Forum

Kompot

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2016/04/28 17:21 - 2016/04/28 18:01 #10767 przez Em
Em stworzył temat: Kompot
Znalazłam wczoraj fanfik, który zaczęłam dawno temu pisać, i postanowiłam go dokończyć. Nic wielkiego, taka historyjka na 10 tysięcy słów, ale może komuś umili wieczór ;) Dzielę na dwie części, bo forum twierdzi, że za długi :P

Gra: Final Fantasy VIII
Postać: Irvine
Rating: G (?)

To zdecydowanie nie był dobry tydzień dla Irvine’a Kinneasa.

Najpierw zginął jego ulubiony kapelusz. Tak, ten z ciemnej bydlęcej skóry, z eleganckim paskiem z metalowymi klamerkami. Irvine dotąd nigdy się z nim nie rozstawał. Nie tylko uważał go za swój najbardziej stylowy gadżet, akcesorium dodające mu uroku, męskości i nonszalancji; kapelusz maskował także jego największy kompleks — zaczątki zakoli. Irvine miał obsesję na punkcie linii swoich włosów nad czołem, która codziennie wydawała się podejrzanie uciekać w stronę czubka głowy. Nikt inny zapewne nie dostrzegłby tam nic niepokojącego (chyba, żeby Irvine przyznał się komuś do tego strachu, wtedy na pewno uznano by to za dobry sposób na podręczenie wrażliwego na punkcie swojej powierzchowności strzelca), jednakże Irvine, patrząc teraz w lustrze na swoje pozbawione nakrycia głowy odbicie, czuł się całkowicie nagi. Bezbronny. Wystawiony na prześmiewcze spojrzenia wszystkich studentów Ogrodu Balamb.

Gdzież mógł się podziać ten cholerny kapelusz? Przetrząsnął już kilkakrotnie swój pokój. Zwykle zdejmował go tylko wieczorem, tuż przed pójściem spać, i kładł z namaszczeniem na nocnej szafce, tak aby móc go włożyć na głowę zaraz po ubraniu się. Z trudem powstrzymywał się czasem od tego, by iść w nim także pod prysznic — męska łazienka rano zawsze była pełna chłopaków odzianych w same ręczniki (a czasem także i bez nich), bez skrępowania wgapiających się we własne ciała (i jego czoło, na pewno patrzyli przede wszystkim na jego czoło). Irvine miał jednak na tyle rozsądku, żeby dojść do wniosku, iż paradowanie po łazience w kapeluszu wciśniętym na głowę stałoby się tylko przyczyną docinków, a może nawet sprawiłoby, że inni odkryliby jego głęboko skrywaną obsesję. Poza tym wilgoć na pewno zaszkodziłaby naturalnej skórze.

Westchnął z irytacją. Kapelusza nie było i musiał w końcu to zaakceptować. Nie widział go już od czterech dni. Był pewien, że, tak jak zwykle, położył go na swoim miejscu wieczorem i kiedy wstał rano, już go nie było. Ktoś musiał więc wkraść się go jego pokoju nocą i go zabrać. Tylko kto? Ktoś, komu po prostu tak bardzo się spodobał? W to nie wierzył. Nikt chyba nie był aż taki głupi, żeby sądzić, że Irvine nie zauważy swojej zguby na czyjejś głowie. W grę wchodziła zatem druga opcja — ktoś celowo ukradł mu kapelusz, aby go ośmieszyć. Ktoś, kto wiedział o jego paranoicznym strachu i chciał go bezlitośnie upokorzyć. Ale kto by to mógł być?

Jakby tego mało, dochodziła jeszcze afera z tym beznadziejnym egzaminem. Irvine aż jęknął na samo wspomnienie. Cała ta sprawa od samego początku wyglądała jak jakiś spisek przeciwko niemu. W zeszłym roku razem ze Squallem i resztą drużyny uratowali Ogród — ba, nawet cały świat — przed niechybną zagładą z rąk najpierw krwiożerczego imperium Galbadii, a następnie przerażającej czarownicy z przyszłości. Można by się spodziewać, że po takim wyczynie jego pozycja w Ogrodzie jako bohatera i bliskiego współpracownika dowódcy nie będzie kwestionowana. A jednak... Squall wezwał go do swojego gabinetu, w którym przesiadywał teraz większość czasu, i bezlitośnie wskazał mu punkt regulaminu mówiący o tym, że każdy student Ogrodu musi przed dwudziestką obowiązkowo zdać egzamin na SeeD, jeśli nie chce zostać z niego wydalony. Irvine nie wierzył własnym uszom. Myślał nawet, że Squall chce sobie z niego zażartować, ale nie, ten najwyraźniej mówił serio. A to cholerny służbista! Pewnie drżał z podniecenia na sam dźwięk słowa „procedura”.

Chcąc nie chcąc, Irvine przystąpił wreszcie do całego żmudnego procesu związanego z zostaniem SeeD. Wczoraj nadszedł dzień pierwszego egzaminu w terenie. Jego zadanie polegało na zdobyciu GF-a Typhoon, mieszkającego w wąskim przesmyku skalnym w Górach Gaulg, znajdujących się nieopodal Ogrodu. Jako instruktora przydzielono mu Ambrę, rok starszą od niego dziewczynę. Jej posągowe kształty, lśniąca fala brązowych włosów oraz błękitne oczy świdrujące na wylot lodowatym spojrzeniem były przyczyną wielu złamanych serc w Ogrodzie, jak również pewnego podziału wśród studentów, spierających się o to, kto jest najseksowniejszą instruktorką — Ambra czy Quistis. Po tym, jak ta druga utraciła swoje stanowisko na skutek niemożliwości zapanowania nad krnąbrnym Seiferem, pozycja Ambry wydawała się niezagrożona. Co ciekawe, wśród studentów krążyły plotki na temat jej romansu z Seiferem właśnie. Ambra jednak stanowczo je dementowała, przyozdabiając swoje zaprzeczenia kąśliwymi uwagami, z kolei pytanie o cokolwiek Seifera miało tyleż sensu co sugerowanie Zellowi złożenie ślubów milczenia. Irvine, rzecz jasna, nie pozostał obojętny na urok Ambry, miał jednakże na tyle oleju w głowie, by otwarcie jej tego nie okazywać. Poza tym jej chłodny charakter działał na niego nieco odstraszająco — Irvine wolał dziewczyny pogodne i takie, które słuchały go z zarumienionymi policzkami, gdy ten snuł opowieści o swoich przygodach, prawdziwe czy też zmyślone. Ze strony Ambry mógł liczyć co najwyżej na ironiczne uniesienie brwi i sarkastyczny komentarz, dlatego też zadowolił się ukradkowym zerkaniem na jej zgrabne uda wyłaniające się spod spódnicy od munduru, kiedy razem przemierzali w milczeniu drogę na egzamin.

Początkowo nic nie zapowiadało kłopotów. Sprawnie i szybko dotarli do odpowiedniej ścieżki, rozprawiając się po drodze z występującymi na tym terenie skrzydlikami i lodomeduzami. Dopiero walka z GF-em uświadomiła Irvine’owi, jak bezużyteczna staje się jego strzelba w starciu z powietrznym potworem — jego pociski przechodziły przez Typhoona na wylot, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy. Chwilę trwało, zanim osłupiały strzelec zrozumiał, o co chodzi. Zniecierpliwiona jego wysiłkami Ambra już miała zaatakować GF-a silnym zaklęciem elektryczności, ale Typhoon zaczął się śmiać tak bardzo, że aż dostał czkawki i musiano przerwać egzamin. W drodze powrotnej instruktorka nie szczędziła Irvine’owi gorzkich słów.

— Jesteś najbardziej beznadziejnym przypadkiem w całej mojej karierze — powiedziała, odrzucając do tyłu swoje wspaniałe włosy. — W życiu nie widziałam większego idioty.

Ego Irvine’a z trudem zniosło te bolesne cięgi, szczególnie że Ambra nie słynęła z dyskrecji. Wkrótce cały Ogród szumiał dowcipami z biednego strzelca, który chciał podziurawić kulami powietrze. Wielu chłopakom kompromitacja ta była na rękę, ponieważ Irvine cieszył się dużym powodzeniem wśród studentek. Teraz mieli szansę odegrać się za te wszystkie maślane spojrzenia i westchnienia słane pod adresem przystojnego snajpera. Wyglądało na to, że nie odpuszczą sobie zbyt prędko. Krótko mówiąc, przyszłość Irvine’a nie rysowała się ostatnio w zbyt jasnych barwach.

Wszystkie te zmartwienia bledły jednak w obliczu choroby, która niepostrzeżenie zaczęła toczyć jego serce. Irvine sam sobie nie dowierzał, jak mógł pozwolić, by go to spotkało. Zawsze z wielką wprawą manewrował pomiędzy różnymi dziewczynami, ciesząc się ich bliskością i korzystając ze swojego uroku, by flirtować co rusz z kimś nowym. Nie sądził jednak, że jego serce jest zdolne do głębszego uczucia, a już na pewno, że mógłby oddać je w całości jednej dziewczynie. Takie marnotrawstwo nie mieściło mu się w głowie, nie, kiedy wokół jest tak wiele pięknych dziewcząt, z których jedna ma cudowne oczy, inna promienny uśmiech, jeszcze kolejna niesamowite ciało, które samym swym widokiem jest w stanie doprowadzić jego puls do stanu przedzawałowego. Stało się jednak to, co się stało — Irvine był po raz pierwszy w życiu szaleńczo, beznadziejnie zakochany.

Selphie. Mała, słodka Selphie, z którą przeznaczenie połączyło go przy okazji misji, na którą wysłał go dyrektor Ogrodu Galbadia. Wtedy tylko on wiedział, że tak naprawdę nie jest to pierwsze ich spotkanie. Jako jedyny zachował w sobie wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w kamiennym sierocińcu na Centrze. Wszyscy tam byli: on, Selphie, Quistis, Squall, Zell i Seifer. Już wtedy darzył Selphie szczególnym uczuciem — imponowała mu swoją odwagą i pogodą ducha. Pamiętał, jak zakradali się razem wieczorami do latarni morskiej, w której trzymali swoje największe skarby — muszelki, zardzewiały nóż Tonberry’ego, porcelanowy dzbanuszek wyłowiony z morza — jak potajemnie odpalali fajerwerki, jak podrzucali Zellowi żaby do łóżka i chichotali aż do utraty tchu, skryci za drzwiami, podczas gdy biedny Zell wrzeszczał co sił w płucach. W sekrecie składali sobie obietnice, że będą ze sobą zawsze, „póki Hyne ich nie rozłączy”. Później, jak to bywa z sierotami, każde z nich trafiło w inne miejsce. Zrządzenie losu sprawiło jednak, że spotkali się ponownie. Irvine nie mógł uwierzyć, że ta śliczna dziewczyna o zielonych oczach to jego Selphie. Świadomość, że go nie pamięta, sprawiła mu ból, choć wiedział, że taka jest cena za korzystanie z GF-ów. Kiedy zdobył się na odwagę i wyznał wszystkim, co ich łączy, to właśnie reakcja Selphie sprawiła mu największą radość. Od razu go zaakceptowała. Powiedziała mu nawet, że od początku czuła, że jest między nimi jakaś więź. Wspólne przeżycia bardzo ich do siebie zbliżyły i wkrótce ich przyjaźń odżyła, zupełnie tak, jakby nigdy się nie rozstawali.

