Forum

L'Cie (Final Fantasy XIII fanfiction)

Więcej
2013/04/08 11:43 - 2013/04/08 12:09 #9637 przez Lacus Clyne
Tytuł: L'Cie
Gatunek: przygodowy, fantasy, romans
Status: Zakończone
Opis: Krótki prequel do Final Fantasy XIII. Pierwsze spotkanie Fang i Vanille oraz okoliczności ich przemiany w l'Cie.
Ostrzeżenie! Fanfik opisuje miłość dwóch kobiet. Jeśli nie lubisz, nie czytaj.


L’Cie

Część 1/2 - Long Road Home


Istnieją spotkania, które potrafią zmienić człowieka i jego życie. My, poznałyśmy się w czasach, których zapewne nie pamięta większość żyjących obecnie ludzi. Czasach, gdy Gran Pulse był potęgą, a Cocoon faktycznie miał się czego obawiać z naszej strony. Byliśmy nieco dziką cywilizacją o głębokich tradycjach plemiennych, których nie zdołał wyplenić postęp technologiczny. Żyliśmy według starego rytmu. W naszym świecie wciąż należało udowadniać własną przydatność i waleczność. Na tej podstawie ustalono pozycje w klanach.
I właśnie w takim świecie przydarzyło mi się niezwykłe spotkanie. Byłam tchórzliwym dzieciakiem i tak zwanym „magnesem na kłopoty” jak zwykł mawiać mój ojciec. Jeśli ktoś chciał mieć przerąbane, trzymał się ze mną. Pod tym względem można było na mnie liczyć. Nigdy nie sądziłam, że ja, właśnie ja, tak szybko opuszczę Oerbę by powrócić po kilku stuleciach gdy już nie zostanie tam nic poza krystalicznym pyłem...
Oto historia spotkania, które na zawsze zmieniło moje życie w każdym jego aspekcie.
Oto moja historia.

Oerba Dia Vanille



- Vanille!
Wołanie wdarło się do jej głowy, ale nie otworzyła oczu. Uśmiechnęła się do siebie pod nosem i jeszcze wygodniej rozłożyła na podłodze. Bhakti, mały domowy robocik, klekotał obok próbując zwrócić na siebie uwagę.
- Vanille!! – wołanie nie ustało, a wręcz nasiliło się.
Podejrzewała o co może chodzić. Zawsze było coś do zrobienia. Starszyzna zbierała się na obrady, a młodzież musiała się zająć robotą. Ziewnęła.
- Nie jestem zainteresowana! – prychnęła na wpół otwierający powieki.
Ktoś chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
- Kłopoty!!!
- Co...? Że... jak?
- Kłopoty!
- Kto ma kłopoty?
- Ty!
Z determinacją otworzyła szeroko oczy. Nad nią stała Rubi z dwoma ze swoich sześciu braci. Ciężko było nazwać je najlepszymi przyjaciółkami, ale Rubi była rówieśnicą Vanille. Obie straciły rodziców we wciąż toczonych walkach przeciwko Cocoon. Wbrew przewidywaniom wojna nie zmierzała do rychłego końca. Trzymały się razem z prostej przyczyny: bo nie było nikogo innego. A bycie samotną w czasach kiedy każdy następny dzień nie był pewnym stanowiło dla Vanille wyzwanie nie do zniesienia. Niedawno skończyła ledwie18 lat, a dodatkowo od zawsze była tchórzem. Musiała, po prostu musiała się do kogoś doczepić.
Rubi przewróciła oczami. Były duże, w kolorze delikatnego błękitu jak niebo nad Gran Pulse w spokojny, słoneczny dzień.
- Ej, tylko nie odlatuj! Tym razem cię załatwili...
- Nie odlatuję! – speszyła się Vanille. – Nadal nie wiem o co ci chodzi.
Uśmiechnęła się przymilnie, jakby to miało przekonać Rubi do nadstawienia dla niej karku. Nie pierwszy z resztą raz.
- Starszyzna cię wybrała. Wiesz, że teraz opieka Animy jest nam potrzebna bardziej, niż kiedykolwiek. – jeden z braci Rubi wskazał na Cocoon w górze.
Sztuczny świat stworzony niczym ropiejący wrzód na bezchmurnym niebie. W tej chwili wyglądał spokojnie, wręcz sielankowo, ale wojna trwała w najlepsze. Pesymiści przepowiadali, że tylko dni dzielą ich od chwili, gdy rzeź przeniesie się na powierzchnię Gran Pulse. Dlatego tym gorliwiej prosili o wstawiennictwo fal’Cie nazywanego Animą – pradawną istotę, która posiadała moc zmiany ludzkiego przeznaczenia.
- Nastały ciężkie czasy i musisz pokazać, że się nie boisz.
Vanille wydęła wargi, skupiając wzrok na jeżdżącym obok Bhaktim.
- No więc? Czekamy.
- Niby na co?! – nastroszyła się.
- Jutro skoro świt masz się stawić przy głównej bramie Oerby. Grupa liczy osiem osób. Tylko nie zaśpij. – chłopak pogroził jej palcem. – Jak znów dasz ciała, rada rozważy wyrzucenie cię z wioski.
- Co?!!! – wrzasnęła podrywając się na równe nogi.
Rude włosy niemal stanęły jej dęba.
- I gdzie niby miałabym się udać?!!!
Bracia zarechotali.
- Gran Pulse jest duży. – ten co mówił wcześniej rozłożył ręce. – Udowodnij, że jest z ciebie pożytek, to zostaniesz w Oerbie.
Po tych słowach wyszli, zostawiając oniemiałą Vanille w towarzystwie Rubi.
- Ciężkie życie, co?
- Głupia tradycja!
Vanille podeszła do stołu i usiadła z naburmuszoną miną. Stanowili osadę wojowników w najbardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Żyli w komunach, dzieląc się przestrzenią, jedzeniem, sprzętami domowymi, wychowując wspólnie dzieci. Każdy był odpowiedzialny za drugiego, a jednocześnie każdy musiał umieć zadbać przede wszystkim o samego siebie. Troska o dobrobyt osady należała do fal’Cie Animy. Jedna z tradycji stanowiła, że każdy członek społeczności, przynajmniej raz w życiu, powinien złożyć bóstwu wizytę podczas pełni Księżyca. Kiedy wracał zyskiwał oficjalne uznanie społeczności, a Anima spoglądała na Oerbę jeszcze łaskawiej. Jak nietrudno się domyślić, Vanille z powodzeniem unikała dotąd owego testu na lojalność.
- Lepiej się przygotuj. Poza wioską nie jest bezpiecznie, a tym razem ci nie popuszczą. Przypilnują żebyś poszła.– Rubi stanęła jeszcze w drzwiach i rzuciła:
- Wolałabym spotkać cię żywą za kilka dni. Miej to na uwadze.
Po tych słowach wyszła, wracając do swoich codziennych obowiązków. Vanille zaczęła przygryzać wargi. Tron Animy mieścił się w niewielkiej odległości od Oerby, ale podczas wędrówki coś zawsze mogło pójść nie tak. Nie było dobrze. Przyszłość rysowała się w ciemnych barwach. Nawet przy najostrzejszym gimnastykowaniu wyobraźni, nie potrafiła zobaczyć siebie w jaskini z toną włochatych, gigantycznych pająków, albo walczącą z krwiożerczymi bestiami. Bhakti wydał przeciągły dźwięk jakby i jego wyobraźnia została przegrzana.
- Mam przerąbane, Bhakti... – mruknęła marszcząc brwi.
Na zewnątrz królowało już późne popołudnie. Słońce chyliło się ku zachodowi, a wysokie wiatraki wokół Oerby rzucały długie cienie na spokojną toń wody. Vanille podciągnęła kolana pod brodę. Usta bezwiednie zmieniły kształt w podkówkę. Obiecała jeszcze pomóc w sprzątaniu szkolnych klas, gdzie najmłodsze dzieciaki odbywały lekcje. Zanosiło się na długi wieczór pełen przygotowań do jutrzejszej wędrówki. Wytężyła wzrok, spoglądając przez małe okno. Nie widziała stąd Tronu Animy. Zasłaniało go wysokie wzgórze. Ale był tam, czuła to. Zupełnie niespodziewanie z tyłu otwarły się drzwi, a Vanille tchnęło dziwne przeczucie, że nie powinna jutro wyruszać. Nie było to nic niepodważalnego, ani błyskotliwego. Ot, zwykły tępy strach, który w niej zakiełkowało. Poczuła dreszcz.
- Ej, jak długo zamierzasz tak siedzieć? – jedna ze starszych kobiet z wioski położyła jej rękę na ramieniu. – Idź do klasy.
Znieruchomiała zaniepokojona, widząc przyszarzałą twarz Vanille. Nie często widywała beztroską dziewczynę w takim stanie.
- Wszystko w porządku? Co z tobą?
Vanille otrząsnęła jak z nieprzyjemnego snu.
- Wszystko dobrze. Przepraszam. – zachichotała pod nosem jak to miała w zwyczaju, po czym wstała i wyminąwszy kobietę, tanecznym krokiem wypadła z pokoju.
Bhakti wiernie popędził za nią, niemal gubiąc po drodze wszystkie cztery kółka.

