Forum

Nasze projekty

Poleć Grę

Więcej
2012/06/21 11:01 #8912 przez Veldrim
Użytkownik Veldrim odpisał na temat: Poleć Grę
Credo z tego co pamietam jak tylko zczailem jak go zranic to calkiem gladko poszlo. Angus Wydawal mi sie bardziej upierdliwy niz trudny, gralem na domyslnej trudnosci na klawie wiec noe wiem czy tak samo trzeba patrzec. W 3 Gralem dawno temu wiec nie pamietam co mnie najbardziej meczylo, Vergil na pewno.

Idąc z tematem, zaproponuje 2 gierki ktore gralem daawno temu i nadal dobrze wspominam.

Najpierw Arcanum. Jest to już troszke starszawy RPG, z wygladu przypominajacy troszke Baldurs Gate polaczony z falloutem, z rozwojem postaci, druzyna nad ktora nie ma sie bezposredniej kontroli, i dosc rozbudowana fabula. Ciekawostka w tej gre sa drogi rozwoju postaci. Naturalnie można stworzyc zwyklego wojaka, w pancerzu, z mieczem, toporem czy lukiem, jak zazwyczaj w tego typu grach robie, ale nie tu :P . Inna droga to sciezka magii, 16 różnych szkół, w kazdej cos czarów o roznym zastosowaniu, jakby nie patrzec tez standard. Najciekawsza wedlug mnie to sciezka techniki, zawierajaca sie w 8 dziedzinach, jak zielarstwo, rusznikartwo, elektryka czy pirotechnika. Technika jest gdzies na poziomie XIX wieku. I ciekawa jest zaleznosc miedzysciezkami magii i techniki, w profilu postaci jest wskaznik pokazujacy po ktorej stronie bardziej jest postac, bo jedno wyklucza drugie, na technologa magiczne mikstury coraz slabiej dzialaja, to za to moze sobie specjalna masc zrobic. Też np wielkiego maga wyprosza ze sklepu z czesciami bo roztaczana przez niego aura zle wplywa na prace urzadzen. Ja pamietam że gralem droa technologii, to mialem dostep do paru ciekawych urzadzen zmontowanych wlasnorecznie, jak koxiarska strzelba na slonie czy pręt Tesli rażący prądem. Pamiętam też, że w grze znajdowało sie pare ciekawych Easter Eggów, na ten moment pamietam tylko polanke, z malymi niebieskimi ludzikami i grzybami wokól trupow typa w czasnej szacie i kota :lol: Gra ma ponury klimat, muzyka to glownie jakies zagrywki skrzypcowe ale ma to swoja moc :)

Druga gra która dobrze wspominam to Original War. Strategia w której obejmujemy dowództwo nad Amerykanami, bądz sowietami walczacymi o złoża poteznego surowca energetycznego Syberytu/Alaskitu (zalezy kogo spytac), i i którym jeszcze dodatkowo przeszkadzaja arabowie. Sama wojna toczy sie... 4 miliony lat temu, po tym jak grupy ekspedycyjne cofnely sie w czasie. Więc nawet grajac Sowiecka Rosja nie mozemy liczyc na nieskonczone zasoby ludzie. Tutaj, jesli ci zabija kogos, to go straciles na amen, i jesli scenariusz nie przewiduje posilkow to musisz sobie radzic z tym co masz. Jak dostajesz 10 ludzi musisz ich pilnować. Można miec ogromna ufortyfikowana baze, ale bez obsady nic nie zdzialasz, mozna najwyzej miec automatyczne dzialka, ale sa mniej celne niz te obslugiwane przez ludzi. Można też oswoic malpoludy, ale one sie nadaja glownie do prostszych prac, choc w walce moga sie przydac. Można im dac karabin, albo nawet obladowac dynamitem i wyslac na wroga w samobojczej misji :P Chyba nawet dalo sie oswoic mamuta, robil za dodatkowy czolg.Klimat w grze jest ciekawy, szczegolnie odczuwalny w grze rosjanami, gdzie wszyscy sobie "towarzyszą", gadaja z ruskim akcentem, a rozkazy miedzy misjami wydawane sa przez takie dziwne urządzonka:

Gra może starawa, ale gameplay ma świetny, a do niektorych ludzi mozna sie przywiazac i wybierac ich do kazdej misji( chyba ze ich w ktorej zabija)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/09/03 23:10 - 2012/09/20 11:41 #9188 przez Lacus Clyne
Użytkownik Lacus Clyne odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Sleeping Dogs
Wydawca: Square Enix
Data: sierpień 2012
Rodzaj; sandbox, gra akcji, strzelanka, bijatyka...
Platformy: PC, PS3, Xbox360


Tym razem chciałabym polecić grę, w którą miałam przyjemność niedawno grać (i gram nadal :silly: ), a która wyszła w połowie sierpnia 2012 roku (świeżyzna).
Chodzi o SLEEPING DOGS. Z góry napiszę, że nie jestem fanem GTA, a fani tej serii z pewnością znajdą w SD sporo nutek nostalgii. Gra bazuje na podobnej rozgrywce. W moim odczuciu została jednak dużo bardziej rozbudowana i, co tu dużo gadać, posiada kilka smaczków wobec których ciężko przejść obojętnie. Żeby nie było chaosu poniżej wyliczam plusy i minusy (tych ostatnich będzie mało :) ).

Plusy:

+Fabuła - zawsze bardzo zwracam uwagę na tą część gry. Sleeping Dogs daje nam dokładnie to czego możemy oczekiwać po opowieści o chińskiej triadzie działającej na terenie Hong Kongu: mnóstwa akcji, dramatycznych zwrotów w fabule, sporą dawkę mocnego języka oraz doskonały klimat błyszczącej neonami, azjatyckiej metropolii. Historia skupia się wokół Wei Shena, gliniarza pod przykryciem, który dostaje zadanie rozpracowania triady Sun On Yee w swoim rodzinnym mieście. By to zrobić Wei nawiązuje kontakt z kumplami z dzieciństwa (obecnie gangsterów) i pnie się po szczeblach mafijnej kariery. W międzyczasie nieustannie kontaktuje się ze swoimi przełożonymi w policji i próbuje wykonywać obowiązki gliniarza. Ale w produkcji Square Enix nie mogło zabraknąć drugiego dna. Wei zaczyna coraz dotkliwiej odczuwać, że oszukuje jedynych kumpli jakich miał w Hong Kongu, zaczyna też wątpić w dobre intencje policjantów. Ci ostatni z kolei nieustannie badają jego przeszłość i wyciągają na jaw brudy w postaci nadużywania przemocy w szkole. Przeszłość głównego bohatera skrywa również nieco bardziej mroczny sekret: jego starsza siostra Mimi, przez jednego z obecnych liderów triady została narkomanką oraz prostytutką. W momencie, gdy zaczyna się gra, dziewczyna nie żyje od kilku lat i fakt ten zmienia misję Weia w osobistą zemstę na gangsterach. Nic więcej nie mogę napisać by nie zdradzać szczegółów, ale dodam jeszcze, że należy się po SD spodziewać sensacji najwyższych lotów oraz ciekawego wglądu w psychikę bohatera.

+Główny bohater - Wei Shen, 28-letni policjant, jest naprawdę wymarzonym bohaterem. To dość ciekawa postać, która przez większą część gry miota się pomiędzy żyjącym w nim "człowiekiem triady" oraz honorem gliniarza. Nie jest to typowy osiłek, który wpada mordując co ośmieli się poruszyć. Gra daje niezły wgląd w jego wnętrze. Twórcom fantastycznie udał się zabieg pozwalający zżyć się z bohaterem oraz wczuć w jego sytuację. Jeśli sięgnięcie po Sleeping Dogs, będziecie wraz z Weiem przeżywać śmierć towarzyszy, zabawne sytuacje i cieszyć się kiedy okaże się, że główny "twardziel" znów wyszedł cało z opresji. Na marginesie zdradzę, że końcówka gry jest naprawdę bardzo dramatyczna :P Co uważam za główną siłę tego bohatera? Wei jest zwyczajnym facetem, który zachowuje się bardzo naturalnie, reaguje naturalnie, jeśli się wkurza to na maksa, jeśli coś mu nie wychodzi przeżywa to, ale potem wzrusza ramionami i idzie dalej. Osobiście uważam, że właśnie fabuła i bohater to dwa największe plusy gry, co w tym gatunku jest rzadkością.

+Hong Kong - nigdy nie byłam w mieście Jackiego Chana, ale, cholera jasna, właśnie tak je sobie wyobrażałam. Wielkie, oświetlone, a jednocześnie wystarczy zboczyć w przecznicę by powalił nas syf i narozwalane śmieci. Miasto jest całkowicie interaktywne, to znaczy jeśli mamy ochotę możemy rozjeżdżać przechodniów, pobić ich, używać elementów otoczenia jak budki telefoniczne, kosze na śmieci, głośniki, automaty z napojami itp. Bardzo fajny zabieg polega na tym, że jeśli akurat nie mamy ochoty iść na misję fabularną ani wyświadczać nikomu przysługi, w mieście jest kupa innych rzeczy do roboty: wyścigi samochodowe (adrenalina na maxa), bary z karaoke, możliwość zhakowania kamer miejskich, odkrywanie skrzynek z kasą i ciuchami oraz kapliczek zdrowia (powiększają pasek HP), salony masażu (ehm...erotycznego również), Podziemny Krąg gdzie można brać udział w nielegalnych walkach (kasa+prestiż), walki kogutów, przejażdżki łodziami wzdłuż wspaniałego wybrzeża oraz pomiędzy wyspami Hong Kongu... innymi słowy JEST CO ROBIĆ.

