Forum

Jak poderwać komendanta w 7 dni

Więcej
2012/02/14 00:30 #8342 przez shizonek
14 lutego - słowo się rzekło, fanfik u płota xD

Na wszelki wypadek, jakby ACTA kiedyś tu zajrzała ;P >>>
Wszystkie postacie i nazwy własne w poniższym fanfiku (poza kilkoma zmyślonymi) nie należą do mnie, jeno do przenajświętszego Square Enix, niech słońce opromienia go światłością po kres istnienia.


. . . . .

Shizonek zasiadła wygodnie na fotelu przed kompem i po krótkim szukaniu inspiracji w idealnie szarej ścianie (zwanej przez nią pretensjonalnie grafitową, a przez normalnych ludzi burą), zaczęła pisać.
- Zastanawiałam się w jakich realiach umieścić tę historyjkę, i uznałam, że może sobie być lajtową (ale to wcale nie znaczy, że będą wygłupy do kwadratu;) kontynuacją "Jesteś jednym z nas". To z czystego lenistwa, bo nie chciało mi się wymyślać czegoś nowego, a tu tak elegancko pasowało, że aż żal było nie skorzystać:p Zamierzałam napisać komroma, znanego lepiej pod nazwą komedia romantyczna. Pewnie wyszła mi reumatyczna zmiksowana gdzieś od połowy z rozlazłą telenowelą;P ale co tam. W każdym razie miałam niezłą rozrywkę przy pisaniu, zwłaszcza przy końcówce, która jest tak przesłodzona, że aż zęby bolą;P (chyba udało mi się nawet przebić pod tym względem oficjalny ósemkowy ending, heheh).
Tytuł i plakacik - zwłaszcza ten drugi - nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do głównych bohaterów. No i tym razem tak ma być, prosto między oczy. Żadnych niedomówień;p
Szczerze mówiąc, nie miałam w planach pisania fika tego typu, gdyż ani to oryginalne, ani rzadko spotykane. Już nie wspominając o tym, że same opowiastki o S&S są baaardzo oklepane i trudno w tej materii wykrzesać coś, czego ktoś inny już gdzieś kiedyś nie napisał. Wiedząc, że koła nie wynajdę, pourozmaicałam sobie za to całość filmowymi cytatami i motywkami:)
Tak więc zaczęłam pisanie trochę z nastawieniem "anty", nie chcąc dołączać do niezliczonej rzeszy autorów fików ze Squallem i Seiferem w wydaniu 'romantycznym' :> Nie do końca to moja działka i-
- To po cholerę to napisałaś? - wtrącił się wściekły Squall. - Od stutysięcznego fanfika o nas świat nie stanie się lepszy.
- Ludzie, z wami jest coś nie tak - zdenerwował się Seifer. - Co jeszcze mamy zrobić, żeby do was dotarło, że się NIE lubimy?! "Nie" to odwrotność "tak", czaisz bazę?
- Otóż to. Zrozum, że nie cierpię tego buca - oznajmił ponuro Squall, wskazując na kolegę. - Działa mi na nerwy.
- I nawzajem, Leonhart, zakuta pało - odciął się Seifer. - Przez całą grę skakaliśmy sobie do gardeł. Czy dla waszych pokręconych mózgów to oznaka sympatii?
- No, ale przecież... - próbowała nieudolnie tłumaczyć się shizonek.
- Żadnego ale! Dlaczego wszystkim autorom fanfików wydaje się, że nie marzymy o niczym innym, jak tylko o obściskiwaniu się w Centrum Treningowym, w krzakach, pod prysznicem, w dormitorium, gabinecie dowódcy, na korytarzu, parkingu, w samochodzie, Ragnaroku, windzie, na stole kuchennym, na plaży, w zaspie śniegu - Squall sumiennie wyliczał grzeszki fanfikowych pisarzy.
Shizonek zaczęła przysłuchiwać się temu z zainteresowaniem, Seifer też.
- Co tak na mnie patrzycie? - urwał speszony Squall.
- A nic, nic. To ciekawe, co mówisz - wyjaśniła shizonek, zerkając niecierpliwie w stronę klawiatury.
- Tak, i to barrrdzo - potwierdził Seifer, spoglądając na Squalla powłóczyście. - Na stole kuchennym, powiadasz?
- Odwalcie się! - rozzłościł się Squall. - Nie poleciałbym na kogoś takiego jak on - machnął wzgardliwie dłonią w kierunku kolegi.
- Niby czemu? - nadął się dotknięty Seifer. - Myślisz, że jesteś lepszy? Chudy gnojek w idiotycznym ubraniu. Ja przynajmniej wyglądam jak normalny facet.
- Normalny! - parsknął oburzony Squall. - Tylko że masz nienormalny charakter! Wiesz, ilu Almasy'ch potrzeba do wkręcenia żarówki? Trzech. Pierwszy przechwala się, że wkręca żarówki najlepiej na świecie, drugi obraża wszystkich, którzy mają inne zdanie, a trzeci każe ją wkręcić komu innemu.
- Ja ci zaraz wkręcę, gówniarzu!
- Idźcie już lepiej, początkowe napisy właśnie lecą
- ucięła te przekomarzania shizonek, wypychając obydwóch malkontentów na scenę i zastanawiając się, czy się pobiją, czy wręcz przeciwnie.
Następnie zasiadła ponownie nad klawiaturą i zastanowiła się, co jeszcze miała napisać.
- Aha, już wiem. Fik jest spowodowany luźno i dla żartu rzuconą sugestią Emoonii, któraż to Emoonia zadziałała jak mr Cobb z Incepcji. Napisałam więc to opowiadanko, żeby mi mózg nie eksplodował;P Napisałam, pozbyłam się, mam spokój. "To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść..."
Inspirowało mnie sentymentalne brzmienie tego kawałka: Kasabian 'Goodbye Kiss' . Bez niego nie napisałabym nawet połowy (jakoś tak odpowiednio promieniował), tak więc wspominam go bardzo ciepło w roli 'dopalacza' ;p Gdybym miała wybierać, to byłby mój filmowy motyw przewodni Squalla i Seifera xD

Fik liczy ...16 rozdziałów;) różnej długości, ale to tylko tak strasznie wygląda. Naprawdę nie jest bardzo długi.



Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/14 00:31 #8343 przez shizonek
Jak poderwać komendanta w 7 dni

1. SeeD

Seifer Almasy nie poddawał się z byle powodu. Zawsze walczył do końca, zaciekle i dzielnie - nawet jeśli wiedział, że walka jest przegrana. Tym razem przeciwnik okazał się jednak wyjątkowo podstępny i przebiegły. Zaatakował po cichu niczego nie spodziewającego się Seifera, a gdy chłopak się zorientował, było już za późno na stawienie czoła zagrożeniu. Za późno na opór. Za późno nawet na zrozumienie, co się stało. Seifer się zakochał.
Nie to jednak było najgorsze. Prawdziwym problemem był jego obiekt uczuć. Ku swemu przerażeniu Seifer poczuł zauroczenie swoim odwiecznym rywalem, Squallem Leonhartem. Tym samym, którego gnębił od niepamiętnych czasów. Tym samym, przeciwko któremu walczył podczas konfliktu z Ultimecją. Tym samym, który skopał mu tyłek i jednocześnie wyciągnął z estharskiego więzienia.
Kolejny problem stanowił fakt, że kolega, mówiąc delikatnie, nie pałał do niego zbytnią sympatią. I na koniec pozostawała drobna kwestia, a mianowicie - Squall nie interesował się facetami. Seifer oczywiście też nie. Więc jakim cudem go to spotkało?
- Cholera jasna, i co ja mam teraz z tym zrobić? - zapytał sam siebie z rozpaczą po raz chyba już setny w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
Usiadł na murku przed Ogrodem Balamb i obserwował Leonharta, który odprawiał kilku SeeD na misję. Tłumaczył im coś, a przywódca niedużej grupki kiwał głową ze zrozumieniem, słuchając jego słów. Seifer patrzył z urazą na Squalla, zupełnie jakby to wszystko była jego wina.
- Hejo, Seif! - przywitał się Raijin, siadając obok przybitego przyjaciela. Z drugiej strony przysiadła się Fujin, skinąwszy mu głową na powitanie.
Fujin i Raijin wrócili w szeregi SeeD, zaś Seifer znalazł schronienie w Ogrodzie, mimo iż wcale o to nie zabiegał.

- - - - - - -

- Masz jakieś plany? - zapytał Squall z udawaną obojętnością wkrótce po ich powitalnym sparingu.
Seifer zerknął na niego, nadal łapiąc oddech. Niechętnie o tym myślał, ale pobyt w więzieniu odrobinę pogorszył jego kondycję.
- Nie - odparł, niefrasobliwie przeczesując palcami włosy. - Nie myślałem o tym jeszcze. Może zahaczę się gdzieś w Balamb.
- Możesz zostać w Ogrodzie - oświadczył nieco szorstko ciemnowłosy szermierz.
Spośród wszystkich ludzi, jakich spotkał w życiu, najdłużej znał właśnie Seifera. Z sierocińca, w którym przebywał jako dziecko, stopniowo odchodzili wszyscy jego koledzy - Zell, Quistis, Irvine i Selphie. Zostawiła go też Ellone. Tylko on i Seifer zostali do końca i razem też wylądowali w Ogrodzie. Odkąd sięgał pamięcią, denerwujący blondyn zawsze był w pobliżu. Nie byli przyjaciółmi, nawet się nie lubili. Jednak gdy Seifer odszedł, żeby zostać "rycerzem czarownicy", Squall po raz pierwszy doświadczył nieobecności kolegi, który dotąd był jedynym stałym elementem w jego życiu. Początkowo nie zwracał uwagi na ten brak, pochłonięty innymi sprawami. Gdy jednak ucichły echa walki z Ultimecją, zaczął czuć się nieswojo bez Seifera i rywalizacji z nim. W iście pokręcony sposób to Almasy był najbliższą mu osobą. "To żałosne", podsumował własne myśli stropiony Squall.
- Mówisz serio? Nie sądziłem, że po tym wszystkim będziesz jeszcze chciał mnie oglądać - przyznał zaskoczony Seifer, przyglądając mu się z ciekawością.
- Wcale mi na tym nie zależy. Jak chcesz, to jedź sobie do Balamb - odparł chłodno Squall, mając jednak niedorzeczną nadzieję, że kolega wybierze Ogród.
- Nie no. Pewnie, że wolałbym zostać tutaj. Jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu - zreflektował się blondyn.
W końcu Ogród był jego jedynym domem, i możliwość powrotu w to miejsce wydawała się kusząca. Jeżeli Leonhart mówi poważnie...
Squall nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. Uważał temat za skończony.
Z początku Seifer czuł się w Ogrodzie dziwnie onieśmielony. Nieczęsto doświadczał takich emocji. Pamiętał jeszcze, jak próbował zniszczyć to miejsce i nieraz myślał, że nie ma prawa tu przebywać. Stopniowo jednak zaczynał wracać do starego stylu bycia. Załoga i dawni koledzy nie żywili do niego urazy, albo uważając go za ofiarę, albo nie przywiązując do całej historii większej wagi. Seifer myślał, że będzie dużo gorzej. Przygotował się nawet na wrogie reakcje i agresję. Spotkanie z członkami 'sierocińcowego gangu', z którymi jeszcze niedawno krzyżował miecze, wypadło jednak nadspodziewanie dobrze.
- Witaj z powrotem, Seifer - z nieznacznym uśmiechem powitała go Quistis.
- Seif! - wykrzyknęła Selphie, jak zwykle radosna i beztroska. - Wróciłeś do nas!
- Mhm - mruknął zakłopotany blondyn, nie spodziewając się takiego ciepłego powitania, bądź co bądź ze strony byłej przeciwniczki. Najwyraźniej tylko on myślał takimi kategoriami.
- Powinniśmy trzymać się razem, Seifer. Jak za starych czasów, o ile je pamiętasz - zażartował Irvine. - Poza tym Squallowi bardzo się nudziło bez ciebie - mrugnął do 'marnotrawnego' kolegi.
- Bzdura - zaprzeczył brunet, patrząc spode łba na Seifera i śmiejącego się strzelca.
- Mam ci dostarczyć rozrywki, Leonhart? - blondyn uniósł brew, na wpół rozbawiony, na wpół niedowierzający. - Po to mnie wyciągnąłeś z paki?
- Nie - zdenerwował się Squall. - Irvine gada głupoty i tyle.
- Widzę, że komitet powitalny stawił się w komplecie - zauważył Seifer. - Nawet Dincht się pojawił. Tęskniłeś za mną, mięczaku?
- Niech cię diabli, Almasy! - wkurzył się Zell. - Jesteś taki jak zawsze, stary draniu!
- Ty też, gamoniu - odwzajemnił się szermierz, powoli zaczynając czuć się pewniej. Zupełnie jakby wchodził na powrót w utarte koleiny. Te same znajome twarze, te same reakcje. Jakby nic się nie zmieniło.
Fujin i Raijin również dotrzymywali mu towarzystwa, jak dawniej. No i dość często widywał się ze Squallem. Spotkał go pewnego razu w Centrum Treningowym i zaproponował powrót do wspólnych ćwiczeń. Squall przez krótką chwilę rozważał propozycję, ale wreszcie skinął głową na znak zgody. Kiedy indziej Seifer spotkał go walczącego z wielkim Iron Giantem. Stanął obok i przyglądał się przez chwilę. Brunet zauważył go i machnął dłonią, by dołączył do niego. Po raz pierwszy od bardzo dawna Seifer walczył ze Squallem po tej samej stronie. Obserwował go z zaciekawieniem. Leonhart naprawdę nieźle wymiatał. Nie mógł też nie zauważyć podziwu, jakim otaczany był młody dowódca. Oczywiście Leonhartowi zwisało to równo. Podziw czy niechęć, wszystko po nim spływało, nie robiąc żadnego wrażenia. Seifer wiedział, że na jego miejscu czułby się o wiele lepiej. I umiałby wykorzystać swoją pozycję.
- Do jutra - pożegnał się, jak zawsze zwięźle, Squall.
- Na razie - odpowiedział mu zamyślony Seifer, odprowadzając wzrokiem jego szczupłą sylwetkę. Znowu było jak dawniej, kiedy regularnie ze sobą trenowali. Seifer nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo brakowało mu tych chwil, wypełnionych męczącymi ćwiczeniami, wymianą ciosów, przyspieszonymi oddechami i metalicznym dźwiękiem zderzających się gunblade'ów.
I właśnie wtedy, patrząc na oddalającego się komendanta, po raz pierwszy poczuł silne drgnięcie serca. Zakłopotany własną reakcją, zamrugał niepewnie, czując przypływ dziwnych emocji. W końcu jednak potrząsnął głową ze zniecierpliwieniem, zabrał Hyperiona i wrócił do swojego pokoju. Od tej pory nie mógł się jednak pozbyć natrętnych myśli o Squallu, zupełnie jakby wrosły mu w mózg. Bez przerwy przypominały mu się fragmenty ich wspólnych treningów i innych spotkań. Złapał się też na tęsknym wpatrywaniu w okno i chęci zobaczenia kolegi. Nie, nie chęci. Palącej, niemal fizjologicznej potrzeby. "Na ogień Ifrita! Ze mną naprawdę jest coś nie tak - spłoszył się. - Co ja tak ciągle o tym Leonharcie?" Przez jakiś czas próbował zająć się czymś innym i unikać przyczyny swojej fascynacji.
Trenował ciężko całymi godzinami w nadziei, że zmęczenie pokona idiotyczną obsesję. Nic z tego. Wykończony do cna wracał do pokoju i gdy rzucał się na łóżko, licząc na rychły sen, ten nie nadchodził. Seifer spędził niezliczone bezsenne godziny na wpatrywaniu się w sufit i pragnieniu, by spotkać się ze Squallem. Brakowało mu powściągliwego towarzysza bardziej, niż był gotów przyznać.
"Jak to się stało? - gubił się w domysłach. - Przecież to niemożliwe, że się... że... Szlag by to, zakochałem się w Leonharcie!" - ze zgrozą uświadomił sobie straszną prawdę. Przez długą chwilę siedział jak ogłuszony, nie mogąc się z tym pogodzić. Jego mózg nie potrafił przyswoić sobie takiej informacji, zupełnie jakby się zawiesił.
"Co się ze mną dzieje? Przecież mi się nawet nie podobają faceci! - przekonywał żarliwie sam siebie, licząc, że racjonalnymi argumentami pokona to zauroczenie. - Pewnie to chwilowa niepoczytalność albo coś w tym rodzaju". Czuł jednak, że się oszukuje.
Chcąc sobie udowodnić, że naprawdę nie gustuje w facetach, usiadł w holu Ogrodu i utkwił desperacki wzrok w jakichś dwóch kadetach. Nie poczuł nic szczególnego. Tych trzech obok... Nie, nic. Przeniósł spojrzenie na grupkę SeeD, przygotowującą się do wymarszu. Było tam ze dwóch gościów, którzy jako tako wyglądali. Seifer przez chwilę patrzył na nich obojętnie jak na poręcz przy schodach. Znowu nic. Spróbował więc sobie wyobrazić... coś. W jego polu widzenia akurat pojawił się Zell Dincht. Seifer z rozpędu dołączył go niechcący do swojej wizji i z miejsca zrobiło mu się niedobrze na myśl o nagim Dinchcie. Stłumił mdłości, czym prędzej dał sobie spokój z testami i wrócił do swojego pokoju, po to tylko, by znowu zaczęły go męczyć fantazje ze Squallem w roli głównej. Wytrzymał heroicznie trzy dni, zmagając się z własnymi uczuciami, po czym dał za wygraną i pokonany, powlókł się do Centrum na trening.
Komendant stał pod wysokimi palmami, w zwyczajowym miejscu, i czyścił Revolvera z jakiejś brei po rozsiekanym potworze. Uniósł na chwilę głowę, zerkając na przybysza i zdawkowo kiwnął mu głową, wracając do przerwanej czynności. Seifer starał się nie zwracać uwagi na żenujące reakcje własnego ciała. Zignorowawszy miękkość w kolanach, wrażenie nadchodzącego ataku serca i inne standardowe w tej sytuacji odczucia, podszedł bliżej.
- Cześć, Squally - przywitał się nonszalancko, dobrze wiedząc, że kolega nie cierpi tego zdrobnienia.
Zgodnie z przypuszczeniem, brunet rzucił mu spojrzenie mrożące do szpiku kości. Seifer wpatrywał się jednak w niebieskie oczy rywala z fascynacją. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz. Podczas walki blondyn zupełnie nie mógł się skupić. Nieświadomy niczego przeciwnik skutecznie go rozpraszał. To wystarczyło, by cały sparing okazał się totalną porażką.
Po zakończeniu treningu Squall odwrócił się, by schować Revolvera do futerału, a Seifer wbił się pałającym wzrokiem w atrakcyjny tył komendanta. Zrobiło mu się gorąco, gdy wyobraził sobie Leonharta pozbawionego tych obcisłych skórzanych spodni. Oczywiście to on, Seifer, byłby tym, który by go ich pozbawił. Niespokojne myśli pobiegły dalej, przechodząc w wizje tego, co Seifer miałby ochotę zrobić z tak zubożonym w garderobę brunetem. Były to niezwykle kuszące obrazki, ale w jednej chwili jasnowłosy wizjoner został ściągnięty z obłoków.
- Na co się gapisz? - burknął Squall, podejrzliwie przyglądając się potężnemu sparingpartnerowi, wpatrującemu się w niego drapieżnym wzrokiem. Nie mógł rozszyfrować jego dziwnego wyrazu twarzy i poczuł lekki niepokój.
- Na coś, co mi się podoba - oznajmił zuchwale Seifer, unosząc wyzywająco podbródek i patrząc Leonhartowi prosto w oczy. Mimo własnego zakłopotania nie mógł sobie odmówić tradycyjnego podrażnienia się z kolegą.
- Nieważne - wymamrotał brunet, odwracając się do niego plecami, zbierając swoje rzeczy i odchodząc bez pożegnania. Seifer przyglądał mu się zaintrygowany.
Wracając do pokoju, zastanawiał się, dlaczego spodobał mu się Leonhart - to znaczy, do pewnego stopnia to nie było dziwne. W końcu na wyglądzie Squallowi nie zbywało. Ale czemu akurat, skoro już, nastąpiło to TERAZ. Przecież znali się od tak dawna. Nie przypominał sobie dnia bez widoku milczącego rywala. Zawsze próbował jakoś zwrócić na siebie jego uwagę i wkurzało go, że Squall go ignorował. Więc próbował jeszcze usilniej, aż w efekcie tych prób obaj kończyli zwykle u doktor Kadowaki. Mimo przestróg i połajanek wracali tam regularnie po swoich bójkach. W Squallu było coś, co zawsze prowokowało go do zaczepek. Obojętność? Dystans? Chwila, w której Seiferowi udawało się wreszcie wyprowadzić z równowagi introwertycznego kolegę, była jego triumfem. Zwycięstwem. Mimo iż za te zwycięstwa przyszło mu zwykle słono płacić. Ale nigdy tego nie żałował.
A teraz znowu, jak za starych czasów, chciał wydobyć ze Squalla emocje. Tylko już innego rodzaju.