***
Wieczór minął nadspodziewanie szybko, biorąc pod uwagę, że Vanille ani na chwilę nie zmrużyła oka. Częściowo przez zestresowanie wyprawą, a częściową przez dziwne przeczucie, które nie opuszczało jej ani na krok. Zgodnie ze swoim zwyczajem, starała się ukryć dyskomfort całą gamą szerokich uśmiechów i niekoniecznie mądrych uwag. Wbrew temu co można by pomyśleć tchórzyła nie tylko na polu walki. Od codziennych wyzwań też wolała uciekać. Naiwnie wierzyła, że nie mówienie o problemach sprawi, że znikną. Zamiast więc porozmawiać o swoich odczuciach z kimś ze starszyzny zagryzła wargi, przebidowała bezsenną noc, a nad ranem zwlekła się z posłania markotnie jak skazaniec na dwie minuty przed egzekucją.
- Dzień dobry, może trochę więcej radości? – Rubi klepnęła ją mocno w ramię.
Dzieliły jeden dom z jeszcze kilkoma innymi dzieciakami, ale te wstawały zwykle bardzo wcześnie by pomagać dorosłym przy pracy.
- Jestem pełna radości... – mruknęła Vanille.
Rubi zmarszczyła brwi.
- To do ciebie nie podobne.
Pochyliła się nad przyjaciółką.
- Acha! Wiedziałam! Coś cię gryzie i postanowiłaś pozwolić by zeżarło cię od środka.
- Wcale nie!
- Vanille... – pokręciła głową. – Jak długo się znamy?
- Nie tak znowu długo! – rude włosy podskoczyły ze zdenerwowania.
- Wystarczająco, żebym wiedziała kiedy kłamiesz.
Dziewczyna westchnęła jakby rozumiała, że ten przypadek jest beznadziejny.
- Zastanowiłaś się już? – dodała enigmatycznie.
- Nad czym? – Vanille usiadła przed szkatułką z kosmetykami.
W lustrze obadała nieskazitelnie gładką buzię.
- Hann oświadczył ci się dwa tygodnie temu. Pewnie przebiera nogami ze zniecierpliwienia.
- Niech przebiera. To dobre dla zdrowia.
- Hahaha! To znów nie w twoim stylu!
Rubi siadła okrakiem na małym taborecie.
- Nie musisz się mizdrzyć dla fal’Cie.
- Jasne. – odłożyła kosemtyki.
- Chyba, że jest ktoś dla kogo warto...
- Nie ma nikogo takiego.
- Więc? Ty i Hann to byłoby coś ciekawego. – Rubi parsknęła pod nosem. – Twierdzi, że szuka żony twardo stąpającej po ziemi. Co ty na to?
- Nie uważasz, że to durne? – Vanille wstała spoglądając na nią z determinacją. – Oświadczyć się kiedy wojna trwa w najlepsze?
Rubi pokiwała głową z miną mędrca.
- Może to ostatnia szansa...
Zerknęła pytająco.
- Ostatnia szansa, żeby coś po sobie zostawić.
Vanille uniosła ręce bliżej twarzy jakby próbowała odczytać odpowiedź z linii papilarnych.
- Coś po sobie zostawić? – wyraz bólu przeszył jej twarz.
Rubi zagryzła wargi. Powiedziała za dużo. Obie z Vanille straciły rodziców w ten sam sposób. Powinna zachować nieco więcej taktu.
- Przepraszam. – powiedziała cicho. – No dalej, szykuj się do drogi. Mogę tylko spytać jak planujesz odpowiedzieć Hannowi?
- Jasne, że się nie zgodzę.
Rubi skinęła głową.
- Niech Opatrzność czuwa nad pomyleńcem, który się kiedyś z tobą zwiąże! – wywaliła złośliwe język, po czym już jej nie było.
Vanille usłyszała tylko donośne kroki na schodach. Ubrała się szybko, po czym bez zbędnego ociągania ruszyła w stronę bramy Oerby. Z oddali widziała, że ochotnicy już się zbierają. Tylko ona nie zmierzała do Tronu z własnej woli.
- Vanille? Hej, Vanille?
Jakaś postać nieśmiało wysunęła się zza węgła jednego z budynków.
- Hann, cześć. – machnęła ręką.
Chłopak był dwa lata starszy, ale wyglądał na młodszego. Ciemne włosy, brzoskwiniowa cera, orzechowe oczy... nie był taki najgorszy, ale Vanille nie mogła traktować go inaczej jak młodszego brata.
- Uważaj na siebie! – krzyknął w końcu, zaciskając powieki.
Uciekł jeszcze szybciej, niż się pojawił. Vanille podejrzewała, że biegł na oślep. Z tym problemem będzie się musiała rozprawić po powrocie. Członkowie wioskowej rady przywołali ja do siebie.
Orszak do Tronu Animy składał się z czterech delegatów starszyzny, czterech przedstawicieli młodzieży oraz kilku losowo wybranych osobach zaprawionych w przeprawach przez dziksze tereny. Wyruszyli natychmiast. Vanille powitała ów fakt z ulgą. Im szybciej dotrą, tym szybciej wrócą. Szlak prowadził przez malownicze wzgórza wokół Oerby. Ze szczytu można było ocenić jak niewielki teren zajmowała wioska. Vanille zastanawiała się czy przetrwałaby tak długo, gdyby nie opieka potężnego fal’Cie. Słońce powoli wstawało na horyzoncie, wynurzając się z tafli wody. Wiatraki pracowały z pełną mocą. Widok zapierał dech w piersiach, lecz nie było czasu na kontemplację. Ledwie zeszli ze wzgórza, a ich oczom ukazał się Tron Animy. Była to ogromna, dwuramienna budowla, bliżej nieokreślonego pochodzenia. Legenda głosiła, że stworzył ją sam fal’Cie używając najsekretniejszych mocy. Istota ewidentnie oczekiwała mieszkańców Oerby, bo drzwi Tronu otworzyły się, gdy tylko do nich podeszli. W głębi panował mrok. Vanille wiedziała, że do głównej komory prowadzi droga usiana przeróżnymi pułapkami. Dom fal’ Cie bardziej przypominał skomplikowaną maszynę, niż tradycyjną budowlę. Bez ani jednego słowa, która mogłoby ujawnić jej lęk, ruszyła za pochodem. Drzwi natychmiast zamknęły się za nimi. Echo niosło kroki w głąb krętych kondygnacji schodów wypełnionych fluorescencyjnym światłem. Anima rezydowała w samym jądrze konstrukcji. Vanille czuła ciarki na plecach. Jak wszyscy mieszkańcy Gran Pulse, była wdzięczna fal’ Cie za ochronę, ale jednocześnie czuła strach. Człowiek nie mógł się równać ze stworzeniem, które czcił jak bóstwo. W razie konfliktu byli na straconej pozycji. W końcu grupa dotarła do głównych drzwi. Na końcu długiego, ciemniejszego korytarza, czekał fal’Cie. Vanille nie miała nigdy bezpośredniego kontaktu z żadnym z nich. Jedynie z oddali widziała jak czasem szybowali nad powierzchnią Gran Pulse. Ten tutaj, czekał ukryty we wnętrzu komnaty, aż ludzie złożą mu należny pokłon. Jeden z członków starszyzny wystąpił do przodu. Jego usta poruszały się niemrawo, a głos składał sylaby w słowa. Do uszu Vanille dobiegało jednak tylko miarowe buczenie. Wszyscy uklękli jak na komendę. Zadrżała, gdy kolanami dotknęła chłodnej podłogi. Na zewnątrz lato panowało w pełnym rozkwicie, ale we wnętrzu Tronu było chłodno i grobowo. Coś poruszyło się przy końcu komnaty, ale dziewczyna nie śmiała wytężyć wzroku. Wszystko trwało może kilka minut.
- Wracamy. – oznajmił cicho członek rady.
Nie przynieśli żadnych darów, nic co mogłoby ucieszyć fal’Cie, o ile takie stworzenia odczuwały w ogóle radość.
- O co chodzi? – odważyła się szepnąć w stronę niższych rangą towarzyszy.
Tamten pokręcił głową i odezwał się dopiero kiedy znaleźli się poza komnatą.
- Pewnie znowu zabierze kogoś z wioski.
- Za...zabierze?
Dopiero po chwili głębsze znaczenie tych słów uderzyło Vanille. Fal’Cie naznaczało ludzi. Wybrańców nazywano l’Cie i nosili oni na ciałach znamiona. Od tamtej pory ich życiem rządził Focus – misja, którą musieli wykonać. Teraz, podczas wojny z radością witano nowe zastępy l’Cie. Potrzebowano ludzi obdarzonych zdolnością magii. Inna sprawa, że kiedy wypełnili swój Focus jakim była ochrona Gran Pulse, znikali bez śladu. Przemienieni w kryształ spali snem, którego nikt nie mógł przerwać. Nie umarli, ale i nie żywi. Z nadal aktywną świadomością, ale z unieruchomionym ciałem. Nigdy nie mieli powrócić do Oerby. Vanille drgnęła. Ich wyprawa była zakończona. Wracali do osady. Jednak nim zdążyła do końca ochłonąć, doleciały ją paniczne krzyki. Na zewnątrz Tronu leżało kilkoro rannych ludzi z wioski. Parę osób było zakrwawionych, wszyscy krzyczeli.
- Behemoty! Wpadły w szał!
Jeden z rannych przypadł do członków rady.
- My... przybiegliśmy... tutaj... może fal’Cie... – urwał jakby krew spływającą z czoła utrudniała mu mówienie. – Fal’Cie... nas uratuje...
Opadł bez czucia. Groźny ryk rozdarł powietrze. Dobiegał od strony wzgórz otaczających Oerbę. Wszyscy wykonali tradycyjny, pogrzebowy gest nad zwłokami zmarłego. Na nic więcej nie mieli czasu.
- Wrócimy okrążając wzgórza! - zawyrokowała starszyzna. – Droga biegnie przez koryto rzeki! Pobliskie jaskinie zapewnią nam schronienie! Szybko!
Wykonali rozkaz jak na skinienie. Kto mógł podpierał rannych współtowarzyszy. Vanille pomagała rannemu chłopakowi, który miał szarpną ranę w okolicach uda. Opierał się na niej połową ciężaru, przez co szybko zaczęli zostawać w tyle.
- Daj spokój... – sapnął. – I tak nie będzie ze mnie pożytku...ratuj siebie...
Kuszący charakter tej propozycji połechtał egoistyczne zapędy Vanille, ale zagryzła wargi.
- Bądź cicho! Jak masz siłę gadać, to możesz też biec!
Nikt nie kłopotał się by czekać na rudowłosą dziewczynę i rannego chłopaka. W takich chwilach zwyciężało prawo dżungli. Zwłaszcza w plemiennych społecznościach. Wioskowi myśliwi nie raz walczyli z wielkimi Behemotami, która normalnie zamieszkiwały odległe stepy. Teraz jednak ryki wskazywały, że przybyło całe stado. Bestie były rozwścieczone i ewidentnie pragnęły krwi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się ich zaatakować kiedy polowały w grupie. Vanille podtrzymywała chłopaka jak mogła, ale ten słaniał się coraz bardziej słaby. Nagle dziewczyna stanęła jak wryta. Znajdowali się na skraju niewielkiego zagajnika. Obok płynęła rzeka, rzeźbiąc w skałach głębokie groty. Reszta uciekających już dawno ich wyprzedziła, a i nie było pewności czy Vanille nie pomyliła trasy. Delikatny szum wody mąciło miarowe sapanie. Na polanie przed nimi leżał Behemot. Wyjątkowo duży nawet jak na ten gatunek. Gigantyczny pysk trzymał zamknięty, ale długie kły wystawały ociekając żółtawą śliną. Spał. Mieli szansę. Dziewczyna szarpnęła współtowarzysza, stąpając najciszej jak się da, ale tamten jęknął nim zdążyła go ostrzec. Skamieniała. Behemot otworzył jedno, a potem drugie oko. Przyjrzał się im uważnie.
- U... u... u... – dukała Vanille półgłosem.
Ranny niemal całkiem oprzytomniał.
- Behemot... – wskazał bestię jak niewinne dziecko.
Wtedy potwór rzucił się na nich z rykiem, od którego drgała ziemia. Dziewczyna uskoczyła w bok, ale chłopak nie miał szans na wykonanie podobnego manewru. Bestia drapnęła go szponem wielkiej łapy. Nieludzki wrzask dotarł do uszu Vanille, gdy czołgała się w zaroślach. Podobne uczucie pamiętała z chwili, gdy dowiedziała się o śmierci rodziców. Paraliżujący strach i uczucie, że karty zostały rozdane, już nic nie dało się zrobić. Wypadła z krzaków i pobiegła wąską dróżką. Potwór bez problemów zagrodził jej drogę. Dyszał ciężko, a pysk miał umazany we krwi. Odniosła wrażenie, że z kłów zwisają strzępki mięsa. To stanowiła punkt krytyczny. Nabrała tyle powietrza do płuc, aż zaczęły boleć, zamknęła oczy i wrzasnęła na całe gardło. Nie mogła powiedzieć ile czasu minęło od chwili, gdy wreszcie wybrzmiał jej zachrypnięty głos, a tym co stało się potem, ale to mogły być sekundy. Nic jej nie rozszarpało, ani nie zawlekło do cuchnącej jamy by pożreć miękkie tkanki. Niemrawo otworzyła oczy. Bestia wciąż przed nią stała. Ale przybrała o wiele łagodniejszą pozę. Oczy zrobiły się szkliste, a jęzor wystawał spomiędzy ostrych zębów. Behemot – postrach Gran Pulse, opadł na lewy bok. W okolicach pachwiny i klatki piersiowej spoczywały głęboko wbite masywne dzidy.
