Forum

Nasze projekty

Ja naprawdę dowodzę

Więcej
2011/08/20 20:00 #7384 przez lulu.selphie
Użytkownik lulu.selphie odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Ward rycerzem :ohmy: Tego się nie spodziewałam :P Jeszcze okaże się że Kiros to ojciec Seifera :P Czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/20 20:44 #7385 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Zabawne, bo właśnie co do tego odcinka miałam najwięcej wątpliwości. Ale skoro gładko przeszedł, to w porządku i lecimy dalej:P

Emoonia napisał: dlaczego nie ma stosownego obrazka do sceny z przygotowań do hibernacji, hę?

Uwierz mi, byłby na pewno, gdyby moje umiejętności rysowalnicze były lepsze. :side: A że nie są, to niektóre rzeczy lepiej pozostawić wyobraźni:P

Też nie lubię oryginalnej sceny na Ragnaroku :o ...co za bluźnierstwo;)

lulu.selphie napisał: Jeszcze okaże się że Kiros to ojciec Seifera :P

No tak, w sumie są do siebie uderzająco podobni... :woohoo:

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/27 19:07 #7411 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Nadeszła pora na końcowe rozdziały. Wstawiam co prawda dwa, ale jeśli komuś nie chce się czytać o Fujin i tym, jak Seifer ze Squallem spędzają wolny czas;P - po tym rozdziale może przejść od razu do ostatniego paragrafu w następnym poście. Ostatnia część jest bowiem nie powiązana z fabułą FF8 i można ją sobie darować bez utraty wątku. Napisałam ją dla zabawy, bo mi się nudziło i miałam kilka luźnych, głupich pomysłów, tak więc... uprzedzałam;)
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -


Lunarną Pandorę i niedobitki galbadyjskiej armii, pozbawione dowódcy, zneutralizowano dość szybko. Estharscy żołnierze nie mieli z nimi najmniejszych problemów.
- Seifer! Dostałem Ragnaroka! - cieszył się Squall.
- Dostałeś?
- Nooo! Od Estharczyków, "W dowód wdzięczności za akcję w Lunarnej Pandorze i uratowanie miasta" - zacytował Squall. - Fajnie, nie? Polatamy sobie po świecie.
- Dzieciak dostał nową zabawkę - mruknął pobłażliwie Seifer, patrząc na radość Squalla. - Masz tu do kompletu obiecany prezent - powiedział z powagą, wręczając go koledze.
- Seif, myślałem, że żartowałeś - zawołał młodszy gunblader, zwijając się ze śmiechu.
- No wiesz, przecież ci obiecałem - odparł blondyn, udając urazę.
- Rzeczywiście. Ale... spodziewałem się innego koloru. Różowego.
- Nie zaczynaj z kolorami, Leonhart!
- Spoko, niebieska też jest ładna. Dzięki.
- Powieś ją sobie na lusterku wstecznym w Ragnaroku.
- Ale tam nie ma lusterka, Seif.
- No to na czymś innym. Masz tam pełno miejsca.
- O, chyba już wiem, gdzie!

Irvine dowiedział się właśnie, że Leonhart z towarzyszami wrócili z misji. Zostawił Selphie na straży, a sam ruszył, by zameldować dowódcy o przebiegu obserwacji Trepe. Właściwie nie było co meldować, ale czuł konieczność złożenia raportu.
- Kinneas! Co słychać? - powitał go wesoło Squall. - Trepe była grzeczna?
- Nadzwyczaj grzeczna, panie komendancie - odpowiedział sucho Irvine. - Co nie jest dziwne, zważywszy, że ciągle jest nieprzytomna.
- Wiem, wiem, zaraz się nią zajmiemy - zreflektował się gunblader, obdarzony przez snajpera spojrzeniem pełnym przygany. - Mamy plan i w ogóle. A na razie zobacz, Kinneas, jaki zdobyliśmy wypasiony statek!
Squall był dumny i szczęśliwy, oprowadzając Irvine'a, Rinoę i Zella po Ragnaroku. Snajper słuchał jednym uchem gadania dowódcy, opowiadającego im o możliwościach statku i rozglądał się po kabinie. Jego wzrok przyciągnęła niebieska plastikowa łopatka - taka, jaką bawią się dzieci, wisząca jakby nigdy nic nad jednym z ekranów. Przyglądał się chwilę nietypowej ozdobie, ale nie skomentował tego. Co go obchodził ekscentryczny gust dekoracyjny Leonharta?

Squall wszedł do holu Ogrodu i rozejrzał się. Nie miał pojęcia, czy Ellone gdzieś tu jest. Ich plany trochę się pokopały, więc nie miał pewności, czy dziewczyna dotarła na oznaczone miejsce spotkania. Włóczył się przez jakiś czas po budynku, aż w końcu jego starania zostały uwieńczone sukcesem. Usłyszał znajomy głos.
- Squall! A więc udało wam się! Tak się cieszę.
"Elle."
Odwrócił się z uśmiechem do poszukiwanej osoby.
- Wróciliśmy w jednym kawałku.
- Przepraszam cię, Squall - powiedziała ze skruchą Ellone.
- Za co? - zdziwił się chłopak.
- Za przywleczenie tu Ulki, i za to, że naraziłam was na konfrontację z nią, i za ten cały kosmos, i za to, że to jeszcze nie koniec, i znowu będziecie musieli walczyć z tą psychopatką - ciągnęła na jednym oddechu Ellone.
- Daj spokój! - parsknął chłopak. - Przecież nie wysłałaś Ulce zaproszenia, a jak już to czyjaś wina, to Odine'a, nie twoja - zaznaczył. - A z kosmosem... to wiedzieliśmy, na co się porywamy. Więc nie rób sobie wyrzutów, Elle.
- Bałam się, że zginiecie podczas tej ewakuacji - przyznała dziewczyna. - Wszędzie było tyle potworów...
- Nie martw się - pocieszył ją Squall. - Ważne, że już po wszystkim.
- No, prawie.
- No, prawie - zgodził się chłopak. - Jeszcze walka z Ulką.
- Zaraz, zaraz - zmarszczyła brwi Ellone. - Coś mi tu nie pasuje. Z bazy wylecieliście, jak wszyscy, w kapsule ratunkowej, tak?
- Tak...
- To jakim cudem wylądowaliście estharskim statkiem kosmicznym? Złapaliście stopa w kosmosie? - spytała, zaintrygowana.
- Jakby ci to powiedzieć... właściwie tak - przyznał chłopak.
Ellone patrzyła na niego wyczekująco. Wiedział, że nie wykręci się od niewygodnej odpowiedzi.
- Zauważyłem Ragnaroka, gdy przelatywał niedaleko nas. Był blisko, więc zdecydowałem, że spróbuję go przejąć - oświadczył, siląc się na lekki ton. - No i udało się.
- Squall, nie urodziłam się wczoraj. Co za bzdury mi sprzedajesz? Jak to go przejąłeś? Wyszedłeś w otwarty kosmos?
- Tak - potwierdził niemal bezgłośnie chłopak.
- Oszalałeś? Mogłeś zginąć! - zawołała zaszokowana. - Co ci strzeliło do głowy? A Seifer?
Squall nie odpowiedział od razu.
- Zrobiłem głupotę - przyznał się wreszcie. - Nie pomyślałem o konsekwencjach i gdyby nie Seif, tobym rzeczywiście tam zginął.
- Jesteś kompletnie nieodpowiedzialny. Lekkomyślny, impulsywny, narwany, nieobliczalny.
- Seifer mi to bez przerwy powtarza - powiedział zmieszany chłopak.
- I ma rację.
- Wiem.
- Tym bardziej więc powinieneś docenić, że ciągle cię pilnuje i chroni przed efektami twoich własnych pomysłów - wytknęła Ellone 'bratu'.
- Doceniam to, Elle, naprawdę. Nawet nie wiesz, jak bardzo - wyznał szczerze Squall. - Ale nie mów mu o tym, bo nie dałby mi żyć.
Ellone pomyślała, że Seifer pewnie i tak o tym doskonale wie, ale nic się nie odezwała.

Squall przedstawił cały plan drużynie. Nie było wiele do opowiadania, gdyż cała akcja miała być stosunkowo prosta. Przynajmniej w założeniu. Wykonanie mogło oczywiście nastręczyć pewnych trudności.
- Czemu wykluczyłeś mnie ze składu? - zapytała ponuro Rinoa, podchodząc do Squalla.
- No bo... - zająknął się gunblader.
- Bo co? To zbyt niebezpieczne? - rozzłościła się dziewczyna.
- Nie... po prostu... przecież to ty jesteś naszą klientką, mamy cię chronić, a nie narażać na dodatkowe ...niebezpieczeństwa - wyrwało mu się.
Od razu wymierzył sobie mentalnego kopa. "Ładnie, Leonhart. Jedno zakazane słówko i cały misterny podryw diabli wzięli!" O dziwo, Rinoa się nie obraziła, ani nie wykazała agresywnej reakcji, choć Squall był już gotowy na szybki unik.
- Ale ja chcę się narazić - oznajmiła twardo, patrząc na chłopaka. - Czy ty na moim miejscu też zgodziłbyś się nie mieszać do akcji?
- Nie - ponownie wyrwało się Squallowi. "Co się ze mną dzieje? Dzień szczerości?"
- Więc widzisz - oznajmiła triumfalnie dziewczyna.
- Ale to nie to samo - próbował naprawić swoje wpadki Squall. - Ja jestem nieuleczalnym idiotą, i dla rozrywki wpakowałbym się nawet w największą głupotę - uznał samokrytycznie, w nadziei, że to przemówi dziewczynie do rozsądku.
- Myślisz, że mnie podejdziesz takimi naiwnymi tekstami? - prychnęła dziewczyna. - Przecież dobrze wiem, że nie jesteś idiotą. Jesteś inteligentny i odważny, masz oryginalne pomysły, znasz się na wielu rzeczach i dobrze walczysz.
Squall nie wierzył własnym uszom. Zorientował się, że stojąc i gapiąc się na Rinoę z otwartymi ustami nie wygląda zbyt mądrze, więc czym prędzej je zamknął. Nigdy by się nie spodziewał, że usłyszy od niej coś takiego!
- Coś ci się stało? - zapytała Rinoa, sceptycznie patrząc na dziwny wyraz twarzy Leonharta.
- Nie, nic... po prostu mnie zaskoczyłaś.
- Czym mianowicie?
- Nie wiedziałem, że masz o mnie taką pozytywną opinię - wyjaśnił z zadowolonym uśmieszkiem, odzyskując równowagę ducha. - Dotąd trudno było mi się tego domyślić.
- Ja... jesteś niemożliwy! - syknęła zmieszana dziewczyna.
- Wiem. Wszyscy mi to mówią - rozpromienił się gunblader.

