Forum

Nasze projekty

Ja naprawdę dowodzę

Więcej
2011/07/17 20:29 #7036 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Heh, dzięki.
Raczej uda mi się skończyć, z grubsza wykombinowałam już wszystko i niewiele mi zostało do zakończenia. Ale, cholera, nieźle trzeba czasem główkować.
Dziwne, jak zmieniają się niektóre wydarzenia, gdy Squall nie tłucze się z Seiferem, a wręcz przeciwnie...
Dodałam tradycyjnego bazgroła. Właściwie to bardziej szkic niż ilustracja, ale trudno się wyrobić z czasem, na pisanie i tak mi trochę schodzi...

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/17 21:02 - 2011/07/17 21:03 #7037 przez lulu.selphie
Użytkownik lulu.selphie odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę

Lepiej idź sobie wypoleruj swój ...nożyk.


Haha uwielbiam te twoje dwuznaczne teksty :woohoo:
Rozbroiło mnie to jak Zell i Seifer walczą o uwagę Squalla, nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić :evil:

A co do obrazku to jak zawsze świetny, dobroduszna mina Seifera i spalony but Zella :D
Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]
Ostatnia edycja: 2011/07/17 21:03 przez lulu.selphie.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/17 22:16 #7040 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Dzięki:)

lulu.selphie napisał: Rozbroiło mnie to jak Zell i Seifer walczą o uwagę Squalla, nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić :evil:

Hehe, Twoja strata;)) Ja to wręcz widzę jak scenę z filmu xD No ale moja wyobraźnia jest dość... yyy... tolerancyjna, ujmijmy to w ten sposób. :side:

lulu.selphie napisał:

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/31 19:45 - 2011/08/04 02:32 #7231 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
No to jedziemy dalej, jeśli jeszcze nie wymiękliście przy moim wodolejstwie;) A do końca jeszcze sporo... :P
Część czwarta.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


Droga powrotna do Ogrodu nie była zbyt fascynująca. Wreszcie jednak wylądowali w porcie Balamb i ruszyli w stronę Ogrodu. Mieli zamiar od razu udać się do Cida i zameldować mu o wszystkim.
- Znajomy widok? - mruknął Seifer do kolegi.
Ledwo przekroczyli bramę wejściową, w oczy rzucił im się chaos panujący w zwykle dość spokojnym Ogrodzie. Tak jak w Final Fantasy, studenci biegali wte i wewte, niektórzy bili się ze sobą. Tylko nie było żadnych Mistrzów Ogrodu, rzecz jasna.
- Lećmy do Cida, bo właściwie to nie wiem, o co oni się tak biją - zaproponował Squall. - Może tam się dowiemy.
Po drodze jakiś bojowo nastawiony kadet rzucił się na zaskoczonego Squalla, obalił go na ziemię i zaczął pytać wściekle:
- Za czym jesteś? Gadaj zaraz!
- Za tym, żebyś ze mnie zlazł, kołku! - rozzłościł się gunblader, siłując się z napastnikiem. Nagle kadet poleciał w tył, oderwany od Squalla mocnym szarpnięciem. Seifer przyłożył mu jeszcze z rozpędu w szczękę i student zwalił się na ziemię nieprzytomny. Squall wstał z podłogi, rozcierając plecy, które ucierpiały podczas upadku.
- Właśnie miałem go znokautować - powiedział wyzywająco, spoglądając na przyjaciela. Seifer przyglądał mu się ironicznie.
- Jasne. Zdążyłem się dowiedzieć, o co wszyscy się tłuką, kiedy ty obściskiwałeś się na podłodze z tym gościem.
- Nie obściskiwałem się - zaprotestował urażony Squall, spoglądając na powalonego napastnika. - Nie jest w moim typie - zarechotał wesoło. - Może tobie bardziej by się podobał, Almasy.
- Bardziej interesują cię głupie żarciki, czy wolisz wiedzieć, co to za zamieszanie? - spytał zgryźliwie Seifer.
- Nie czepiaj się - wzruszył ramionami Squall. - To ty zacząłeś. No dobra, mów.
- Podobno gdzieś w okolicy jest Ogród Galbadia. Przemieszcza się. Mają tam pełno galbadyjskiego wojska i chcą nas zaatakować. Wiesz, jak w grze - ta cała Edea ich przechwyciła. No i znalazło się paru studentów, którzy uważają, że powinniśmy się poddać - wyjaśnił blondyn. - Biją się z innymi, którzy uważają, że lepiej walczyć z Galbadią.
- Ciekawe, co porabia dyro - mruknął Squall. - Jakoś nie widzę, żeby obchodziło go to, co się tu dzieje.
Dotarli w pobliże biura Cida. Seifer zapukał, ale zamiast oczekiwanej odpowiedzi usłyszał tylko jakieś niewyraźne mamrotanie, dobiegające zza drzwi. Spojrzeli na siebie niepewnie, wzruszywszy ramionami, a potem weszli do środka. Dyrektor chodził po całym pokoju, gadając coś do siebie i nerwowo załamując dłonie. Miał błędne spojrzenie.
- Panie dyrektorze - zaczął Squall, salutując gorliwie. - Melduję, że...
- Dobrze, że jesteście - przerwał mu Cid, podchodząc bliżej i chwytając go desperacko za poły kurtki. - Jak się nazywasz, chłopcze?
- L-leonhart, panie dyrektorze. Squall Leonhart - wyjąkał zaskoczony gunblader. - Byliśmy na misji w Del-
- Leonhart - przerwał mu znowu dyrektor - widzisz, chłopcze, co się tu dzieje? - zapytał go z rozpaczą, i nie czekając na odpowiedź, perorował dalej. - Nie mam pojęcia, co robić. Jedni mówią mi, że żeby się poddać, inni, żeby nie... i ten Ogród Galbadia... Edea... - gadał teraz jakby do siebie. - Nasi studenci walczą ze sobą... co robić, co robić...
- Nie poddawać się, panie dyrektorze - zasugerował niepewnie Squall. Jeszcze nie widział Cida w takim stanie. "Facet wygląda, jakby za chwilę miał wykorkować na serce", pomyślał chłopak.
Cid usłyszał go i jakby nieco oprzytomniał. Spojrzał na gunbladera z ożywieniem.
- Leonhart, dobrze mówisz! - ucieszył się. - Jak prawdziwy lider. Umiem rozpoznać u swoich studentów niezłomnego ducha walki. Czuję, chłopcze, że zasługujesz na swoje nazwisko - ględził dalej.
Seifer przewrócił oczami i zerknął na oszołomionego przyjaciela. "Dyrektorowi już całkiem poprzewracało się w głowie. Naplecie Squallowi bzdur i wpuści go w jakieś bagno".
- Dlatego, Leonhart, zostawiam ci dowodzenie Ogrodem - oznajmił Cid z ulgą.
"Że co?!!! To niemożliwe!!!"
"O kurde! To się dzieje naprawdę!"
- Mówi dyrektor. Proszę o uwagę. Mianowałem właśnie Squalla Leonharta dowódcą. Przekazuję mu przywództwo nad Ogrodem i SeeD. Proszę o słuchanie jego rozkazów. Dziękuję za uwagę, to wszystko - zakończył błyskawicznie Cid, po czym wyłączył interkom, poklepał jeszcze zaszokowanego Squalla po ramieniu i czym prędzej odszedł. Odejście to podejrzanie wyglądało na ucieczkę.
- Panie dyrektorze? Dokąd pan idzie? - zawołał bezsilnie Seifer, ale Cid znikł za drzwiami i tyle go widzieli.
- Seif... ale numer - wydukał Squall. - Wcale nie myślałem, że tak będzie... znaczy, wiesz, że na serio...
- Masz, co chciałeś - odparł cierpko Seifer. - Jesteś teraz mega szefem wszystkiego. Cieszysz się?
- Nie wiem. Co ja mam teraz robić? - zapytał nieco bezradnie nowy dowódca Ogrodu.
Starszy szermierz westchnął ciężko. "Wiedziałem, że tak będzie".
- Dowodzić, Squall. Dowodzić - zakomunikował mu sarkastycznie.
- No tak - Squall w międzyczasie trochę ochłonął. - Chyba najpierw trzeba uporać się z tymi kretynami, co się tłuką po korytarzach - zauważył rozsądnie. - Jak mamy walczyć z matołami z Galbadii, to trzeba mieć kim. Ha! Przemowa, Seif! Pamiętasz? - uradował się. - Powinienem strzelić jakąś mówkę do ludu, no nie?
- Nie wątpię, że to bardzo ci się spodoba - mruknął pobłażliwie blondyn. - Tylko streszczaj się, bo jak cię znam, to gotów jesteś nawijać przez dobrą godzinę.
- Spoko. Wiem, co trzeba powiedzieć.
"- Ehm... mówi Squall Leonhart. Jak zapewne już wiecie, zostałem dowódcą Ogrodu. Prawdopodobnie czeka nas wkrótce konfrontacja z Ogrodem Galbadia i galbadyjskim wojskiem. Damy sobie radę, a wiecie, czemu? Bo jesteśmy lepsi od tych galbadyjskich palantów! Tym z was, którzy nawołują do poddania się, mam do powiedzenia jedno: nikt nie szanuje tych, którzy nawet nie próbują walczyć - zapalał się Squall. - Jesteśmy SeeD i nie będziemy się poddawać!"
Seifer stał obok i słuchał gadania kolegi. Zastanawiał się, czy pobije czasowo ubiegłoroczny rekord Cida na rozpoczęcie roku. Na razie nieźle mu szło...
"...aha, i przy okazji, jako dowódca będę prawdopodobnie potrzebował asystentek - dodał z przebiegłym uśmieszkiem Squall. - Chętne kandydatki proszę o przyjście do mojego gabinetu..."
Seifer nie wytrzymał i wyrwał mu mikrofon z dłoni.
- Nie wygłupiaj się! - z oburzeniem zganił przyjaciela. - Nawet w takiej chwili myślisz o dziewczynach!
- O co ci chodzi? Przecież muszę mieć...
- Akurat! - zdenerwował się Seifer. - Ogród Galbadia może się tu niedługo pojawić, więc lepiej zajmij się planowaniem akcji, playboyu!
- Seifer, w ogóle nie umiesz się bawić... Ale wiesz, chyba powinniśmy iść zbadać napęd Ogrodu. Musimy sprawdzić, jak go odpalić. Skoro Galbadia się przemieszcza, to przecież nasz Ogród nie jest gorszy, nie? - ożywił się Squall.
- No chyba - zgodził się blondyn. - Spotkajmy się w holu za pół godziny, to się tym zajmiemy. Idę teraz do Quistis, Irvine'a, Zella i Selphie. Powiem im, co planujemy.
Seifer wyszedł z gabinetu. Za drzwiami kłębił się nieprzebrany tłum dziewczyn. Gunblader potrząsnął głową z dezaprobatą i odszedł, zostawiając kumpla na pastwę własnych pomysłów.

bazgroły towarzyszące:
[1] Nie jest w moim typie
[2] Zasługujesz na swoje nazwisko

Squall znalazł w biurku Cida kartę dostępu do wszystkich pomieszczeń w Ogrodzie i był bardzo zadowolony z nowego nabytku. Uznał, że w sam raz się przyda, skoro mieli z Seiferem uruchomić Ogród. Świeżo upieczony komendant wyjrzał z pokoju. Natychmiast otoczyła go wianuszkiem grupka czterech dziewczyn.
- Witaj, szefie - powiedziała jedna z nich. - Świetna przemowa. Taka porywająca!
- Dzięki - uśmiechnął się Squall.
- Dla takiego walecznego dowódcy chciałoby się zrobić absolutnie wszystko - zapewniła druga dziewczyna.
- Nie ma pan może dla nas jakichś ...rozkazów, szefie? - spytała trzecia, puszczając do niego oko.
- Hmm... - zastanowił się Squall. - Coś się znajdzie - zadowolony uśmieszek pojawił się na jego twarzy.

Seifer czekał cierpliwie na przyjaciela, który jak zwykle się spóźniał. Zastanawiał się, czy nie iść po niego, gdy Squall wreszcie się pojawił.
- Czekam na ciebie już pół godziny - powiedział z urazą, ruszając bez dalszej zwłoki w stronę windy.
- Przepraszam, Seif - usprawiedliwił się młodszy chłopak. - Jakoś tak wyszło... Czekaj, nie leć tak szybko - wysapał.
- Coś ty taki wykończony? - spojrzał na niego podejrzliwie Seifer.
- A bo po drodze byłem po coś w Centrum Treningowym i jak miałem wychodzić, to... no, wpadłem na Chimerę - łgał Squall - i tak mi z nią długo zeszło... nie dało się jej pozbyć i strasznie była hmm... żywotna. Sam wiesz.
- Chimera? - zainteresował się blondyn. - Jakiś nowy gatunek?
- Nie, czemu? - zdziwił się Squall. - Normalna, czterogłowa...
- Te Chimery, które znam, rzucają Thundagami i statusami - wyjaśnił Seifer. - Nie słyszałem jeszcze o takich, które dobierają się facetom do spodni - zadrwił.
Squall spojrzał po sobie, ze złością myśląc o spostrzegawczości Seifera. Czasem trudno było mu wcisnąć kit. Zasunął do końca niesforne spodnie, mruknął coś pod nosem i obaj gunbladerzy już bez zwłoki zjechali na dół, w czeluście Ogrodu.

