mundur, jak wychodzisz do ludzi. Idę.
Kończąc rozmowę, szybkim krokiem wyszedł ze stołówki. Zdążył jednak usłyszeć szept Sephirotha.
- Chyba ktoś tu wstał lewą nogą…
Głośno trzasnął drzwiami.

* * * * * *

Full-Cure błyskało raz za razem, ale z tym samym efektem, co na początku. Remedy też nic nie zdziałało. Gorzej, kiedy Genesis patrzył w lustro, miał wrażenie, że blizna była nawet wyraźniejsza niż wczoraj. Ze złością włożył więc mundur i wziął się za naprawę płaszcza. Dzięki temu odprężył się i mógł w spokoju pomyśleć nad tym, co zaszło wczoraj. I rano. Pożałował, że przy śniadaniu był taki nieprzyjemny… musi im powiedzieć, o co chodzi.
Skończywszy z płaszczem, natychmiast narzucił go na siebie, rozkoszując się jego dotykiem. Niby trwało to krótko, raptem jedną misję, ale naprawdę mu go brakowało. Zupełnie jak starego przyjaciela. Postanowił, że jak tylko napisze raport, to zaraz do nich pójdzie.
Przeszedł przez salon, wszedł do sypialni, chcąc od razu zacząć pisać. Siadając na krześle znowu go zabolało. Miał już tego szczerze dosyć, bo przez to czuł się jak jakiś dziadek z reumatyzmem. Nie wstał jednak, tylko zabrał się do pracy. Nigdy nie lubił składania raportów, ale, niestety, taka była cena bycia SOLDIER. Wkrótce praca całkowicie go pochłonęła i zapomniał o problemie z plecami.
Po kilku godzinach mógł z satysfakcją stwierdzić, że skończył, bo na biurku spoczywał plik kartek ze szczegółowo opinanym przebiegiem misji. Cóż, nie do końca szczegółowym, ponieważ umyślnie pominął to osłabnięcie tuż przez przylotem airshipa ShinRy. Nie miał ochoty, aby każdy o tym wiedział.
Zanim opuścił pokój wyjął z szuflady biurka swój egzemplarz Loveless. Z nagłym poczuciem winy przypomniał sobie, że nie tknął go od niemal tygodnia, bo zapomniał zabrać książkę na misję. Chociaż może i dobrze się stało, ponieważ mogło coś jej się stać, a tego by nie zniósł. Delikatnie przejechał palcem po nieznacznie wytartej okładce i otworzył książkę. Jego wzrok o padł na pierwsze dwa wersy trzeciego aktu: "Mój przyjacielu, czy odlecisz stąd teraz? / Do świata co czuje odrazę do ciebie i mnie?".
- "Odrazę do ciebie i mnie…" Nie, Bogini, nigdy tak nie będzie – wyszeptał cicho – Niedługo ujrzysz mnie jako bohatera, nikogo innego.
Zebrał kartki i poszedł zanieść dokumenty do dyrektora. Ten pochwalił go, że złożył je tak szybko (Sephiroth i Angeal jeszcze ich nie przynieśli) i życzył mu miłego wyjazdu do Banory. Genesis zbył milczeniem słowa Lazarda, kiedy ten powiedział, że jego rodzice z pewnością są dumni z faktu posiadania w rodzinie SOLDIER 1st Class i to własnego syna.
Po wyjściu od dyrektora natychmiast ruszył szukać przyjaciół, jednak nic z tego nie wyszło. Nie znalazł ich w ich pokojach ani w pobliżu kwater. Na próżno chodził po korytarzach w nadziei, że się na nich natknie, ale nigdzie nie było widać śladu ani Angeala ani Sephirotha. Zawędrował na 49 piętro, znane jako piętro SOLDIER, lecz i tam nikt ich nie widział. Na bezowocnych poszukiwaniach minęły mu dobre dwie godziny. Wreszcie jakaś przypadkowo napotkana pracownica z Departamentu Rozwoju Miejskiego poinformowała go, że przed południem widziała Generała Sephirotha i Generała Hewley’a, jak wychodzili do miasta. Dodatkowo Generał Hewley zabrał ze sobą jednego z SOLDIER 2nd Class. Genesis skwitował to westchnięciem…
Dowiedziawszy się, gdzie są i zapewne nie wrócą przez parę najbliższych godzin, Genesis nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Ochota pójścia do miasta zdążyła już mu przejść, a poza tym nie zaplanował sobie nic innego do roboty. Krążył jeszcze trochę po korytarzach, ale kiedy minął się z profesorem Hojo i jego współpracownikami i usłyszał nieprzyjemny śmiech naukowca, poszedł do swojego pokoju. Zabrał część swoich materii, chcąc przynajmniej wykorzystać wolny czas na trening.