- No to teraz nas przenieś, Elle - zarządził Squall, gdy już drużyna zebrała się razem, by stawić czoła Ultimecji. - Jesteśmy gotowi.
Dziewczyna kiwnęła głową i skoncentrowała się. Po chwili cała grupa, łącznie z Quistis, znalazła się przed wielkim, ponurym zamczyskiem.
- Ale tu mhrrocznie i gotycko - zaśmiał się Squall, przyglądając się strzelistym wieżyczkom i krążącym nad nimi smoliście czarnym ptakom. - Że też chciało ci się, Elle, zwiedzać takie coś.
- Uznałam to za odmianę po poprzednim świecie. Tam były same plaże i wszyscy grali w jakąś piłkę wodną czy coś.
- Squall, potem sobie pogadacie o wycieczkach - upomniał przyjaciela Seifer. - Zobacz, Trepe się ocknęła.
- Gzie... ja jeztem? - zapytała niepewnie Quistis, podnosząc się z ziemi. - A tyś co za jedna? - wycelowała palec w kierunku Ellone.
- Spokojnie, Trepe. Bez nerwów - powiedział uspokajająco Squall. - Byłaś opętana przez Ultimecję... no, mam nadzieję, że BYŁAŚ. Teraz, kiedy cię uwolniła, my idziemy z nią walczyć, a ty tu siedź z Ellone - zdecydował. - Pogadacie sobie w międzyczasie o wszystkim. Elle opowie ci o podróżach czy tam coś.
Zostawiwszy oszołomioną Quistis w towarzystwie Ellone, pozostali członkowie wyprawy ruszyli w kierunku schodów prowadzących do budowli. Kiedy w końcu, zasapani, dowlekli się do wrót wejściowych, usłyszeli dobiegający z góry potężny głos.
- Zuchwalcy! Odważacie się stawić mi czoła? W momencie, kiedy tu weszliście, straciliście wszelkie swoje moce, buhahahaaa! - zakończył głos z nieco tandetnym, szatańskim chichotem.
Squall nie byłby sobą, gdyby natychmiast tego nie sprawdził. Spróbował wezwać Shivę. Nic. Rzucenie Protecta spełzło na niczym.
- Wy macie to samo? - zapytał resztę oddziału. - Działa wam może coś?
Po chwili wszyscy jednocześnie przecząco pokręcili głowami. Wejście do zamku zablokowało ich umiejętności.
- Postrzelać zawsze można - pocieszyła się Rinoa. - Niepotrzebna mi wasza magia.
Irvine skinął głową z uznaniem na te słowa.
- Ja też mogę pogimnastykować się z gunblade'm, ale przecież mamy pokonać potężną wiedźmę - przypomniał Squall. - Wątpię, by wystarczyło strzelić do niej z pistoletu czy sieknąć mieczem... Czekajcie, sprawdzę coś!
Pobiegł w kierunku wrót wejściowych i wyjrzał na zewnątrz. Wyszedł za drzwi, postał tam chwilę, potem wszedł do środka, i znowu wyszedł. Drużyna przyglądała się jego manipulacjom w milczeniu.
- Słuchajcie, ale jaja! Tam na zewnątrz wszystko działa! - oznajmił im podekscytowany Squall. - Za drzwiami udało mi się rzucić Firagę, weszłem tu i klops!
- Mówi się 'wszedłem', szefie - poprawił go Irvine.
- Hmm, no dobra, wszedłem - Squall zerknął na snajpera - i wtedy wszystko się zablokowało. Wyszłem znowu... wyszedłem, i zadziałało!
- Świetnie, Squall. Ale co nam po tym? Przecież walczyć będziemy tutaj, a nie za drzwiami - uświadomił mu rzeczowo Seifer.
- Ale dobrze, że nam nie zabrało umiejętności na zawsze - Squall jak zwykle umiał znaleźć pozytywną stronę nawet w największej beznadziei. - Nie mamy wyjścia, chodźmy dalej.
Udali się ostrożnie w kierunku kolejnych schodów. Na ich szczycie zauważyli jakiegoś wściekle kolorowego stwora.
- Squall, tylko ostrożnie - ostrzegł go Seifer. - Nie będę mógł cię uzdrawiać, więc nie rzucaj się na niego, tak jak to zawsze robisz.
Potwór okazał się jednak cieńszy niż niektóre bestie, znane im z ich własnego świata, więc po chwili jego truchło leżało u stóp zwycięzców.
- Udało wam się pokonać jednego mojego sługę - usłyszeli ponownie głos - i możecie sobie wybrać dowolną umiejętność do przywrócenia... ale i tak gotujcie się na marny koniec, uaha ha ha!
Posiadacz czy też posiadaczka głosu lubowała się w zakańczaniu co drugiego zdania złowieszczym chichotem.
- Ma rację. Wygląda na to, że mogę sobie coś odblokować - ucieszył się Zell. - Ale fajnie! Może to będą takie questy, i po kolei sobie wszystko przywrócimy!
- A przy okazji pozwiedzamy zamek! - zawtórował mu radośnie Squall, po czym przybił z Zellem piątkę.
- Rzeczywiście, można będzie zapoznać się z tutejszą architekturą - zgodziła się uśmiechnięta Selphie, studiując napisy w nieznanym języku, widniejące na którymś z portali. - To niezwykle pouczające.
- Będzie sposobność do postrzelania! - zaśmiał się pod nosem Irvine, obrzucając pożądliwym wzrokiem masę potencjalnych celów. Na żyrandolu bujała się beztrosko jakaś kreatura, przez okno widział latające nad dachami zamku stwory. Raj dla snajpera.
- Przynajmniej nie będzie nudno - uznała Rinoa, energicznie poprawiając kabury od pistoletów i rozglądając się wyzywająco dookoła.
Seifer jęknął cichutko. Znowu szwendanie się po lochach, łażenie po zamku, jakieś upierdliwe questy. Z czego oni wszyscy są tacy zadowoleni? Ujął mocniej gunblade'a, westchnął z rezygnacją i ruszył za przejętym Squallem, rozglądając się uważnie na boki za czyhającymi potworami.

Squall, Zell i Selphie przyglądali się wiszącym w galerii malowidłom, próbując rozwikłać zagadkę z ich numerami. Irvine przysiadł na schodach, nie znajdując w tej sali niczego godnego uwagi. Rinoa oparła się o ścianę, cierpliwie obserwując wysiłki Leonharta i dwójki jego podkomendnych, żywo dyskutujących i sprzeczających się o jakieś słowa z obrazów. Seifer trzymał się w pobliżu "badaczy", przysłuchując się ich rozmowie. Po chwili wszyscy usłyszeli jakiś wizg i ich oczom ukazał się żółciutki jak kurczaczek potwór.
- Squall, zostaw te numerki, mamy bossa do skoszenia - Seifer popędził niecierpliwie kumpla.
Po nietrudnym starciu udało im się odblokować kolejną umiejętność. Squall triumfował.
- A widzisz, Seif! Mówiłem, że nie ma się czym przejmować. Niepotrzebnie się martwiłeś. Teraz polatamy po zamku, porozwiązujemy sobie zagadki, a jak już będziemy mieli wszystko z powrotem, bierzemy się za Ulkę! - rzucił chwacko.
- W końcu to boss, nikt nie mówił, że będzie łatwo i szybko - poparła go Rinoa.

- Trzeba otworzyć ten właz - zakomunikował Squall, stając nad klapą w podłodze. - Kto się zgłasza na ochotnika? Seif, widzę, że masz wielką ochotę na popisy siłowe - zaśmiał się - więc do roboty!
Seifer obrzucił go miażdżącym spojrzeniem, ale posłusznie podszedł do klapy i otwarł ją na oścież. Wszyscy zeszli na dół, po kręconych schodach. W lochu czekało na nich urozmaicenie w postaci kolejnego bossa. Walczyło im się coraz łatwiej, odzyskiwali co jakiś czas kolejne umiejętności. Seifer czuł się znużony niekończącymi się spacerami po korytarzach, podnoszeniem klap, ciągnięciem za dźwignie, skakaniem nad przepaściami, przechadzaniem się po kryptach i innymi wątpliwymi rozrywkami. Dzielnie zacisnął jednak zęby i nie narzekał, nie chcąc odbierać przyjacielowi radości z eksploracji zamku. Squall i Zell byli chyba najbardziej zadowoleni ze zwiedzania tak fascynującego miejsca. Poczuli się niemal rozczarowani, gdy wszyscy bossowie padli ich ofiarą i wyglądało na to, że "wycieczka" ma się ku końcowi. Mieli już z powrotem swoje GFy i pozostałe moce, i czekała na nich tylko Ultimecja.
- Bezczelni nędznicy! - rozległ się głos, który towarzyszył im sumiennie przy każdej potyczce. - Zwyciężyliście moich sługów, ale ze mną polegniecie! - odgrażał się z nutą urazy.
- Jeśli to Ulka, to jest bardzo rozmowna - roześmiał się złośliwie Squall. - Omawia każdy nasz ruch. Myślę, że minęła się z powołaniem. Dawałaby nieźle radę jako komentatorka. Proszę państwa, oto zawodnik ze środka pola, Zell Dincht, podbiega do Tri-Pointa. Cóż za wspaniała kombinacja prawych i lewych prostych! Tłum szaleje! Ale Tri-Point kontruje piorunami. Co zrobią teraz zawodnicy gości? Seifer Almasy decyduje się na uspokojenie tempa rozgrywki, rzuca na Dinchta Curagę. Tri-Point próbuje tymczasem przełamać obronę drużyny przeciwnej... próbuje to właściwe określenie. I znowu inicjatywę przejmują SeeD. Napastnik gości, Squall Leonhart, rusza do samotnego ataku. Szkoda, że państwo nie widzą tej szarży przez pół boiska! Co za błyskotliwa akcja! Absolutnie perfekcyjny Lionheart! Tri-Point jest zdruzgotany. Do końca starcia zostało już niewiele czasu, a dogrywki nie będzie. Czy ma jakiś plan? Rzuca się desperacko na przeciwników. Najwyraźniej chce doprowadzić do wyrównania. Ale popatrzmy na odpowiedź rywali. Obrońca teamu SeeD, Seifer Almasy, przytomnie wykorzystuje lukę w defensywie Tri-Pointa i wsadza mu gunblade'a w oko! Tak, proszę państwa - w oko! Już po walce, drużyna gości triumfuje. Bezapelacyjne zwycięstwo! Zawodnicy z ławki rezerwowych zrywają się i podbiegają do kolegów, gratulując im zwycięstwa. Tri-Point w tym sezonie musi uznać wyższość przeciwników. Tytuł mistrzowski wędruje do SeeD!
- Ekstra, Squall - roześmiał się Zell, przysłuchujący się żywiołowemu monologowi kolegi, popartemu stosowną gestykulacją. - Ty też nadawałbyś się na komentatora.
- Dzięki - odparł skromnie gunblader. - Ale ja wolę być w środku akcji, a nie komentować ją.
- Może spróbujesz z podobnym zacięciem porozmawiać z Ulką, jak już do niej dotrzemy? - zakpił Seifer. - Zagadasz ją na śmierć i tym sposobem unikniemy walki. Albo tak ją zanudzisz, że z rozpaczy wywali nas z zamku i zamknie się w lochu, i nigdy już stamtąd nie wyjdzie. Będzie tłukła głową w ścianę i powtarzała z błędnym wzrokiem "Ten Leonhart to diabeł wcielony. Kto to widział, tak ględzić przez kilka godzin".
- Ale masz fantazję, Seif - przewrócił oczami Squall. - Może pisałbyś opowiadania? Wyżyłbyś się twórczo. Skoro nie lubisz gadać, to pisz.
- Wiesz, że to niegłupi pomysł? - podchwycił z ożywieniem przyjaciel. - Mógłbym kiedyś opisać to wszystko, w tylu miejscach byliśmy, widzieliśmy różne rzeczy. A jakie ciekawe byłyby opisy twoich wyczynów! Nazbierało się ich mnóstwo przez tyle lat. Na pewno to by się czytelnikom bardzo podobało.
- Żartujesz, no nie? - zaniepokoił się Squall. - Nie pisałbyś o mnie, co?
- Dlaczego nie? Świetnie nadajesz się na bohatera komedii. Od czego mógłbym zacząć? - zastanowił się. - Może, jak wybraliśmy się kiedyś do Balamb, a ty uparłeś się, żeby iść do portu. I tam tak fajnie udało ci się wlecieć do -
- No nie - jęknął Squall. - Nie waż się o tym pisać. To było żenujące.
- Więc może ten incydent ze strażnikami w Dollet jakieś dwa lata temu? Albo jak pierwszy raz przybyliśmy do Ogrodu? Oczywiście wykombinowałeś wejście w wielkim stylu i -
- Seifer...
- A jak mieliśmy iść trenować na polach koło Ogrodu, ale tobie koniecznie zachciało się sprawdzić, czy dasz radę dorzucić -
- Nie! - znowu przerwał mu zrozpaczony Squall. - Nie pisz o mnie, Seif. Proszę cię.
- Zawsze mi się zdawało, że lubisz być w centrum uwagi - uśmiechnął się blondyn.
- Na pewno nie takiej - burknął chłopak. - Obiecaj, że nic o mnie nie napiszesz.
- Zobaczymy - wykręcił się od odpowiedzi Seifer, z rozbawieniem rejestrując pełen wyrzutu wzrok kumpla.
Tak dyskutując, doszli w końcu w pobliże wieży zegarowej. Po krótkiej wspinaczce dotarli na miejsce.