Irvine sam nie zauważył, kiedy zapragnął czegoś więcej. Owszem, od momentu, w którym spotkał ją pod Ogrodem Galbadia, był zauroczony jej uśmiechem, drobną sylwetką, tymi szczególnymi gestami, które podkreślały jej dziewczęcy urok. Jednak w miarę, jak zaczęli się poznawać, spostrzegł, że Selphie pod warstwą powierzchownej dziecięcości skrywa odwagę, wielkie serce i zaskakującą dojrzałość. Chyba pierwszy raz jego serce zabiło głośniej w Trabii, do której udali się wszyscy na jej gorącą prośbę, by sprawdzić, jak wielkich zniszczeń dokonały wystrzelone przez Edeę rakiety. Po raz pierwszy widział ją wtedy bez maski uśmiechu i pogody, pod którymi skrywała swój niepokój i przygnębienie. Zobaczył, jak wielki ból sprawił jej widok zrujnowanego Ogrodu. Pamiętał, jak stał, skryty za rosnącym na cmentarzu drzewem, obserwując jej drobne plecy drżące na tle szarego, kamiennego nagrobka. Musiał mocno walczyć ze sobą, by nie podejść do niej i nie objąć jej najsilniej, jak tylko potrafił, nie otulić jej bladych ramion swoim płaszczem i nie szeptać jej do ucha, że wszystko będzie dobrze. Wiedział jednak, że musi jej dać czas na pogodzenie się ze śmiercią przyjaciół, dlatego odszedł, tłumiąc narastające w sercu uczucie, którego nie znał.

Teraz, po spędzonym razem roku, był już pewien, że miłosna strzała usidliła go na dobre. Wiedział o tym dobrze, nie tylko dlatego że jego serce przyspieszało za każdym razem, gdy znajdował się w jej towarzystwie. Zauważał także, że przestaje go bawić flirt z innymi dziewczętami, a powodzenie, jakim się cieszył, wprawia go w coraz większe zakłopotanie. Niegdyś sam podsycał plotki o swoich podbojach, karmiąc swoje ego zawiścią mniej popularnych studentów, teraz natomiast starał się zduszać w zarodku wszelkie tego typu pogłoski, martwiąc się, że dotrą one do uszu Selphie, która i bez tego musiała go uważać za bezwstydnego hulakę, skaczącego z kwiatka na kwiatek. Reputacja mistrza podrywu, na którą pracował latami, zaczęła mu ciążyć. Naprawdę nie wiedział, co mógłby zrobić, by dać do zrozumienia Selphie, że zdobyła jego serce i panuje w nim całkowicie i niepodzielnie.

Rozmyślania Irvine’a przerwał narastający gwar. Wyglądało na to, że grupka studentów, z którymi dzielił dormitorium, wracała z porannego treningu. Jeśli chciał uniknąć dowcipów i zaczepek nabuzowanych walką chłopców, musiał się ewakuować w jakieś spokojniejsze miejsce. Chcąc nie chcąc, razem ze swoimi niewesołymi myślami podreptał do biblioteki. Po prawdzie, rzadko tu zaglądał, książki go raczej nudziły, a długie siedzenie w jednym miejscu męczyło i irytowało. Istniała jednak szansa, że tutaj nie natknie się na żadnego ze swoich dręczycieli.

Niestety, pierwszy rzut oka na czytelnię uświadomił mu, że się mylił. Jeden ze stolików zajmowali Trevor i Flumen, dwójka znanych członków fanklubu Ambry, a przy tym przemądrzałych kujonów. Irvine postanowił, że zawróci i znajdzie jakieś inne miejsce, w którym mógłby zaznać trochę spokoju, jednak było już za późno — Flumen podchwycił jego spojrzenie i uśmiechnął się półgębkiem, trącając swojego towarzysza. Jeśli Irvine chciał uratować swoją dumę, nie pozostało mu nic innego, jak tylko zamarkować odwagę i nonszalanckim krokiem wejść do czytelni.

Tak też zrobił. Udając, że nie widzi wpatrującej się w niego dwójki studentów, podszedł do pierwszego lepszego regału i zaczął pozorować, że intensywnie i z namysłem szuka jakiejś książki. Długo szperał pomiędzy grzbietami opasłych tomów, aż w końcu wybrał któryś z nich na chybił trafił. „Zagrożone gatunki fauny i flory rejonów bagiennych — atlas ilustrowany” — głosił napis na błyszczącej obwolucie. Uzbrojony w książkę, usiadł przy najbliższym stoliku i udał, że z wielkim zainteresowaniem czyta opis pod zdjęciem wyjątkowo paskudnego okazu ochu.
— Patrz, kto zawitał — usłyszał po chwili głos Trevora. — Pan snajper półgłówek. Przyszedłeś poszerzyć trochę swoją wiedzę na temat żywiołów?
— Daj spokój — odparł Flumen. — Na temat wiatru wie tylko tyle, że wypuszcza go tyłkiem.
— Ambra opowiadała nam co nieco o twoich popisach w czasie egzaminu. Wiesz, jak na ciebie teraz mówią? Niewypał. Resztę sobie dopowiedz.

Z sąsiedniego stolika dobiegł śmiech kilku dziewczyn. Dla Irvine’a tego już było za wiele. Zamknął książkę z kompromitująco głośnym hukiem, aż z wnętrza wypadła zakładka. Schylił się po nią, czując, jak jego policzki płoną haniebną czerwienią.

— Nie denerwuj go, impotencja to poważna choroba — kontynuował Flumen. — Widzisz przecież, jak to przeżywa.
— Może powinieneś iść z tym do doktor Kadowaki. Ona na pewno pomoże ci stanąć… na nogi po tym straszliwym upadku.

Irvine, wraz ze swoją podeptaną dumą, opuszczał bibliotekę, nie odłożywszy nawet atlasu na półkę. W uszach dudnił mu chóralny śmiech.

Trochę spokoju odnalazł w końcu na parkingu. Było to najnudniejsze miejsce na świecie. Studenci przychodzili tu tylko wtedy, gdy wypożyczali samochody, którymi udawali się na misje. Teraz jednak był martwy sezon i zaglądała tu tylko garstka nałogowców, żeby po kryjomu wypalić papierosa lub dwa, co było w Ogrodzie surowo karane. Na szczęście, tym razem parking świecił pustkami. Irvine minął zaparkowane samochody i usiadł na samym końcu placu, pomiędzy śmietnikiem a blaszanym barakiem, w którym trzymano narzędzia. Wyglądał żałośnie i sam o tym wiedział.

„Najpierw ten cholerny egzamin, potem ginie mi kapelusz, a teraz wszyscy się na mnie wyżywają”, użalał się nad sobą. „Nie mogą znieść mojej popularności. Dziewczyny mnie lubią, więc te chuderlawe gnojki wykorzystują każdą okazję, by się mścić. Sami zapominają języka w gębie na widok odsłoniętej łydki, ale w kupie są silni”.

Niegdyś taki splot wydarzeń nie zmartwiłby Irvine’a aż tak bardzo. Życie nauczyło chłopaka podchodzić z dystansem do przeciwności losu. Gdyby tego nie potrafił, nie byłby dobrym snajperem. Ostatecznie dokonał już kilku ważnych rzeczy, życie go nie rozpieszczało, potrafił brać sprawy w swoje ręce i, niczym kot, zawsze wywijał się z problematycznych sytuacji. W innym przypadku szybko znalazłby pocieszenie w ramionach tej czy innej studentki, których przecież nie brakowało. Ale teraz wszystko wyglądało inaczej.

Nie chcę innych dziewczyn, rozmyślał. Chcę Selphie. Przelotne flirty są dobre na chwilę, a ja potrzebuję czegoś więcej. Wpadłem po uszy i nie mogę tego dłużej ukrywać. Powinienem jej o tym powiedzieć. Wyznać jej, co czuję. Tylko skąd mam pewność, że ona czuje to samo? A jeśli mnie wyśmieje? Albo, co gorsza, nie uwierzy? Dlaczego, do diabła, nie kryłem się bardziej z moją słabością do kobiet? Musi uważać mnie za strasznego palanta. Jak mam sprawić, żeby uwierzyła, że kocham tylko ją?

Westchnął ciężko. Z tego wszystkiego naszła go ochota na papierosa. Nie był uzależniony, ale popalał czasem, jak niektórzy, żeby dodać sobie pewności siebie. Sięgnął ręką do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu paczki malboro. Zamiast tego natrafił na sztywny kawałek papieru. Cholerna zakładka z tego atlasu z biblioteki! Zapomniał, że wsadził ją do kieszeni. Zirytowany, już miał ją zmiąć i wyrzuć do śmieci, kiedy jego wzrok padł na podejrzanie różowy napis na czerwonym tle, upstrzonym serduszkami i obscenicznie uśmiechającymi się amorkami z nadwagą.

ELIKSIRY I ZAKLĘCIA MIŁOSNE GWARANTUJĄCE SUKCES
Chcesz rozkochać w sobie tę jedyną? Umierasz z miłości, a on Cię nie zauważa?
Tylko u mnie najlepsze mikstury i czary miłosne gwarantujące powodzenie!
Same naturalne składniki — teraz także wegańskie i bezglutenowe!
NIE ZWLEKAJ! ZDOBĄDŹ TO, CZEGO PRAGNIESZ!
ZAJRZYJ DO MOJEJ CHATKI W LESIE NIEOPODAL BALAMB!
Wiedźma Matoya

Irvine zamyślił się, nie zauważając nawet, że ściska mocno w dłoni czerwony karteluszek. Podczas swojego życia wielokrotnie przekonał się, że coś takiego jak przeznaczenie istnieje. To nie mógł być przypadek, coś podpowiadało mu, co ma zrobić. Coś poprowadziło go do czytelni i kazało wybrać właśnie tę książkę, w której znajdowała się wizytówka Matoyi. Jeśli to nie znak, to cóż mogłoby nim być?

Wstał, otrzepał płaszcz i włożył wizytówkę z powrotem do kieszeni. Może jednak to nie będzie taki zły dzień. Szybkim krokiem przemierzył parking, a każdy jego krok wybrzmiewał nadzieją.

