Forum

Zwykły letni dzień

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2014/01/23 09:56 - 2014/01/23 11:27 #10154 przez Em
Em stworzył temat: Zwykły letni dzień
Sprowokowana przez Shiz i Noela postanowiłam spróbować napisać fanfik. Jest to, jak to nazywa Noel, "one-shot", bez kontynuacji, napisany zresztą od ręki. Chciałam udowodnić samej sobie, że potrafię coś takiego i że śruby w głowie nie zardzewiały mi jeszcze na amen :P Z góry uprzedzam wszystkich czytelników, żeby nie spodziewali się jednak niczego wyjątkowego - nie będzie to żadna wymyślna historia pełna fascynujących przygód i dziwów, nie spodziewajcie się także zaskakujących zwrotów akcji. Ot, taka lekka historyjka bez większego sensu czy znaczenia, nieszczególnie zabawna, dość sentymentalna. Fanfik ten nie jest parodią, nie zawiera także żadnych scen miłosnych, nie ma w nim aluzji politycznych, erotycznych ani wulgaryzmów. PEGI +3 ;) Oto i on.

---

To był piękny letni dzień. Należałoby o nim raczej powiedzieć „wiosenny”, ponieważ z wiszącego w kuchni kalendarza nie opadła jeszcze ostatnia majowa kartka, lecz któż by tego dnia dbał o ścisłe nazewnictwo? Patrząc na błękitne niebo gdzieniegdzie tylko upstrzone drobnymi białymi obłoczkami, czując na skórze mocne promienie słońca, szukające na ciele miejsc, które mogłoby przyrumienić, wciągając w nozdrza zapach świeżej trawy, pachnącego groszku i maciejki z pobliskiej łąki, czuło się wewnętrzne pragnienie powiedzieć „lato! Przyszło lato!”.

Dom z białego kamienia także błyszczał tego dnia bardziej niż zwykle. Bujne pnącza bluszczu podkreślały biel kolumn, wiły się po ścianach, tworząc skomplikowane wzory na kamiennych blokach, niczym naczynia krwionośne zielonokrwistego olbrzyma. Fale oceanu uderzały miarowo o skałę, na której osadzony był dom, delikatnie obmywały piaszczystą plażę, raz to ukazując mokry piasek, raz to zakrywając go zielonkawą płachtą. Nawet w powietrzu czuć było coś uroczystego, choć nieuchwytnego i nienazwanego. Tylko przechadzające się po plaży mewy były niewzruszone na czar tego dnia, drepcząc po piasku i narzekając na coś swoimi skrzekliwymi głosami. Gdybyś znał ptasi język, pewnie wyłapałbyś spośród tych wyrzekań „gdzie te ryby? Gdzie ryby? Co to za porządki?”. Zwykły przechodzień usłyszałby jednak tylko wściekłe „kra! Kra! Kra!”.

Solidne, drewniane drzwi białego domu otworzyły się, ukazując ciemne wnętrze. Na progu pojawiła się wysoka kobieta, niosąc w obu rękach ogromny kosz wypełniony praniem. Ubranie niosącej było właściwie jedyną rzeczą, która nie pasowała do tego idyllicznego krajobrazu. Kobieta była bowiem od stóp do głów ubrana na czarno, począwszy od delikatnej, łopoczącej na wietrze bluzki z krótkimi rękawami, przez długą do ziemi suknię na ramiączkach, aż po czarne, płaskie trzewiki. Czarne były także jej włosy sięgające talii, kładące się lśniącą falą na plecach, połyskujące w porannym słońcu niczym skrzydła kruka.

Kobieta skierowała się w stronę plaży, ostrożnie stawiając stopy pomiędzy kamieniami i kępami trawy. Postawiła ciężki kosz pod rzędem wbitych w ziemię palików i zaczęła wieszać na sznurkach pranie. Nawet nieuważny obserwator zwróciłby uwagę, że zdecydowana większość pojawiających się na sznurach sztuk odzieży stanowiły ubranka dziecięce, zarówno chłopięce, jak i dziewczęce, zdecydowanie proste i niewymyślne, ale ładne i zadbane. Wydzielały świeżą woń proszku do prania oraz czystości, jaką zwykle wydaje z siebie dopiero co wyprane ubranie. Ich zapach przyjemnie kontrastował z wonią słonej, morskiej wody oraz z dolatującym z oddali słabym zapachem letnich kwiatów. Kołysane przez wiatr ubranka na sznurku przypominały dzieci bujające się na huśtawkach, kolorowe i beztroskie.

Kobieta powiesiła ostatnią dziecięcą bluzeczkę, podniosła z ziemi kosz i wróciła do domu. Nie zamknęła za sobą drzwi. Gdybyś stanął na progu kamiennego domu, zapewne usłyszałbyś stłumiony głos mówiący „idę teraz do miasta na zakupy, wrócę za kilka godzin. Pilnujcie domu, nie wpuszczajcie nikogo i nie oddalajcie się zbyt daleko”. Po chwili kobieta ponownie wyłoniła się zza szerokich drzwi i wąską ścieżką udała się w kierunku miasta.*

Tak... to był naprawdę piękny letni dzień.

***

Drzwi od pokoju chłopców uchyliły się z głośnym skrzypnięciem. W szparze ukazała się najpierw mała, wesoła twarzyczka okolona brązowymi włosami wywijającymi się na zewnątrz. Tuż za nią stanęła wyższa z dziewczynek, o jasnych włosach i błękitnych niczym letnie niebo oczach.

— Matka właśnie wyszła — powiedziała pierwsza dziewczynka, zerkając ciekawsko w głąb pokoju. — Powiedziała, że nie będzie jej kilka godzin.
— No i? — zapytał niezbyt domyślnie jeden z chłopców, jednocześnie siadając na łóżku i ziewając. — To takie ważne, że musiałyście nam o tym powiedzieć?
— Głupiś — odezwała się druga dziewczynka, bezceremonialnie ładując się do pokoju i podchodząc do łóżek chłopców. — Całkiem zapomnieliście!
— O czym?
— Matka ma dzisiaj urodziny! — wykrzyknęła mała, podkreślając każde ze słów skokiem w miejscu. — Mówiłyśmy wam o tym w zeszłym tygodniu. Ale z was głąby!
— Aaa, rzeczywiście! — wykrzyknął inny chłopiec, gramoląc się z łóżka. Miał sympatyczną, piegowatą buzię, w której brakowało jednego przedniego zęba. Brązowe włosy, wiszące w niesfornych strąkach wokół twarzy, miały ciepły odcień bursztynu. Chłopiec przeciągnął się i dodał: — Mieliśmy przecież zrobić Matce niespodziankę!
— Właśnie! — potwierdziła blondyneczka. — Dobrze, że chociaż my pamiętałyśmy. Na was nigdy nie można polegać!
— No już dobrze, Quisty — odezwał się chłopiec pojednawczo. — Fajnie, że pamiętałyście. Musimy tylko teraz wymyślić szybko jakąś niespodziankę dla Matki, zanim wróci z zakupów.
— O tym właśnie chciałyśmy z wami pogadać — powiedziała mniejsza z dziewczynek i usiadła pod ścianą, obejmując dłońmi kolana. — Matka powinna dostać od nas coś naprawdę super. Za to wszystko, co dla nas codziennie robi.
— Chcecie jej coś kupić? — zapytał pierwszy chłopiec i znowu ziewnął, ukazując imponujące dziury w trzonowcach. Jego jasne włosy zabawnie sterczały nad czołem. — Ale my nie mamy przecież żadnych pieniędzy. Poza tym wyjście do miasta jest zbyt niebezpieczne.
— Nie, to bez sensu — odparła Quisty. — Matka zabrania nam włóczyć się po mieście. I na pewno nie chciałaby, żebyśmy kradli pieniądze, żeby kupić jej prezent.
— To co możemy zrobić?

Dziewczynki popatrzyły na siebie z porozumiewawczym uśmiechem.