Przed ich oczami zmaterializowała się Ultimecja. Squall i Seifer z zaciekawieniem przyglądali się przeciwniczce. Prezentowała się kropka w kropkę tak samo paskudnie, jak w Final Fantasy. Czarownica skierowała na nich pałający nienawiścią wzrok i wygłosiła patetycznie:
- SeeD... bezczelni SeeD! Przeszkodziliście mi w osiągnięciu celu, mojego pragnienia panowania nad światem! - zaczęła, zerkając na trzech stojących przed nią chłopaków, czy aby wywarła na nich odpowiednie wrażenie. Niezadowolona z efektu postanowiła nieco nimi wstrząsnąć. - Zaraz przekonacie się o mojej wielkiej mocy i zaczniecie żałować dnia, w którym pomyśleliście o przew... przecistwa.. przeciwtaw... o oporze!
- Szkoda czasu na te bzdury! - zniecierpliwił się Squall, szarżując na czarownicę. - Mieliśmy walczyć, a nie gadać!
Ultimecja poczuła się do głębi oburzona taką bezczelnością. Jej dotychczasowe ofiary... znaczy przeciwnicy, okazywali jej respekt i pozwalali przynajmniej dokończyć przemowę. A ten szczeniak przerywa jej w pół słowa! Co to za wychowanie! Postanowiła ukarać niegrzecznego gówniarza.
- Skoro tak, to zaraz OSOBIŚCIE przekonasz się o mojej potędze - zapowiedziała chełpliwie, niedbale odpierając atak Squalla. - Pokaż mi, chłopcze, co skrywa się w twoim umyśle. Chcę zobaczyć, czego obawiasz się najbardziej.
Squall poczuł nieprzyjemny ucisk w głowie, i wrażenie czyjejś obecności. To nie było to samo, co w przypadku GFów, które odbierało się jako opiekuńczą i przyjazną siłę. Na szczęście niemiłe odczucie szybko ustało, a Ultimecja obrzuciła go złośliwym spojrzeniem i - jakżeby inaczej - zachichotała demonicznie.
- Przygotuj się do zmierzenia się z własnym lękiem - oświadczyła głosem ociekającym patosem i mroczną satysfakcją, po czym zaatakowała Seifera.
Squall czym prędzej rzucił się do uzdrawiania kolegi, ale nawet nie zdążył w odwecie sieknąć Ultimecji, gdy wiedźma ponownie cisnęła potężnym czarem w jasnowłosego gunbladera. Squall znowu musiał zająć się osłabionym towarzyszem. W tym czasie Zell usiłował dokonać jakichś znaczących ubytków w HP Ultimecji. Szło mu dobrze, ale przecież sam nie mógł wygrać całej walki. Gunbladerzy zdołali wykonać po limicie, ale nie upłynęła nawet minuta, a blondyn znowu słaniał się na nogach, przyjąwszy na siebie kolejną dawkę magii. Zrozpaczony Squall dwoił się i troił, próbując jednocześnie walczyć z Ultimecją i uzdrawiać przyjaciela, który jako jedyny obrywał nieustannie od wroga. Ilość czarów, jakie dostał Seifer, przewyższała chyba wszystkie rozsądne granice. Za którymś razem nie dał już rady utrzymać się na nogach i runął na ziemię. Zdesperowany Squall przywrócił mu przytomność, rzuciwszy Full-Life, ale tak było już przez niemal całą potyczkę. Ultimecja jakby miała klapki na oczach, i widziała tylko Seifera, a Squall był rozrywany między uzdrawianiem pechowego towarzysza a sporadycznymi atakami na czarownicę. Dopiero pod koniec starcia wiedźma odpuściła i zaatakowała sprawiedliwie całą trójkę SeeDów. Odparli jednak jej ataki i wkrótce było po wszystkim.
- Niemożliwe... zostałam zwyciężona? - nie dowierzała Ultimecja, zataczając się na swoim efekciarskim postumencie.
- Tak to bywa, jak się za bardzo podskakuje - pouczył ją zarozumiale Squall. - Było sobie siedzieć w swoim świecie, a nie pchać się do naszego i robić dym! A poza tym pozytywni bohaterowie, to znaczy my - zawsze wygrywają!
- Spotkamy się jeszcze kiedyś, chłopcze - wysyczała. - Nie w tym świecie, to w innym!
Obdarzyła go jeszcze nienawistnym spojrzeniem, skwitowanym przez Squalla wzruszeniem ramion, i rozpłynęła się w powietrzu.

- Co z tobą, Seif? - zatroskał się Squall. - Dasz radę iść?
- Jasne, Squall - uspokoił go wyczerpany Seifer, opierając się ciężko na pobliskim filarze. - Nic mi nie będzie.
- Chcesz Curagę? Albo może trochę odpoczniesz?
- Nie, nie przejmuj się mną. Jest OK.
- No dobrze... skoro tak twierdzisz. To ruszajmy do Ellone i Quistis. Dość się naczekały, a tu już i tak nic po nas.

- Elle! Wygraliśmy - już z daleka wołał uradowany Squall. - Wiedźma nie istnieje!
- Ciężko było?
- Dosyć. Ale dobrze poszło.
- Świetna robota. Bałam się, że coś się nie uda. Chyba bym sobie nigdy nie wybaczyła, że wplątałam was w to wszystko - wyznała Ellone.
- Ech, Elle. Już ci mówiłem, nie martw się tym. To nie twoja wina. A teraz zbierajmy się do domu. Nie chcę tu być ani chwili dłużej - wzdrygnął się gunblader.
- Gotowi? - zapytała Ellone. - To startujemy.

Ku zaskoczeniu wszystkich, znaleźli się nie w Ogrodzie, tylko na jakiejś słonecznej plaży, na szczęście niezbyt zaludnionej. Nikt nie zauważył ich pojawienia się...
- Ellone! Co ty tu robisz? - rozbrzmiał jakiś wesoły głos. - Miałaś być dopiero jutro.
...a jednak zauważył.
Squall zerknął ciekawie w kierunku właściciela głosu. Okazał się nim opalony jasnowłosy chłopak w dziwacznym ubraniu, trzymający pod pachą błękitną piłkę. Gunblader otaksował go spojrzeniem od stóp do głów, z rozbawieniem spoglądając na nierównej długości nogawki piłkarza.
- Yyy... wpadnę przy okazji, to ci opowiem - odpowiedziała nerwowo Ellone, patrząc niespokojnie w kierunku swoich podopiecznych, których tak niefortunnie przeteleportowała. - To na razie!
Tym razem ujrzeli znajomy trawnik przed Ogrodem Balamb.
- Elle, co to miało być? - śmiał się Squall. - Kolejny egzemplarz wśród twoich podbojów?
- Odczep się, Squall - zdenerwowała się dziewczyna. - To była tylko mała pomyłka w teleportacji. Po prostu się zamyśliłam...
- To już wiem, o kim myślałaś - drażnił się z nią rozweselony chłopak. - Ten piłkarz to co to za jeden? No weź, powiedz...
- Co cię to obchodzi? - nadąsała się Ellone. - Czy ja cię wypytuję o twoje romanse?
- A więc przyznajesz, że to romans?!
- Jesteś nieznośny! Jak Seifer z tobą wytrzymuje? - naburmuszyła się dziewczyna.
- Och, bez problemu. Uwielbia moje poczucie humoru - zełgał bez mrugnięcia okiem gunblader.
- Co uwielbiam? - zapytał zaciekawiony Seifer, podchodząc bliżej.
- Squall twierdzi, że lubisz wysłuchiwać jego docinków - poinformowała go bezlitośnie Ellone, lekceważąc protesty Squalla. - I że nie możesz bez nich żyć.
- Doprawdy? - blondyn uniósł potępiająco brew.
- Żartowałem - próbował zbagatelizować kwestię Squall.
- To wy sobie pożartujcie, a ja idę się przespacerować po Ogrodzie - uśmiechnęła się Ellone i zostawiła ich samych.
- Jak się czujesz, Seif? Przyjąłeś na siebie tyle czarów od Ulki. Nie myślałem, że da się wytrzymać aż tyle.
- Nie jest źle. Zaraz po walce było trochę nieprzyjemnie, ale teraz jest już znośnie. Ciekawe, czemu Ulka akurat na mnie się tak uwzięła. Ciebie i Dinchta prawie nie tknęła - powiedział zamyślony Seifer, mimo wszystko zadowolony, że Squall nie ucierpiał w tej potyczce. "Ale Dincht spokojnie mógł dostać swoją działkę!", pomyślał z niechęcią.
- To chyba moja wina, Seif - wyznał ze skruchą młodszy szermierz.
- Co? Jak to twoja wina? - pytał z niedowierzaniem blondyn. - Przecież nie możesz odpowiadać za zachowanie jakiejś psychopatki.
- Mogę - mruknął Squall, z zakłopotaniem kopiąc jakiś zabłąkany kamyk.
- O czym ty mówisz? - zapytał zdumiony Seifer.
- Pamiętasz, jak powiedziała, że chce wiedzieć, czego się boję? - przypomniał.
- Pamiętam, ale co to ma wspólnego -
- Włamała mi się do głowy - poinformował go Squall - i dowiedziała się, czego chciała. No i to przeze mnie tak ci się dostało.
- Nadal nic nie rozumiem - powiedział osłupiały Seifer. - To czego właściwie się tak okropnie bałeś?
- Nosz kurde... - zdenerwował się Squall. - Przecież tłumaczę ci tak łopatologicznie, że aż przykro słuchać.
- Wiesz, że do mnie musisz mówić prostymi słowami, powoli i wyraźnie - zakpił Seifer.
- O jaa... - jęknął zgnębiony Squall. - No przecież mówię, że najbardziej ze wszystkiego boję się twojego odejścia... no, że zginiesz, gamoniu. Więc dlatego tak zaciekle próbowała cię załatwić. Więc to przeze mnie. Więc -
- Squall, ty draniu - przerwał mu Seifer, żartobliwie obejmując go ramieniem za szyję i mierzwiąc mu włosy. - To naprawdę musiałeś cholernie się bać, bo do tej pory łupie mnie w krzyżu od tej Ultimy, którą zebrałem w piątej kolejce - zarechotał.
- Odczep się! - odepchnął go zdenerwowany i zmieszany Squall, wygładzając włosy i patrząc gdzieś w podłogę.
Seifer uśmiechnął się pod nosem, ale będąc litościwym z natury, dał kumplowi spokój.
- Chyba lepiej, jakbym miał arachnofobię, co nie, Seif? - zagadnął go po dłuższej chwili Squall. - Łatwiej by nam się walczyło z przerośniętym pająkiem - zaśmiał się.
- Aha - zgodził się blondyn. - Zostaw to na następny raz.