- Seif, jak myślisz, czy w podziemiach trafimy na jakiegoś spasionego NORGa?
- Kto wie. Jesteś gotów na starcie z "przerażającym" bossem?
- Bardziej przerażająca jest Trepe - zachichotał Squall. - Teraz to już mnie znienawidzi do końca... jestem jej bezpośrednim zwierzchnikiem.
Dotarli windą na ostatni poziom i rozejrzeli się ciekawie. Oczywiście nigdy wcześniej tu nie byli. Nie było to jednak zbyt ciekawe miejsce, powietrze było stęchłe, a podłoga mokra i śliska. Ruszyli niepewnie przed siebie, ale ledwo uszli kilka kroków, usłyszeli gniewny głos:
- Gdzie leziecie? Kto was tu wpuścił, gówniarze?
Ich oczom ukazał się gruby facet w uniformie, jakie zwykł nosić Ogrodowy personel techniczny. Grubas niósł w ręku wiaderko i mopa, a za nim dreptał równie gruby, i bardzo długi, jamnik.
Seifer uznał za stosowne wytłumaczyć ich obecność.
- Panie eee... Norg - jasnowłosy gunblader niemal się zakrztusił, odczytawszy nazwisko ciecia, widniejące na plakietce przyczepionej do jego kieszeni - nie słyszał pan o nowym dowódcy Ogrodu? To właśnie on - machnął ręką w stronę Squalla, który próbował zachować powagę w obliczu "przerażającego bossa".
Norg łypnął podejrzliwie okiem na rozbawionego Leonharta, a potem na Almasy'ego.
- Ja tam nic nie wiem o żadnych dowódcach - oznajmił wreszcie. - I coś mi się widzi, że sobie żarty robicie, smarkacze. Zjeżdżać mi stąd zaraz! Zadeptaliście całą podłogę, a dopiero co ją umyłem - zrzędził. - Lewik, a ty dokąd leziesz? - skarcił psa, który podszedł do Squalla, wesoło merdając ogonkiem.
- Lewik? - zarechotał Squall. - Czy to zdrobnienie od Lewiatana?
- Co cię tak śmieszy, szczeniaku? - rozeźlił się Norg. - No już, zmiatajcie stąd! - przyłożył ścierką zaskoczonemu Seiferowi.
Squall wybuchnął śmiechem, widząc minę swojego kumpla, ale zaraz ucichł, również oberwawszy od wojowniczego sprzątacza. Wreszcie obaj postanowili zrejterować, zaśmiewając się po drodze ze spotkania.
- Nawet nie chcę wiedzieć, jak pogięty musiał być scenarzysta Final Fantasy, żeby przerobić tego ciecia na wielkiego bossa - śmiał się Squall.
- Musiał tu być, i spotkać tego gościa - zgodził się rozbawiony Seifer.
- Ciekawe, czy też dostał ścierką - pękał ze śmiechu młodszy szermierz. - Może powinienem dać Norgowi podwyżkę, Seif? Wiesz, za czujność i waleczność w obronie czystej podłogi?
- Spójrz tam - przerwał mu kolega, wskazując na jakąś zardzewiałą klapę w podłodze. - Nie sądzisz, że tam może być zejście na niższy poziom?
- Ooo, masz rację, sprawdźmy to - ucieszył się Squall.
Podeszli do włazu i spróbowali go otworzyć. Było ciężko, ale w końcu wejście stanęło otworem. Seifer powstrzymał Squalla, który już rwał się do zejścia na dół. "Zobaczy gdzieś potwora, dostanie tego swojego Berserka, zleci z drabiny i się połamie".
- Czekaj, pójdę pierwszy.
- Czemu? - nadąsał się Squall. - Nie musisz się tak nade mną trząść, Seifer. Nie jestem ze szkła.
- Tu jest ciemno i ślisko, a przecież wiesz, że nie jestem taki ...zgrabny jak ty. Naprawdę chciałbyś, żebym ci spadł na głowę, jak będziemy schodzić? - zapytał, starając się brzmieć wiarygodnie.
- Coś mi się zdaje, że ściemniasz, ale niech ci będzie. Złaź - mruknął Squall.
Na dole było mało światła, gdzieniegdzie tylko paliły się słabe żarówki. W powietrzu panował jeszcze większy zaduch. Squall rozejrzał się z zaciekawieniem dookoła i podszedł do jakichś drzwi. Prowadziły na metalowy pomost. Spojrzał w dół i zobaczył napęd Ogrodu w całej okazałości. Na pomoście był jakiś panel, zapewne do uruchomienia całości.
- Szkoda, że nie wzięliśmy Dinchta. Przydałby się do pogrzebania w kabelkach - pożałował Squall, siłując się z odpaleniem mechanizmu.
- Poradzisz sobie doskonale bez tego palanta - naburmuszył się Seifer. Nie podobało mu się wazeliniarstwo Zella, które dawało o sobie znać, kiedy tylko w pobliżu pojawiał się Squall.
- Wzrusza mnie twoja głęboka wiara w moje umiejętności - powiedział ironicznie Squall. - Ale czekaj... może jednak uda mi się coś z tego wykrzesać - oznajmił z lekką nadzieją, gdy zdołał włączyć zasilanie panelu. - Tylko mi nie "pomagaj". Nie chcielibyśmy, żeby Ogród uległ przyspieszonej autodestrukcji, jak pewna galbadyjska baza, no nie? - zapytał złośliwie.
- To był tylko jeden zasmarkany niebieski kabelek!
- Po co go ruszałeś?
- Wkurzał mnie!
- A rzeczywiście, te niebieskie mają nieprzyjemny zwyczaj obrzucania rozmówcy obelgami. Też ich nie lubię, są bardzo denerwujące.
Seifer burknął coś pod nosem, dając za wygraną. Czy to jego wina, że głupie komputery i inne urządzenia były tak kiepsko zaprojektowane, że psuły się za każdym razem, kiedy ich dotykał?
Squall próbował zmusić do uległości oporne urządzenie, gdy nagle coś drgnęło. Przez pomost, na którym stali, przeszły silne wibracje i zgasła połowa żarówek. Zrobiło się jeszcze ciemniej.
- To nie ja - zarzekał się z rozpaczą Seifer. - Niczego nie dotykałem, naprawdę!
- Spoko - mruknął Squall. - Wydaje mi się, że to po prostu napęd zaczyna się włączać.
Przez potężną konstrukcję przebiegły snopy iskier i dziwnej poświaty, a potem wszystko ożyło.
- Haaa! Udało nam się! - cieszył się Squall. - To działa! Jestem genialny!
Seifer patrzył na euforię kumpla nieco pobłażliwie. Musiał jednak przyznać, że kiedy przychodziło do użerania się z komputerami i maszynami, Leonhart był bezkonkurencyjny.
- Dobra, geniuszu, a teraz wracajmy na górę. Musimy przecież jakoś tym sterować - przypomniał blondyn.
- Ooo, no właśnie. Żebyśmy tylko się nie władowali w Rybaków albo Balamb - zafrasował się Squall.

Mostek znajdował się w tym samym miejscu, które znali z gry. Wyglądał też z grubsza tak samo. Obaj przyjaciele wyjechali windą na samą górę. Przejęty Squall natychmiast rzucił się do pulpitu sterowniczego, a zaciekawiony Seifer podszedł do dużego okna. Roztaczający się stąd widok był imponujący. Niedaleko widać było Rybacki Horyzont.
- Nie ma się czym przejmować - powiedział Squall, zerkając jednym okiem przez okno i obserwując kurs Ogrodu. - Nie wpadniemy na nich, przejdziemy bokiem.
- Całe szczęście. Ale i tak trzeba jakoś się zorientować, jak się tym steruje.
Seifer pozostawił zafascynowanego Squalla przy pulpicie i podszedł do znajomo wyglądającej solidnej wajchy. Prawie jak w grze, tylko ze dwa razy większa. Rozpromienił się na ten widok. Wreszcie coś w sam raz dla niego - coś, czego nie zepsuje. Żadnych głupich delikatnych kabelków, przełączników, klawiatur. Nic się nie urwie. Leonhart i tak nie dałby rady tego ruszyć, więc postanowił sam spróbować.

Starszy rybak, siedzący na pomoście i łowiący ryby, rozmyślał właśnie o czekającym go powrocie do domu i tłumaczeniu się przed zrzędną żoną. Z niechęcią zaczął zbierać wędki i składać krzesełko, gdy nagle padł na niego potężny cień. Podniósł wzrok i z przerażeniem spojrzał na potężną budowlę, szarżującą prosto na niego. Zapomniawszy o swoim zaawansowanym wieku, chyżo zemknął po pomoście w kierunku miasta. Obejrzawszy się przez ramię, zobaczył jeszcze, jak Ogród Balamb taranuje część doków i skręca z powrotem w stronę otwartego morza.
"Żona mi nie uwierzy, jak jej opowiem", pomyślał kwaśno. "Trzeba będzie znowu coś zmyślić o reumatyzmie".

- Seifer, czemu to zrobiłeś? Było dobrze, a ty znowu nie wytrzymałeś. Mówiłem ci sto tysięcy razy, nie dotykaj niczego, co jest bardziej skomplikowane niż cep, to nie. Zawsze cię podkorci - Squall robił wyrzuty przyjacielowi. - Co myśmy narobili! Rozwaliliśmy port w Horyzoncie! - rozpaczał chłopak.
- To sterowanie jest jakieś niewydarzone - bronił się zmieszany blondyn. Było mu głupio, ale miał żal do wajchy. "Wyglądała tak prosto i porządnie!"
- To nie sterowanie jest niewydarzone - skomentował złośliwie Squall. - Seif, czy wiesz, że pojazdami mającymi ster kieruje się NA ODWRÓT? - spytał kąśliwie. - Jak chcesz skręcić w lewo, to ciągniesz ster w prawo i tak dalej.
- Nie wiedziałem...
Młodszy chłopak złapał się za głowę.
- Chyba zrobię ci spis przedmiotów, których możesz dotykać. Pomyślmy... kranu możesz używać... przez tyle lat nie zepsułeś żadnego, więc to jest bezpieczne... klamki u drzwi chyba też - wyzłośliwiał się Squall. - Nie wiem, jakim cudem dotąd nie odstrzeliłeś sobie stopy - w Hyperionie też masz jakiś mechanizm! A teraz to zderzenie!
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie - mruknął zakłopotany Seifer.
Squall dał wreszcie spokój skruszonemu kumplowi. "Co się stało, to się nie odstanie", pomyślał sentencjonalnie.
- Będę musiał iść do Horyzontu i wytłumaczyć Dobe'mu, co się stało - westchnął, marszcząc brwi z niezadowoleniem.
- Dasz sobie radę. Użyj na nim swojego zabójczego uroku osobistego - nie mógł się powstrzymać blondyn. - Zbajeruj go, jak to niedawno zrobiłeś z Rinoą.
- Burmistrz Dobe to FACET - przypomniał Squall. - Na niego nie zadziała mój - niekwestionowany zresztą - urok.
- Skąd wiesz? Na Dinchta zadziałał. Jakoś bardzo cię ostatnio polubił - zakpił, nie potrafiąc jednak ukryć urazy.
- O, a cóż to, zazdrość? Tylko o kogo? - zaśmiał się Squall.
- Daj mi spokój. Z tobą to każda rozmowa schodzi na to samo - powiedział rozdrażniony Seifer.
- Wiem, wiem, jestem niegodziwy - powiedział z udawaną pokorą Squall. - Ale skoro tak, to czemu ciągle ze mną chodzisz, Seif? Znaczy, no... Cholera. Nie to miałem na myśli... tylko...
- Wiem przecież, kretynie...
Obaj zamilkli na chwilę, zakłopotani. Wreszcie Squall podjął rozmowę.
- My tu gadu gadu, a trzeba iść do Horyzontu. Czas na użycie mojego uroku. Ale zaraz! - roześmiał się. - Skoro Dobe to facet, to może TY użyłbyś swojego uroku, Seif?
- A więc przyznajesz, że jestem uroczy?
- Zamknij się, Almasy!
- ...
- Wcale nie mówiłem, że jesteś uroczy!
- ...
- Tak mi się tylko powiedziało!
- ...
- Chodźmy już lepiej, muszę naściemniać Dobe'mu.

- Naprawdę jesteś niesamowity - Seifer pokręcił głową z niedowierzaniem, gdy wyszli już od burmistrza. Talenty krasomówcze Squalla nie tylko udobruchały Dobe'go, ale nawet zgodził się uznać zderzenie za wypadek, a nie akt agresji. - Mogę się założyć, że bez problemu sprzedałbyś igły Cactuarowi i przekonał Ruby Dragona do przejścia na wegetarianizm.
- A mam inne wyjście, skoro muszę naprawiać efekty twojej radosnej działalności destrukcyjnej?
- To było niechcący...
- Jak zawsze. Wiesz, Seif, powinieneś sobie wpisać do CV "Specjalność: demolka".
- O rany, długo będziesz mi to wytykał?
- Kiedy to nawet było niezłe. Zrobiłeś kawał porządnej rozwałki, Seif. Ty, taki rozsądny i regulaminowy - śmiał się Squall. - Ale dobra, wracajmy już na mostek. Trzeba rozejrzeć się po okolicy za Galbadią.