— Powiedz im, Selphie.
— Mamy plan — uśmiechnęła się ciemnowłosa dziewczynka. — Wyręczymy Matkę w jej codziennych obowiązkach. Ma przy nas bardzo dużo pracy, a my przecież nie jesteśmy już małymi dziećmi.
— To nie brzmi zbyt zabawnie — jasnowłosy chłopiec nie był zbyt przekonany. — Co właściwie mielibyśmy zrobić?
— Pranie niestety odpada — westchnęła Quisty. — Matka zajęła się tym z samego rana. Ale i tak zostaje jeszcze dużo rzeczy. Trzeba posprzątać w naszych pokojach, powycierać kurze i pozamiatać kąty, podlać kwiatki, a do tego jest jeszcze kuchnia...
— Dużo tego — jęknął blondyn.
— Nie wymiękaj, Zell! — krzyknął wesoło brązowowłosy chłopiec. — Damy sobie radę. Obudzę tylko Squalla. Nie mam pojęcia, jak on może spać w takim hałasie.
— Wcale nie śpię — odezwał się przytłumiony głos spod kołdry leżącej na łóżku przy oknie. — Nie da się spać przy tym waszym gadaniu.
— Zamiast spać, mógłbyś się przyłączyć! — oburzyła się Quisty.

Leżąca na łóżku mumia nie odpowiedziała.

— Ej, tak nie może być! My się tutaj staramy, a ty nic! — Selphie dołączyła się do oburzenia. — Powinniśmy działać razem!

Kołdra westchnęła i chwilę kotłowała się na łóżku. Spod białej materii wyłoniły się najpierw nogi, potem tułów i ręce, a na końcu rozczochrana głowa chłopca z marsowym wyrazem na twarzy. Squall wstał ciężko z materaca, nie spoglądając na przyjaciół, i ruszył przed siebie, wychodząc z pokoju.

— Ej, gdzie ty idziesz!? — zawołał za nim ciemnowłosy chłopak. — Przecież jeszcze nie skończyliśmy!
— Daj mu spokój, Irvine — westchnęła ponownie Quisty. — Jak nie chce, to go nie możemy zmusić. I tak byłam pewna, że nic z tego nie wyjdzie... Wiecie przecież, jaki on jest.

Czwarte łóżko było puste. Selphie, zerkając na nie, zapytała:

— A gdzie Seifer? Dlaczego nie ma go w waszym pokoju?
— Musiał wstać i wyjść wcześnie rano — odpowiedział Irvine. — Kurczę, rzeczywiście go nie ma. Ciekawe, co on knuje?
— No trudno, nieważne — machnęła ręką blondynka. — Tak naprawdę nie liczyłam na żadnego z nich. Musimy sobie poradzić w czwórkę. Skoro jest nas tylko tyle, to... na was spadają porządki. Posprzątajcie nasze pokoje. Poukładajcie rzeczy w szafkach, zamiećcie podłogę, powycierajcie wszystkie kurze i pościelcie łóżka. Tylko zróbcie to dobrze!
— Hej, a wy co będziecie robić? — oburzył się Zell.
My ugotujemy obiad — odparła Selphie. — To jest jeszcze trudniejsze! Matka wróci do domu i będzie szczęśliwa, że wszystko jest już zrobione!
— Ej, my mamy więcej roboty! — zdążył jeszcze krzyknąć Zell, podczas gdy za dziewczynkami zamykały się drzwi. — Wzięły sobie łatwiejsze!
— Nie jęcz tak, Zell — powiedział do niego Irvine. — Co to dla nas porządki! Niech sobie siedzą w kuchni, skoro chcą. My mamy fajniejszą robotę!

Zell chwilę jeszcze przetrawiał ten podział obowiązków. Coś mu mówiło, że dziewczynki nie były do końca sprawiedliwe przy rozdzielaniu zadań. Jednak zdusił w sobie tę myśl i wstał, ogarniając wzrokiem kąty.

— To od czego zaczynamy? — ziewnął przeciągle po raz kolejny.

***

Squall przekroczył ogrodzenie i szedł szybkim krokiem przez łąkę. Gdyby na jego miejscu było inne dziecko, na pewno rozglądałoby się wokoło, urzeczone tym pięknym krajobrazem i cieszące się z promieni słońca prześlizgujących się po odsłoniętej skórze. Nad polnymi kwiatami fruwały motyle, słychać było także brzęczenie pszczół. Lekki wietrzyk poruszał czerwonymi makami i kępami wysokiej trawy, prosząc, by się zatrzymać, rozłożyć ręce i poczuć go we włosach. Jednak Squall, jak zresztą zwykle, był niewrażliwy na piękno natury. Wyraz jego twarzy byłby dokładnie taki sam, gdyby wędrował teraz przez zalane deszczem bagna.

Oczywiście, że pamiętał o urodzinach Matki. Nie był taki jak inne dzieciaki, które łatwo zapominają o takich rzeczach. Ale nie chciał wcale przyłączać się do planów Quistis i reszty. Miał własny pomysł, który pielęgnował w sobie od wielu dni.

Daleko na łące, tuż za kilkoma brzozami i jedną rozłożystą wierzbą, było pewne miejsce, które znał tylko on. Było to jedyne miejsce na tej łące, na której rosły późne tulipany. Zawsze kwitły dopiero pod koniec maja i były przepiękne — ogromne, czerwone, żółte i fioletowe, pachnące upajająco w taki sposób, że aż skręcało w dołku. Squall przesiedział tutaj dużą część maja i czerwca w zeszłym roku, patrząc na tulipany, a czasem zamykając oczy i wdychając ich woń aż do pierwszego ukłucia bólu w płucach. Pamiętał, jak smutno mu było, kiedy pierwsze z nich zaczęły więdnąć. Przychodził tu codziennie, aż ostatni z kwiatów zamienił się w smętny flak o zgaszonych kolorach. Wtedy właśnie przyszedł mu do głowy pomysł, by w przyszłym roku przyjść tutaj i zerwać ogromny bukiet tulipanów dla Matki. Skoro i tak zwiędną, to niech najpierw dostanie je Matka. Squall wyobrażał sobie przez całą zimę, jak zaskoczona będzie, kiedy je dostanie. Jak na jej piękną, dobrą twarz wypłynie najpierw zdziwienie, a potem, niczym słońce wyłaniające się zza chmur, powoli pojawi się na niej uśmiech. Squall uwielbiał uśmiech Matki, choć sam rzadko go odwzajemniał. Pragnął dać jej coś, co utrzymałoby ten uśmiech na dłużej. Wiedział, że Matka nie byłaby wcale zadowolona, gdyby dowiedziała się, jak daleko poszedł, by zerwać dla niej te kwiaty. „Squall, to niebezpieczne”, pokręciłaby głową. „Zabraniam ci tam więcej chodzić, słyszysz?”, na pewno tak by właśnie mu powiedziała. Ale Matka nie musiała wcale wiedzieć, gdzie Squall zerwał te kwiaty. W końcu o tym miejscu wiedział tylko on.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Kiedy bowiem minął migoczące w słońcu srebrne brzozy i przeszedł pod długimi gałęziami wierzby, natknął się na jakąś postać pochylającą się nad różnobarwną kępą kwiatów.

— Nie! — wyrwało mu się. — Seifer? Co ty tu robisz?

Seifer odwrócił się gwałtownie i spojrzał na Squalla. Był wysoki, wyższy od niego o ponad pół głowy. Jasne, krótkie włosy iskrzyły się w słonecznych promieniach, a zmrużone oczy nadawały mu kpiarski wygląd. Uśmiechnął się krzywo.

— Ja też cię mogę o to spytać. Matka wie, że tu przyłazisz, dzieciaku?
— To moje miejsce — odparł zdenerwowany Squall. — I nie nazywaj mnie dzieciakiem.
— Bo co? Bo poskarżysz się Matce? A jak jej wytłumaczysz to, że tu byłeś? Matka na pewno nie byłaby zadowolona, że taki smarkacz jak ty oddala się od domu!

Squall nachmurzył się jeszcze bardziej. Seifer był od niego starszy o osiem miesięcy i nigdy nie dawał mu o tym zapomnieć. Wyglądał na jeszcze starszego, był bowiem tęższy i lepiej zbudowany. Do tego zawsze się mądrzył i zachowywał tak, jakby już był dorosły i wiedział coś, o czym Squall długo się jeszcze nie dowie. Squall nie znosił Seifera i zawsze starał się go omijać. Wiedział, że w walce z góry będzie na przegranej pozycji.

W tej sytuacji nie mógł jednak odpuścić. Jeśli Seifer zabierze wszystkie kwiaty, co on przyniesie Matce? Zrobił więc krok do przodu.