Quistis przechadzała się po Ogrodzie w towarzystwie Ellone i Rinoi. Rinoa już trochę poznała to miejsce, ale Ellone była tu całkiem nowa, więc była instruktor bawiła się w przewodniczkę, z dumą oprowadzając obie dziewczyny po całym terenie. Opowiadała im z ożywieniem o różnych tutejszych ciekawostkach. Rinoa przyglądała się towarzyszce z coraz większym zdziwieniem. Wcześniej zdążyła już trochę poznać Quistis i to zachowanie zupełnie do niej nie pasowało.
- Tu mamy Centrum Treningowe, gdzie studenci mogą ćwiczyć walkę z potworami - pokazywała im kolejne części budynku. - Ale w części Centrum jest sekretne miejsce schadzek dla napalonych par - objaśniała ze swadą. - Oczywiście jest sekretne tylko z nazwy. Nawet nie macie pojęcia, ile razy przyłapałam tam Squalla w czasie ciszy nocnej.
Ellone zachichotała, a Rinoa zmarszczyła brwi.
- To chyba źle? - oznajmiła, patrząc z naganą na Quistis, która wygłosiła swoje stwierdzenie z podejrzaną beztroską.
- Ech, to przecież nic takiego - machnęła ręką Trepe. - Co w tym złego, że chłopak się dobrze bawi? Przecież krzywdy nikomu nie robi.
Rinoa patrzyła na Quistis, jakby ta nagle zamieniła się w Blobrę. Ellone tymczasem miała wyśmienity humor. Poznawanie tutejszych plotek od tak dobrze poinformowanego źródła było fajną rozrywką. I mogła się dowiedzieć ciekawych i przydatnych rzeczy o swoim długo nie widzianym 'bracie'. Te rewelacje mogła wykorzystać, gdy Squall zacznie znowu swoje głupie dowcipy o jej... wycieczkach. Też mu powie co nieco, uśmiechnęła się złośliwie.
- A tu - pokazywała im kolejne miejsce Quistis - jest gabinet dowódcy Ogrodu. Czyli Squalla - dodała niepotrzebnie.
Akurat w tym momencie nadszedł wspomniany chłopak, razem z nieodłącznym Seiferem. Na widok trzech dziewczyn stojących pod drzwiami jego pokoju, uśmiechnął się i rzucił lekko:
- Dopiero zaczynam godziny urzędowania, a tu już taka kolejka?
Rinoa prychnęła z niechęcią, Ellone uśmiechnęła się krzywo, za to Quistis obdarzyła gunbladera uwodzicielskim uśmiechem.
- Skoro tak, to ja jestem pierwsza - oznajmiła stanowczo, wpatrując się w zaskoczonego Squalla ognistym wzrokiem.
- Yyy... tak... no, właśnie miałem zapytać, Trepe. Dobrze się czujesz? Znaczy no, po tym incydencie z opętaniem?
- Och tak, czuję się świetnie. Zwłaszcza, gdy widzę pana, komendancie - stwierdziła miękko, zbliżając się do zaszokowanego Squalla.
Gunblader poczuł lekką panikę i jął wycofywać się w stronę bezpiecznej przystani, czyli gabinetu. Co ta piekielna Trepe znowu kombinowała? To jakiś jej nowy, wyrafinowany sposób na dokopanie mu? A może zaszkodziło jej to opętanie?
Rinoa sceptycznie obserwowała działalność koleżanki. Seifer i Ellone ze wszystkich sił próbowali zachować powagę i nie wybuchnąć gromkim śmiechem. Sytuacja była komiczna.
- Trepe, nie wiem, o co ci chodzi, ale uspokój się - zażądał Squall. - To rozkaz!
- Mmm... podoba mi się, jak pan tak mówi, szefie - nie zraziła się Trepe, stojąc już niebezpiecznie blisko swojego spłoszonego celu. - Uwielbiam ten groźny ton.
Zaniepokojony rozwojem sytuacji Squall spojrzał błagalnie na przyjaciela i rzucił w jego stronę:
- Seifer, zrób coś!
Oczywiście na Seifera w pewnych sytuacjach nie można było liczyć. Blondyn udał, że patrzy w sufit i nie słyszy Squalla.
- Trepe, będę teraz trochę zajęty - wydukał wreszcie dowódca, przesuwając się wzdłuż ściany w kierunku wejścia. Po tych słowach zerknął jeszcze z wyrzutem na zebranych i czmychnął czym prędzej do gabinetu, zatrzaskując drzwi.
Ellone z Seiferem zaczęli się śmiać jak szaleni.
- Nie zapomnimy mu tego, no nie? - uśmiechnęła się Ellone.
- Oczywiście, że nie - zgodził się wesoło Seifer.
Rinoa nie wytrzymała i zapytała Quistis:
- Trepe, czy nie mówiłaś mi, że z wszystkich ludzi, jakich znasz, Leonhart wkurza cię najbardziej? Skąd ta cudowna odmiana?
- To nie odmiana - przyznała Trepe, wpatrując się w drzwi gabinetu rozmarzonym wzrokiem. - Po prostu odkryłam swoje prawdziwe ja - wygłosiła z przekonaniem.
- I to prawdziwe ja napaliło się nagle na Leonharta? - burknęła Rinoa, obrzucając Quistis nieżyczliwym spojrzeniem.
- A ty niby co? - odcięła się błyskawicznie blondynka. - Na początku jechałaś po nim równo, a teraz co widzę? Spacerki po Ogrodzie, rozmówki, gapisz się na niego jak sroka w gnat...
- Goń się, Trepe! - zawarczała zła i zdenerwowana Rinoa. - Wcale się nie gapię... a nawet jeśli, to nie twój interes!
Obie dziewczyny naburmuszyły się i zamilkły, ostentacyjnie odwracając się do siebie plecami. Ellone westchnęła z żalem, rozumiejąc, że to już koniec widowiska. Podeszła do koleżanek i powiedziała pojednawczo:
- Dajcie spokój, chyba nie będziecie kłócić się o faceta. Wracajmy do naszej Ogrodowej wycieczki - zaproponowała.
- No dobra - zgodziła się niechętnie Rinoa. - Ale nie chcę wysłuchiwać od ciebie niczego więcej o Squal... Leonharcie - rzuciła w kierunku Trepe.
- W porządku - powiedziała chłodno Quistis. - Ja od ciebie też nie.
Ellone przewróciła oczami, mrugnęła porozumiewawczo do Seifera i wyciągnęła obie dziewczyny z powrotem na korytarz.

Seifer wszedł do gabinetu dowódcy Ogrodu i starannie zamknął za sobą drzwi. Squall zapytał z niepokojem:
- Trepe już sobie poszła?
- Taa, możesz przestać się ukrywać - poinformował go kolega z ironicznym uśmieszkiem.
- Ja się nie ukrywam - oznajmił z godnością Squall. - Po prostu uznałem, że jej zachowanie było... nieodpowiednie...
- ...i uciekłeś - podsumował bezlitośnie blondyn.
- Tak to wyglądało? - zmartwił się komendant. - Słuchaj Seifer, z Trepe jest coś nie tak. Może to opętanie zaszkodziło jej na umyśle? Nie powinniśmy jej jakoś... no nie wiem, próbować wyleczyć?
- Z twojego punktu widzenia to chyba raczej poprawa, czyż nie? - śmiał się Seifer.
- Poprawa? - jęknął Squall. - Teraz jest jeszcze gorzej niż było, bo nie wiem, co ona knuje. Pewnie ma jakiś chytry plan, żeby mnie pogrążyć. Najpierw chce mnie podejść, a potem łup w łeb!
- A nie przyszło ci do głowy najprostsze rozwiązanie, Squall? Że to ani szkoda na umyśle, ani zemsta... tylko ona po prostu leci na ciebie.
- Nie mów takich strasznych rzeczy, Seifer! - młodszy gunblader był wstrząśnięty. - Trepe leci na mnie tak, jak Meteor. Z jednym celem: znaleźć i zniszczyć.
- E, przesadzasz. Może gra ostatecznie nie kłamała - uśmiechnął się blondyn. - Po prostu doszło do tego nieco bardziej pokrętną drogą. Albo to faktycznie efekt post-Ultimecjowy. Ulka próbowała walczyć z "demoniczną" Quistis, i wiesz, to jak w matematyce - jak pomnożysz dwie liczby ujemne, to wychodzi dodatnia!
- Pff... daj mi spokój z takimi teoriami, Seif - spojrzał na niego z politowaniem Squall. - Naprawdę masz bujną fantazję. Lepiej pogadajmy o imprezie, jaką mam zamiar zrobić w Ogrodzie - uradował się. - W końcu musimy uczcić nasze olśniewające zwycięstwo, nie?
- Pewnie, szefie...