- Wiesz - powiedział zamyślony Squall, siedząc przy panelu sterowniczym Ogrodu - teraz chyba zacznie się dużo dziać. Nie sądzisz, że powinniśmy sobie przemyśleć niektóre rzeczy?
- A cóż to z ciebie się taki myśliciel zrobił? - zażartował Seifer. - Czyżbyś zamierzał WRESZCIE skorzystać ze swoich szarych komórek w celach innych niż podryw?
- Ciągle mi wytykasz, że "działam pod wpływem impulsu", a jak próbuję coś zrobić po twojemu, to się ze mnie nabijasz - nadąsał się Squall.
- Dobra, tak tylko powiedziałem... no to mów, co konkretnie masz na myśli?
- Bo wiesz, tak się zastanawiałem... w tym Final Fantasy cała draka z Edeą to tylko początek, nie? - przypomniał Squall. - Się zaraz okaże, że tak naprawdę to Edea jest zupełnie niewinna. Sprzedawała sobie spokojnie pomidory i nagle myk! została opętana przez Ultimecję - zakpił Squall. - Wiesz, coś w ten deseń.
- Może i masz rację. A, i zwróć uwagę, że wcale jej nie znamy - powiedział starszy chłopak.
- W Final Fantasy przykleili nam ją jako opiekunkę w bidulu. A twój bohater latał za nią jak piesek- zarechotał Squall.
- Ja bym nigdy nie latał za jakąś babą - oświadczył z godnością Seifer. - Tamten gość to mięczak.
- Mój też nie lepszy - burknął Squall. - Łazi ciągle w tych swoich pasach cnoty... " Trzeba się będzie tego pozbyć przy najbliższej okazji, to był zły pomysł".
Obaj siedzieli duższą chwilę z niezadowolonymi minami.
- Czemu główny bohater nie może być taki jak ja? - pożalił się młodszy gunblader. - Czy ja jestem taki okropny, żeby trzeba było mnie przerabiać, Seif?
- No coś ty. Po prostu to jakieś gamonie - pocieszał go kumpel. - Nie poznali się na tobie.
- I kazali nam ciągle ze sobą walczyć - rozważał kolejne nieścisłości Squall. - Właściwie to dziwne, ale nigdy dotąd się nie biliśmy, no nie, Seif?
- Rzeczywiście, nie.
- Może powinniśmy spróbować? - zachichotał Squall. - Niekoniecznie na gunblade'y - zastrzegł się szybko.
- Nie będę się z tobą bił, Squall - Seifer przewrócił oczami.
- Czemu? Z góry zakładasz, że bym przegrał, tak? - zapytał rozżalony Squall.
- Wcale nie. Ale jesteś teraz moim dowódcą. Jakby to wyglądało, gdybym się bił ze swoim zwierzchnikiem? - wyjaśnił blondyn, starając się zachować powagę.
Squall popatrzył na niego podejrzliwie, ale nie pociągnął dalej tego wątku.
- Jak sądzisz, my też będziemy musieli ratować świat? Przed Ultimecją?
- Niedługo powinno się okazać. A czujesz się na siłach, żeby wyskakiwać w kosmos za Rinoą? - zakpił kolega. - Chyba cię to czeka.
- O kurczę, zapomniałem o tym. Wiesz, jakoś nie miałbym nic przeciwko temu, żeby to był wymysł z gry - powiedział dyplomatycznie młodszy gunblader. - Na myśl o tym całym kosmosie mam lęk wysokości. A poza tym jestem pewny, że jakbym faktycznie uratował Rinoę, toby mnie za to zamordowała.
Seifer zaśmiał się serdecznie.
- Oj, Leonhart... ale statkiem tobyś się chętnie przeleciał, co nie?
- Ragnarokiem? Pewnie - roześmiał się Squall. - To im elegancko wyszło. Ładny design i ogóle. Tylko pewnie u nas wyglądałby jak zmiętoszona puszka po sardynkach z odpadającym lakierem - skrzywił się.
- Ciekawe, czy Ellone ma rzeczywiście coś wspólnego z tym wszystkim, no wiesz - zainteresował się nagle Seifer.
- Elle...? - posmutniał nagle Squall. - Myślisz, że ją spotkamy, Seif?
- Nie mam pojęcia. A chciałbyś?
- Sam nie wiem...
Seifer popatrzył na markotnego przyjaciela. Po co mu przypominał o Ellone? "Seifer, jesteś idiotą", skarcił się w myślach.
- Wiesz co? Nie myśl o tym wszystkim, Squall. Chyba jednak twój sposób jest lepszy, podążać za wydarzeniami i nie rozmyślać o nich zanadto. Poza tym uważaj, żeby nie zacząć przypominać swojego odpowiednika z gry - zażartował.
- Masz rację - pocieszył się Squall. - Trzeba upaść na głowę, żeby siedzieć i przejmować się tym, co może się wydarzyć. A co pewnie i tak wcale się nie wydarzy. Na przykład scena balkonowa z końcówki - zarechotał.
- Co, już się poddałeś? - uśmiechnął się Seifer.
- Nie, ale jakoś nie bardzo to widzę. Te całe spadające gwiazdy i w ogóle, no daj spokój. To nie dla mnie. Szkoda czasu na gapienie się na zjawiska astronomiczne, skoro można od razu przejść do rzeczy - powiedział z chytrym uśmieszkiem. - A poza tym jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie Rinoi w tej sytuacji.
W tym momencie na mostku pojawiła się reszta "drużyny Deling".
- Oooo, ale zarąbisty widok! - podekscytował się Zell, podchodząc do okna. - Szefie, sam uruchomiłeś ten cały napęd? Super!
Seifer zgrzytnął zębami. Znowu ten wazeliniarz Dincht. "Przyczepił się do Leonharta jak rzep do psiego ogona!" pomyślał, spoglądając z niechęcią, jak Squall z Zellem zaczęli żywą rozmowę o jakichś kwestiach związanych ze sterowaniem.
Quistis patrzyła nieprzyjaźnie na Squalla. Wkurzał ją coraz bardziej, a szczególnie jego błyskawiczna kariera. Jednak najbardziej zdenerwowała ją szalona popularność nowego komendanta wśród wszystkich bez wyjątku rezydentów Ogrodu. Nie rozumiała, co można lubić w takim nieobliczalnym i niepoważnym kretynie. Najwyraźniej jednak cała załoga, studenci i członkowie SeeD zbiorowo upadli na głowę. Wystarczyło się przejść którymkolwiek korytarzem, by usłyszeć: "Dziewczyny, ale mamy przystojnego komendanta, no nie?", "Ten Leonhart to fajny koleś", "Wreszcie mamy dowódcę, który wie, co robić" i tak dalej.
Irvine usiadł w kącie, patrząc obojętnie przez okno. Zignorował Selphie, która próbowała się dowiedzieć, czy w Galbadii jest wysoki poziom nauczania i w milczeniu czekał na rozkazy ich dowódcy.
Seifer uznał wreszcie, że czas zdecydować o dalszych działaniach. I spławić Dinchta, który zawraca Squallowi głowę głupotami. Podszedł spacerowym krokiem do dwójki dyskutantów.
- Szefie, a próbowałeś obejść ten schemat? - zaciekawił się Zell.
- Rany, nie szefuj mi tak ciągle. Przecież możemy sobie mówić po imieniu - zaproponował Squall.
- Serio? To fajnie, Squall - ucieszył się Zell.
Seifer wydął usta z niechęcią. "Jasne, może jeszcze od razu Squally. Co sobie będziesz żałował, Dincht."
- Pogadasz sobie kiedy indziej o schematach, Dincht - burknął z niechęcią do Zella, chwytając Squalla bezceremonialnie za rękaw i odciągając kawałek dalej. - Zdecydowałeś już, co teraz robimy? Galbadia jest tu gdzieś w pobliżu - przypomniał z naciskiem.
- Staranujemy ich - oznajmił zuchwale Squall. - Po tym władowaniu się w Horyzont nie mamy żadnych uszkodzeń. Widać nasz Ogród jest lepszy niż ten badziew w grze - powiedział z dumą. - Nic nie musimy naprawiać.
- Squall, to chyba nie jest najlepszy pomysł...
- Czemu? Nie pamiętasz, jak fajnie to wyglądało? Wiesz, ten mój bohater nie jest w sumie takim sztywniakiem, nie? Ma trochę fantazji. Tak fajnie się władował w tamtych. A potem desancik, rozwałka i gotowe.
"Squall i rozsądek. Te słowa spotykają się tylko na papierze".
- Galbadia jest większa - przypomniał Seifer. - Poza tym możemy uszkodzić napęd w naszym Ogrodzie. I dopiero co dowiedzieliśmy się, jak się nim kieruje.
- Spoko, wszystko już z grubsza wiem - zakomunikował dumnie Squall. - A co do samego sterowania... Seif, skoro już masz z tym doświadczenie - zarechotał - to właśnie ty zajmiesz się zderzeniem z Galbadią. Jesteś w tym bardzo dobry.
- Doświadczenie... - prychnął niezadowolony Seifer. - Mówiłem, że to było niechcący.
- No to teraz będzie chcący - uciął Squall. - Pamiętaj tylko o odwrotnym sterowaniu. W lewo, czyli w prawo i tak dalej. Kierunki mam nadzieję, rozróżniasz? Mogę ci napisać na jednej ręce "lewa", a na drugiej "prawa", jeśli chcesz.
- Leonhart! - warknął blondyn. - Mogę zapomnieć, że jesteś dowódcą i spełnić twoją prośbę sprzed godziny. Tą "nie na gunblade'y" - uściślił.
- No dobra, to było głupie - przyznał Squall. - Nieważne, czy rozróżniasz kierunki. Przy tym, co planujemy, to i tak mało ważne, bo albo będzie staranowanie albo unik - zaśmiał się, zapobiegawczo robiąc jednak dwa kroki w tył.
Blondyn machnął ręką na dowcipy kolegi. Nieważne. Jak Squall chce, to proszę bardzo, on, Seifer właduje się w tę całą Galbadię. Może nawet to będzie niezłe. Poczuł mały dreszczyk emocji, co bardzo go zaniepokoiło. Dla uspokojenia powtórzył sobie w pamięci cały pierwszy rozdział Regulaminu.

Wrócili już prawie do Balamb, gdy zobaczyli z daleka poszukiwany Ogród Galbadia. Stacjonował niedaleko miasta.
- Są skubańce! No, to zaraz dostaną! - rzucił zaczepnie Squall. - Seif, łap się za wajchę! Uprzedzimy ich atak. Nie ma tak dobrze, żeby oddać im inicjatywę. A wy - rzucił energicznie do reszty drużyny - zasuwajcie na dół. Poczekajcie na nas przy dziedzińcu, przyjdziemy tam z Seiferem za kilka minut. Odmaszerować!
Odesłani podkomendni zasalutowali i bez słowa protestu czy komentarza wyszli ze sterowni. Tylko Zell rzucił smętne spojrzenie na Squalla. Wolałby zostać z obydwoma gunbladerami.
Seifer patrzył z uśmiechem na przyjaciela. "Chyba wciągnął się na dobre w to całe dowodzenie", pomyślał, obserwując Squalla, który stał przy panelu, miał skupiony wyraz twarzy i lekkie rumieńce podekscytowania na policzkach.
- Przywalimy im trochę od boku, Seif - poinformował kumpla, kończąc jeszcze jakieś wyliczenia. - To powinno ich trochę pogruchotać, a nam niewiele zaszkodzi. Aha, jeszcze powiem wszystkim, co mamy teraz zamiar zrobić. Lepiej, żeby połowa kadetów nie padła na serce, gdy staranujemy Galbadię, no nie?

Quistis szła razem z Irvine'm, Zellem i Selphie w stronę dziedzińca i myślała ponuro o swoim pechu. Żeby w tak krótkim czasie doświadczyć tylu frustracji! A jeszcze niedawno ten gnojek Leonhart stał przed nią ze swoim żałosnym wyrazem twarzy i powtarzał pokornie: "Tak jest, pani instruktor", "Nie, pani instruktor". Niestety te cudowne wspomnienia zniknęły w jednej chwili, jak zdmuchnięte, gdy usłyszała raźny głos Leonharta, dobiegający z Ogrodowego radiowęzła.
- Mówi dowódca. Przypuszczam, iż zauważyliście, że nasz Ogród jest mobilny. W sumie trudno nie zauważyć... ehm... Jak mówiłem, zamierzamy zaatakować Galbadię. Nie będziemy czekać, aż te matoły - Irvine skrzywił się paskudnie - wjadą nam tu pierwsi. Za chwilę staranujemy ich Ogród, tak więc trzymajcie się mocno!
Trepe rozejrzała się po korytarzu. Zgromadzeni tu studenci uważnie słuchali przemowy Leonharta. Gdy oznajmił o swoich planach, przez cały tłum przeszedł szmer podniecenia.
- Bądźcie gotowi na walkę. Na pewno wpadnie tu mnóstwo galbadyjskich oddziałów, to nieuniknione - ciągnął Leonhart. - Ale zwyciężymy. Pamiętajcie, jesteśmy najlepsi! A teraz czas skopać galbadyjskie tyłki i czarownicę! - zakończył Squall.
Cały korytarz zadrżał od gromkich ryków entuzjazmu, z jakim zgromadzeni przywitali mowę swojego dowódcy.
- Cid był beznadziejny - Trepe usłyszała komentarz jakiegoś starszego kadeta. - Leonhart to jest gościu!
- No, ma facet jaja, nie to co dyro - przyznał mu rację kolega. - Władowanie się naszym Ogrodem w Galbadię! Ja bym czegoś takiego nie wymyślił nawet po pijaku - powiedział z podziwem.
Quistis zawarczała pod nosem. Ile jeszcze będzie musiała tego wysłuchiwać? Niestety, musieli tu czekać na tego kretyna. Przez głowę przemknęła jej nieśmiała myśl, że może jednak coś będzie z tego zapaleńca. Wyrabiał się. Przeraziły ją własne myśli, pospiesznie uspokoiła się więc przypomnieniem, jak beznadziejny był Leonhart na misji w Timber...