+Stacje radiowe - moi faworyci to Kerrang! Radio (nowoczesne brzmienia), Roadrunner Record (metal i rock), Softly (dużo chińskiej muzyki i piosenek po kantońsku). Śmieszne, że w grze mają lepsze stacje, niż u nas w realu. ;) Fan każdego gatunku znajdzie coś dla siebie. Jest nawet muzyka poważna. Wśród wykonawców usłyszymy The Jam, Queen, Roberta Palmera, Soufly, Machine Head... i również fabularną piosenkarkę Vivienne Lu dziewczynę jednego z gangsterów (głos podkładała Lucy Liu).

+Walka - dziedzictwo Bruce'a Lee żyje! :P Animacja Weia podczas walki jest po prostu zaje*ista. Facet rusza się jak kot, a do dyspozycji mamy całą masę ciosów, który odblokowujemy rozwijając drzewko naszej postaci (mały ukłon w stronę rpg). Rozwój zdolności Weia toczy się na 4 poziomach: policyjnym (punkty za misje policyjne), mafijnym (punkty za misje od triady), za reputację (tutaj dostajemy większe boosty po zjedzeniu potraw, udaniu się na masaż do pięknych pań :P czy wychlanie energizera) oraz w szkole sztuk walki prowadzonej przez Japończyka, który był pierwszym trenerem Weia.
Oczywiście w Sleeping Dogs mamy też walki bronią palną, ale nie są one zbytnio udane i zaliczyłam je jako minus.

+Pościgi - jeśli chcecie poczuć adrenalinę zapierdzielania na czterech kółkach bez możliwości spowodowania realnych szkód, Sleeping Dogs jest dla was. Niemal każdy bandzior wyskakuje tutaj ze swojej dziupli i super odjazdowej furze (czasem w łodzi, a tylko nieliczni decydują się uciekać na butach, bo przecież wiadomo, że Wei ich dogoni hehe). Co robi wtedy funkcjonariusz Shen? Pakuje zadek do swojej odjazdowej fury i rozpoczyna się jazda. Dodam, że za pieniądze, które zarabiamy na misjach i odkrywamy w skrzynkach, możemy kupować auta od dilerów (od zwykłych paściów i smartów po modelowane na Audi wypasione krążowniki). Podczas jazdy jest możliwość strzelania i to daje jeszcze lepszy feeling toczącej się wartkiej akcji.

+Grafika i optymalizacja - zauważyłam, że w recenzjach Sleeping Dogs rzadko się to pojawia, ale gra została genialnie zoptymalizowana. Na niezbyt nowym kompie, przy bardzo niskich ustawieniach tekstur oraz rozdzielczości, gra niewiele traci. To moim zdaniem spora zaleta gry i reszta ekip powinna brać sobie do serca, że nie wszyscy będą dla gier wymieniać komputery. Mam tutaj porównanie z zakupionym niedawno Maxem Paynem 3, który przy podobnych ustawieniach co Sleeping Dogs wygląda naprawdę biednie. Grafika w SD jest w moim odczuciu bardzo dobra, nie znam się na tym za bardzo, ale zarówno modele jak i kolory są o wiele lepsze, niż we wspomnianym MP 3 (pomijając, że trzecią odsłonę Maxa nafaszerowano kupą wstawek filmowych, ale to już temat na inny opis). Postacie razem z głównym bohaterem mają ładne, azjatyckie rysy co jeszcze lepiej pozwala się wczuć w klimat Hong Kongu. Białych można spotkać na przykład na Wzgórzu Wiktorii (punkt obserwacyjny, istnieje naprawdę) - turyści, rzecz jasna. :)

Minus:

- Strzelanie - zostało lekko skopane i nie daje zamierzonego feelingu. Po pierwsze nie ma praktycznie możliwości oddania celnego strzału bez wciskania lewego spustu pada (celownik), a większość akcji z bronią palną sprowadza się do chowania za elementami otoczenia i wystrzeliwania kolesi jak kaczki. Ok, to daje pewną satysfakcję, ale praktycznie każda strzelanina opiera się o ten sam schemat. Moim zdaniem troszkę za bardzo to monotonne. Zaznaczam jednak, że Sleeping Dogs bazuje głównie na kung fu i typowym mordobiciu, więc strzelanina to tutaj rarytas (głównie w końcowych partiach gry). Jest jednak naprawdę fajna scena, gdzie Wei dostaje super broń od swojego kumpla Conroya, jest to wyrzutnia pocisków, którą celujemy z dachu do przeciwników okupujących restaurację. Goście po prostu wybuchają, albo wzlatują na wysokość drugiego piętra - niezła zabawa. ;) Komentarz głównego bohatera: "O ja pier*olę!". Nic dodać, nic ująć.

Na koniec daję filmik z karaoke, gdzie Wei popisuje się śpiewając "All out of love" Air Supply (moim zdaniem lepiej mu to wyszło, niż w oryginale :P )

Zachęcam wszystkich do kupna tej niesamowicie wciągającej gry. W mojej ocenie to 9,5/10.
Ostatnia edycja: 2012/09/20 11:41 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/09/20 11:37 - 2012/09/20 22:03 #9293 przez Lacus Clyne
Użytkownik Lacus Clyne odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Max Payne 3
Wydawca: Rockstar Games
Data: maj, 2012
Rodzaj: TPS, gra akcji
Platformy: PS3, Xbox360, PC

Miałam wobec tej gry duże oczekiwania i muszę przyznać, że po przejściu dużo bardziej kolorowego i lekkostrawnego Sleeping Dogsa, miałam mieszane odczucia. Nowa odsłona losów Maksa jest jednak grą, która wymaga czasu na zżycie się. Fabuła jest bardzo dojrzała, dla wielbicieli wyszukanych filmów sensacyjnych, bez opalonych chłopców machającymi wielkimi giwerami - pewnie nastoletnia część publiczności będzie rozczarowana. ;) Generalnie jednak jest to przeogromny tytuł, kryjący wiele smaczków, z doskonałą fabułą i jeszcze lepiej poprowadzonym głównym bohaterem. Bardzo cieszy, że twórcy pozostali wierni dwóm pierwszym częściom i zadbali by Max pozostał dokładnie tą samą osobą. Poniżej lista zalet i wad pozycji:

Plusy

Fabuła - może nie najbardziej odkrywcza dla tego gatunku, bo szybko można się połapać kto jest ewentualnym ZŁYM, ale zaskakują momenty kiedy przyjaciele wbijają Maksowi noże w plecy, kiedy pewne sprawy zostają wykręcone do góry nogami, a postacie, które uważaliśmy za bestialskich zabójców okazują się ofiarami bezdusznego systemu.

Postać głównego bohatera - ech, Max, Max... Chyba nie było i nie będzie drugiej takiej postaci w świecie strzelanek. Za swój czarny humor i grobowe docinki powinien dostać Nobla (albo raczej panowie, którzy go nimi obdarzyli :P ). Payne jest już innym człowiekiem, niż w poprzednich grach - odszedł z policji, przytył, ma zniszczoną twarz, pogrąża się w alkoholowym (i tabletkowym) nałogu, nadal nie może pogodzić się ze śmiercią rodziny i Mony.. ale to nadal ten sam Max. Inteligenty, spostrzegawczy obserwator. Praktycznie cała gra ocieka jego trafnym monologiem wewnętrznym. Po pustych gierkach, które sprowadzają się tylko do powtarzania bajkowych frazesów, albo okrzyków typu "bo jak ja Ci przy*****olę!", jest to miód dla uszu.

Rozgrywka - bez szaleństw i bez udziwnień... i bardzo dobrze. Dzięki temu Rockstar zachował klimat w Maksie. Dostajemy tradycyjną strzelankę z bajerami znanymi z poprzednich części. Jest Bullet Time, a z nowości kamera na pocisku, którą możemy aktywować wciskając A na padzie, kiedy zabijamy ostatniego przeciwnika w danej lokacji. Jest tradycyjnie, ale mnogość wciągających wstawek filmowych oraz wspomniane odzywki Maxa dobrze równoważą rozgrywkę. Praktycznie nie ma nudy.

Muzyka - usłyszymy kilka utworów ze starych części (przeróbka przewodniego tematu), ale też nowe kawałki np końcową piosenkę "Tears" zespołu Health. Soundtrack jest całkiem znośny jak na ten rodzaj, gdzie jak wiadomo dźwięki są głównie tłem dla wartkiej akcji.

Optymalizacja - porównując do Sleeping Dogsa, wydaje się ciut gorsza, ale słaby PC spokojnie da radę. Twórcy wprowadzili wyłączanie poszczególnych bajerów graficznych. Wspomniane jest o 2-16 GB RAM dla wymagań minimalnych i maksymalnych, ale wydaje się, że dopiero od 4 GB przy powyłączanych wszelkich innych programach w tle, gra pójdzie płynnie. No i konieczne 35 GB wolnego miejsca na dysku twardym.

Minusy

Długość - w porównaniu do dwóch poprzednich części, MP3 jest troszkę krótki. Nie czuć tutaj, aby twórcy coś istotnego pominęli, ale nie pogardziłabym jeszcze jednym albo dwoma rozdziałami (choćby dodatkowymi retrospekcjami Maksa). Ogólnie gra zapewnia około 18 godzin rozrywki na poziomie łatwym. Na wyższych jest już dłużej i ciężej. Jest to przyzwoity wynik jak na strzelankę, ale jak pisałam powyżej, mogli coś jeszcze dołożyć.