- Jak...jak...?
Zza dogorywającej bestii wynurzyła się grupka czterech osób. Mężczyźni. Wojownicy. Ich barwne stroje zdobiły zwierzęce skóry. Wyglądali jak postacie ze starych legend. Jeden bardzo się wyróżniał. Był wysoki i gibki w porównaniu ze swoimi zwalistymi kompanami. Przerażona Vanille nie zdołała zaobserwować nic więcej. Nogi ugięły się pod nią.
- A to ci niespodzianka! – nieznajomy odezwał się mocnym, ale nico dziwnym, ochrypłym głosem.
Coś było nie tak z jego brzmieniem, coś nie pasowało... I właśnie wtedy Vanille zemdlała.
***
Obudziło ją skwierczenie ognia. Spod półprzymkniętych powiek dostrzegła wesoły płomień ogniska. Kawałki mięsa piekły się nadziane na patyki.
- Jak tam dziewczyno? Żyjesz?
Vanille przetarła zaspane oczy. Wokół ognia siedziało trzech krępych mężczyzn. To oni uratowali ją przed Behemotem. Brakowało tylko jednej osoby.
- Stałaś ledwo żywa na tej polanie aż w końcu zemdlałaś. – wyjaśnili miłosiernie. – Kiepski z ciebie wojownik. Co tam robiłaś sama?
Vanille przypomniała sobie rannego chłopaka i zagryzła wargi.
- Dziękuję za pomoc. – szepnęła. –Kim jesteście?
Kiedy próbowała wstać, przeszył ją ostry ból. Upadając musiała skręcić kostkę.
- Spokojnie, nie forsuj się.
- Jesteśmy z Oerby.
Zatkało ją.
- Z klanu Yun. – dodali.
Kojarzyła nazwę klanu, ale tych ludzi widziała po raz pierwszy. Musieli zrozumieć jej wahanie, bo natychmiast sprostowali.
- Nie ma nas zbyt wielu, a przez kilka lat podróżowaliśmy po Gran Pulse.
- Naprawdę? Po co?
- Haha, zapytaj Szefa.
Wskazali wyjście z jaskini.
- Szefa? – powtórzyła jak echo.
- Teraz kiedy wybuchła wojna z Cocoon, nadszedł czas by wrócić do Oerby. Chcemy walczyć z tamtymi żmijami.
- A ty jak się nazywasz?
- Oerba Dia Vanille.
- Dia? Kojarzę tą rodzinę. Zginęli w trakcie pierwszych walk jakieś dwa lata temu.
- Hmm, to będzie mniej więcej w tym samym czasie kiedy zabito rodziców Szefa.
Pokiwali głowami z szacunkiem. Typowy klan z Oerby. Nie łączyło ich pokrewieństwo krwi, ale okazywali całkowite posłuszeństwo tajemniczemu „szefowi”. Vanille posłała im słodki uśmiech jakby chcąc uprzedzić, że nie zna się na „poważnych sprawach”.
- Nie wiedziałem, że ktokolwiek ocalał z klanu Dia...
- Tylko ja.
- Dziwne. – jeden z mężczyzn spojrzał chytrze na Vanille. – Ej, w jakiej broni się specjalizujesz?
Spiekła raka, ale drugi przyszedł jej z pomocą. Rozłożył się na derce przy ogniu.
- Koniec gadki. Jedzcie i do spania.
- Jasne, jasne. Dopiero się rozkręcam...
- Właśnie widzę.
- Nie idziemy po Szefa?
Mężczyzna popukał się w głowę.
- Jest nad rzeką. Wiesz czym grozi pójście tam teraz. – przejechał sobie palcem po szyi. Reszta wybuchnęła rubasznym śmiechem.
Vanille czuła się nieswojo, ale rozdawała uśmiechy na prawo i lewo. Nieco później, gdy wszyscy spali już w najlepsze, uniosła się z posłania. Kostka nadal bolała. Dokuśtykała do ogniska. Płomień już dawno się wypalił. Na zewnątrz zalegała noc z tysiącem błyskającym gwiazd. Potrzebowała zaczerpnąć świeżego powietrza. Ostrożnie, nie chcąc nikogo obudzić, wyszła z jaskini. Nie planowała się oddalać. Przy dobrych wiatrach jutro do południa będzie w Oerbie. Klan Yun obiecał zabrać ją ze sobą. Ciekawiło ją czy też zamierzają oddać hołd Animie. Zaczerpnęła głęboki oddech, ale wtem coś plusnęło nieopodal. Drgnęła. Ktoś stał nad rzeką. W gibkiej, wysokiej postaci rozpoznała przywódcę grupy. „Szef” jak go nazywali. Klęczał przy nurcie wzburzając fale delikatnym ruchem dłoni. Chwilę rozważała co powinna zrobić, ale ciekawość wzięła górę. Na tyle cicho, na ile pozwalała jej kontuzjowana noga, dotarła bliżej rzeki i klęknęła w zaroślach. Stąd miała niezły widok. Jednak tajemniczy mężczyzna gdzieś zniknął. Nagle cała jej twarz oblała się szkarłatem. Ubranie. Ciuchy pozostawione na brzegu, rzucone w nieładzie. Rozpoznała fragment zwierzęcej skóry. Na środku rzeki toń wzburzyła się mocno i wysoka postać stanęła w całej okazałości. Rękami odgarnęła skołtunione czarne włosy, a kropelki wody na śniadej skórze odbijały światło księżyca. Postać odwróciła się, a Vanille zakryła usta ręką.
- Kobieta! – pisnęła.
Ledwie zdążyła to powiedzieć, a po kąpiącej się w rzece pozostała tylko spieniona woda. Coś wbijało się w okolice szyi Vanille. Ostry, zimny przedmiot. Miecz? Nóż?
- Aż tak lubisz podglądać, że chcesz skończyć jak tamten Behemot? – głos był niski i ochrypły, ale zdecydowanie kobiecy.
Vanille chciała uciec, ale ostrze wbiło się jeszcze mocniej w skórę. Niemal ją przebijało.
- A dokąd to! Aż taką ekshibicjonistką nie jestem, żeby pozwolić ci się napatrzeć!
- Ja chciałam tylko...
- Takie widoki są płatne, wiesz?
Vanille czuła, że powinna jakoś zareagować na wybuch złośliwego śmiechu, ale nie została dopuszczona do głosu.
- No dalej! Rusz się!
- Gdzie? – pisnęła.
- Jak to gdzie?! – ostrze zmusiło ją od wyjścia z krzaków. – Podasz mi ubranie! Dopiero wtedy pozwolę ci się odwrócić!
- Mam zwichniętą kostkę!
- Ale tutaj jakoś doszłaś? Jazda!
Vanille ruszyła posłusznie, głównie z powodu idiotyczności całej tej sytuacji. Powoli kiełkowała w niej furia jakiej jeszcze nie czuła. Wzbudziła ją drwina w głosie kobiety. Prychnęła co nie przeszło niezauważone.
- Lubisz się złościć, co? Jestem Fang. Oerba Yun Fang.
- Nie lubię się przedstawiać stojąc do kogoś tyłem. – odburknęła Vanille.
- Podaj mi ciuchy to problem zniknie.
Zrobiła co kazała jej Fang i po kilkunastu sekundach szelestów została siłą odwrócona. Prawie otworzyła usta ze zdziwienia. Tak. Miała przed sobą kobietę, ale wyższą niemal o głowę z burzą czarnych włosów o nieco dzikim spojrzeniu. Ramiona miała szczupłe i umięśnione, a ubranie stanowił typowo męski strój podróżny z płatem zwierzęcego futra przewieszonego przez ramię. Vanille milczała zaskoczona, dopóki Fang nie pociągnęła jej figlarnie za kucyka.
- Odleciałaś? - rozłożyła bezradnie ręce. - Wiem, że jestem wspaniała, ale bez przesady...
- Oerba Dia Vanille. – wypaliła nie mogąc powstrzymać rumieńca.
- Fajnie. – czarnowłosa skinęła głową. – Co robiłaś sama na tych terenach?
- Wysłano mnie do fal’Cie...
- Fal’Cie? Serio? – Fang udawała zainteresowanie tematem, ale jednocześnie z lubością badała wzrokiem swoją dzidę.
W oddali zahuczała sowa.
- Ej, chyba czas, żeby dzieci umyły zęby i poszły spać. – mrugnęła w kierunku Vanille.
Zielone oczy błyszczały tajemniczo, a kiedy podeszła bliżej, dziewczyna dostrzegła pieprzyk pod prawym okiem.
- Chodź, odprowadzę cię do jaskini.
- A niby czemu? – odskoczyła czując muśnięcie palców na ramieniu.
- Sama nie wiem. – Fang podrapała się w czoło. – Nie wyglądasz na taką co umie o siebie zadbać.
Wskazała na nogę dziewczyny.
- No i jesteś ranna.
- Dzięki.
Bez zapowiedzi czarnowłosa odwróciła się tyłem i zmusiła Vanille by oparła się o jej plecy. Ucisk obcych rąk w okolicach ud podziałał jak super dopalacz.
- Pójdę sama! Naprawdę!
- No dajże spokój!
- Nie było mowy o noszeniu mnie!
- Wierz mi, tak będzie szybciej!
- Ale...
W końcu Vanille dała za wygraną. Fang nie wyglądała na kogoś, kogo łatwo przekonać. W jaskini jej towarzysze chrapali dramatycznie. Pozwoliła Vanille zejść dopiero, gdy stanęła przy posłaniu. Ognisko wypaliło się do cna.
- Czekaj. – kobieta zdjęła futro z ramion i rozłożyła na derce.
Zaraz zajęła się ponownym rozpalaniem ogniska. Vanille posłusznie usiadła.
- Mają mocny sen. – wskazała na śpiących mężczyzn.
- Jutro planują złożyć hołd w Tronie fal’Cie. – wyjaśniła Fang.
- Tylko oni? A co z tobą? – poczuła dreszczyk rozczarowania.
Obiecali towarzyszyć jej do Oerby.
- Ja wracam do wioski. – Fang oparła się o skalną ścianę, zakładając ręce za głowę. – Dość mam już łażenia. Czas trochę pożyć, prawda?
Zielone oczy mrugnęły niespodziewanie. Vanille odpowiedziała niepewnym uśmiechem.
W zwojach pamięci usiłowała odszukać dzieciaka, którym mogła być Fang, ale nic podobnego jej nie nawiedziło.
- Do tej pory tylko wędrowałam, próbowałam o niczym nie myśleć. – zamilkła na chwilę, po czym dodała: - Po śmierci moich rodziców i braci, stanęłam na czele klanu. Wszystko zaczęła się dwa lata temu, po wybuchy wojny. Dobijające, co?
Vanille skuliła się w sobie. Nie chciała słuchać o walkach z Cocoon.
- A ty? – zainteresowała się Fang. – Włóczyłaś się w pojedynkę. Jesteś odważna czy walnięta? – popukała się w czoło. – A może jedno i drugie?
- To był wypadek! - zaprotestowała gwałtownie. – Zostałam z tyłu za resztą i...
Pomyślała o nieszczęsnym chłopaku.
- I? – Fang cmoknęła z niezadowoleniem.
- I nic. – odwróciła głowę.
- A kim był biedny sukinsyn, którego rozniósł Behemot?
Vanille wybałuszyła oczy.
- Widzieliście go?!
- Nie było czego zbierać.
Dziewczyna pozieleniała.
- Ten chłopak... został ranny już wcześniej. Od początku miał małe szanse...
- Spowalniał cię. – skwitowała Fang. – Zero instynktu samozachowawczego. Warto byłoby zginąć dla niego w tamtym lesie?
Nie czekając na odpowiedź przeciągnęła się jak kot, po czym wstała i ruszyła do wyjścia.
- Gdzie idziesz? – syknęła Vanille.
Kobieta posłała jej tajemnicze spojrzenie.
- Zapolować. – mruknęła przykładając palec do ust.
***
Obudził ją intensywny zapach. Vanille przetarła oczy i uniosła się na przedramionach. Fang klęczała tyłem do niej. Oprócz nich w jaskini nie było nikogo.
- Wyruszyli wczesnym rankiem. – kobieta podążała jej tokiem myślenia.
- Wcześnie.
- Wcześnie?? – popukała się w czoło. – To raczej ty masz dziwne zwyczaje. Za chwilę wybije południe.
Vanille zarumieniła się po same uszy, a usta Fang wykrzywił pobłażliwy grymas.
- W porządku. Fajnie wyglądasz kiedy śpisz.
- Ranni są traktowani ulgowo. – dodała nim dziewczyna zdążyła zareagować.
Wskazała w stronę ogniska, gdzie parowały soczyste ochłapy mięsa. Vanille nie czekając na zachętę rzuciła się na jedzenie. W brzuchu burczało jej jak jeszcze nigdy. Zębami uszarpała spory kęs.
- Naprawdę, zero manier. Nie umiesz elegancko jeść.
- Padam z głodu.
Fang machnęła ręką.
- W każdym razie pospiesz się. Nudna okolica. Nie ma co tutaj robić. – ziewnęła stając przy wyjściu z jaskini.
Udając brak zainteresowania cały czas obserwowała rudowłosą. Dzieciak mógł być od niej młodszy, ale nie dużo. Fang znała ten model zachowania. Kojarzyła lęk, który od czasu do czasu ujawniła się w oczach Vanille. Tak zachowywali się wszyscy tchórze. Ludzie, którzy z lubością stawali się ciężarem dla innych, ale na których nie było co liczyć. Zaliczyła już sporo takich osób, przerobiła ich wzdłuż i wszerz. Ale ta tutaj była taka... Słodka? Tak, to jest to. Vanille była chodzącą słodyczą. Wszystko w niej kusiło Fang, w każdym tego słowa znaczeniu. Przede wszystkim fizycznie. Przejechała wzrokiem po szczupłym ciele siedzącym przy ognisku. Kpiarski śmiech uniósł kąciki jej ust.
- Może być całkiem zabawnie. – szepnęła pod nosem.
Wyruszyły niecałą godzinę później. Bliskość Oerby sprawiła, że pośpiech nie był konieczny. Ku zdziwieniu Vanille, kobieta nuciła coś pod nosem. Chciała zapytać co to za jednostajne mruczenie, ale pisnęła z niesmakiem. Fang odwróciła się jak na komendę.
- Co znowu?
Ruda stała oparta o drzewo i obie ręce przyciskała do lewego oka.