- - - - - -

- Cześć, Rai, Fu - Seifer powitał przyjaciół nieobecnym tonem.
- Jeszcze go nie poderwałeś? - żartobliwe pytanie przyjaciela wyrwało go z melancholijnego zamyślenia.
- Kogo niby? - spytał, siląc się na niedbały ton.
- LEONHARTA - dołączyła się do pogawędki Fujin.
- O czym wy gadacie, do cholery?! - wybuchnął zmieszany szermierz.
- Dobrze wiesz, Seif! - uśmiechnął się chytrze ciemnowłosy przyjaciel. - Od dłuższego czasu ja i Fu podejrzewaliśmy, że lubisz chłopaków. No i faktycznie, z tą panienką od Carawaya jakoś ci nie szło, co nie? - kontynuował ze swadą. - Puściła cię w trąbę. To daje do myślenia...
- Nie lubię chłopaków - zaprotestował zły Seifer.
- Taa, jasne - zadrwił Raijin, nie wierząc w to ani przez sekundę. - A ze Squallem to tak po prostu ...niechcący, co nie?
- Nie ma żadnego "ze Squallem" - zdenerwował się blondyn.
- Seifer, spójrz na tamtych gościów - rozweselony kolega nie słuchał zaprzeczeń, tylko wskazał mu głową dwóch wysokich SeeD, którzy czekali na kogoś przy wejściu. - Podobają ci się? Faaajni, co nie? - mrugnął do niego porozumiewawczo.
- Raijin, mam cię udusić? - rozgniewał się szermierz. - Mówię ci, że NIE LECĘ NA FACETÓW!
- Tylko na Leonharta? - zarechotał Raijin, wcale nie przestraszony groźbą uduszenia. - Ładniutki jest, co nie?
- Owszem - Seifer za późno ugryzł się w język. - To znaczy, cholera, chciałem powiedzieć, odwal się!
- No no, nie wypieraj się tak.
- Nie lecę... - zaczął niezmordowanie swoją mantrę jasnowłosy uparciuch.
- Dobra, już wiem. Skoro naprawdę nie podobają ci się INNI faceci, to oznacza tylko jedno. Zakochałeś się w Squallu! - oznajmił uroczyście ciemnowłosy chłopak, brzmiąc, jakby dokonał właśnie odkrycia na skalę światową.
- Raijin, popychasz coraz gorsze głupoty - powiedział złowrogo szermierz, starając się zachować jednocześnie niewzruszony i karcący wyraz twarzy. Ani jedno, ani drugie mu nie wyszło.
- AKURAT - odezwała się Fujin, biorąc stronę gadatliwego kumpla.
- Nie jesteśmy ślepi, wiesz? - poinformował z urazą Raijin.
Seifer spojrzał na dwójkę swoich zbyt spostrzegawczych przyjaciół i zapytał zbolałym głosem:
- Wy naprawdę myślicie, że jestem-
- ...ZAKOCHANY - przerwała mu Fujin.
- ...po uszy - dokończył Raijin, uśmiechając się szeroko.
- ...w Squallu - postawił kropkę nad i zrezygnowany Seifer. - Jak się domyśliliście? - spytał beznadziejnie.
- To było dziecinnie proste. Od tygodnia wpatrujesz się w niego cielęcym wzrokiem - zdemaskował go Raijin, machając lekceważąco ręką.
- Taki jestem oczywisty? Ktoś jeszcze o tym wie? - blondyn żywił nieśmiałą nadzieję, że ta wiedza nie jest zbyt powszechna.
- WSZYSCY - Fujin niemiłosiernie pozbawiła go złudzeń.
- Jak to, wszyscy?! - zapytał zrozpaczony Seifer.
- No, wszyscy w Ogrodzie - uściślił Raijin. - Oprócz Squalla to chyba każdy o tym wie. Zresztą ja i Fu czuliśmy od dawna, że tak się to skończy. Mieliście się ku sobie od samego początku, tylko oryginalnie to okazywaliście - zaśmiał się ironicznie.
Szermierz jęknął cichutko, obejmując skronie dłońmi. Chciał zachować swoją kłopotliwą fascynację w tajemnicy, a tu okazuje się, że nie ma na to cienia szansy.
- Świetnie. Jak Leonhart się domyśli, to pozostanie mi tylko ucieczka do Balamb - pożalił się.
- Leonhart sam z siebie się nie domyśli, przecież wiesz, jaki on jest - pocieszył go Raijin.
- Ale co ja mam właściwie teraz zrobić? - Seifer jeszcze nigdy nie czuł się taki bezradny.
- PODRYW - zaproponowała szelmowsko Fujin.
- Nie żartuj - Seifer spojrzał na przyjaciółkę, jakby jej nagle wyrosła druga głowa. - Nie ma szans. Przecież Squally woli dziewczyny. Poza tym nie sądzę, by za mną przepadał - zauważył trzeźwo. - Ledwie zgadza się ze mną trenować, czasem powie do mnie dwa-trzy słowa i na tym się kończy. To za mało, by mieć jakiekolwiek nadzieje.
- Wyciągnął cię z pudła - przypomniał Raijin, promieniując optymizmem. Fujin energicznie pokiwała głową, popierając słowa kolegi.
- Niby tak, ale znacie go. Pewnie uznał, że to jego obowiązek czy coś, i dlatego to zrobił - wysunął przypuszczenie smętny blondyn.
- LAGUNA - podsunęła trop Fujin.
- Laguna? No wiem, Loire mnie ułaskawił. Aha! Chodzi ci o to, że to ponoć ojciec Leonharta, tak? - zaczął rozumieć gunblader. - A więc to jednak prawda?
Fujin potaknęła, a Raijin wyjaśnił obszerniej.
- Squall nie cierpi swojego tatuśka - zachichotał - jesteśmy tu już jakiś czas i sporo się dowiedzieliśmy. Laguna działa mu na nerwy. Squall usiłuje go unikać najczęściej, jak to możliwe, ale Loire jest niezmordowany. Wiesz, emanuje niekończącym się entuzjazmem do swojego nowo poznanego syna. Pewnie wyobrażał sobie, że przy kolejnym spotkaniu Squall rzuci mu się na szyję ze łzami wzruszenia.
- Naiwniak - zgodził się z krzywym uśmieszkiem Seifer. - Spodziewać się czegoś takiego po Leonharcie!
- Sam więc widzisz. Squall musiał negocjować z Laguną mimo swojej wielkiej niechęci do niego. Ciekawe, co musiał obiecać swojemu staremu za twoje zwolnienie.
- A więc myślicie, że Squally...? - blondyn zawiesił głos, wpatrując się błagalnym wzrokiem w przyjaciół. - No, że choć trochę mu na mnie zależy? "Wyjątkowo żenujący pokaz. Pogrążasz się coraz bardziej" - zbeształ się w duchu, mając chęć palnąć się w czoło z politowaniem.
- MOŻLIWE.
- Nie wiemy, co sobie myśli Leonhart. Ale zrobił dla ciebie bardzo dużo, Seif. Uwierz mi, on naprawdę nie znosi Laguny. Musiało mu bardzo zależeć na twojej wolności, skoro tak się poświęcił - Raijin poklepał przyjaciela po ramieniu, dodając mu otuchy.
- PODRYW - przypomniała Fujin z niecierpliwym błyskiem w oku.
- Łatwo wam powiedzieć - sarknął gunblader. - Leonhart to trudny przypadek. Jak mu się coś nie spodoba, to mnie zatłucze w parę sekund. Albo wywali z Ogrodu. Mam go podrywać... tak jak podrywałem dziewczyny? To nie zadziała.
- SPOSÓB - poddała myśl Fujin.
- Przecież dobrze go znasz, stary - Raijin starał się podnieść przyjaciela na duchu. - Na pewno wymyślisz coś, co sprawi, że Squall rzuci ci się namiętnie w ramiona - zaśmiał się wesoło, a Fujin mu zawtórowała.
- Wielkie dzięki - bąknął Seifer, patrząc na swoich rozweselonych przyjaciół. - Was to bawi, a dla mnie to katastrofa - powiedział z wyrzutem, ale jego ponura mina wywołała tylko kolejne salwy śmiechu.
Fujin i Raijin przez chwilę śmiali się serdecznie z obrażonego przyjaciela. Wreszcie Raijin, ocierając łzy z oczu, powiedział pocieszającym tonem:
- Głowa do góry, Seif. Dasz sobie radę.
- To nie będzie łatwe - naburmuszył się Seifer.
- Ale spróbuj. Nie możemy już patrzeć, jak usychasz z miłości, biedaku - oświadczył złośliwie Raijin.
- Co za ckliwe pierdoły! Wcale nie usycham - warknął zakłopotany gunblader.
- DO DZIEŁA - zarządziła Fujin, popychając przyjaciela do wyjścia. Seifer zerknął w tamtym kierunku i zobaczył Leonharta, który zmierzał w ich stronę.
- Cholera, on tu idzie! - spłoszył się. - Nic mu nie mówcie, dobra?
- Spoko - wyszczerzył się radośnie Raijin. - Rób swoje.
Squall szukał jasnowłosego kolegi, gdyż miał mu coś do powiedzenia. Zauważył go w towarzystwie swojej nieodłącznej 'posse' i podszedł do nich.
- Seifer, przyjdź do mojego gabinetu za parę minut. Mam dla ciebie kilka informacji - oznajmił mu beznamiętnie.
- W porządku. Przyjdę - odpowiedział równie sztywno Seifer, ignorując ponaglającego kuksańca, którym obdarzył go Raijin, i motywującego kopniaka w kostkę od Fujin.
Squall obrzucił podejrzliwym spojrzeniem całą trójkę i odwrócił się, by odejść.
- Seif, co ty wyprawiasz?! - Raijin strofował przyjaciela wściekłym szeptem. - Zatrzymaj go jakoś!
- Squall, zaczekaj chwilę! - zawołał nieco rozpaczliwie Seifer, zastanawiając się gorączkowo, co powiedzieć. Niech to szlag, akurat miał totalną pustkę w głowie.
Brunet zatrzymał się i ponownie odwrócił się w jego stronę z pytającym wyrazem twarzy.
- Zresztą nieważne - wycofał się blondyn - powiem ci, jak przyjdę.
Squall zmrużył oczy z irytacją i odszedł bez słowa.
- KRETYN - Fujin podsumowała Seifera, pukając się w głowę.
- TO miał być podryw? - Raijin nie wierzył własnym oczom. - Stary, co z tobą? Przecież zawsze miałeś gadane!
- O rany, no - zdenerwował się gunblader. - Jakoś mnie zatkało, kiedy tak na mnie patrzył. Zapomniałem, co miałem powiedzieć.
- Chłopie, ty się faktycznie zakochałeś! - zarżał z uciechą ciemnowłosy chłopak.
- Wielki dzięki, Raijin. Drzyj się jeszcze głośniej, niech każdy usłyszy - zmieszał się Seifer, widząc, iż śmiech kumpla ściągnął uwagę przechodzących kadetów. - Myślisz, że mnie to cieszy? I jeszcze trafiłem na Squalla, który mnie nie cierpi. Mam PRZE-RĄ-BA-NE!
- OPTYMIZM - pouczyła go Fujin.
- Taa, jak tu być optymistą - rozżalił się Seifer. - Poderwij-zabójczego-skurczybyka-który-skopał-najpotężniejszą-czarownicę-na-świecie. "I mnie" - dodał z dąsem w myślach.
- Leć już lepiej, stary - ponaglił go Raijin. - Masz randkę ze swoim zabójczym amantem w jego gabinecie. Nie zmarnuj okazji i-
- ...WRÓĆ ŻYWY.
- Dobra, no to idę - mruknął blondyn, wstając z miejsca i kierując się ku Ogrodowi krokiem jak na ścięcie.
Raijin i Fujin patrzyli za odchodzącym przyjacielem.
- Długo to trwało. Tyle lat się brali za łby... No, ale w końcu się doczekaliśmy - prychnął wesoło Raijin.
- NAJWYŻSZA PORA - skomentowała Fujin z ironicznym uśmieszkiem.