Do jego ulubionej, bo rzadko uczęszczanej sali treningowej, miał dość długą drogę, ponieważ było to pierwsze z takich pomieszczeń i znajdowało się na 29 piętrze (które samo w sobie było mało używane, nie licząc paru porozsypywanych po nim biur niższych urzędników). Z czasem powstały nowe, już na 49 i 50 i z nowoczesnymi systemami VRS, ale ta pojedyncza sala nadal istniała, jednak poza nim mało kto tam przychodził. Dzięki temu mógł w spokoju trenować, a już zwłaszcza magię i wymyślać nowe zastosowania materii. Sama sala nie wyglądała zbyt szczególnie. Po prostu duża, jasna i przestronna, wysoko w górze tkwiły nawet solidne belki podporowe, a w jednej ze ścian zamontowano lustra, co Genesis uważał za marnotrawstwo pieniędzy, bo łatwo można było je stłuc. Jednak do tej pory jeszcze nigdy mu się to nie zdarzyło.
Zamknął za sobą drzwi. Kilka materii zostawił w małej skrzyneczce koło wejścia, by czekały na swoją kolej.
Wyszedł na środek sali i zaczął przyzywać magię. Po chwili zatańczyły niewielkie kule ognia, które niczym posłuszny wąż wiły się dookoła niego, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Wyprostował rękę i kule pomknęły ku górze, wdzięcznie rozpadając się na jeszcze mniejsze i stopniowo gasnąć.
Nadeszła pora na jeden z silniejszych ataków magicznych Genesisa, który odkrył jeszcze jako 3rd Class, a który cały czas udoskonalał. Szybkim ruchem obu rąk sprawił, że z marmurowej posadzki wyłoniły się piękne lodowe kwiaty, każdy wielkości mniej więcej małego drzewka. Mimo lat ćwiczeń nadal patrzył na błękitne płatki z zachwytem, a także z pewnym podziwem dla samego siebie. I już po tej krótkiej chwili, niczym malarz poprawiający nieudaną smugę, posłał w nie niewielkie, lecz liczne kule ognia. Kwiaty momentalnie rozprysły się na miliony ostrych kawałków lodu, lecących we wszystkie kąty sali. Genesis użył bariery, więc i on i samo pomieszczenie wyszli bez szwanku, Uśmiechnął się z zadowoleniem na myśl o wrogach wobec których zastosuje ten atak. Ogłoszą go bohaterem dorównującym Sephirothowi. Tak będzie, bo pragnie by to marzenie ujrzało światło dnia.
Zerknął na rozsypane po podłodze resztki lodu i leniwym gestem nakazał płomieniom je stopić. Odwrócił się od gorącej pary i poszedł wziąć następne materie. Może potrenowałby teraz błyskawice… Nie, dawno nie przyzywał żadnych silniejszych Summonów, a nigdy nie wiadomo kiedy będzie trzeba wezwać na pomoc Odina czy Phoenixa.
Dzięki temu, że sala była bardzo przestronna i wysoka, mógł przywołać ognistego ptaka. Mocno trzymając materię w dłoni postanowił, że każe mu zjawić się i stopić kilka przeoczonych kawałków lodu. Wiedząc z doświadczenia, iż Phoenix nie jest łatwy do kontrolowania i często z początku lubi stawiać opór, stanął w lekkim rozkroku i zaczął przywoływać magię.
Wtedy to się stało.
Gdzieś z tyłu pleców poczuł lekkie szarpnięcie, które początkowo zignorował. Po krótkiej chwili znowu to poczuł. Czuł jakby coś rwało go od środka, jakby coś tam było i usilnie chciało się wydostać. Naraz ból eksplodował z olbrzymią siłą, materia z cichym brzdęknięciem spadła na podłogę, kiedy przez lewe ramię przebiegł gwałtowny skurcz. Przejechał dłonią po plecach. Zobaczył ciemny płyn spływający po palcach o znajomej, metalicznej woni. Krew.
- C-co się dzieje…?
Ból był coraz mocniejszy, rwał i szarpał jego całym ciałem. Zachwiał się i runął na ziemię, zwijając konwulsjach, na czole zaperlił się pot. Próbował się poruszyć, ale nie mógł. Krzyk uwiązł mu w gardle, był przekonany, że zaraz odgryzie sobie język. Naraz cały jego świat skupił się na straszliwym bólu, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczył.
- Angeal… Seph… k-ktokowiek… – nie miał siły, by wezwać pomoc.
Umrze, umrze i to będzie koniec jego marzeń. Zapomną o nim, skona sam bez świadków. Tracił ostrość widzenia, oślepiony potężnym bólem miotał się z boku na bok, na wpół świadom, że coś rozrywa mu plecy.
Rozrywa plecy.
Stracił przytomność.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2019/05/03 09:51 - 2019/05/03 09:52 #11809 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
(szczerze mówiąc, to ten rozdział powinien być ostatnim, ale ponieważ był bardzo długi, to dla Waszej wygody podzieliłam go na dwa mniejsze)