- Co jest? – podeszła bliżej.
- Nie wiem. Chyba mam coś pod powieką.
- Paproch. To go wygrzeb! – Fang szykowała się do odejścia.
- Niby jak? Nie mogę otworzyć oka...
- Pokaż. – czarnowłosa odgięła jej palce i siłą rozwarła zaczerwienioną powiekę.
Dotyk szorstkich, niemal męskich palców, sprawił że Vanille spiekła raka.
- Eee... już nic nie czuję... – spróbowała się wyszarpnąć, ale Fang była dokładnie tak silna, na jaką wyglądała.
- Coś nie tak? Stoję za blisko? – wisielczy uśmiech jasno komunikował, że zamierza trochę popastwić się nad słabszą towarzyszką.
- Nie, po prostu... już mnie przestało szczypać.
- Acha... – Fang pokiwała głową w rozbawieniu, a jej gorący oddech omiótł rozpaloną twarz Vanille.
- No to w porządku. – odsunęła się z satysfakcją.
W tej samej chwili nieopodal trzasnęła gałąź. Vanille prawie to zignorowała, ale Fang natychmiast przybrała czujną pozę. Poruszyła nozdrzami:
- Coś się zbliża. – ostrzegła.
Dziewczyna struchlała.
- Nie czujesz tego? Dziwny zapach. – głos Fang przeszedł w szept. – Ale jeszcze nas nie zobaczyli. Chodź.
Wepchnęła Vanille w krzaki i teraz poruszały się na klęczkach.
- Naprawdę musimy?
- Cicho bądź.
Fang rozsunęła dzidą listowie i ich oczom ukazały się pokraczne kształty skryte pomiędzy drzewami. Nie poruszały się w konkretnym kierunku. Tak jakby sens ich wędrówki został utracony razem z człowieczeństwem.
- Cie’th. – stwierdziła sucho Fang.
Vanille gapiła się na dziwne istoty.
- l’Cie, którzy nie wypełnili Focusu. Rozmyślnie, z przypadku... albo z tchórzostwa.- w tym miejscu Fang posłała towarzyszce znaczące spojrzenie. – I pomyśleć, że byli kiedyś ludźmi o wielkiej mocy, którym fal’Cie powierzyli ochronę Gran Pulse...
Wrodzony patriotyzm lub natura wojownika sprawiły, że Fang na sekundę pogrążyła się w zadumie. Dokładnie tyle czasu potrzebowała Vanille, aby zmienić kierunek swojej trasy. Z bijącym sercem dreptała jak najdalej od Fang, aż usłyszała daleki syk:
- Ej, mała? Odbiło ci? Wracaj tu...
Na taki rozkaz Vanille szybko wstała i już biegiem pognała przed siebie. Nie miała pojęcia czy Fang chce walczyć z Cie’th czy tylko uniknąć spotkania z nimi, ale wiedziała jedno: ona sama musi znaleźć się jak najdalej od tych poczwar. Obojętne czy z czarnowłosą czy bez. Cie’th potrzebowali ułamków sekund by namierzyć rudowłosą dziewczynę.
Cała ich gromada ruszyła w stronę Vanille. Słyszała coś jakby odgłos walki. Jak duży błąd popełniła dotarło do niej, gdy pochwyciła ją jedna z ciemnych pokracznych dłoni. Przerażona i pewna, że rozszarpią ja żywcem, ze zdumieniem poczuła, iż ziemia pod spodem pęka. Wrzeszcząca Vanille i ryczący potwór wpadli do podziemnej groty, która okazał się jedynie początkiem długich, wydrążonych korytarzy. Na pewno coś sobie złamała. Chyba rękę, bo łokieć bolał jak nigdy. Coś ciągnęło ją za nogę. W głębi pieczary czaiły się człekokształtne istoty pragnące krwi. Jeszcze więcej Cie’th.
- Nie!!! – wrzasnęła, ale w odpowiedzi potwór przeciągnął ją po warstwie rzadkiego błota.
Miała pełne gardło szlamu. Pluła nim by się nie udusić.
- Fa... – mię niedawnej towarzyszki zamarło jej na ustach.
Fang nie przyjdzie. Została na górze i pewnie sama miała ciężkie chwile pokonując kilku Cie’th na raz. Wszystko dzięki Vanille. Własna głupota poraziła ją z mocą tornada. Jak mogła być taką idiotką? Bezmyślni Cie’th pewnie by ich nawet nie zauważyli, gdyby siedziała cicho.
Teraz było już za późno. Kolejne oślizgłe łapska pochwyciły ją za ramiona i cisnęły o skalną ścianę. Warstwa mchu zamortyzowała uderzenie, ale i tak na chwilę ją zamroczyło. Cztery stwory z groźnym pomrukiem rzuciły się na raz w jej stronę. Wtedy zobaczyła błysk światła. Pomyślała, że to musi być to. Koniec. Nawet nie bolało. W konsekwencji odczuła ulgę. Ponieważ Oerba Dia Vanille ze wszystkich nieprzyjemnych rzeczy na świecie, najbardziej bała się bólu. Do tego stopnia, że wolała kłamać i uciekać, niż go doświadczyć. Łagodny uśmiech spłynął na jej usta.
- I z czego się tak śmiejesz?! – wkurzone sapnięcie Fang zdecydowanie nie pochodziło z zaświatów.
Ucisk na ramieniu też był rzeczywisty jak diabli. Fang potrząsnęła Vanille.
- Ocknij się!
- Uważaj! Mam złamaną rękę!
- No proszę, więc znalazłaś jeszcze trochę silnej woli?!
Kobieta miała policzki umazane krwią, ubranie nieco brudne, ale poza tym trzymała się prosto, a pod jej stopami spoczywały zwłoki Cie’th. Wyglądała jak upadły bóg wojny.
- Lepiej chodź! – wskazała na poczwary. – Z tymi nigdy nie wiadomo kiedy wstaną!
- Nie...- Vanille zatrzęsła się, przyciskając ręce do tułowia. – Ja... nie... za bardzo się boję...
Dostała w twarz aż echo odbiło się po podziemnych korytarzach. Wycelowana dzida dotknęła jej szyi.
- Na górze nie miałaś takich problemów! Ledwo zdążyłam zobaczyć twój struchlały tyłek! – głos Fang nie wróżył niczego dobrego.
- To ci wychodzi najlepiej, co? Zawsze uciekasz w kluczowych momentach czy tylko ja jestem taką szczęściarą?
Vanille spuściła oczy. To nie był najlepszy moment na tego typu rozmowy.
- Wstawaj i bierz się w garść!
Tym razem nie pozwoliła sobie dwa razy powtarzać tego samego. Fang oderwała fragment rękawa swojej koszuli i zrobiła z niego prowizoryczny temblak. Asekurując Vanille na tyle, na ile nie oznaczało to całkowitego wystawienia się na atak przeciwnika, Fang posuwała się na przód. Vanille była zbyt otumaniona bólem by już w pełni zacząć odczuwać wstyd z powodu swojej lekkomyślnej akcji. Na szczęście Fang była urodzonym wojownikiem, nie tylko umiała dobrze walczyć, ale non stop zachowywała czujność. Musiała być nieźle wkurzona faktem, że spotkała na swojej drodze przeszkodą taką jak ona. Dla Vanille najgorszy był fakt, że Fang miała osiąść na stałe w Oerbie. Będą się widywać, chcąc nie chcąc. Zapewne większa część wioski rychło pozna szczegóły jej kompromitacji. Szybko odnalazły wyrwę, przez którą sączyło się światło słoneczne. Vanille rozglądnęła się wokół. Ani śladu Cie’th. Może widok rzezi pobratymców zrobił wrażenie nawet na tak bezrozumnych istotach.
- No dalej, chodź. Podtrzymam cię. – Fang wskazała stare korzenie drzew, które miały im ułatwić wspinaczkę.
Vanille podeszła niepewnie. Tylko jedną rękę miała sprawną, ale gdy wspinała się niezgrabnie ku górze, Fang pchnęła ją tak silnie, że niemal wyskoczyła jak z katapulty. Zaryła przy tym nosem w piach.
- Ej! Ostrożniej! – syknęła poprawiając ubranie.
Miała nieodparte wrażenie, że kobieta nie omieszkała dotknąć jej pośladków, kiedy wisiała uczepiona korzeni.
- Jakiś problem? – oczy Fang zdradzały politowanie.
- Skąd! Żaden! – prychnęła, a po chwili dodała nieśmiało jakby dopiero teraz przypomniała sobie komu zawdzięcza, że ostała się w jednym kawałku: - Dziękuję.
- Ależ proszę bardzo.
Trudno było teraz odgadnąć nastrój kobiety. Mogła być równie dobrze zdenerwowana, jak i mieć wszystko gdzieś. Ręka nadal pulsowała. Chyba nawet gorzej, niż wcześniej. Fang omiotła ją wzrokiem znawcy.
- Nie spuchła. Na pewno nie jest złamana.
Podeszły bliżej rzeki. Okład z chłodnej wody faktycznie nieco uśmierzył ból. Vanille siedziała na kamieniu, a Fang stała bliżej głównego nurtu. Nabierała w dłonie krystalicznie czysta wodę, zmywając z ciała śladu walki. Na koniec upiła łyk prychając przy tym jak dzikie zwierzę. Vanille rozejrzała się wokół. Było południe. Owady spały, podobnie jak większość drapieżników. Bardzo chciała już wracać do Oerby, ale było coś co musiała wcześniej zrobić. Pogadać z Fang. Już otwierała usta, gdy kobieta ją uprzedziła.
- Będzie ich coraz więcej. – stwierdziła.
- Masz na myśli Cie’th?
- Tak, w czasach wojny nie brakuje takich co przeceniają swoje możliwości.
- Większość nie ma wyboru.
Fang drgnęła ledwo zauważalnie, ale nie skomentowała.
- Fal’Cie nie pytają kto chce być naznaczony. Wybierają i już.
Głos Vanille musiał zabrzmieć bardziej gorzko, niż chciała. Właściwie idea l’Cie broniących Gran Pulse była jej całkiem miła. Dzięki temu zawsze mieli siłę by odeprzeć atak Cocoon.
- Fang...
- No?
Przełknęła ślinę.
- Ja... tam w dole... to znaczy wcześniej... – nieskładna wypowiedź była ciężka do zrozumienia. – Normalnie ja się tak nie zachowuję.
Fang parsknęła.
- Jasne. – ziewnęła poprawiając zmierzwione włosy.
- Naprawdę! - dziewczyna prawie tupnęła z mocą.
- W porządku. Nie aferuj się. – Fang machnęła ręką. – To jaka jesteś naprawdę ma ze mną niewiele wspólnego.
Vanille lekko zdębiała.
- Nie ty pierwsza i nie ostatnia boisz się walczyć. Nie ma z czego robić tragedii.
- Ale tam... w grocie...
- Jasne. Nie lubię takich ludzi jak ty. – oparła się o kamień wystawiając twarz do słońca.
- Panikarze, którzy potrafią pogorszyć najbardziej gównianą sytuację.
Vanille poczuła kołtun w gardle, a Fang roześmiała się donośnie.
- Nie bierz tego do siebie. Nie jestem twoją matką, nie złoję ci skóry.
- No... chyba, że bardzo chcesz. – dodała zagadkowo, ale przerażenie w oczach Vanille tylko bardziej ją rozbawiło.
- Też nie jestem tak odważna jak bym chciała. – dodała poważniejąc. – Ale dzięki temu zawsze jest nad czym pracować.
Popatrzyła na swoje ręce. W porównaniu do białych dłoni Vanille były chropowate i nosiły ślady otarć od broni. Mimo to nie zatraciły całkiem kobiecości. Fang miała dłonie o długich palcach i bardzo powabnej linii. To spostrzeżenie nieco zaskoczyło Vanille. Po jasną cholerę prowadziła tego typu obserwacje?
- Vanille?
- Acha.
Fang westchnęła.
- Gdybyś teraz miała wybór... zgodziłabyś się zostać l’Cie?
Dziewczyna rozdziawiła usta.
- Wiesz, mogłabyś używać magii. Na pewno lepiej byś walczyła, niż teraz. No i prowadziłby cię Focus. Zero niepewności czy trudnych wyborów. Zgodziłabyś się?
- Pewnie, że nie! – odpowiedź padła natychmiast.
Fang uśmiechnęła się pod nosem.
- A ja bym brała wszystko co fal’Cie mógłby mi zaoferować.
Vanille umilkła.
- Mieć dostęp do magii, bronić Gran Pulse... – w tymi miejscu oczy Fang przez dłuższą chwilę lustrowały twarz towarzyszki. – Pomagać zachować nasz świat takim jakim jest teraz byłoby dla mnie najlepszą rzeczą pod słońcem. Bardzo tego chcę.
Zacisnęła zęby, ale po chwili znów się roześmiała. Wstała z kamienia.
- Może kiedyś odwiedzę Animę i zostanę l’Cie. Jeśli uzna mnie za godnego robaka, rzecz jasna.
- Jeśli. – podsumowała Vanille, bo nic mądrzejszego nie potrafiła wymyślić.
Perspektywa Fang najeżdżającej Cocoon z armią innych l’Cie, wydała się jej nagle dziwnie niemiła. Wzruszyła szybko ramionami.
- Czas wracać. – Fang przeciągnęła się jak kot. - W wiosce poradzą coś na twoją rękę.
Vanille skinęła głową i ruszyła wolno przodem, trzymając się słonecznej, szerokiej ścieżki. Nie odwróciła się więc nie mogła widzieć łagodnego spojrzenia jakie Fang utkwiła w jej plecach. Nie widziała też jak oczy kobiety pociemniały, gdy spojrzała w stronę górującego nad okolicą Tronu Animy. Gdyby Vanille się odwróciła, dostrzegłaby w tych oczach ślad podjętej decyzji.
Ostatnio zmieniany: 2013/04/08 12:09 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/04/08 11:45 - 2013/04/18 12:30 #9638 przez Lacus Clyne
Część 2/2 – Uncertain Fate