Ogólnie bardzo polecam, bo Max Payne 3 jest wart wydania tych... obecnie 129 złotych. :)

Ostatnia edycja: 2012/09/20 22:03 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/11/05 18:08 - 2013/11/05 18:10 #10043 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Persona 4
Wydawca: Atlus, Square Enix
Data: 13.03.2009 (Europa)
Gatunek: RPG
Platforma: PS2

Mam taki problem, że w zasadzie niewiele jest gier, które są w stanie mnie zachwycić i na długo przyciągnąć. FFVIII było moją pierwszą poważną grą i był to strzał w dziesiątkę, który zapoczątkował bardzo udany związek z całą serią. Kolejne próby poszukiwania dobrej gry RPG były do tej pory niezbyt udane. Po Personę 4 sięgnęłam bez większej nadziei, właściwie głównie przez bombardowanie tematem ze strony forumowego kolegi Veldrima, żeby sprawdzić, o co ten cały hałas ;) Okazało się, że świat Persony wessał mnie szybko i zapewnił bardzo przyjemny miesiąc grania. Nie wiem jeszcze, czy sięgnę po kolejne części serii, nie jestem pewna co do tego, czy podoba mi się uniwersum SMT, ale na pewno mogę z czystym sumieniem polecić P4 jako po prostu dobrą, wciągającą grę, przy której można spędzić wiele wieczorów. A oto i krótka ocena:

Grafika 6/10
P4 nie jest absolutnie żadnym cudem techniki. W porównaniu do FFX na tę samą platformę wypada raczej biednie, przypominając raczej FFIX z epoki PSX niż szczegółową i zachwycającą dziesiątkę. Trudno zresztą porównywać grę z tak wieloma bogatymi lokacjami jak FFX do znacznie skromniejszej pod tym względem i bardziej stonowanej Persony. Mimo to gra ma pewien urok kryjący się w tych prostych wnętrzach i nieskomplikowanych fragmentach lokacji, które oglądamy w wielu różnych odsłonach (w dzień, w nocy, przy słonecznej i deszczowej pogodzie). Mimo że nie jest żadnym graficznie dopieszczonym cudeńkiem, nie razi i nie kłuje w oczy archaicznością. Spokojnie da się w nią grać bez bólu oczu, który, powiedzmy sobie szczerze, jest aż nazbyt obecny w takim FFVII ;)

Muzyka 9/10
Ten aspekt zawsze był dla mnie istotny i stanowi istotną cegiełkę do końcowej oceny. Ścieżka dźwiękowa z P4 ma niewiele wspólnego z muzyką znaną z serii FF, ale zaskakująco dobrze pasuje do gry i łatwo wpada w ucho. Początkowo byłam dość zaskoczona dość łagodnym, wręcz popowym brzmieniem wielu kawałków, jednak właśnie dzięki temu muzyki z gry można słuchać cały dzień w kółko i nie być nią znużonym. Nie znaczy to wcale, że muzyka jest jednostajna, wręcz przeciwnie, zdarzają się także mocniejsze utwory, zazwyczaj grane przy fabularnych walkach, a także kompletnie szalone, jak choćby tematy muzyczne dwóch osobliwych dungeonów - sauny i klubu ze striptizem ;) Ścieżka zawiera także kilka wokalnych utworów, z czego mój ulubiony to nostalgiczne i refleksyjne Heaven: Heaven
Być może dla niektórych osób Personowa muzyka może się okazać zbyt łagodna i popowa, jednak dla mnie jest to miła odmiana po ciężkich, orkiestrowych kawałkach, które dominują choćby w FFXIII (choć trzynastkowy OST również bardzo lubię). Po prostu fajnie jest czasem posłuchać czegoś innego, a ścieżka z P4 nadaje się spokojnie i do grania, i do pracy, i do zmywania naczyń ;)

System 7/10
System walki w Personie jest bardzo prosty i typowy dla japońskich RPGów. W trakcie walki sterujemy czterema postaciami, które mają do wyboru ataki fizyczne, obronę, używanie przedmiotów oraz magię i zdolności specjalne, których mogą używać dzięki Personom, magicznym demonom, które są powiązane z ich duszami. Postacie uczą się kolejnych umiejętności wraz ze zdobywaniem poziomów. Główny bohater ma do wyboru bardzo wiele różnych Person, które może do siebie podłączać (zupełnie jak GFy w FF8), przy czym kluczem do sukcesu jest umiejętne łączenie Person, aby otrzymać zupełnie nowy okaz, z lepszymi statystykami i umiejętnościami. Proste i nieprzekombinowane. Bardzo fajnie jest odpalić sobie grę, będąc zupełnym żółtodziobem, i z miejsca opanować jej system, zamiast tracić czas na gorączkowe zastanawianie się, o co w nim chodzi (tutaj pozdrawiam grę Last Remnant, która skutecznie mnie do siebie zniechęciła :P). Żeby było ciekawiej, istotne znaczenie dla naszych możliwości bitewnych mają relacje naszego bohatera z innymi postaciami - to coś, co jest charakterystycznym elementem Person, czyli Social Linki. Dzięki różnym interakcjom z innymi osobami możemy wynosić naszą znajomość z nimi na kolejne poziomy, co pozwala nam zdobywać dodatkowe punkty EXP przy łączeniu Person, odblokowuje nam ostateczne Persony przypisane do tych postaci, a także daje postaciom z drużyny dodatkowe umiejętności w walce. Podnoszenie poziomu relacji z innymi nie jest wcale takie łatwe i zwykle wymaga poświęcenia im całego wieczoru - tak, w świecie P4 czas także płynie i mamy ograniczoną liczbę akcji, którą możemy wykonać w ciągu jednego dnia. Niektóre interakcje są dostępne tylko przy odpowiedniej pogodzie, inne tylko w wybrane dni tygodnia. Do niektórych potrzebne są także wysokie statystyki socjalne naszego bohatera (czyli aspekty takie jak Odwaga, Wiedza czy Empatia). Wszystko to sprawia, że gra nie jest wcale taka łatwa, a gracz często stoi przed poważnym dylematem - czyj wątek pociągnąć dalej? Z kim częściej się spotykać? Podobno osiągnięcie maksymalnego poziomu we wszystkich relacjach jest możliwe, jednak mnie się to nie udało. Może kiedyś jeszcze się za to wezmę ;)

Fabuła 9/10
To najważniejszy dla mnie element gry. Tutaj już od pierwszych momentów wiadome jest, że będzie on stanowił najważniejszy jej aspekt. Początkowe dni w grze to właściwie interaktywny filmik, w którym gracz praktycznie nie ma żadnej swobody poza możliwością wyboru opcji dialogowych. Jako taką wolność zyskujemy dopiero po kilku dniach. Scenki fabularne są co chwilę, więc jeśli ktoś lubi gry nieliniowe, z dużą swobodą, to P4 raczej będzie go męczyć. Dla mnie było to bardzo ciekawe doświadczenie. Fabuła jest bardzo tajemnicza i zaciekawiła mnie już od samego początku. Gra oprócz bycia RPGiem ma także bardzo istotny element detektywistyczny, w którym powoli, po kawałku próbujemy rozwikłać tajemnicę morderstw i porwań w małym miasteczku, będąc niejednokrotnie zwodzonym fałszywymi tropami i ulegając różnym pomyłkom. Co więcej, wątek poszukiwań mordercy splata się z wątkiem bardziej osobistym, dotyczącym wszystkich postaci i ich wewnętrznych lęków, obaw i najbardziej skrywanych pragnień, które, dopiero, gdy zostaną ujawnione, pozwolą postaciom stawić czoła sobie samym i zamienić własne słabości w potężną siłę. Jest w tym trochę filozofowania, czasami jest dość poważnie, a czasami jest także kupa śmiechu. Sam główny wątek gry, czyli poszukiwanie mordercy, jest zbudowany bardzo ciekawie i bardzo często potrafi zaskoczyć. Historia jest niebanalna i solidnie poprowadzona, a przy tym zahacza o różne japońskie legendy, także te współczesne, w tym także o mój ulubiony wątek telewizorów ;) Jeśli zatem ktoś chce odpocząć od konwencjonalnego RPG z zamkami i smokami, a z kolei nie bawią go futurystyczne klimaty i statki kosmiczne, to Persona 4 jest właśnie odpowiedzią na tę niszę.

Postacie 10/10
To zdecydowanie najsilniejszy punkt Persony 4. Wspomniane wcześniej FFVIII jest dla mnie przykładem doskonale zbudowanej gry pod względem psychologicznym, choć uczciwie trzeba przyznać, że poza Squallem pozostałe postacie są skonstruowane nieco gorzej. W P4 mamy sytuację odwrotną - główny bohater jest wielką niewiadomą, ponieważ jego zachowania zależą wyłącznie od nas, natomiast pozostałe postacie mają bardzo ciekawe i niejednoznaczne portrety psychologiczne. W drużynie znajdują się naprawdę różne i skomplikowane charaktery - jest więc Yosuke, klasowy błazen i narwaniec, którego największym lękiem jest bycie zwyczajnym; jest Chie, wygadana i silna dziewczyna kochająca sztuki walki i jedzenie, a której skrytym marzeniem jest być bardziej kobiecą; jest także spokojna i chłodna Yukiko, która w najmniej odpowiednich momentach traci swoje opanowanie i popada w totalną głupawkę. Jedną z ciekawszych, moim zdaniem postaci, jest Kanji, który pod cielesną powłoką twardziela skrywa bardzo interesujące sekrety ;) Mamy także drużynową idolkę, z wierzchu ekspresyjną ekstrawertyczkę, wewnątrz niepewną swojego prawdziwego ja, tajemniczego młodego detektywa, jak również maskotkę całej ekipy, czyli Teddiego, który jak nikt potrafi wykorzystywać swój wewnętrzny urok do własnych celów. Krótko mówiąc, jest to bardzo intrygująca zgraja, w której nieraz dojdzie do zgrzytów, spięć i rozdźwięków. W przeciwieństwie do innych RPGów, w których młodzi bohaterowie zachowują się nad wyraz dojrzale, tutaj mamy do czynienia ze zwykłymi licealistami, których zachowanie w niczym nie odbiega od zachowania ich rówieśników. To, co mnie chyba najbardziej ujęło w fabule gry, to to, że główni bohaterowie to wcale nie żadni herosi, a zwyczajne dzieciaki, które jednocześnie chodzą do szkoły, martwią się o swoje oceny, popularność wśród innych i różne najzwyklejsze codzienne sprawy. Brakuje mi tego w innych grach, w których sprawy codziennego życia są całkowicie pomijane, tak jakby bohaterowie nie byli ludźmi. Pod tym względem gra dość mocno przypomina mi spokojny początek FFVIII, kiedy główny bohater był jeszcze po prostu studentem, a nie herosem, na którego barkach spoczywa ratowanie świata.