— To moje miejsce — powtórzył. — Idź sobie stąd. Chcę zerwać trochę kwiatów dla Matki.
— A to dobre! — zarechotał Seifer. — Twoje miejsce! Zaznaczyłeś je jakoś? Może tu naszczałeś? Może to dlatego rosną tutaj te kwiatki?

Squall nie wiedział, gdzie Seifer nauczył się takiego brzydkiego słowa jak „szczać”, ale zdenerwowało go to jeszcze bardziej. Podniósł głos.

— Mówiłem, żebyś sobie poszedł! Pierwszy znalazłem te kwiaty. Są dla Matki. Nie waż się ich zrywać!

Seifer powoli zrobił krok w stronę Squalla. Oczy rozbłysły mu jakimś niedobrym blaskiem.

— Coś ty powiedział? Śmiesz mi rozkazywać? Ty? Myślisz, że kim ty jesteś, co?

Walka wydawała się nieunikniona. Normalnie Squall pewnie by odpuścił i odszedł, zostawiając triumfującego Seifera z tym głupim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Ale tym razem musiał brnąć dalej.

— To są kwiaty dla Matki i to ja je zerwę. Nie będziesz zawsze robił tego, co ci się podoba!
— Nie poznaję cię dzisiaj — zaśmiał się cicho Seifer. — Czyżbyś w końcu zaczął dorastać? Chcesz się bić? Dobra! Zobaczymy, kto zaniesie Matce kwiaty!

Seifer zaatakował bez żadnego ostrzeżenia. Po prostu zacisnął dłoń w pięść i wymierzył ją w twarz Squalla. Ten zachwiał się na nogach, chwilę walcząc z grawitacją, aż w końcu rozpaczliwie upadł do tyłu, podpierając się na rękach. Seifer parsknął śmiechem.
— Patrzcie, jaki odważny! Normalnie mistrz walki. No dawaj, oddaj mi, na co czekasz? Chyba, że wolisz się rozbeczeć?

W Squalla nagle coś wstąpiło. Mógłby przysiąc, że czerwień zalewa mu cały widok. Zerwał się na równe nogi i rzucił się na Seifera, powalając go na ziemię. Próbował oddać mu cios w nos, ale Seifer, mimo zaskoczenia, instynktownie uchylił głowę, sprawiając, że pięść Squalla spotkała się z twardą ziemią. To go jeszcze bardziej rozjuszyło. Wykrzywił twarz i chwycił oburącz za koszulkę przeciwnika, próbując przygnieść go do ziemi.

— Taki jesteś mocny? Wydaje ci się, że możesz mi się postawić? — krzyknął Seifer, kiedy minęło mu już pierwsze zaskoczenie i zaczęło przechodzić we wściekłość. — O, czekaj, już ja cię urządzę! Matka cię nie pozna!

Seifer szybko wykorzystał chwilę wahania Squalla i wyswobodził się z jego uścisku. Teraz to on był górą i to on przygniatał wroga do ziemi. Jednak Squall nie dawał za wygraną. Rzucał się i kopał, machał pięściami, nierzadko trafiając nimi w tułów i twarz Seifera. Chłopcy kotłowali się w trawie, próbując odzyskać przewagę. W ferworze walki nie zauważyli, jak znaleźli się w samym środku kolorowej kępy kwiatów. Teraz przewalali się po niej, bezlitośnie tratując kolorowe płatki, gniotąc łodygi i wyrywając je z korzeniami.

Chwilę trwała ta zaciekła walka. Seifer, choć starszy i silniejszy, zaczął w końcu tracić przewagę. Squall, rozjuszony wściekłością, walczył jak diabeł. W jego żyłach krążył płynny ogień. Gniew pozwalał mu zadawać ciosy z prędkością, o jaką by sam siebie nie podejrzewał. Wreszcie znalazł się z powrotem na swoim przeciwniku. Wycelował pięścią w sam środek jego twarzy i uderzył. Dało się słyszeć głośne chrupnięcie.

— Ałaaa!!! — wrzasnął nagle Seifer, znacznie cieniej, niż potem kiedykolwiek by się do tego przyznał. — Ty debilu! Złamałeś mi nos!

Squall znieruchomiał wreszcie, dysząc ciężko. Rzeczywiście, nos Seifera nie wyglądał dobrze. Natychmiast nabiegł czerwienią i zaczął spływać krwią. Seifer wyciągnął ręce i pomacał nimi uszkodzoną twarz, oceniając straty.

— Jak mogłeś to zrobić!? — jęknął. — Leci mi krew. Chyba umieram. O rany, jak to boli!
— Sam zacząłeś — mruknął niewyraźnie Squall, ale dotarło do niego to, co zrobił, i w jego wnętrzu zaczął rodzić się wstyd. — Nie umierasz, idioto. Musimy tylko szybko wrócić do domu i to przemyć.
— Sam się przemyj, pajacu — warknął Seifer, podnosząc się i stając na nogach. Squall również podniósł się z klęczek i wtedy obydwaj to zobaczyli.
— Kwiaty... — jęknął Squall.

Zaiste, w tym miejscu były kiedyś kwiaty. Można się było tego dopatrzeć, jednak teraz ten płaski, wygnieciony placek łąki przypominał wielką pizzę. Płatki tulipanów walały się bezładnie w połamanej trawie, gdzieniegdzie wyrwanej do gołej ziemi. Nie ostał się ani jeden cały kwiat.

— No i teraz żaden z nas nie ma prezentu dla Matki — burknął Seifer ze złością.
— I czyja to wina? Mogłeś mnie nie uderzać. Mogliśmy się tymi kwiatami podzielić.
— Teraz to twierdzisz, że chciałeś się dzielić? A sam mi powiedziałeś, żebym się wynosił!
— Bo to jest moje miejsce i to ja je znalazłem...
— A ja tu niby co robię? Od dawna planowałem zrobić z nich bukiet dla Matki. Nawet nastawiłem dziś budzik, żeby wstać przed wszystkimi.
— Ja sobie to zaplanowałem jeszcze wcześniej! Przychodziłem tu już w zeszłym roku! Te kwiaty miały być ode mnie!
— Teraz już i tak nie ma żadnych kwiatów, więc możesz przestać się wydzierać — smarknął Seifer. Kilka kropel krwi poleciało mu na koszulkę. — Boże, jak to boli.

Squall przyjrzał się jego twarzy.

— Aż tak źle?
— A niby jak ma być? — warknął tamten. — Nieźle mnie urządziłeś, matole. Choć muszę przyznać, że tego się po tobie nie spodziewałem. Nie wiedziałem, że umiesz się bić.
— Ja też nie — mruknął Squall. — Po prostu mnie wkurzyłeś.

Seifer przyglądał się przez chwilę koledze. W jego szarozielonkawych oczach pojawił się łobuzerski ognik.

— Musimy to kiedyś powtórzyć — powiedział. — Jestem ci winien rewanż. Niech tylko wyleczę ten nos, to zobaczysz...
— Wcale tego nie chcę — burknął Squall. — Nie mam zamiaru się znowu z tobą bić. To był tylko ten jeden, jedyny raz. A teraz lepiej wracajmy, zanim się wykrwawisz — bez uprzedzenia odwrócił się i ruszył przed siebie.

Seifer dogonił go po kilku krokach. Szli przez chwilę obok siebie, dziwnie się z tym czując.

— Co damy Matce? — zapytał w końcu Seifer.
— Nie wiem — odparł Squall. — Nie mam żadnego pomysłu.
— Musimy coś wymyślić. Nie możemy powitać jej z pustymi rękami.
— Wiem — westchnął tamten.

***

Tymczasem w kamiennym domu, w pokoju chłopców też odniesiono rany, choć w zgoła innych okolicznościach.

Irvine nie był szczególnie pracowitym chłopcem, lecz gdy w grę wchodziło zrobienie na kimś wrażenia, potrafił się zebrać w sobie i zmobilizować do pracy. Toteż swoją część obowiązków wykonał szybko i bez większych problemów. Piorunem pościelił łóżka, strzepując nawet poduszki, tak jak to zwykła robić Matka. Podlał także kwiatki we wszystkich pomieszczeniach. Wprawdzie poniewczasie przypomniał sobie, że kaktus nie lubi dużych ilości wody i powinien to zrobić mniej obficie. Przewrócił także nieostrożnym ruchem małą doniczkę z aloesem, z której posypało się trochę ziemi, ale ogólnie rzecz biorąc, nie narobił dużo szkód. Właśnie zabierał się za zamiatanie podłogi, kiedy wydarzyła się katastrofa.