Rozdział VII – Najmroczniejszy ze snów




Niestety, nie wyszło. Musimy zaczynać od nowa. Ale co z tym zrobimy?

- Angeal? Sephiroth?


Nieudany. Niepowodzenie. Puśćmy to coś w niepamięć.

- Proszę…


Chcecie zabić dziecko?
Przecież nie musimy tego zabijać. Zawsze można to gdzieś oddać...
Ukryć…


- Czy ja…


Ale kiedyś może to wyjść…
A co znaczy kolejny błąd w tej porażce?


Jest niczym.




Leżał na brzuchu, czując pod sobą chłód nieprzyjemnie zimnej posadzki. Ból dziwnie złagodniał, jedynie lekko pulsował. Poczuł w ustach słodki posmak i zobaczył, że cała podłoga wokół niego jest we krwi. Jego krwi, nieśpiesznie skapującej mu znad ramienia. Spróbował wstać, ale był zbyt osłabiony. Jak przez mgłę widział stojące przy drzwiach pudło z materiami, wśród których schował również tą uzdrawiającą. Tak daleko…
Wypluł krew, która naleciała z rozgryzionej wargi i przymknął ze strachu oczy. Bał się tego, co się stało. Nie wiedział, nie rozumiał, dlaczego to się stało. I co w ogóle się stało. Po chwili dotarło do niego, że nie czuje pleców. Powoli otworzył oczy i delikatnie poruszył głową, by sprawdzić czy aby nie jest sparaliżowany. Nie był. Ostrożnie uniósł się na łokciach, ignorując jednoczesne silne ukłucie bólu. Nagle coś zsunęło mu się z włosów, łagodnie musnąwszy go po policzku.
Pióro. Czarne jak smoła pióro. Skąd się tutaj wzięło?
I wtedy to ujrzał.
Naprzeciwko niego znajdowało się jedno z luster. Zobaczył siebie, leżącego na podłodze z potarganymi włosami, strachem w oczach, mnóstwem krwi dookoła i…
Skrzydłem. Wielkim, czarnym i zakrwawionym skrzydłem. Wyrastającym wprost z jego pleców i uniesionym lekko ku górze.
Zamarł.
- To... to jest tylko sen… prawda? – wargi same sformułowały słowa.
Niezdolny do jakiejkolwiek reakcji patrzył na lustrzane odbicia piór, spływającą z nich krew i jakąś bezbarwną ciecz. Dalej nie odwracał głowy w kierunku tego prawdziwego, nie lustrzanego. Czuł ciężar tego czegoś, co sterczało mu z pleców i zaczynało już powoli wysychać. Ale nie mogło być prawdą. Po prostu nie mogło.
Zakrył oczy prawą dłonią, gdyż całe lewe ramię nadal odmawiało mu posłuszeństwa. Był… co to w ogóle miało znaczyć? Zaraz… to jakiś głupi żart? A może jednak naprawdę sen? Zaczął się śmiać. Po chwili przestał.
Krew i ból były aż nadto prawdziwe.
Ale skrzydło? Skąd niby miałoby być u niego skrzydło? Przecież to niedorzeczne.
- Genesis, zaraz się obudzisz, tak, obudzisz, zaraz obudzisz – powtarzał.
Lecz nadal tam leżał, nadal w kałuży krwi i piór, nadal wpatrzony we własne odbicie. Rósł tylko poziom przerażenia.
Jakby lustro mogło kłamać. Tylko dlaczego obraz stawał się coraz mniej wyraźny?
Genesis zorientował się, że nie może dłużej zwlekać. Rozcięcie… czy to dobra nazwa?... wciąż obficie krwawiło, kręciło mu się w głowie, zaczynał gorzej widzieć. Resztką sił dźwignął się na kolana. Dotkliwie odczuł, jak skrzydło zmieniło swoją pozycję, ale wolał na nie nie patrzeć. Potem wstał, całym ciężarem opierając się o lustro. Oddychał z wielkim trudem, ponieważ wstając odkrył, że złamały mu się z dwa, może trzy żebra, najpewniej z winy skrzydła. Powoli, straszliwie powoli doszedł do pozostawionych materii, zostawiając za sobą krwawy ślad na podłodze i lustrze. Chwycił pierwszą z nich. Przez jeden straszliwy moment myślał, że nie da rady tego wyleczyć, tak jak blizny… której już nie ma… Cure rozbłysła łagodnym światłem. Syknął i natychmiast zgiął się wpół z bólu, czując jak rozerwana skóra zaczęła się zrastać dookoła skrzydła, podobnie żebra.
Kiedy przepływ magii ustał, spojrzał za siebie.