***

Entuzjazm Irvine’a przygasł nieco po godzinie bezskutecznego przeszukiwania lasu.

— Naprawdę można było napisać coś więcej niż „chatka w lesie nieopodal Balamb” — mruczał pod nosem. — Jak ona niby chce przyciągnąć klientów, jeśli nawet nie wiadomo, jak do niej trafić?

Las był duszny i parny, jak zwykle w letnie południe. Irvine utłukł już kilkanaście komarów, które siadały mu na twarzy i dłoniach, zwabione zapachem potu. Kilka razy natknął się także na skrzydliki i glizdobleśnice, wijące się paskudnie przy błotnistych kałużach. Na szczęście jego strzelba radziła sobie z nimi doskonale. Pakowanie serii naboi w tłuste, wielokolorowe cielsko było w jakiś sposób satysfakcjonujące i sprawiło, że jego irytacja zaczęła ustępować.

„Gdyby tu był ten kretyn jeden z drugim, dawno mieliby mokre gacie ze strachu”, myślał sobie. „Przestaliby się nabijać, widząc, jak przerabiam te glizdy na pulpę”.

Gdyby nie komary i pot spływający do oczu, to byłby całkiem przyjemny spacer. Irvine już miał usiąść na ściętym pniu i odpocząć chwilę, gdy jego oczy dostrzegły mały drewniany drogowskaz wbity w ziemię pomiędzy dwoma wiekowymi świerkami.

WIEDŹMA MATOYA
ELIKSIRY I ZAKLĘCIA MIŁOSNE
TĘDY >

Nareszcie, pomyślał z ulgą, i ruszył raźno w stronę wskazywaną przez strzałkę. Po dziesięciu minutach marszu zauważył kolejny drogowskaz, większy niż poprzedni. Im dalej, tym oznaczenia pojawiały się częściej i były coraz większe i bardziej pomysłowe. Kiedy zobaczył jodły oplecione choinkowymi łańcuchami z lampkami w kształcie serduszek, odgrywającymi w kółko elektroniczną wersję „Eyes on me”, musiał przyznać, że Matoya naprawdę nie żałowała na reklamę.

Wreszcie jego oczom ukazała się niewielka drewniana chatka. Wyglądałaby całkiem zwyczajnie, gdyby nie fakt, że cała była pomalowana na różowo, a wieńczący ją płot składał się z drewnianych serduszek. Szyld umieszczony nad drzwiami głosił, że mieszka tu „najstarsza wiedźma świata”. Irvine niejasno przypomniał sobie wiadomości ze szkoły, w której uczono go, że pierwszą czarownicą na świecie była Hyne… a może to był czarnoksiężnik? W sumie to nie był pewien. Odsunął na bok te myśli i zapukał do drzwi.

— Wejść! — zaskrzeczało ze środka.

Irvine nacisnął klamkę. Drzwi rozchyliły się z upiornym zgrzytem. Pomieszczenie, do którego wszedł, było małe, duszne i ciemne. Pachniało ziołami, kwiatami i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zaczął dostrzegać kształty: regały i półki zapełnione słoikami, butelkami, pojemnikami i woreczkami, pęki kwiatów suszące się na ścianach, kotły i beczki spoczywające w kątach, upiornie wyszczerzone czaszki łypiące pustymi oczodołami z parapetów, skrzynie wypełnione mniejszymi skrzynkami, zwierzęce skóry leżące na podłodze, i wreszcie niewielki stół, za którym siedziała maleńka, niemożliwie pomarszczona staruszka.

„Rety”, pomyślał, przyglądając się jej twarzy. „Ma chyba z milion lat. Wygląda, jakby pochodziła z poprzedniej epoki. Nawet nie, wygląda jak… sprzed jakichś siedmiu epok”.

— Niegrzecznie się tak gapić — głos staruszki przeciął wpół jego myśli. — Przyszedł coś kupić czy tylko patrzeć będzie?
— Przepraszam — zreflektował się Irvine, przywołując na twarz zdenerwowany uśmiech. — Ja… chciałbym kupić eliksir miłosny.
— Nie może być — parsknęła wiedźma. — A ja myślałam, że kapustę kiszoną i korbowód. Ejże — dodała po chwili, bez skrępowania świdrując go wzrokiem. — Za moich czasów po eliksiry przychodziły tylko stare dziadygi i raszple z purchlami na nosie. Jak to możliwe, że taki przystojny młodzian musi się uciekać do takich sztuczek? A może — ciągnęła z chytrym uśmieszkiem — może wcale nie jest taki młody, jak się wydaje? Czy ja dobrze widzę, że to zaczątki zakoli?
— Nie! — odparł Irvine nieco głośniej, niż chciał. — Jestem młody. I mam powodzenie u dziewczyn. Tyle że ostatnio… ostatnio nic nie działa tak, jak powinno.
Brwi staruszki powędrowały w kierunku czoła, a jej głos stwardniał.
— Na to też mam eliksiry, ale bez dowodu osobistego nie sprzedam.
— Nie, nie, nie! — wykrzyknął Irvine z rozpaczą. — Nie o to chodzi! Potrzebuję… Chcę, żeby zakochała się we mnie pewna dziewczyna. Tak do szaleństwa. Tak jak ja ją kocham. Potrafi pani to zrobić?
— Potrafię — odparła Matoya, obserwując go uważnie — ale wiele zależy od ciebie. Twoja miłość też musi mieć dużą moc, aby to wszystko zadziałało. W przeciwnym razie będzie to tylko nic niewarta sztuczka. Powiedzże, naprawdę ją tak kochasz?
— Oczywiście, że tak — odparł Irvine, odzyskując wreszcie rezon. — Kocham ją jak nikogo na świecie. Podobało mi się wiele dziewczyn, ale do żadnej nie czułem tego, co czuję do niej. Chcę jej to wyznać… ale boję się, że mnie odrzuci. Poza tym boję się, że się wygłupię. Ostatnio… ostatnio co chwilę mi się to przydarza.
Wiedźma ważyła przez dłuższą chwilę jego słowa. W końcu skinęła lekko głową.
— Dobrze… dobrze, w takim razie coś dobierzemy. W tym wypadku najlepszy byłby YT42… albo nawet ZX50, stężenie 1:30, z działaniem tygodniowym…
— Ale jak to z tygodniowym? — zasępił się Irvine. — Ja chcę, żeby Selphie pokochała mnie na zawsze, a nie tylko na tydzień.
— I tak się też stanie, jeśli tylko twoja miłość jest odpowiednio silna. Żaden eliksir nie działa bez końca, a nawet, gdyby taki istniał, nie sprzedałabym go nikomu. To nie byłoby moralne. Mikstura ma jedynie zwrócić uwagę obiektu, zawrócić mu w głowie i spowodować lekkie oszołomienie. Reszty musi dopełnić twoje uczucie. Jeśli jest wystarczająco mocne i prawdziwe, nie musisz się niczego obawiać.
Irvine zastanawiał się przez krótką chwilę, po czym kiwnął głową.
— Dobrze, niech tak będzie. Poproszę eliksir z działaniem tygodniowym.
Rysy staruszki wygładziły się nieco, a na twarz wypłynął lekki uśmiech.
— Cieszę się, że doszliśmy do jakiegoś konsensusu. Płaci pan kartą czy gotówką?

***

Irvine wracał przez las, lżejszy o kilka tysięcy gil. W dłoni ściskał buteleczkę z miksturą barwy wiśniowej. Jeśli Matoya nie robiła go w bambuko, zawartość buteleczki miała sprawić, że Selphie straci dla niego głowę na siedem dni. Reszta należała do niego — musiał przez ten czas przekonać ją, że jego uczucie jest prawdziwe i trwałe. Był pewien, że mu się to uda. Właściwie nie potrzebował aż całego tygodnia — jeden dzień wystarczyłby w zupełności, jak sądził.

Pogrążony w myślach, wzdrygnął się, gdy pomiędzy drzewami rozległ się donośny ryk. W pierwszej chwili pomyślał, że to zwiastun nagłej letniej burzy, jednak kolejny ryk, tym razem dochodzący z bliższa, sprawił, że wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba.

„T-Rex!!!”, rozejrzał się, sparaliżowany strachem. Mieszkały w tym lesie, wiedział o tym. Quistis opowiadała mu kiedyś, jak razem ze Squallem natknęli się na jednego z nich w tej okolicy. Gdyby nie Shiva oraz zapas czarów lodowych, które przezornie nazbierali od lodomeduz, byłoby z nimi krucho. Irvine poczuł, jak zimny pot spływa mu po plecach. Jasne, że nie miał ze sobą żadnego GF-a ani magii. Nie planował przecież polowania na potwory, poza tym zwykle polegał na swojej strzelbie. O ile jednak broń wystarczała w zupełności na leśne owady i przerośnięte gąsienice, o tyle w starciu z pancernymi łuskami T-Reksa była jedynie bezwartościową zabawką. Równie dobrze mógł odciąć sobie głowę, położyć na talerzu, przyozdobić garnirunkiem i wetknąć w zęby jabłko. Praktycznie rzecz biorąc, był już martwy.

Chyba że uda mi się uciec, pomyślał. Może jest szansa, może jeszcze mnie nie zauważył. Dudnienie wielkich kroków było coraz bliżej. Zaczął przedzierać się przez leśne ostępy, starając się robić jak najmniej hałasu. Nie było to łatwe, ponieważ las zdawał się wciągać go w swoje sidła. Szponiaste gałęzie chwytały go za ubranie, ciernie oplatały się wokół nóg, drzewa łapały za włosy. Był pewien, że cały las rozbrzmiewa ogłuszającym łoskotem jego serca. Biło jak szalone, zdawało się wybijać rytm pradawnej pieśni znanej już w czasach prehistorii — drapieżnik, ofiara, pościg. Wszystkie swoje myśli skupił na buteleczce eliksiru ściskanej w dłoni. Żeby tylko jej nie zgubić! Przyszedł tu tylko po nią. Po prostu nie mógł teraz umrzeć, nie teraz, kiedy wreszcie był na drodze do zdobycia prawdziwej miłości. Dał nura w gęstwinę; roślinność była tutaj tak bujna, że nie było go widać spod gałęzi krzewów, które zachłannie wciągały go i przygniatały, rozdzierały mu skórę, chcąc go zatrzymać na zawsze w tym zielonym, pachnącym życiem więzieniu.

W końcu ziemia przestała się trząść. Irvine zobaczył, że krzewy się przerzedzają, a cienka ścieżka zamienia się w większą drogę, prowadzącą do wyjścia z lasu. Mimo to nie zwolnił tempa, dopóki nie znalazł się na trakcie prowadzącym do Ogrodu. Obejrzał się jeszcze za siebie, ale las wyglądał spokojnie i nieruchomo. Nikt by się nie domyślił, co kryje się między tymi wiekowymi drzewami. On też nie był pewien, czy sobie tego tylko nie wyobraził.