Vanille wkładała przykurzone sztućce do błyskawicznej zmywarki i czekała aż maszyna zakończy pracę. Powierzono jej zadanie rozłożenia zastawy na długich ławach, które oczekiwały łowców. Dziś był dzień wielkiego polowania. Od czasu wybuchu wojny z Cocoon dzikie bestie częściej atakowały podróżników i Oerba organizowała cykliczne polowania na najgroźniejsze gatunki. Tym razem celem były stada Megistotherianów. Wyruszali tylko najlepsi, pierwsi w kolejce do zostania l’Cie. Właśnie odkładała ostatni widelec, gdy przy drzwiach sali rozległy się rubaszne śmiechy. Pomagająca jej Rubi natychmiast nadstawiła uszu.
- Ale był wielki!
- A co?! Chciałeś spotkać karła?!
- Szkoda, że ich mięso jest niejadalne... Byłby zapas na cały rok...
- Cicho! Dziś musimy świętować!
Vanille przezornie kucnęła za stołem. Rubi przewróciła oczami jakby już dawno spisała przyjaciółkę na straty. Do sali wparowało około dziesięciu mężczyzn ubranych w myśliwskie stroje. Najwyższa z postaci miała ciemne włosy sięgające poniżej ramion i przepyszny szal ze skóry niedźwiedzia przerzucony jakby nieco zbyt nonszalancko. Czar tajemniczego wojownika prysł momentalnie, gdy Vanille zdała sobie sprawę, że patrzy na Fang. Zajęła się pilnie polerowanie nogi od krzesła. Modliła się w duchu by nikt jej nie zobaczył. Od czasu powrotu do osady nie miała za wielu okazji do rozmowy z tą dziwną kobietą. Po pierwsze nie czuła jakiejś szczególnej ochoty, a po drugie sama Fang nie szukała jej towarzystwa. Było jej dobrze z facetami, których ogrywała w karty, upijała do nieprzytomności, pokonywała w przyjacielskich pojedynkach i na wszelkie możliwe sposoby udowadniała kto tutaj nosi spodnie. O dziwo, mimo tej zarozumiałej postawy, starszyzna głaskała Fang jak najcenniejszy klejnot. Vanille długo zachodziła w głowę o co chodzi. Dopiero kilka dni temu znalazła okazję by zapytać jednego z opiekunów ochronki, która dzierżyła nad nią pieczę.
- Oerba Yun Fang? – zdumiał się wychowawca, gasząc światła po skończonych lekcjach.
- Nie wiesz kim jest? Nie mówiła ci? – uśmiechnął się chytrze.
Do każdego w osadzie dotarło już, że Fang pomogła Vanille wrócić z lasu. Najwyraźniej jednak kobieta litościwie zachowała dla siebie mało chlubne szczegóły.
- Nie rozmawiałyśmy za dużo.
- Klan Yun jest bardzo stary. To jedni z założycieli Oerby. Kiedy byłem szczeniakiem ojciec opowiadał mi legendy jakoby ich protoplastą był potężny fal’Cie.
- Fal’Cie? – powtórzyła Vanille z powątpiewaniem.
- To tylko legenda, ale tak tłumaczono ich niezwykłą siłę. Gdziekolwiek się nie pojawili przejmowali dowództwo. Fang jest ostatnią bezpośrednią potomkinią.
- I to tyle? – Vanille poczuła rozczarowanie.
- Jest jeszcze coś. Podobno w ostatniej fazie wielkiej wojny z Cocoon, l’Cie wybrany z klany Yun położy kres konfliktowi. W jaki sposób i czy to prawda, trudno powiedzieć. Rozumiesz, Vanille, legendy! – roześmiał się na koniec.
Opowieść wychowawcy była nijaka i niewiele wniosła więc Vanille nie zaprzątała sobie nią za bardzo głowy. Fang wyraziła nawet ochotę by dobrowolnie zostać l’Cie. Jeśli Anima czy ktokolwiek inny mieli wobec niej plany, prawdopodobnie były zbieżne z pragnieniami kobiety.
- Ej, Vanille... – Rubi szturchnęła ją w ramię.
Drgnęła.
- To ona cię uratowała wtedy w lesie? – Rubi wskazywała na Fang, która stała na środku sali w dumnej pozie z głową odrzuconą do tyłu i zaśmiewała się do rozpuku.
- Tak. Przecież już ją widziałaś.
- Ale nigdy z tak bliska... – Rubi otworzyła szerzej oczy. – Strasznie onieśmiela.
- Że jak? – zachichotała nerwowo.
- No wiesz... – przyjaciółka uklękła obok. – Gdyby kazali mi z nią rozmawiać, zapomniałabym języka w gębie. O patrz, idzie w tą stronę...
- Schowaj się!
- O co ci chodzi? Nie chcesz z nią pogadać?
Vanille zmarszczyła barwi.
- Chodź! – pociągnęła przyjaciółkę pomiędzy rzędami ław.
Opuściły budynek i znalazły się na dziedzińcu.
- Naprawdę dziwnie się zachowujesz. Gdybym nie wiedziała o kogo chodzi pomyślałabym, że jesteś zakochana.
Vanille aż para poszła z uszy, ale w tym samym momencie zobaczyła, że od strony szkoły nadchodzi mężczyzna. To był Hann. Jego pojawienie dobitnie uzmysłowiło dziewczynie, że odkąd Fang zamieszkała w wiosce, kompletnie zapomniała o kwestii spławienia chłopaka.
- Witaj, Vanille... – rzucił niepewnie.
- Jak się masz? – uśmiechnęła się fałszywie do bólu.
Zapadał już zmierzch i żarłoczne owady usiłowały urządzić sobie ucztę na odsłoniętych ramionach dziewczyny. Hann natychmiast zdjął narzutę i podał jej nieśmiało.
- Masz.
Rubi przewróciła oczami, dając Vanille bolesnego kuksańca.
- No to pogadajcie sobie. – po tych słowach odbiegła w kierunku mieszkalnych zabudowań.
- Jak ci minął dzień?
- Nienajgorzej. – Vanille przełknęła ślinę.
Nagle wzrok Hanna stwardniał, bo dostrzegł coś za jej plecami. Odwróciła się. Fang podpierała balustradę. Nie patrzyła się na nich, ale nie ulegało wątpliwości, że ich widziała. Stała z przymkniętymi oczami jakby rozkoszowała się ostatnimi promieniami słońca. Vanille patrzyła chyba nieco zbyt intensywnie, bo Hann odciągnął ją pospiesznie poza granice wzroku czarnowłosej.
- Chyba się z nią nie przyjaźnisz, co? – syknął zaniepokojony.
Zdumiała się na tak dziwnie okazaną troskę.
- Słyszałem różne plotki o jej klanie.
- Na przykład?
- Na przykład, że lepiej im nie podpaść i że mają coś wspólnego z fal’Cie.
- Starszyzna jakoś nie ma nic przeciwko.
- Starszyzna musi żyć w zgodzie z fal’Cie.
- Wszyscy musimy. – popukała się w czoło. – Nie wiadomo kiedy Cocoon przypuści ostateczny atak. Tylko oni mogą uratować Gran Pulse.
- Uratować? Sądzisz, że na serio musimy się przejmować garstką szkodników ze sztucznego świata...
Vanille nie spodobało się, że temat został w ogóle podjęty. Uklękła i zaczęła rysować palcem po ziemi. Hann kopnął leżący obok kamień.
- Nie odpowiedziałaś mi jeszcze... no wiesz... pamiętasz, zadałem ci pytanie i...
- Wiem. – Vanille wstała energicznie, kładąc mu ręce na ramionach.
Właściwie planowała na spokojnie wyjaśnić chłopakowi, żeby dał sobie z nią spokój, ale zamiast tego jej usta ułożyły się w obiecujące:
- Daj mi jeszcze trochę czasu.
Ugryzła się w język, ale było za późno. W oczach chłopaka błysnęła nadzieja, ale rzucił twardo:
- Do końca tygodnia chcę znać odpowiedź.
Po tych słowach odbiegł nie oglądając się za siebie. Vanille westchnęła ciężko.
- Kiepski z ciebie dyplomata. – Fang stała oparta o ścianę budynku.
- Jak długo tu jesteś? – wystraszyła się Vanille.
- Krótko.
- Akurat...
- Nie trzeba podsłuchiwać, żeby wiedzieć co jest grane między tobą i chłopaczkiem. Cała Oerba o tym mówi.
- To mój problem.
- Jasne, ale ciekawi mnie jak sobie poradzisz.
Vanille odwróciła się z zamiarem odejścia, ale coś ją powstrzymało.
- Jak polowanie?
- Całkiem nieźle.
Na lewym ramieniu kobiety tuż nad tatuażem, dostrzegła świeżą szramę. Nie jadziła się, ale wyglądała brzydko.
- To nic takiego. – Fang uśmiechnęła się zjadliwie. – Nie musisz mnie pielęgnować.
- A kto by chciał?! – Vanille prychnęła jak kocur głaskany pod włos.
- Po co to robisz? – dodała nieco spokojniej.
Fang przymknęła oczy.
- Lubię ryzyko. Krew przyspieszająca w żyłach, adrenalina, takie tam... To jest coś, co mnie nakręca.
Vanille nie mogła zgadnąć czy aby znów nie jest obiektem drwin. Niespodziewanie ręka Fang spoczęła na jej głowie. Ale nie było to złośliwe pacnięcie, tylko przeciągła pieszczota. Zaraz potem usłyszała pstryknięcie. Aparat, który nie wiadomo skąd znalazł się w dłoniach Fang, wypluł fotkę. Były na niej obie. Vanille na pierwszym planie, podtrzymywana przez czarnowłosą postać stojącą nieco z tyłu.
- Dlaczego to zrobiłaś?! – jęknęła Vanille.
- Bo nieźle wyglądałaś. – zironizowała tamta.
Raptem spoważniała.
- Dopóki wiem, że osada i mieszkańcy są bezpieczni tyle mi wystarczy.
Wręczyła fotkę Vanille, która wyrwała się z objęć. Odczuła lekki zawrót głowy.
- W taki sposób chcę się tobą opiekować. – dodała Fang. – I dlatego zostanę l’Cie.
Nim dziewczyna doszła do siebie na tyle by w jakikolwiek sposób zripostować, tamta odeszła w stronę skąd dobiegały okrzyki świętowania. Wysoka, szczupła postać na tle dogorywającego dnia. Vanille dyszała ciężko dobrą chwilę nim nocne powietrze ostudziło jej zmysły.
***
„W taki sposób chcę się tobą opiekować.” – twarz Fang uśmiechała się do niej w oparach snu. „I dlatego zostanę l’Cie”.
Vanille kilka razy budziła się zlana potem, a w głowie wciąż brzęczały tamte słowa wypowiedziane niskim ochrypłym głosem. Dłonią przeczesała rude loki. Zdecydowanie za dużo o tym myślała. Odkąd Fang pojawiła się w Oerbie jej spokój został zburzony. Bhakti zaćwierkał jeżdżąc wokół piętrowego łóżka. Śpiąca na górze Rubi, rzuciła fragmentem bielizny, który całkowicie nakrył zdezorientowanego robota.
- Powiedz tej kupie złomu, że my nie chodzimy na baterie i potrzebujemy snu. – burknęła.
- Jeździ już chyba od godziny, cały czas hałasuje.
Vanille chwyciła Bhaktiego i położyła obok siebie na łóżku. Głowa Rubi pojawiła się przy krawędzi. Popukała się w czoło.
- Spanie z urządzeniem. To się leczy.
- Spadaj. – zachichotała cicho Vanille.
Bhakti wyglądał na zadowolonego i na moment zapadła cisza.
- Rubi? – zagadnęła nieśmiało Vanille.
- Chcesz żebym cię zamordowała?
- Muszę pogadać.
- O czym? Hann? – rozczochrana głowa znów pojawiła się w zasięgu wzroku.
Zaprzeczyła.
- To o co chodzi?
- Gdyby ktoś kogo znasz... powiedzmy znajomy... ale nie bardzo bliski... – zaczęła się plątać. - Gdyby ta osoba chciała zostać l’Cie, co byś zrobiła?
Rubi gapiła się chwilę na nią jakby źle usłyszała. Potem westchnęła ciężko.
- To jest trudne, prawda? Fal’Cie naznaczają wybrańców i powinniśmy być dumni, że to jedni z naszych... – zeskoczyła z łóżka i usiadła na posłaniu Vanille.
Czuła, że przyjaciółka drży.
- l’Cie są potężni i walczą z cholernym Cocoon, ale co to dla nas oznacza? Nasi przyjaciele, obojętne czy wypełnią Focus czy nie, już tutaj nie wrócą. Wiesz, że powinnaś się cieszyć z ich wyjątkowości, ale ciężko tak po prostu odpuścić.
Vanille otworzyła szerzej oczy, ale nic nie powiedziała, tylko zagryzła wargę.
- Gdyby to był mój znajomy powiedziałam: „Jestem dumna z twojej decyzji.” Cieszyłabym się, że chce bronić Gran Pulse... – urwała. – Chyba, że byłaby to osoba, na której mi zależy. Wtedy zrobiłabym wszystko by zmieniła decyzję.
- Starszyzna zabrania tak robić.
- Jasne. – Rubi założyła ręce. – Ale nie chciałabym oglądać kogoś bliskiego zamienionego w kryształowy posąg. Nazwij mnie antypatriotką, ale tak właśnie bym zrobiła.
Milczały przez chwilę wsłuchując się w oddechy pozostałych śpiących oraz w skrzypienie domostwa. Potem Vanille uśmiechnęła się wdzięcznie:
- Dzięki, Rubi.
Ułożyła się z Bhaktim na boku i zamknęła oczy. Kolejnych kilka dni minęło w spokojny, ale nieco dziwny sposób. Vanille spotykała Fang tylko przelotnie, a nastrój ich ostatniej rozmowy przepadł bezpowrotnie. Dzięki szybkiemu wywiadowi Vanille dowiedziała się, że w najbliższym czasie, nikt w wiosce nie planował wyprawy do Tronu Animy. To ją nieco uspokoiło i wróciła do swojego zwykłego pogodnego nastroju. To co go zburzyło, nastąpiło trzy dni później. Wróciła do domu około wieczora, bo dostała zadanie sprzątania wioskowych magazynów. Robota nie była ciężka, ale żmudna. Od razu dostrzegła niewielką grupkę czającą się przy budynku. Wśród nich był Hann.
- Vanille... – pociągnął ją za rękę, gdy próbowała go wyminąć.
- Ej...
- Masz już dla mnie odpowiedź?
- Nie. – skwitowała lekko rozdrażniona. – Nie minął jeszcze tydzień, poza tym... – wskazała na jego towarzyszy. – Nie potrzebujemy publiczności.
- Wiesz jak jest... – Hann zbliżył swoją twarz i poczuła lekki odór alkoholu.
- Kiedy dziewczyna przyjmuje faceta reszta jest już tylko formalnością... Możemy od razu iść do mnie...
Reszta zarechotała, ale Vanille nie było do śmiechu.
- Nie możemy! Nie możemy i nigdy tego nie zrobimy!
Znała dobrze prastarą tradycję, która funkcjonowała w Oerbie. Aktem ślubu była obietnica dana sobie przez parę, następnie konsumowano związek, a kolejnego dnia wpisywano nowożeńców do rejestru. Hann otworzył szerzej oczy, a potem jego twarz wykrzywiła wściekłość.
- Że jak?! Cały czas planowałaś mi tak odpowiedzieć?! Cały ten czas?!
Zamachnął się tak jakby chciał uderzyć Vanille, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Nie udawaj, że się tego nie spodziewałeś!
- Nieważne... – Hann zatoczył się na kumpli. – Zejdź mi z oczu. – wybełkotał. – Nie istniejesz dla mnie! Słyszysz?! Zjeżdżaj!!
Splunął na ziemię i sam odszedł półprzytomny, podtrzymywany przez towarzyszy. Vanille wpadła do domu jak burza. Na szczęście o tej porze Rubi i reszta byli jeszcze zajęci. Powinna mieć dla siebie przynajmniej liche pół godziny.
- Jednak powiedzenie „nie igraj z facetem” nie jest bezpodstawne. Masz szczęście, że cię nie walnął. – Fang siedziała na krześle i bawiła się z Bhaktim.
- Co ty tu...? – Vanille otarła łzy wierzchem dłoni. – Co tutaj robisz?
- Przyszłam. – kobieta wzruszyła ramionami.
- Nie mieszkasz tutaj.
- W Oerbie wszystko jest wspólne. – pogroziła palcem.
Policzki zapiekły Vanille.
- I tak nic mi już bardziej nie zepsuje wieczoru.
- Serio? Tamten dzieciak był dość żwawy jak tych kilka piw, które w siebie wlał. Myślałam, że dojdzie do rękoczynów.
- O, i co planowałaś? Popatrzeć?
Fang uśmiechnęła się złowrogo, odgarniając do tyłu włosy.
- A wolałabyś, żebym się włączyła?
- Nie bardzo.
- No, ale teraz problem z głowy. – ziewnęła ostentacyjnie. – Facet nie będzie się łudził, że ma u ciebie szanse.
Vanille wahała się przez sekundę, ale w końcu usiadła na krześle obok.
- Po co przyszłaś?
Kobieta spoważniała.
- Przyszłam się pożegnać. Wyjeżdżam.
Vanille nic z tego nie rozumiała. Nie pozostawały w aż tak zażyłej znajomości by Fang fatygowała się by specjalnie przyjść i powiedzieć „do widzenia”.
- To nie będzie „do widzenia”. Raczej „żegnaj”. – skwitowała jakby odczytując jej myśli.
- Obawiam się, że już nie wrócę w te strony.
- Przecież dopiero co przybyłaś. Pochodzisz stąd...
- Nawet, gdybym chciała wrócić... raczej nie będę mogła. – Fang uśmiechnęła się pobłażliwie, a ponura wiadomość spłynęła wprost na Vanille.
- Czyli się zdecydowałaś?
- No tak, przecież mówiłam.
- Kiedy?
- Jutro wieczorem.
Szybko. Vanille nie spodziewała się jak duże wrażenie wywrze na niej ta sytuacja. Roześmiała się nerwowo.
- Naprawdę tego chcesz? – tylko to głupie pytanie przyszło jej do głowy.
- Chcę tego. – oznajmiła Fang z naciskiem. – Chociaż na pewno ciekawie byłoby obserwować jak niemrawo radzisz sobie z kolejnymi facetami.
Westchnęła wstając.
- Nie lubię łzawych pożegnań więc nie rzucaj mi się na szyję. – zachichotała mrugając porozumiewawczo. – Bywaj.
Po tych słowach wyszła zamykając drzwi. Vanille zgasiła światło i stała przez moment w ciemnościach. Przez okno dostrzegła, że ktoś czekał na Fang. Mężczyzna. Oboje ruszyli w stronę wyjścia z wioski. Spanikowana Vanille wypadła z domu i popędziła za nimi. Szli wolno, jakby leniwie. Rozmawiali o czymś cicho. Czyżby Fang kłamała i już dziś zamierzała odwiedzić Animę? Z bijącym sercem Vanille kucnęła nieopodal ogrodzenia. Tamci dwoje też przystanęli, a ich głosy stały się nieco bardziej wyraźne. Dziewczyna rozpoznała członka klanu Yun.