Wyglądało to jeszcze bardziej przerażająco niż w lustrze. Spod rozdartego materiału widać było wyrastającą z barku silną podstawę skrzydła, okoloną niewielkimi piórkami, które dalej były już coraz większe i większe. Czarne jak bezgwiezdna noc, wyglądało na silne. Przez krótki moment nawet się zastanawiał, czy byłoby zdolne do lotu… Nie żartuj… Mimo wszystko poczuł się lepiej po użyciu Cure. Jednak zaraz dotarł do niego cały absurd sytuacji. Od kiedy to u SOLDIER wyrastają skrzydła?! To ani trochę nie podchodzi pod skutki uboczne mako w organizmie! Więc skąd…? Obrócił się i skrzydło łagodnie zaszeleściło. Na szczęście zostawiłem płaszcz na krześle… Nawet na swój sposób jest wcale… Nie, skup się! Kompletnie nie wiedział, co robić – wyjdzie z sali i co? Wzbudzi jeszcze większe zdziwienie niż wczoraj. I nie było co to tego najmniejszych wątpliwości, iż niezwłocznie trafi w ręce naukowców. A może i wyrzucą go z SOLDIER, wróci do Banory, pozostanie tam do końca życia, a ludzie zapamiętają go jako dziwadło. Albo zamieszka na jakimś pustkowiu i zostanie zupełnie zapomniany. Bogini, dopomóż… A Angeal, Sephiroth? Jak zareagują na jego widok? Nikt normalny by nie uwierzył, że skrzydło pojawiło się samo z siebie w trakcie treningu. Nie, nikt nie może o tym wiedzieć. Ale jak mogę stąd wyjść, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi? Spojrzał na makabryczne ślady krwi i porozrzucane pióra, po czym za pomocą magii szybko je zmył. Zamroczyło go przed oczami. Magia mogła zamknąć rany, ale nie miał już siły na nic więcej. Musiał odpocząć.
Nagle usłyszał czyjejś kroki.
Nie, nie, nie! Ktoś tu szedł. Tak z pewnością tu, bo piętro było niemal opuszczone. Ktoś go szukał.
Ogarnęła go panika.
Rozejrzał się. Nie miał ani gdzie się ukryć ani uciec, gdyż wyjście było tylko jedno, a ten ktoś zdążyłby go zauważyć. Spojrzał w górę: ciekawe, czy dałby radę wskoczyć na belki pod sufitem. Nie, teraz był na to zbyt słaby.
- Cholera, zaraz tu będzie! – w rozpaczy machnął mocno ręką.
W następnej chwili poczuł na twarzy silny powiew, jego ciało gwałtownie poderwało się i ze zdumieniem zobaczył, że jego stopy są oddalone od podłogi o kilka dobrych metrów. Miarowo unosił się to w górę, to w dół, ale nadal pozostawał mniej więcej w tej samej pozycji.
Latał.
- Cóż to za obłęd? – jęknął.
Skrzydło łagodnie uderzało w powietrzu, co było dla niego dość osobliwym uczuciem. Zrozumiał jednak, że w tej chwili było to najlepsze, bo jedynie, wyjście. Ale jak on to zrobił? Ponownie machnął ręką, w nadziei, że poleci jeszcze wyżej, ale nie zadziałało. Powtórzył gest, bezskutecznie. Zaraz, jeśli to… to skrzydło jest częścią mnie, to powinno… no rusz się! skupił się na skrzydle, za wszelką ceną chcąc nim poruszyć. Drgnęło.
- No dalej! – i nieco niezgrabnie, lecz poleciał ku belkom. Nie zdążył jednak wyhamować i uderzył o ścianę, po czym chwycił jedną z belek i wciągnął się na nią. Odniósł dziwne wrażenie, że wygląda jak jakiś dziwaczny ptak na swojej żerdzi… Ze skrzydła wypadło jedno pióro, które łagodnie zaczęło opadać ku dołowi. Zaklął. Jeszcze tego brakowało. Nie zdążył go złapać, więc szybkim gestem zamienił je w popiół. Niechętnie popatrzył na skrzydło w obawie, czy aby nie wyleci z niego kolejne pióro, mogące zdradzić jego kryjówkę. Na szczęście nic takiego nie zauważył, więc skupił swoją uwagę na zbliżających się krokach. Odwracając swój wzrok ku drzwiom ze zgrozą spostrzegł, że na krześle został jego… płaszcz. A obok niego skrzynka z materiami.
Nie miał już czasu, aby się po nie wrócić. A może i by miał z tym skrzydłem, ale wolał nie ryzykować. W duchu błagał Boginię, żeby ten ktoś tylko zajrzał i od razu sobie poszedł. Albo żeby wcale tu nie wchodził. Serce biło mu jak szalone.