Seifer zapukał do drzwi gabinetu komendanta. Serce zabiło mu szybciej, gdy usłyszał suche: "Wejść". W środku było ciemnawo, jedynym źródłem światła było duże okno, przy którym Squall miał biurko. Blondyn był tu po raz pierwszy, więc z ciekawością rozglądał się wokoło. Widać było, że użytkownik tego pokoju to asceta. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy, nie było tu żadnych ozdób ani zbędnych przedmiotów. Całe wnętrze było podporządkowane spełnianiu określonych zadań, idealnie funkcjonalne i bezosobowe. W kącie piętrzyły się pudła z dokumentami, a obok stała szafa z segregatorami. Jedynym elementem, wyróżniającym się z gładkiej przestrzeni ścian, była wisząca mapa świata. Rozejrzawszy się po pomieszczeniu, Seifer zwrócił wreszcie wzrok na szefa Ogrodu, siedzącego przy biurku. Squall wyglądał za wielkim blatem na dziwnie drobnego. Kto by uwierzył, że to jeden z najlepszych i najpotężniejszych fighterów na ziemi? Seifer stał i patrzył na niego w milczeniu, starając się odegnać z umysłu wszystkie nieobyczajne myśli. Komendant machnął nieznacznie dłonią, nakazując mu usiąść. Blondyn posłuchał, nie odrywając od niego wzroku.
- Więc - zagaił Squall - postanowiłeś ponownie zdawać egzamin na SeeD?
- Tak - potwierdził krótko Seifer, pozostawiając mu dalsze prowadzenie rozmowy.
To było chyba zbyt wygórowane oczekiwanie. Leonhart zamilkł, wpatrując się jednak w kandydata na SeeD z namysłem i ciekawością. Seifer zlitował się nad nim wreszcie i zapytał:
- Chcesz wiedzieć, dlaczego, co nie?
Ciemnowłosy szermierz wzruszył ramionami i mruknął:
- Wszystko mi jedno.
Seifer o mało się nie roześmiał. Stary, poczciwy Squally! Nigdy w życiu nie przyzna się, że coś go ciekawi. Obchodzi.
- Skoro tak, to chyba nie muszę się tłumaczyć - odparł nonszalancko, rozpierając się wygodniej na krześle.
Brunet zasępił się. Nie miał zamiaru wyciągać od Almasy'ego wyznań, choć intrygowała go ta decyzja. Dał za wygraną i oznajmił:
- To twoja ostatnia szansa. Jak teraz nie zdasz, to już nigdy nie będziesz SeeD.
- Wiem. Ale tym razem zdam, Squally.
Chłopak skrzywił się z niechęcią. Nie znosił tego protekcjonalnego zdrobnienia.
- Pojutrze o drugiej - poinformował go lodowatym tonem. - Nie spóźnij się.
Blondyn skinął głową bez słowa. Squalla dziwiło jego zachowanie. Był taki skupiony i milczący, całkiem jak nie on.
- Masz tu kilka papierów dotyczących twojego zwolnienia - zdecydował się porzucić temat egzaminu. - Przeczytaj je i podpisz.
Po paru minutach sprawa była załatwiona i Seifer był wolny.
- Możesz już iść - odprawił go Squall, wbijając wzrok w dokumenty leżące na biurku i zamierzając wrócić do pracy.
- Spotkamy się. Mam rację? - pytanie ponownie zwróciło uwagę komendanta. - Na moim egzaminie - wyjaśnił Seifer.
- Skąd wiesz? - wyrwało się Squallowi.
Jasnowłosy gunblader uśmiechnął się szeroko. Dobrze znał swojego rywala. Nie będzie mógł odmówić sobie zobaczenia na własne oczy, jak Seifer sobie poradzi.
- Zgadłem, prawda? Kto będzie instruktorem dla mojego oddziału?
- Ja - przyznał z ociąganiem Squall. Poczuł się teraz bardzo głupio, gdy zrozumiał, że Seifer wyobrazi sobie nie wiadomo co. Że mu zależy albo coś w tym rodzaju.
- Proszę, proszę, jaki zaszczyt! - zakpił blondyn, kłaniając się nisko przesadnym, teatralnym gestem. - Sam Niezwyciężony Komendant Leonhart uświetni swoją obecnością mój skromny egzamin!
Squall poczuł, że się czerwieni. No i niestety miał rację, Almasy nie da mu teraz żyć. Seifer przyglądał się spod oka zakłopotanemu koledze.
- Chciałbyś, żebym zdał? - zapytał z nagłą ciekawością, opierając dłonie na blacie i pochylając się nad brunetem.
Squall popatrzył niepewnie na dociekliwego kolegę.
- N-nie wiem...
Seifer wyprostował się z triumfem, uzyskawszy odpowiedź. To był sposób Leonharta na powiedzenie "Tak, bardzo bym tego chciał".
- Świetnie, Squally. Zrobię to dla ciebie i zdam, skoro tak ci na tym zależy - obiecał z ironicznym uśmieszkiem.
- Wcale tego nie powiedziałem! - wybuchnął w końcu Squall. - To ty chciałeś zdawać egzamin. Ja cię do niczego nie namawiałem! I nie mówiłem, że mi zależy i w ogóle...
- Teraz już wiem na pewno, że miałem rację - zachichotał blondyn. - Ilekroć wypowiadasz więcej niż trzy zdania, wiem, że czymś się przejmujesz. Moim egzaminem?
- To idiotyczne - zaoponował Squall.
- Spoko. Wszystko pójdzie gładko - pocieszył go rozweselony Seifer.
- Jeśli znowu nie postanowisz zrobić czegoś na własną rękę.
- Przyznaj jednak, że wtedy w Dollet chętnie za mną poszedłeś. Wiedziałeś, że łamię rozkazy, a jednak mnie posłuchałeś. Dlaczego?
- Byłeś kapitanem drużyny.
- Nie zbywaj mnie byle czym. Powiedz prawdę. Poszedłeś, bo wiedziałeś, że podjąłem słuszną decyzję, no nie? - nalegał zaintrygowany szermierz. - Wiesz, że byłem dobrym dowódcą.
- Wiem - przyznał cicho Squall.
- A więc do zobaczenia na egzaminie - pożegnał go blondyn, ruszając do drzwi.
- Zaczekaj.
Gunblader odwrócił się z ciekawością, usłyszawszy hałas odsuwanego krzesła. Squall podszedł bliżej i powiedział dziwnie niepewnie, jak na siebie:
- Nie spapraj tego, Seifer, dobra?
Blondyn patrzył na niego z niedowierzaniem. Przez chwilę widział w oczach kolegi jakby niemą prośbę. Squall naprawdę chciał, żeby mu się powiodło. Poczuł szybsze bicie serca.
- Nie martw się, Squally. Zobaczysz, że mi się uda - odparł, maskując wzruszenie lekceważącym uśmieszkiem.
- W porządku - odparł komendant, wracając w mgnieniu oka do swojej zwykłej obojętności.
Wychodząc, Seifer uśmiechnął się pod nosem. Leonhartowi chyba jednak "trochę" zależy.
"Będzie dobrze", pomyślał raźno i poczuł ogromny przypływ nadziei. Nie należał do ludzi, którzy bez końca rozpamiętują zaskakujące doświadczenia, jakie przypadły im w udziale. Skoro już tak mu się przytrafiło, że zakochał się w swoim rywalu, po chwilowym zwątpieniu we własne zdrowe zmysły przeszedł nad tym do porządku i postanowił ruszyć do działania. "Cóż, bywa i tak - uznał niefrasobliwie. - Czas na akcję, Seif! Nie możesz kazać Squally'emu czekać na siebie zbyt długo" - zachichotał w duchu. Zwykł był zawsze brać to, co chciał i w tym przypadku nie miało być inaczej. Squall będzie jego i basta!

Wracam do 'tradycji' bazgrołów;) - - > Katastrofa

. . . cdn . . .

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/14 16:44 #8345 przez Em
No jak miło, widzę, że pogróżki o walentynkowej inwazji nie były czczym gadaniem :) Okładka mnie pokonała, rozłożyła na łopatki i wywołała kwik. Cóż za profesjonalne wykonanie, bije na głowę wszystkie plakaty aktualnie granych kinowych szmir ;) A już najbardziej podoba mi się informacja dla alergików - majstersztyk!

Ja mam tylko takie pytanie orientacyjne - czy ten fanfik łączy się jakoś z poprzednimi Twoimi dziełami? O ile dobrze rozumiem, jest to kontynuacja "Jesteś jednym z nas", biorąc pod uwagę wzmiankę o Lagunie. Bo z wcześniejszych Twoich opowiadań wyłania się nieco inny obraz Squalla, więc rozumiem, że odchodzisz od tamtego jajcarskiego kanonu i tym razem przedstawiasz postacie bardziej podobnie do oryginałów?

Bardzo ciekawi mnie, jak dalej pociągniesz ten wątek i czy Squall w końcu ulegnie urokowi blondwłosego osiłka ;) Chociaż na pewno, w końcu to romantyczna komedia, więc już szykuję chusteczki i zapas popcornu ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/18 11:22 #8359 przez shizonek
Ja nie rzucam słów na wiatr... :>

Co do plakatu - jeśli na jego widok robi się niedobrze od nadmiaru różu i innych ozdobników, to znaczy, że spełnił swoje zadanie. Miał być maksymalnie tandetny i campowy, w końcu sam gatunek taki jest, więc z szacunku do niego trzeba przestrzegać pewnych reguł :B

Emoonia napisał: czy ten fanfik łączy się jakoś z poprzednimi Twoimi dziełami? O ile dobrze rozumiem, jest to kontynuacja "Jesteś jednym z nas", biorąc pod uwagę wzmiankę o Lagunie. Bo z wcześniejszych Twoich opowiadań wyłania się nieco inny obraz Squalla, więc rozumiem, że odchodzisz od tamtego jajcarskiego kanonu i tym razem przedstawiasz postacie bardziej podobnie do oryginałów?

Tak, to kontynuacja "Jesteś jednym z nas". Trochę żal mi było zostawiać tamten tekst bez dalszego ciągu. I owszem, starałam się odwzorować bohaterów zgodnie z growymi, bez żadnych ekstremalnych przekrętów i parodii tym razem. Mam nadzieję, że wyszło w miarę wiarygodnie (choć wiadomo, że niektóre rzeczy trzeba czasem lekko nagiąć czy zmyślić, na to nie ma rady)
A propos Laguny, to też się pojawi, a jakże;)

Emoonia napisał: Bardzo ciekawi mnie, jak dalej pociągniesz ten wątek i czy Squall w końcu ulegnie urokowi blondwłosego osiłka ;)

Cóż, to chyba żaden spojler, wiadomo, że w komediach romantycznych nie chodzi o to, "czy", tylko "jak", heheh...

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/25 20:32 #8396 przez shizonek
2. Adiutant

Egzamin rzeczywiście poszedł gładko. Niezmordowany kandydat, mający tym razem osobistą motywację, powściągnął swój buntowniczy charakter i dowiódł, że na polu walki niewielu przeciwników mogłoby mu dorównać.
- Gratulacje, Seifer - blondyn był gotów przysiąc, że zauważył cień uśmiechu na ustach Squalla. - Jesteś teraz SeeD.
- Dzięki. Panie komendancie - dodał po chwili Seifer z szelmowskim mrugnięciem.
- Po swój przydział obowiązków udasz się do Xu, bo to ona się tym zajmuje - poinformował go Squall, dziwnie czując się po usłyszeniu swojego oficjalnego tytułu od kolegi.
- Tajest. Panie komendancie - zameldował służbiście blondyn, uznawszy to za niezłą zabawę.

Xu doskonale wiedziała o Seiferze i jego afekcie do Squalla. Jak inni rezydenci Ogrodu, była tym zaskoczona, ale przede wszystkim niezwykle ubawiona. Myśl, że arogancki gunblader zakochał się bez pamięci w swoim rywalu, z którym do tej pory darł koty, była przekomiczna. Domyślała się, czemu uparty Almasy chciał zdawać egzamin. Bo że nie dla siebie, to oczywiste. Gdy więc świeżo upieczony SeeD zameldował się u niej, postanowiła mu pomóc. Właściwie zawsze lubiła zadziornego szermierza.
- W końcu ci się udało, Seifer. Ileż to było tych egzaminów? Nikt chyba nie przebył tylu przeszkód na drodze do zostania SeeDem, co ty - powitała go kpiąco.
- Bo jestem wyjątkowy - oświadczył z bezczelnym uśmiechem, rozsiadając się na krześle przed biurkiem Xu i w ostatniej chwili powstrzymując przed położeniem nóg na blacie. To chyba nie zostałoby mile przyjęte, a nie chciał narażać się już na samym początku 'kariery'.
- Rzeczywiście. Brakowało nam twojej uroczej osoby - mruknęła Xu. - Mam dla ciebie zajęcie.
- Zamieniam się w słuch - wygłosił zblazowanym tonem Seifer. - Co to będzie za zadanie? Pomaganie pierwszoroczniakom w znalezieniu drogi do kibla? Pilnowanie bramy na dziedziniec?
- Hmm... miałam zamiar przydzielić cię do Squalla jako jego osobistego adiutanta - rzuciła od niechcenia Xu, obserwując go spod oka. - Ale jeśli bardziej pociąga cię pilnowanie bramy, z chęcią rozpatrzę pozytywnie twoją prośbę.
- Nie, nie! - przeraził się blondyn. Zrobiło mu się potwornie gorąco na myśl, że taka okazja mogłaby mu umknąć. "Przebywanie ze Squallem cały dzień!" - Tak mi się tylko głupio powiedziało. Mogę być adiutantem, naprawdę! - zapewnił żarliwie, całkowicie się zapominając.
Xu włożyła mnóstwo wysiłku w zachowanie profesjonalnej powagi. Kto by przypuszczał, że Seifer Almasy okaże się taki słodziutki?
- Na pewno? Nie chcę cię do niczego zmuszać. Wiem, że nie przepadasz za Squallem - powiedziała niewinnym tonem.
- Przesada! - zaprzeczył emocjonalnie chłopak. - Po prostu dawniej przytrafiło nam się kilka ...nieporozumień. Ale teraz jest już OK.
- Czyli nie będziesz miał problemów, żeby z nim współpracować? Wiesz przecież, że będziesz musiał słuchać jego rozkazów.
- Wiem - zapewnił pospiesznie Seifer, nie chcąc, żeby Xu zmieniła zdanie. - I dam sobie radę, nie będzie żadnych kłopotów.
- Skoro tak twierdzisz... Wobec tego możesz iść do swojego nowego szefa - zażartowała dziewczyna.
- Dzięki - wyszczerzył się niebotycznie uszczęśliwiony szermierz. Niecierpliwie zerwał się z krzesła i wybiegł z pomieszczenia. Xu śmiała się jeszcze długo po jego odejściu. W życiu by nie przypuszczała, że zobaczy coś takiego.

Seifer udał się błyskawicznie na swoje nowe miejsce pracy, po drodze minąwszy pędem młodego kadeta, trenującego biegi na pierwszym piętrze Ogrodu. Student popatrzył z zazdrością na wysokiego SeeDa, który tymczasem zniknął już w drzwiach windy. "Jak ktokolwiek może być taki szybki? Pewnie to przez te GFy" - wytłumaczył sobie. "Jak zostanę SeeDem, to też będę tak zasuwał" - i ze zdwojoną energią zabrał się do kolejnego okrążenia.
Seifer zapukał do drzwi i po usłyszeniu "Wejść" wparował niezwłocznie do środka. Stanął przed Squallem, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Melduję, że jestem gotowy do wypełniania obowiązków - gorliwie zasalutował zdumionemu brunetowi.
- Co to za żarty, Seifer? - nachmurzył się Squall.
- To nie żarty. Dostałem do ciebie przydział od Xu. Od teraz jestem twoim adiutantem.
- Że... CO?! - oniemiał komendant. - Nic o tym nie wiem.
Blondyn wręczył mu stosowny papier. Squall nieufnie przyjął dokument i przebiegł go wzrokiem. Rzeczywiście, to był rozkaz od Xu, przydzielający mu Seifera. Ale po co?!
- Nie potrzebuję adiutanta! - naburmuszył się, rzucając papier na blat i zakładając ramiona w geście protestu.
- Ja to jednak mam pecha. Ledwo zacząłem być SeeDem, a już okazuje się, że jestem niepotrzebny - Seifer komicznie zwiesił głowę, udając zniechęcenie. Tylko sobie robił żarty, więc zdziwił się, usłyszawszy niepewny głos Squalla:
- Nie jesteś niepotrzebny, Seifer.
Zerknął na kolegę. Nie mógł wprost uwierzyć, że Squall potraktował poważnie jego wygłupy. Przecież nikt nie mógł być aż tak łatwowierny!
- Nie? Ale nie chcesz, żebym był twoim adiutantem - poskarżył się, postanawiając wykorzystać okazję, która sama wpadła mu w ręce. - Pewnie uważasz, że do niczego się nie nadam, a może po prostu wstydziłbyś się ze mną pokazywać. W końcu byłem rycerzem Ultimecji, do końca życia nikt mi nie zaufa! - oświadczył z melodramatycznym patosem, przybrawszy najbardziej zbolałą minę, na jaką było go stać. Teraz był już pewien, że Squall pozna się na jego błazeństwach i zaraz zdzieli go w głowę, a potem odeśle do pilnowania chodnika na dziedzińcu. Nie mógł się jednak powstrzymać przed dowcipami. Pokusa była zbyt silna.
- Nie o to mi chodziło... tylko, że ja... że... - tłumaczył się niezdarnie brunet. Ostatnia rzecz, jakiej spodziewał się po Seiferze, to takiego zachowania. Całkiem go to wytrąciło z równowagi.
Niechciany adiutant stał z cierpiętniczym wyrazem twarzy, grając skrzywdzonego i świetnie się przy tym bawiąc. Leonhart okazał się zaskakująco prostoduszny. Bez problemu dało się go nabierać, i to bez wspinania się na wyżyny aktorstwa.
Squall czuł się bezradny i winny. I odpowiedzialny za Seifera. Przecież to on ściągnął go z powrotem do Ogrodu, jakby nie patrzeć. Nie powinien go teraz odrzucać.
- Chciałbym zacząć wszystko od nowa - wyznał skruszony rycerz, spoglądając boleściwie na komendanta - ale nikt nie da mi szansy. Nawet ty nie traktujesz mnie poważnie - westchnął, starając się włożyć w to przesadną wręcz ilość smutku. "Sam bym się sobą wzruszył", zachichotał w duchu.
- Seifer, ja... nie chciałem... - wymknęło się Squallowi. Czuł się coraz bardziej podle.
- A więc mogę zostać? - blondyn z nadzieją podniósł na niego wzrok.
- No dobra...
- Świetnie, Squally! Zobaczysz, że za dwa dni nie będziesz sobie wyobrażał, jak mogłeś dotąd beze mnie funkcjonować - zapewnił aktorski mistrz, podejrzanie szybko i gładko przechodząc od stanu głębokiej depresji do euforii.
Te słowa, poparte szerokim uśmiechem Seifera sprawiły, że oszołomiony brunet wymamrotał niedowierzająco:
- Taa... z pewnością.