- Nie musisz robić tego o co cię prosi starszyzna. – podjął z naciskiem.
Białe zęby Fang błysnęły w mroku.
- Nikt mnie o nic nie prosi, to prywatna decyzja.
- Nie mówi, że robisz to dla tej małej...
- Sam dobrze znasz podania. – stwierdziła Fang z przekąsem. – Pod koniec wielkiej wojny l’Cie z klanu Yun posiądzie moc przemiany w Ragnarok, potwora który strąci Cocoon z nieba.
- Nikt nie powiedział, że to masz być ty.
- Jestem ostatnią z tamtej krwi.
- Przepowiednia nie jest dokładna. Nawet jeśli zostaniesz l’Cie nie wiadomo czy pojawi się Ragnarok, a ty nie będziesz się już mogła wycofać.
- Nawet jeśli nie zakończę wojny i nie zniszczę Cocoon, wolę zostać l’Cie. – westchnęła.
Widać było, że między Fang a resztą klanu nie ma żadnych tajemnic. Znali się niemal od podszewki.
- Wolę walczyć, niż jej przeszkadzać.
- Żartujesz chyba.
- Obawiam się, że moją fascynacja może się z czasem zmienić w obsesję. – przyznała Fang z goryczą. – Zwłaszcza, że chcę czegoś czego nie mogę mieć.
Przez moment milczeli, a potem mężczyzna szepnął ledwo słyszalnie:
- Aż tak ją kochasz?
Na środku wioski ktoś rozpalał conocne ognisko i płomień buchnął oświetlając całą osadę. Vanille mogła dobrze przyjrzeć się twarzy Fang. Ale ta pozostawała nieprzenikniona jak głaz. Jedynie zielone oczy błyszczały tajemniczo.
- Nazwij to jak chcesz. – odparła w końcu. – Jeśli tylko będę mogła ją chronić, tyle mi wystarczy. Nie chcę niczego więcej.
Coś uciskało klatkę piersiową Vanille. Przez chwilę miała wrażenie, że ją rozsadzi. Kotłowały się w niej strach, gniew i czułość. Pewna jej część żałowała, że poszła podsłuchiwać. Naprawdę byłoby lżej nie słyszeć tych wynurzeń.
Fang stała jeszcze przez moment z kompanem, a potem tamten zawrócił. Ku uldze Vanille kobieta zignorowała bramę wyjściową z Oerby i skręciła w bok. Zaciskając pięści, dziewczyna ruszyła za nią. Czarnowłosa udała się wprost do budynku, gdzie pomieszkiwała od czasu przybycia do osady. Nie spieszyło się jej. Vanille była już dobrze poirytowana kiedy tamta wreszcie zniknęła we wnętrzu budynku. Dziewczyna odczekała chwilę, po czym z bijącym sercem podeszła do drzwi. Sączyło się spod nich blade światło. Obserwując cienie przez lekko uchylone okno mogła stwierdzić, że Fang jest w tej chwili sama. Nie mieszkała z nikim, zgodnie z wolą starszyzny. I zgodnie z wolą starszyzny chciała zostać l’Cie. Wspomnienie tego faktu, na nowo zatrzęsło Vanille. Gotowa na wszystko nacisnęła klamkę i wparowała wściekle zaciskając mocno powieki.
- Zamierzasz zostać l’Cie! To znaczy, że cały czas... kłamałaś!!! – wbrew zamierzeniom głos się jej załamał, ale nie planowała przestać. – Jakim cudem masz zamiar mnie chronić, skoro cię tutaj nie będzie?! No jak?!!
Odpowiedziała jej cisza, dopiero potem usłyszała lekkie chrząknięcie. Zaalarmowana otworzyła oczy. Wewnątrz pomieszczenia siedziało dwóch, zdezorientowanych wojowników. Fang podpierała ścianę, robiąc przy tym prowizoryczny opatrunek na oszpecone ramię. Teraz jednak zamarła otwierając usta. Vanille powinna być dumna z zaskoczenia jakie wywołała, ale zamiast tego czuła jedynie wstyd. Mężczyźni zerknęli pytająco na Fang.
- Wyjść. – rozkazała bezbarwnie.
Była nieco blada. Wojownicy natychmiast usłuchali, posyłając Vanille przeciągłe spojrzenia.
- Ty to wiesz jak zrobić wejście... – westchnęła Fang siadając przy nocnym stoliku.
Wzięła zapalniczkę i ku zgrozie gościa, opaliła ranę nad tatuażem. Potem obwiązała ramię bandażem. Jej twarz nawet nie drgnęła.
- Masz szczęście, że nikt ze starszyzny cię nie słyszał. – kontynuowała. – Za coś takiego grozi wywalenie z Oerby. Jeśli chcę iść do fal’Cie, nie masz prawa mnie od tego odwodzić.
Vanille tupnęła nogą. Zawsze tak robiła, gdy wytrącano jej z rąk pieczołowicie zbierane argumenty.
- Nie możesz zostać l’Cie!
- Dlaczego?
- Już mówiłam...! – urwała.
Słowa, które tak ochoczo wypaliła na początku, teraz pod czujnym okiem Fang, nie chciały przejść przez gardło.
- Po prostu nie możesz! – zakończyła nieszczęśliwie.
- Acha, dobry powód. – prychnęła Fang, ale coś w jej postawie się zmieniło.
Tak jakby nieporadne wystąpienie dziewczyny mimo wszystko zasiało w niej wątpliwości.
- Jutro wieczorem wybieram się do Tronu. Masz jakikolwiek logiczny argument, żebym tego nie robiła?
Vanille przygryzła wargę. Cholera, wszystko szło nie tak. Jak zwykle nie mogła dobrnąć do szczęśliwego finału.
- Jeśli to wszystko, możesz już iść. Zamierzam udać się na rozmowę z radą wioski. Dobranoc. – Fang mało uprzejmie wskazała drzwi.
W sumie Vanille nie dziwiła się takiemu zachowaniu. Decyzja o zostanie l’Cie nie mogła być łatwa, a ona przyszła tu tylko narobić bałaganu...
- Nie zostawiaj mnie.
Stała odwrócona plecami i Fang nie mogła jej dobrze słyszeć.
- Mówiłaś coś? – upewniła się.
- Nie zostawiaj mnie! – tym razem krzyknęła.
Fang długo nie odpowiadała. Dopiero potem Vanille dobiegło skrzypnięcie zamykanych drzwi.
- Ja... nie mam żadnego logicznego powodu, ale jeśli możesz... po prostu zostań dla mnie, dobrze? Może tak być...?
Odpowiedziała jej cisz. Odwróciła się niepewnie by odkryć, że w pomieszczeniu została tylko ona. Fang wyszła.
***
Vanille nie rozumiała co takiego kotłuje się w jej głowie, kiedy zamiast opuścić mieszkanie, czekała tam długie godziny. Nie miała pojęcia kiedy kobieta wróci i czy w ogóle. A przede wszystkim czy słyszała choćby połowę z tego co Vanille z siebie wydusiła. W końcu zaczął ją łamać sen. Ułożyła się na brzegu łóżka. Próbowała cały czas mieć oczy szeroko otwarte, ale ostatecznie sama nawet nie poczuła kiedy zasnęła. Obudziło ją dopiero muśnięcie na skroniach. Ktoś jeszcze był w pokoju. Zielone oczy obserwowały ją badawczo.
- Myślałam, że sobie pójdziesz. – mruknęła cicho Fang.
- Nie mogłam. – przyznała Vanille.
Na zewnątrz nadal było ciemno, ale ptaki z wolna zaczynały wyśpiewywać trele. Vanille dobrze wiedziała, że kończy się jej czas. Uniosła się z posłania i zacisnęła dłoń na ręce Fang.
- Skoro tak to ma wyglądać, idę z tobą.
Kobieta posłała jej zszokowane spojrzenie, ale miała to gdzieś.
- Zostanę l’Cie.
- Oszalałaś.
- Wtedy będę zawsze obok ciebie.
Rozumiała gorycz zawartą w tym słowie. „Zawsze” dla l’Cie nie było tym samym „zawsze”, o którym czytało się w bajkach.
- Nie bądź głupia! Nie pozwalam! - warknęła Fang, odpychając ją od siebie.
- No to zostań w Oerbie. – Vanille zrobiła błagalną minę. – Jeśli Anima cię wybierze to trudno, ale nie pchaj się tam sama.
Nie była pewna wielu rzeczy, ale teraz wiedziała, że jeśli Fang odejdzie stanie się coś złego. Kobieta skrzywiła się pod nosem. Vanille czekała z natężeniem, a inne, zupełnie nowe doznania budziły się w niej powoli jakby wbrew woli.
- Tak mnie zawsze uczono. – rzuciła Fang, pozornie bez związku. – Że trzeba walczyć, że tylko tak człowiek zwiększa własną wartość.
Popatrzyła na Vanille.
- Potrafię cię ochronić. Wiem, że potrafię. Jako l’Cie mogłabym zniszczyć Cocoon. Nie musiałabyś się już bać. Nie chcesz tego...?
Nie zdążyła dodać nic więcej, bo Vanille zarzuciła jej ręce na szyję i wpiła się mocno wargami w pełne usta Fang. Pocałunek miał lekko gorzki smak, ale nie chciała go przerwać. Dopiero czarnowłosa ujęła ją pod brodę i zmusiła by spojrzała jej w oczy.
- Obojętne czy jako l’Cie czy jako człowiek... obiecaj mi, że nigdy mnie nie zostawisz.... – szeptała Vanille, a łzy spływały jej ciurkiem po policzkach. – Obiecaj mi to... – wbiła paznokcie w skórę Fang jakby w ten sposób chciała oznaczyć, że należy tylko do niej.
- Obiecuję. – głos kobiety był ciepły.
Tym razem Fang pierwsza zaczęła ją całować. Coraz szybciej i bardziej brutalnie, tak jakby to miał być ich pierwszy i ostatni raz. Vanille delikatnie rozsunęła wargi, pozwalając by Fang pieściła jej język swoim.
- Na pewno tego chcesz?
- Acha...
- To dobrze. Ja też.
- Acha...
- Bardzo cię chcę.
Szybko zrzuciły z siebie ubranie i legły blisko siebie na łóżku. Ciało przy ciele. Ich ciche westchnienia mieszały się w jedną melodię jak towarzyszy wszystkim szczęśliwym ludziom. Tamtej nocy Fang posiadła Vanille w taki sposób jak nikt wcześniej. Wprawne pieszczoty wznosiły dziewczynę na wyżyny rozkoszy o jakich istnieniu nie miała pojęcia. Raz wzbudzony ogień musiał znaleźć ujście. Vanille krzyczała bardziej z przyjemności, niż z bólu, a Fang całowała jej ciało naprężone do granic możliwości. W tamtej jednej krótkiej chwili, Vanille pomyślała, że zwyczajne życie w Oerbie byłoby najlepszą rzeczą jaka mogła je obie spotkać. Kiedy zaczynało już świtać, wtuliła się we wciąż jeszcze rozpalone ciało kochanki i układając głowę na jej piersi, z radością patrzyła ku wschodzącemu słońcu. Miarowe bicie serca tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że Fang będzie przy niej. To był tego jasny dowód.
Obudziła się dopiero w południe. Tak przynajmniej sądziła, bo na zewnątrz mieszkańcy osady krzątali się w najlepsze. Vanille wstała i szybko narzuciła ciuchy. Zarumieniła się na widok rozbebeszonego łóżka – świadectwa tego co wyprawiała w nocy. Zachichotała. Fang gdzieś wyszła, ale zostawiła wiadomość. Vanille dziesięć razy przeczytała trzyzdaniowy list. Przez cały dzień będzie zajęta, ale chciała spotkać się wieczorem na najwyższym wzgórzu Oerby. Vanille była uradowana. Nie raz tam chodziła. Ze wzgórza roztaczał się świetny widok na okolicę. Parę razy urządziły tam z Rubi piknik. Cały dzień spędziła fruwając w obłokach. Znów była cieszącą się ze wszystkiego Vanille. Zżerająca ją od jakiegoś czasu niepewność, rozwiała się jak pod działaniem magii. „Fang” – to imię powtarzała sobie przez cały czas. Robiła wszystko co jej polecono bez mrugnięcia okiem. Rubi obserwowała ją uważnie, ale ostatecznie i ona dała się porwać odzyskanemu optymizmowi przyjaciółki. Faktycznie, przez cały dzień Fang nie pojawiła się w Oerbie, ale Vanille widziała mężczyzn z jej klanu jak zaśmiewali się krążąc po osadzie. Wieczorem stawiła się na umówione miejsce pół godziny przed czasem. Wzięła ze sobą Bhaktiego i zdjęcie, które Fang wręczyła jej parę dni wcześniej. To była dziwna fotka. Fang patrzyła się prosto w obiektyw, ale Vanille miała naburmuszoną minę. Nic nie szkodzi, zrobią sobie jeszcze wiele wspólnych zdjęć. Westchnęła rozkładając się na trawie. Owady brzęczały w wysokich chaszczach, a Bhakti wiernie trwał przy swojej pani. Nie wiedziała ile czasu spędziła rozkoszując się widokiem zachodzącego słońca, ale w końcu zdała sobie sprawę, że Fang się spóźnia. Bhakti też zaczął być niespokojny. Vanille wróciła nawet na drogę do osady, ale nigdzie nie dostrzegła znajomej, wysokiej sylwetki.
- Co jest? – mruknęła.
Wróciła na wzgórze z zamiarem czekania do oporu, gdy usłyszała szelest.
- Fang...! – odwróciła się radośnie, ale zamiast zielonych oczu spoglądały na nią niebieskie należące do Rubi.
Przyjaciółka wyglądała na zaniepokojoną.
- Vanille... – przypadła do niej. – Czekasz na nią, prawda?
- Eee... no tak. – skwitowała Vanille.
Rubi nie miała zielonego pojęcia o tym co zaszło ostatniej nocy i wydawało się najwłaściwszym by tak na razie pozostało.
- Vanille... ona nie przyjdzie.
- Jak to?
- Odeszła.
Coś jak lodowate ostrze przeszyło wnętrze jej głowy. Przez moment nic nie widziała, ani nie słyszała.
- Podsłuchałam rozmowę starszyzny... Dziś rano Oerba Yun Fang, udała się do tronu Animy... Vanille, słyszysz mnie?!
Wstała tak nagle, że Rubi musiała się nieźle wystraszyć.
- Do Tronu Animy. – powtórzyła bezbarwnie.
- Vanille... Vanille, co zamierzasz...? Vanille, odpowiedz... Vanille!!!
Głos Rubi oddalał się. W miarę jak biegła nawoływania przyjaciółki coraz bardziej przypominały echo. Bhakti przez moment dotrzymywał kroku swojej pani, ale jego sprężyny szybko odpadły przy takiej prędkości i wylądował w krzakach. Ćwierkał jakby w czeluściach własnego mechanizmu rozumiał, że nie zobaczy Vanille przez bardzo długi czas. Dziewczyna tymczasem biegła ile sił w nogach. Fang ją wystawiła. Obiecała, że zostaną razem, a poszła podpisać pakt z fal’Cie. Co z tego, że teraz mogła próbować zniszczyć znienawidzony Cocoon? Dla Vanille to nie miało żadnego znaczenia. Jedynym co się liczyło była Fang, której powierzyła całą siebie. A teraz kobieta pozostawała poza jej zasięgiem. Najpierw wpadła do wioski. W domu przeszukała starą skrzynię po ojcu. Nie miała problemów z namierzeniem fikuśnej, składanej wędki. Za życia ojciec nie raz wyruszał z nią na potwory. Powinna wystarczyć. Do Tronu dotarła, gdy wieczór zmieniał się powoli w noc. Na szczęście nikt z osady jej nie śledził. Rubi odpuściła. Dzikich bestii też nie zanotowała. Wszystko układało się w szczęśliwy przypadek. O ile to w ogóle był przypadek. Zrozumiała, że nie, kiedy wrota Tronu otworzyły się ledwie przed nimi stanęła.
- Fang?! - krzyknęła znalazłszy się w środku. – Fang?! Gdzie jesteś?!
Odpowiedziało jej własne echo. Z determinacją ruszyła dalej. Jeśli kobieta chciała zostać l’Cie na pewno znajdowała się w głównej komorze, gdzie rezydowała potężna istota. Vanille nie miała planu. Szła na żywioł. Nie wiedziała nawet czy fal’Cie rozumieją ludzką mowę. Ale jeśli miała kiedykolwiek opuścić Tron, to tylko z Fang. Pierwszy raz w życiu robiła coś dla drugiego człowieka. Poczucie misji jedynie wzmogło się, gdy natrafiła na długi korytarz, a tam przed wrotami komnaty Animy leżała nieprzytomna Fang. Przypadła do kobiety i odchyliła lekko jej głowę. Miała na sobie niebieską szatę przepasaną wokół ciała. Dzida, z którą się nie rozstawała, spoczywała obok jak oznaka całkowitej kapitulacji. Vanille dostrzegła znamię l’Cie na prawym ramieniu. Do oczu napłynęły jej łzy. Czyli to była prawda. Tak wyglądał ich koniec. Fang przestała być człowiekiem. Kobieta otworzyła wolno oczy i uniosła się na przedramionach.
- Vanille...? Co, do cholery, tutaj robisz?!
Zamiast odpowiedzi zarobiła siarczysty policzek.
- Nienawidzę cię. – wycedziła Vanille, a zaraz potem padła Fang w ramiona. – Nienawidzę cię za to co zrobiłaś...
- Nic nie rozumiesz...
- Właśnie, że rozumiem! Chcesz zgnieść Cocoon, uratować Gran Pulse!
Fang milczała.
- Co innego mi obiecałaś! A zaraz następnego dnia... Ragnarok, Cocoon... Mam to wszystko gdzieś!
- Nie mów tak! - przerwała jej szorstko Fang. – Idź stąd! Nie możesz tu zostać!
- Nigdzie nie idę!
- Vanille!
- Jesteś l’Cie?! No to ja też będę!
Fang chciała coś jeszcze powiedzieć, ale niespodziewanie jej znamię poczęło pulsować jasnym, oślepiającym blaskiem. Wrota komory Animy otwarły się z trzaskiem.
- Już za późno... – syknęła Fang.
Przyciągnęła Vanille do siebie. Stały ciasno objęte przed obliczem fal’Cie, a dziewczyna doznała dziwnego wrażenia jakby podłoga pod ich stopami zamieniła się w bezkresną, gwieździstą przestrzeń. Prąd silnego powietrza wypełnił wnętrze Tronu. Vanille poczuła jak coś wypala jej skórę w okolicach lewego uda, a zaraz potem zobaczyła sztuczny świat unoszący się nad soczyście zielonymi stepami Gran Pulse. Legendarna bestia, Ragnarok, rozrywała Cocoon od środka. Rykowi potwora towarzyszył krzyk milionów umierających. Zaraz potem zapadła ciemność i cisza.