- Dobrze się bawisz? - wyszczerzył się w szerokim uśmiechu Squall, podchodząc do Rinoi, podpierającej filar na sali balowej Ogrodu.
- Nie jest źle, mimo iż nie przepadam za takimi spędami - oznajmiła dziewczyna, obrzucając spojrzeniem Leonharta w mundurze SeeD. Wyglądał w nim jakoś tak inaczej niż zwykle. Nie żeby to było złe... lubiła mundury...
- Czas na odrobinę akcji - oznajmił energicznie Squall.
- Co masz na myśli? - spytała nieufnie.
Zamiast odpowiedzi gunblader chwycił ją za rękę i pociągnął w kierunku parkietu.
- Nie, Leonhart, zostaw mnie - syknęła zmieszana Rinoa. - Nie zamierzam tańczyć.
- Czemu nie? - zapytał, holując ją coraz bliżej tańczących par.
- Bo nie umiem - wykręciła się Rinoa.
- E tam, nie umiesz - chłopak niedowierzająco uniósł brew. - Zresztą to nic trudnego.
- Puszczaj - zaprotestowała, jednak z mniejszym przekonaniem, niż zamierzała.
- Nie łam się, będzie dobrze.
- Niech cię diabli, Squall.
- O, jak miło!
- Co znowu?
- Pierwszy raz zwróciłaś się do mnie po imieniu.
- ...
- Czy mnie wzrok nie myli? To był uśmiech?!
- Zdawało ci się, Squall.
- Widzę, że spodobało ci się moje imię.
- Mogę wrócić do nazwiska.
- Nie, nie, tak jest w porządku.
- ...nie jest złe.
- Co?
- Twoje imię, głupku.
- A, dziękuję. Wiesz, mam jeszcze inne zalety oprócz ładnego imienia.
- Tak? Jakież to?
- Hmm... to nie bardzo nadaje się do publicznej prezentacji na tej sali.
- Możemy wyjść.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

Seifer siedział smętnie w kącie, obserwując Squalla i Rinoę. Uśmiechnął się jednak w duchu, widząc, że uparty przyjaciel dopiął swego, zdoławszy w końcu zmiękczyć nieprzystępną dziewczynę. Można by tu zastosować powiedzenie o kropli wody, która drąży skałę, ale Seifer dobrze wiedział, że w przypadku Squalla należałoby raczej mówić o wodospadzie.
Sam jednak nie był jakoś w dobrym nastroju i nawet nie wiedział czemu. Wszystko już się przecież skończyło, pokonali Ulkę, wrócili bezpiecznie do Ogrodu i Seifer miał święty spokój. Mimo to był trochę nieswój.
- Heja, Almasy! - usłyszał radosny głos Dinchta.
Skrzywił się z niechęcią i burknął:
- Czego chcesz?
- Siedzisz tu sam jak kołek - wytknął mu Zell, przyjacielsko waląc go w plecy. - Lepiej chodźmy się napić.
- Nie zamierzam więcej z tobą pić, Dincht - nadąsał się Seifer.
- O rany, ciągle masz żal o tamto? Tym razem będę grzeczny - obiecał Zell.
- Na pewno? - gunblader spojrzał na niego podejrzliwie.
- Słowo skauta - przyrzekł chłopak.

- Wieszsz, Zell... nie jesztesz taki ok-kropny, jak myszlałem - wyartykułował Seifer, obrzucając kolegę nieco bardziej aprobującym spojrzeniem, niż na początku.
- Dz-dzięki, Seifer. Ty tesz nie jeszteś takim p-patentowanym głubkiem - odwzajemnił mu się uroczym komplementem towarzysz. - Siedzimy tu, czy w-wychodź... idziemy sztąd? ...Seifer? Seifer?! K-kurde... ale masz szłabą głowę, Almasy... Yo, Kin-neas... napijesz szię ze mną?

Rinoa patrzyła na Squalla, który stał obok i coś jej opowiadał. Jakiś czas temu przestała go słuchać, skupiając się na obserwowaniu chłopaka. Nie rozumiała, jak mogła denerwować się jego dowcipami i uśmiechem nie opuszczającym jego twarzy. I czemu wcześniej nie zauważyła, że Leonhart jest cholernie przystojny? W dodatku w tym mundurze...
Squall zerknął na milczącą dziewczynę i urwał swój monolog w pół słowa. Rinoa patrzyła na niego takim palącym wzrokiem, że dosłownie poczuł, jak robi mu się gorąco. Nie tracąc już więcej czasu na gadanie, zaryzykował i po prostu ją pocałował, zastanawiając się nieco nerwowo, czy dostanie mu się za to jak nigdy dotąd. Żadna agresywna reakcja jednak nie nastąpiła. Prawdę mówiąc, reakcja, która nastąpiła, była bardzo przyjemna. Squall uśmiechnął się w duchu triumfalnie, kiedy dziewczyna wsunęła mu dłoń we włosy i odwzajemniła pocałunek.
"Drań jest w tym rzeczywiście dobry", pomyślała z niechętnym uznaniem Rinoa.
- Czy na tym kończą się twoje mocne strony, o których wspominałeś? - zapytała, siląc się na kpiący ton, gdy udało jej się na chwilę oderwać od Leonharta i złapać oddech.
- Ach, to? - rzucił niedbale Squall, z satysfakcją zauważając nieco nieobecne spojrzenie dziewczyny. - Miło, że ci się podobało, ale nie o tym mówiłem - zaśmiał się.
- A o czym? - nadąsała się zmieszana Rinoa.
- Hmm... jestem niezły z szermierki - wyjaśnił, obejmując ją i przyciągając bliżej siebie.
- Szermierki? - parsknęła z niedowierzaniem. - Chcesz mi pokazywać jakieś ciosy? Nawet nie wziąłeś tego swojego gunblade'a.
- Mam zapasowy ...ze sobą - wymruczał jej do ucha, uśmiechając się pod nosem.
Leonhart nie ściemniał. Naprawdę był świetnym szermierzem.

- To co, Elle? Wracasz do swoich podróży międzyświatowych? - zapytał z niewinnym uśmieszkiem Squall, żegnając się z 'siostrą' po kilku tygodniach jej pobytu w Ogrodzie. - Ten facet z nogawkami chyba już zastanawia się, czy nie wciągnęła cię jakaś czarna dziura.
- Aleś ty dowcipny, o rany. Lepiej pilnuj własnego nosa - odcięła się dziewczyna. - Trepe! - wykrzyknęła nagle.
- Co?! Gdzie? - spłoszył się Squall, rozglądając się dookoła bojaźliwie.
Była instruktor nadal budziła w nim nieufność i traktował podejrzliwie jej erupcję gorących uczuć. Mimo iż starał się jej unikać, dziwnym trafem zadziwiająco często się na nią natykał.
Ellone wybuchnęła śmiechem.
- Nigdzie - przyznała się. - Szkoda, że nie widziałeś swojej miny, Squall.
- To nie było ani trochę śmieszne - nadąsał się.
- Było śmieszne jak cholera.
- Dobra, dobra. Niech ci będzie. Było śmieszne - uznał dobrodusznie. - No to miłej wycieczki... i wracaj do Ogrodu, kiedy tylko zechcesz, Elle.
- Spoko, Squall. Zobaczymy się wkrótce - obiecała. - Nie wpakuj się w nic głupiego. Zresztą Seifer będzie miał na ciebie oko.
- Wiem, wiem - jęknął gunblader. - Oboje jesteście tacy sami. Tak jakbym ciągle robił jakieś głupoty i trzeba było mnie pilnować.
- Bo tak jest, Squally - zaśmiała się dziewczyna. - Słuchaj Seifera i bądź grzeczny - zakpiła.
Squall popatrzył na nią spode łba, co jednak nie wywarło na rozbawionej Ellone żadnego wrażenia.
- To do zobaczenia, Squall.
- Do zobaczenia, Elle.
Objęli się na pożegnanie i po chwili Ellone już nie było.

Squall wracał z Seiferem z treningu na zewnątrz Ogrodu, kiedy podeszła do nich Rinoa.
- Squall, wracam do Timber - oznajmiła chłopakowi.
- Jak to, wracasz? Czemu? - spytał niepewnie.
Seifer dyskretnie ulotnił się kawałek dalej, nie chcąc przeszkadzać im w konwersacji.
- Tu nie mam się czym zająć, a w Timber mam kumpli z ruchu oporu i ciągle mamy co robić. Nie przejmuj się kontraktem - uprzedziła jego reakcję. - Mogę go rozwiązać, i to właśnie robię.
- Ale czemu nie chcesz zostać? - zapytał nieco zniechęcony.
- Daj spokój, Squall. Było miło... no, nawet bardzo - odchrząknęła z zakłopotaniem - ale nie pasujemy do siebie. Wiesz o tym równie dobrze, jak ja. Wracam. Jak będziesz kiedyś w Timber - uśmiechnęła się lekko - to mnie koniecznie odwiedź.
- Ale...
Rinoa machnęła mu ręką na pożegnanie, ucinając dalsze protesty, gwizdnęła na Diablo i ruszyła w kierunku stacji. Squall patrzył to na oddalającą się coraz bardziej Rinoę, to na kumpla, który zmierzał w stronę Ogrodu. Chwilę stał niepewnie, spoglądając to za jedną sylwetką, to za drugą. Wreszcie zdecydował się i ruszył biegiem.

- Seifeeer!!! Zaczekaaaj!
Blondyn odwrócił się do wołającego. Squall zatrzymał się gwałtownie koło kolegi, łapiąc oddech.
- Stęskniłeś się za mną tak szybko? - zażartował Seifer, uśmiechając się w duchu. - Wiesz, myślałem, że polecisz za dziewczyną.
- Dziewczyny przychodzą i odchodzą - powiedział filozoficznym tonem Squall. - A ty, Seif, zawsze jesteś przy mnie.
- ...
- To nie był podryw!
- Ja przecież nic nie mówię.
- Ale patrzysz!
- Patrzeć też mi nie wolno?
- Zamknij się, Almasy.
- Czyli, jak rozumiem, przeszło ci zakochanie? - spytał ironicznie blondyn.
- To nie było zakochanie, tylko tymczasowe zauroczenie - odparł nonszalancko Squall, wygładzając fałdy na rękawie koszuli.
- Co za mądrala! Może zrobisz z tego specjalizację? Profesor Leonhart od tymczasowych zauroczeń i przejściowych fascynacji. Nawet nieźle brzmi.
- Nie wygłupiaj się. Wracajmy już lepiej do Ogrodu.
- Jak sobie życzysz, profesorze.
- Odczep się, Seif. A tak przy okazji, znasz tę dziewczynę, co stoi pod Centrum? Ta z karabinem.
- Nie. A ty ją znasz?
- JESZCZE nie...