***

Oddech złapał dopiero w kafeterii. W innej sytuacji na pewno by tu nie wszedł, szczególnie w podartym płaszczu, teraz jednak było mu wszystko jedno, chciał po prostu usiąść i odpocząć. Zwalił się ciężko na krzesło przy ladzie i spróbował oszacować straty. Dotknął dłońmi twarzy — rany nie były głębokie, ale był pewien, że przez kilka najbliższych dni będą go szczypać. W znacznie gorszym stanie był jego płaszcz. Właściwie powinien był go wyrzucić do pierwszego śmietnika w Ogrodzie. Bez patrzenia do lustra wiedział, że wygląda jak menel. Przygładził włosy w rozpaczliwej próbie ogarnięcia swojego wizerunku. Wreszcie odważył się podnieść wzrok, mając nadzieję, że w grupie ludzi nikt nie zwróci na niego uwagi. Prześlizgiwał się szybko oczami po studentach stojących w kolejce, jedzących obiad, zaśmiewających się z czegoś przy stolikach, aż w końcu natrafił w tłumie na znajomą twarz.

Quistis. Jak dobrze. Wreszcie ktoś przyjazny. Lubił ją, nawet bardzo. Trochę się wprawdzie mądrzyła i czasem mu docinała, ale wiedział, że w gruncie rzeczy może na nią liczyć. Złowił jej spojrzenie i skinął na puste miejsce obok niego. Quistis uniosła brew i ruszyła w jego stronę.

— A cóż ty taki uchetany — przywitała się, siadając na sąsiednim krześle. — Wyglądasz, jakby ktoś cię gonił.
— Ćwiczyłem biegi przełajowe — odparł, uśmiechając się lekko. — No wiesz, w ramach treningu.
— Musiały być bardzo przełajowe. Masz na płaszczu przekrój flory całego lasu. I liście we włosach. Zaraz, czy to nie jest miłorząb górski? — pochyliła się, aby wyjąć z jego włosów małą gałązkę.
— Lubię czasem poczuć wiatr we włosach — Irvine starał się nie tracić animuszu. — Adrenalina, endorfiny, wysiłek na świeżym powietrzu…
— Skoro już mowa o wietrze i powietrzu, to dałeś ciała z tym egzaminem — Quistis przyłożyła dłoń do czoła i pokręciła głową. — Jak, u licha, mogłeś strzelać do powietrznego GF-a? Tu nawet nie trzeba znać biologii ani fizyki, to jest podstawowa wiedza!
— To niedokładnie tak było. Chciałem najpierw odwrócić jego uwagę, osłabić jego czujność, a dopiero potem użyć odpowiedniego czaru…
— Jasne — odparła z powątpiewaniem.
Przez chwilę siedzieli obok siebie w milczeniu.
— Lepiej przyłóż się następnym razem do tego egzaminu — Quistis przerwała wreszcie ciszę. — Dobrze wiesz, że jeśli nie zdasz go przed dwudziestką, to będziesz musiał opuścić Ogród.
— Squall mógłby nagiąć dla mnie reguły — nadąsał się Irvine. — Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, powinien mnie chyba traktować inaczej niż pozostałych studentów.
— Znasz Squalla, on nie nagina reguł. Poza tym dla ciebie taki egzamin to powinna być pestka.
— I będzie, zobaczysz. Następnym razem zdam śpiewająco.
— Najpierw się może trochę poucz. Przejrzyj książki, szczególnie te o żywiołach…
— Naprawdę nie musisz mi tego wypominać, przynajmniej ty. Mogłabyś mnie choć trochę pocieszyć…
— Od pocieszania masz tu masę innych kobiet, jakaś chętna na pewno się znajdzie. Ja jestem twoją przyjaciółką i służę do tego, by cię ochrzaniać, jeśli coś skopiesz.
— Serdeczne dzięki — mruknął Irvine. — Zawsze wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
— Nie ma za co — odparła Quistis, wstając z krzesła. — Muszę iść. Aha — odwróciła się jeszcze — Selphie o ciebie pytała.
— Selphie? Czego chciała? — Irvine wyprostował się na krześle, czując nagły przypływ emocji.
— Pytała, jak poszło ci na egzaminie. I kto był twoim instruktorem.
— Powiedziałaś jej? — zapytał, choć znał odpowiedź.
— A dlaczego miałabym jej nie mówić? — zmarszczyła brwi. — Dobrze ci radzę, nie zawal tego następnym razem. Zrób to dla tych, którzy się o ciebie martwią — spojrzała na niego i odeszła.

W jej spojrzeniu była tym razem prawdziwa troska, ale Irvine był za bardzo zajęty swoimi problemami, żeby to zauważyć. Z jakiegoś powodu nie chciał, by Selphie dowiedziała się, że jego instruktorką była Ambra. Pewnie pomyślała, że prawdziwą przyczyną jego porażki było to, że ją podrywał. Nietrudno było sobie wyobrazić taką wersję wydarzeń. Gdyby to było możliwe, odciąłby sobie rękę, żeby tylko cofnąć wszystkie te pogłoski o jego flirciarskiej naturze.

Na szczęście teraz to już nie będzie potrzebne, pomyślał sobie. Miłosny eliksir odurzy Selphie, która padnie mu w ramiona. Będzie mógł jej wyszeptać, jak wiele dla niego znaczy. Będzie wplatał palce w jej cudownie pachnące włosy. Będą patrzeć sobie w oczy i całować się w sekretnym miejscu zakochanych w centrum treningowym. Tak musi być, bez dwóch zdań. I nie będzie na to potrzebował tygodnia. Sięgnął pewnym ruchem po miksturę i… zmartwiał.

Buteleczki na ladzie nie było.
Ostatnio zmieniany: 2016/04/28 18:01 przez Em.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2016/04/28 17:24 - 2016/04/28 18:28 #10768 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Kompot
Miranda Lubner przeklinała swoją sklerozę. Ostatnio ciągle o czymś zapominała. Zaczęła się obawiać, że wkrótce straci pracę bufetowej w Ogrodzie Balamb, chociaż gotowała dla tych dzieciaków od założenia Ogrodu.

Po prawdzie, przyczyny jej kłopotów z pamięcią należałoby raczej szukać w serialu, który ostatnimi czasy zawładnął jej duszą i ciałem. Ten Alonzo był tak bosko przystojny… a jego związek z Desdemoną nareszcie zaczął nabierać rumieńców. Żeby tak w prawdziwym świecie istniała tak doskonała miłość… Miranda łapała się na tym, że marzy o tym dniem i nocą, a perypetie kochanków nie pozwalają jej się na niczym skupić. Sprzątając, nuciła pod nosem piosenkę z napisów początkowych, podczas zakupów powtarzała sobie w myślach miłosne wyznania, które rozpalały jej wyobraźnię, w trakcie gotowania odtwarzała w głowie bez końca ulubione sceny.

No i właśnie Alonzo i Desdemona byli przyczyną tego, że Miranda zapomniała kupić koncentrat do kompotu owocowego.

Jestem beznadziejna, wyrzucała sobie teraz w myślach. Powinnam bardziej się przykładać do mojej pracy. Ciąży na mnie duża odpowiedzialność za te dzieciaki, przecież one jeszcze rosną i potrzebują mnóstwa składników odżywczych i witamin. Zamiast kompotu mogłabym im oczywiście podać napoje gazowane, pełne cukru i konserwantów, ale w jakim świetle stawiałoby to mnie jako gospodynię?

A cóż to, spostrzegła nagle niewielką buteleczkę stojącą na ladzie. Czyżbym przeoczyła ostatni koncentrat? Odkręciła ozdobną nakrętkę i powąchała ostrożnie zawartość. Ciemnoczerwony płyn pachniał cudownie intensywnie, niczym esencja lasu. Mirandzie aż zakręciło się w głowie. Buteleczka była mała, ale mocny aromat dawał nadzieję, że po wymieszaniu z ciepłą wodą, cukrem i sokiem z cytryny będzie to przypominało kompot. Wdzięczna za ten uśmiech losu, zaczęła przygotowywać napój, nucąc cichutko ukochaną melodię.

***

Ale z tego Trevora idiota, myślał Flumen, zadowolony z siebie jak nigdy, idąc ramię w ramię z Ambrą w kierunku stołówki. Powiedział, że chce zostać dłużej w czytelni, żeby pouczyć się do egzaminu. Gdyby mnie teraz zobaczył, zzieleniałby z zazdrości. Kurde, idę obok niej, i gdybym się nachylił, mógłbym poczuć jej perfumy. Do tego dała mi do potrzymania swoją torebkę! Torebkę, rozumiesz, bracie? Wiesz, jakie to uczucie nieść torebkę kobiecie, którą się podziwia? Pewnie nie, bo wolisz siedzieć w czytelni pełnej kujonów i wdychać zapach starych książek. Aleś ty głupi.

— Straszny tu dziś tłok — głos Ambry wyrwał go z zamyślenia. Usiedli razem przy stoliku. Zupełnie, jakby byli na randce! No, tak po prawdzie to nie byli sami, razem z nimi było też kilka osób z fanklubu instruktorki, ale dla niego to był pierwszy raz, kiedy znalazł się tak blisko swojego ideału. Ambra nie spoufalała się zwykle ze swoimi fanami, ale dziś najwidoczniej miała lepszy dzień i dała się zaprosić na wspólny obiad. Flumen nie mógł uwierzyć, że naprawdę siedzi obok niej i może podziwiać jej cudowne, lodowatobłękitne oczy. Nawet jeśli patrzyły teraz na tego idiotę Irvine’a.

— Naprawdę nie wiem, co one widzą w tym kretynie — rzucił, ośmielony sytuacją. Irvine rozmawiał o czymś gorączkowo z kilkoma studentkami nieopodal. Wyglądało na to, że o coś je pytał. Te wydawały się zachwycone jego zainteresowaniem, nawet jeśli po krótkiej chwili chłopak oddalił się i zaczął zamęczać pytaniami inną grupkę.

— Zaiste, nieprzeciętny z niego idiota — zgodziła się Ambra ku jego wielkiej radości. — W życiu nie miałam tak głupiego studenta. Powinniście zobaczyć jego minę, kiedy do niego dotarło, że strzelanie z broni palnej do powietrznego GF-a nie przynosi żadnego skutku. Wyglądał tak głupio, że aż mi go było żal.
— Może zgłupiał przez to, że byłaś obok — powiedział Flumen i w tym samym momencie uświadomił sobie, że za daleko się posunął. Ambra parsknęła tylko cicho. Czując, jak się czerwieni, gorączkowo szukał jakiegokolwiek sposobu, żeby zmienić temat.
— Może nalać ci kompotu?