Oerba Yun Fang i Oerba Dia Vanille były tymi l’Cie z Gran Pulse, które w ostatniej fazie Wielkiej Wojny miały przybrać formę bestii Ragnarok i na zawsze pogrzebać Cocoon. Tuż przed finalnym aktem Vanille przeraziła się potęgi stwora oraz idącej za nim pożogi. Uciekła z pola walki, zostawiając swoją partnerkę w formie niekompletnego Ragnarok. Samotnej Fang udało się rozkruszyć powłokę Cocoon, ale dzięki interwencji bogini Etro, nie udało się jej dokończyć masakry. Vanille i Fang, mimo przerwanego zadania, zamieniły się w kryształ we wnętrzu Tronu Animy, gdzie po raz pierwszy spojrzały na świat jako l’Cie. Ani one, ani nikt inny nie mógł podejrzewać, że ostateczne starcie nastąpi 500 lat później, gdy Tron Animy stanie się częścią materiały naprawczego dla uszkodzonego Cocoon. Zmechanizowana budowla trafi do przygranicznego kurortu Bodhum, razem ze śpiącymi w środku l’Cie...



EDIT: Dla zainteresowanych prezentuję dwa filmiki o bohaterkach fika. Pierwszy skupia się bardziej na Fang, podczas gdy drugi jest o Vanille.