Pierwszy dzień służby Seifer spędził głównie na beztroskim gapieniu się na Squalla, który siedział kilka godzin pogrążony w czytaniu raportów. Przez cały ten czas w ogóle się nie odzywał, ale Seiferowi to wcale nie przeszkadzało. Rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciwko, bezceremonialnie opierając nogi na biurku Squalla, i utkwił wzrok w milczącym koledze. Ponieważ nie miał nic lepszego do roboty, zatonął w przyjemnych myślach. Miał ogromną ochotę wstać, podejść do Leonharta, przewrócić go na biurko i pokazać mu, że ten mebel nie służy tylko do ślęczenia nad dokumentami. Oczywiście za coś takiego spotkałaby go natychmiastowa i bolesna śmierć z ręki wściekłego Squalla, więc nie zamierzał ...na razie... realizować swoich fantazji.
Zamyślony Squall podniósł na chwilę wzrok znad papierów i napotkał spojrzenie Seifera. Jego adiutant przyglądał mu się z taką intensywnością, że mógłby stanowić poważną konkurencję dla Quistis i jej limitu Laser Eye.
- Na co się znowu gapisz?
- Na ciebie - rzucił niedbale blondyn, nie odwracając ani na moment przeszywającego spojrzenia.
Squall nie wiedział, jak to skomentować, wzruszył więc tylko ramionami i zażądał:
- Zabieraj kopyta, Almasy.
- OK, szefie - powiedział na odczepnego jasnowłosy obserwator, nie fatygując się jednak do spełnienia polecenia. Squall zresztą nie zwrócił na to uwagi, ponownie zanurzając się w świecie raportów i dokumentów.

Seifer naprawdę się starał. Szybko wdrożył się w nowe obowiązki i mimo obaw Squalla, że szybko się znudzi, radził sobie doskonale. Squall nie przyznałby się do tego za skarby świata, ale po kilku dniach odczuł poprawę - nowy podwładny faktycznie dużo mu pomagał. Nawet w pracy z papierami, co do czego komendant był stuprocentowo pewny, że blondyn się nie nada. Często chodzili razem załatwiać różne sprawy Ogrodu. Squall czuł się coraz swobodniej w towarzystwie byłego rywala. Był zadowolony, że kolega znowu jest przy nim, bo nie czuł się taki samotny, jak ostatnio. Obecność Seifera wydawała mu się teraz całkiem naturalna, zaskakująco szybko przywykł do spędzania z nim czasu. Co prawda musiał wysłuchiwać niekończących się kpin i docinków, ale niegdysiejsza zaczepność kolegi, zahaczająca o agresję, znikła gdzieś bezpowrotnie. Gdzie i z jakiego powodu, tego Squall nie wiedział, ale nie zamierzał na to narzekać.
- Idziemy do Xu, żeby omówić zmiany w egzaminach na SeeD - poinformował energicznie swojego adiutanta.
Seifer skinął głową i zebrał z biurka przygotowane foldery z dokumentami. Poczekał, aż dowódca wyjdzie pierwszy, po czym ruszył za nim. Kiedy szli korytarzem, spotykani kadeci uśmiechali się pod nosem, zerkając na zamyślonego Squalla i kroczącego obok z dumnie uniesioną głową Almasy'ego. Byli ciekawi, kiedy nawróconemu rycerzowi uda się zdobyć komendanta.
W biurze Xu Squall i Seifer usiedli na krzesłach przed jej biurkiem. Almasy przysunął swoje krzesło możliwie najbliżej swojego dowódcy. Na tyle, na ile Xu znała Squalla, wiedziała, że ten nie lubi fizycznej bliskości i nigdy nikomu nie pozwalał aż tak zbliżać się do siebie. Zawsze zachowywał dystans. Jednak dla Seifera robił wyjątek, nawet jeśli nieświadomie. "To bardziej niż pewne, że nieświadomie", pomyślała rozbawiona dziewczyna. Biedny Squall z pewnością nie zdawał sobie sprawy z prawdziwych intencji swojego towarzysza, dzięki czemu jego adiutant praktycznie wisiał na nim. Brunet trzymał na kolanach otwartą teczkę z dokumentami, a Seifer jedną ręką podsuwał mu potrzebne papiery, drugą trzymając na oparciu Squallowego krzesła.
Wreszcie spotkanie się skończyło i obaj szermierze opuścili pokój Xu.
- Teraz pójdziemy... - zaczął z namysłem Squall, ale Seifer mu przerwał:
- Do kafeterii - oznajmił stanowczo. - Na obiad.
- Później - uparł się komendant. - Musimy jeszcze skończyć sprawę tego kadeta z Galbadii, a potem...
- To może poczekać - stwierdził dyktatorskim tonem Seifer. - Jak nie będziesz jadł, to niedługo znikniesz. Jesteś za chudy, Leonhart. To niezdrowo.
- Bzdura - prychnął brunet. Od kiedy to Seifera obchodzi jego zdrowie? - Zresztą, to nie twój interes.
- A właśnie, że mój. Jestem twoim adiutantem, muszę o ciebie dbać.
- Pierwsze słyszę - powiedział sarkastycznie Squall - żeby bycie adiutantem równało się byciu niańką.
Seifer roześmiał się, klepiąc go po plecach.
- Nie każ mi ciągnąć cię siłą do kafeterii. Studenci mieliby niezłe widowisko.
- Jesteś okropnie upierdliwy - burknął komendant, ruszając jednak za swoim podkomendnym w żądanym kierunku.
- To jedna z moich zalet - wyszczerzył się blondyn.

Nida wyjrzał przez wielką szybę, upewniając się, że wszystko jest w najlepszym porządku, zabezpieczył panel kontrolny i ruszył w kierunku windy. Był przyjemnie podekscytowany, gdyż szedł złożyć raport Squallowi odnośnie następnego kursu Ogrodu. Od czasu zakończenia walk z Ultimecją mobilna forteca rzadko kiedy przemieszczała się ze swojego stałego miejsca i Nida widywał komendanta niestety już tylko sporadycznie. Każde takie spotkanie było dla ciemnowłosego pilota źródłem cichego szczęścia. Ciągle z głową w chmurach, zapukał do biura dowódcy, zupełnie nie spodziewając się tego, co nastąpiło w chwili, gdy otwarły się drzwi.
- Czego tu chcesz? - warknął jakiś nieprzyjazny głos i Nida został brutalnie wciągnięty do środka za kołnierz, nie mając nawet czasu na zastanowienie, co się stało. Jakiś zwalisty facet popchnął go, aż Nida uderzył plecami o ścianę, i stanął przed nim, przyglądając mu się podejrzliwie, jakby chłopak wparował tu z odbezpieczonym granatem. Pilot spojrzał na napastnika i rozpoznał go od razu. No tak, jak mógł zapomnieć o powrocie Almasy'ego. Zdecydowanie za dużo czasu ostatnio spędzał na mostku i nie miał pojęcia, co się dzieje na dole.
- Seifer, co ty wyprawiasz? Puść go natychmiast - Squall skarcił adiutanta.
- Po co tu przyszedłeś? - niezadowolony blondyn posłuchał dowódcy, stojąc jednak nadal przy pilocie.
"Cholerny kaskader. Rozwalił mi Galbadię", przypomniał sobie zły Seifer. Gdyby nie wkurzająco dobre manewry tego zakichanego pilota, bitwa wyglądałaby zupełnie inaczej, a on nie straciłby kontroli nad 'swoim' Ogrodem. W porę się opanował, powtarzając sobie, że to już stare dzieje i nie ma się o co złościć. To jednak nie znaczyło, że zamierzał polubić tego obrzydliwie uzdolnionego gnojka.
- Przychodzę z raportem, sir - zameldował Nida, prostując się z godnością i poprawiając kołnierz, przekrzywiony przez blondyna.
- Byłeś umówiony? - Seifer nie miał zamiaru odpuścić tak łatwo. - Do komendanta nie przychodzi się, kiedy cię najdzie ochota. To nie knajpa!
- Seifer, uspokój się! - zdenerwował się Squall. - Odsuń się od niego i pozwól mu powiedzieć, z czym przyszedł.
Jasnowłosy adiutant wzruszył ramionami i z obrażoną miną podszedł do Squalla. Stanął za nim, opierając się plecami o ścianę i przyglądał się Nidzie spode łba. Ten pilot zdecydowanie mu się nie podobał. Zachowywał się bardzo podejrzanie, a uśmiech, jakim obdarzył komendanta, był zupełnie nie na miejscu. Tego było za wiele. Seifer spiorunował pilota wzrokiem i znacząco przeciągnął palcem po gardle. Pilot posłał mu niepewne spojrzenie i zamilkł, skończywszy raport.
- W porządku, wszystko się zgadza. Możesz odejść... yyy.... - zająknął się komendant.
- Nida, sir - podpowiedział melancholijnie pilot. "On ciągle nie zwraca na mnie uwagi. Tyle razem walczyliśmy, a nie może nawet zapamiętać mojego imienia", pomyślał rozżalony chłopak.
- Możesz odejść, Nida - powtórzył dowódca.
- Tak jest, sir. Przyniosę jeszcze później to podsumowanie - dodał pilot, ciesząc się, że znowu będzie miał okazję zobaczyć Squalla. I przy odrobinie szczęścia może bez tego nieokrzesanego Almasy'ego.
- Ależ nie musisz się fatygować taki kawał drogi - odezwał się złośliwie Seifer, bezlitośnie depcząc jego nadzieje. - Sam po to przyjdę. Przy okazji porozmawiamy sobie o ...różnych rzeczach.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak zawoalowana groźba, a nie zapowiedź przyjacielskiej pogawędki. Squall jednak tego nie zauważył i zdecydował:
- Dobra, a więc Seifer potem do ciebie wpadnie po te papiery. Odmaszerować.
- Tak jest, sir - Nida zasalutował ze smutkiem i wyszedł, żegnany szyderczym uśmieszkiem jasnowłosego adiutanta.
To spotkanie nie przebiegło tak, jak pilot sobie wymarzył. W ogóle wszystko szło nie tak. Gdy podczas bitwy Ogrodów powiedział Squallowi, że wszyscy go lubią i podziwiają, miał nadzieję, że komendant załapie oczywistą aluzję. Chyba nawet słup by się zorientował. Ale nic takiego nie nastąpiło, Squall był zupełnie nieświadomy. Nida westchnął smętnie i tak żałośnie, że przechodząca obok studentka zapytała z troską, czy coś mu się stało. Chłopak nawet nie usłyszał pytania i powlókł się na mostek w podłym nastroju, powoli godząc się z porażką. Szczególnie odkąd koło Squalla pojawił się ten blondwłosy barbarzyńca. Nida westchnął ponownie, pocieszając się wspominaniem pięknych czasów, gdy Almasy'ego nie było, a on widywał zabójczo przystojnego dowódcę codziennie. Serce pilota niemal się roztopiło, gdy przypomniał sobie, jak wspaniale wyglądał Squall podczas dowodzenia. Taki pewny siebie i odważny... Ale zawsze to coś, pocieszył się ciemnowłosy chłopak, móc służyć pod takim komendantem. Choć wolałby służyć pod nim w nieco inny sposób. "Nida, przestań myśleć o takich rzeczach", skarcił się w myślach, niebezpiecznie sunących w kierunku, w którym sunąć nie powinny.