- No to przemowa motywacyjna odpracowana, a teraz do dzieła - uznał Squall. - Seif, dawaj na lewo! Przycelujemy im w ten wystający pomościk z żołnierzami. Dobrze by było, jakby odpadł.
- Tak jest, szefie! - zasalutował służbiście Seifer, chwytając dźwignię i ciągnąc ją niemal do oporu.
Skręcili pod ostrym kątem i przez całą budowlę przebiegły silne wibracje. Rozległ się potężny hałas rozrywanego metalu, gdy oba Ogrody zderzyły się ze sobą.
- Ha! Chyba popsuliśmy im szyki - uradował się Squall, patrząc, jak wstrząs zrzuca z pomostów Galbadii część oddziałów przygotowanych do ataku na Balamb. - Przywal im jeszcze raz, Seif, teraz centralnie!
Seifer ponownie pociągnął za drążek i po chwili drugi wstrząs zatrząsł całym Ogrodem. Gunblader czuł się taki ...potężny. Narastała w nim euforia. "Co się ze mną dzieje? - pomyślał niespokojnie. - Chyba za dużo przebywam z Leonhartem i przedawkowałem".
- Wiedziałem, że masz do tego talent - roześmiał się Squall, patrząc, jak Galbadii odleciał kawał lewego skrzydła. - Pięknie ich rąbnąłeś!
Seifer wiedział, że nie powinien czuć się dumny z takiej pochwały. Choć nie mógł nic na to poradzić, że właśnie tak się czuł. Dumny. A przecież to, co robił, było bardzo zuchwałe, nierozsądne i lekkomyślne i... do cholery, takie ekscytujące!
- Dzięki - powiedział skromnie. - Mogę im walnąć jeszcze raz.
- Spodobało ci się, co? - zarechotał Squall. - Dobra, spróbuj tak przyłożyć w tę zakichaną Galbadię, żeby się z nimi sczepić. Tym sposobem nie będą mogli nas staranować, a my wnikniemy do środka i zrobimy im zadymę!
Seifer zerknął na pozycję wroga i jednym płynnym ruchem skierował Ogród w stronę Galbadii, która zamierzała chyba odwzajemnić im się tym samym. Z przeraźliwym łomotem oba Ogrody uderzyły w siebie i zakleszczyły się, zatrzymując w miejscu.
- Dobrze, Seif! Chyba to gdzieś przy napędzie... - Squall wyjrzał przez okno na unieruchomiony Ogród. - Lećmy teraz na dół.

Zjechali windą i pobiegli w kierunku dziedzińca. Na miejscu Squalla powitały oklaski i wycie radości ze strony zgromadzonych tu kadetów i członków SeeD.
- Szefieee! Damy im popalić! Skopiemy im dupska!
- Gotowi do zrycia galbadyjskich głąbów?! - zawołał bojowo Squall.
- Gotowiiiii!!! - odpowiedziały mu groźne okrzyki.

Squall podszedł do swojej drużyny i zakomunikował:
- A teraz zasuwamy do Galbadii, trzeba poszukać Edei i ją zneutralizować. Kinneas, ty dobrze znasz teren, więc znajdziesz najlepsze wejście - zakomenderował.
- Tak jest - mruknął naburmuszony Irvine.
Miał Squallowi za złe teksty o "galbadyjskich głąbach". Aż go korciło, żeby opowiedzieć Leonhartowi coś o tutejszych kadetach. Tak jak Balambczycy uważali studentów z Galbadii za tępych buraków, tak w Galbadii kadeci z Balamb mieli opinię lalusiów i cwaniaków. Zarówno Galbadia, jak i Balamb niezwykle zgodnie uważały Trabię za wylęgarnię nudnych kujonów.
Zanim wdarli się do Ogrodu przeciwnika, trafili po drodze na kilka potyczek. Wróg był już w Balamb i wszędzie toczyły się zacięte walki.
- Dobra, teraz się rozdzielamy - zarządził Squall. - Szybciej przeszukamy to piętro. Trepe, Tilmitt i Kinneas - idziecie na prawo. Spotkamy się w tym samym miejscu. Do roboty!

Szli korytarzem, zaglądając po drodze do kolejnych pomieszczeń. Od czasu do czasu zdarzały się starcia z galbadyjskimi żołnierzami, czasem spotykali zabłąkanych i spłoszonych tutejszych studentów.
Wreszcie weszli do jakiejś dużej sali. Squalla coś tknęło i szturchnął Seifera łokciem, wskazując mu dziwnie znajomo wyglądające miejsce. Wymienili zaniepokojone spojrzenia, gdy nagle usłyszeli zimny głos dobiegający z wysokości:
- Znowu się spotykamy, SeeD.
Po chwili pojawiła się właścicielka głosu. Edea. Trójka kolegów stanęła więc ponownie do walki z czarownicą. Batalia nie była dużo trudniejsza niż w Deling, ale wszyscy trzej mieli świeżo w pamięci, jak skończył się tamten epizod. Żaden z nich nie chciał, żeby to się powtórzyło, walczyli więc z rozpaczliwą determinacją. Ich wysiłki zakończyły się sukcesem, gdy zobaczyli, jak przeciwniczka słania się na nogach, po czym opada na kolana. Nieufnie przyglądali się kobiecie i dziwnym efektom wizualnym towarzyszącym jej upadkowi. Wreszcie spektakularne zjawiska skończyły się, a do sali wpadli pozostali członkowie drużyny. Czekali w umówionym miejscu, a gdy Squall i koledzy nie pojawili się, poszli ich szukać.
- Co się stało? - zapytała Selphie.
- Gdy wy sobie zwiedzaliście Galbadię, my walczyliśmy ze śmiertelnie niebezpieczną czarownicą - oświadczył Zell z teatralną przesadą.
- O rany Dincht, ale z ciebie mięczak - burknął sfrustrowany Irvine. - Wy wszyscy tacy delikatni w tym Balamb.
- Cisza! - wkurzył się Squall, ciągle nieufnie obserwujący Edeę.
Kobieta wyglądała teraz trochę inaczej. Wstała z podłogi i skierowała się nieco chwiejnym krokiem w kierunku trójki SeeDów. Squallem targnął silny niepokój. "Gdzie tu lezie? Chyba jej się nagle nie przypomniało o opętaniu Seifa?"
Stanął błyskawicznie przed przyjacielem, zasłaniając go, i wymierzył gunblade'a w stronę zbliżającej się Edei.
- Stój - zażądał. - I nic nie kombinuj, bo w każdej chwili możemy ci dokopać jeszcze bardziej.
- Spokojnie, chłopcze. Nie widziałeś "transformacji"? - zapytała ironicznie kobieta. - Chciałam zauważyć, że walczyliście z Ultimecją, która była uprzejma użyć mojego ciała. Ale już się z niego wyniosła.
- To znaczy, że już nie jesteś... nie jest pani ...opętana? - zapytał nieufnie Squall, zabierając jednak ostrze sprzed jej twarzy.
- No pewnie. Rany, jak dobrze wreszcie pozbyć się tej cholery - westchnęła z ulgą Edea. - Była strasznie pretensjonalna i miała fatalny gust. Widziałeś, jak się ubierała? Te wszystkie pióra i jakieś ekscentryczne stroiki. Istna tandeta - skwitowała pogardliwie. - Ja wolę klasyczne stroje, proste i eleganckie. A te jej wymysły? Normalnie wieś tańczy i śpiewa!
Squall z Seiferem z osłupieniem słuchali tych modowych wynurzeń.
- Teraz mogę wrócić do swojej pracy, o ile mnie z niej jeszcze nie wylali - mruknęła kobieta. - Ale może szef kupi tekst o opętaniu.
- A gdzie pani pracuje? - zapytał oszołomiony Squall. - Czy to ma coś wspólnego z sierocińcem? - zaryzykował ponownie zgadywankę. A nuż się sprawdzi. I Edea chyba go nie kopnie za nietrafiony strzał, uznał z ponurym humorem.
- Hmm, w pewnym sensie - była przeciwniczka spojrzała na niego z zaciekawieniem. - Skąd o tym wiesz, chłopcze?
- Ej, trochę szacunku, paniusiu! - uznał wreszcie za stosowne wtrącić się do rozmowy urażony Seifer. - To jest dowódca Ogrodu Balamb i SeeD i nie jest żadnym twoim chłopcem!
- O, a ciebie to skądś kojarzę - przyjrzała się blondynowi uważnie Edea.
Squallowi bardzo nie spodobało się to spojrzenie. "A może tak tylko ściemnia, i nadal jest opętana?" Kopnął kolegę w kostkę i syknął niemal bezgłośnie:
- Seif, siedź cicho i nie rzucaj się w oczy. Na wszelki wypadek.
- Pamiętam! - uśmiechnęła się Edea. - Jak ta tandeciara siedziała we mnie, to słyszałam niektóre jej myśli. Gdzieś cię wcześniej zobaczyła i bardzo na ciebie leciała - zaśmiała się nieco złośliwie, patrząc na speszonego Seifera. - Miała ochotę cię...
- Wystarczy tego! - uciął Squall. - Może wróćmy do tematu. Mówiła pani, że gdzie pracuje? - było mu obojętne, o czym będą rozmawiać, byle nie o Ultimecji i o tym, co zamierzała zrobić Seiferowi. Nie mógł tego słuchać.
- Jestem architektem - oznajmiła Edea. - Ale trafiłeś z tymi sierocińcami. To moja specjalność - wyjaśniła. - Choć teraz przerzucam się na inne projekty.
- Zaraz... - uświadomił sobie nagle Squall. - Skoro już nie jest pani opętana... to gdzie podziała się Ultimecja?
- Pewnie szuka sobie odpowiedniej ofiary na kolejne wcielenie - wzruszyła ramionami Edea.
- Cooo?!
W tym momencie usłyszeli głuchy łomot i obejrzeli się w kierunku hałasu. Trepe upadła na podłogę bez przytomności.
- Ot i macie odpowiedź, gdzie jest teraz Ultimecja - oznajmiła beznamiętnie Edea, poprawiając sobie fałdy sukni.
Squall zamrugał niepewnie. "Ale się pokopało". Zbliżył się w kierunku leżącej Quistis i podejrzliwie łypnął okiem na Edeę.
- Jak to działa? - zapytał. - Długo trwa to wcielanie? I co potem się dzieje?
- To zależy od siły woli ofiary - oznajmiła Edea. - Ultimecja potrzebuje trochę czasu pomiędzy kolejnymi opętaniami. Kustomizuje sobie ofiarę, tak jakby. A potem ocknie się w nowym ciele i cała kołomyja od początku.
- A po czym poznamy, że Trepe jest skustomizowana? - zapytał bezradnie Squall, odczuwając dziwność całej rozmowy. "Kto wie, czy Ultimecja zdoła kiedykolwiek ją opętać", naszła go złośliwa myśl. "Nie zdziwiłbym się, gdyby wymiękła w starciu z Trepe".
- Pewnie dostanie jakichś piór - zadrwiła Edea. - Na mur beton tak będzie. Nie wierzę, że Ulce zmienią się upodobania estetyczne. A ty, chłopcze, uważaj - rzuciła w kierunku Seifera. - Ona nadal chce cię mieć.
- Tak się nie stanie! - zawołał porywczo Squall. - Nie pozwolę na to.
Edea spojrzała na niego ironicznie.
- Na siebie też uważaj. W rankingu Ulki niczym nie ustępujesz swojemu koledze. W Deling miała niezłą zagwozdkę, jak pojawiliście się obaj naraz!
Seifer ze Squallem poczuli się bardzo niewyraźnie. Perspektywa bycia obiektem pożądania jakiejś pokręconej psychopatki była mało zachęcająca.
- Ale teraz mamy chyba chwilę spokoju, nie? - z nadzieją spytał Squall. - Skoro ...Ulka dopiero kustomizuje sobie Trepe, to na razie nie będzie żadnej wrogiej działalności?
- Muszę cię zmartwić, chłopcze ...znaczy, chciałam powiedzieć, komendancie Leonhart - poprawiła się szybko Edea, słysząc złowieszczy pomruk Seifera - Ulka opętała sobie kogo innego, niejako w zastępstwie. Nie była bardzo zadowolona z takiego tymczasowego "rycerza", ale ktoś musiał dla niej odwalać czarną robotę. Ten koleś pewnie teraz realizuje jej plany.
- Dziwne, że jakoś go do tej pory nie spotkaliśmy - sceptycznie mruknął Squall.
- Bo Ulka uznała, że jest za mało reprezentacyjny, żeby się z nią pokazywać - poinformowała go Edea. - Jak opęta twojego groźnego przyjaciela - komendancie Leonhart - powiedziała złośliwie - to dopiero wtedy będzie się z nim afiszowała.
- Nie opęta go! - rozzłościł się ponownie Squall.
- Dobra, dobra, ja tylko ostrzegam - kobieta uniosła ręce w geście rezygnacji.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnia edycja: 2011/08/04 02:32 przez shizonek. Powód: link

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/31 20:55 #7232 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Dziękujemy za kolejną część. Jak zwykle fajnie, lekko i z humorem napisane :) Swoją drogą, Twój Seifer to naprawdę dobrze naszkicowana postać, chyba lepiej niż w oryginale, gdzie robił w zasadzie za nabzdyczonego przydupasa do bicia :P Jestem bardzo ciekawa, co się z tego wszystkiego urodzi na końcu. No bo chyba masz już w głowie cały climax, hę?