Cóż mi jeszcze pozostaje? Z całego serca polecam Personę 4 tym, którzy mają ochotę spróbować czegoś nowego. Bardzo przyjemnie spędziłam czas w towarzystwie bohaterów gry, świetnie się z nimi bawiąc. Wielokrotnie zdarzało mi się naprawdę śmiać do rozpuku z różnych zabawnych sytuacji, w które obfituje ta gra (powracające dowcipy o umiejętnościach kulinarnych bohaterek czy też pamiętna scena na szkolnej wycieczce na pewno nie są czymś, co łatwo się zapomina ;)). Jednocześnie gra powinna także spodobać się tym, którzy bardziej zwracają uwagę na istotę RPGów, jaką są walki i rozwój postaci, jeżeli oczywiście przypadnie im do gustu tradycyjny i prosty system.
Ostatnia edycja: 2013/11/05 18:10 przez Em.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/11/10 20:59 #10055 przez Kudi
Użytkownik Kudi odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Seria Soul (Soul Esge/Blade, Soul Calibur)
Wydawca: Namco
Data: 29 stycznia 1996 (Automaty)
PlayStation[6]
JP 20 grudnia, 1996
NA styczeń 1997
EU maj 1997
Gatunek: Bijatyka
Platforma: Automaty, PS, PS2, Dreamcast, PS3, XBOX360

Opis: Hmm, nie znam osobiście lepszej bijatyki niż gry z Project Soul. Rozchodzi się o dwa miecze Soul Edge i Soul Calibur. Jeden zły, drugi dobry - tak najogólniej mówiąc. (ale poszedłem na łatwiznę. :D) Soul Egde/Blade w roku 96 wręcz powalał lokacjami w 3D, które były naprawdę dobrze graficznie wykonane (jak na owe czasy). Od zwykłych bijatyk seria wyróżniała się tym, iż każda z postaci używała broni białej i odpowidnio do niej stylu walki - katany, miecze dwuręczne, khutary, ninja-to, topory etc,etc. Najlepsze jest to, że każda z postaci posiadała po kilka/kilkanaście różnych broni (tej samej klasy oczywiście) z różnymi właściwościami - jedne były szybsze, drugie wolniejsze, inny była poteżniejsza, lecz konsumowała życie. Bronie zdobywało się na różne sposoby - w zależności od części gry. Każdą grę charakteryzowało, że zdobywało się punkty... np poprzez grę z przyjaciółmi na VS, grając zwykłego ARCADE, czy też Story Mode ( tak każda z postaci ma swoją historię, a niektóre z nich są ze sobą w jakiś sposób powiązane. :)) Ok nie chcę się więcej rozwodzić... moje wypociny i tak są kiepskie, a jest sporo fajniejszych opisów. :) SERDECZNIE POLECAM. :)

en.wikipedia.org/wiki/Soul_Edge
en.wikipedia.org/wiki/Soulcalibur

" Ludzie byli sobie kiedyś bliżsi,
broń nie niosła tak daleko. "

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/11/26 22:58 #10872 przez sarenka
Użytkownik sarenka odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Eternal Sonata (w Japonii - Trusty Bell: Chopin's Dream)
Wydawca: Namco Bandai Games
Data : 19.10.2007 (Xbox360 EU) / 13.02.2009 (PS3 EU)
Gatunek: RPG
Platforma: Xbox 360, Playstation 3



Naprawdę rzadko się zdarza, by w branży gier - a już w szczególności gier z Kraju Kwitnącej Wiśni - istniały jakieś polskie akcenty. Tym razem Japończycy "przywalili z grubej rury", rzekłbym nawet - z armaty. Jak powszechnie wiadomo, w kraju tym bardzo spopularyzowana jest muzyka naszego najsłynniejszego polskiego kompozytora - Fryderyka Szopena. Nikt chyba poważnie nie myślał o tym, że można by zrobić grę z wybitnym pianistą w roli głównej... a jednak - stało się. Hiroya Hatsushiba zainspirowany muzyką Polaka stworzył grę, którą mam przyjemność zrecenzować (w wersji na konsolę Xbox360) - "Eternal Sonata".

Rzecz dzieje się w ostatnich godzinach życia głównego bohatera, którym jest - a jakże - sam Fryderyk. W gorączce wywołanej śmiertelną wówczas chorobą, przenosi się on do wyimaginowanego świata, w którym spotyka nieznane dotąd sobie postacie. Wraz z nimi przemierza krainy pełne dziwacznych stworów, początkowo świadom faktu, iż jest w świecie nierealnym, z upływem czasu zaczyna się wahać. Gdzie jest realny świat, a gdzie fantazja? Jaki będzie finał tej opowieści? Tego Wam zdradzić nie mogę, aczkolwiek będziecie trochę zaskoczeni.

"Eternal Sonata" jest liniowym RPG, który powstał jako time exclusive dla konsoli Xbox 360. W czasie gdy piszę te słowa, tytuł jest już dostępny także dla graczy posiadających Playstation 3. Jeżeli chodzi o różnice, jest ich kilka - w wersji PS3 zaimplementowano dwie nowe postacie grywalne - są to Crescendo i Serenade, którzy we wcześniejszej wersji byli bohaterami niezależnymi. Dodano także kilka nowych poziomów (gra w wersji Xboxowej jest niezmiernie krótka). Dla łowców osiągnięć - niestety, w wersji PS3 nie znajdziecie zaimplementowanego systemu trofeów, są natomiast achievementy w wersji xbox 360.

Gra, sama w sobie jest dość niezwykła - wszelkie imiona, nazwy miast, a nawet broni, czy też naszych wrogów - mają związek z muzyką. Wystarczy popatrzeć na imiona kilku z bohaterów - Beat, Polka, Jazz, tudzież nazewnictwo miast - Ritardando, Baroque. Jako ciekawostkę podam, że nazwy poszczególnych rozdziałów gry twórcy zaczerpnęli z dzieł Szopena (przykładowo chapter 2 "Revolution" pochodzi od Etiudy Rewolucyjnej). Na plus tej pozycji zaliczam umiejętnie wplecione informacje z życia naszego kompozytora - w trakcie rozgrywki będziemy mieli okazję dowiedzieć się dlaczego Fryderyk emigrował z rodzinnego kraju i jakie emocje nim targały. Wszystko to okraszone pięknymi zdjęciami Warszawy oraz krajobrazów różnych zakątków Polski . Niejednemu rodakowi łezka się w oku zakręci, gdy zobaczy obrazy przedstawiające nasze rodzime strony, które zobaczą też miliony graczy na całym świecie, a wszystko to dzięki twórcom gry, z jakże odległej przecież - Japonii.

Słów kilka o systemie rozgrywki. Eternal Sonata jest liniowym (aż do bólu) jRPG z dosyć ciekawie zmodyfikowanym schematem walki. Początkowo gra wydaje nam się przesadnie prosta i banalna, jednak w miarę upływu czasu (i wzrostu doświadczenia bohaterów) twórcy gry zaserwowali nam pewną niespodziankę. Chodzi mi mianowicie o tak zwane "party level". Parametr ten podnosi się z czasem, co owocuje różnymi bonusami, ale i nie tylko. W dalszym etapie, gra zaczyna wymagać od nas większego refleksu i skupienia. Pojawiają się echo chains (rewelacyjny patent), skracany jest czas na podjęcie ruchu podczas walki... Dzięki takiemu zabiegowi gra staje się ciekawsza. Jeszcze kilka słów o tajemniczych echo chains - po uzyskaniu odpowiedniego poziomu drużyny (a nie pojedynczego bohatera) na ekranie telewizora możemy zauważyć kolorowe gwiazdki po każdym uderzeniu. Im więcej uderzeń, tym mocniejsze echo. Maksymalna wartość to 32 echo chains i powiem Wam, że często jest tak, iż warto poczekać chwilę by zgromadzić sobie tą wartość - po jej uzyskaniu drastycznie wzrasta siła uderzenia naszego bohatera, w szczególności jego ataków specjalnych. Ataki te, od momentu uzyskania wartości echa "24" możemy łączyć z pozostałymi postaciami, uzyskując w ten sposób efektowne (a zarazem efektywne) comba. Wraz z wyuczonymi kontratakami będzie to zasadnicza siła naszej grupy.