* * * * * *

- Piętro 29… jedyna sala treningowa… - mamrotał pod nosem czarnowłosy chłopak, mijając kolejne drzwi. Trochę się śpieszył, bo zależało mu na jak najsprawniejszym wykonaniu swojego pierwszego zlecenia otrzymanego od SOLDIER’a 1st Class. Co z tego, że było nim zlokalizowanie innego SOLDIER 1st Class?
Był z siebie bardzo zadowolony, chociaż miał lekkie obawy przed spotkaniem z poszukiwanym SOLDIER, powszechnie znanym z tego, że nie znosił, kiedy ktoś mu przeszkadza. Ale musiał go znaleźć.
- To tutaj! – ucieszył się i mocno pchnął drzwi.

* * * * * *

Genesis patrzył z góry, jak drzwi otwierają się i do pomieszczenia wchodzi jakiś SOLDIER 2nd Class. Na oko miał z piętnaście, szesnaście lat, był wysoki o solidnej budowie ciała. Zwykły uniform, zwykły miecz… Jeden z wielu, niczym nie wyróżniających się SOLDIER.
Co ty tu robisz? pomyślał.
- Generale Rhapsodos, sir? Jest tu pan, sir? – rozejrzał się niepewnie - Generał Hewley kazał mi pana poszukać…
W tym samym momencie Genesis zrozumiał, kim on jest.
Bogini, przecież to ten "przyszły 1st Class"… Nie, tutaj mnie nie ma, idź stąd! patrzył to na chłopaka, to na skrzydło I żadnych piór, błagam…
Jednak Zachary Fair nie wyszedł, tylko stał, jakby chciał na niego poczekać. Po chwili podszedł do krzesła, na którym niewinnie spoczywał pozostawiony płaszcz i materie. Genesis ze swojej kryjówki nie mógł dojrzeć wyrazu twarzy Faira, ale westchnienie, które usłyszał, niezaprzeczalnie było westchnieniem z podziwu. No cóż, nie każdy posiadał takie wysokopoziomowe materie… Ale błagam cię, idź już do Angeala!
Wyglądało na to, że Bogini wysłuchała próśb Genesisa, bo chłopak po zakończeniu swoich zachwytów jeszcze raz rozejrzał się po sali i wyszedł.
Genesis poczekał aż kroki ucichną. Ku jego zdumieniu trwało to bardzo długo, zdecydowanie za długo, nawet wziąwszy pod uwagę wyostrzone zmysły SOLDIER. Słyszał każdy krok Faira, szelest materiału, pojedyncze naciśnięcie przycisku, szum wezwanej windy i odjeżdżającej z chłopakiem. Zaraz… czy to było w ogóle możliwe, żeby zmysły jeszcze bardziej mu się wyostrzyły? Wynikało z tego, że tak. Na tę myśl zrobiło mu się niedobrze.
Ale ten problem był mniej poważny od skrzydła.
Zsunął się z belki i dzięki skrzydle powoli opadł na podłogę. Jakaś jego mała część była mu nawet wdzięczna, bo w swoim aktualnym stanie mógłby nie wylądować bezpiecznie, a po prostu spaść. A na dzień dzisiejszy miał już dosyć bólu.
Dobrze… chłopak sobie poszedł, ale co dalej? Jak stąd wyjść i niezauważonym dotrzeć do mojego pokoju? Przecież nie narzucę na nie płaszcza, jest zbyt wielkie… myślał gorączkowo, ale nie przychodził mu do głowy ani jeden rozsądny pomysł. Chodził po sali, starając się coś wymyślić. Może gdyby zaczekał, aż przyjdzie tu Angeal albo Sephiroth? Poprosiłby ich o pomoc… Nie, przerażała go myśl, jak mogliby zareagować. To moi przyjaciele… ale dziwadła nie mają przyjaciół… przecież nie jestem dziwadłem! A może jestem...?
Zaraz oszaleje.