Seifer przeglądał ze znużeniem zlecenia dla SeeD. Same nudy, chronienie tego, chronienie tamtego. Zupełnie jakby wszyscy się zmówili. Ziewnął przeciągle, odkładając kolejną teczkę na blat. Posegregowane foldery leżały w trzech estetycznych kupkach na biurku. Squall był nieubłagany i wymagał idealnego porządku w dokumentach. Seifer, rzecz jasna, próbował protestować, ale to nie była rzecz, w której szef Ogrodu byłby gotów ustąpić choćby o cal. Zrzędząc pod nosem, blondyn uległ pedantycznemu dowódcy. W ramach rekompensaty zagarnął dla siebie jego fotel i biurko, rozpierając się wygodnie w ulubionej pozycji i kładąc nogi na blacie. Po bezskutecznym powtarzaniu niesfornemu adiutantowi przez kilka dni z rzędu, żeby zabierał nogi ze stołu, Squall skapitulował. Oddał ekspansywnemu koledze swoje miejsce pracy i przeniósł się z raportami na sofę.
Seifer rzucił oczekującym dokumentom nieprzyjazne spojrzenie i chwycił następną teczkę. Zerknął na nagłówek. To było coś innego niż reszta tego badziewia. Ożywił się nieco, gdy przeczytał dokładnie opis zlecenia. W jednej chwili w głowie zaświtał mu obiecujący pomysł.
- Jest tu jedna ciekawa misja, Squall. Wytropienie i zlikwidowanie potwora, który grasuje w okolicach jakiejś wiochy na południe od Dollet. Mam fajny pomysł w związku z tym.
- Pomysł? - zapytał nieufnie Squall, oderwany nagle od czytania raportu, napisanego wyjątkowo bełkotliwie i niezrozumiale.
- Tak - odparł z zapałem blondyn. - Pomyślałem sobie, że moglibyśmy we dwójkę pojechać na tę misję. To potrwa tylko tydzień.
- To nie wchodzi w rachubę, Seifer - sprowadził go na ziemię Squall.
- Dlaczego?
Squall spojrzał na swojego adiutanta, na twarzy którego malowała się taka żałość i rozczarowanie, że miał ochotę się roześmiać. Oczywiście nie zrobił tego. Zacisnął usta w wąską kreskę.
- Nie mam już czasu na uganianie się za potworami - wyjaśnił, a w jego głosie zabrzmiała nutka żalu.
Nie lubił pracy papierkowej ani przesiadywania w biurze. Robił to z poczucia obowiązku, ale stokroć bardziej wolałby pracować w terenie. Robiąc coś konkretnego, walcząc, będąc w centrum akcji. Teraz jednak był zbyt znany publicznie, więc większość misji SeeD była dla niego niedostępna. Przynajmniej tych tajnych - niestety, takich było najwięcej.
Seifer bezbłędnie odgadł, co dzieje się w duszy byłego rywala. Sam na jego miejscu chyba by oszalał, siedząc ciągle przy biurku. Współczuł Squallowi, który, tak jak on sam, był świetnym fighterem. Nie był stworzony do przerzucania dokumentów z miejsca na miejsce.
- Nie powinieneś tyle przesiadywać nad tym papierowym chłamem - oznajmił, wstając od biurka i nachylając się nad komendantem, który oparł łokcie na kolanach i objął skronie dłońmi. Wyglądał na bardzo zmęczonego. - Kiedy ostatnio zrobiłeś sobie urlop?
- Urlop? - zapytał z niedowierzaniem Squall, unosząc głowę i spoglądając na towarzysza.
- No wiesz, to taki czas, kiedy wstajesz późno, nic nie robisz przez cały dzień, idziesz powylegiwać się na plaży albo coś w tym guście - zaśmiał się blondyn. - Ech... nie masz pojęcia, o czym mówię, prawda? - westchnął ciężko, obserwując nachmurzonego Leonharta.
- Nie mogę iść na urlop - odparł beznamiętnie Squall. - Jestem komendantem i muszę...
- Daj spokój, Squally! Nie jesteś niezastąpiony - zadrwił jasnowłosy szermierz. - Na pewno przez tydzień twojej nieobecności Ogród się nie zawali.
Kolega nachmurzył się jeszcze bardziej. Nie odpowiedział na zaczepki i sięgnął z powrotem po odłożone dokumenty, nie wdając się w dalszą wymianę zdań. Seifer miał ochotę przyłożyć sobie za spapranie sprawy.
- Leonhart, nie udawaj, że nie słuchasz - zażądał. - Nienawidzę, gdy to robisz. Odpowiedziało mu milczenie i szelest kartek, gdy dowódca czytał kolejne raporty. - Squall! Squally! Panie WAŻNY-I-NIEZASTĄPIONY-KOMENDANCIE!
Osiągnął wreszcie cel. Brunet spojrzał na niego z irytacją. Gdy inni ludzie pukali grzecznie do drzwi przed ich otwarciem, Seifer wywalał je kopniakiem. Nie dało się go zignorować, jak pozostałych. Zawsze potrafił zmusić młodszego kolegę do reakcji, nawet jeśli robił to w niezbyt przyjemny sposób.
- Almasy, nie mam zamiaru kontynuować tej głupiej rozmowy - syknął rozzłoszczony. - Ani słowa więcej o urlopie.
- Dobra - zgodził się podejrzanie skwapliwie blondyn. Squall uniósł brew z niedowierzaniem. Seifer nie poddawał się tak łatwo. Rzeczywiście, jego kolejne słowa udowodniły, że to był tylko taktyczny unik.
- Możemy pójść na kompromis - zaproponował z chytrym uśmieszkiem.
"Kompromis? Od kiedy Seifer ma takie wyrazy w słowniku?!"
- To znaczy?
- Nie będę ci już zawracał głowy urlopem, ale pojedziemy razem na tę misję - wypalił Seifer i kontynuował, nie dając Squallowi dojść do słowa. - Przecież to normalna praca, tylko że nie za biurkiem. Możesz jechać i nie mieć wyrzutów sumienia, że nic nie robisz. Marnujesz się przy papierach. A tam znowu będziesz mógł się sprawdzić w terenie - kusił dowódcę. - Pomyśl o tych wszystkich czekających walkach...
Zauważył błysk tęsknoty i ekscytacji w oczach Leonharta. Uradował się, wiedząc, że jest na dobrej drodze.
- Poza tym dowódca nie dowódca, ale powinieneś być na bieżąco z pracą polową. A to dobra okazja - nęcił Squalla. - Tylko siedem dni, i łatwizna. Taka plenerowa wycieczka.
Widział, że brunet zaczyna się łamać i w myślach zatarł ręce z zadowolenia. Tyle dni sam na sam z Leonhartem!
- Może masz rację - powiedział niepewnie Squall. Rzeczywiście miał już dość tej stagnacji. Jego natura rwała się do czynu. - Właściwie mógłbym jechać.
- Świetnie! - wykrzyknął wesoło blondyn, waląc zdumionego kolegę w plecy.
- Nie wiem, z czego się tak cieszysz - Squall przyjrzał mu się krytycznie. - Misja jak misja, niespecjalnie ciekawa.
"Owszem, ale przez tydzień będziesz tylko MÓJ! - Seifer zaśmiał się mrocznie w duchu. - Nie ma bata, żeby przez ten czas nie udał mi się podryw!"
- Powinniśmy wyruszyć jutro rano - powiedział prędko, chcąc zatrzeć wrażenie i sprawić, by Squall zapomniał o jego podejrzanym ożywieniu. Jeszcze by się rozmyślił. - Trzeba dojechać na okropne zadupie.
- To potrwa co najmniej kilka godzin - zgodził się brunet.
- Zajmę się wyposażeniem i wszystkim - zaproponował Seifer. - A ty sobie odpocznij.
Squall popatrzył na niego bez wyrazu.
- Nie jestem zmęczony.
- Gadaj zdrów. Po tylu godzinach ślęczenia przy biurku każdy byłby zmęczony - stwierdził Seifer, podchodząc do komendanta i stając za jego plecami. - Ja po czymś takim byłbym cały zdrętwiały - zasugerował, kładąc mu dłoń na łopatce.
Brunet momentalnie stężał, czując niespodziewany dotyk. Chciał się odsunąć, ale Seifer uspokajającym gestem położył mu dłonie na ramionach, zmuszając go do pozostania na miejscu. Powoli przesunął ręce na kark ciemnowłosego kolegi, który siedział sztywno, jak porażony. Nie wiedział, co o tym sądzić. Czemu Almasy tak dziwnie się zachowywał?
- Seifer, co ty robisz? - zapytał niepewnie, czując, jak blondyn spokojnymi, zdecydowanymi ruchami ...masuje mu kark. Chciał zaprotestować, ale to było tak niespodziewanie... przyjemne...
- Pomagam ci, bo jesteś bardzo spięty - wyjaśnił z prostotą kolega. - Lepiej?
- Tak - potwierdził odruchowo Squall. Cholera, nie to miał powiedzieć. Miał wstać i ochrzanić Almasy'ego. Tylko jakoś... hmm, nie wyszło mu za bardzo.
- Jak się położysz, to będzie wygodniej - zasugerował Seifer, rad, że siedzący tyłem chłopak nie widzi jego dwuznacznego uśmieszku. Od razu by się wszystkiego domyślił.
- Jeszcze czego! - oburzył się Squall. - Zabieraj ręce.
- Spokojnie, Squally - blondyn łagodził podenerwowanego bruneta, nie mając najmniejszej ochoty słuchać polecenia. - Nie ma się o co wkurzać.
- Co ty właściwie kombinujesz? - spytał podejrzliwie Squall, odsuwając przeczytane raporty, które leżały obok niego na kanapie, i zastanawiając się, co właściwie powinien zrobić. Wiedział, jak radzić sobie z głupimi żartami Seifera - no, mniej więcej, potrafił zignorować z grubsza jego zaczepki, ale co miał począć z czymś takim?
- Ja? Nic - odpowiedział Seifer tonem oskarżonej niesłusznie niewinności. - Po prostu się połóż, to dokończę-
- Ani mi się śni - nastroszył się komendant. - Poza tym mam jeszcze dużo pracy.
- Właśnie, za dużo pracujesz, a za mało odpoczywasz. Połóż się, Leonhart. Nie ugryzę cię - obiecał kpiąco jasnowłosy gunblader.
- Nie.
- A co, boisz się mnie? Dużego, złego Seifera? - zadrwił złośliwie blondyn.
- Też coś! - parsknął dotknięty do żywego Squall. - Wcale się nie boję.
- No to się połóż.
- Nie.
- Boisz się.
- Nieprawda!
- To się połóż.
- Cholera, Almasy - jęknął udręczony brunet.
Seifer był namolny i uparty jak nikt inny. Squall nie miał siły na użeranie się z nim. Faktycznie był wykończony. Rzucając koledze ostrzegawcze spojrzenie "A spróbuj tylko wykręcić jakiś numer!", nieufnie i z ociąganiem ułożył się na kanapie, ignorując wszystkie dzwonki alarmowe brzmiące mu w głowie. Seifer miał za to ochotę odtańczyć mały taniec radości. Uśmiechnął się triumfalnie i usiadł obok leżącego Leonharta, wracając do przerwanej "terapii".
- Seifer, czemu właściwie to robisz? - ta kwestia nie dawała Squallowi spokoju. - Nie przypominam sobie, by twój zakres obowiązków obejmował-
- Przecież to nic nadzwyczajnego - zbagatelizował blondyn, przesuwając powoli dłonie wzdłuż jego kręgosłupa. - Potraktuj to jako hmm... rehabilitację, coś jak w sporcie - kiedy uszkodzisz sobie nadgarstek albo naciągniesz mięśnie łydki, no wiesz - łgał bezczelnie.
- Mnie się nic nie uszkodziło - zauważył z naciskiem Squall, wkładając jednak w ten protest mniej przekonania, niż zamierzał, i z grubsza kupując to logiczne tłumaczenie.
Zaczynał robić się senny. Od dawna przesiadywał całymi dniami nad raportami i był tym potwornie zmęczony, a Seifer miał takie utalentowane dłonie... "Utalentowane? Co za głupoty mi przychodzą do głowy?!"
Jeszcze pół roku temu nie dopuściłby Seifera do siebie na odległość mniejszą niż długość Revolvera, a teraz tak sobie leżał w jego obecności. Ufał mu? Może był naiwny, ale ...tak.
- Twój kark jest na skraju kontuzji - przypomniał Seifer.
- Nie wydaje mi się, żeby to był mój kark... - mruknął coraz bardziej śpiący komendant, bezskutecznie walcząc ze snem i ostatkiem przytomności rejestrując mocno zastanawiającą obecność rąk Seifera w dole swoich pleców.
- A to tak gratisowo - palnął bezwstydnie samozwańczy terapeuta.
Zdziwił się brakiem reakcji i zerknął na swojego pacjenta. Usnął. Seifer spojrzał na własne dłonie, spoczywające tak blisko upragnionego celu. Zaledwie centymetry dzieliły go od kontaktu z najbardziej emocjonującą częścią Leonharta. Przez kilka minut zmagał się dramatycznie z niezbyt przyzwoitą stroną swojej duszy, która szeptała mu do ucha coś o wykorzystywaniu okazji. W końcu jednak przyzwoita strona wygrała, więc wstał, jęknąwszy w duchu rozdzierająco, i postanowił, że chwilowo będzie grzeczny i miły. Nie zamierzał jednym głupim wybrykiem zaprzepaścić szansy na oswojenie nieufnego bruneta.
Gdyby Leonhart obudził się, czując jego dłonie na swoim tyłku, przyszłość Seifera malowałaby się w nieciekawych barwach. Zapewne w krwistoczerwonych.
Spokój Squalla był mylący. Jeśli ktoś traktował go jako oznakę słabości, prędko przekonywał się w przykry albo wręcz bolesny sposób o własnym błędzie. Seifer zdawał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z puszystym kotkiem, tylko z lwem, jeśli już bawić się w te zoologiczne porównania. "Ale gdzie jest powiedziane, że lwa nie da się poskromić?", pomyślał przekornie.
W końcu za podszeptem swojej zwycięskiej przyzwoitej strony okrył śpiącego Squalla i pozbierał leżące na podłodze raporty, burcząc z frustracją pod nosem. "Właściwie kto tu kogo poskramia?" Uznał, że jeśli zostanie tu choćby minutę dłużej, to nie wytrzyma i zrobi coś, czego potem pożałuje. Rzuciwszy tęskne spojrzenie na uśpionego komendanta, wyszedł z pokoju. W końcu musiał jeszcze poczynić przygotowania do jutrzejszego wyjazdu.

- Coś ty taki nakręcony, Seif? - zapytał Raijin, który po całodniowej służbie zbierał się właśnie do dormitorium na zasłużony odpoczynek. Fujin stała obok niego. Oboje przyglądali się z ciekawością jasnowłosemu przyjacielowi. Nie mógł usiedzieć spokojnie, oczy błyszczały mu z podniecenia.
- Wyjeżdżam jutro ze Squallem na misję!
Raijin zarechotał głośno. Kumpel przypominał mu dzieciaka, który nie może się doczekać jakiejś atrakcji.
- DŁUGO? - zapytała Fujin.
- Jedziemy na tydzień - odpowiedział Seifer, przyzwyczajony do skrótowych wypowiedzi przyjaciółki. Przy Fujin nawet Leonhart mógł uchodzić za gawędziarza.
- Czyli po tych siedmiu dniach wrócicie już jako zakochane gołąbki? - zadrwił Raijin.
- Nie może być inaczej - potwierdził dumnie szermierz. - Czyżbyś we mnie nie wierzył?
- Jeszcze niedawno rozpaczałeś, że nic z tego nie będzie, bo Squall cię nie lubi i nie podobają mu się faceci. Coś się zmieniło? - uśmiechnął się domyślnie ciemnowłosy kolega.
- Podobają mu się czy nie, to nieważne. Ważne, żebym JA mu się podobał. A czy ja mogę komukolwiek się nie podobać? - spytał Seifer z miną wielkiego zdobywcy.
- ZOBACZYMY - parsknęła rozbawiona Fujin, przewracając oczami.
- Mógłbym się nawet z wami założyć, ale nie chcę, żebyście oboje przegrali - powiedział miłosiernie Seifer, podając przyjaciołom rękę na pożegnanie.
- No to miłej zabawy - mrugnął do kumpla Raijin.
- POWODZENIA - dołączyła się Fujin.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/29 21:49 #8407 przez shizonek
3. Tropiciel

Squall spał aż do późnego rana, co prawie nigdy mu się nie zdarzało. Nie obudził się ani razu w ciągu nocy, snu nie przerwały mu nawet poranne hałasy. Spałby pewnie dalej, ale stanowcze, acz delikatne szarpnięcie za ramię wyrwało go z oparów snu.
Seifer wszedł do gabinetu Squalla po jakieś papiery potrzebne na misji, nie spodziewając się obecności kolegi. Myślał, że Leonhart dawno po jego wczorajszym wyjściu wrócił do siebie. Zaskoczony, nie mógł ukryć uśmieszku na widok Squalla, śpiącego tak, jak go zostawił wczesnym wieczorem. Widocznie pracoholiczny komendant musiał być bardzo zmęczony. Bardziej, niż był gotów przyznać. Leżał na otwartym w połowie raporcie, opierając na nim policzek jak na najwygodniejszej poduszce.
- Pobudka, szefie!
Squall obudził się momentalnie, nie od razu jednak zorientował się, gdzie jest. Przez kilka sekund patrzył nieco nieprzytomnie na twarz nachylonego nad nim rozbawionego blondyna. Zamrugał niepewnie i usiadł na kanapie, rozglądając się dookoła. Nigdy nie miał problemów z porannym wstawaniem, ale dziś czuł się jakiś zagubiony.
- Seifer? - zapytał trochę bezsensownie. Koc, którym był okryty, zsunął mu się z pleców i chłopak poczuł nagły dreszcz.
- We własnej osobie - roześmiał się jasnowłosy szermierz, zerkając na skulonego bruneta, nadal nieco zaspanego i mającego rozwichrzone włosy. - Za niecałą godzinę powinniśmy wyruszać. Nasza misja - przypomniał.
W oczach Squalla pojawił się błysk zrozumienia, a zaraz potem - lekkiej paniki. Wyraźnie widać było, o czym teraz myśli. Po raz pierwszy w życiu obowiązkowy i skrupulatny Squall Leonhart zaspał na misję, i co gorsza - jest na nią nieprzygotowany! Seifer stłumił wesołość i powiedział uspokajająco:
- Nie przejmuj się niczym, wszystko przygotowałem.
Brunet popatrzył na niego nieufnie, ale trochę się rozluźnił. Miał nadzieję, że Almasy mówi prawdę. Nie lubił polegać na innych i nie rozumiał, jak mógł zaprezentować tak żałosny brak profesjonalizmu. Przypomniał sobie ubiegły wieczór, okoliczności zaśnięcia na kanapie we własnym gabinecie i poczuł zażenowanie. Jak mógł do tego dopuścić?!
Seifer przyglądał się milczącemu komendantowi. Domyślał się, co dzieje się w tym niespokojnym umyśle.
- Mam nadzieję, że dobrze ci się spało - zakpił. - Masz jeszcze pół godziny, zanim wyruszamy. Poczekam na ciebie przy bramie.
Squall kiwnął głową i wstał, kierując się do drzwi. Seifer z trudem zachował powagę, kiedy chłopak wrócił po zapomnianą kurtkę, leżącą na oparciu kanapy. Leonhart naprawdę nie był dzisiaj sobą.

Quistis siedziała w swoim biurze. Właśnie zaczęła pracę, gdy usłyszała pukanie do drzwi. O tej porze zwykle nikt jeszcze nie przychodził, więc trochę zdziwiona powiedziała:
- Proszę.
Zaskoczył ją widok Squalla, który niezbyt często pojawiał się w jej miejscu pracy, i to jeszcze tak wcześnie.
- Coś się stało? - momentalnie się zaniepokoiła.
- Nie, nic - zapewnił ją przyjaciel. - Po prostu... chciałbym, żebyś mnie zastąpiła przez tydzień.
- W porządku - odparła zaintrygowana Quistis. - Jedziesz gdzieś?
- Mhm. Na misję - odparł krótko.
- O. Sam?
- Nie. Z Seiferem - przyznał z ociąganiem Squall, jakby to było jakieś przestępstwo.
Trepe uśmiechnęła się domyślnie.
- Dobry pomysł. Za dużo ostatnio siedzisz przy papierach.
- To samo mówił Seifer - mruknął chłopak.
"Oczywiście. Wiadomo, czyj to był pomysł", pomyślała rozbawiona Qustis.
- I miał rację. Nieraz ci mówiłam, że nie musisz wszystkiego robić sam. Ja i Xu chętnie ci pomożemy - przypomniała blondynka. - W każdym razie nie martw się o nic, dam sobie radę. Jedź i baw się dobrze.
Squall rzucił na nią nieco podejrzliwe spojrzenie, ale skinął głową na pożegnanie i wyszedł.
Po jego wyjściu Quistis odczekała chwilę, po czym udała się do Xu, której biuro sąsiadowało z jej pokojem.
- Xu, zaczęło się - oznajmiła, mrugając znacząco do przyjaciółki.
- Nie mów! - zachichotała ciemnowłosa dziewczyna. - Widziałam, że Squall był u ciebie. I co?
- Seifer wyciągnął go na tydzień w teren! - poinformowała ją triumfalnie Quistis. - A nie mówiłam, że coś wymyśli? Mam zastąpić Squalla przez ten czas.
- No, no. A więc nasz zakład liczy się od teraz.
- Tydzień, nie więcej - przypomniała Trepe.
- Myślę, że dwa tygodnie - oznajmiła Xu, podając jej rękę. - To co, pięćset gil?
Quistis kiwnęła głową, i odwzajemniła uścisk dłoni, przyjmując warunki zakładu.
- A jak tam inni? - spytała koleżankę.
- Większość obstawia tak jak ty - oświadczyła Xu. - Ciekawe, jak zmienią się stawki, kiedy wszyscy dowiedzą się o ich wspólnym wyjeździe.
- Myślę, że wszyscy JUŻ o tym wiedzą - przewróciła oczami Quistis. - Ten Ogród to istne siedlisko plotkarzy. Wieści rozchodzą się szybciej, niż zdążysz powiedzieć "Znowu dziś zabrakło hotdogów"... Wiesz co, zaraz wracam - oznajmiła z podejrzanym błyskiem w oku.
- Co kombinujesz?
- Powiem ci, jak wrócę.
Nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy tymczasowa pani komendant była z powrotem.
- Nie uwierzysz! - prychnęła z niedowierzaniem. - Byłam u Fujin-
- Quisty, jesteś okropna! - zaśmiała się Xu. - Z nią też się założyłaś?
- Tak - potwierdziła wcale nie skruszona Trepe. - I z Raijinem. Oni obstawiają trzy dni! Uwierzysz w taką bezczelność? - zapytała, zdegustowana.
- Ryzykowne - roześmiała się Xu. - Ale czego innego można było się spodziewać po przyjaciołach Seifera?
- Masz rację. No to czekamy na powrót pana komendanta - podsumowała Trepe.
- I jego drugiej połówki - dorzuciła Xu.
Obie dziewczyny spojrzały na siebie, z trudem powstrzymując śmiech.