Innym ciekawym patentem, jest transformacja przeciwników, w zależności od oświetlenia panującego na polu walki. W zależności od tego, możemy walczyć z relatywnie słabym przeciwnikiem, tak, by po chwili zmienił się w sprawiające nie lada problem, monstrum. Od oświetlenia będzie zależała jeszcze jedna ważna kwestia - mianowicie rodzaj ataku, który nasz bohater wykona. Wszelkie ruchy mają swoje odpowiedniki jako "dark" oraz "light", o czym trzeba będzie pamiętać w trakcie walki przez cały czas (szczególnie, jeżeli będziemy chcieli się uleczać).

W tym momencie należałoby wspomnieć o grafice. Tutaj zapewne będzie ona punktem spornym. Gra jest bardzo kolorowa, momentami chyba nawet za bardzo. Nasuwa to skojarzenia, iż jest to pozycja dedykowana dla najmłodszego pokolenia graczy, co jest oczywistym błędem. Postacie oraz lokacje są przepiękne i nie można tutaj twórcom zbyt wiele zarzucić. Efekty ataków specjalnych i cutscenek również wyglądają imponująco, a chyba największe wrażenie wywierają umiejętnie wplecione zdjęcia ze świata rzeczywistego Fryderyka. Mimo wszystko wielu graczy będzie uważało, że programiści powinni postawić na "poważniejszą" grafikę - osobiście, owa "cukierkowość" nie przeszkadzała mi w trakcie zabawy.

Muzyka w grze. Cóż... tutaj, nawet najwięksi malkontenci powinni być zadowoleni. No bo jakże krytykować nazwiska, które pojawiają się w tej produkcji? Za ścieżkę dźwiękową i aranżacje utworów odpowiedzialny jest Motoi Sakuraba - ikona serii, takich jak Star Ocean i Valkyrie Profile. W grze usłyszymy najsłynniejsze kompozycje Fryderyka Szopena, które wykonuje inny, sławny pianista - Stanisław Bunin. Te trzy nazwiska mówią chyba same za siebie. Sakuraba podołał zadaniu i stworzył niesamowitą ucztę dla uszu, mieszając klasyczne kompozycje z własnymi pomysłami. Soundtrack w "Eternal Sonata" zasługuje na najwyższą notę - brawa dla Japończyków.

Pora na podsumowanie. Eternal Sonata, jest pozycją wyjątkową i myślę, że powinien sięgnąć po nią każdy polski gracz, lubujący się w jRPG, posiadający konsolę najnowszej generacji. Polskie akcenty są tu wszechobecne (chociażby atak specjalny Fryderyka, nazwany... "Orzeł Biały"). Dla wielu będzie to też lekcja historii - podczas przerywników możemy dowiedzieć się naprawdę wielu faktów z życia Szopena i sytuacji Polski w XIX wieku. To do czego można się przyczepić, to długość gry. Za pierwszym razem wydłużają go przerywniki z informacjami, niestety, przechodząc grę po raz kolejny, omijając wszelkiego rodzaju wstawki - możemy zauważyć, iż czas spędzony przy tej pozycji jest relatywnie krótki. Reasumując - jeżeli nie zraża Was cukierkowa grafika i liniowość - sięgajcie po ten tytuł, bo... po prostu warto. Tym bardziej, że możemy udowodnić po raz kolejny, iż gry mogą nie tylko przynosić frajdę, ale też uczyć. W tym wypadku - oprócz języka angielskiego - również historii.

Plusy:

+ ciekawe podejście do fabuły
+ gra z wieloma polskimi akcentami
+ epicka muzyka

Minusy:

- stosunkowo krótki czas zabawy
- dla wyjadaczy jrpgowych może okazać się zbyt łatwa

"First he takes your coin...then he takes your school...then he takes your heart...
and now he takes your tears" - Sen no Kiseki


Sora no Kiseki 2nd chapter

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/11/27 18:07 #10873 przez sarenka
Użytkownik sarenka odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Star Ocean: Till the End of Time
Wydawca: Enix
Data: 27.02.2003 (pierwsza edycja) / 01.10.2004 (europejska edycja rozszerzona "Director's Cut")
Gatunek: action RPG
Platforma: Playstation 2




Każdy z Was zapewne wie, że ciężko jest recenzować grę, którą się kocha oraz jak trudno jest opanować emocje towarzyszące opisywaniu takiej pozycji. Przyszedł w końcu czas i na mnie; taką właśnie grą, jest dla mnie Star Ocean: Till the End of Time. Długo odwlekałem jej recenzję, aż w końcu postanowiłem powiedzieć emocjom "stop" i napisać o niej kilka słów. Jest to trzecia cześć serii, która liczy sobie pięć głównych odsłon na chwilę obecną. Grę wydano jeszcze w 2003 roku, w Kraju Kwitnącej Wiśni , gdzie została bardzo ciepło przyjęta. Niestety - kiepski marketing w Europie sprawił, iż nie zyskała ona zbyt wielkiej popularności na Starym Kontynencie. Wielka to szkoda, gdyż po ten tytuł powinien sięgnąć każdy, kto ceni sobie jRPG w najlepszym wydaniu. Co oferuje nam trzecia część gwioezdnej wędrówki? Bardzo wiele. Scenarzyści, programiści oraz reżyser tri-Ace naprawdę się postarali, a Square-Enix przygarniając tę, niewielką niegdyś firmę, dobrze wiedział, że pod swoje skrzydła bierze nietuzinkowych ludzi. Tyle tytułem wstępu, czas zabrać się za detale.

Mamy 772 rok czasu gwiezdnego. Federacja Zjednoczonych Planet jest u szczytu potęgi ze swą niezrównaną siłą militarną i wiedzą naukową w całym wszechświecie. Odkryto już 1/3 Drogi Mlecznej, a eksploracja nieznanych zakątków trwa nadal. Pewien niebieskowłosy młodzieniec, Fayt Leingod i jego rodzina akurat wypoczywają na Hyda IV, planecie określanej mianem galaktycznego kurortu. Co dalej?

Grę rozpoczynamy w hotelu, gdzie poznajemy naszego głównego bohatera i jego przyjaciółkę Sophię. Po wyjściu z budynku, mamy możliwość "poszwendania" się po plaży. Wspominam o tym dlatego, ponieważ scenka z dziewczyną w niebieskim bikini (uwaga Sophii, skierowana w stronę Fayta) należy do moich ulubionych, a zarazem jest pierwszą sceną, po której wiedziałem, że warto było wydać pieniądze na ten tytuł. Humor i zachowania bohaterów docenią szczególnie starsi użytkownicy. W SO 3 znajdziemy wiele smaczków, zarówno w dialogach (o których wspomniałem powyżej) jak i w mnogości sub-questów, przewrotnej fabule i ciekawych rozwiązaniach systemowych. Fabuła gry jest rozbudowana i swoim rozmachem przebija według mnie najnowsze wypusty spod szyldu Final Fantasy. Początek rozgrywki jest tak prozaiczny, iż mogę go zdradzić teraz: Fayt po ataku obcych wojsk zostaje oddzielony od najbliższych. Jego celem jest odnalezienie Sophii i ojca. Jednak to, co odkryjecie w trakcie zabawy, nie raz powali Was na kolana. Więcej zdradzić Wam nie mogę, gdyż nie chcę odbierać przyjemności i elementu zaskoczenia, który będzie Wam towarzyszył niejeden raz w tej epickiej zupie sci-fi zmieszanej z fantasy. Pora przejść do...

...systemu rozgrywki. Fani serii Final Fantasy będą zaskoczeni dynamizmem akcji( autentyczny cytat kolegi: "ale to wszystko żywe!!!") Może pora na kilka wyjaśnień: walki odbywają się tu w czasie rzeczywistym, a przeciwników widzimy eksplorując świat: coś co w serii FF wykorzystano dopiero trzy (!) lata po wydaniu TTEOT, w dwunastej odsłonie serii. Sam system walki jest dużo ciekawszy od tego z Fantazji, ponieważ wymaga uwagi i skoncentrowania gracza. Bitwy toczą się bez znanego Wam paska ATB, możecie uciekać, atakować przeciwnika od tyłu - wariacji jest mnóstwo. Co warto dodać ? W Star Ocean można zginąć nie tylko z braku HP, trzeba też uważać na stan MP! Otwiera to nowe możliwości taktyczne na wrogów z dużą żywotnością, a w połączeniu z REWELACYJNYM patentem, jakim jest Item Creation, czyli tworzenie przedmiotów - daje nam multum kombinacji. Wytwarzanie w Star Ocean, jest grą samą w sobie i wymagałoby napisania osobnego elaboratu, ponieważ jest to bardzo czasochłonny i obszerny, a zarazem niezmiernie ważny element serii. Kolejnym znakiem firmowym SO, są tzw. Private Actions, czyli dialogi prowadzone przez nas, mające wpływ na zakończenie gry ( tych jest aż 9!); tylko od Was zależy to, co ujrzycie po pokonaniu finałowego bossa. Następnym punktem - jakże ciekawym - są Battle Trophies. Ttutaj tri-Ace trafiło w dziesiątkę. Odkryliście wszystko w Final Fantasy lub innych RPG? Przed Wami nie lada zadanie - zdobycie 300 Battle Trophies, czyli tytułów za wygrane walki - to wszystko mamy w grze, na kilka lat przed wprowadzeniem systemu trofeów/achievementów w konsolach/PC. Niektóre trofea mogą przyprawić o długotrwałą migrenę, a ich zdobycie sprawia niesamowitą frajdę. Poza tym gra oferuje nam mnóstwo sub-questów i mini gier (z Battle Arena na czele), co wydłuża czas rozgrywki do maksimum.