Zorientował się, że stoi tuż przed lustrem. Na tyle blisko, by widzieć ściekające z twarzy krople potu i skrzydło w swej potwornej okazałości.
I momentalnie z całej siły uderzył w swoje odbicie pięścią. Rozległ się głośny trzask i w ułamku sekundy po kolejnych lustrach rozeszła się linia pęknięć, tak że po kilku chwilach cała posadzka była pokryta ich żałosnymi szczątkami, połyskującymi w świetle.
- Co ja najlepszego zrobiłem…? – powiedział cicho.
Hałas z pewnością kogoś ściągnie. Musiał czym prędzej stąd uciekać. I to już!
Jednak zdarzenie to trochę rozjaśniło mu umysł. Pomyślał, że skoro wcześniej zdołał trochę zapanować nad skrzydłem, to być może teraz dałby radę złożyć je tak, jak to robią ptaki, przez co byłoby mniej zauważalne. Do tego założyłby płaszcz, zakrywając całą tą krew. Zdążyłby szybko zniknąć mijanym ludziom z oczu, zanim ktoś zdążyłby mu się dokładnie przyjrzeć.
Nie był to idealny plan, ale zawsze jakiś plan.
Ponownie skupił się na skrzydle, zmuszając je do zmiany pozycji. Już docierały do niego echa pierwszych krzyków, tupoty wielu stóp. No dalej… DALEJ!
Poczuł, jak skrzydło nagle się prostuje, a następnie… znika w jego plecach. Schowało się. Nie złożyło. Nawet nie bolało, ale samo wrażenie było paskudne. Spojrzał na poplamiony krwią mundur. A jeśli chodzi o lustra… coś wymyśli. Zawahał się. Może ci ludzie też są jeszcze daleko? Może zdąży uciec? Nie namyślając się długo, chwycił skrzynkę z materiami i wybiegł z sali. Na szczęście korytarz wciąż był pusty, pobiegł więc do najbliższego opuszczonego biura. Zamknął za sobą drzwi i czekał, ciężko oddychając. Po upływie niecałej minuty rozległ się sygnał windy, usłyszał jak wychodzą z niej ludzie i pośpiesznie zmierzają do sali treningowej.
Wstrzymał oddech.
- Ojej!
- Kto to zrobił?!
- Jakby nie było już dość pracy!
- Odsuńcie się...! Osz jasna cholera! Co to ma być?! Niech no tylko dorwę tego, który to zrobił! – tak krzyczeć mógł tylko i wyłącznie Heidegger.
- Panie Heidegger, proszę się uspokoić… - tego głosu nie znał, ale pewnie należał do jakieś pracownicy.
- Jak?! Zobaczcie tylko! Wiecie, ile będzie kosztowała naprawa? Obiecuję, że zdegraduję sprawcę do zwykłej piechoty!
Tak, już ja widzę, jak degradujesz 1st Class do 3rd… mimo woli pomyślał Genesis.
- Spokojnie, wygląda na to, że ucierpiały same lustra – zdziwił się, słysząc Reeve’a – Nie sądzę, żeby z ich wymianą wiązały się większe koszty finansowe.
- Może i ma pan rację, ale i tak uważam, że należy znaleźć sprawcę i odpowiednio ukarać. Inaczej ucierpi na tym nas prestiż.
- Raczy mi pan wytłumaczyć, co ma prestiż do potłuczonych luster? I czy pomyślał pan o tym, że mogliby to być Sephiroth, Genesis Rhapsodos i Angeal Hewley? Też ich pan zdegraduje? Zresztą, to nie pierwszy raz, kiedy zniszczyli salę treningową. Jeśli to faktycznie któryś z nich, to cieszmy się, bo mogło być gorzej.
Heidegger odpowiedział dopiero po dłuższej pauzie.
- W każdym razie poszukam sprawcy. A ty – zwrócił się do kogoś – idź po sprzątaczki.
I winda znowu ruszyła.