Zell nie był tak pozytywnie nastawiony. Jemu przypadło w udziale wytarcie kurzu na półkach i poukładanie ubrań w szafkach. Aby to zrobić, musiał stanąć na stołku, a i tak ledwie dosięgał rękami najwyższych półek — był przecież tylko dzieckiem. Jednak starał się wykonać swoje zadanie jak najlepiej — i to go zgubiło.

Starł najpierw szmatką kurz z najniższych półek. Starał się to robić dokładnie, a więc podniósł najpierw doniczkę, serwetkę i kilka oprawionych fotografii. Ostrożnie przejechał szmatką po drewnianej półeczce. Spojrzał wyżej. Na kolejnej półce piętrzyło się kilka przykurzonych książek, które też warto by potraktować szmatką. Sięgnął zatem ręką, wspinając się na palce.

— No dalej — sapnął. — Chodźcie tu do mnie...

Wytężył wszystkie siły, próbując dosięgnąć książek. Wtem taboret, na którym stał, zakołysał się niebezpiecznie pod naciskiem jego stóp. Zell próbował utrzymać równowagę, machając rękami w powietrzu, ale nie udało mu się to. Gruchnął na ziemię, upadając boleśnie, przy akompaniamencie tłuczonej porcelany.

— Łaaaaa!!! — wrzask Zella rozległ się echem w pokoju. Irvine, próbujący na klęczkach wymieść śmieci spod niskiego stolika, poderwał się na równe nogi.
— Co ci jest!? — zawołał.
— Spadłem ze stołka, o rany... — jęknął Zell. Leżał teraz obok przewróconego taboretu i rozcierał kolano. — Potłukłem sobie kolano. Jejku, jak to boli... — oderwał na chwilę wzrok od bolącego miejsca i znieruchomiał.

Porcelanowy wazon, wymalowany w misterne sploty kolorowych bratków i dzwoneczków, leżał potrzaskany tuż obok niego. Był to jeden z ładniejszych przedmiotów w domu i Matka bardzo go lubiła, a teraz stał się bezładną kupą nieforemnych odłamków. Chwilę trwało, zanim Zell uświadomił sobie wagę tego problemu, a zaraz po tym do oczu napłynęły mu łzy.

— O nie! — chlipnął. — W-wazon w kwiaty... M-m-matka m-mnie zabije!

Irvine podszedł do wazonu, próbując ocenić szkody. Nie wyglądało to najlepiej. Wazon był kruchy i pękł w wielu miejscach.

— Roztrzaskany — powiedział z poważną miną. Może dałoby się go jakoś skleić, pomyślał.
Tuż obok niego Zell poważnie zanosił się już płaczem.

— W-wiedziałem, że t-tak b-będzie — buczał. — M-mogłem się w-w ogóle do t-tego nie zab-bierać. Co ja p-powiem M-matce? B-będzie n-na mnie s-s-strasznie zła...
— Nie becz — powiedział zniecierpliwiony Irvine. — Jakoś go skleimy.
— J-jak chcesz t-to zrobić?
— Poszukamy kleju, musi być gdzieś w którejś szafce. Nie będzie tak ładnie, ale może Matka nie zauważy.

Zell podniósł się wreszcie na nogi, ostrożnie testując wytrzymałość kolana. Bolało strasznie i zanosiło się na to, że spuchnie. Jednak wyczerpał już swój limit mazgajstwa na ten dzień i bardzo pragnął się jakoś zrehabilitować. Ostatni raz pociągnął nosem, przełknął łzy i rzekł:

— Dobra, to poszukajmy tego kleju.
— Jestem pewien, że gdzieś tu jest w którejś szafce — powiedział Irvine i zabrał się do przeszukiwania jednej z nich. — Ty sprawdź w tamtych po drugiej stronie.
— Dobra — odparł Zell i pokuśtykał komicznie do komody obok łóżka Seifera.
— Mam nadzieję, że dziewczynom idzie lepiej — mruknął pod nosem Irvine.

***

— Wydaje mi się, że to powinno mieć inny kolor — stwierdziła sceptycznie Selphie, zaglądając do garnka.

Postanowiły ugotować zupę gulaszową. Brzmiało to pysznie i sycąco, a zarazem niezbyt trudno. Wyobraziły sobie wielki garnek, buchający parą i smakowitymi aromatami, w którym aż chce się zanurzyć świeżą pajdę chleba i nabrać na nią trochę gorącego sosu. Tak przynajmniej zawsze wyglądało to, kiedy gotowała Matka. Dziewczęta nie do końca wiedziały, z czego robi się zupę gulaszową i postanowiły wrzucać do garnka składniki, polegając na własnej intuicji. W tej chwili w naczyniu kotłowały się: nieobrane pomidory, ziarna fasoli, kawał suszonej ryby, cała główka kalafiora, kilka marchewek i trzy jajka w całości, w skorupkach. Quistis stała na skrzynce z ziemniakami i mieszała w garnku wielką warząchwią, na tyle, na ile pozwalał jej kalafior.

— Trochę trudno się miesza — sapnęła. — Ale słabo pachnie. Jak Matka gotowała, to zawsze mocno pachniało.
— Może powinnyśmy dodać przyprawy.
— Właśnie, przyprawy! Zupełnie o tym zapomniałam. Wrzuć tutaj coś, dobra?

Selphie zeszła ze swojej skrzynki i zajrzała do spiżarni. Była zbyt niska, żeby wspinać się do słoików z przyprawami, ale jej wzrok przyciągnęły pęki suszącej się karmazynowej papryki oraz białe główki czosnku. Wspięła się akurat na tyle, by dosięgnąć do najniżej wiszących warzyw.

— Mam czosnek i paprykę — powiedziała, wspinając się ponownie na skrzynkę i dzierżąc w dłoniach kilka sztuk.
— Nie lubię czosnku — skrzywiła się Quistis — ale zupa gulaszowa powinna być trochę pikantna. Dorzuć to, co masz.

Selphie nachyliła się nad kotłem i wrzuciła do niego trzymane w rękach suszki, które wylądowały w zupie z głośnym pluskiem.

— Trzeba by chyba zwiększyć ogień — stwierdziła. — To się na razie w ogóle nie gotuje.

Quistis dorzuciła trochę drewien do pieca i ostrożnie dmuchnęła w płomienie, wzbijając kilka iskier w powietrze. Przez chwilę obydwie stały obok siebie, uważnie wpatrując się w bulgoczącą zawartość garnka.

— Ciekawe, jak idzie chłopakom — powiedziała w końcu Selphie.
— Jak byłaś w spiżarni, to coś tam u nich rąbnęło — poinformowała ją przyjaciółka. — Brzmiało tak, jak by coś brzdękło o podłogę.
— Może powinnyśmy do nich zajrzeć? Może coś im się stało.
— Nie wydaje mi się, ale dobra. Wolę sprawdzić, czy w ogóle coś robią — stwierdziła zawsze obowiązkowa Quistis. — Chodźmy.

***

Seifer szedł przez łąkę, pogrążony w myślach. Nie docenił tego gościa. Zawsze miał go za takiego mięczaka, a tu proszę, takie coś. Do tej pory nikt mu nie przyłożył, ba, nawet nie ośmielił się mu podskoczyć. Wszystkie dzieciaki w sierocińcu się go bały. Nic dziwnego, w końcu był najstarszy, a do tego emanował tą aurą pewności siebie, której na próżno ludzie się uczą — to trzeba po prostu w sobie mieć. A jednak Squall mu przywalił i to mocno — wciąż bolał go nos, przy każdym gwałtownym ruchu grożący kolejnym krwotokiem. Seifer był zirytowany i poprzysiągł w duchu, że kiedyś się za to zemści, ale jednocześnie nabrał do Squalla odrobinę szacunku. W końcu ktoś, kto porywa się na niego z pięściami, nie może być bezwartościowym tchórzem. Głupkiem, owszem. Ale nie tchórzem.