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/31 21:39 #7233 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Owszem, z grubsza mam już wykombinowane prawie wszystko (nawet zakończenie, które prawdę mówiąc mam gotowe od trzeciego "rozdziału", heh), tylko dwa mniej ważne wątki muszę jeszcze dopracować, aby należycie przewrotnie było;)

Emoonia napisał: gdzie robił w zasadzie za nabzdyczonego przydupasa do bicia :P

Taki już nieszczęsny los drugoplanowych postaci... Dlatego teraz mr Almasy dostał główną rolę, niech sobie pogwiazdorzy chociaż w marnym fanfiku, hah;P

Nie wiem, czemu w FF zawsze musi być JEDEN główny bohater. A tak fajnie grałoby się dwoma;P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/13 18:02 #7352 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Piąteczka. Czas trochę zryć oficjalną fabułę;o
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


- No i co teraz, Seif? - zakłopotał się Squall. - Trepe jest właśnie w trakcie 'kustomizacji', a ja nie wiem, co z nią zrobić.
Obaj stali w ambulatorium koło łóżka z nieprzytomną Quistis. Wrócili do Ogrodu, który, jak się okazało, nie uszkodził się zbytnio od zderzeń, a wojska galbadyjskie zostały odparte przez dzielnych studentów. Na szczęście napastników nie było zbyt wielu, a poza tym kadeci i SeeD walczyli z zapałem, który zaskoczył chyba nawet samych agresorów. Przemowa Squalla zagrzewała Balambczyków do boju i zawzięcie bili się za swojego dowódcę.
- Na barana i do Esthar z buta - zakpił Seifer.
- Jakiś ty dowcipny. Ale Esthar... może istnieje ten cały dr Odine - zastanawiał się Squall. - Kto wie, czy nie powinniśmy tam wyruszyć? Oczywiście nie z buta - zastrzegł się. - Nie zamierzam nosić Trepe, ani zresztą nikogo. Nie jestem frajerem - zarechotał. - Podjedziemy sobie Ogrodem, będzie szybciej.
- No ale co chcesz robić w Esthar? Nigdy nie byliśmy na tamtym kontynencie, nawet nie wiemy, czy miasto nadal istnieje - przypomniał mu Seifer. - Od dawna nie było o nim wieści.
- Spoko, no chyba nie zapadło się pod ziemię.
Do ambulatorium wszedł Zell, który właśnie wrócił z Balamb. Squall wysłał go z misją sprawdzenia, czy miasto nie ucierpiało od obecności galbadyjskich oddziałów.
- Wróciłem - oznajmił na wypadek, jakby nikt się tego nie domyślił.
- No to gadaj, czego się dowiedziałeś - ponaglił go dowódca.
- Balamb jest bezpieczne, Galbadyjczycy wynieśli się zaraz po tym, jak ich pokonaliśmy. Nic nie zniszczyli, tylko szukali kogoś - zameldował.
- Kogo? - Squall zmarszczył brwi, czując, jak przenika go niemiłe podejrzenie.
- Jakiejś Ellone - zakomunikował obojętnie Zell. - Nikt nie wie, co to za jedna, nikt jej nie widział, i nie wiadomo, czemu Galbadyjczycy jej szukają.
- OK, Zell... posiedź tu teraz trochę z Trepe, my z Seiferem idziemy coś sprawdzić - oświadczył Squall.
Obaj gunbladerzy wyszli z pomieszczenia, zostawiając Dinchta samego.
- Ellone... czyli jednak ona ma coś wspólnego z tym wszystkim - powiedział zamyślony Squall. - Czy my też powinniśmy jej szukać? Ciekawe, gdzie teraz się podziewa...

Zaraz przy wejściu Squalla znowu otoczyła gromadka "fanek". Seifer przeczekiwał ze znużeniem każdą kolejną rozmowę. Droga na zewnątrz wydłużyła im się trzykrotnie, bo oczywiście Leonhartowi nawet do głowy nie przyszło spławić którąkolwiek z dziewczyn. Wreszcie przeszli przez bramki wejściowe i wydostali się na zewnątrz. Usiedli na jakimś murku.
- Szliśmy tu całe dwadzieścia minut. Nie mógłbyś być trochę bardziej asertywny?
- A cóż to za wyszukane słownictwo, Seif? O co ci chodzi?
- O te wszystkie dziewczyny. Jak gdzieś idziesz, to zaraz przyklejają się do ciebie całe tłumy. A ty gadasz z każdą.
- Jestem teraz dowódcą. Muszę dbać o dobre stosunki z podwładnymi.
- Pewnie. Nikt tak troskliwie nie dba o podwładnych, jak ty. Szczególnie o damską część.

W pewnym oddaleniu od dwójki gunbladerów stała niewysoka dziewczyna i obserwowała ich uważnie od dłuższego czasu.
- Do licha, to chyba oni - mruknęła do siebie. - Niemożliwe, żebym się myliła.
Zamyśliła się na chwilę, a potem podjęła decyzję i ruszyła w kierunku chłopaków.

Seifer jęknął w duchu, kątem oka dostrzegając zbliżającą się do nich jakąś dziewczynę. "Znowu!"
- Leonhart, chyba idzie kolejna twoja wielbicielka - mruknął niezadowolony do kolegi, nie patrząc w kierunku nadchodzącej.
Zdziwił się kompletną ciszą i brakiem odpowiedzi. Zaskoczony podniósł wzrok i zobaczył, że Squall patrzy jak osłupiały na stojącą przed nim dziewczynę. "A jego co tak nagle zatkało?" zdziwił się Seifer. Przyjrzał się jej dokładniej. "Czy to...?!"
- Elle? - spytał niepewnie Squall.
Dziewczyna skinęła głową.
- Squall i Seifer - powiedziała. - Tak myślałam, że to wy.
- Co się z tobą działo? - zapytał zdumiony Seifer. - Przez tyle lat nic o tobie nie wiedzieliśmy. Pewnego dnia po prostu zniknęłaś.
- Długo by opowiadać...
Squall zamilkł, więc Seifer przejął inicjatywę.
- Jak nas znalazłaś?
Zanim jednak Ellone odpowiedziała, Squall nie wytrzymał i wypalił:
- Myślałem, że mnie zostawiłaś! - powiedział, nie potrafiąc ukryć żalu i pretensji w głosie.
- Squall, nie bądź melodramatyczny - odparła dziewczyna. - To nie była moja decyzja. Nie miałam żadnego wyboru. Wydaje ci się, że było mi łatwo? Przez ten cały czas byłam ciągle sama. Ty miałeś Seifera, a zresztą przecież i tak zawsze wolałeś jego towarzystwo.
- Eee... ja... co? - zapytał niezbyt inteligentnie Squall.
- Dobrze pamiętam, jak często przychodziłeś do mnie i opowiadałeś z przejęciem "Seif powiedział..." albo "Seif uważa, że..." Był dla ciebie autorytetem, jak starszy brat - przypomniała z krzywym uśmieszkiem. - A czy nie powiedziałeś mi raz, że go ko-
- Wystarczy! - przerwał jej w pół słowa, czerwieniąc się. - Jak się jest dzieckiem, to się wygaduje różne rzeczy.
- Pamiętam też, że Seifer ciągle musiał cię wyciągać z jakichś kłopotów. Wiecznie się w coś ładowałeś, Squall - zaśmiała się.
- Nadal to robi - oznajmił z uśmiechem starszy chłopak.
- Wcale nie. Seif po prostu kocha nad życie regulaminy - bronił się Squall.
- Och, ciągle mówisz do niego Seif? To urocze - roześmiała się Ellone. - A poza tym obserwowałam was przez chwilę, zanim tu przyszliście. Nie wyglądałeś na samotnego, Squall - powiedziała nieco złośliwie. - Chyba że przywidziały mi się te tłumy dziewczyn kłębiące się koło ciebie.
Gunblader nadąsał się i przez chwilę przysłuchiwał się rozmowie Ellone z Seiferem, ale gdy kolejny raz zaczęli wesołe wspominki z serii "a pamiętasz, jak Squall...", nie wytrzymał.
- Ja tu cały czas jestem - oznajmił. - A wy opowiadacie sobie o mnie jakieś żenujące historyjki z dzieciństwa. Może lepiej pogadamy o czym innym? Jak na przykład, skąd się tu nagle wzięłaś, Elle? I czy wiesz, że szuka cię galbadyjskie wojsko?
Ellone spoważniała.
- Nie tylko galbadyjskie - westchnęła. - Esthar też mnie szuka.
- Co takiego? Ellone, w co się wplątałaś? - zapytał zaskoczony Seifer.
- Słyszeliście o niejakiej Ultimecji? - zapytała.
Squall prychnął z niechęcią.
- Czy słyszeliśmy? Mieliśmy nieprzyjemność tłuc się z nią dwa razy.
- O cholera - mruknęła zafrasowana Ellone. - No to opowiadanie będzie krótsze. Żeby nie przewlekać - to ja ją tu zaciągnęłam.
- Że co?!
- Nieumyślnie, rzecz jasna - wyjaśniła szybko dziewczyna. - Ale, jakby nie było, to między innymi przeze mnie Ulka jest tutaj.
Spojrzała na osłupiałych chłopaków i westchnąwszy ciężko, zaczęła opowiadanie.
- Mam pewne specyficzne umiejętności - powiedziała. Zanim jednak zdążyła wyjaśnić, jakie, Squall jej przerwał.
- No nie gadaj! - wykrzyknął podekscytowany. - Umiesz przenosić czyjąś świadomość w czasie?
- Nie... - powiedziała powoli, spoglądając uważnie na chłopaka. - Skąd ci przyszedł do głowy taki dziwny pomysł?
- Yyy... nieważne. Mów dalej. Co to za umiejętności?
- Teleportacja - powiedziała krótko.
- O kurde! Ale suuuper! - Squall znowu nie wytrzymał. - To nawet jeszcze lepsze. Serio potrafisz się teleportować?
- Serio - powiedziała cierpko. - Widzę, że przyjąłeś to z wielkim entuzjazmem.
- A umiesz przenosić tylko siebie, czy drugą osobę też? - zapytał podchwytliwie Squall.
- Czyżbyś chciał się znaleźć w jakimś konkretnym miejscu?
- Owszem, w -
- Ellone, nie daj się podpuszczać. Chyba wiem, co to za miejsce - oświadczył złośliwie Seifer. - Jak znam Squalla, to ma na myśli damską część dormitorium w Ogrodzie albo coś w tym rodzaju.
- Proszę proszę, co wyrosło z mojego młodszego brata! - parsknęła serdecznym śmiechem Ellone, a Seifer jej zawtórował.
- Ale wy jesteście. Robicie sobie ze mnie śmichy-chichy, a mieliśmy gadać o Ultimecji - naburmuszył się Squall.
- Dobra, no więc w skrócie to było tak. Pewnego dnia Estharczycy zgarnęli mnie z sierocińca - rzecz jasna nie z powodu moich pięknych oczu - skomentowała ironicznie - tylko zdolności. Spędziłam kawał życia jako królik doświadczalny u dr Odine'a. Gość miał obsesję na punkcie skonstruowania urządzenia, które działałoby tak, jak moje umiejętności. Włóczył mnie po różnych lokacjach i robił badania. Wreszcie skonstruował ten swój gadżecik w kilku egzemplarzach i wyobraźcie sobie, że posiał jeden z nich na którejś z naszych wypraw. Chyba byliśmy wtedy w jakimś zamku czy coś. Zachciało nam się zwiedzać zabytki, kurde. Zwiedzanie ruin jest bardzo szkodliwe - pouczyła ich. - No i gadżecik wpadł w łapki Ulki. Przyteleportowała się tutaj z tego swojego zamku. To urządzonko to był prototyp, więc nie działał jak należy. I przeniosło tu tylko jej "świadomość" - jak byłeś łaskaw zauważyć - powiedziała do Squalla. - Dlatego musi opętywać inne osoby. Aha, zapomniałam dodać, że moje teleportacje działają w obrębie iluś tam światów. Bo jest ich trochę, jakbyście nie wiedzieli.
- Wiemy - przyznał Seifer, ale zamilkł, boleśnie szturchnięty przez Squalla w żebra.
Ellone zerknęła podejrzliwie na chłopaków, ale wróciła do opowiadania.
- Miałam dość eksperymentów i siedzenia w laboratorium, no i pewnego dnia zwiałam doktorkowi. W końcu trzeba kiedyś pożyć i trochę zaszaleć, no nie? Zwiedzałam sobie różne światy, ale w końcu wróciłam tu i niestety pokapowałam się, że Ulka też tu jest. No i kłopot w tym, że ona mnie ściga - wyznała. - Napaliła się na ten wynalazek i chce, żeby został skończony. Umie jakoś wyczuć moją obecność, więc nie mogę za długo siedzieć w jednym miejscu. Drugi kłopot jest taki, że osobę, która choć raz się ze mną teleportowała, Ulka też jest w stanie namierzyć. Tak więc, Squall - wybacz, ale nie przeniosę cię do damskiego dormitorium - powiedziała sarkastycznie.
Squall mruknął coś pod nosem.
- Doktorek ma właśnie w ten sposób przechlapane - oznajmiła nieco mściwie Ellone. - Musi się teraz ukrywać przed Ulką w Bazie Księżycowej. Tam jeszcze nie udało jej się dostać. Ale ja chyba muszę tam wrócić i z nim pogadać. Narobiliśmy trochę bałaganu, przydałoby się to jakoś odkręcić.
Squall pomyślał, że chyba nie ma już co ściemniać.
- A nie zgubiliście aby więcej tych waszych gadżetów? - zapytał od niechcenia. - Skąd wiesz, że ktoś nie znalazł drugiego takiego i nie użył go?
Ellone spojrzała na niego sceptycznie.
- Tobie się wydaje, że każdy tak od razu znajdzie jakieś nieznane urządzenie i bez zastanowienia go użyje? Co za kretyn by tak zrobił?
Seifer chrząknął z rozbawieniem.
- No bo wiesz... wydaje mi się, że jednak zgubiliście jeszcze jedno - powiedział stropiony Squall.
- Do licha! Nie mów, że znalazłeś coś takiego! - wykrzyknęła zaskoczona Ellone.
- Owszem, znalazłem. I użyłem - przyznał się. - Bardzo mnie to zainteresowało.
- Mogłam się tego spodziewać - jęknęła, patrząc na chłopaka.
- Mówiłem - roześmiał się Seifer - nadal to robi.
- Byliśmy z Seiferem w paru tych światach - oznajmił beztrosko młodszy gunblader. - W jednym trafiliśmy na takiego zabawnego gościa z jasnymi włosami. Mówię ci, jaki on miał miecz! Chyba trzy razy większy niż on sam. Seifer ukuł teorię o kompensacji pewnych... ejże, znasz może tego faceta? - zainteresował się Squall, zerkając na speszoną Ellone.
- Czy znam...? No, to chyba można tak powiedzieć - przyznała. - Wy i wasze teorie! - rozzłościła się nagle.
Seifer i Squall spojrzeli na siebie, po czym ryknęli gromkim śmiechem.
- Zamknijcie się natychmiast - rozkazała im. - Nie ma w tym nic śmiesznego.
- Elle... chyba już wiem, co robiłaś na tych swoich wycieczkach po różnych światach - śmiał się Squall. - Ale wiesz co? Przybijmy sobie piątkę! Przynajmniej wiesz, jak się dobrze bawić.
Ellone oznajmiła wyniośle:
- To nie jest tak, jak myślisz.
- Jaaasne - nie dowierzał Squall. - Ale wiesz, odkryliśmy coś ciekawego. Wyobraź sobie, że w którymś z tych światów zrobili o nas grę! - oznajmił dziewczynie z dumą. - Zagraliśmy sobie nawet w nią z Seiferem.
- Tak? To znaczy, że miałeś rację. Doktorek musiał zgubić kolejny gadżet - spochmurniała Ellone. - Cholera, jak sobie pomyślę, kto i gdzie mógł jeszcze trafić na ten jego wynalazek...
- Może zgubił tylko te trzy - próbował ją pocieszyć Squall, ale wiedział, że to zabrzmiało raczej głupio. "Tylko trzy... no rzeczywiście, nie ma się czym przejmować. Zważywszy, że na jeden trafiła psychopatka, na drugi my z Seiferem, a na trzeci jacyś gościowie od gier."
- No dobra, to jest problem na później - machnęła ręką Ellone. - Ulka jest na razie ważniejsza. A ta wasza gra - zainteresowała się - to bardzo przypomina was i wszystko, co robicie? Bo może to był tylko fuks, a nie, że ktoś znalazł Odine'owy wynalazek - łudziła się.
- Muszę cię zmartwić - oznajmił Seifer. - Bardzo dużo się zgadza. Nie wszystko co prawda, ale nie sądzę, by to mógł być przypadek.
- I co, fajnie się grało sobą samym? - zapytała Ellone z uśmieszkiem. - Ile dziewczyn poderwałeś w grze, Squall? To jakieś questy były?
- Iiii tam, questy - burknął niezadowolony Squall. - Wiesz, Elle, tych naszych bohaterów to całkiem zepsuli. Mój jest bardzo ponury i z nikim nie lubi gadać. Wcale nie jest taki miły i sympatyczny jak ja - oznajmił z rozbrajającym brakiem skromności.
- Nie narzekaj - zbeształ go Seifer. - Twój ponurak przynajmniej robił za wielkiego bohatera. A ze mną co zrobili? Musiałem być pomagierem głównego bossa i ciągle tłuc się z Leonhartem - pożalił się dziewczynie.
- Rzeczywiście dziwny pomysł - szczerze zdziwiła się Ellone. - Przecież wiem, że kto jak kto, ale ty, Seifer za nic w świecie nie skrzywdziłbyś Squalla.
Seifer zaczerwienił się i wymamrotał cicho "Przecież nie będę się bił z chudym smarkaczem", ale nikt tego nie usłyszał.
Squall przypomniał sobie o swoim wcześniejszym pytaniu i podjął rozmowę.
- Elle, powiedz mi coś. Byliśmy w świecie z innej gry, ale tylko chwilę. I tam widziałem jedną taką dziewczynę...
- No nie, Squall - jęknął Seifer. - A ty znowu swoje!
- Widzisz, jaki sztywniak? - marudził Squall. - Ciągle się mnie czepia.
- Zobaczył gdzieś dziewczynę z różowymi włosami i dziwnym mieczem i napalił się jak głupi, żeby ją poznać - wyjaśnił pobłażliwie Seifer. - Wiercił mi dziurę w brzuchu, żebyśmy się tam wybrali ponownie.
- Bo zaraz jak wróciliśmy do Ogrodu, to Seifer zabrał mi to wasze urządzenie i gdzieś schował - nadąsał się Squall. - I nie chce mi go oddać.
- Czyli to tam chciałeś się znaleźć? Nie w damskim dormitorium? - zaśmiała się Ellone.
- No... tak.
- Byłam tam, owszem. I chyba wiem, o kogo ci chodzi, Squall - uśmiechnęła się.
- Ooo, to fajnie! Przeteleportujesz mnie tam, Elle?
- Zostawmy twoje romanse na później, Squall. Teraz mamy chyba ważniejsze sprawy do zrobienia - przypomniał przyjacielowi Seifer.
- Fakt - przyznał mu niechętnie rację Squall. - Wiesz, Elle, jak tłukliśmy ostatnim razem Ulkę, to udało nam się ją pokonać, ale po walce ona wlazła w jedną naszą koleżankę i ją opętała.
- Co? - przeraziła się Ellone. - I tak sobie o tym mówisz, jakby nigdy nic?
- No a co mam zrobić? - zakłopotał się Squall. - Ona na razie leży i jest nieprzytomna. Nie wiemy, co z nią począć.
Dziewczyna zamyśliła się.
- Wracam do Odine'a - zdecydowała. - Muszę się z nim rozmówić. Może on coś wymyśli. A wy moglibyście się pofatygować do Esthar? Ja was nie przeniosę, lepiej nie ryzykować.
- Spoko. Wiesz, Elle, nie wiem, czy ci mówiłem, ale zostałem dowódcą Ogrodu! - oznajmił dumnie.
- Niesamowite. Widzę, że pniesz się błyskawicznie po szczebelkach kariery, co Squall? - uśmiechnęła się Ellone.
- Tak jakoś wyszło - oświadczył skromnie gunblader. - A co do Esthar... hej, ty przecież znasz to miasto! - ucieszył się. - Fajnie tam jest?
- To zależy, co rozumiesz przez "fajnie", Squall.
- Tłumaczę ze Squallowego na nasze - wtrącił się złośliwie Seifer - on pyta, czy jest tam dużo dziewczyn, które mógłby poderwać.
- Nieprawda! - zaperzył się młodszy gunblader. - Tobie się wydaje, że ja cały czas myślę tylko o jednym.
- A nie jest tak? - droczył się z nim kumpel. - No może nie cały czas. Przypuszczam, że zapominasz o tym, gdy z ogniem w oczach rzucasz się na potwory.
- Przynajmniej nie demoluję prowincjonalnych miasteczek Ogrodem - odwzajemnił mu się Squall.
- Jak tak was słucham, to zastanawiam się, czemu nie wykorzystali tego w waszej grze - roześmiała się Ellone. - Schematy kumpelskie też są przecież bardzo popularne - uznała ze znawstwem. - No w każdym razie, ja się chyba będę zbierała. Uważajcie na siebie i czekam na was u doktorka w bazie. Musimy coś wymyślić i skończyć z Ulką raz a dobrze.
- To do zobaczenia, Elle.
Dziewczyna zniknęła tak szybko, że niemal nie zarejestrowali tego wzrokiem. Patrzyli jeszcze chwilę w miejsce, gdzie ostatnio ją widzieli, po czym zgodnie ruszyli z powrotem do Ogrodu.