Graficznie, trzeci Ocean wygląda przyzwoicie, choć nie błyszczy w świetle innych produkcji, wydawanych w tym samym czasie. Lokacje tętnią życiem, czary są efektowne, a wstawki AMV imponujące, choć tych - mogłoby być więcej. Jedynie wzornictwo zastosowane przy projektowaniu postaci mogłoby być bardziej dopracowane - wydaje mi się, że z mocy poczciwej czarnuli można było wyciągnąć odrobinę więcej. Na szczęście ten mankament zupełnie nie wpływa na jakość zabawy, biorąc pod uwagę zaangażowanie fabularne gracza. Poza tym, Star Ocean posiada świetną...

...oprawę muzyczną, za którą jest odpowiedzialny nie kto inny, a Motoi Sakuraba. Kimże jest ten człowiek? W Japonii każdy fan RPG zna to nazwisko. Kompozytor, a zarazem muzyk - tworzył ścieżki dźwiękowe w takich produkcjach, jak Golden Sun, serii "Tales of...", czy Valkyrie Profile. Od razu lepiej, nieprawdaż? Muzyka rozbrzmiewająca w świecie TTEOT ma widoczne wpływy rocka progresywnego, co daje niesamowite efekty. Nie można jednoznacznie określić jakiegoś faworyta, każdy tu znajdzie coś dla siebie - a to doniosły, pełen napięcia i grozy, doskonale budujący klimat sci-fi, "Starless Wavelets" , bądź jakże odmienny "Gaiety Company" - utwór zabawny, przenoszący nas żywcem w klimatśredniowiecznych biesiad. O ścieżce dźwiękowej mógłbym pisać wiele; dodam jeszcze jedną, istotną dla każdego gracza informację. Mianowicie motyw bitewny, czyli coś, co towarzyszy nam praktycznie przez cały czas. "Cutting Edge of Notion", bo tak zowie się utwór rozbrzmiewający podczas walk w SO3, jest dynamiczny i kipi wręcz energią - powinien przypaść do gustu każdemu. Jeszcze słowo o voice actingu. Głosy postaci dobrane są idealnie, według mnie jest to jeden z mocnych punktów gry, który intensywnie wzmaga przeżycia związane z odkrywaniem fabuły. Poniżej prezentuję kilka utworów z gry - uważam, że Motoi Sakuraba stworzył w tej części swoje najpiękniejsze dzieło...jest to najbardziej eklektyczna ścieżka dźwiękowa w grach wideo, jakiej doświadczyłem.








Reasumując, Star Ocean: Till the End of Time, jest produktem nad wyraz godnym polecenia. Jeżeli do tej pory nie mieliście okazji zanurzyć się w galaktycznym oceanie przygód, nie zwlekajcie - ta gra naprawdę wciąga. Całość przesycona jest masą dodatkowych questów i zadań; jeżeli lubicie wielkie wyzwania (a wierzcie, niektóre trofea są nie lada problemem, nawet dla starych wyjadaczy), ekscytującą fabułę i dynamiczne walki - nie zawiedziecie się. Obok serii, takich jak Final Fantasy,Chrono, Xenosaga - Star Ocean jest marką gier RPG, która tworzy swoją własną, mistyczną otoczkę. Till the End of Time zaś, jest najbardziej rozbudowaną częścią; detale uwidaczniające się w trakcie rozgrywki wprowadzą Was w zdumienie (chociażby wbudowana, szczegółowa encyklopedia). Jest to jeden z najlepszych jRPG, jakie wyszły na drugie playstation.

Plusy:

+ fabuła, fabuła i jeszcze raz FABUŁA!
+ wspaniała muzyka
+ dynamiczne walki
+ tworzenie przedmiotów
+ gra rozbudowana do granic możliwości

Minusy:

- modele postaci
- przydałby się porządny remaster HD

"First he takes your coin...then he takes your school...then he takes your heart...
and now he takes your tears" - Sen no Kiseki


Sora no Kiseki 2nd chapter

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/11/28 13:46 - 2016/11/28 13:54 #10874 przez sarenka
Użytkownik sarenka odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: God Eater: Resurrection (oryg. God Eater: Burst)
Wydawca: Namco Bandai Games
Data: 28.10.2010 (JP Burst <PSP>) / 30.08.2016 (EU Resurrection <PS4,PC,PS Vita>)
Gatunek: action RPG
Platforma: Playstation Portable (Burst), Playstation 4, Playstation Vita, PC (Resurrection)



God Eater - czyli jak sceptyk, stał się fanem.



Przyznam się bez bicia, że romans z serią odwlekałem kilka lat - składał się na to szereg czynników, na czele z przeświadczeniem, że to taki ubogi krewny Monster Huntera. Monster Huntera bardzo lubiłem, aczkolwiek brakowało mi w nim ciekawego rysu fabularnego, oraz głębi charakterologicznej postaci. Myślałem sobie - na co mi kolejna gra polegająca na bezmyślnym zabijaniu potworów; nic bardziej mylnego - God Eater owszem, to właśnie jedno wielkie polowanie, ale tutaj twórcy dodali nam wątki fabularne, wplecione pomiędzy ociekające krwią i osoczem misje. Nie jest to co prawda fabuła godna Oscara, ale wciągnęła mnie jako gracza na tyle, że w połowie przygody zdążyłem się już mocno zżyć z niektórymi bohaterami.

Przejdźmy może do naszego bohatera, w którego się wcielamy - jesteśmy młodym protagonistą, który wraz z towarzyszem broni, Kotą, zostaje wcielony i "ochrzczony", jako God Eater, nowego typu, z którym ludzkość wiąże wielkie nadzieje. Słowem wyjaśnienia - naszego protagonistę tworzymy sami (jak w Skyrimie, czy Xenoblade X), nadając mu płeć, imię, cechy oraz głos, wedle naszego uznania. Głos naszej postaci często słyszymy w walkach, niestety - z racji modelu tworzenia postaci, nie jest ona zbytnio rozmowna w warstwie fabularnej i tutaj zmuszeni jesteśmy wysilić nasze szare komórki na immersję płynącą z tekstu czytanego. Nie jest to dla mnie wielkim problemem, gdyż wiele tego typu gier przerabiałem - na szczęście, postacie fabularne są dużo bardziej rozmowne.

Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości (pierwsze lata siedemdziesiąte drugiego millenium), w której ludzkość stoi na krawędzi zagłady. W ciągu jednego dwudziestolecia, istoty zwane Aragami dosłownie pożarły ludzkość. Istoty posiadające zdolność mutowania i łączenia komórek dosłownie z wszystkim - materią ożywioną, jak i nieożywioną. Z takim przeciwnikiem walczy się trudno, stąd powstała światowa organizacja Fenrir, zajmująca się zwalczaniem zainstniałego zagrożenia. My natomiast, trafiamy do jej oddziału na Dalekim Wschodzie,a konkretniej, do Japonii. Dość szybko poznajemy kolejnych towarzyszy broni, a fabuła nabiera kolorytu po dołączeniu trzeciego God Eatera z Rosji, Alisy. Co dzieje się dalej? Fabuły zdradzał nie będę, jedynie napiszę, że pomiędzy toną misji rzeźniczych dowiemy się sporo o samej organizacji, Aragami i ich ewolucji, jak i o samych bohaterach. Tego właśnie brakowało mi w Monster Hunterach - pogoni za ciekawą historią. Owszem, możemy ją zignorować, chociażby nie dbając o relacje pomiędzy bohaterami (ignorowanie zadań specjalnych, gdzie idziemy na misję z wybraną osobą) bądź ignorując daną postać przy wybieraniu bonusów po walce. Poza główną historią, mamy kilka dodatków - na przykład rozbudowany wątek fabularny, związany z Arius Nova, zakładka Predator Packs z wymagającymi misjami; Predator Style, to ukłon w stronę następczyni Resurrection, God Eater 2: Rage Burst. Został on dodany do remastera części pierwszej i teraz również tutaj możemy rozkoszować się do woli różnymi stylami pożerania naszych Aragami.

Kilka słów na temat grafiki. Omawiając God Eater: Resurrection, należy mieć na względzie prosty fakt, że gra, na której bazowano, jest datowana na październik 2010 i pochodzi z platformy wręcz muzealnej, jaką jest dzisiaj PSP. Tutaj brawa dla Namco, które nie zawsze spisuje się na medal przy pecetowych portach. Trzeba przyznać, że tym razem stanęli na wysokości zadania i konwersja pierwszego God Eatera na pecety wyszła nad wyraz przyzwoicie. Mamy wiele funkcji, których na próżno szukać w niektórych wielkich produkcjach konsolowych, przenoszonych na komputery. Co więc dostaje gracz, wybierający platformę Gabena? Ano możliwośćgiercowania w rozdzielczości 3440:1440, 60FPS, możliwość dopasowania jakości tekstur, cieni...nawet filtrowanie anizotropowe można znaleźć, efekty cząsteczkowe i możliwość skorzystania z VSync. Na swoim przykładzie powiem, że czuję się tymi opcjami usatysfakcjonowany i nie spodziewałem się większości z nich w tym tytule. Sama gra wygląda bardzo dobrze (przy wszystkich opcjach na max) i nie jest zbytnio wymagająca, jeśli chodzi o profile sprzętowe. Przy tym wydaniu, użyto silnika z GE2, adaptując go do drugiego wydania God Eatera (God Eater Burst). Jednym zdaniem odpowiem tym, którzy krzywią się na ten aspekt - weźcie jakąkolwiek grę z malutkiego ekranu PSP i przenieście ją na 34calowy monitor z rozdzielczością 1440p i zobaczcie, co Wam wyjdzie. Jestem pełen podziwu dla końcowego efektu i tego, co wyciśnięto z pierwszego God Eatera przy tworzeniu tej definitywnej wersji.