Squall szedł obok, a jego milczenie było jeszcze bardziej wymowne niż milczenie Seifera. Cholerny Seifer. Że też musiał się akurat dziś napatoczyć. Dziś, kiedy on miał takie ważne plany. Kwiaty trafił szlag. Matka nie dostanie od niego pięknego prezentu, który sobie wymarzył. Prawdopodobnie jej humor nie poprawi się także po oględzinach nosa Seifera oraz jego zakrwawionej koszulki. Urodziny nie zapowiadały się więc przyjemnie. Squall westchnął w duchu. W sumie mógł się tego spodziewać. Życie nigdy nie jest takie, jakie chcemy, żeby było. W ciągu swojego krótkiego żywota zdążył się już wiele razy o tym przekonać.

Nagle coś przykuło jego uwagę. Na lewo od kupy głazów leżących na łące coś błyszczało.

— Ej — powiedział, przystając w pół kroku. — Co to jest?
— Niby co? — spojrzał w tę samą stronę Seifer. — Hej, co tam tak błyszczy?

Obydwaj, jak na komendę, podeszli szybkim krokiem w tamtą stronę. W trawie, pomiędzy kamieniami połyskiwał w słońcu jakiś spory kształt. Gdy podeszli jeszcze bliżej, ich oczom ukazało się martwe cielsko potwora.

— Hej, już go kiedyś widziałem. W jednej książce — rzucił Squall. — On się nazywa stężec.

Potwór miał około metra długości i przypominał ni to ośmiornicę, ni to wielkiego ślimaka. Squall pamiętał z zamieszczonego obrazka, że żywe okazy unosiły się w powietrzu. Ten tutaj leżał bezwładnie pomiędzy źdźbłami trawy, a tym, co najbardziej rzucało się w oczy, była jego muszla. Sztywna i połyskliwa, jakby wykonana z masy perłowej, opalizowała w słońcu wieloma kolorami. Czerwień, błękit, fiolet i zieleń mieniły się w oczach, roziskrzone słonecznymi promieniami.

— Kurczę, ale to ładne — mimo woli uśmiechnął się Seifer.
— Coś go musiało zabić. Niedawno, bo ciało jeszcze się nie rozkłada. Ale go nie zjadło, ciekawe czemu.
— Pewnie trudno zeżreć taką konserwę.

Squall zamyślił się, patrząc na muszlę stwora. Rzeczywiście, oddzielenie jej od cielska pewnie nie było łatwe. Gdyby tak jednak spróbować...

— To byłby jeszcze lepszy prezent dla Matki niż te durne badyle — wszedł mu w myśl Seifer.

Squall zmartwiał. Znowu to samo. Ten dureń znowu mu wchodzi w paradę.

— Ja go zobaczyłem pierwszy — szepnął mimo woli.

Seifer przyjrzał mu się, mrużąc oczy.

— Nie myślisz chyba, że teraz znowu będziemy się bić? Na razie mam dość. Boli mnie nos. Możemy spróbować oddzielić muszlę od reszty potwora. Jeśli nam się uda... możemy zanieść ją Matce jako wspólny prezent. Od nas dwóch — dodał po chwili, sam nie dowierzając własnym słowom.

Squall zastanowił się i niechętnie przyznał mu w duchu rację. Kolejna bójka na pewno nie poprawiłaby sytuacji, a działając wspólnie, mieli większe szanse powodzenia. Sięgnął za pas, dobywając krótkiego nożyka i zaśmiał się, widząc, że Seifer robi to samo.

— Też nosisz przy sobie nóż? — zagadnął go tamten. — Ja tak zawsze robię. Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie walczyć z prawdziwym przeciwnikiem.
— Zabrałem go tylko dziś, żeby ucinać nim kwiaty — odburknął Squall.

Chwilę pracowali w milczeniu. Muszla była mocno przytwierdzona do ciała potwora. Wspólnymi siłami udało im się odskrobać spory jej kawał, ale i tak zostały na nim liczne ślady śluzowatej tkanki.

— Trzeba będzie to umyć w rzece — powiedział Seifer z ledwie skrywanym obrzydzeniem.

W końcu natrafili na miejsce, w którym nijak nie dało się oddzielić połyskliwego pancerza od reszty stężca. Ponieważ muszla i tak była w tym miejscu rozłupana, postanowili, że poprzestaną tylko na tym kawałku.

— I tak jest duży — stwierdził Seifer — a powinniśmy wracać. Zbliża się południe i Matka niedługo wróci z miasta.

Wstali więc z kolan, otrzepali się i ruszyli w stronę rzeki. Niesienie muszli przypadło w udziale Squallowi. Rzeka była tuż obok, opływała łąkę srebrzystą wstęgą, wijąc się pomiędzy zielonymi połaciami terenu niczym wąż.

Seifer klapnął ciężko na brzegu i pochylił się, usiłując dojrzeć w wodzie swoje odbicie i ocenić, jak bardzo jest zmasakrowany. Squall natomiast ostrożnie stanął w wodzie w miejscu, w którym rzeka była płytka, i zaczął obmywać kawałek muszli.

— Nieźle mi przyłożyłeś, naprawdę — powiedział znowu Seifer. — Ale nie martw się. Nie naskarżę na ciebie Matce. Nie jestem taki jak ten smarkacz Zell.

Squall, pochłonięty pracą, udawał, że nie słyszy. Seifer zmarszczył czoło.

— Czasami się zastanawiam, czy ty w ogóle coś myślisz.
— To, że się nie odzywam, nie znaczy, że nie myślę. Po prostu nie chce mi się z nikim gadać.
— Aha — odpowiedział Seifer i obrócił się na drugi bok, wzdychając. — Czyli po prostu jesteś nudny i tyle.
— Mów sobie, co chcesz. Nie zamierzam znowu dać ci się sprowokować — odciął się Squall, przypominając sobie trudne słowo, które mu kiedyś powiedziała Matka. „Nie dawaj mu się sprowokować”, mówiła, „to zostawi cię w spokoju”. Czasami działało. Ale bywały takie sprawy, jak dzisiaj, kiedy nie można było odpuścić.
— Ja tam uważam, że dobra bójka od czasu do czasu nie jest zła. Można się wyżyć... — ziewnął Seifer i spojrzał od niechcenia w stronę pobliskiego lasu. To, co zobaczył, sprawiło, że poderwał się znienacka na równe nogi, zapominając o bólu w kończynach i nosie.
— Squall, uciekajmy, szybko! — wrzasnął. — Modlicha!

Rzeczywiście, spomiędzy drzew wynurzył się złowrogi kształt. Był to ogromny insekt, wielkości człowieka, poruszający się na długich, kosmatych odnóżach. Sam jego widok przyprawiał o ciarki na plecach. A jeśli dodać do tego fakt, że modlichy posiadały także ostre szczypce oraz wielkie otwory gębowe z kłami, z których sączył się trujący jad...

Squall szybko obrócił głowę w tę samą stronę. Potwór zauważył ich i zaczął powoli zmierzać w kierunku rzeki.

— Muszla! — krzyknął rozpaczliwie chłopiec. — Położyłem muszlę głębiej w rzece, żeby prąd wypłukał brud!
— Kij z muszlą — krzyknął Seifer, zrywając się do biegu. — Zostaw ją i wiej!!!

Squall przez ułamek sekundy walczył z irracjonalną chęcią wyłowienia muszli z wody, ale na szczęście instynkt ucieczki wziął w nim górę. Wkrótce obaj pędzili na złamanie karku przez łąkę, bojąc się odwrócić głowę w obawie, że zobaczą nieubłaganie zbliżające się włochate odnóża.

— Już nigdy nie oddalę się tak bardzo od domu — mamrotał Seifer, wplatając słowa pomiędzy szybkie oddechy. — Obiecuję, już nigdy, tylko dajcie mi uciec...

Squall nic nie mówił, koncentrując się na jak najszybszym biegu. Byli coraz bliżej ogrodzenia. Już widać było zarys kamiennego domu w oddali... jeszcze tylko minąć tę wysoką sosnę, a potem głaz, na którym kiedyś, dawno temu, bawił się sam w obronę fortecy, i już prawie byli w domu.

Ostatkiem sił przeskoczyli murek i zatrzymali się, dysząc ciężko. Wreszcie odważyli się spojrzeć na łąkę. Ani śladu potwora.