Rinoa stała oparta o balustradę i patrzyła na obszerny plac, po którym kręciły się masy studentów i członków SeeD. Myślała właśnie o tym, co powiedział jej Leonhart. A raczej o ich planach odnośnie Ultimecji. Dosyć ją to zaciekawiło, bo wynudziła się już porządnie. Podczas bitwy Ogrodów nie dali jej nawet raz wystrzelić, musiała siedzieć w jakimś cholernym "bezpiecznym miejscu". To było frustrujące. "Żadnej akcji, a do Timber pewnie nieprędko wrócę", mruknęła do siebie. Nie lubiła siedzieć na tyłku i nic nie robić, więc gdy Leonhart oznajmił jej, że wybiera się z kolegami do Esthar, poinformowała go, że może się do nich przyłączyć. Nie to, żeby jej jakoś specjalnie zależało, ale trochę szkoda jej było Quistis, którą zdążyła dosyć polubić. Zresztą chyba z wzajemnością.
Tak czy inaczej, gdy powiedziała Leonhartowi o chęci udziału w "misji", uradował się, jakby wygrał milion gil. Wzruszyła ramionami, nie pojmując, z czego się tak cieszy. Obserwowała teraz tego postrzeleńca, jak bawi się z Diablem na trawniku. Nie wiedziała już, co o nim myśleć. Beztroska Leonharta była dla niej czymś nowym. Nie była przyzwyczajona do takiego zachowania. Wychowała się wśród wojskowych, nieustannie przewijających się przez jej dom rodzinny. Jej ojciec był szychą w armii, więc od dziecka była oswojona z poważnym traktowaniem obowiązków i dyscypliną. Nawet jej koledzy z ruchu oporu - Zone i Watts byli małomównymi twardzielami, którzy odsłużyli kilka lat w oddziałach specjalnych. Całe jej życie upływało więc pod znakiem militariów.
A teraz trafiła na takiego gadatlliwego narwańca, który w dodatku przez cały czas łaził uśmiechnięty, i to było... dziwnie fascynujące. Zaskoczyło ją to, że dyrektor Cid mianował Leonharta dowódcą. "Chyba nie za dobrze już z jego zdrowymi zmysłami", pomyślała sarkastycznie. Musiała jednak przyznać, że ten pajac poradził sobie zaskakująco dobrze z atakiem na Galbadię.
- Twój pies mnie wykończy - wysapał Squall, podchodząc do Rinoi z ziającym Diablem.
Rottweiler był przeszczęśliwy. O wiele bardziej podobało mu się aportowanie żółtej piłeczki niż atakowanie smoków.
- Mam tylko nadzieję, że przy najbliższej walce rzuci się na potwora, a nie zacznie łasić się do niego - powiedziała cierpko. - Ty i te twoje zabawy, Leonhart.
Squall uśmiechnął się przepraszająco, ale powiedział:
- Nie można cały czas myśleć o obowiązkach. Czasem trzeba się trochę wyluzować. Też powinnaś, jesteś zbyt poważna. I sztywna - dorzucił zuchwale.
- Nie jestem sztywna - oburzyła się dziewczyna, spozierając na niego ze złością.
- Owszem, jesteś - odważył się powtórzyć, zastanawiając się, w którym momencie dostanie mu się za bezczelność.
- Nie jestem - zdenerwowała się Rinoa. - To, że nie szczerzę się bez przerwy tak jak ty, nie znaczy, że jestem sztywna.
- Bez przerwy? Czyżbyś mnie tak wnikliwie obserwowała? - zażartował Squall.
- Pewnie, bo już nie mam lepszego zajęcia - odburknęła, zakłopotana. "Cholera, czy ja się naprawdę tak często na niego gapię?"
- To był żart - roześmiał się chłopak. - Wiesz w ogóle, co to takiego?
- Odwal się - zdenerwowała się. "O co mu chodzi, do diabła? Co się tak przyczepił?"
- Pewnie nawet nie potrafisz się uśmiechnąć - drażnił się z nią dalej Squall. - Ciągle chodzisz taka ponura, o! - udał, że ją naśladuje. Zmarszczył brwi i spojrzał posępnie, ale zaraz odskoczył ze śmiechem, żeby nie oberwać od wściekłej Rinoi.
- Potrafię - powiedziała wreszcie po chwili milczenia. - Ale nie zamierzam się uśmiechać na rozkaz, bo ty tak chcesz.
- Chciałbym doczekać tej wielkopomnej chwili. Tylko uprzedź mnie wcześniej, żebym nie doznał jakiegoś ataku serca z zaskoczenia - roześmiał się Squall.
- Leonhart, mam wrażenie, że chcesz porządnie dostać - rozzłościła się.
- Przecież to tylko normalna rozmowa - bronił się Squall. - Czy to może kolejna rzecz, o której pierwszy raz słyszysz? - zakpił.
Niestety, tym razem refleks nie uchronił go przed atakiem zirytowanej dziewczyny. Zgrabnie popchnięty, Squall runął do Ogrodowej fontanny, rozbryzgując dookoła wodę.
- No cóż, Diablo - powiedział ze stoickim spokojem, siadając w wodzie i spoglądając na obserwującego go psa - chyba jest jakiś postęp. W końcu mnie nie kopnęła - zaśmiał się.
Pies zaskomlał przepraszająco, po czym odbiegł za oddalającą się Rinoą.