***

Squall wparował do kafeterii, udając, że nie zauważa poruszenia, jakie zawsze wywoływała jego obecność. Tak, był cholernym dowódcą Ogrodu, ale czasami naprawdę tęsknił do czasów, kiedy był zwykłym studentem. Wszyscy traktowali go teraz tak, jakby był jakimś pieprzonym bogiem. Zwracali się do niego z każdą pierdołą i schlebiali mu przy każdej okazji, licząc na szczególne traktowanie. Męczyło go to, zatem rzadko kiedy zaglądał do stołówki; zresztą zawsze znalazł się ktoś, kogo mógł poprosić o przyniesienie mu posiłku do gabinetu. Tym razem jednak był tak zalatany, że nawet nie miał czasu usiąść. Postanowił więc zajrzeć do kafeterii, napić się czegoś na szybko, i wrócić do swoich obowiązków.

Na stolikach stały porozstawiane wazy z kompotem. Squall sięgnął po szklankę i nalał do niej trochę wiśniowego płynu. Już miał zbliżyć ją do ust, kiedy nagle kątem oka wyłowił jakąś niebieską plamę zbliżającą się niebezpiecznie do jego stolika. Na Diablosa, jeszcze tej tu brakowało! Rinoa potrafiła przyczepić się do człowieka jak rzep. Jeśli się do niego dosiądzie, Squall nie będzie mógł wstać przez najbliższe dwie godziny. Naprawdę nie miał teraz czasu na jej paplaninę. Odstawił pełną szklankę, wstał i szybko ruszył w stronę wyjścia, przeciskając się przez tłumy studentów. Napije się czegoś z automatu, trudno.

***

Jeśli rozpacz człowieka mierzy się głębokością, to Irvine znajdował się teraz w okolicy piekielnych czeluści. Nie mógł uwierzyć, że jednego człowieka może spotkać na raz aż tyle niepowodzeń. Był święcie przekonany, że miał ze sobą eliksir miłosny, kiedy wchodził do stołówki. Zapytał wszystkich, którzy znajdowali się w sali. Zajrzał w każdy kąt. Gdyby mógł, zerwałby podłogę. Buteleczka zniknęła, przepadła, rozpłynęła się w powietrzu — tylko nie w powietrzu, na litość Hyne! Może był to element czarów Matoyi? Może podstępna wiedźma potrafi tworzyć eliksiry, które znikają po godzinie? Irvine niczego nie był już pewien. Zrezygnowany, stracił ochotę na obiad. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wrócić do dormitorium. Może zresztą w ogóle tam nie dotrze, tylko pójdzie prosto do centrum treningowego. Żałował, że uciekł z tego lasu. Trzeba było dać się pożreć T-Reksowi. Życie przysporzy mu tylko dalszych cierpień.

Ze wzrokiem wbitymi w posadzkę, nie zauważył nawet, że w drzwiach stołówki stoi Ambra i wpatruje się niego intensywnie. Gdyby to zobaczył, prawdopodobnie popadłby w totalne osłupienie. Ambra nie patrzyła na niego tak, jak zawsze — z lekceważeniem i pogardą. Jej oczy nie były już lodowate, lecz ciepłe i zamglone, a spojrzenie łagodne, wręcz cielęce. Patrzyła na niego tak, jakby był jedynym człowiekiem na świecie.

***

Selphie chciała tylko wpaść do kafeterii na szybką przekąskę i zaraz wracać do swojego komputera. Była w szale tworzenia. Przyszedł jej ekstra-genialny pomysł na nową funkcjonalność na forum — czat w czasie rzeczywistym, na którym wszyscy studenci mogliby rozmawiać o wszystkim i o niczym. Planowała już, jak będzie wyglądała strona, jakich fontów użyje, jakie emotki będą dostępne dla użytkowników (te z mooglami były naprawdę słodkie!) — nie mogła się doczekać, aż wróci do pracy. Szczególnie że tworzenie zawsze oddalało jej myśli od wszelkich problemów. A tych miała ostatnio trochę. Właściwie to jeden, ale duży.

Nie zdziwiła się wcale, kiedy natknęła się na niego w drzwiach stołówki. Tak często okupował ostatnio jej myśli, że widziała go wszędzie. Niestety, najczęściej w owych myślach towarzyszyła mu jakaś dziewczyna. Tak było i tym razem. Selphie z rozpaczą skonstatowała, że osoba, z którą rozmawia Irvine, to nie kto inny, a Ambra. Cudownie piękna, wysoka, posągowa Ambra — najpopularniejsza dziewczyna w całym Ogrodzie. Podejrzewała, że coś ich łączy, odkąd dowiedziała się, że to jego nowa instruktorka, ale teraz miała dowód przed oczami. Irvine stał tak blisko niej. Ambra wpatrywała mu się w oczy z uczuciem. Po chwili położyła mu rękę na ramieniu. Tego było zbyt wiele dla Selphie. Odwróciła się na pięcie, próbując powstrzymać łzy, i pobiegła w przypadkowym kierunku. Nic już dzisiaj nie zje, tego była pewna.

***

Zell biegł, zdyszany, w kierunku stołówki. Poranny trening w centrum dał mu dzisiaj niezły wycisk. Walka z T-Reksem jeden na jednego to nie przelewki, nawet z pomocą Shivy i lodowych zaklęć. Kilka razy był już bliski porażki, na szczęście tyłek uratowało mu kilka precyzyjnych ciosów wymierzonych w czułe punkty potwora. Usatysfakcjonowany, unoszony falami endorfin, zmierzał do sali jadalnej, w nadziei, że tym razem zdąży na hot-dogi. Należały mu się dzisiaj jak bum-cyk-cyk, no nie?

— Nie ma już hot-dogów — mechaniczny głos kobiety wydającej posiłki szybko rozwiał jego złudzenia. — Zostało trochę bigosu, jak chcesz.

Rad nierad, Zell nałożył sobie pokaźną porcję papki o nieokreślonym kolorze, i usiadł przy stoliku. Bigos nigdy nie był jego ulubionym daniem. Wcisnął w siebie trochę łyżek, ale smak był jeszcze bardziej podły niż zwykle. Muszę to ścierwo czymś przepić, pomyślał. Na szczęście był kompot. Sięgnął po szklankę i nalał sobie do pełna. Smak napoju cudownie go orzeźwił, zmywając z jego umysłu wszystkie troski, zmęczenie i nieprzyjemny smak obiadu. Dobre jak nie wiem, stwierdził, i nalał sobie jeszcze raz.

***

Irvine zupełnie nic z tego nie rozumiał. Minęła dobra chwila, zanim otrząsnął się z pierwszego szoku i udało mu się uwolnić od nachalnej Ambry. Dlaczego tak nagle zaczęła się nim interesować? Skąd ta zmiana? Przecież jeszcze wczoraj minęła go na korytarzu niczym powietrze — och, dlaczego wciąż przychodzą mu do głowy te nieszczęsne porównania — rozsiewała podłe plotki na jego temat, wyolbrzymiając jego porażkę i nie szczędząc mu złośliwości przy każdej okazji, a teraz nagle zatrzymuje go w drzwiach stołówki, przeprasza go i cudownie miękkim głosem zaprasza go na spacer — dlaczego, u licha? Może jej chłód i sarkazm tak naprawdę od początku miały tylko maskować jej zainteresowanie, przyszło mu do głowy. Może dlatego tak podle mnie traktowała, żeby zwrócić na siebie moją uwagę.

W innych okolicznościach byłby wniebowzięty. Teraz jednak, kiedy jego serce płonęło uczuciem do jednej kobiety, ze zdziwieniem odkrył, że zainteresowanie Ambry wcale nie jest mu na rękę. Jej natrętność go zirytowała i w końcu musiał ją odepchnąć, bo zaczęła się zdecydowanie zbyt blisko przysuwać. Zapewne był to pierwszy raz, kiedy ktoś ją tak potraktował. W sumie to mogło jej wyjść tylko na dobre, może w końcu przestanie tak zadzierać nosa.

Nie uszedł daleko, kiedy usłyszał, że ktoś go woła. Odwrócił się. W jego stronę pędził Flumen. Irvine skojarzył jego twarz z nieprzyjemnym porankiem w czytelni i napiął mięśnie. Pewnie będzie chciał mu dokopać za to, że ten w niewytłumaczalny sposób stał się nagle obiektem zainteresowania Ambry. Ale Irvine nie zamierzał tym razem dać mu się upokorzyć. Stanął i czekał w milczeniu, aż ten do niego dobiegnie.

— Uff, złapałem cię — wydyszał Flumen, łapiąc oddech łapczywie. Był typowym mózgowcem, zarozumialcem mocnym w gębie, ale obdarzonym mikrą posturą. Wyglądał tak żałośnie, jak biegł z tym swoim wielkim plecakiem, że Irvine’owi prawie było żal tego frajera.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytał w końcu.
— Ja… tak właściwie… wiesz… chciałem cię przeprosić… za moje poranne zachowanie w czytelni — wydusił z siebie chłopak. — Ja nie chciałem… to wszystko wina Trevora. Palant z niego straszny. Nie… nie miej mi tego za złe, proszę…

Irvine patrzył na plączącego się Flumena i czuł się głupszy z każdą sekundą. Dlaczego chłopak tak dziwnie się zachowywał? Może to była jakaś nowa forma zaczepki?

— Możesz mi powiedzieć, co ci, u diabła, odbiło? — skrzyżował ramiona. — Nabijasz się ze mnie?
— Nie… oczywiście, że nie, przepraszam… Ja… chciałem tylko, żebyś nie myślał o mnie źle. Tylko to… — twarz Flumena przybierała coraz bardziej buraczkowy odcień, a jego spojrzenie było co najmniej niepokojące. Wyglądał, jakby coś mu zaszkodziło. Właściwie to Irvine nawet nie był na niego zły. Przemknęło mu przez myśl, że może to wina nadmiernej dawki nauki.
— Nie wiem, o co ci chodzi, człowieku, ale nie wyglądasz najlepiej. Lepiej idź do ambulatorium i zmierz sobie temperaturę — zdobył się nawet na wspaniałomyślny gest i poklepał go po ramieniu. Flumen poczerwieniał jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.
— Dziękuję, że… że się o mnie tak troszczysz, Ir… Irvine — wydukał. — To dla mnie… wiele znaczy…
Irvine tylko pokiwał głową i odszedł. To wszystko wyglądało coraz dziwniej.