Muzyka. Cóż. To Go Shiina. Dziękuję. Do widzenia.

Tak poważnie - ten człowiek to geniusz i amatorzy gier japońskich znają jego orkiestrowe brzmienia, które gęsto mieszają się z rockowymi nutami w jednych, a jazzowymi w innych kawałkach. Człowiek, który komponował, chociażby do ostatniego Talesa, czyli Tales of Zestiria, do dawnego hitu na PSX - Klonoa, słychać go też w Tekkenach, Idolmasterze i wielu innych produkcjach. Wysoka, jeśli nie najwyższa półka, jeśli chodzi o komponowanie muzyki do gier w Japonii. Poniżej, zaprezentuję kilka próbek, zarówno z pierwszej, jak i drugiej części God Eatera. Miód na uszy, można zakładać słuchawki i rozpływać się w brzmieniach.



Panie, czy warto?

Odpowiem tak:

Jeśli lubicie ubijać różnorakie potwory w rytm zagrzewającej do boju muzyki, lubicie mocno wyeksponowane tworzenie i modyfikowanie przedmiotów (tak, można sobie modyfikować bronie, zbroje, ubrania, a nawet...kule do broni palnej)...jeśli szukacie całkiem ciekawie napisanej historii oraz sporej ilości wyzwań - sięgajcie po ten tytuł. Ba, w wersji PC, jest on dodawany za darmo, jako dodatek do drugiego God Eatera, co w połączeniu z obecną promocją (50% zniżki) daje Wam naprawdę wysoki wskaźnik zabawy w stosunku do relatywnie niewielkiej ilości pieniędzy, wydanych na dwie gry. Wspomniałem też o opcji online? Nie wspomniałem, bo osobiście - nie tykam się grania w tym trybie, w jakiekolwiek gry, ale chciałem nadmienić, że jest ta opcja zaimplementowana, zarówno w pierszej części God Eatera, którą recenzuję, jak i w drugiej.

Do boju God Eaterzy, ramię w ramię idźmy na Arius Novę!

Plusy:

+ Go Shiina odpowiedzialny za muzykę
+ kilkadziesiąt godzin radosnego młócenia i pożerania
+ warstwa fabularna
+ cyberpunkowy klimat
+ dobrze wykonany port pc
+ definitywna wersja, posiadająca wszystko, co poprzednia, wzbogacona o nowe tryby, misje i silnik graficzny
+ gra jest dodawana ZA DARMO, dla kupujących God Eater 2: Rage Burst

Minusy:

- brak japońskiego VA
- niektóre misje dają mocno w kość

Screeny z gry:














"First he takes your coin...then he takes your school...then he takes your heart...
and now he takes your tears" - Sen no Kiseki


Sora no Kiseki 2nd chapter
Ostatnia edycja: 2016/11/28 13:54 przez sarenka.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/11/29 19:05 #10875 przez sarenka
Użytkownik sarenka odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: Star Ocean: The Last Hope
Wydawca: Square Enix
Data: 05.06.2009 (EU Xbox360) / 12.02.2010 (Star Ocean: The Last Hope ~International~ EU PS3)
Gatunek: action RPG
Platforma: Xbox360 (3xDVD) / Playstation 3 (wersja ~International~)



Star Ocean to seria,która ma w konsolowym światku sporą rzeszę fanów.Ponad milion sprzedanych kopii poprzednika (Till The End Of Time) może i nie jest porównywalny z serią Final Fantasy,aczkolwiek budzi respekt.Tym bardziej,iż nie jest to tytuł mainstreamowy. Wróćmy do wspomnianego na początku "The Last Hope",który pojawił się na europejskich półkach sklepowych w 2009 (xbox360) oraz 2010 (PS3). Jak powszechnie wiadomo,gra była time exclusivem dla konsoli Xbox360 i składają się na nią 3 płyty DVD wypełnione po brzegi arcydziełem tri-Ace (niegdyś małej firmy,dzisiaj to część składowa wielkiej korporacji Square-Enix).W Wielkiej Brytanii od momentu ukazania się,gra była dystrybuowana z posterem formatu A4 i kartonową mini-teczką z logo owej gry.

Jakie są pierwsze wrażenia po włożeniu płyty do konsoli?Bardzo pozytywne-gra przenosi nas do początków serii,gdzie Ziemia po III wojnie światowej zaczyna zwracać swe oczy ku niebu. Pewien konstruktor dokonuje w końcu przełomowego osiągnięcia,mianowicie światło dzienne ujrzy pierwszy w historii napęd warp. Rozpoczyna się nowa era - rok gwiezdny 1.Czas zacząć wędrówkę...więcej fabuły nie zdradzę,by nie psuć zabawy.Podałem tylko tyle, ile dowiadujemy się na początku naszych wojaży. Co się od razu rzuca w oczy - to silne nawiązanie do serii Star Trek,czego zresztą twórcy nigdy nie kryli.Ciekawostką jest,iż wraz z premierą tej odsłony Star Ocean, na ekrany kin wszedł prequel tegoż właśnie filmu,który również opowiada o początkach eksploracji kosmosu...niemniej,miło było po kilku tygodniach od premiery kinowej zagrać w grę,która po części będzie nam przypominała obraz J.J.Abramsa.

Przejdę może do tego,co istotne - system gry.Twórcy zaserwowali nam tutaj trochę zmodyfikowaną wersję tego,co mieliśmy wcześniej,czyli walki nie są losowe,w ich trakcie tradycyjnie możemy robić praktycznie wszystko (doszły...skoki przez przeciwnika!).Podczas walk (bo to przecież one są chlebem powszednim w grach jRPG) mamy możność sterowania czterema postaciami,pomiędzy którymi możemy się przełączać w dowolnej chwili,jest też możliwość łączenia ciosów w potężne comba (magia+ataki fizyczne).Jest też pasek bonus board,który będzie miał istotne znaczenie dla tych,którzy levelują postacie.Ogólnie rzecz biorąc,twórcy zaimplementowali rozwiązania sprawdzone we wcześniejszych częściach,z nieznacznymi modyfikacjami.

Item Creation - czyli lwia część czasu,którą poświęcamy by stworzyć sobie,tudzież na zamówienie jakiejś postaci, różnorakich przedmiotów od sushi,poprzez magiczne eliksiry,a na ciężkich zbrojach płytowych kończąc.Tutaj mamy sporo zmian w stosunku do części trzeciej i póki co,uważam te zmiany za pozytywne.Panel IC znajduje się w statku kosmicznym. Przedmioty najpierw wymyślamy (potrzebne Skill points) później wytwarzamy.Żeby nie było zbyt łatwo-połączone jest to z umiejętnościami danych postaci (Cooking,Alchemy,Smithery, na przykład) a konkretniej z poziomem tychże.System ten sprawdza się znakomicie i wprowadza powiew świeżości do jakże monotonnego niegdyś patentu tworzenia przedmiotów.Naturalnie wszystko nadzoruje Welch,znana nam dobrze z poprzedniej części gry.

Grafika: W grze jest bardzo ładna,twórcy posłużyli się silnikiem graficznym znanym nam z "Infinite Undiscovery".Niestety ma to swoje minusy,gra potrafi momentami brzydko "haczyć",na szczęście nie zdarza się to zbyt często i nie jest uciążliwe dla gracza.Lokacje są prześliczne,położono też większy nacisk na jakość wykonania samych postaci.Animacje i cut-scenki również są na poziomie,co prawda nie ma ich zbyt wiele - ale cieszą oko.

Muzyka: Tu należą się pokłony panu Motoi Sakurabie.Stworzył arcydzieło - zresztą od jakiegoś już czasu widać,że ten człowiek ma formę zwyżkową (Valkyrie Profile 2, Tales of Vesperia, Eternal Sonata) i każde kolejne kompozycje są coraz lepsze. Soundtrack w "The Last Hope" uważam za jedną z najmocniejszych stron tej pozycji.Wszystkie utwory są stworzone z epickim rozmachem i są balsamem dla ucha. Do tej pory kompozycje do TTEOT miałem za genialne.The Last Hope zdołał je przewyższyć.Muzyka z gry zajmuje pełne 3 krążki CD,a dodatkowo można zaopatrzyć się w album "The Last Hope:Arrange soundtrack" gdzie Sakuraba wybrane utwory zaaranżował na nowo.

Teraz o najsłabszej części SO:TLH - voice acting,którego obawiałem się najbardziej i który moją końcową ocenę obniżył.Głosy postaci dobrane są w dużej mierze fatalnie,co mogę pokazać na przykładzie panny Welch z Item Creation.Kto grał w poprzednią część Star Ocean zdziwiłby się słysząc piskliwy głosik tej postaci.W przeciągu kilku lat nastąpiła jakaś metamorfoza strun głosowych?Jest źle,a nawet bardzo źle.Wszelkie cut-scenki z tą jakże przecież sympatyczną panienką,staram się jak najdyskretniej omijać...niestety.Żałuję,iż twórcy nie dali graczom xboxowym możliwości wyboru japońskiego voice-actingu,który brzmi o niebo lepiej ("bo gorzej to już się chyba nie da psze pana...").Podsumuję ten aspekt Last Hope minutą ciszy-to najwybitniej uwydatni blamaż aktorów podkładających głosy naszym postaciom. Wersja PS3, oznaczona jako "International", posiada dual audio i możliwe jest przełączanie się pomiędzy głosami japońskimi i angielskimi. Z tego też powodu, to tę wersję gry polecam do zabawy.