Seifer nie musiał długo czekać na towarzysza broni. Przygotowany czy nieprzygotowany, wyspany czy nie, Squall był punktualny jak słońce na niebie. Zjawił się dokładnie po trzydziestu minutach, maszerując raźno na miejsce spotkania. W lewej dłoni dzierżył futerał z Revolverem.
- Gotowy? - zapytał z szerokim uśmiechem blondyn, podając mu ekwipunek.
- Mhm - potwierdził Squall, zastanawiając się, czemu kolega szczerzy się wesoło jak totalny idiota. "Łapanie jakiegoś potwora na zadupiu to żadna atrakcja", pomyślał cierpko. "W ogóle to jakim cudem SeeD dostało zlecenie na taką gównianą robotę? Kto to zatwierdzał?!"
Seifer za to promieniował radością i dobrym humorem. Ruszył obok milczącego towarzysza, co chwilę rzucając na niego rozbawione spojrzenie. Gdy doszli do stacji, nie wytrzymał w końcu i zarzucił go pytaniami:
- Masz jakieś pomysły co do tego potwora? Jak go znajdziemy? Zaczynamy od tej wiochy czy gdzieś dalej?
- Prawdę mówiąc... nie znam szczegółów misji - przyznał niechętnie Squall.
Nawet nie zdążył przeczytać dokładnie specyfikacji zlecenia, bo niby kiedy? Piekielny Almasy już się o to postarał, zapewniając mu dwunastogodzinny sen.
Seifer ryknął gromkim śmiechem, poklepując go z wielką uciechą po plecach.
- Squally, jesteś po prostu bezkonkurencyjny - przyznał, ocierając łzy z oczu. - Normalnie nie poznaję cię. Gdzie podziała się twoja obowiązkowość i skupienie? A może to moja sprawka?
- Żebyś wiedział! - odpalił Squall, po czym zaraz tego pożałował. Od kiedy to w jego stylu było zrzucanie winy na innych?
- Rozpraszam pańską uwagę, komendancie? Trudności z koncentracją w mojej obecności?
- Daj mi spokój - burknął rozeźlony brunet.
W pociągu Seifer litościwie streścił koledze szczegóły kontraktu. Squall słuchał z uwagą, zadawszy dwa czy trzy krótkie pytania. Zadanie było nieskomplikowane, choć wymagające nieprzerwanego pobytu w terenie. Squall nie przepadał jakoś wybitnie za uganianiem się po bezdrożach za potworami, ale tym razem nie miał nic przeciwko temu. Praca za biurkiem dała mu nieźle popalić swoją monotonią. Seifer też wolałby coś efektowniejszego, ale zdawał sobie sprawę, że lepiej na razie nie rzucać się ludziom w oczy. Pamięć o jego udziale w konflikcie z Ultimecją była jeszcze zbyt świeża, a nie wszyscy byli tak wyrozumiali jak koledzy z Ogrodu. Ta skromna misja była więc idealna dla obydwóch szermierzy.
W trakcie podróży było na szczęście wystarczająco dużo czasu, by ustalić plan działania, przynajmniej w ogólnym zarysie. Po kilku godzinach obaj SeeD dojechali do stacji docelowej, wysiedli i skierowali się na południowy zachód.
- Jak myślisz, jakiego potwora tropimy?
Maszerowali wytyczoną wcześniej przez Seifera trasą ku miejscu, które miało być pierwszym punktem postojowym. Chcieli spenetrować dosyć duży obszar, gdzie grasowała bestia. Teren był dziki, więc eksploracja z konieczności musiała odbywać się na piechotę.
- Z opisu wynika, że to jakiś smok - odparł z roztargnieniem Squall, wpatrując się w mapę.
- Tak nawiasem mówiąc, to skąd tutaj wziął się smok? Przecież nigdy ich tu nie było - stwierdził blondyn, drapiąc się z zastanowieniem po głowie.
- Księżycowy Płacz.
- Aha, spadło tu trochę nowych potworów?
- Same z siebie nie spadły. Ktoś - powiedział znacząco Squall - je tu ściągnął.
- To byłem ja - oznajmił Seifer odkrywczo.
- Co ty nie powiesz - odparł ironicznie komendant. - Kto inny mógłby-
- ...dokonać takiego wyczynu? - wpadł mu w słowo blondyn, a na jego ustach pojawił się zarozumiały uśmieszek.
- Wyczynu? - skrzywił się Squall. - Traktujesz to w takich kategoriach?
- Nie bądź taki świętoszkowaty - zbeształ go Seifer. - Wydobycie i uruchomienie Pandory to była wielka rzecz. Musisz to przyznać.
Squall prychnął z niechęcią.
- Chyba nie przyniosła ci szczęścia - zauważył zgryźliwie.
Nie dał po sobie poznać, ale rozbawił go gniew malujący się na twarzy kolegi. Pewnie, że nie wspominał dobrze Pandory. W końcu to tam dostał łupnia od Squalla w finałowej walce.
- Mądrala! Ja byłem sam, a tobie pomagały twoje łapiduchy, Dincht i reszta! - wypalił zły i rozżalony blondyn, rozumiejąc przytyk.
- A tobie Ultimecja - odciął się niewzruszony komendant.
- Leonhart! - warknął coraz bardziej zdenerwowany Seifer. - Prosisz się o kłopoty!
- Lepiej nie zapominaj, kto jest komendantem, a kto adiutantem - przypomniał sucho dowódca.
Blondyn sapnął wściekle i wziął głęboki oddech, starając się uspokoić. "To będzie trudny tydzień", pomyślał z rozpaczą.

Uszli najwyżej pół kilometra od czasu ostatniej rozmowy, ale urażony szermierz nie potrafił tak po prostu porzucić poprzedniego wątku. I dać Leonhartowi zatriumfować.
- No, niech ci będzie z tą Pandorą - rzucił łaskawie, przerywając ciszę. - Ale Odina ładnie ci rozwaliłem, co nie?
- Jak to zrobiłeś? - zapytał Squall. W jego głosie zabrzmiała niechęć pomieszana z respektem. I zazdrością. - Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek ktoś zniszczył GFa.
Blondyn dosłownie pławił się w samozadowoleniu.
- Może kiedyś ci powiem. Jak ładnie poprosisz.
Squall nachmurzył się i nic nie odpowiedział. Seiferowi jednak to nie wadziło. To drobne zwycięstwo usatysfakcjonowało go w zupełności.

- I co, Leonhart, jak się czujesz bez swojego kompa i raportów?
- Dziękuję, dobrze - odparł chłodno komendant.
- Na pewno? A segregatorów i papierów w równych stosikach ci nie brakuje? - dokuczał mu blondyn, ale zarobił tylko na znużone spojrzenie Squalla.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? Wydaje mi się, że wziąłeś złą mapę, Squally.
- To raczej TY wziąłeś złą mapę. Kto powiedział, że "wszystkim się zajmie"?
- Nie bądź taki drobiazgowy. A zresztą, po co nam mapa! Mapy są dla idiotów. Trafimy, gdzie trzeba.
- …
- Myślisz, że za godzinę będziemy na miejscu?
- Może.

- Squally...
- Co?
- Daleko jeszcze?
- …
- No to daleko jeszcze?
- Tak.

- Zobacz, to są ślady smoka! - zawołał z nagłym ożywieniem Seifer, nachylając się nad wyschniętym gruntem i wskazując towarzyszowi nierówne zagłębienia. - Spójrz, tu stawiał łapy, a tutaj ciągnął ogon po ziemi!
Squall popatrzył sceptycznie na kolegę, który kucnął obok "śladów" i badał je ze skupieniem.
- Nie wydaje mi się.
- Ty Leonhart, nie umiałbyś odróżnić śladów smoka od śladów Blobry, mieszczuchu! - złajał go dotknięty Seifer.
- Almasy. Obaj jesteśmy z Ogrodu. Jesteś takim samym 'mieszczuchem', jak ja - odparł Squall, wznosząc wzrok do nieba. - A to nie są ślady smoka, tylko erozja gleby, głupku.
- Erozja? Taka, co zieje ogniem i ma skrzydła? Chodźmy za śladem, a sam zobaczysz!
Gunbladerzy przemierzyli kilkaset metrów, gdy ślad zaczął się stopniowo rozszerzać w głębokie koleiny i stawać coraz bardziej nieregularny, aż wreszcie skończył się nagle na brzegu urwiska. Seiferowi nieco wydłużyła się mina. Obaj koledzy stanęli na krawędzi i spojrzeli w dół małego kanionu. Squall odchrząknął znacząco.
- Ale to MOGŁY być ślady smoka! - wypalił Seifer obrażonym tonem.

- Myślę, że jesteśmy mniej więcej na miejscu - oświadczył brunet, rozglądając się uważnie dookoła.
- Taa, chyba masz rację. Też sobie przypominam, że miały być jakieś takie czerwone skały - zgodził się Seifer. - To co, zatrzymujemy się tu na noc, no nie?
Squall skinął głową i z ulgą zrzucił niesione wyposażenie na trawę. Seifer zrobił to samo, po czym zniknął na chwilę w pobliskim zagajniku i wrócił, niosąc w objęciach naręcze gałęzi. Ułożył je w zgrabny stosik i przez chwilę zastanawiał się nad czymś. W końcu zdecydował się i wprawnym ruchem ręki cisnął w kierunku stosu Firagę. Squall obserwował te manipulacje, nie mogąc się nadziwić ekscentrycznym pomysłom kolegi.
- Co ty wyprawiasz, Seifer?
- A nie widać? Próbuję zapalić te patyki - poinformował go nonszalancko blondyn.
- Firagą? To nie działa na materię nieożywioną - skwitował ironicznie Squall.
- A czy ktoś to sprawdzał?
- Jak rozpalać ognisko Firagą? Nie było dotąd takiego idioty.
- A mnie się uda!
Uparty szermierz próbował szczęścia kilkanaście razy. Zacisnął zęby, i równie wytrwale, co bezskutecznie, usiłował zapalić leżące gałęzie. Squall przyglądał się temu z osobliwą fascynacją przez jakiś czas, ale w końcu oprzytomniał i podszedł do niezmordowanego podpalacza, podając mu zapałki. Seifer podniósł wzrok na Leonharta. W jego oczach dostrzegł ledwo zauważalne wesołe iskierki. Świetnie. Miał zamiar olśnić kolegę swoją oryginalnością, a nie robić z siebie błazna. Z niezadowoleniem przyjął pomoc.
Żaden z nich nic nie powiedział. Siedzieli w milczeniu przy palącym się ognisku.

Seifer leżał na wznak, nie mogąc zasnąć. Na lewym boku też nie mógł. A na prawym było jeszcze gorzej, bo z tej pozycji widział śpiącego Squalla, a konkretnie jego plecy i tył głowy. Ciemnowłosy szermierz usnął już dawno. Odwrócił się do kolegi tyłem, ale dłoń trzymał na rękojeści Revolvera. Seifer po raz kolejny obrócił się, licząc na zaśnięcie. Rozgalopowane myśli nie pozwalały mu jednak na to. Był tak blisko... tak cholernie blisko Leonharta i nie mógł NIC zrobić. Na dodatek nie posunął się ani o centymetr bliżej do celu. Miał zamiar zaimponować Squallowi swoimi tropicielskimi umiejętnościami. Czy to jego wina, że ta przeklęta erozja wyglądała jak ślady Ruby Dragona? Z ogniskiem też klops. Westchnął melancholijnie. "Jeszcze sześć dni. To kawał czasu, na pewno mi się uda", pocieszył się.

4. Wspinacz

Tym razem to Squall obudził się pierwszy. Wygrzebał się dziarsko z legowiska i wstał. Seifer miał jednak lekki sen, od razu otwarł oczy, usłyszawszy uaktywnionego kolegę.
- Już wstałeś? Lepiej wracaj do łóżka - zasugerował z cwanym uśmieszkiem, uchylając swoje przykrycie i sugestywnie wskazując miejsce obok siebie.
Niestety, w zamian otrzymał tylko zniesmaczone spojrzenie, a Squall bez najmniejszej litości ściągnął z niego okrycie. Blondyn wzdrygnął się, czując nagły powiew zimnego powietrza. Zrzędząc pod nosem, podniósł się z ziemi.
- Mamy dziś do spenetrowania spory kawałek - przypomniał Squall. - Powinniśmy szybko wyruszyć.
- Dobra, Panie Obowiązkowy Aż Do Przesady Dowódco - sarknął Seifer. - Już się zbieram.

Po kilku godzinach poszukiwacze smoka zrobili sobie postój. Bestii nigdzie nie było, a jedyne, co się im napatoczyło pod gunblade'y, to parę Funguarów i jakieś zabiedzone Anacondaury.
- Szukamy w złym miejscu. Teraz moja kolej na wybór trasy - uznał apodyktycznie Seifer.
- Jak chcesz. Tylko nie szukaj go już po śladach - nie mógł się powstrzymać Squall.
- Proszę, proszę, małemu Squally'emu zebrało się na żarty - zaszydził blondyn. - Tym zdaniem odpracowałeś chyba całą swoją roczną normę, co nie?
- Odwal się.
- Tak myślałem.

Przed wieczorem dotarli do miejsca, gdzie teren stawał się już bardziej pofalowany i pagórkowaty. Było to przyjemne urozmaicenie po całym dniu wpatrywania się w płaskie i nudne przestrzenie, na których w dodatku prawie nic nie rosło.
- Wejdźmy na tę górkę i rozejrzyjmy się po okolicy - zaproponował Seifer, wskazując niewysokie, ale strome wzniesienie nad brzegiem niedużej rzeczki.
Squall kiwnął głową na zgodę, po czym ruszył w kierunku pagórka. Seifer swoim zwyczajem udał się za towarzyszem. Po pokonaniu większości drogi dowódca zatrzymał się i zadarł głowę do góry. Skała, przed którą stali, była dość gładka i mogła sprawić trudności wspinaczkowe.
- Podsadzę cię - zaproponował blondyn, którego od dłuższego czasu aż nosiło. Wpatrywanie się w Squallowy tyłek było co prawda bardzo przyjemne, ale niestety powodowało efekty uboczne. Nie czekając więc na zgodę ani nawet na odpowiedź, wykonał zapowiedziany manewr.
- Seifer! Co to ma znaczyć?! - wysyczał rozwścieczony brunet, który dzięki 'podsadzeniu' spotkał się niemal twarzą w twarz ze skałą. Dłonie uczynnego kolegi znalazły się w zdecydowanie nieodpowiednich rejonach jego ciała, a Seifer przycisnął go do skalnej płaszczyzny zamiast mu pomóc we wspięciu się na nią.
- Hmm, no chciałem cię podsadzić - usprawiedliwił się niewinnym głosem "pomocnik", nie zamierzając rezygnować tak łatwo i z zadowoleniem przesuwając dłonie trochę niżej.
Rozgniewany Squall wymierzył celne uderzenie łokciem z półobrotu, prosto w szczękę natarczywego adiutanta. Zaskoczony Seifer puścił go i upadł na ziemię z cichym jękiem. Chwycił się za promieniujące bólem miejsce i spojrzał na kolegę z niedowierzaniem.
- Nie wiedziałem, że znasz takie ciosy - wymamrotał z pretensją, siadając na trawie i troskliwie rozmasowując obolałą szczękę.
"Ten tydzień nie będzie trudny. Będzie cholernie trudny".
- Trenowałem z Zellem - przyznał brunet, przypatrując się znokautowanemu towarzyszowi. Zrobiło mu się trochę głupio. Czy nie zareagował przesadnie? Podniósł z ziemi Hyperiona i podał koledze w ramach milczących przeprosin.
- Nie musimy wchodzić na sam szczyt - odezwał się po chwili Seifer.
- Nie musimy - zgodził się Squall.
Z miejsca, gdzie stali, roztaczała się rozległa panorama, w zupełności wystarczająca do orientacji w terenie. W trakcie schodzenia kamienistą ścieżką Seifer odezwał się z lekkim podziwem:
- Masz dobre uderzenie, Leonhart. Nieźle mi przywaliłeś.
- ...dzięki.
- Ale warto było dostać! - zarechotał niepoprawny podrywacz, wspominając niezwykle przyjemne chwile przed nokautem.
Squall skrzywił się na myśl o własnej naiwności. Niepotrzebnie żałował tego łotra.
- Chętnie "podsadziłbym" cię jeszcze raz - dodał Seifer z figlarnym błyskiem w oku.
- Co się z tobą dzieje?
- Po prostu trudno mi się przy tobie pohamować.
- Dawniej nie miałeś z tym problemu - wytknął zdenerwowany Squall.
- Dawniej... byłem młody i głupi - odparł z humorem blondyn.
- Chyba wolałem, jak byłeś głupi - wymamrotał pod nosem Squall, wspominając, jak prosto przedstawiały się przedtem ich relacje. Tłukli się wzajemnie i tyle. A teraz?
Zeszli na dół, nic już więcej do siebie nie mówiąc. Po krótkich przygotowaniach usiedli koło ogniska, które Seifer tym razem zapalił tradycyjnie.
- Nie wiedziałem, że podobają ci się faceci - powiedział po bardzo długim milczeniu Squall.
Blondyn drgnął zaskoczony, nie spodziewając się po koledze takich wynurzeń.
- Nie podobają mi się - obruszył się. - Ale tobie się podobają, mam rację?
- Nie, nie masz - odburknął Squall.
Obaj zamilkli, dąsając się w ciszy jeden na drugiego.