Genesis pomału otworzył drzwi. Nie słyszał, ani tym bardziej nie widział nikogo, ale ostrożność nigdy nie zawadzi. Zwłaszcza teraz… Odetchnął z ulgą, po czym również udał się do windy. Czuł się tak strasznie osłabiony i oszołomiony, że musiał bardzo uważać, aby nie siąść na podłodze. Delikatnie oparł się więc plecami o ścianę, nie chcąc ryzykować kolejnej fali bólu. 31… 32… 33… szybciej! Liczył, że nikt nie wsiądzie do windy, bo w tak ciasnym pomieszczeniu za nic nie zdołałby ukryć swojego stanu i każdy by zauważył, że coś z nim nie tak. 44… 45… ale co ja teraz zrobię? Wciąż nie mam żadnego rozwiązania. Ani wyjaśnienia. To… to nie ma najmniejszego sensu. Jestem jednym z SOLDIER 1st Class, nie jakimś… jakimś monstrum. Szybciej… Może jeszcze się obudzę.
Po czasie, który wydawał mu się całą wiecznością, winda stanęła i Genesis niemal biegiem rzucił się w stronę swojego pokoju. Sephirotha i Angeala nie było na ich piętrze, ale nie potrafił określić, czy to dobrze, czy źle.
Wszedł do siebie, z ledwością pokonując przemożne pragnienie, jakim było wyjęcie Full-Cure i używanie go do skutku, nawet jeśli nic to nie dawało. Niedbale rzucił skrzynkę i płaszcz na fotel i zaraz stanął przed lustrem. To, co zobaczył, było przerażające.
Jedyną dobrą rzeczą był fakt, że blizny już nie było. Za to zamiast niej tuż pod jego lewą łopatką ziała dziura. Po prostu dziura w skórze. Miała niecałą stopę długości, a przy tym była wąska, o idealnie równych brzegach. Na oko nie wyglądała na zbyt głęboką. Sam środek nie był czerwony, jak się spodziewał, tylko czarny. Co to jest? Bogini, czyżby…? Za nic na świecie nie chciał go dotykać, ale musiał to sprawdzić. Bardzo ostrożnie dotknął go palcem. Nie wyczuł krwi, ciała, ale coś innego, miękkiego, jakby aksamitnego w dotyku.
Pióra.
Natychmiast odwrócił się od lustra. Miał wrażenie, że zwymiotuje, jeśli będzie dłużej na to patrzył. W panice podbiegł do dużej skrzyni na materie i zaczął szukać w nich czegoś, co mogłoby mu pomóc.
Rozległo się pukanie do drzwi. Genesis aż podskoczył.
- Hej, Gen! Jesteś tam?
Angeal.
Miał wielką ochotę udać, że go nie ma i poczekać, aż Angeal sobie pójdzie. Ale… założył czysty mundur i otworzył drzwi. Faktycznie, przed wejściem stał Angeal. Widocznie dopiero co wrócił z miasta, bo wciąż miał na plecach oba miecze. Genesis zdążył zauważyć jego zmartwioną minę, jakby czarnowłosy sądził, że nikt mu nie odpowie. Jednak po ujrzeniu przyjaciela twarz Angeala od razu się rozjaśniła.
- Szukaliśmy cię, bo doszły mnie słuchy, że nas szukałeś. Seph został jeszcze w Sektorze 5, ale pewnie niedługo skończy – powiedział na wstępie.
Genesis wyszedł z pokoju i zamknął drzwi. Lepiej, żeby Angeal nie zobaczył porozrzucanych materii… Zaraz, przecież miałem mu powiedzieć! Ciągle się wahał.
- Jak widzisz, jestem. Szukałem was, bo miałem do was jedną sprawę, ale to już nieaktualne. A jak tam sytuacja w mieście?
Czarnowłosy wzruszył ramionami.
- Nic szczególnego. Większością zajęli się już szeregowcy, czyli ogólnie nie było dla nas za wiele do roboty. Chociaż nie, w Sektorze 5 znaleźliśmy kilka bestii. Były dość słabe, więc pozwoliłem zająć się nimi Zacharemu.