Co jeszcze oferuje nam nowy Star Ocean?Mnogość sub-questów i dodatków.Są zaimplementowane achievementy, są też dobrze znane battle trophies - i tutaj mała uwaga.W poprzedniczce BT było równo 300.Tutaj jest 100,ale...te 100 trofeów przypada na każdego bohatera z osobna!Jako,że mamy 9 postaci grywalnych,daje nam to aż 900 battle trophies do zdobycia!!! Długa droga dla fanatyków rozgryzających gry w 100%. Mamy też znane Bunny Races,tym razem rozbudowane,pierwsze co rzuca się w oczy,to podobieństwo do wyścigów...chocobo z Final Fantasy VII (tak,tym razem karmimy nasze króliki,zwiększając parametry Speed,Stamina itp.) i wiele,wiele innych dodatków,które wydłużą nam czas gry niesamowicie.

Reasumując - czwarta część gwiezdnej wędrówki udała się nad wyraz dobrze.Wiele osób uważało,że przeniesienie serii na platformę Microsoftu będzie miało fatalne skutki-mogę już śmiało stwierdzić,że tak nie jest.Gra jest dopracowana (co rzadko się zdarzało, spoglądając na Last Remnant, by daleko nie patrzeć) okraszona przepiękną muzyką i bardzo,bardzo rozbudowana.Questy dodatkowe wciągają i momentami człowiek zapomina o głównym wątku fabularnym,na przykład, szukając po całej planecie jakiejś specyficznej rośliny.Dla fanów serii - tytuł "must have",dla fanów serii Star Trek lubiących jRPG tym bardziej (ileż to zbieżnych punktów mają w sobie te dwie serie...)

"First he takes your coin...then he takes your school...then he takes your heart...
and now he takes your tears" - Sen no Kiseki


Sora no Kiseki 2nd chapter

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2016/11/30 19:33 #10876 przez sarenka
Użytkownik sarenka odpisał na temat: Poleć Grę
Tytuł: The Gate of Firmament
Wydawca: Softstar Entertainment
Data: 25.02.2016
Gatunek: RPG
Platforma: PC (Steam), Playstation 4 & Xbox One (w przygotowaniu)

Chińska mitologia, osadzona w świecie RPG



Na początek, może trochę historii, gdyż wielu znajomych pytało mnie "co to za gra, w którą właśnie grasz". Pytania te nie biorą się z ignorancji graczy, tylko z prostego faktu, iż to pierwsza gra z długiej i bogatej serii, którą przetłumaczono na język angielski. O samym tłumaczeniu opowiem trochę później - na początek kilka informacji o sadze Xuan-Yuan Sword.
Seria jest podzielona na trzy odnogi - dosyć podobnie, jak w japońskich Tales of... gdzie mamy "mothership titles" oraz "spin off titles". Tutaj mamy podział na serię główną: Xuan-Yuan Sword, serię z historiami pobocznymi "Waizhuan" Xuan-Yuan Sword: Legend, do której należy recenzowana gra, oraz serię spin offów, do których należą przede wszystkim różnorakie karcianki, a także gry online.
Historia Xuan-Yuan Sword jest długa i sięga początków lat 90tych, kiedy to światło dzienne ujrzała pierwsza odsłona głównej serii. Od tego momentu, regularnie kontynuowana - do 2016 roku biblioteka liczy łącznie ponad 20 tytułów! Jest ona często porównywana z japońską serią Dragon Quest, ze względu na stosunkowo proste mechanizmy w walkach. Historie, opowiadane w tej sadze opierają się bardzo głęboko w chińskiej mitologii i znajdziemy tutaj bardzo wiele bezpośrednich odniesień do mitologicznych bóstw oraz chińskiej dynastii królewskiej. Jest to o tyle ciekawy fakt, iż w przeciwieństwie do japońskich RPG, gdzie z reguły mitologia tylko ociera się o grę, np. poprzez nazwanie jakiegoś summona - tutaj zostajemy wciągnięci w starożytną historię Chin bezpośrednio. By uzmysłowić ten fakt, jednocześnie nie ujawniając zbyt wiele informacji fabularnych napiszę tylko, że w drużynie pojawia się prawdziwa (z historycznego punktu widzenia) księżniczka Mu Xin, za życia znana jako Lady Hao. W trakcie naszej wędrówki jesteśmy zarzucani wręcz informacjami z chińskiej mitologii, gdzie dowiadujemy się o istnieniu Fu Xi oraz jego siostrze, bogini Nüwa. Historyjka zaczyna się niepozornie, kiedy to nasz główny bohater, dziarski młodzieniec Sikong Yu, wyrusza na pomoc uprowadzonej z wioski osobie. Na miejscu sprawy trochę się komplikują i zostaje on wciągnięty w przygodę o dużo większej skali, niż otoczenie jego wędrownej wioski Youxiong. Tyle słowem fabuły i historii serii - o zamkniętych wrotach, oddzielających świat śmiertelników, od świata istot wyższych dowiecie się sami. Przejdźmy do technikaliów.
Xuan-Yuan Sword Legend: The Gate of Heaven (zmienione w tłumaczeniu na The Gate of Firmament), posiada fantastyczny soundtrack - absolutne arcydzieło, wprowadzające oryginalny klimat do gry. Jest to najmocniejszy punkt tej produkcji (zaraz obok mitologicznych smaczków fabularnych) - od razu można rozpoznać chińskie brzmienia, już w liniach melodycznych, bez zwracania uwagi na język w utworach wokalnych. Poniżej zaprezentuję kilka próbek.







Muzyka w grze praktycznie nie ma słabych punktów i świetnie komponuje się z chińskim voice actingiem. Tak, nie mamy tutaj angielskiego do wyboru, jedynie napisy. Moim zdaniem nie umniejsza to grze w żaden sposób, gdyż zwykłem grać z oryginalnymi głosami, by zwiększyć immersję podczas zabawy. Zastrzeżenia budzą jedynie niektóre dialogi, których tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia, oraz...kot w wiosce naszego bohatera, który po prostu...szczeka. Błąd, który rozbawia, ale to nadal błąd.
Grafika - nie jest to najmocniejszy punkt tej serii, nawet nie próbujcie porównywać z wysokobudżetowymi produkcjami typu Final Fantasy. Nie ta półka, zarówno jeśli chodzi o budżet przeznaczony na grę, jak i cenę finalnego produktu. Nie ma tutaj jakichś wodotrysków, a wygląd przypomina produkcje rodem z Playstation 3. Dla mnie nie jest to problemem, ponieważ grafika w grach skupiających się na fabule jest sprawą drugorzędną - ale dla graczy szukających czegoś pokroju Wiedźmina 3 z ubersamplingiem, będzie to nie do przyjęcia. Maksymalna rozdzielczość obsługiwana przez grę to 1920x1200, przy zdjętym kajdanie na FPS (posiadacze monitorów z wysokim odświeżaniem będą zadowoleni). Opcje graficzne nie są mocno rozbudowane; są te, najbardziej potrzebne: Vsync, Antialiasing,SSAO, regulacja jakości cieni oraz tekstur, jak i dostosowywanie widoczności i detali na ekranie. Podczas rozgrywki używam maksymalnych ustawień i nie zauważyłem spadków wydajności - zarówno podczas walk, jak i na otwartej mapie.
System walk - niestety, nie jest on rozbudowany, bliżej mu tutaj do hack'n'slash niż do porządnego RPG. Pod klawiszami pada mamy dwa rodzaje ataków fizycznych, dwa sloty odpowiedzialne za używanie przedmiotów w trakcie walki (hp,mana) oraz ataki magiczne. Tylko tyle i aż tyle. Na szczęście, wrogów widzimy na mapie i możemy po prostu ich omijać, jeśli potyczki zaczną nas nudzić. Po walkach dostajemy standardowo exp, podnoszący nam poziomy, Bei (waluta w grze) oraz mniej, bądź bardziej przydatne przedmioty.
W grze mamy wbudowaną encyklopedię, która z biegiem czasu odkrywa coraz więcej informacji; od technikaliów naszych broni, poprzez anatomię naszych wrogów, na informacjach o bóstwach kończąc. Bardzo miły dodatek. Do tego dochodzi opcja "History", gdzie możemy znaleźć przebieg naszej dotychczasowej rozgrywki, oraz dowiedzieć się o aktualnym zadaniu, jeśli w sidequestowym pędzie zapomnieliśmy o nim.

Pora na małe podsumowanie:
Xuan-Yuan Sword, to naprawdę ciekawa alternatywa dla miłośników gatunku jRPG. Jeżeli tak jak ja, jesteście fanami tego gatunku, a szukacie powiewu świeżości, trochę innego klimatu - to pozycja w sam raz. Dodając do tego fakt, iż twórcy garściami czerpali z bogatej mitologii starożytnych Chin, otrzymujemy interesującą mieszankę. Za cenę, która jest naprawdę niewygórowana - wstyd nie mieć tego tytułu w swojej kolekcji. Trzymam kciuki za kolejne lokalizacje.

"First he takes your coin...then he takes your school...then he takes your heart...
and now he takes your tears" - Sen no Kiseki


Sora no Kiseki 2nd chapter

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Donacja Discord

Kto jest online

Odwiedza nas 108 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • Ankh za 2 dni awansuje na nowy poziom! (30)
  • dworkop za 3 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • nka0 za 7 dni awansuje na nowy poziom! (28)
  • destroytheardor za 9 dni awansuje na nowy poziom! (33)
  • shizonek za 9 dni awansuje na nowy poziom! (43)