Mapy są dla idiotów

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/03/07 23:48 #8459 przez shizonek
5. Ochroniarz

Seifer z trudem otwarł jedno oko i ziewnął przeciągle. Squall okazał się rannym ptaszkiem. Znowu wstał bardzo wcześnie. Przecież nie musieli zrywać się bladym świtem!
- Leonhart, jeszsze jes siemno - zaspany blondyn próbował przemówić do rozsądku koledze.
- Zaraz wzejdzie słońce. Ale jak chcesz, to jeszcze nie wstawaj - zmiękł Squall. - Pójdę się przejść po okolicy.
Po jego odejściu Seifer zamierzał zapaść z powrotem w drzemkę. Nagle jednak uderzyła go myśl, że nie powinni się rozdzielać, przebywając na potencjalnie niebezpiecznym terenie. A jak Squallowi coś się stanie, gdy on się tu będzie wylegiwał? Poderwał się jak dźgnięty nożem i chwyciwszy Hyperiona, pognał w stronę, w którą - jak sądził - udał się komendant.
- Leonhart! Squaaally!
Poczuł narastający niepokój. Kolegi nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Przecież nie mógł się oddalić zbyt daleko w tak krótkim czasie. Seifer stanął nad brzegiem paskudnych bagien, walcząc z sugestywnymi wyobrażeniami. "Co, jeśli Squall tu wszedł i się utopił?" Był już niemal gotów wkroczyć na trzęsawiska i rozpocząć poszukiwania, gdy poczuł na ramieniu dłoń.
- Co tu robisz, Seifer?
Zanim sens pytania i zrozumienie, że Squallowi nic nie jest, dotarły do jego świadomości, zareagował odruchowo, zgodnie z przebytym treningiem. Podenerwowanie i napięte nerwy dokonały reszty. Chwycił dłoń napastnika i wyćwiczonym ruchem rzucił go na ziemię. W następnej sekundzie już wiedział, że popełnił wielki błąd.
- Almasy! Co ty do cholery wyprawiasz?!
Squall był naprawdę wściekły. Ten idiota wrzucił go do najgłębszej chyba kałuży błota w promieniu kilku kilometrów. Usiadł, czując strużki wody i błotnistej mazi spływające mu po plecach i twarzy.
- Przepraszam - powiedział potulnie blondyn, czując, jak omywa go fala wielkiej ulgi. Właśnie uświadomił sobie, jak bolesna była myśl o utracie Leonharta i ostatecznie pozbył się złudzeń, że cierpi na chwilową niepoczytalność. - Nie wiedziałem, gdzie poszedłeś i myślałem, że coś ci się stało.
- Co to ma wspólnego z wrzuceniem mnie w bagno? - warknął rozdrażniony brunet, ściągając z siebie jakieś wodorosty, które przykleiły mu się do włosów.
- Nie powinieneś się tak skradać - wytknął mu stropiony Seifer.
Spojrzał na towarzysza, który nadal siedział w środku bajorka. Kontrast między gniewnie ściągniętymi brwiami kolegi a nie pasującymi do tego groźnego wizerunku błotnistymi smugami na jego policzkach sprawił, że Seifer wybuchnął histerycznym śmiechem. Opadło z niego całe napięcie i nie mógł przestać się śmiać. Zdążył tylko zobaczyć charakterystyczny błysk w oczach kolegi, gdy zrozumiał, że popełnił właśnie drugi błąd. Squall podciął mu nogi i blondyn runął bezradnie do tego samego bajorka, rozbryzgując dookoła wodę. Rozzłoszczony komendant nie poprzestał na tym. Chwycił oszołomionego Seifera za koszulę i szarpnął go, bezlitośnie wpychając w najgorsze błoto.
- OK, OK, poddaję się! - zawołał zdesperowany gunblader, chcąc ułagodzić napastnika. Squall nieczęsto się wkurzał, ale gdy już do tego doszło, był bardzo niebezpieczny. Blizna na czole przypominała Seiferowi o tym aż nadto dobitnie. "Niebezpieczny" Squall stanowił podniecającą opcję w innych warunkach, ale z pewnością nie w tej chwili. Zdecydowanie lepiej byłoby nie tonąć w bagnie.
Squall poczuł, że mija mu złość. Dotarło do niego, że Seifer po prostu się o niego... martwił. Seifer?! Zakłopotany swoim wybuchem, puścił sponiewieranego rywala i zszedł z niego, mruknąwszy:
- Niepotrzebnie mnie szukałeś. Jak widzisz, żyję i nic mi nie jest.
- Widzę właśnie - odparł cierpko Seifer, z trudem wyciągając ręce z bagna i wstając. - Po tej demonstracji nikt nie śmiałby wątpić w twoją żywotność.
- To ty zacząłeś.
- Ale ja zrobiłem to niechcący!
- Akurat.
- Co to miało znaczyć?!
- Nieważne.

- Zostań tu Seifer, ja zaraz wrócę - rozkazał Squall, gdy wrócili do tymczasowego obozowiska.
- Dokąd znowu się wybierasz? - zapytał blondyn, niezadowolony na myśl o ponownym rozdzielaniu się.
- Nad jezioro. Muszę się umyć z tego błota - syknął zirytowany Squall. - Nie widać?!
- Ja też muszę. To możemy iść razem - rozpromienił się Seifer. Przez mózg raźno przegalopowały mu obiecujące obrazki z mokrym Squallem w roli głównej. Mokrym, bez ubrania... Chyba jednak odbicie tych myśli było widoczne na jego twarzy, bo komendant spiorunował go wzrokiem.
- Jeszcze czego. Pójdziemy osobno.
- Ale w pojedynkę jest niebezpiecznie. Pójdę z tobą i będę cię pilnował - zaproponował opiekuńczym tonem Seifer, próbując przywołać na usta niewinny uśmiech.
- Raczej gapił się.
- Nie mówię, że nie... - wymamrotał rozczarowany szermierz.
- Idę sam. A jeśli przyleziesz za mną i będziesz podglądał, to wypruję ci flaki - obiecał Squall, patrząc na niego spode łba.
Seifer skrzywił się z niezadowoleniem, ale nie śmiał kwestionować tej groźby.

Squalla nie było już strasznie długo. Seifer zaczął się niecierpliwić. "Ile czasu można się myć?" Spojrzał na zegarek i zorientował się, że minęło dopiero pięć minut. Dziwne, że ten czas tak się wlecze. "Powinienem iść sprawdzić, co ze Squallem. Nie, nie powinienem - dyskutował sam ze sobą. - Jak Leonhart zobaczy mnie nad jeziorem, to mnie zabije, a potem zrobi to jeszcze raz. Ale może tym razem naprawdę coś się stało? Nic się nie stało, szukasz pretekstu do pogapienia się na Squally'ego. Po prostu się martwię... Taa, jasne". Zmagał się znowu ze swoimi dwiema stronami - tym razem jednak wygrała ta nieprzyzwoita i Seifer udał się w kierunku jeziora z nieodłącznym uśmieszkiem na twarzy.
Starał się iść cicho, ale że nie był ani lekki, ani niski, skradanie wyszło mu niezbyt imponująco. Już nie mówiąc o tym, że skradanie absolutnie nie leżało w jego naturze. Głośne nadejście - tak, by wszyscy słyszeli, to był jego styl. Nie zdążył nawet dotrzeć nad brzeg wody, gdy poczuł na karku dotyk zimnego metalu.
- Wiedziałem, że przyjdziesz.
Drgnął nerwowo, zrozumiawszy, że Squallowi ponownie udało się go zaskoczyć. Skąd ten drań miał takie zdolności? Łaził cicho jak cholerny kot!
- Dobrze mnie znasz - stwierdził z udawaną nonszalancją.
Trochę martwił go jednak nieustający nacisk ostrza Revolvera na własnej szyi. I milczenie, bardzo niepokojące milczenie. Tak jakby Squall rozważał, czy skrócić go o głowę, czy - zgodnie z zapowiedzią - pozbawić wnętrzności.
- Poza tym słyszałem cię z daleka - oznajmił brunet, zabierając jednak gunblade'a z Seiferowego karku. Blondyn odetchnął z ulgą. Odwrócił się i spojrzał na bezgłośnego napastnika. Squall nie miał już na sobie ani śladu błota, przez ramię miał przewieszoną kurtkę i koszulę. W prawej dłoni trzymał Revolvera, z którym kark blondyna miał przed chwilą bliski kontakt. Oczekiwania Seifera zostały jednak odrobinę zaspokojone, gdyż zgodnie z życzeniem, Squall był mokry i częściowo pozbawiony ubrania. Niestety, blondyn wątpił, by prośba o zdjęcie spodni została przez kolegę powitana ze zrozumieniem.
- Jak mogłeś mnie słyszeć? Starałem się iść cicho - zaprotestował dotknięty Seifer.
- Cicho? Myślałem, że to stado Behemothów tratuje las.
- Skoro już jednak tu jestem - zaproponował szermierz - to możesz kontynuować swoje ablucje.
- Skoro już tu jesteś, to kąp się sam. Ja wracam - oznajmił sucho komendant, zbierając się do odejścia.
- Może umyjesz mi plecy, zanim pójdziesz? - rzucił propozycję rozbawiony Seifer.
Zdziwił się, że spojrzenie zwrotne kolegi nie zamroziło wody w jeziorze. Dał w końcu spokój żartom i ruszył w kierunku wody. Trzeba było pozbyć się błota, w którym Squally porządnie go wytarzał.
W połowie drogi powrotnej ciemnowłosy szermierz zatrzymał się i spojrzał w kierunku jeziora i kąpiącego się kolegi. Niemal niezauważalny uśmieszek pojawił się na jego ustach.

6. Astronom

Większość dnia gunbladerzy poświęcili na obejście wielkiego jeziora dookoła. Późne popołudnie zastało ich przy drugim jego krańcu.
- Szlag! Skąd tu tyle komarów?! - złościł się Seifer, który nieustannie musiał odganiać się od krwiożerczych owadów. Jego kolega znosił te ataki ze stoickim spokojem, okazjonalnie rozpłaszczając jakiegoś nachalnego komara.
- Jesteśmy nad wodą. Niedaleko są bagna - wyjaśnił sucho Squall.
- To było pytanie retoryczne - sapnął poirytowany blondyn.
- Sam zapewniałeś, że to będzie "przyjemna plenerowa wycieczka" - przypomniał mu sarkastycznie brunet.
"Tak, ale miało nie być komarów, błota, łażenia i opornego Leonharta - pomyślał rozdrażniony Seifer. - Miała być ładna pogoda, zero wysiłku i Squally, który uległby przystojnemu koledze, czyli mnie, już w pierwszy dzień."
- Jak odejdziemy trochę w głąb lądu, powinno być lepiej - pocieszył go towarzysz.
Ilość dokuczliwych owadów spadła znacznie, gdy minęli zabagniony teren. Squall wybrał miejsce na nocny postój niedaleko brzegu. Po godzinie zaczęło się już zmierzchać, kiedy Seifer postanowił zrealizować kolejny pomysł.
- Chodź, przejdziemy się w jedno miejsce - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu i niezbyt delikatnie pociągnął kolegę za ramię.
- Nie szarp mnie, Almasy! - brunet o mało nie przewrócił się od niespodziewanego targnięcia. - Dokąd chcesz iść?
- Zobaczysz. To niespodzianka - uciął jasnowłosy szermierz.
Squall skrzywił się z niechęcią, poszedł jednak za nim. Uszli może kilkaset metrów, gdy Seifer zatrzymał się, kiwając do siebie głową z ukontentowaniem.
- To tu - oznajmił, wskazując niewielką łączkę na półwyspie wcinającym się łagodnie w jezioro.
Squall uniósł pytająco brwi. Zwykła łąka, nic specjalnego.
- Trawa jak każda inna - skomentował oschle.
- Przecież nie chodzi mi o trawę! - zniecierpliwił się blondyn. - Zresztą... Siadaj!
Popchnął zaskoczonego kolegę na ziemię i zanim Squall zdążył się oburzyć na takie bezceremonialne traktowanie, usiadł obok niego.
- Popatrz tam - wskazał ręką odpowiedni kierunek.
Squall spojrzał posłusznie. Na horyzoncie widać było zachodzące słońce. Krwistoczerwone promienie odbijały się w falach jeziora, które zwielokrotniały jeszcze bardziej ich blask. Squall patrzył przez chwilę na to zjawisko, zastanawiając się, czy powinien zauważyć coś nietypowego. Po co Seifer mu to pokazywał?
- Zachód słońca - stwierdził oczywistość, patrząc bez wyrazu na blondyna.
- I to ładny zachód - skomentował Seifer, przyglądając się z uśmiechem skonsternowanemu Squallowi.
- Co to za wygłupy?
- To nie wygłupy. Nigdy nie oglądałeś z kimś zachodu słońca? - zdziwił się fałszywie jasnowłosy szermierz.
- Więc mam tu z tobą siedzieć i gapić się, jak słońce zachodzi, tak? - spytał chłodno Squall. Almasy był nieprzewidywalny i miewał idiotyczne pomysły. Przynajmniej ostatnio.
- To tylko przez chwilę. A potem poczekamy, aż zrobi się ciemno i-
- I co, przyjdzie kolej na gapienie się w gwiazdy? - zadrwił Squall.
- Z ust mi to wyjąłeś! - ucieszył się Seifer, udając, że nie zrozumiał kpiny. - Podobno ostatnio lubisz patrzeć na gwiazdy, Squally. Szczególnie na spadające.
- Ja?! Kto ci naopowiadał takich idiotyzmów? - oburzył się rzekomy miłośnik spadających gwiazd.
- A co, nie jest tak? Kinneas mi coś o tym wspominał - oznajmił niewinnie blondyn.
- Nonsens - mruknął Squall.
- Jeszcze tylko kilka minut i zrobi się całkiem ciemno - Seifer zachęcająco poklepał po ramieniu kolegę opornego na uroki przyrody.
- Idę stąd. Nie mam zamiaru się wydurniać! - oświadczył gburowato brunet, wstając z ziemi.
Nie zdążył nawet się wyprostować, gdy momentalnie został ściągnięty z powrotem. Seifer miał dobry refleks. Pociągnięty za rękę Squall ponownie klapnął na trawę.
- Almasy, puszczaj mnie w tej chwili! - rozzłościł się. - Co ci odbiło?!
Podenerwowany Squall rozważał kuszącą opcję użycia prawego sierpowego, by uwolnić swój nadgarstek, tkwiący w dłoni kolegi. Zanim jednak zdążył zrealizować ten zamysł, Seifer odezwał się zaskakująco łagodnym i nalegającym tonem:
- Puszczę cię, ale obiecaj, że nie pójdziesz.
Brunet przez chwilę walczył z narastającym zniecierpliwieniem. Wreszcie jednak poddał się i powiedział niechętnie:
- Dobra, zostanę. Puszczaj.
- Świetnie, Squally - uradował się blondyn. - Połóż się.
- Co, znowu?! Po co?
- A jak chcesz oglądać gwiazdy? Na siedząco?
- W ogóle nie chcę ich oglądać! - odciął się Squall, wyciągając się jednak na trawie i podkładając sobie ramiona pod głowę.
- Nie bądź taki entuzjastyczny - zakpił Seifer, rozwalając się wygodnie obok niego w tej samej pozycji.
- …
- Spójrz trochę na prawo od tego jasnego punktu - blondyn wskazał towarzyszowi właściwe miejsce na nieboskłonie. Niechęć Squalla nie była w stanie zmącić jego dobrego nastroju. - Widzisz ten wężyk, składający się z sześciu gwiazd?
- Mhm.
- Wiesz, jak się nazywa?
- Nie.
- To Lewiatan - oznajmił Seifer, dumny ze swojej wiedzy. - A jak spojrzysz trochę na prawo od jego ogona, są takie cztery mniejsze gwiazdy. Widzisz je?
- Widzę.
- Co ci to przypomina?
- Nic.
- No jak to? Zobacz, tu są łapy, tu głowa... nie poznajesz?
- Nie.
- Przecież to Gwiazdozbiór Grendela! - zniecierpliwił się Seifer. - Jak można tego nie widzieć?
- To tylko kilka gwiazd tworzących czworokąt - powiedział bezdusznie Squall.
- Leonhart, psujesz nastrój - zbeształ go kolega. - Postaraj się bardziej. Patrz, co to może być na samym środku? Widzisz? Takie duże.
- Księżyc?
Seiferowi opadły ręce. W całym wszechświecie nie znalazłby drugiego człowieka tak doszczętnie wypranego z romantyzmu, jak Leonhart.
- No dobra, nie o to mi chodziło, ale niech ci będzie. Księżyc. Pięknie wygląda, no nie? Kratery i puste przestrzenie...
- Puste, bo pozbył się potworów - obwieścił złośliwie Squall. - Wszystkie spadły na nas.
- Squally, nie zaczynaj znowu! - skarcił go zdenerwowany blondyn. Zerknął na kolegę i zorientował się, że ten uśmiecha się pod nosem. Pięknie. Leonhart i jego ekscentryczne poczucie humoru. Dziwne, że w ogóle ma jakieś.
- W porządku, dam ci ostatnią szansę na zgadnięcie - ogłosił pozbawionemu wyobraźni brunetowi. - Przyjrzyj się uważnie tym ośmiu gwiazdom, tak bardziej na lewo. Widzisz?
- Tak.
- Wysil się trochę. Co one ci przypominają? Powinieneś to wiedzieć - naciskał Seifer.
Squall jęknął w duchu. Almasy jak się do czegoś przyczepi, to koniec. Musi coś powiedzieć, bo inaczej kolega nie da mu spokoju przez pół nocy, każąc zgadywać.
- Rozkwaszony Funguar.
- No no, rozkręcasz się! - roześmiał się Seifer. - Nie trafiłeś, ale dobrze ci idzie. Próbuj dalej.
- Seifer, ja naprawdę nie...
- Co, tak szybko się poddajesz? Dalej, zgaduj. Na co ci to wygląda?
- Wnętrzności Chimery.
- Bardzo śmieszne. No? Jak myślisz, co to może być za konstelacja?
- Konstelacja Chce Mi Się Spać A Jutro Czeka Dalsza Misja - zajadowicił dowódca.
- Jesteś strasznie przyziemny - zganił go Seifer.
- Przypomnę ci to jutro rano, kiedy nie będziesz mógł się dobudzić - odparował Squall, wstając z trawy.
Seifer westchnął ciężko, ale podniósł się również.
- To Konstelacja Lwa, dlatego ci ją pokazywałem. Myślałem, że ci się spodoba - wyjaśnił z rezygnacją, ruszając powrotną ścieżką.
Squall spojrzał na rozżalonego towarzysza, wlokącego się smętnie ze spuszczoną głową. Zrobiło mu się przykro i pożałował swojego zachowania. I to akurat, gdy Almasy nie był wcale złośliwy. Popatrzył ponownie na niebo. Lew? Może rzeczywiście...
- Zaczekaj, Seifer! Właściwie możemy tu zostać jeszcze trochę - rzucił w stronę kolegi, nadrabiając miną.
Seifer uśmiechnął się domyślnie, zawracając.