Ledwie tylko skręcił za róg, kiedy zobaczył grupkę młodszych o kilka lat uczennic blokujących przejście. Chichotały i patrzyły prosto na niego.
— Irvine! — zapiszczała najmniejsza z nich, z mysimi włosami splecionymi w warkocze. — Wpiszesz mi się do pamiętnika?
— Pójdziesz ze mną na koncert Drapieżnych Flanów? — zapytała przymilnie blondynka w okularach.
— Może dasz się zaprosić na lody?
— Podoba mi się twój podarty płaszcz, wygląda tak seksownie…
— Pomożesz mi z matematyką? Słyszałam, że jesteś w tym dobry…
— Co robisz dziś wieczorem?
— Ej, ja go miałam o to zapytać! — oburzyła się krótko ścięta brunetka o słusznym biuście wyraźnie rysującym się pod obcisłym mundurkiem. — Irvine pójdzie dziś ze mną!
— A właśnie, że ze mną! — odparła blondynka w okularach, biorąc go pod rękę. — Prawda, Irvine?
— Nie dotykaj go! — popchnęła ją tamta.
— To wy się kłóćcie, a ja go zabieram na lody! — najwyższa z dziewcząt zaczęła go ciągnąć w swoją stronę. Irvine, oszołomiony natłokiem dziewcząt, które napierały na niego z każdej strony, nie wiedział, co robić. Szukał pomocy oczami pełnymi rozpaczy, aż wyłowił z tłumu twarzy tę, której najmniej się spodziewał. Stała pod drzewem i patrzyła prosto na niego, a w jej oczach malowała się wściekłość. Pogarda. Rozczarowanie.

— Selphie! — wrzasnął, uwalniając się z objęć nastolatek. — Zaczekaj, posłuchaj mnie!

Selphie odwróciła się i zaczęła biec. Gonił ją przez chwilę, aż w końcu zdał sobie sprawę z tego, że biegnie w kierunku damskiej toalety. Nie mógł tam wejść. Poza tym nie chciał z nią rozmawiać w tym momencie, kiedy był cały odrapany, w dziurawym płaszczu i z rozwichrzonymi włosami. Musiał najpierw doprowadzić się do porządku. O ratowaniu honoru pomyśli później. Zaczął biec w stronę dormitorium, zdecydowany odtrącić każdego, kto stanie mu na drodze.

***

Zell czuł się bardzo dziwnie. Naprawdę bardzo dziwnie. Nigdy wcześniej nie czuł tego łaskotania, które promieniowało od brzucha aż do serca. Czuł się trochę tak, jak przed ważnym egzaminem — serce waliło mu w klatce piersiowej, jakby chciało się wydostać na wolność. To ten cholerny bigos, pomyślał. Zjadł tylko kilka łyżek, ale najwyraźniej to wystarczyło, żeby mu zaszkodzić. Od początku czuł, że coś z tym żarciem jest nie tak. Gdyby mama zobaczyła, jakie jedzenie podają w tej stołówce, dostałaby palpitacji.

Muszę wziąć prysznic, stwierdził. Po prostu przesadziłem z treningiem, potem zjadłem świństwo i dlatego się źle czuję. Choć właściwie uczucie nie było nieprzyjemne. Sprawiało, że chciał się unosić. Dokonywać wielkich czynów. Pokazywać komuś, do czego jest zdolny. Tylko… komu?

Idąc do dormitorium, kątem oka zauważył jeszcze, jak grupka nastolatek głośno się o coś kłóci. Dwie dziewczyny okładały się książkami, inna wyrzucała na ziemię zawartość czyjegoś plecaka. Dziewczyny są straszne, przeszło mu przez myśl.

***

Selphie posiedziała chwilę w kabinie toalety, skubiąc z determinacją bransoletkę z drewnianych koralików. To już przechodziło ludzkie pojęcie. Jak on mógł flirtować z każdą napotkaną dziewczyną? A przecież wydawało jej się, że się zmienił. Zaczynała dostrzegać ostatnio subtelne oznaki, że nie jest mu obojętna. Jakby trochę spoważniał, miała też wrażenie, że zaczął okazywać jej, że jest dla niego kimś wyjątkowym. A teraz coś takiego. Czy wszyscy faceci są tacy podli?

Z drugiej strony, jakby się zastanowić, nie wyglądał wcale na zainteresowanego tym stadem dziewczyn, które go obłapiały. Selphie miała dziwne wrażenie, że w jego spojrzeniu, które złapała na moment, zanim nogi poniosły ją do toalety, widać było raczej rozpacz i chęć ucieczki niż zadowolenie. Dziwna sprawa, myślała. Może jednak powinnam pozwolić mu wytłumaczyć. W końcu, jakby nie było, jesteśmy przyjaciółmi. Może to ma jakieś racjonalne wyjaśnienie.

Chlipnęła dwa razy w chusteczkę i spuściła ją w ubikacji. Przemknie się do męskiego dormitorium, jak często zwykła to robić, i zaczeka tam na niego. Nie będzie tu płakać jak jakaś idiotka. Trzeba to po prostu załatwić.

***

Ciepły prysznic nieco poprawił Irvine’owi nastrój. Spędził w kabinie prysznicowej dobry kwadrans, polewając ciało gorącą wodą. Zmył z siebie brud, pot i krew, wyszorował do czysta włosy i teraz stał już tylko w nagrzanej parą kabinie, oddychając głęboko. Nie z takimi sytuacjami się już zmagał. Poradzi sobie i z tym. Weźmie los w swoje ręce i nie będzie się wahał. Pójdzie do Selphie. Powie jej, co do niej czuje. Głośno wypuścił powietrze z płuc. Zatopiony w myślach, nie słyszał, jak ktoś otwiera drzwi od łazienki.

Zell wszedł do gorącego pomieszczenia, a serce dudniło mu w piersi coraz mocniej. Od razu spostrzegł, że nie jest sam. Coś ciągnęło go w stronę kabin prysznicowych. Szedł powoli, zagłębiając się w przyjemne ciepło, aż jego oczom ukazały się przeszklone drzwi, pokryte od wewnątrz parą. Za półprzezroczystą taflą majaczyła czyjaś sylwetka. Zell przymknął oczy i zaraz otworzył je znowu, chłonąc wzrokiem zarys męskiego ciała. Stał tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, oddychając szybko. Otrzeźwił go dopiero odcisk dłoni, który wykwitł nagle na zaparowanej powierzchni. Potem drzwi się otwarły i naprzeciw niego stanął Irvine, całkowicie nagi.

— Co ty robisz, do jasnej cholery? — zapytał tamten, szukając gorączkowo ręcznika. — Przestań się gapić!

Zell stał jak wmurowany w ziemię, starając się opanować rozszalałe serce. Irvine był porażająco piękny. Jak to możliwe, że nigdy tego nie zauważył? Jego mokre włosy lśniły w przytłumionym świetle łazienkowej lampy. Jego mięśnie odznaczały się pod mokrą skórą. W obłoku pary wyglądał nie całkiem realnie, niczym półbóg zstępujący na ziemię. Zell czuł, że pragnie osunąć się na ziemię i oddać hołd temu zjawisku.

Plaskacz w twarz wyrwał go z tych romantycznych myśli.

— Mówię ci, przestań się na mnie gapić, oszalałeś?! — Irvine znalazł wreszcie ręcznik i obwiązywał go sobie wokół bioder. — Co się dzisiaj dzieje z tymi ludźmi? Czy wszyscy tutaj padli ofiarą jakiejś zbiorowej hipnozy? Czy to ja oszalałem? Naprawdę, wygląda, jakby ktoś rzucił jakiś czar! — otworzył zamaszyście drzwi od łazienki i wyszedł. Wtem zatrzymał się wpół kroku i odwrócił. Zell nadal stał tam, gdzie stał, wpatrzony w niego maślanym wzrokiem.

Straszliwe podejrzenie zaczęło kiełkować w głowie Irvine’a. Wiedziony nagłym impulsem, podszedł do Zella, mocno chwycił za ramiona i potrząsnął nim.

— Co ty dziś jadłeś?! Mówże, natychmiast!
— Trochę bigosu… ale był podły — odpowiedział Zell z nieprzytomnym uśmiechem. — Nie zjadłem go dużo, poczułem się jakoś dziwnie, jakby w brzuchu latały mi motyle…
— A piłeś coś? — Irvine drążył, nieczuły na wilgotne spojrzenie Zella.
— Tylko kompot… w stołówce był kompot, bardzo dobry. To takie miłe, że się o mnie martwisz…
— Czy ten kompot był czerwony? — upewnił się biedny strzelec, znając odpowiedź.
— O tak… czerwony jak krew. Zupełnie jak… te ślady na twojej twarzy. Dlaczego krwawiłeś? Pozwól mi cię opatrzyć… — Zell nie mógł już zapanować nad tą nagłą i nieznaną mu namiętnością, i ujął w dłonie twarz Irvine’a z całą swoją siłą wytrawnego pięściarza.
— Auuu!!! — zawył Irvine, usiłując wyswobodzić się z uścisku. — Natychmiast przestań, idioto! — krótka szamotanina pozwoliła mu uwolnić się na moment, lecz Zell nie zraził się tak łatwo. Wzbierające w piersi uczucie kazało mu ścigać obiekt westchnień, który wyskoczył jak oparzony z łazienki.

— Przestań mnie gonić, kretynie! — krzyczał Irvine, usiłując oddalić się na bezpieczną odległość, co nie było łatwe w niewielkiej sypialni. — Zostałeś zaczarowany, rozumiesz?! To jest tylko głupie zaklęcie miłosne!
— Rzuciłeś na mnie miłosny czar? Nie miałem pojęcia, że tak bardzo mnie pragniesz…
— Nie celowałem w ciebie, głupku! — Irvine potknął się w końcu o krzesło i rymnął jak długi na ziemię. Zell ochoczo wykorzystał moment przewagi, by przygnieść opierającego się kolegę swoim ciałem. Ten właśnie moment wybrała Selphie, aby uchylić drzwi pokoju.
— No nie!!! — wrzasnęła, widząc splecione ciała na podłodze sypialni. — NAWET Z ZELLEM?!!

Trzaśnięcie drzwiami otrzeźwiło Irvine’a. Potężny przypływ adrenaliny dodał mu sił. Zell przeleciał przez pokój i wylądował pod ścianą z głośnym hukiem. Irvine gnał przez korytarz, wołając Selphie, niepomny na fakt, że ma na sobie tylko ręcznik, a tymczasem ogłuszony Zell leżał pod ścianą sypialni i mamrotał niezbyt przytomnie:
— Nie musiałeś być od razu taki brutalny, mogłeś mnie najpierw chociaż pocałować albo coś…

***

Kolejny tydzień był dla Irvine’a prawdziwą katorgą. Wniosek, że miłosny eliksir w jakiś sposób przedostał się do kompotu, który następnie wypiła połowa studentów w Ogrodzie, był jedynym logicznym wyjaśnieniem tego szaleństwa. Nie miał pojęcia, jak do tego doszło, ale być może miało to być dla niego karą za uciekanie się do podstępów, by zdobyć serce ukochanej, przeszło mu przez myśl. Może właśnie na to zasłużył.