— Ciekawe, kiedy przestał nas gonić — zastanowił się Seifer.
— Może wcale za nami nie biegł — mruknął Squall. Teraz był wściekły na siebie. Mógł poświęcić kilka sekund na wyłowienie tej muszli. Teraz nie miał żadnego prezentu dla Matki i jedynie zmarnował całe przedpołudnie. Było już za późno, żeby cokolwiek wymyślić.
— No to daliśmy — Seifer podzielał jego nastrój. — Przynajmniej się przebiorę i schowam tę upapraną koszulkę, żeby Matka jej od razu nie zobaczyła. I spróbuję coś zrobić z nosem.

Squall nie odezwał się. Patrzył smętnie na zalaną słońcem łąkę.

***

Dziewczynki zajrzały do pokoju chłopców akurat w momencie, kiedy Irvine próbował przykleić ucho do wazonu za pomocą kleju do drewna, jedynej tubki kleju, jaką udało się znaleźć w pokoju.

— Słabo trzyma — westchnął.
— Rozwaliliście wazę! — zawołała pełna świętego oburzenia Quistis.
— Matka was zabije! — zawtórowała jej śpiewnym głosem Selphie i rozejrzała się po pokoju. — Tu wcale nie jest za czysto — dodała.

Zell spojrzał na nią z ukosa.

— Mogłyście same sprzątać półki, skoro jesteście takie mądre!

Mimo starań chłopców, wazon nie wyglądał dobrze. Wyraźnie widać było, że ktoś najpierw go rozczłonkował, a następnie niezbyt wprawnie próbował poskładać do kupy. Wazon wyglądał jak własna karykatura, do tego był cały upaćkany białym klejem do drewna, którym chłopcy szczodrze go wysmarowali.

— Widać, że był rozwalony — powiedziała bezlitośnie Quistis. — I założę się, że będzie przeciekać.
— Matka i tak nie trzymała w nim wody — odparła pocieszająco Selphie. — Stał tu tylko na ozdobę.
— Teraz to nawet nie jest ozdoba.

Irvine westchnął, podnosząc się z kolan.

— Trudno, nic już z nim nie zrobimy.
— Ale przynajmniej pościeliliście łóżka — łaskawie oceniła Quistis, spoglądając na chłopięce posłania. — Może nie będzie tak źle.
— Ciekawe, gdzie podziewają się Squall i Seifer — zastanowił się Zell. — Coś ich długo nie ma.
— Myślicie, że planują coś wspólnie? To do nich zupełnie nie pasuje — Selphie bawiła się guzikiem od swoich zielonych ogrodniczek.
— Ja też bym się tego po nich nie spodziewał — pokręcił głową Irvine i nagle pociągnął nosem. — Czujecie ten smród? Co to może być?

Pozostała trójka także wciągnęła powietrze i wszyscy jak jeden mąż zmarszczyli nosy. Pierwsza poderwała się na nogi Quistis.

— Nasza zupa! — zawołała z przerażeniem i pognała do kuchni.
— Zapomniałyśmy! — Selphie z przerażeniem otwarła szeroko oczy i podążyła za nią.
Chłopcy nie zamierzali zostać sami w pokoju.

Kuchnia przedstawiała straszny obraz. Zupa dziewczynek, doprowadzona do wrzenia na buchającym z pieca ogniu, zwiększyła znacznie swoją objętość. Podniósłszy się do poziomu krawędzi garnka nie napotkała żadnego oporu i postanowiła zwiedzić sobie kuchnię. Aktualnie spływała gęstą, szarawą pianą i zmierzała w kierunku kuchennego stołu. Na powierzchni tego, co pozostało w garnku, główki czosnku walczyły o uwagę ze skorupkami jajek. Składniki wymieszały się ze sobą, co w połączeniu z zapachem spalenizny dawało piorunową mieszankę.

— Niech ktoś zgasi ogień! — spanikowała Selphie.

Quistis, czując się najbardziej odpowiedzialna za ten bałagan, podbiegła do pieca i zaczęła grzebać w nim pogrzebaczem. Zell przytomnie chwycił za dzbanek z wodą i chlusnął nim w płomienie, oblewając przy okazji także i dziewczynkę. Piana natychmiast opadła i przestała się wydobywać z garnka.

— No to obiadu też nie mamy — westchnęła załamana Selphie i usiadła na podłodze. — I do tego taki tu bałagan...

Zell pociągnął nosem i wyłowił z bukietu aromatów zapach suszonego dorsza.

— Zmarnowałyście rybę! — zawołał z oburzeniem.
— Wszystko poszło nie tak — stwierdziła Quistis, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Nic się nam nie udało.
— A czyj to był pomysł? — Zell, wciąż jeszcze przeżywający swoją porażkę, nie mógł się powstrzymać, żeby nie odgryźć się dziewczynom, które podstępnie wmanewrowały go w wycieranie półek.
— To nie my rozwaliłyśmy wazon! — Selphie lojalnie wzięła stronę przyjaciółki.
— Ale to wy zapaskudziłyście kuchnię — odparł Irvine.
— Co się tu dzieje, do licha? Czym tu tak cuchnie? — rozległ się głos w przedpokoju. Seifer wszedł do kuchni, rozglądając się z obrzydzeniem. — Zabiliście tu blobrę czy jak? Co to za syf na podłodze?
— Nie wyrażaj się, Seifer — Quistis karcącym tonem próbowała przejąć inicjatywę. — I co ci się stało w nos? Z kim się biłeś?
— Nie twój interes. Lepiej sprzątajcie ten bałagan, zanim Matka wróci.
— Coś tu śmierdzi — dał się słyszeć kolejny głos i wkrótce w drzwiach kuchni ukazał się Squall. — Mam nadzieję, że nie gotowałyście.
— Musimy to posprzątać, zanim przyjdzie Matka — Selphie zrezygnowała z dalszych tłumaczeń, próbując jak najszybciej zażegnać kryzys. — Proszę, pomóżcie to nam jak najszybciej powycierać.
— Chyba oszalałaś. Nie będę sprzątać waszego bajzlu. To może być toksyczne — odburknął Seifer i wyszedł z kuchni. — Poza tym muszę usunąć ślady walki na śmierć i życie.
— Biliście się? — zapytał bez ogródek Zell.
— Nieważne — mruknął Squall. — Lepiej to szybko sprzątajcie, zamiast gadać.
— To nam pomóż! — odcięła się Quistis. — Gdybyście nie poleźli nie wiadomo gdzie, to by to tak nie wyglądało. Teraz przynajmniej pomóż nam to sprzątać!
— Gdybyście nie zabrali się do czegoś, czego nie umiecie, to tym bardziej by tak nie wyglądało...
— Zamiast nas krytykować, powiedz, co sam zrobiłeś...
— Dzieci, na litość! — zagrzmiał w sieni wysoki głos kobiecy. — Co się tu dzieje!?

Wszyscy jak wryci odwrócili się w tamtą stronę. W progu stała Matka. Pakunki wyleciały jej z rąk. Patrzyła na nich z przerażeniem w oczach.

— Co wyście zrobili? Nic wam nie jest? Co tak okropnie pachnie?
— No to wpadliśmy — szepnęła z głuchą rozpaczą w głosie Selphie. — Wpadliśmy po same uszy.

***

Wieczór był piękny. Temperatura spadła do przyjemnych kilkunastu stopni, akurat idealnych na to, by narzucić na siebie coś z dłuższym rękawem i rozpalić ognisko. Matka szybko uporała się z bałaganem w kuchni, uprzednio wypraszając z niej pałające winą i chęcią pomocy dzieciaki. Obejrzała także pokoje dzieci, oceniła straty, zbadała nos Seifera i ostro rozmówiła się z tym ostatnim i Squallem, ganiąc ich za wdanie się w bójkę, której wyraźnych śladów chłopcy nie zdołali zatuszować ani umyciem się, ani zmianą ubrania. Kiedy już doprowadziła wszystko do ładu, zabrała dzieci na plażę i rozpaliła ognisko. Słońce właśnie zachodziło za horyzontem, kiedy nad ogniem opiekały się brązowiejące powoli kiełbaski.

— Matulu, ja bardzo przepraszam — siąknął nosem Zell, który najbardziej przeżywał porażki mijającego dnia. — Nie chciałem potłuc twojego ulubionego wazonu.
— Już tego nie cofniesz, Zell — łagodnie uśmiechnęła się do niego Edea. — Nie przejmuj się więc, bo nic takiego się nie stało.