- Squall, zbliżamy się do kontynentu estharskiego - poinformował Seifer, obserwujący przez okno horyzont.
- Mhm, widzę - odparł z roztargnieniem Squall, wpatrując się w ekran, na którym widniała mapa z zarysami lądu.
- Ciągle gapisz się w ten monitor - zniecierpliwił się blondyn. - Przyrośniesz w końcu do niego. Lepiej zobacz, jak to naprawdę wygląda.
- Zrzęda - oświadczył Squall, wstał jednak posłusznie znad pulpitu sterowniczego i podszedł do przyjaciela.
Brzegi kontynentu były bardzo strome i skaliste.
- Nie wjedziemy tam Ogrodem. Będziemy musieli dalej iść na piechotę.
- O rany - powiedział zrozpaczony Seifer. - Znowu?!
- Coś ci się nie podoba? Przyda nam się spacerek dla zdrowia - zażartował Squall.
- Spacerek? Nazywasz to spacerkiem? Przecież to jakaś niesamowita ilość kilometrów!
- Nie łam się, Seif. Damy radę, co to dla nas - oznajmił dziarsko Squall. - Zresztą inaczej i tak się tam nie dostaniemy.
- Dobra, ale jak umrę w połowie drogi - oskarżycielskim gestem Seifer wyciągnął w kierunku przyjaciela palec - to będzie TWOJA wina.
- Spoko, nie umrzesz. Pamiętam, jak ożywczo działa na ciebie wzmianka o eksploracji jaskiń - przypomniał złośliwie Squall. - Od razu wstępują w ciebie niespożyte siły. Jak już będziesz umierający, to nie omieszkam z tego skorzystać.
- Co robimy teraz, Squall? - zapytał Zell, wchodzący właśnie do sterowni na czele małej grupki. - Schodzimy na ląd?
- Tak. Spróbujemy dostać się do Księżycowych Wrót. Do samego Esthar nie mamy się po co pchać. Trepe zostawimy tutaj, a ty, Kinneas, i ty Tilmitt, będziecie mieć na nią oko. W razie, jakby została "skustomizowana" - zdecydował Squall.
Irvine i Selphie skinęli głowami i wyszli z pomieszczenia. Snajper był zadowolony, że nie musi wlec się z tym kretynem Leonhartem na jakieś zadupie, a Selphie było w zasadzie wszystko jedno.
- Poza tym idzie z nami Rinoa. Aha, będziemy musieli pójść na piechotę. Inaczej nie da rady - dodał dowódca.
- Fajnie, przynajmniej sobie pozwiedzamy nowy teren - ucieszył się Zell, podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz z zachwytem.
Seifer rzucił na niego ciężkie spojrzenie. "Kolejny odkrywca się znalazł, niech go licho."
- Otóż to. Seif, powinieneś brać przykład z kolegi - zachichotał Squall. - Przydałoby ci się więcej entuzjazmu.
- Może poczekam, aż wleziesz na jakąś Chimerę, a ja będę stał i patrzył, jak ENTUZJASTYCZNIE dostajesz K.O., co ty na to? - zadrwił blondyn. - Dla ciebie walki z potworami to fajna rozrywka, a dla mnie ciężka harówa. Więc nie dziw się, że nie emanuję radością.
- OK, postaram się zająć trochę defensywą, Seif - obiecał z westchnieniem Squall.
- Wiesz, jakoś ci nie wierzę - oznajmił bezdusznie blondyn. - Zawsze tak obiecujesz, a potem wszystko zostaje po staremu i muszę bawić się w pilnowanie twojego chudego tyłka.
- Nie wiedziałem, że zwracasz uwagę na mój tyłek - zaciekawił się Squall. - Naprawdę jest za chudy? - próbował się obejrzeć przez ramię. - Dziewczyny jakoś nigdy nie narzekały.
- Nie łap mnie za słówka - rozzłościł się Seifer. - Już lepiej chodźmy do tego całego Esthar, skoro musimy.

- Chyba powinienem kogoś wyznaczyć na zastępstwo, jak mnie nie będzie - rozważał Squall, gdy szli przez hol. - Jak myślisz, Seif, kogo by tu...?
- A o, tego tutaj szczyla możesz w to wkręcić - Seifer wskazał na jakiegoś chłopaczka, stojącego koło tablicy ogłoszeń. Wyglądał na jakieś siedem lat. - Nikt nie zauważy różnicy.
Oburzony Squall szturchnął kumpla łokciem w bok, a Seifer zrewanżował mu się wepchnięciem go na przerośniętego fikusa. Najbliższe kilkanaście metrów korytarza przemierzyli, popychając się wzajemnie i śmiejąc jak idioci.

bazgroł nr 1 (naprawdę bazgroł;o) ---> "Nikt nie zauważy różnicy"

Droga przez estharskie pustkowia była średnio ciekawa. Wylądowali na wschodnim wybrzeżu kontynentu i po sforsowaniu klifów udali się w kierunku, w którym według słów Ellone, powinny znajdować się Księżycowe Wrota. Po drodze nie było żadnego maskowania, co rozczarowało Squalla. A w grze tak fajnie to wyglądało... Pocieszył się myślą, że może takie efekty są tylko wokół miasta Esthar i postanowił, że sprawdzi to przy najbliższej okazji.
- Squall, spójrz tam - Seifer wskazał koledze ogon wystający zza wielkiej skały.
- Ruby Dragon! - Squall zapłonął momentalnie żądzą walki, chwytając gunblade'a.
- Szanowni widzowie, zbliża się pora na dzisiejszego Berserka. W roli głównej, jak zawsze, Squall Leonhart - zaanonsował kpiąco starszy gunblader, ruszając za przyjacielem w kierunku potwora, który właśnie wylazł z ukrycia i zauważył ich.
- Nie będzie żadnego Berserka, sam zobaczysz - oznajmił dumnie Squall. - Myślisz, że nie umiem machnąć jakąś głupią Curagą czy Protectem?
Blondyn skrzywił się sceptycznie. Zapowiedzi zapowiedziami, a wszystko skończy się jak zawsze. Gdy więc Squall nie rzucił się swoim zwyczajem na smoka, Seifera aż zatkało z wrażenia. Od samego początku walki jego przyjaciel zachowywał się bardzo rozważnie, żeby nie powiedzieć - defensywnie. W końcu starszy szermierz, nadal z trudem wierząc w tę odmianę, zdecydował się na frontalny atak. Był gotowy na natychmiastowe wycofanie, nie licząc na wsparcie ze strony Squalla. Jakież więc było jego zdumienie, gdy przyjaciel nie podążył za nim w stronę bestii, tylko z odległości wspomagał go magią. Po kolejnej serii ciosów smok padł od ostrza Hyperiona, a Seifer podszedł do swojego kolegi. Squall miał na twarzy uśmieszek zadowolenia.
- Cóż to miało być, Squall? - zapytał nieufnie Seifer. - Czy choć raz ciachnąłeś Ruby'ego?
- Nie, a co?
- Bo to kompletnie nie w twoim stylu. Coś ci się stało w głowę? Może gorzej się czujesz, albo jesteś chory? Nie dostałeś po drodze jakiegoś statusa? - zatroskał się.
- Nic mi nie jest. Mówiłem ci, że też umiem bawić się w twoje ukochane defensywy - oznajmił nonszalancko Squall.
- Nieźle wam poszło - stwierdziła Rinoa, podchodząc do obydwu pogromców Ruby'ego. - Almasy, miałeś szczęście, że Leonhart cię osłaniał, bo oberwałbyś porządnie od tego smoka - powiedziała, krytycznie spoglądając na oniemiałego z oburzenia gunbladera. - Strasznie się gorączkujesz podczas walki. Cztery limity pod rząd...
- Taa, bo wiesz, Seif jak widzi smoka, to włącza mu się opcja rycerska - powiedział bezczelnie Squall. - Pamiętasz, jak ci o tym wspominałem w Deling? No i jemu bycie rycerzem kojarzy się z siekaniem smoków - zarechotał, ignorując wściekłe spojrzenie kolegi.
- Faktycznie, mówiłeś coś takiego - przyznała Rinoa. - Dobrze, że chociaż ty jesteś bardziej opanowany - uznała łaskawie.
- Ech, ciągle muszę go pilnować, żeby nie zrobił czegoś głupiego - westchnął młodszy szermierz z udawaną troską, zerkając spod oka na coraz bardziej złego Seifera i rozważając w myślach szybką ucieczkę. Przyjaciel kojarzył mu się teraz z Bombą w stadium tuż przed wybuchem. Lepiej nie stać wtedy zbyt blisko...
- Chodźmy naprzód, sprawdzimy teren - zaproponował dziewczynie pospiesznie.
Na szczęście nie protestowała, więc zgodnie ruszyli dalej, zostawiając z tyłu pozostałą dwójkę. Seifer wziął głęboki oddech i zaczął powoli liczyć w myślach do dziesięciu, żeby nie ruszyć sprintem za tym nieznośnym gówniarzem i nie spuścić mu lania. Nie miał pojęcia, co go przed tym powstrzymywało przez te wszystkie lata. Już dawno przydałoby się zrobić coś takiego.
Nie dane mu jednak było zaznać spokoju. Podszedł do niego Zell, a jego oblicze prezentowało obraz wielkiej i szczerej pretensji.
- A mówiłeś mi, że "Leonhart jest narwany, trzeba go pilnować, bla bla bla" - wytknął oskarżycielskim tonem Seiferowi. - To czemu przed chwilą tak lekkomyślnie rzuciłeś się na tego smoka? I zostawiłeś Squalla na pastwę potwora! - powiedział z przesadą.
- Na jaką pastwę, baranie?! - zdenerwował się gunblader. - A może ty chcesz się pobawić w pilnowanie Leonharta?
- Pewnie lepiej bym sobie radził niż ty. Twoje wspomaganie w walce to normalnie od siedmiu boleści!
- Już widzę, jak tobie by szło. A w ogóle to odchrzań się ode mnie i od Squalla! Przykleiłeś się do niego jak pijawka - nie wytrzymał Seifer.
- "Ode mnie i od Squalla" - przedrzeźniał go Zell. - Ty Almasy, to tak z kwiatka na kwiatek, co?
- Zamknij się! - warknął coraz bardziej rozdrażniony Seifer. - To nie to, o czym myślisz, debilu.
- Wciskaj komu innemu taki kit - obraził się Dincht. - Kanciarz!
Seifer stracił cierpliwość. No ileż można.

Squall był zadowolony, bo udało mu się zachęcić Rinoę do rozmowy, a przynajmniej do wygłoszenia kilku dłuższych zdań. I ani razu jeszcze jej dziś nie wkurzył. Pilnie wystrzegał się wszelkich tematów, które mogłyby ją zdenerwować. Było to dość trudne, bo Rinoa nieufnie traktowała niemal każde zdanie, podejrzewając w nim jakiś dowcip. Squall musiał się więc nieźle nagimnastykować, żeby niczego nie palnąć.
- Co zamierzasz robić, jak już Timber odzyska niepodległość?
- Uważasz, że to nigdy nie nastąpi? - nastroszyła się dziewczyna.
- Nie - zaprzeczył pospiesznie chłopak. - Po prostu ciekaw jestem, jakie masz plany...
- Po co chcesz to wiedzieć? - Rinoa nadal przeczuwała jakiś haczyk w tych pytaniach.
- Tak pytam... w końcu nadal mamy podpisany kontrakt - przypomniał.
- Chcesz się jakoś z niego wykręcić, Leonhart? - zapytała posępnie.
Squall poczuł lekką desperację. Nawet jemu zaczynało brakować już pomysłów. Ta taktyka uników chyba nie była najlepsza.
- Nie, wręcz przeciwnie. Zamierzam jak najdłużej to przeciągać - oświadczył więc bezczelnie. - Będziemy mogli dłużej się widywać.
- Ach tak? - syknęła dziewczyna. - Czemu niby miałabym chcieć się z tobą widywać?
- Nie mówiłem, że tylko ze mną - oznajmił niewinnie Squall. - Ale skoro tak bardzo ci zależy akurat na mojej osobie...
- Wcale tego nie powiedziałam! - oburzyła się Rinoa.
Rozzłoszczona, zamachnęła się na Squalla, ale chłopak spodziewał się takiego manewru i odsunął się w porę.
- Nie musisz mówić - zaśmiał się, obserwując ją spod oka. - To widać.
- Co ty bredzisz? - zirytowała się, próbując zaskoczyć go drugim ciosem.
- No a to co niby było? - drażnił się z nią Squall, ze śmiechem uskakując przed kolejnymi atakami. - Najwyraźniej tak uzewnętrzniasz szalone uczucie.
- Odwal się, Leonhart! - warknęła wściekła Rinoa, czując gorąco na policzkach. Po co w ogóle ładowała się na tę całą wyprawę? Nikt jej nie kazał. Mogła sobie siedzieć spokojnie w Ogrodzie i nudzić się do woli. A tak, musiała teraz znosić głupie żarty Squa... znaczy, tego kretyna Leonharta.
Spojrzała jeszcze spode łba na rozweselonego chłopaka i ruszyła szybko dalej, zostawiając go w tyle. Squall zaśmiał się cicho, spoglądając za oddalającą się Rinoą.
Po chwili do gunbladera dołączyli obaj jego podkomendni. Wlekli się z ponurymi minami i zwieszonymi głowami. Squall spojrzał na nich z zaciekawieniem.
- A wam co się przytrafiło? - zdziwił się. - Zderzyliście się głowami? - roześmiał się.
Seifer miał podbite lewe oko, a Zell prawe.
- Spotkaliśmy Blue Dragona - wyjaśnił smętnie Zell.
- Przewróciliśmy się - powiedział w tym samym momencie Seifer.
- To co w końcu? Smok czy gleba? - drążył kwestię zaintrygowany Squall.
Obaj zapytani wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia.
- Najpierw się przewróciliśmy - zaczął niepewnie jasnowłosy gunblader.
- ...a potem wyskoczył na nas smok - dokończył Dincht, usiłując przywołać na twarz niefrasobliwy uśmiech. Wyglądało to jednak żałośnie, jak desperacki grymas.
Squall spojrzał na nich z powątpiewaniem, nie wierząc ani trochę w te bajki.
- Ale zmyślacie! - parsknął. - Pewnie spotkaliście jakiegoś badziewnego potwora i was skopał. Nie chcecie się przyznać, jaki to zrobił, to nie - zaśmiał się. - Chodźmy dalej, bo Rinoa odeszła już niezły kawałek.
Gunblader przyspieszył kroku, chcąc dogonić dziewczynę.
Obaj poobijani SeeD odetchnęli z ulgą.
- Ale wymyślasz głupoty, Almasy! - rozzłościł się Zell. - "Przewróciliśmy się"! Takie teksty to nawet w przedszkolu by nie przeszły!
- A ty co, lepszy? - odciął się Seifer. - "Spotkaliśmy Blue Dragona!" Ty głąbie, przecież tu nie ma Blue Dragonów!
- Co z tego, ale Squall się nabrał - wzruszył ramionami Dincht.
- Wcale się nie nabrał. Uważasz, że jest idiotą? - warknął Seifer. - Chcesz znowu oberwać?
- To ty jesteś idiotą - zdenerwował się Zell. - I też możesz oberwać, więc uważaj, co gadasz.
Zamilkli na chwilę, obrzucając się wściekłymi spojrzeniami.
- Almasy, ty cholero - burknął w końcu Zell z podziwem. - Nie wiem, gdzie się tak wyuczyłeś tych łapań, ale dobry w tym jesteś. O mało mi ręki nie złamałeś.
- Bo inaczej bym sobie z tobą nie poradził. Jesteś szybki jak diabli - mruknął z niechętnym uznaniem gunblader.
- I nie poradziłeś sobie - oburzył się Dincht. - Kto zebrał dwa piękne kombosy w niecałą minutę?
- Nie bądź taki cwany. Jedna porządna dźwignia i cały twój wielki limit można było o kant tyłka potłuc - zadrwił Seifer.
- I kto to mówi! - wykrzyknął Zell. - Facet, który prawie wyrżnął na glebę, potknąwszy się o własne nogi!
- Zamknij się. Lepiej już chodźmy, Squalla ledwo widać.
- Słusznie, pospieszmy się - przyznał mu rację Zell.
Ruszyli w najlepszej zgodzie za ciemnowłosym szermierzem.

bazgrołek nr 2 --> "Smok czy gleba?"