Ostatnio zmieniany: 2013/04/18 12:30 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/04/08 14:47 #9639 przez Noel Kreiss
PRZECZYTAŁEM! (Bo "pierwszy!" jest zbyt mainstreamowe :P ) ;)
999999/6! Vanille była bardzo Vanillciowata, a Fang Fangowata. Dawno się tak uśmiałem (np. leczenie sypiania z urządzeniami :P ). Zauważyłem trochę literówek, ale nic poważnego.

W każdym bądź razie ładnie poprowadziłaś fabułę, było dość filmowo (no bo jak w 'realu' dochodzi do aktu pomiędzy dwójką ludzi po kilku dniach; jak dla mnie to takie rzeczy to są bardziej 'filmowe' niż realne). Opisy są bardzo barwne: czytając fika miałem wrażenie podróżowania wraz z Vanillcią. Myślałem, że pociągniesz też już samą przemianę w Ragnaroka i uszkodzenie Cocoon, ale zostawiłaś to skromnej narracji.





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/04/08 15:35 - 2013/04/08 15:36 #9640 przez Lacus Clyne
Wow, szybki jesteś :) Taaa, literówki to moja zmora. Nie potrafię sama ich usunąć całkowicie, musiałby to robić ktoś inny :P Korciło mnie, żeby popisać dalej, albo żeby w ogóle wyszło trochę dłuższe, ale pomyślałam, że czasem lepiej zostawić pewne rzeczy wyobraźni. Np przemiana w Rangaroka na końcu gry jest tak epicka, że nie jestem pewna czy potrafiłabym to opisać równie zajebiście jak pokazała to gra.

Serio, za szybko "to" zrobiły? :P Fang w wiosce jednak trochę pobyła, a Vanillcia od razu chciała "to" z nią zrobić ahahaha poza tym musiały zdążyć przed końcem fika...

W każdym razie cieszę się, że Ci się podobało :-) BTW to chyba pierwszy fik FF, który skończyłam.
Ostatnio zmieniany: 2013/04/08 15:36 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/04/08 15:46 #9641 przez Em
LC, ja Ci dobrze radzę: weź to przetłumacz na angielski i wyślij do SE, żeby im się w głowie rozjaśniło i zrobili grę o tym, a nie jakieś durnoty o Lightning odstawiającej pawiana na słupie telegraficznym. Już Ci to chyba kiedyś mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz, że czytając Twoje fanfiki i opowiadania, kompletnie nie pamiętam, że to jest pisane przez amatorkę. Nawet pomimo jakichś tam małych błędów i niedoszlifowań to jest po prostu dobra, staranna robota.

Vanille przedstawiona jest świetnie, choć trochę mniej wesołkowato niż w trzynastce, ale to zrozumiałe, skoro tam wciąż udawała radość, by ukryć smutek. Fang natomiast jest jeszcze lepsza niż w oryginale, a przecież już w trzynastce była najbardziej męską postacią z całej obsady :P

Również uważam, że skończenie w tym momencie to dobry wybór. Zawsze lepiej pozostawić lekki niedosyt i zostawić niektóre rzeczy wyobraźni. Tak czy inaczej, wyszło Ci to świetnie, gratulacje :)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2013/04/09 15:50 #9642 przez Noel Kreiss

Emoonia napisał: LC, ja Ci dobrze radzę: weź to przetłumacz na angielski i wyślij do SE, żeby im się w głowie rozjaśniło i zrobili grę o tym, a nie jakieś durnoty o Lightning odstawiającej pawiana na słupie telegraficznym.

Zmarłem.

A tak poza tym, to L'Cie chyba właśnie wyjaśniła jak to się dzieje, że Vanillcia ma inne odgłosy w trakcie walki niż pozostałe postaci (chociażby dobitny przykład z Gestalt Modem Hecatoncheira ;) ).





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 123 gości oraz 5 użytkowników.

  • 19kefir11
  • Noel Kreiss
  • piotrk
  • piranha
  • Robin

Nowy poziom!

  • ulfik za 10 dni awansuje na nowy poziom! (21)