- Był z wami? – Genesis udał zdziwienie.
- A no tak – westchnął – Niestety, doszedłem do wniosku, że szczeniak potrzebuje solidnego szkolenia. Żebyś widział, jak się popisywał… zero skupienia i powagi. Seph trochę się wkurzył, bo chłopak pozwolił uciec jednej bestii i sam musiał za nią pobiec. Po kazaniu Sepha wysłałem młodego, żeby cię poszukał, ale wrócił mówiąc, że nigdzie cię nie znalazł. Cały czas tylko mówił, że widział twoje wspaniałe materie w jednej z sal, ale do głowy mu nie przyszło, że powinien tam na ciebie zaczekać.
Angeal był wyraźnie wykończony pierwszym dniem z nowym podopiecznym.
- Nie martw się, na pewno sobie poradzisz.
- Mam nadzieję… dobrze, że jutro ruszamy do Banory, będę mógł spokojnie przemyśleć jego szkolenie.
Genesis wzdrygnął się. Na śmierć o tym zapomniałem!
- Wiesz, Angeal… nie mogę z tobą jechać.
Ten spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Słucham?
- Tak jak mówię, nie mogę jechać.
Myśl, Genesis, myśl!
Angeal podszedł do niego nieco bliżej.
- Dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blady. Czy to po tej misji? Może jednak powinieneś pójść się zbadać.
Nie, nie, powiem…
- Nie, po prostu… – pokręcił głową – Nie chciałem ci tego wcześniej mówić, ale odkryłem nowe zaklęcie i chcę… muszę je dobrze przećwiczyć. Może wykorzystam je walce z Sephirothem.
- Ale przecież wiesz... matka tak się ucieszyła, kiedy jej napisałem, że przyjeżdżamy. A nie możesz tam trenować? Chociażby na polu za wioską? Wiesz, tym od strony rzeki.
- Nie, naprawdę nie mogę, spróbuj zrozumieć.
Zrozumieć co? Że mam wielkie, bolące jak diabli skrzydło na plecach? Nie, raczej w plecach. Szlag by to…
Coś widocznie musiało odbić się na jego twarzy, bo Angeal chwycił go za ramię.
- Gen, o co chodzi?
- O nic! – prawie krzyknął, jednak zaraz się opanował – Angeal, proszę, jedź sam. Obiecuję, że następnym razem pojedziemy tam razem, w porządku?
- Genesis… - zaczął coś mówić, ale najwidoczniej zaniechał – No dobrze.
- Dziękuję, to dla mnie bardzo ważne. Wynagrodzę ci to, słowo.
Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo bym chciał jechać…
Angeal nic już nie odpowiedział. Jeszcze raz spojrzał na niego i wolnym krokiem odszedł w kierunku wind. Genesis patrzył za nim, dopóty ten nie odjechał. Zawiódł go. Wyszedł na kompletnego egoistę. Zignorował przyjaciela. A wcześniej jeszcze zrobił scenę przy śniadaniu. Miał najszczerszą ochotę przeklinać najgłośniej, jak tylko potrafił.
Nie pamiętał, kiedy wrócił do siebie. Pamiętał tylko, jak padł na łóżko i momentalnie zasnął.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey
Ostatnia edycja: 2019/05/03 09:52 przez Shadica.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Donacja Discord

Kto jest online

Odwiedza nas 242 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • Halas19 awansuje jutro na nowy poziom! (28)
  • RPK za 8 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • xShizukanax za 9 dni awansuje na nowy poziom! (21)