Konstelacja Lwa
c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/04/27 16:51 #8777 przez shizonek
Emoonia mnie ochrzaniła za opieszałość. To nie opieszałość, tylko myślałam, że nikt tego nie czyta i nie muszę więcej wstawiać;P
A więc kolejne dwa kawałki bajki.


7. Wędkarz

Poranek piątego dnia zapowiadał się całkiem ładny. Seifer postanowił spędzić go nieco inaczej niż do tej pory.
- Zróbmy sobie małą przerwę w poszukiwaniach. Wczoraj nadgoniliśmy planowaną trasę. Chodźmy na ryby.
- Co? - zaskoczony Squall przez chwilę patrzył na kolegę, jakby ten był niespełna rozumu. - Seifer. Przyjechaliśmy tu zlikwidować smoka, a nie odpoczywać!
- A kto mówi o odpoczywaniu? Pójdziemy złapać sobie śniadanie. Mam już dość tego świństwa, które mamy ze sobą - powiedział z obrzydzeniem Seifer. - Nie mów, że tobie to smakuje.
- Nie - mruknął Squall. - Ale nie musi smakować. To po prostu białko, aminokwasy, sole i witaminy. Wszystko, czego potrzeba.
"Typowy Leonhart. Wykład o użyteczności podłego żarcia".
- Dla mnie to są obleśne gluty - oświadczył. - Chodź, to nie zajmie dużo czasu. Nie wolałbyś zamiast tego paskudztwa zjeść rybę?
- No dobra, jak chcesz, to chodźmy. Ale najwyżej dwie godziny i musimy iść dalej.
- Tyle wystarczy - uradował się Seifer. - Mam dla ciebie zapasową wędkę. Łowiłeś kiedyś?
Komendant potrząsnął głową przecząco.
- Masz szczęście, Squally. Trafiłeś na mistrza wędkarskiego - napuszony Seifer wskazał na siebie - więc patrz i ucz się.
Przez kilka minut niezwykle dumny z siebie mistrz instruował swojego ucznia z technik łowienia. Squall słuchał uważnie wykładu przejętego swą rolą Seifera. W końcu teoretyczne szkolenie się zakończyło i obaj udali się na brzeg jeziora. Seifer wybrał odpowiednie miejsce, po czym obaj zasiedli nad wodą. Siedzieli tak już dobry kwadrans, nic nie mówiąc. Squallowi w zupełności to odpowiadało, ale Seifera zaczęło uwierać panujące milczenie.
- Wiesz, tak sobie myślałem... jak siedziałem w estharskim kiciu i zaczynałem myśleć, że utknę tam do końca życia...
Squall skrzywił się, niezbyt uszczęśliwiony poruszeniem tego wątku i refleksyjnym nastrojem Almasy'ego. Nie cierpiał takich rzeczy, bo zwykle nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć.
- ...i akurat wtedy się zjawiłeś, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Miałem kiedyś to głupie marzenie o byciu rycerzem, pamiętasz? - ciągnął wyznania Seifer. - Ale ja byłem dennym rycerzem. Ty zrozumiałeś to o wiele lepiej.
- Co za pierdoły - powiedział opryskliwie komendant, mając gorącą nadzieję, że kolega zamilknie albo chociaż zmieni temat na mniej żenujący.
- Ale kiedy właśnie przybyłeś mi na pomoc jak prawdziwy rycerz. Rycerz Smętnego Oblicza co prawda, ale nie zamierzam narzekać - zarechotał Seifer, kładąc Squallowi dłoń na ramieniu.
- Gadasz jak połamany - zdenerwował się smętny rycerz, zrzucając rękę kolegi. Dotyk Seifera był niebezpieczny. Ilekroć Squall pozwalał Almasy'emu zbliżyć się do siebie za bardzo, rezultat bywał opłakany. Za pierwszym razem skończyło się to szramą na czole, za drugim - zaspaniem na misję.
- Słyszałem, że musiałeś negocjować z tatuśkiem - zagaił Seifer.
- Nie chcę o nim gadać.
- Tak się dla mnie poświęciłeś, Squally...
- Zamknij się, bo zacznę tego żałować - warknął komendant, ponownie zrzucając dłoń Seifera z ramienia.
I wtedy złapała się pierwsza ryba.

Obaj wędkarze wracali do obozowiska niespiesznym krokiem. Seifer był wściekły, gdyż nie złowił nic, a ten żółtodziób rybacki, który maszerował z niezmąconym spokojem u jego boku, złapał bez wysiłku kilka sztuk. Po jakimś czasie blondynowi wreszcie przeszła złość, tym bardziej, że Squall w żaden sposób nie skomentował tej haniebnej porażki. W takich przypadkach milczenie rzeczywiście było złotem.
- Nieźle jak na pierwszy raz - pochwalił więc wspaniałomyślnie swojego podopiecznego.
- Dzięki.
Po przybyciu na miejsce Seifer zajął się przekształcaniem złowionych ryb w jadalne danie, nie omieszkawszy pochwalić się, jakim to genialnym jest kucharzem. Squall pomyślał, że jeśli tak samo genialnym, jak wędkarzem, to chyba będą musieli wrócić do jedzenia wzgardzonych "glutów". Zachował jednak te myśli dla siebie, pozwalając towarzyszowi upajać się myślą o własnej wspaniałości.
Usiadł na kamieniu i nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się koledze, który wyciągnął skądś patelnię i całą masę pakunków niewiadomego przeznaczenia. Squalla dziwiło, że Seiferowi chciało mu się nieść cały ten nabój bez pewności, że się przyda. Po niedługim czasie praca Seifera było skończona.
- Trzymaj, Squally - blondyn podał czekającemu cierpliwie koledze swoje rybne dzieło. - Gwarantuję ci, że padniesz z wrażenia.
Komendant spróbował nieufnie potrawy, jakby podświadomie oczekując, że wyskoczą z niej kolce i przebiją mu policzki. Po kilku sekundach zmienił zdanie na temat przechwałek kolegi. Tym razem drań miał wszelkie powody do chełpliwości. "Genialny drań" z rozbawieniem obserwował posilającego się dowódcę. Squall podniósł wzrok i zobaczył, że Seifer patrzy na niego, a na twarzy ma szeroki uśmiech.
- Co znowu? - mruknął zakłopotany.
- Nic, nic. Nie przeszkadzaj sobie.
Kiedy Squall skończył jeść, Seifer nie wytrzymał i zapytał:
- No i co, Squally, smakowało ci? Jest tak, jak mówiłem, co nie?
- Rzeczywiście - przyznał uczciwie brunet. - Może wolałbyś zmienić zajęcie? Z adiutanta na szefa kuchni w Ogrodzie? - zapytał nieco ironicznie.
- Ha! Uważasz, że jestem aż tak dobry? - wyszczerzył się dumny blondyn.
- Owszem - wymamrotał Squall.
- Moje obecne stanowisko zapewnia mi lepsze atrakcje - mrugnął do niego szelmowsko. - Ale, skoro chcesz, mogę od czasu do czasu być twoim prywatnym kucharzem.
Mimo wszystko pomyślał, że byłoby zabawnie móc wywalić z Ogrodowego jadłospisu te obrzydliwe hotdogi - po to tylko, by wkurzyć Dinchta. Myśl była kusząca.
- Nie mówiłem, że chcę - zmieszał się Squall.
- Ale na pewno miałeś to na myśli - poklepał go po plecach rozbawiony kolega.

U podnóża wzniesień, do których zmierzali obaj szermierze, rósł niewysoki, ale dosyć poplątany i gęsty las. Od pół godziny przedzierali się z mozołem przez okropne krzaki i badyle, spowalniające znacznie ich marsz.
- Nie wiem, po co wleźliśmy w ten las, niech go jasny szlag trafi - narzekał rozdrażniony Seifer, po raz dziesiąty od chwili, gdy wkroczyli w głąb puszczy.
- Bo to najkrótsza droga w góry, a tam może być smok - przypomniał mu Squall, również po raz dziesiąty, i jak sobie obiecał, ostatni.
Zatrzymali się na krótki odpoczynek pod wysokim drzewem. Seifer z obrzydzeniem ściągnął z siebie pajęczyny i liście, które utkwiły mu we włosach. Squall zrobił to samo, choć wiedział, że to nie ma wielkiego sensu, skoro za chwilę znowu wejdą w zarośla i leśne ozdoby pojawią się na powrót.
- Czekaj, jeszcze z tyłu masz pełno śmiecia - oznajmił blondyn, strzepując koledze z pleców zabłąkane liście. Przesunął dłonie po jego bokach, ignorując ostrzegawcze syknięcie Squalla:
- Seifer, zabieraj ręce!
- Miałeś tam przyczepione pajęczyny - tłumaczył się niezłomny podrywacz, ani myśląc odkleić się od niego. Jakoś tak dłonie mu się zabłąkały w okolicę Squallowych pośladków... A gdy to już nastąpiło, poczuł nagle, jakby jego żołądek spotkał się z taranem. Osunął się na kolana, lądując na leśnej ściółce i z trudem łapiąc powietrze. "Czemu Leonhart ma takie twarde pięści?" - pomyślał z pretensją. "...i charakter."
- Ostrzegałem - wycedził komendant, patrząc spode łba na pozbawionego oddechu, klęczącego Seifera. Tym razem nie było mu go żal. Ani trochę.
- Tch... - zdołał tylko wysapać blondyn. W końcu wstał jakoś i dołączył do swojego niewzruszonego dowódcy.
Na razie nie był w nastroju do dalszych prób. Na razie.

Seifer podniósł głowę i spojrzał na śpiącego towarzysza, jak zwykle obróconego doń plecami. Powoli i bardzo ostrożnie wyciągnął dłoń, chcąc go chociaż dotknąć, ale nie zdążył tego zrobić, gdy usłyszał jego zaskakująco przytomny i karcący głos.
- Almasy, gdzie się pchasz z łapami?
Squall nawet nie pofatygował się, aby odwrócić głowę w jego kierunku czy w ogóle się poruszyć. Seifer jak niepyszny zabrał rękę i odwrócił się tyłem do kolegi, mamrocząc pod nosem ze złością i przeklinając szósty zmysł Leonharta.

8. Ratownik

- Spójrz Squally, tędy chyba będzie najwygodniej wejść - Seifer wskazał koledze niewielki uskok skalny.
Doszli na miejsce, czyli w góry, gdzie można było znaleźć jaskinie, potencjalne miejsce bytowania poszukiwanego smoka. Bestia nie lubiła zamieszkiwać blisko siedzib ludzkich i dlatego poszukiwali jej na tym wygwizdowie. Smok miał jednak duże terytorium i przemieszczał się po nim z łatwością. Nic więc dziwnego, że popadł w końcu w konflikt z mieszkańcami któregoś miasteczka, odstraszając turystów.
- Może być - skinął głową Squall.
Mieli cały dzień na eksplorację jaskiń. Większość z nich łączyła się ze sobą w długie kompleksy.
- Podsadzić cię? - zażartował niepoprawny gunblader, kiedy komendant podszedł do skały.
Wybuchnął śmiechem, gdy Squall w mgnieniu oka obrócił się do niego przodem, plecami opierając się o głaz. Wyraz twarzy Leonharta był wart wszystkich pieniędzy świata. Blondyn nie mógł się uspokoić, śmiejąc się na całe gardło i klepiąc się z uciechą po udzie.
- Co w tym śmiesznego? - Squall zmrużył oczy z irytacją.
- Ty i twoja mina - śmiał się blondyn.
- Mamy robotę do wykonania - przypomniał ozięble brunet, wracając do wspinaczki.
Po kilkunastu minutach obaj szermierze stanęli u wejścia do wielkiej jaskini, pierwszego celu ich poszukiwań.

- Dzisiaj już chyba nie zdążymy stąd wyjść - uznał zafrasowany Seifer pod koniec 'dniówki'. - Trzeba by się wspinać po ciemku, a to nie jest zbyt bezpieczne. Nie zamierzam skręcić sobie karku.
- Będziemy musieli spędzić tu noc - zgodził się Squall, również niezbyt zadowolony.
W grocie panował przenikliwy chłód i nie było z czego rozpalić ogniska. Obaj za długo zasiedzieli się na dole, penetrując system jaskiń i teraz musieli tu zostać aż do wschodu słońca, zapewniającego dostateczną ilość światła.
Wybrali najlepsze możliwe miejsce do spania, na piaszczystym i suchym spłachetku podłoża. Na szczęście jaskinia nie była wilgotna, bo byłoby jeszcze zimniej. Od góry przez szczelinę skalną wpadało światło księżyca, oświetlając słabym blaskiem leżących tropicieli smoka. Seifer swoim zwyczajem zerknął na spoczywającego obok towarzysza i zorientował się, że ten lekko drży. Bez namysłu chwycił go za ramię i szarpnął, zmuszając, by obrócił się do niego przodem.
- Czego chcesz? - wymamrotał niezadowolony Squall, nakrywając się ponownie i obrzucając go niechętnym spojrzeniem. Czy natarczywy kolega nie mógłby dać mu spokoju chociaż na czas snu?
- Czemu nie mówisz, że zamarzasz? - oburzył się szczerze Seifer.
- Nie z-zamarzam - zaprotestował brunet, bez powodzenia usiłując powstrzymać dreszcz.
- Przecież widzę, że ci zimno - skarcił go blondyn. "Leonhart zawsze był zmarzluchem".
- Może trochę - spuścił z tonu Squall. - A czyja to wina?
- Moja? - zdenerwował się troskliwy adiutant. - Niby czemu?
- Braki w odpowiednim wyposażeniu - wytknął kąśliwie brunet. - Kto się tym zajmował?
- No dobra, ale skąd miałem wiedzieć, że będziemy spać w zimnej jaskini? - usprawiedliwiał się zakłopotany Seifer. - Tego nie było w planie!
- Oczywiście - mruknął pod nosem Squall. - A "mapy są dla idiotów". Po prostu daj mi spokój i śpijmy już.
- Mowy nie ma - oznajmił stanowczo blondyn. - Połóż się obok mnie, Squally. Ogrzeję cię.
- Wolałbym raczej zamarznąć - prychnął oburzony chłopak.
- Jaja sobie robisz, Leonhart? - zbeształ go z niedowierzaniem Seifer. - Nie czas na głupią dumę. Poza tym to przecież standardowa procedura w nagłych wypadkach. Nie pamiętasz?
- Nieważne. Odczep się.
- A mnie się wydaje, że to początki hipotermii - powiedział z namysłem blondyn. - Pamiętam to jeszcze ze szkolenia. Według mnie wykazujesz klasyczne objawy.
- Nic mi nie jest, do cholery!
- To właśnie jeden z objawów. Kiedy ofiara uważa, że wszystko z nią w porządku.
- Zmyślasz - nastroszył się Squall.
Seifer spojrzał na niego jeszcze raz i pociągnął go energicznie ku sobie. Rozdrażniony brunet postanowił wreszcie porządnie przyłożyć koledze i sprawić, żeby dał mu spać. Przez jakiś czas obaj nieustępliwie się szarpali, żaden nie chciał się poddać pierwszy. W końcu zdesperowany Seifer wysapał, chwytając Squalla za koszulę:
- Przypominam sobie kolejny fragment o hipotermii. Ten, dotyczący rozbierania.
- Tylko spróbuj, a wyjdziesz z tej jaskini w kawałkach! - rozeźlił się brunet, siadając i spoglądając na niego morderczym wzrokiem.
Chwilowe ciepło po walce z Seiferem szybko go opuściło i Squall zadrżał. Zimno stawało się coraz bardziej przejmujące. Seifer uniósł brew, obserwując ironicznie krnąbrnego towarzysza. Nie minęło nawet pół minuty, gdy uparciuch poddał się, czując coraz silniejsze dreszcze.
- No dobra - mruknął, układając się koło kolegi i pocieszając się, że to faktycznie standardowa procedura. - Ale trzymaj łapy przy sobie.
Seifer pozwolił sobie na uśmieszek triumfu. Zwycięskim gestem przyciągnął Leonharta do siebie i objął go mocno. Troskliwiej, niż przewidywały to jakiekolwiek procedury. Oddałby absolutnie wszystko, żeby móc tak codziennie zasypiać obok Squalla. Wiedział, że przepadł z kretesem.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/04/27 17:11 #8778 przez Em
Chyba sobie kpisz, jak to nikt nie czyta? Cykl miał być walentynkowy, cały czas czekam na kolejne części, a Ty je dawkujesz niemal jak Square informacje o Versusie :P Ostatnie rozdziały bardzo fajne i oczywiście urywają się w nieodpowiednim miejscu :P

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/04/27 18:55 #8779 przez shizonek
Wobec tego od teraz przerwy będą krótsze, jak przerwy w dostawie prądu do północnokoreańskich fabryk;P

Emoonia napisał:

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 412 gości oraz 3 użytkowników.

  • DrewniaQ
  • Em
  • Noel Kreiss

Nowy poziom!

  • elohim awansuje dziś na nowy poziom! (38)
  • Jamuszko awansuje jutro na nowy poziom! (13)
  • Artur121 za 3 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • Iru za 5 dni awansuje na nowy poziom! (31)
  • uitre za 10 dni awansuje na nowy poziom! (30)