Zell poczuł, jak jego wnętrze wypełnia się czymś ciepłym i rozkosznym. Zupełnie tak, jakby w całym jego ciele rozlewała się powoli gorąca, płynna czekolada. To było cudowne uczucie i nawet złośliwa gęba Seifera wykrzywiająca się za plecami Matki w słowo „maminsynek” nie mogła zepsuć tego uczucia.

— Ale co wam przyszło do głowy, żeby to wszystko robić? — Edea powiodła wzrokiem po twarzach dzieci. — Dlaczego wpadliście na tak dziwny pomysł?
— Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę, Matko — odpowiedziała z powagą Quistis. — Taki urodzinowy prezent. Nic innego nie możemy ci dać, więc chcieliśmy ci pokazać, że jesteśmy samodzielni. A wyszło... jak wyszło.

Edea pokręciła wolno głową, patrząc na dzieci. Squall złowił jej spojrzenie. Mógłby przysiąc, że w jej oku zobaczył wilgotny blask łzy... a może to tylko odbijająca się iskra z ogniska?...

— Dzieci — powiedziała po chwili Edea — wy nie musicie nic dla mnie robić. Nie musicie mi nic dawać. Wystarczy mi, że jesteście. Że jesteście tu ze mną, zdrowe i radosne, a ja mogę patrzeć, jak rośniecie i z dnia na dzień stajecie się kimś nowym. Że na razie wciąż mam was przy sobie i nie muszę myśleć o dniu, w którym coś nas rozdzieli. To jest dla mnie najcenniejsze i nie potrzebuję od was nic więcej.

Zapadła uroczysta cisza. Nikt nie śmiał nic powiedzieć, a każdy w myślach przetrawiał to, co powiedziała przed chwilą Matka. Zell był bliski całkowitego rozklejenia, więc mocno zaciskał szczęki, obiecując sobie nie rozpłakać się, choćby nie wiem co. Selphie także pociągała lekko nosem. Quistis patrzyła z nabożnym uwielbieniem w twarz Matki. „Jak dorosnę, chcę być taka jak ona”, myślała. „To jest moje postanowienie i nic mnie przed tym nie powstrzyma”. Irvine uśmiechał się lekko, myśląc o tym, że tak naprawdę on jeden tego dnia nie zawiódł. W końcu pościelił łóżka i nawet wytrzepał te poduszki. A zwiędniętego kaktusa udało mu się schować do szafki, zanim Matka zdążyła go zobaczyć.

Seifer przysunął się lekko do Squalla za plecami Matki.

— Nawet ulgowo nam tym razem poszło — szepnął mu do ucha. — Ale nie myśl, że ci odpuszczę. Następnym razem to ja złoję ci tyłek.
— Nie będzie następnego razu — odparł Squall.

Dzieci siedziały w kręgu wokół Matki, która właśnie zaczęła zdejmować z rusztu przypieczone kiełbaski. Apetyczny zapach zmieszał się z aromatem morskiej wody i trawy, w której świerszcze zaczęły już swój wieczorny koncert. Nastała cisza, przerywana jedynie trzaskaniem ognia.

— Nigdy nie zapomnę tego dnia — rzekła w końcu Selphie, wpadając w uroczysty ton.

W głębi duszy każde z dzieci przyznało jej rację. Tak, nigdy nie zapomną tego, jak bardzo chciały pokazać Matce swoją miłość i jak kiepsko im to wyszło. A potem tego, jak Matka czule doceniła ich marne wysiłki i przede wszystkim tego, co im powiedziała przed chwilą, przy ogniu, kiedy zapadł zmierzch. Na pewno na zawsze zachowają ten wieczór w pamięci.

Gdybyś tu był, Drogi Czytelniku, mógłbyś im powiedzieć, że tak się nie stanie. Wiesz przecież, co się wydarzy później. Mógłbyś powiedzieć im wiele rzeczy, które zmieniłyby ich świat. Ale jestem przekonana, że tego wieczoru, patrząc na ich dziecięce twarze, opromienione blaskiem ogniska, na pewno byś tego nie zrobił.

---

* Tak, wiem, że obok sierocińca nie ma żadnego miasta - jest to jedna z irytujących dziur w FF8, które utrudniają pisanie takich historii. Na potrzeby opowiastki założyłam zatem, że tuż obok znajduje się jakaś ludzka osada, co zresztą wydaje mi się dość logiczne - w końcu Edea musiała gdzieś kupować żywność, ubrania i inne przedmioty potrzebne do prowadzenia sierocińca, a nie sądzę, że zachodziła z takimi sprawami do Króla Tonberry - chociaż, kto ją tam wie ;)
Ostatnio zmieniany: 2014/01/23 11:27 przez Em.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/23 14:56 #10156 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień
Ja Ci się zaraz sprowokuję! :P

Opowiadanie jest ładne i zabawne, a Zell to chyba najbardziej mi do gustu przypadł, bo przypomina mi mnie. :P I Squall-florysta...no kto by pomyślał. ;) Selphie wydaje się jakaś taka nijaka, ale w sumie jakoś nigdy za nią nie przepadałem. Ależ z Irviego to jest szczęściarz: najmniej spsocił. :P

Tak poza tym, to powinno się pisać "Biały Dom", a nie "biały dom". :P

Mam nadzieję, że nie porzucisz pracy pisarskiej, bo idzie Ci naprawdę świetnie, a narracja jest zdecydowanie lepsza od mojej. I używasz pauz, nie to co inni ;)(Hermiono, nie bij, to boli! :P ).

Najpiękniejsze słowa jakie ostatnio przeczytałem to:

Bujne pnącza bluszczu podkreślały biel kolumn, wiły się po ścianach, tworząc skomplikowane wzory na kamiennych blokach, niczym naczynia krwionośne zielonokrwistego olbrzyma.

To porównanie jest normalnie miodem dla mych delikatnych uszu, czysta, fajnalowa poezja.





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/23 17:03 #10158 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień

Noel Kreiss napisał: I używasz pauz, nie to co inni ;)(Hermiono, nie bij, to boli! :P )

Nie znam się na tym. Widzę tylko, że z jakiegoś powodu używacie oboje przeraźliwie długich myślników. :P Nie mam takich znaków na klawiaturze, a wstawiać ze skrótów klawiszowych nie mam zamiaru.

Em, napisałaś to w jeden wieczór? o_O I tak bez poprawiania po milion razy i zmieniania? Weź zdradź tajemnicę, jak się to robi. :P

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Po pierwsze, czyta się bardzo szybko i gładko, bez trudu przyswajając treść. To zawsze cenię we wszystkich czytadłach, obojętnie, czy to fanfik, czy powieść. Po drugie, sama wspomniałaś na sb, że tekst jest 'sentymentalny'. No więc jeśli nawet można go tak nazwać (dla mnie to żadna ujma, żeby nie było:), to widocznie podobają mi się takie klimaty (to jesteśmy już dwie, trudno, trzeba się uczciwie przyznać;)). Bardzo sympatyczne, naprawdę. Po trzecie - jest Squall i Seifer! Już samo to wystarcza za plusa. xD Ładnie nakreśliłaś ich osobowości - mimo iż są swoimi młodszymi 'wersjami', bez trudu da się przewidzieć, "co z nich wyrośnie". Podoba mi się też, jak odmalowujesz stosunki między chłopakami - takie niechętne, w żadnym wypadku nie są kumplami, ale jednocześnie coś ich łączy. Spośród wszystkich bohaterów chyba Seifer wyszedł Ci najlepiej i 'najżywiej', taki nieprzyjemny i pewny siebie. No i ten introwertyczny, obojętny Squall. Jak żywcem wyjęci z gry i odmłodzeni. :)
Reszta bohaterów też prezentuje się dobrze - Edea może nigdy nie była moją faworytką, ale jest przedstawiona bez zarzutu. Zell jest świetny, zgadzam się z Noelem (aczkolwiek do tego bohatera zawsze miałam jakąś niewytłumaczalną słabość). :)
Troszkę smętne zakończenie, ale nie ma co narzekać, w końcu zgodne z późniejszymi wydarzeniami.
Oczywiście, w FF pełno jest dziur i nielogiczności i trzeba to łatać. Nie ma się z czego tłumaczyć, to normalne.