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/27 19:09 #7412 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Squall zastanawiał się, gdzie też wywiało Seifera. Miał zamiar wyciągnąć go na wyprawę Ragnarokiem. Trochę eksploracji. Walk z potworami. Odwiedzanie ruin i innych ciekawych miejsc. Trzeba będzie jakoś przekonać kumpla do wycieczki. Seifer nie przepadał za podróżami, więc zapowiadało się niełatwe zadanie. Squall włóczył się po otoczeniu Ogrodu, szukając przyjaciela. Poszukiwania nie szły najlepiej, stanął więc w końcu na tarasie i oparł się o balustradę, spoglądając nieco bezmyślnie w dal.
Nagle usłyszał gdzieś na dole głos kolegi. Przechylił się przez barierkę, ale nie zdołał dojrzeć Seifera. Miał go zawołać, ale usłyszana konwersacja sprawiła, że zapomniał o tym zamiarze.
- Zell, wymiękłeś po dwudziestym, cieniasie! - wysapał nieco zdyszanym głosem Seifer.
- Wcale nie! - zaprotestował oburzony Zell. - Skąd ten pomysł?
- Jeszcze przed chwilą narzekałeś, że tyłek cię boli jak jasna cholera.
- No to co - naburmuszył się Dincht. - Bo dawno tego nie robiłem i trochę ciężko było wytrzymać.
- Tak to jest, jak się ma za długą przerwę. Ja to robię regularnie, i proszę! - oznajmił triumfalnie Seifer.
- Pewnie ze Squallem, co? - sarknął Zell.
- Eee, nie - skrzywił się gunblader. - On się do tego nie nadaje. Woli inne rozrywki.
- Dobra, to do jutra, Seifer. Zrobimy dwadzieścia pięć! - zapowiedział zuchwale jasnowłosy fighter.
- Trzymam cię za słowo, Zell - roześmiał się szermierz. - Dojdziemy i do trzydziestu, jak się przyzwyczaisz. Ty i twój tyłek - zarechotał złośliwie.
"Do CZEGO ja się nie nadaję?" pomyślał Squall, sam nie wiedząc, czy powinien być wściekły, zadowolony czy obrażony. "I o czym oni gadali, do diabła? No a o czym mogli gadać, Leonhart?", zapytał sam siebie z politowaniem.
Nie wytrzymał i pobiegł w kierunku schodów, chcąc dorwać kumpla. Zanim jednak dotarł na miejsce, ani Seifera ani Zella już tam nie było. Zmarszczył brwi z niezadowoleniem i po namyśle ruszył w stronę swojego pokoju. Mimo iż został komendantem i mógł mieć własny, osobny pokój, nadal mieszkał z Seiferem w podwójnym dormitorium. Miał nadzieję, że może spotka przyjaciela właśnie tam. Przeczucie go nie zawiodło. Niewiele myśląc, wparował bezceremonialnie do pokoju Seifera.
- Co ty robisz, Leonhart? - syknął wściekły blondyn, odruchowo chwytając ręcznik i zasłaniając strategiczne miejsce.
- Raczej co TY robisz? - odpalił Squall, przyglądając się podejrzliwie nagiemu koledze.
- A na co to wygląda? - warknął zakłopotany Seifer. - Brałem prysznic, debilu. Nikt cię nie uczył, że się puka przed wejściem?
- Nie bądź taki wstydliwy - wzruszył ramionami Squall. - Szukałem cię i słyszałem, jak gadałeś z Dinchtem.
- Tak? No i co z tego? - zapytał obojętnie blondyn, siadając na łóżku. - Czy to coś niezwykłego?
- Trzeba było się słyszeć - nie wytrzymał gunblader. - Popychacie sobie głośno takie rozmówki, a dookoła pełno młodocianych gnojków podsłuchuje! - powiedział karcącym tonem dowódcy.
Zdumiony Seifer wybałuszył oczy na kolegę i zapytał:
- A co niby im mogło zaszkodzić, gdyby to usłyszeli?
- No wiesz, Almasy! - zaśmiał się z niedowierzaniem Squall. - Nie sądziłem, że jesteś taki zdeprawowany - powiedział z krzywym uśmieszkiem.
- Ja? O czym ty mówisz? - spytał przestraszony blondyn, gorączkowo usiłując sobie przypomnieć, co takiego powiedział do Zella. - Gadaliśmy o rowerach... a ty myślałeś, że O CZYM? Albo nie, nie mów mi - jęknął, łapiąc się za głowę - nie chcę wiedzieć, co sobie uroiłeś. Jesteś nienormalny, Leonhart! Wszystko kojarzy ci się z jednym.
- Ach tak? A gadki o tyłku Dinchta, i że JA się niby do czegoś nie nadaję? - wypalił bez żadnego skrępowania Squall. - I czego zamierzacie zrobić trzydzieści, do licha?!
Zawstydzony Seifer jęknął cicho, ukrywając twarz w dłoniach.
- Kilometrów, Leonhart. Kilometrów. Dincht od dawna nie jeździł i po dwudziestym kilometrze zaczął ściemniać, że nie pasuje mu geometria ramy. Do dwudziestego jakoś geometria mu nie przeszkadzała. Poza tym teraz boli go dupa od siodełka, bo nie trenuje tyle, co ja. Czy coś jeszcze wzbudziło twoją niezdrową fascynację? - zapytał, zażenowany.
- Mówiłeś, że ja się do czegoś nie nadaję - przypomniał naburmuszony Squall.
Nie jego wina, że Dincht i Almasy nie umieją normalnie rozmawiać. Każdy by sobie pomyślał to, co on!
- Rzeczywiście... do jazdy na rowerze. Pamiętasz, jak wjechałeś do jeziora Obel? A za następnym razem rzuciło się na ciebie podstępne przydrożne drzewo i skrzywiło ci obręcz? Później rozjechałeś Funguara, następnie było spotkanie trzeciego stopnia z krzakami koło Balamb, wjazd w bagno, z pięć razy przelot nad kierownicą... Potem zamordowałeś jeszcze jeden rower, a wreszcie stwierdziłeś, że nie będziesz już więcej jeździł, bo ci się od wiatru niszczy fryzura. Nie lubię jeździć samotnie, więc zgarnąłem Dinchta do towarzystwa. I to cała tajemnica.
- Mogłeś mi powiedzieć - wytknął nadąsany Squall. - Przecież bym z tobą jeździł, skoro nie lubisz sam. Nie musisz ciągnąć Dinchta na siłę. Po co ci on?
- Nie chcę, żebyś się tak poświęcał - zaśmiał się blondyn. - Pomyśl o potencjalnych kontuzjach, twoich biednych włosach i tych wszystkich rowerach, które musiałbyś zarżnąć. A z Dinchtem jeździ mi się całkiem dobrze - drażnił się z kolegą.
- Nic mi nie będzie, Seif - przekonywał go urażony Squall. - I zobaczysz, że przejadę dłuższą trasę niż ten mięczak!
- No dobra, skoro podsłuchiwałeś, to wiesz, że jutro znowu jedziemy. Możesz do nas dołączyć - uśmiechnął się blondyn.
- Dzięki, Seif - ucieszył się Squall.

bazgroł - -> Trzydzieści czego?!

Seifer nie mógł odmówić kumplowi ambicji i uporu. Mimo dramatycznego wjazdu w zarośla (bo kto by używał hamulców na takiej małej... o kurna! jednak stromej górce), wpakowaniu się w każdą głęboką kałużę ("To nie moja wina, że wyglądała na płytką! Z czego się śmiejecie, dranie?!"), ubłoceniu się od stóp do głów oraz tradycyjnym przelocie nad kierownicą ("Te hamulce są nadwrażliwe, Seifer!"), Squall twardo dojechał do końca trasy bez narzekania i bez zmęczenia. Gdy po powrocie Zell ledwo żywy zwlókł się z roweru, Squall z zadowolonym uśmieszkiem, mrugnąwszy porozumiewawczo do Seifera, demonstracyjnie zrobił jeszcze rundkę dookoła Ogrodu. Blondynowi chciało się śmiać z przyjaciela i jego dumnej miny.
- Wiesz, Seifer - jęknął zrozpaczony Zell. - Chyba nie dam rady jutro jechać... wszystko mnie boli.
- Spoko, Zell - machnął niedbale ręką Squall. - Odpocznij sobie, delikaciku. Mnie tam nic nie boli - oświadczył z satysfakcją - więc pojadę z Seiferem.
- Może i nic cię nie boli, Squall - burknął jasnowłosy fighter. - Ale twój rower chyba ma cię dość. Albo mi się zdaje, albo koło masz w jakimś nietypowym kształcie. Mogę ci pożyczyć młotka, to sobie naprawisz - zaproponował złośliwie.
- Młotka to mogę użyć na twojej głowie - zaofiarował się Squall. - Choć pewnie nic ci się od tego nie naprawi. Zatroszcz się raczej o własny tyłek, a nie o moje koło!
- Co ci się nie podoba w moim tyłku? - obraził się Zell. - Martw się o swój. Panie komendancie.
- Zazdrościsz mi i tyle! - prychnął zadowolony Squall.
- Seifer! - powiedzieli obaj równocześnie do jasnowłosego gunbladera. - Prawda, że ja mam lepszy -
- Nie kończcie tego zdania - ostrzegł groźnie Seifer - jeśli chcecie uniknąć wizyty u doktor Kadowaki i tłumaczenia się z odniesionych obrażeń.
Obaj niefortunni rowerzyści zamilkli w mgnieniu oka.

Squall obserwował z ciekawością niedawno przybyłą dziewczynę ze srebrnymi włosami. Wiedział o niej całkiem sporo, w końcu bycie dowódcą Ogrodu miało swoje przywileje. Nagle olśniło go, że przecież ona też była w grze. Jak mógł zapomnieć! Łaziła z tamtym Seiferem i jakimś wielkim osiłkiem. Spojrzał na siedzącego obok kumpla, a na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek, gdy wpadł na pewien pomysł.
- Jutro zasuwamy na misję - oznajmił przyjacielowi. - Standardowy patrol koło Dollet.
- OK, Squall - kiwnął obojętnie głową blondyn.
- Będziemy mieć towarzystwo - ciągnął dalej komendant.
- Dinchta? Tilmitt? Kogoś nowego? - zapytał z nikłym zainteresowaniem Seifer.
- Ją - wskazał głową dziewczynę, stojącą niedaleko.
Gunblader przyjrzał jej się uważnie.
- To nie jest... to jest... no, ta, jak jej było, Fujin? Z Final Fantasy? - zapytał, zaskoczony.
- Ta sama. Może pójdziesz się przedstawić, Seif?
- Eee, po co - zakłopotał się blondyn, nerwowo zwijając pas od płaszcza w rulonik.
- Mnie już zna, a ciebie nie - zauważył rzeczowo Squall. - Wypadałoby się zaznajomić przed misją.
- Ale... no co, mam tak podejść i co właściwie mam powiedzieć? - zapytał bezradnie Seifer.
- Och, to przecież drobiazg. Ja bym wymyślił ze sto różnych kawałków na powitanie - roześmiał się Squall.
- Ale ja nie jestem tobą. Nigdzie nie pójdę, nie chcę się wygłupić - mruknął blondyn.
- No dalej, Seif, rusz tyłek i idź zapoznać się z koleżanką - niecierpliwił się młodszy chłopak, usiłując popchnąć opornego kolegę w pożądanym kierunku.
- Przestań mnie męczyć.
- Przecież nie każę ci się jej oświadczać, tylko przedstawić - jęknął Squall.
Starszy szermierz jednak nie miał zamiaru się ugiąć. Milczał, siedząc i wpatrując się we własne buty.
- Czy to takie trudne, podejść i powiedzieć: "Cześć, chyba się nie znamy. Jestem Seifer Almasy, jutro jedziemy razem na misję"? - zapytał zdegustowany Squall. - No idź. Przecież cię nie zje. To rozkaz, Almasy - powiedział ironicznie.
- Squall, nie każ mi tam iść - poprosił cicho Seifer. - Ja nie umiem tak jak ty...
Młodszy gunblader spojrzał na kolegę i zmiękł. Seifer zawsze był taki spłoszony w obecności nieznajomych dziewczyn. Wystarczyło, żeby choć jedna pojawiła się w pobliżu, a gunblader milkł, jakby ktoś rzucił na niego Silence. Ośmielał się dopiero wtedy, gdy już trochę kogoś znał. Nie było mowy, żeby podszedł do jakiejś dziewczyny i sam, z własnej woli zaczął rozmowę. Jak dotąd jedynym wyjątkiem było spotkanie z Selphie, ale w pewnym sensie było zaplanowane, więc koledze było łatwiej się przełamać.
- Dobra, to chodźmy razem - zaproponował łaskawie. - Pasuje?
Seifer kiwnął głową, czując ulgę. W towarzystwie Squalla był gotów stawić czoła wszystkiemu. Ultimecji. Ruby Dragonowi. Nieznanej dziewczynie.