Nie dogonił Selphie, zresztą po paru chwilach stwierdził, że bieganie po Ogrodzie w ręczniku nie poprawi jego sytuacji. W jego stronę biegło już paru studentów, których oczy błyszczały podobnym zamglonym blaskiem jak oczy Ambry i Zella. Nie mógł też wracać do swojego pokoju, w którym czaiło się realne zagrożenie. W akcie rozpaczy zabarykadował się w dyżurce i ze szkolnego telefonu zadzwonił do jedynej osoby, która mogła mu pomóc.

Quistis zjawiła się po paru minutach. Chcąc nie chcąc, opowiedział jej całą historię, nie pomijając żadnego szczegółu. Brwi przyjaciółki wędrowały coraz wyżej w kierunku linii włosów. W pewnym momencie przeprosiła go na moment. Wróciła po minucie, z podejrzanie załzawionymi oczyma. Irvine nie gniewał się na nią. Sam by pewnie uznał tę sytuację za zabawną, gdyby dotyczyła kogoś innego.

Była dobrą przyjaciółką, musiał przyznać. Załatwiła mu tymczasowe przeniesienie do pojedynczego pokoju. W tym celu musiała porozmawiać ze Squallem, więc wymyśliła historyjkę o tym, jak to biedaka dopadł bezdech senny i przeszkadza spać współlokatorom. Squall uniósł brwi, ale nic nie powiedział i zgodził się na zmianę pokoju. Oczywiście, nie było też mowy o tym, by Irvine przez najbliższy tydzień uczęszczał na jakiekolwiek zajęcia. Wyjście do stołówki również groziło kataklizmem. Irvine był zatem więźniem w swojej sypialni. Quistis była nawet na tyle kochana, że przynosiła mu jedzenie. Myślał o niej ciepło, nawet gdy posiłki docierały do niego wystygnięte i w formie nieapetycznej papki.

Może tak właśnie miało być, myślał, wpatrzony w ścianę. Miał teraz na to bardzo dużo czasu.

***

Irvine nie spał dobrze tej nocy. Właściwie ostatnio w ogóle źle mu się spało, co było zrozumiałe, zważywszy na to, że nie miał nic do roboty. Dni ciągnęły się niemiłosiernie, noce wydawały się tygodniami. Znienawidził swój nowy pokój, którym w innym wypadku byłby zachwycony. Ładne, białe wnętrze stało się jego więzieniem. Leżał na łóżku i liczył sekundy dzielące go od świtu.

To była siódma noc jego męki. Zostało już więc tak niewiele. Z relacji Quistis, która odwiedzała go kilka razy dziennie, by przynieść mu jedzenie, wynikało, że histeria na jego punkcie zaczyna wreszcie słabnąć. Oczywiście wszyscy studenci, którzy zostali dotknięci miłosnym czarem, byli zdruzgotani faktem jego niespodziewanego zniknięcia. Niestworzone plotki krążyły po Ogrodzie, obrastając w zmyślone fakty niczym kula śnieżna. Mówiono, że Irvine został wysłany na tajną misję, z której na pewno nie wróci żywy. Grupka młodszych studentek rozpaczała z tego powodu szczególnie mocno, zalewając łzami jego zdjęcie i nosząc czarne opaski na znak żałoby. Inna plotka głosiła, że Irvine nigdy tak naprawdę nie był studentem Ogrodu, tylko naukowym eksperymentem badającym podatność ludzi na zaawansowane techniki podrywu. Ktoś podniósł nawet teorię, że nie jest człowiekiem, a GF-em, którego atakiem jest nakładanie na wrogów czaru Confuse. Właściwie musiał przyznać, że nie było to aż tak dalekie od prawdy. Chciał zdobyć miłość za pomocą nieczystych metod, to miał za swoje.

To Zell był tym, który najbardziej ucierpiał od efektu miłosnego eliksiru. Godzinami snuł się pod ścianami Ogrodu, a umysł wypełniały mu najbardziej nieprzyzwoite obrazy. Nie było z niego żadnego pożytku ani podczas nauki, ani na treningach. Często zaglądał do łazienki w rozpaczliwej nadziei, że znów ujrzy Irvine’a wyłaniającego się w obłokach pary z kabiny prysznicowej. Świadomość, że piękny strzelec zniknął, tkwiła w jego sercu niczym cierń, boleśnie przekręcający się z każdym wspomnieniem jego umięśnionego torsu, jego niebieskich oczu ciskających gromy, jego mokrych włosów opadających na czoło. Zell cierpiał jak nigdy wcześniej, a miłosna gorączka dodała jego rysom szlachetności, rzeźbiąc w pogodnej zwykle twarzy zmarszczki rozpaczy.

To wszystko już niedługo się skończy, pocieszał się Irvine. Wprawdzie nie miał pojęcia, w jaki sposób wróci do normalnego życia. Miał nadzieję, że efekty zaklęcia nie zapisują się trwale w pamięci. Skoro według Matoyi miłosny eliksir powodował oszołomienie ofiary, to może po przeminięciu działania ten stan po prostu wyparowuje? Wiedział natomiast jedno: nigdy, przenigdy więcej nie sięgnie po magię w takich celach. To było zbyt niebezpieczne i generalnie powinno być zabronione. Postanowił, że pogada ze Squallem w sprawie tej wiedźmy. Tak groźnych praktyk nie powinno się uprawiać w pobliżu dużych skupisk ludzi, zwłaszcza młodych i podatnych na pokusy.

Z rozmyślań wyrwał go cichy szmer. Puls przyspieszył mu gwałtownie. Ktoś się zbliżał. W ciemności Irvine zobaczył, jak drzwi pokoju uchylają się cicho i powoli. Jakaś postać ostrożnie stąpała po miękkim dywanie. Widział, jak kieruje się w stronę jego szafy. Najciszej, jak tylko potrafił, wykorzystując swoje snajperskie przeszkolenie, sięgnął po broń, którą zawsze trzymał przy łóżku. Cicho jak kot zakradł się za plecy postaci i, kiedy był tuż za nią, znienacka przyłożył jej lufę do głowy.

— Tylko piśnij, a odstrzelę ci łeb — szepnął, sięgając drugą ręką, by zasłonić intruzowi usta.
Postać wzdrygnęła się i odwróciła gwałtownie. Był to ktoś niski i drobny. Irvine wyczuł pod dłonią, że dotyka dziewczęcej twarzy. Opuścił strzelbę i wymacał kontakt. Światło zalało sypialnię i zorientował się, że patrzy w wybałuszone przerażeniem zielone oczy.

— Selphie? — wydusił z siebie.
Dziewczyna oddychała ciężko i drżała na całym ciele. W świetle lampy Irvine zauważył, że na jej ramionach pojawiła się gęsia skórka. Przeniósł wzrok niżej i osłupiał. Selphie trzymała w rękach jego kapelusz.
— Co tu robisz? I skąd to masz? — zapytał.
— A… ale mnie przestraszyłeś. Wreszcie cię znalazłam — wykrztusiła Selphie, odzyskując oddech. — Co się z tobą działo? Od tygodnia nigdzie cię nie ma.
— To… długa i paskudna historia — westchnął Irvine, w głębi duszy skacząc z radości. Martwiła się o niego! Tęskniła i szukała go. Zależało jej na nim, to pewne! Tylko dlaczego miała ze sobą jego kapelusz?
— To ja się martwię, a ty siedzisz sobie tutaj, w pojedynczym pokoju — nawijała Selphie, usiłując odwrócić jego uwagę od faktu, że właśnie zakradła mu się do sypialni z dowodem kradzieży w ręce. — Taki z ciebie przyjaciel, najpierw zachowuje się dziwnie, potem znika, nie obchodzi cię, że inni się martwią…
— Przepraszam — powiedział i poczuł, jak spływa na niego ulga. — Naprawdę cię przepraszam. Nie masz pojęcia, co ja narobiłem…
— Ogród oszalał, wszyscy cię szukają. Ilu dziewczynom złamałeś serce? — zapytała, nie ukrywając gorzkiego tonu w głosie. — Podobno nawet paru chłopaków…
— Nie, to nie tak, wszystko ci wyjaśnię — odparł pospiesznie, chwytając ją za ramiona. — To był największy błąd w moim życiu. Zrobiłem straszną głupotę. To wszystko przez… przez eliksir miłosny.
Selphie zmarszczyła brwi.
— Eliksir miłosny? Wierzysz w ogóle w takie rzeczy? I skąd go w ogóle wziąłeś?
— W lesie niedaleko mieszka wiedźma, od której można kupić takie rzeczy. Poszedłem tam. Potem mikstura w niewyjaśniony sposób zginęła, a następnie okazało się, że ktoś wlał ją do kompotu, który podano w stołówce — wyrzucił na jednym wdechu, zdając sobie sprawę, jak idiotycznie brzmi to wytłumaczenie.
Dziewczyna przetrawiała chwilę jego słowa.
— To by wiele wyjaśniało — powiedziała w końcu. — Te błędne spojrzenia, tę histerię na twoim punkcie, nawet Zella… Na Ifryta, biedny Zell! — otworzyła szerzej oczy, przypominając sobie zmiany, które ostatnio zaszły w koledze.
— Zaraz, a więc… ty mi wierzysz? — zapytał Irvine, wpatrując się w jej poważną twarz.
— Tak… chyba tak — odparła, dziwnie zmieszana. — Choć… nie powiedziałeś mi, po co ci był ten miłosny eliksir — dodała cicho.
W ciszy, która nagle zapadła, Irvine czuł, jak mocno bije mu serce. Zapragnął zgasić znów światło, ukryć twarz przed jej spojrzeniem. To zabawne. Nigdy nie miał problemów w rozmowie z dziewczynami. To one się czerwieniły i bladły na przemian, kiedy plótł im do ucha różne bzdury. Był wyborowym strzelcem, ustrzelił już niejedno serce. Teraz, stojąc przed Selphie, zrozumiał w końcu, z jak kruchej materii zbudowane są ludzkie serca. Także jego własne.
— Naprawdę nie wiesz? — zdobył się w końcu na odwagę. Jego głos drżał, jak nigdy dotąd, czuł się słaby i zdany całkowicie na łaskę tej drobnej istoty, która stała blisko niego. Czuł jej puls pod swoimi palcami. Jej oczy domagały się odpowiedzi.
— Kocham cię, Selphie — powiedział. — Kocham to, jak biegniesz przed siebie z rozłożonymi rękami. Kocham to, jak przystajesz pod drzewem, żeby posłuchać śpiewającego ptaka. Kocham cię za to, jak bardzo martwiłaś się o swoich przyjaciół w Trabii. Kocham cię za to, że jesteś urocza, dowcipna, błyskotliwa i śliczna. Kocham cię od dawna. I chciałem, żebyś też mnie pokochała.