To co, Em, wpadłaś już w nałóg pisania? Będą kolejne dzieła? :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2014/01/24 15:03 #10163 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień
Noelu, to się nazywa wodolejstwo. Jak chcesz nabić sobie słowa, nie ma nic prostszego niż drobiazgowe opisy otoczenia. Pewnie, że fajnie, jeśli autor daje klika podpowiedzi pozwalających zwizualizować sobie scenerię, ale wszystkie te kwieciste porównania nie służą niczemu jak tylko popisywaniu się swoim kunsztem pisarskim :P Czasami wpadam w taką pułapkę i muszę okrajać te ozdobniki, bo przez to tekst robi się przyciężkawy. Ale zielonokrwistemu potworowi się nie oparłam :P

shizonek napisał: Nie znam się na tym. Widzę tylko, że z jakiegoś powodu używacie oboje przeraźliwie długich myślników. :P Nie mam takich znaków na klawiaturze, a wstawiać ze skrótów klawiszowych nie mam zamiaru.

Ten powód jest prosty (przynajmniej w moim przypadku) - tego wymaga polska norma typograficzna. W polskim języku stosuje się trzy długości "kreseczek":
- jest dywizem, inaczej łącznikiem (to ta mała kreseczka obok zera na klawiaturze), który łączy wyrazy wieloczłonowe, np. polsko-angielski
– czyli półpauza, wbija się ją za pomocą Alt + 0150 na klawiaturze numerycznej, służy do zakresów, czyli np. pociąg relacji Kraków—Warszawa, ale także przy wartościach liczbowych, np. gra dla 2–4 graczy
— pełnoprawna pauza (Alt + 0151), używana w dialogach oraz wszystkich sformułowaniach wymagających myślnika — na przykład właśnie w takim.

Jako że pracuję z tym na co dzień i codziennie poprawiam takie rzeczy, jestem na to wyczulona ;) Pewnie normalnie mało kto zwraca na to uwagę. Ja też w codziennym pisaniu, np. na forum, wcale się do tego nie stosuję, bo uważam, że szkoda życia na klepanie w cyferki. Ale jeśli zamierzam zaprezentować publicznie Wielkie Dzieło, to chcę to jednak zrobić jak najlepiej ;)

shizonek napisał: Em, napisałaś to w jeden wieczór? o_O I tak bez poprawiania po milion razy i zmieniania? Weź zdradź tajemnicę, jak się to robi. :P

Samo się napisało. Po prostu siadłam i klepałam, aż do ostatniego zdania :P Zaczynając, nie wiedziałam jeszcze, co chcę napisać, ale jakoś po drodze myśl wyprzedzała rękę i tak dobrnęłam do końca. Ale i historia nie jest wcale niczym skomplikowanym, ot taka sobie banalna pisanina, wyprodukowana na bieżąco. Pewnie mogłabym tak dwa razy dłużej, gdyby mnie noc nie zastała :P Może miałam po prostu dobry dzień na coś takiego. Z umysłem jest trochę tak, jak z tą maszyną w którejś księdze przygód Tytusa - wkładasz głowę i wychodzi z niej artykuł. A że w komiksie się pomylono i przesłano maszynę piekarniczą, to czasami wychodzi też chała ;)

Możliwe, że jeszcze coś napiszę, jeśli przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł. Choćby dla ćwiczenia. Fanfiki to świetny sposób, by się wprawiać w pisaniu. A patrząc po niektórych czytanych przeze mnie wydanych książkach, myślę, że byłabym w stanie napisać coś podobnego, jeśli nie lepszego (Ty zresztą też, Shiz). Może kiedyś każda z nas napisze coś wielkiego i wspaniałego, co olśni wszystkich ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/24 17:27 #10165 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień
Dzięki za wyjaśnienie o półpauzach, pauzach na pełen etat i innych dywizach. :P

Emoonia napisał: Jako że pracuję z tym na co dzień i codziennie poprawiam takie rzeczy, jestem na to wyczulona ;) Pewnie normalnie mało kto zwraca na to uwagę. Ja też w codziennym pisaniu, np. na forum, wcale się do tego nie stosuję, bo uważam, że szkoda życia na klepanie w cyferki. Ale jeśli zamierzam zaprezentować publicznie Wielkie Dzieło, to chcę to jednak zrobić jak najlepiej ;)

Przepraszam, ale mimo iż masz słuszność, nie chce mi się wstawiać tych ładnych długich kreseczek. Mam nadzieję, że te krótkie nie działają Ci jednak aż tak na nerwy;)

Emoonia napisał: Samo się napisało. Po prostu siadłam i klepałam, aż do ostatniego zdania

A nie, mi nie chodziło o sam "ciąg" pisania, w który można wpaść. Z tym nie mam problemu (jak już, to na odwrót - nie umiem się zatrzymać we właściwym momencie). Bardziej chodziło mi o tę dyscyplinę - napisać coś i nie poprawiać tego tygodniami, doprowadzając się do białej gorączki. :woohoo: Chciałabym tak jak Ty albo Noel, naskrobać coś na bieżąco i zostawić jak jest, bez dopisywania, zmieniania i przekładania.

Emoonia napisał: A patrząc po niektórych czytanych przeze mnie wydanych książkach, myślę, że byłabym w stanie napisać coś podobnego, jeśli nie lepszego (Ty zresztą też, Shiz). Może kiedyś każda z nas napisze coś wielkiego i wspaniałego, co olśni wszystkich ;)

Też trafiam czasem na różne dziwne twory i dziwię się, jak udało im się zmaterializować na rynku w postaci książek. :P Trzymam za Ciebie kciuki, zapewne kiedyś napiszesz Wielkie Dzieło. A ostatnio coraz więcej pisarskich karier poprzedzonych jest fanfikami - nawet obiły mi się o oczy dwa przykłady z rodzimego podwórka. Znak czasów? :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Em
  • Em Avatar Autor
  • Wylogowany
  • Shiva
  • Shiva
  • Are you sure you want to exist?
Więcej
2014/01/24 17:42 #10166 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień

shizonek napisał: Bardziej chodziło mi o tę dyscyplinę - napisać coś i nie poprawiać tego tygodniami, doprowadzając się do białej gorączki. :woohoo: Chciałabym tak jak Ty albo Noel, naskrobać coś na bieżąco i zostawić jak jest, bez dopisywania, zmieniania i przekładania.

Bo ja wiem, czy to zaleta? Ja po prostu nie umiem po sobie poprawiać. Owszem, zawsze czytam swoją pisaninę, poprawiając oczywiste błędy, ale nie potrafię robić czegoś takiego jak "szlifowanie". I to niezależnie, czy chodzi o recenzję, opowiastkę czy list. A chciałabym umieć spojrzeć krytycznie na swoją pracę i wiedzieć, co w niej zgrzyta. Niestety, bardzo często tylko wiem, że coś mi się w niej nie podoba, ale nie wiem, na co to zmienić. Bo gdybym wiedziała, to od razu napisałabym lepiej, nie? Proste :P

Na razie to tylko taka nędzna pisarska próbka :P Pod względem kreatywności bijecie mnie z Noelem na głowę. Ale czekam na moment, w którym wreszcie oświeci mnie Dobry Pomysł ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/25 20:33 #10168 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Zwykły letni dzień
Szlifowanie jest dość trudną i czasochłonną rzeczą, szczególnie gdy dodasz do tego dodawanie nowych tekstów do 'gotowca', to już wtedy całkiem traci się głowę. :P

Nie wiem co takiego kreatywnego zrobiłem w dziale pisarskim, Ameryki żadnej nie odkryłem. A "Dobrym Pomysłem" może być nawet konflikt wewnętrzny, w którym główna postać musi wybrać pomiędzy samym sobą a 'tą drugą' osobą (ale pewnie już takie coś było) i gdzieś do fabuły wpleść wojnę na trzy fronty.





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 123 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • audion za 2 dni awansuje na nowy poziom! (47)
  • bezimienny82 za 6 dni awansuje na nowy poziom! (35)
  • LPDawid za 7 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • Yuna za 7 dni awansuje na nowy poziom! (25)
  • yxam za 7 dni awansuje na nowy poziom! (31)
  • kostek059 za 9 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • Siriondel za 9 dni awansuje na nowy poziom! (29)