- Jak leci, Fujin? - zagadnął wesoło Squall, podchodząc do dziewczyny i dla pewności chwytając kumpla za rękę i ciągnąc za sobą.
Seifer zastanawiał się rozpaczliwie, skąd jego przyjaciel nabrał nagle takiej potwornej siły. Miał wrażenie, że jego nadgarstek utkwił w jakimś imadle, a nie w dłoni Squalla. Czuł, że jest bezlitośnie holowany z kosmiczną prędkością w stronę, w którą wcale nie miał zamiaru się udawać.
- O, witaj, szefie - uśmiechnęła się Fujin, obracając się w stronę pytającego. - Właśnie miałam iść się przygotować do jutrzejszej misji. Niedawno mnie tu przeniesiono i jeszcze nie wszystko zdążyłam obejrzeć. Duży ten wasz Ogród, można się trochę pogubić...
- Domyślam się - przerwał jej Squall, w duchu zacierając z uciechy ręce z nadarzającej się sposobności. - Wy dwoje jeszcze się nie znacie, prawda? Fujin, Seifer Almasy - przedstawił ich sobie lakonicznie i ciągnął, zwróciwszy się do dziewczyny - Jutro w trójkę zasuwamy do Dollet.
- Świetnie - odparła Fujin, wlepiając zaciekawione spojrzenie w milczącego chłopaka, stojącego koło dowódcy. - Widzę, że walczysz gunblade'm, Seifer. Zanim tu przybyłam, nie spotkałam nikogo, kto używałby takiej broni. Prawie wszyscy idą na łatwiznę i trenują z mieczem albo jeszcze prościej, wybierają karabin. W końcu co to za sztuka, pociągnąć serią z maszynówy po potworze, no nie? - ciągnęła. - Długo ćwiczysz z gunblade'm?
- Kilka lat - wykrztusił Seifer.
Rzeczywiście, gunblade'y były rzadko w użyciu. Powszechnie uważano, że są zbyt trudne do opanowania i z tego powodu nie miały zbyt wielu chętnych użytkowników. Seiferowi jednak nie przeszkadzał status "staroświeckości", jaki przylgnął do gunblade'ów. Sam był trochę konserwatywny i taka broń bardzo mu pasowała. Squall natomiast, usłyszawszy, że jego przyjaciel wybrał sobie gunblade'a, zrobił oczywiście to samo. W przeciwieństwie do Seifera, który używał prostego i nierzucającego się w oczy modelu, Squall znalazł sobie możliwie najbardziej lśniący i efektowny, zaopatrzywszy go dodatkowo w wizerunki dwóch lwów ("Jakby jeden nie wystarczył"). Jeden dyndał dziarsko na łańcuszku przyczepionym do rękojeści, drugi był wygrawerowany na ostrzu. Ku swemu zadowoleniu, Squall stwierdził dodatkową korzyść z posiadania tak oryginalnej broni. Sam już nie pamiętał, ile z początku dziewczyn poderwał na Revolvera. Gunblade przyciągał je jak magnes, może właśnie dlatego, że był taki unikatowy i niezwykły.
- Jesteś w tym dobry? Na pewno, wyglądasz mi na kogoś, kto świetnie wie, jak się tego używa. Umiem od razu poznać takie rzeczy - zapewniła Fujin. - Wiem, że wielu szermierzy lubi nadawać imiona swojej broni. Ty też nazwałeś jakoś swojego gunblade'a, Seifer?
- Tak. Hyperion - odpowiedział cicho blondyn.
- O, jak ładnie! To coś z mitologii, prawda? Trochę się tym interesuję. A w ogóle to wiesz, przypominasz mi jednego mojego kolegę z oddziału. Walczy mieczem, to prawie jak gunblade, no nie? I ten kolega wygląda podobnie jak ty. Może jest trochę niższy, ale obaj jesteście tak samo przystojni - oznajmiła bez ogródek, przyglądając mu się z uznaniem.
Seifer poczuł, że się czerwieni. Nie musiał nawet patrzeć na Squalla, żeby wiedzieć, że kolega świetnie bawi się całą sytuacją. "Niech no tylko ta cała Fujin sobie pójdzie, to Leonhart pożałuje swoich beznadziejnych pomysłów".
- Pewnie jutro czeka nas trochę siekaniny koło Dollet, nie? - ciągnęła dalej swój monolog Fujin, nie czekając na odpowiedź. - Lubisz walki, Seifer? Bo ja bardzo, i już nie mogę się doczekać tej misji. Ostatnio wynudziłam się za wszystkie czasy i dlatego poprosiłam o przeniesienie tutaj. U was dużo się dzieje, z tego co widzę. Musisz mi koniecznie opowiedzieć o Ultimecji. Bo walczyłeś z nią, co nie? A może poszlibyśmy trochę potrenować przed jutrem, co ty na to?
- Bardzo dobry pomysł - Squall zgrabnie wtrącił się w potok przemowy Fujin. - Seifer chętnie cię oprowadzi po Ogrodzie, pokaże ci swojego gunblade'a i co tam jeszcze będziesz chciała. Jest bardzo dobrym przewodnikiem, sama się przekonasz - zakończył z zadowolonym uśmieszkiem. Wszystko szło nawet lepiej, niż gdyby to zaplanował.
Seifer spiorunował go wzrokiem. Nieznośnemu Squallowi nie wystarczały już podrywy na własne konto i chciał tym samym uszczęśliwić swojego kumpla. Tylko tego mu brakowało.
- Naprawdę? - ucieszyła się Fujin. - To co, możemy już iść, szefie?
- Jasne, jasne - zapewnił ją uśmiechnięty od ucha do ucha Squall. - Bawcie się dobrze.
Patrzył przez chwilę na oddalającą się parę. Doleciały go jeszcze strzępki rozmowy:
- ...jesteś takim wielkim facetem, Seifer. Pewnie dużo ćwiczysz? Podnosisz ciężary czy coś w tym rodzaju?
- N-nie... jeżdżę na rowerze...
- O, naprawdę? Znałam kiedyś jednego gościa, który też lubił jeździć na rowerze. Codziennie przejeżdżał sześćdziesiąt kilometrów. A ty ile jeździsz, Seifer? Zresztą czekaj, nie mów, zgadnę...
Squall uśmiechnął się i odszedł, zostawiając kumpla na pastwę Fujin.

Seifer wrócił po dwóch godzinach. Wszedł do dormitorium i natychmiast padł ofiarą niecierpliwości Squalla, który od dłuższego czasu czyhał na jego powrót.
- I co? Jak było? - zapytał z ciekawością.
- Głowa mnie boli - oznajmił wykończony blondyn, rzucając się na łóżko.
- Hmm... głowa podobno boli przed, a nie po - zażartował Squall. - I raczej nie facetów.
Seifer nie miał siły na nic więcej, jak tylko na zmęczone spojrzenie, którym obrzucił kumpla.
- Od jej bezustannego gadania - poinformował Squalla. - Nie myślałem, że to możliwe, ale ona nawija więcej niż ty!
- Przecież właśnie powinno ci to pasować, bo sam nie musisz się wiele odzywać - zakpił Squall. - Powinieneś być mi wdzięczny, a nie zrzędzić.
- Wdzięczny? Niby za co? - zdenerwował się Seifer. - Za to, że mnie wkopałeś w jakieś głupie oprowadzanie po Ogrodzie? Ledwo się wykręciłem z trzeciej godziny "spaceru".
- Kurde, Seifer, ty ofiaro losu. Zwiałeś, zamiast korzystać z okazji - powiedział Squall z politowaniem. - Tym bardziej, że jej się podobasz.
- Nie denerwuj mnie - burknął zmieszany Seifer. - Zajmij się lepiej czymś innym.
- W porządku. Idę w takim razie zaplanować jutrzejszą misję - oświadczył Squall.
- Co ty znowu knujesz? - spytał przestraszony blondyn. - Nigdy nic nie planowałeś.
- Kiedyś trzeba zacząć, co nie? - zaśmiał się Squall.
- Tylko spróbuj mnie znowu w coś wkręcić, to pożałujesz - zagroził mu Seifer.
- Spoko. W nic cię nie wkręcam, Seif...

Misja przebiegała bez niespodzianek. Seifer ciągle zerkał na przyjaciela, niespokojnie oczekując, iż ten wyskoczy z jakimś kłopotliwym pomysłem. Nic się jednak nie działo. Spokojnie patrolowali okolice Dollet, okazjonalnie rozsiekując jakiegoś potwora i wysłuchując niekończących się tyrad Fujin. Squall jakoś podejrzanie przycichł. Seifer był pewien, że to nowy rekord. W całym swoim życiu jego przyjaciel nie zamilkł na tak długo. Do końca patrolu nie wydarzyło się nic ciekawego i w końcu ruszyli w drogę powrotną do Ogrodu.
Kiedy już rozstali się ze swoją towarzyszką, Squall mruknął z lekką zazdrością do przyjaciela:
- Wiesz, ona to rzeczywiście ma gadane. Po tych paru godzinach słuchania jej mam wrażenie, że ktoś mi wpuścił do głowy cały rój Bite Bugów.
- A mówiłem, to mi nie wierzyłeś! - zbeształ go Seifer. - Sam widzisz, co przez ciebie musiałem znosić. Mam nadzieję, że teraz wreszcie dasz mi spokój.
- Właśnie nie - zaprotestował młodszy gunblader. - Po prostu zajmij ją czymś, żeby tyle nie gadała.
- Czym niby? - spytał zdumiony blondyn.
- Hm, są różne przyjemne sposoby - poinformował go Squall ze znaczącym uśmieszkiem. - Mogę ci opowiedzieć, jeśli chcesz.
- Mogłem się tego spodziewać - odparł speszony Seifer. - Wiesz co, Squall? Nie mam zamiaru więcej się spotykać z Fujin, więc daruj sobie.
- Przecież nie możesz jej unikać.
- Mogę. Tak samo jak ty to robisz.
- Ja? A kogo ja niby unikam?
- Trepe.
- Ale... ale Trepe to co innego - zakłopotał się Squall.
- Ha ha - zadrwił Seifer. - Weź mnie nie rozśmieszaj.
Nagle obaj przerwali konwersację i stanęli jak wryci. Przy bramie do Ogrodu stały sobie Quistis i Fujin, i gawędziły przyjaźnie, jakby nigdy nic. Nie było sposobu, żeby przemknąć się niezauważenie do środka, bo stały dokładnie w samym wejściu.
- Wiesz, Seif - powiedział powoli Squall, nie spuszczając oczu z Trepe - właściwie to już dawno miałem cię zapytać, czybyś się nie chciał wybrać na wycieczkę? Ragnarokiem? Teraz?
- Pewnie, Squall - zgodził się bez namysłu Seifer, wpatrując się z niepokojem w Fujin. - Bardzo chętnie.
Zrobili energiczny w tył zwrot i odmaszerowali w stronę statku, parkującego niedaleko Balamb.