Oczy Selphie zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe i podejrzanie wilgotne. Kiedy przemówiła, jej głos drżał.
— Dla… dlaczego mi tego wszystkiego nie powiedziałeś?
— Bałem się. Że mi nie uwierzysz. Albo wyśmiejesz. Albo się wkurzysz. Nie chciałem stracić twojej przyjaźni.
— I dlatego postanowiłeś się uciec do sztuczki z miłosnym eliksirem? — w jej oczach zagrały małe iskierki.
— Tak, wiem, to było głupie. Potwornie głupie… Ale dostałem za to swoją karę, jak widzisz.
— Widzę właśnie. Dostałeś pojedynczą sypialnię dla vip-ów — parsknęła Selphie, opanowując wreszcie szaleńcze bicie serca. — A biedny Zell umiera z miłości do ciebie.
— Ja też mogłem umrzeć! Ten idiota ma siłę wołu!
— Zasłużyłeś sobie na to — szturchnęła go, a potem, ku jego uldze, zaczęła się wreszcie śmiać. Dołączył do niej. Ach, jak dobrze było patrzeć na jej radosną twarz! Bał się, że już nigdy nie będzie mu to dane.

Wreszcie spoważniała. Podniosła na niego oczy i zapytała powoli:
— Czyli… jesteśmy teraz parą, tak?
Jej głos zadźwięczał mu w uszach. Wplótł palce w jej włosy.
— Tak… jeżeli tylko tego chcesz.
Nie musiała nic mówić. Czasem słowa w ogóle nie są potrzebne.

***

— No dobra, ale nadal nie wyjaśniłaś mi jednego — powiedział rano, opierając się na łokciu. Leżała obok niego, z rozczochranymi włosami przypominała mu małą dziewczynkę. — Po co ci był mój kapelusz? Przecież gdybyś tylko powiedziała, pożyczyłbym ci go. Nie mogłaś po prostu do mnie przyjść?
Selphie drgnęła nagle i ukryła twarz w dłoniach. Spod palców dało się słyszeć zduszone „Aaaa!”.
— No o co chodzi? — indagował dalej, zdziwiony jej reakcją.
— Bo… bo… ja… potrzebny mi był twój włos — wydusiła wreszcie z siebie, kiedy zdjął jej dłonie z twarzy.
— Mój włos? A po co?
— Do… eliksiru wierności… — szepnęła i schowała twarz w poduszkę.
— To ty też poszłaś po eliksir? — usiadł skonfundowany na łóżku.
— Taaaak — dobiegło spod poduszki. W końcu Selphie wynurzyła się spod niej z czerwoną jak burak twarzą. — No co miałam zrobić, jak cały czas z kimś flirtowałeś? Żebyś wiedział, ile nocy przez ciebie nie przespałam! Nie mogłam jeść, tak mnie denerwowałeś! W końcu pomyślałam, że załatwię to miłosną miksturą. Koleżanka dała mi wizytówkę tej wiedźmy z lasu. Kupiłam od niej eliksir, który miał sprawić, że będziesz mi zawsze wierny. Miałam do niego wrzucić twój włos, odstawić na tydzień i wypić. Nie mogłam cię gonić przecież z nożyczkami, więc zwędziłam ci kapelusz. Tydzień minął, mogę go wreszcie wypić — Selphie zachichotała, zakrywając usta ręką.
— Masz ten eliksir przy sobie? — zapytał Irvine, nie dowierzając własnym uszom.
— A żebyś wiedział. Nie rozstawałam się z nim — Selphie sięgnęła do kieszeni sukienki. Irvine wziął od niej małą buteleczkę. Wyglądała prawie tak samo jak jego miłosny eliksir. Ta sama kształtna butelka z ozdobną zakrętką. Nieco inny kolor, bardziej pomarańczowy. Zważył go w dłoni. Taka mała rzecz, a tyle potrafi nabroić.
— Jeśli mnie zdenerwujesz, to zaraz go wypiję — zagroziła Selphie, uśmiechając się przekornie.
— Nie musisz, przysięgam ci — opowiedział jej uśmiechem. — Będę ci wierny i bez tego.
— Póki Hyne nas nie rozłączy? — zapytała poważnie.
— Póki Hyne nas nie rozłączy — odpowiedział, odstawiając buteleczkę na stolik.

***

Wymknęła się zaraz później. Nie mogli ryzykować, że ktoś ją tu znajdzie, nawet jeśli to skrzydło dormitorium było prawie puste. Leżąc na łóżku, rozkoszował się tą chwilą. Wszystko się w końcu ułożyło. I nie potrzebował magii, by zdobyć jej serce. Choć, zastanowił się przez chwilę, może w tym wszystkim jest jednak jakaś magia.

Spojrzał na zegarek. Siódma noc minęła. Jeżeli wierzyć Matoyi, działanie eliksiru powinno wkrótce ustąpić. Może mógłby już wyjść z tego przeklętego pokoju. Wstał energicznie z łóżka i przeciągnął się z głośnym westchnieniem. Założył na głowę odzyskany kapelusz, czule przejeżdżając dłonią po jego krawędzi. Dobrze było mieć go z powrotem.

— Czas wracać do życia — rzekł i wyszedł.

***

Zell długo szukał pokoju Irvine’a. Był wkurzony. Dlaczego ten kretyn dostał nagle pojedynczy pokój, a on ciągle się musi gnieść ze współlokatorami? To było cholernie niesprawiedliwe. Znał Squalla dłużej i na pewno był jego bliższym przyjacielem niż ten idiota. Najchętniej by w ogóle z nim nie rozmawiał. Tak się jednak składało, że Irvine parę tygodni temu pożyczył jego ulubione rękawice bokserskie, z myślą, że będzie się wprawiał w sztukach walki. Zell z niechęcią na to przystał, choć od razu wiedział, że nic z tego nie będzie. Ten mięczak nie miał żadnej siły w łapie. Tacy jak on potrafią tylko polegać na mechanicznych zabawkach. Prawdziwi mężczyźni nie potrzebują do walki niczego poza własnymi pięściami.

Spał tej nocy jak zabity. Miał wrażenie, że spał całe wieki, a przynajmniej kilka dni. Obudził się rześki i wypoczęty. Od razu naszła go ochota na jakiś porządny wycisk. Pójdzie do centrum treningowego i zatłucze parę trujących krzaków. Może nawet spróbuje dokonać tego, co jeszcze nikomu się nie udało — walki jeden na jednego z T-Reksem, bez żadnych GF-ów i magii. Tylko on i jego pięści kontra prehistoryczny olbrzym. Tak, to będzie wyzwanie, pomyślał z satysfakcją i rozciągnął ręce, aż chrupnęło.

Znalazł w końcu ten jego pokój. Od progu widać było różnicę w standardzie. Miękki dywanik, większe łóżko, nowsze sprzęty… Z zazdrości aż go zakłuło. A więc to tak sobie pogrywają ze Squallem za jego plecami. Dobra, nie to nie, nie będzie się wpraszał tam, gdzie go nie chcą. Jeszcze będzie miał okazję, żeby udowodnić dowódcy, że jest pod każdym względem lepszy od tego nadętego bubka.

Oczywiście nie było go w pokoju, pewnie gdzieś się szlajał z jakąś panną, jak to miewał w zwyczaju. Głupie te dziewczyny jak nie wiem, jak mogły być tak ślepe i lecieć na tego idiotę? Nawet nie wyglądał jak facet, z tymi długimi włosami i twarzyczką jak z okładki magazynu dla nastolatek. Ech, minie trochę czasu, zanim zaczną doceniać prawdziwych mężczyzn takich jak on.

Rozejrzał się po pokoju. To, że go tu nie ma, nie oznaczało wcale, że będzie czekał, aż wróci, żeby grzecznie poprosić o swoją własność, co to, to nie. Sam sobie weźmie. Podszedł do szafy i zaczął przeszukiwać ją w poszukiwaniu rękawic. Szybko je odnalazł — leżały w drugiej szufladzie, niedbale rzucone pomiędzy zwiniętymi w kulki skarpetkami. Skrzywił się. To tak traktuje się rzeczy pożyczone od kumpla? Będzie jeszcze czegoś chciał. Mrucząc pod nosem przekleństwa, wyjął rękawice z szuflady i wygładził troskliwie czarną skórę.

Zamknął szufladę. Jeszcze raz objął wzrokiem pomieszczenie. Niezły z niego syfiarz. W kącie pokoju piętrzył się stos brudnych pudełek po jedzeniu na wynos. Towarzystwa dotrzymywały im puste butelki po napojach. I ktoś taki dostaje wypasiony pokój, pokręcił głową z niedowierzaniem.

Jego wzrok padł na małą buteleczkę z pomarańczowym płynem, stojącą na stoliku obok łóżka. Fikuśna, pomyślał, podchodząc i biorąc ją do ręki. Pewnie jakiś nowy napój energetyczny. W sumie powinien się czymś takim naszprycować przed treningiem, jeśli chciał serio myśleć o walce z T-Reksem. Namyślał się chwilę i w końcu stanowczym ruchem odkręcił zakrętkę. To za moje rękawice, pomyślał. I za tę pojedynczą sypialnię.

Powąchał napój. Pachniał ładnie, owocowo, z jakąś przyjemną ziołową nutą. Przez chwilę oglądał buteleczkę. A potem bez wahania wychylił całość jednym haustem.
Ostatnio zmieniany: 2016/04/28 18:28 przez Em.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/04/28 18:41 #10769 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Kompot
CZEMU TU JEST JAKIŚ CLIFFHANGER?!?!?

Tak poza tym: Zell×Irvine OTP FOREVER!! Z początku myślałem, że z Zella zrobisz aseksualistę, ale widzę, że grubo się pomyliłem. ;)

Podoba mi się jak taka stara czarownica jak Matoya jest niezwykle nowoczesna.

W ogóle powinnaś wstawić na FanFiction.net po polsku i angielsku: a niech ludzie choć raz przeczytają kawał porządnej literatury. :P





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2016/04/28 18:49 #10770 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Kompot
Pewne sprawy lepiej pozostawić niedopowiedziane. Niepewność podsyca wyobraźnię. :P

Nie wiem, czy to się klasyfikuje pod literaturę, zwłaszcza "porządną", ale fajnie się wypluwa z siebie ściany tekstu. Może jeszcze kiedyś coś skrobnę :)
The following user(s) said Thank You: Kaoris

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 117 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • audion za 2 dni awansuje na nowy poziom! (47)
  • bezimienny82 za 6 dni awansuje na nowy poziom! (35)
  • LPDawid za 7 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • Yuna za 7 dni awansuje na nowy poziom! (25)
  • yxam za 7 dni awansuje na nowy poziom! (31)
  • kostek059 za 9 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • Siriondel za 9 dni awansuje na nowy poziom! (29)