Seifer ze Squallem wracali właśnie na Ragnaroka z eksploracji Centry. Starą wieżę otaczały gęste lasy, więc musieli zostawić statek dość daleko, w miejscu, gdzie można było bezpiecznie wylądować. Dowlekli się w końcu do pojazdu, po drodze zahaczając jeszcze o jakieś ruiny. Seifer znowu czuł potworne zmęczenie, ale nie odzywał się na ten temat, pamiętając, że sam chciał tej wycieczki. Ledwo jednak stanęli przed Ragnarokiem, Squall coś sobie przypomniał.
- Seif, wiesz co, nie sprawdziłem jednej rzeczy przy tych ostatnich ruinach - wyznał, z niezadowoleniem ściągając brwi. - Wróćmy jeszcze na chwilę, co?
- Daj spokój, nie było tam nic ciekawego...
- No to poczekaj tu na mnie, ja się przejdę i zaraz wrócę - zaproponował.
- Chcesz tam iść SAM? - ten pomysł ani trochę nie podobał się Seiferowi. - A jeśli po drodze -
- Co? Napadną mnie te szare miśki? - zakpił Squall. - Są nieszkodliwe.
- Nie miśki. Ale może się trafić Ruby Dragon. A po Księżycowym Płaczu to właściwie nawet nie wiadomo, co tu spadło. Mogą być jakieś inne potwory - wyjaśnił Seifer.
- Przecież to tylko kilkaset metrów, Seif. Jak usiądziesz w tym miejscu, to cały czas będziesz mnie widział - przekonywał go Squall.
- W porządku, ale bez Enc-None cię nie puszczę - oświadczył stanowczo blondyn.
- Żartujesz? To dobre dla dzieciaków - nadąsał się Squall. - Ani mi się śni tego używać!
- To nigdzie nie pójdziesz.
- Seifer. Może nie zauważyłeś, ale nie mam już pięciu lat - oznajmił nieco zły Squall. - Dopiero co pokonałem Ultimecję, a ty każesz mi uważać na jakieś leśne miśki. I używać dziecinnych umiejętności.
- Zamierzasz więc zrobić mi na złość i dać się poharatać jakimś przypadkowym potworom? To dopiero jest dziecinne, Squall!
- No dobra, to dawaj tego Enc-None - uległ wreszcie młodszy gunblader i zamontował go z chmurną miną.
- Masz jakieś Curagi? - zapytał troskliwie Seifer.
- Po co mi, skoro muszę zasuwać z tym cholerstwem? Nawet nie spotkam żadnego potwora - powiedział Squall z zaciśniętymi zębami.
- Na wszelki wypadek...
- Mam Curagi. Cztery - odparł coraz bardziej zrozpaczony Squall.
- To za mało. Weź sobie dwadzieścia.
- Przecież nawet nie zdążę ich użyć. Mam do przejścia kilkaset metrów!
- Przez kilkaset metrów też można napotkać jakiegoś potwora. Bierz te Curagi, a tu masz jeszcze Protecty, bo pewnie ci się skończyły...
- O rany, Seif. Chyba cię uduszę, jeśli zapytasz mnie jeszcze, czy wziąłem czapkę i szalik! - wybuchnął Squall.
- No patrz... o tym nie pomyślałem - zażartował blondyn.
Nie przejął się wcale posępnym spojrzeniem, jakim obrzucił go młodszy kolega.
- Czy MOGĘ wreszcie iść, Seifer? - zapytał ponuro Squall.
- Pewnie, tylko jeszcze uzupełnij sobie HP, zanim pójdziesz - polecił kumplowi. - I nie zapomnij, żeby -
- Wiesz co, Seif? Już mi się odechciało tam iść - jęknął załamany Squall. - Wracajmy na pokład.
Seifer ruszył za kumplem w stronę Ragnaroka, uśmiechając się triumfalnie. W końcu udało mu się poskromić niesfornego przyjaciela. Nawet jeśli tylko jednorazowo...

- Teraz, jak już skończyła się cała karuzela z Ultimecją i mamy spokój, może wreszcie oddasz mi Odine'owy wynalazek? - z nadzieją w głosie zapytał Squall. - Chciałbym wrócić do tego świata, no wiesz, którego... z tą fajną dziewczyną...
- Nawet o tym nie myśl! - energicznie odmówił Seifer. - Możnaby pomyśleć, że po tym wszystkim trochę zmądrzejesz, ale gdzie tam! Wolę nawet nie myśleć, co mógłbyś nawyczyniać w innym świecie.
- To przenieś się ze mną. Będziesz mógł mnie pilnować, żebym nie zrobił czegoś głupiego, zrzędzić bez przerwy i przypominać mi, że jestem narwany - powiedział zrezygnowany Squall. - Wiem, że bardzo lubisz to robić, więc doceń moją wspaniałomyślność.
- Aleś powiedział! - parsknął Seifer. - Tak jakby to było moje hobby!
- Seifer, no nie bądź taki... Seif...
- Mowy nie ma. Nie oddam ci tego urządzenia. Nigdzie nie jedziesz, i w ogóle to ci zabraniam. Koniec dyskusji - uciął kategorycznie starszy gunblader.
Squall siedział przez chwilę z nieszczęśliwą miną, ale zaraz wpadł na kolejny pomysł.
- Zawsze mogę poprosić Elle - powiedział od niechcenia, zerkając na kumpla w celu sprawdzenia, jaki efekt wywarły jego słowa. - Ona na pewno mnie zrozumie, bo jest bardziej wyluzowana niż ty.
- Nie mówisz poważnie - zaniepokoił się blondyn.
- Mówię bardzo poważnie. Chcę tam wrócić, Seif. Proooszę...
Seifer jęknął w duchu. Wiedział doskonale, że ulegnie namowom Leonharta. Jak zawsze. Czemu los pokarał go takim postrzelonym przyjacielem? Próbował jeszcze heroicznie się opierać, ale czuł, jak błagalny wzrok Squalla roztapia nędzne resztki jego rozsądku i silnej woli i zamienia w wielką kałużę.
- Dobra, niech ci będzie - zgodził się bezradnie. - Wrócimy tam. "Lepsze już to niż umierać z niepokoju, nie wiedząc, w co tym razem wpakował się Squall."
- Świetnie, Seif! - uradował się młodszy chłopak. - Wiesz, tak naprawdę to nie chciałem się tam przeteleportowywać sam. Fajnie, że będziesz ze mną.
- Mhm - mruknął Seifer, zerkając na rozpromienionego Squalla, z pewnością planującego już kolejne podboje w innym świecie. "Drań zawsze umie wziąć mnie pod włos".
- To kiedy ruszamy?
- Kiedy zechcesz, Squall...

Plik załącznika:



- - - - - - - - - - -

No i to jest definitywny koniec. Dziękuję za uwagę i cierpliwość, szczególnie moim najwierniejszym czytelniczkom, tj. lulu.selphie i Emoonii.
Dziękuję też osobom, które zostawiły mi komentarz, jak i tym, które nie uznały mnie za godną tego zaszczytu:P Jeśli tylko bawiliście się przy czytaniu choć w 1/10 tak dobrze, jak ja przy pisaniu, to świetnie. B)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/27 20:52 #7413 przez lulu.selphie
Użytkownik lulu.selphie odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Aaahh.... :kiss: :kiss: Przecudne zakończenie, mogłabym je czytać i czytać. Oczywiście czuje niedosyt i chciałabym więcej ( jak zawsze ), ale się ciesze za ten dodatkowy rozdział ( półnagi Seifer, gadka o rowerach :evil: i przede wszystkim wygadana Fujin ) Masz ode mnie hot-doga za całokształt :P Może skusisz się jeszcze na napisanie jakiegoś fanfika ?

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/30 14:56 #7426 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Wielki szacunek za doprowadzenie akcji do samego końca, i to w takim stylu :) Całość bardzo mi się podoba, ubawiłam się wiele razy, a do tego czytało się to tak lekko i przyjemnie. Podoba mi się to, że nie stosujesz w swoich tekstach zbyt wielu ozdobników i powykręcanych metafor, dzięki temu tekst jest bardzo łatwo przyswajalny. Lubię też Twoich bohaterów, szczególnie Seifera (a w ósemce był takim bucem). Wątek przyjaźni przewijający się przez całą historię bardzo fajny, najbardziej podoba mi się właśnie to, że przyjaźń wygrywa tutaj z romantyczną paplaniną i w końcu zamiast ckliwych całusków mamy taką ładną, męską końcówkę :) Szkoda trochę, że inni bohaterowie zostali trochę zaniedbani, ale to akurat w ogóle nie odbiega od tego, co mieliśmy w ósemce :P

A, no i wycieczka rowerowa mnie powaliła, podobnie jak wcześniejsza rozmowa Seifera z Zellem :woohoo: Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś coś napiszesz :)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2012/02/14 01:28 #8341 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Teraz zajrzałam do starych fików, przy okazji wstawiania nowej historyjki, i widzę, że nie odpisałam. Żeby nie wyjść na buraka, czynię to teraz (lepiej późno niż wcale);P

Fakt, poza S&S reszta bohaterów jest odmalowana po łebkach, ale świadomie. Obawiam się, że gdybym chciała każdemu przydzielić większy "czas antenowy", to fik rozrósłby mi się do przerażających rozmiarów. Mam nadzieję, że trochę rekompensuje to postać Ellone. No i Zella chyba nie było tak znowu mało;P
Teraz trochę żałuję tego pisania 'na bieżąco' (nigdy więcej!), bo po czasie przyszedł mi pomysł na Raijina. No cóż, mówi się trudno.
Zanim zabrałam się do tej bratersko-kumpelskiej historyjki, poszukiwałam czegoś podobnego. I nic nie znalazłam, mimo całej masy opowiastek S&S. Wygląda na to, że największy hardkor, o którym nikt nawet nie śmie myśleć, to fik o Squallu i Seiferze, którzy po prostu zwyczajnie się ...lubią;P (co się dzieje z tym światem? ;P)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Donacja Discord

Kto jest online

Odwiedza nas 93 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • Robin awansuje jutro na nowy poziom! (36)
  • Kamil Brzostowski za 4 dni awansuje na nowy poziom! (31)
  • mati2935 za 6 dni awansuje na nowy poziom! (27)