Squall wlókł się nieco zniechęcony u boku Seifera. Rinoa się obraziła i nie chciała z nim gadać. Szła kilkanaście metrów przed nimi, a Zell zamykał mały pochód.
- Nie idziesz do tej twojej Rinoi? - zażartował Seifer.
- Mojej... - sarknął Squall. - Chyba nie w tym życiu.
- Rzeczywiście, coś słabo ci idzie ten podryw - zakpił z przyjaciela Almasy. - Męczysz się już tyle dni, Squall. Lepiej daj sobie spokój, szkoda czasu.
- Nie no - uniósł się ambicją ciemnowłosy chłopak. - W końcu mi się uda - rzucił z wielką pewnością siebie.
- Warto się tak wysilać? - zagadnął go zdziwiony Seifer. - Tyle wszędzie masz innych dziewczyn. Możesz sobie w nich przebierać do woli.
- Nie chcę innych. Chcę tą - uściślił Squall.
Przyjaciel spojrzał na niego zaskoczony. "Nie chcę innych"? Czy aby się nie przesłyszał?
- A cóż cię tak przypiliło? Chyba się w niej nie zabujałeś? - zaśmiał się, sam nie wierząc w to, co mówi.
- Hm, właściwie to...
- Squall, do licha! - zaśmiał się Almasy. - Setki dziewczyn ścielą ci się do stóp, a ty musiałeś zakochać się akurat w tej jednej, która cię olewa!
- Ciszej, gamoniu, bo usłyszy! - syknął przez zaciśnięte zęby Squall, łypiąc niespokojnie okiem na idącą przed nimi Rinoę. Była oddalona o spory kawałek, ale mogło coś do niej dolecieć. - I przestań rechotać, to wcale nie jest zabawne - nadąsał się. - Lepiej mi powiedz, co ja mam teraz z tym zrobić.
- Ty się mnie pytasz? - Seifer otworzył szeroko oczy. - Co, pierwszy raz się zakochałeś, czy jak?
- Prawdę mówiąc, to tak - przyznał speszony Squall. - I to wcale nie jest fajne - pożalił się kumplowi. - Zupełnie bez sensu, jakby mieć jakieś natręctwa myślowe i w ogóle. Chcę się tego pozbyć i mieć spokój, jak wcześniej!
Seifer stłumił śmiech.
- Nie przejmuj się, może się po prostu odkochasz - pocieszył go. - To czasem mija.
- Naprawdę? - zapytał z nadzieją Squall.
- Naprawdę - zapewnił przyjaciela Seifer, uśmiechając się pod nosem.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/16 17:29 #7366 przez lulu.selphie
Użytkownik lulu.selphie odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Piękna część nie ma co :) A ostatni rys. jest przecudowny, Seifer wygląda tak świetnie, że chce się go schrupać :D Oby tak dalej :)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/20 18:28 - 2011/08/20 18:56 #7382 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Część szósta. Przedostatnia, albo może będą jeszcze dwie, bo coś ostatnio mnie chwycił nastrój "pisarski" i może to rozwlekę końcówkę na dwa rozdziały. Zobaczymy.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


- Chyba jesteśmy na miejscu - oznajmił Squall, zerkając na majaczące na horyzoncie budynki. - To muszą być Wrota.
- Strasznie to duże - podsumował Zell, przyglądając się rozległemu, szklano-metalowemu kompleksowi, zwieńczonemu przezroczystymi rurami czy też korytarzami.
Przy wejściu stało dwóch strażników. Po krótkiej konwersacji z nimi mała drużyna została wpuszczona do środka. Widocznie Ellone uprzedziła o ich przybyciu. Ruszyli za jednym z cieciów, rozglądając się z zaciekawieniem po wnętrzu. Zostali zaprowadzeni do pomieszczenia, w którym jeden z techników uraczył ich długim wykładem na temat procesu hibernacji i przebiegu całej podróży do bazy. Właściwie to facet streścił się w paru lakonicznych zdaniach, ale oczywiście Squall nie dał zbyć się byle czym. Wdał się z technikiem w pogawędkę, a po chwili dołączył do niego równie podekscytowany Zell. Znudzony Seifer rychło przestał słuchać ich rozmowy, naszpikowanej technicznym żargonem. Rinoa również nie przejawiała większego zainteresowania, choć prawdę powiedziawszy, to był jej normalny stan. Seifer pomyślał, że Squall z Zellem muszą teraz być w swoim technologicznym niebie. "Gotowi męczyć tego biednego faceta przez kilka godzin", pomyślał, zerkając na obydwóch chłopaków, którzy dopadli ciekawego rozmówcy i nie wyglądało na to, by zamierzali szybko go puścić. Seiferowi niespecjalnie podobało się to miejsce. Owszem, było bardzo efektowne, sterylne, na swój sposób piękne i imponujące, ale gunblader czuł się tu niepewnie i obco. Wszędzie było pełno dziwnych urządzeń, wielkich ekranów i innych niepokojących go rzeczy. W Deling czy Timber było zdecydowanie bardziej swojsko, a już w Ogrodzie najbardziej, pomyślał melancholijnie. Na wszelki wypadek odsunął się ostrożnie od ściany, pełnej przełączników i innego badziewia. Wolał niczego tu nie dotykać.
Wreszcie Squall i Zell zaspokoili swoją ciekawość i pozwolili personelowi na kontynuowanie przygotowań.
- Seif, lecimy tylko my dwaj - poinformował kolegę Squall. - Te kosmiczne taksówki mają tylko dwuosobowe. A nie ma potrzeby, żebyśmy odwiedzali Odine'a we czwórkę.
Dincht był trochę rozczarowany koniecznością pozostania, ale szybko pocieszył się perspektywą przepytania wszystkich tutejszych specjalistów, a szczególnie tego sympatycznego technika. Miał taki ładny głos, pomyślał Zell. Właściwie nie tylko głos...
Rinoa wzruszyła ramionami i stwierdziła, że jest jej wszystko jedno. Tak więc obaj gunbladerzy załadowali się do windy, która wywiozła ich do pomieszczenia z "taksówkami".
- Nie wolałeś lecieć z Dinchtem? - zapytał onieśmielony Seifer, starając się nie dotykać ściany nawet w windzie. - On się zna na tych wszystkich technicznych rzeczach, a ja jestem ci potrzebny jak piąte koło u wozu.
- Nie gadaj takich głupot, Seif.
Squall uświadomił sobie, że on i Seifer praktycznie od dziecka byli ciągle razem, wszędzie chodzili we dwójkę, pakowali się w te same kłopoty (no dobrze, ON się pakował, a Seifer razem z nim, chcąc nie chcąc) i spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jakby to było, gdyby jego odpowiedzialnego przyjaciela nagle przy nim zabrakło...
- Nie potrzebuję gościa od kabelków, tylko kumpla. A poza tym, jak sam dobrze wiesz, jestem kretynem i ktoś rozsądny musi mnie pilnować. Tobie wychodzi to najlepiej - przyznał, wzdychając ciężko.
- Nie jesteś kretynem - powiedział zmieszany Seifer. - Po prostu jak ci czasem coś strzeli do głowy... zresztą nie wiem, co mógłbyś wykombinować, kiedy będziesz zahibernowany - zażartował.
- Hmm... może jednak mógłbym coś wymyślić - zastanowił się chytrze Squall. - Chcesz?
- Nie, lepiej nie - zaprotestował szybko blondyn. - Zostaw swoje szaleństwa na czas, kiedy już uda nam się wrócić z bazy na Ziemię.
- Ha, czyli jednak lubisz, jak urozmaicam ci czas?
- Ładnie to określiłeś, no naprawdę. A więc wpadanie na coraz to bardziej narwane pomysły i robienie głupot to "urozmaicanie mi czasu"? Jakiś ty uczynny! - odparł sarkastycznie Seifer.
- E tam, przyznaj, że beze mnie nudziłbyś się jak mops - naciskał z podstępnym uśmieszkiem Squall.
- A wiesz, że przy tobie rzeczywiście nie da się nudzić. To niemożliwe. Ja już nawet nie pamiętam, co to za uczucie, nuda - pożalił się starszy szermierz.
- To najmilsza rzecz, jaką mi powiedziałeś, Seif! - roześmiał się Squall.
- Nie to było moim zamiarem - sprostował z godnością blondyn.
- Dobra, dobra, nie zarzekaj się tak.
Seifer skapitulował, przyznając w duchu, że niektóre pomysły kumpla nie były takie złe. Poczuł zimny dreszcz na myśl, że mógłby nagle zostać sam, bez tego niesfornego postrzeleńca...

- No to do dzieła. Co tak stoisz, Seifer? Ściągaj te łachy! - zarządził Squall, gdy już znaleźli się w docelowym pomieszczeniu.
- Co takiego? - spytał zaszokowany blondyn, gapiąc się z niedowierzaniem na kolegę, ściągającego kurtkę, a następnie zabierającego się do butów.
Squall przewrócił oczami ze zniecierpliwieniem, odkopując prawy but niedbale gdzieś w kąt.
- Oczywiście nie słuchałeś, jak ten gość opisywał nam procedury startowe i przebieg hibernacji?
- Nie - przyznał Seifer, który przestał słuchać "procedur" już po dziesięciu sekundach, gdy to przestał cokolwiek rozumieć.
- Cały ty - mruknął Squall.
Umysł Seifera miał tajemniczą właściwość odłączania się od rzeczywistości, gdy został zbombardowany zbyt dużą ilością technicznych informacji.
- Skoro już wiesz, że to jest nie do przyswojenia przez mój prosty, żołnierski móżdżek, może mi to wyjaśnisz jakoś przystępnie?
- Przystępnie? Proszę bardzo. Ściągaj łachy! - zarechotał Squall. - Chyba nie chcesz moczyć się w tej mieszaninie w ubraniu i butach? Pewnie zamierzałeś też władować się tam z Hyperionem w objęciach? - zadrwił.
- Nie rób ze mnie idioty. Po prostu nie słyszałem, jak ten gość gadał o ubraniu i takich tam - rozzłościł się Seifer, nadal stojąc z nadąsaną miną i założonymi rękami.
- Mam ci pomóc? - zapytał Squall, patrząc na kolegę ze złośliwym uśmieszkiem. - Jeśli ładnie poprosisz...
Jako jedyną odpowiedź otrzymał tak potępiające spojrzenie, że gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości i skromności, powinien w tym momencie zapaść się pod ziemię. Ale Squall Leonhart nie miał w sobie za gil takich cech, więc Seifer dał za wygraną i zaczął zdejmować ubranie.
- Akurat w tym jednym momencie wolałbym, żeby zamiast ciebie była tu Rinoa - zażartował Squall, obserwując kumpla, pozbywającego się kolejnych części odzienia.
- Spadaj, Leonhart - burknął speszony Seifer, celnie rzucając butem w kierunku rozbawionego przyjaciela.

- O rany, ale mnie boli głowa - skrzywił się Seifer po przybyciu do bazy, obejmując skronie dłońmi.
- To pewnie efekt uboczny hibernacji - domyślnie poinformował go Squall, również niezbyt zadowolony z samopoczucia.
- Ellone to dobrze - pozazdrościł starszy szermierz. - Przeteleportuje się i gotowe. A my musimy się tak męczyć.
- No właśnie. To niesprawiedliwe. Jako główni bohaterowie powinniśmy mieć jakieś supermoce, no nie? - wytknął z pretensją Squall, ubierając się. - A tymczasem co my takiego umiemy? Ja potrafię trochę wymachiwać gunblade'm, a ty jesteś pakerem. To niezbyt imponujące jak na gości, którzy mają uratować świat.
- Nie bądź taki skromny. A twoja umiejętność przyciągania do siebie całych stad dziewczyn? - zaśmiał się Seifer. - To prawie kwalifikuje się na supermoc.
- To żeś palnął - prychnął Squall. - Nawet jeśli, to co mi po tej umiejętności podczas walki z Ulką?
- Nie słyszałeś, co mówiła Edea? Podobno Ulka leci na ciebie - przypomniał rozbawiony blondyn. - A nie mógłbyś ty jej jakoś opętać?
- Nie mógłbym! - rozzłościł się Squall. - Tobie się wydaje, że co ja jestem? Jakaś maszyna do podrywów?
- Mniej więcej - śmiał się Seifer. - W dodatku masz zasilanie z jakiegoś niewyczerpalnego źródła energii.
- Odczep się - obraził się młodszy szermierz. - Sam se podrywaj tę psychopatkę. Przecież na ciebie leci bardziej. Nawet nie będziesz musiał się wysilać.
- Od początku mi na to nie pozwalałeś - powiedział blondyn z krzywym uśmieszkiem. - "Nie idź tam, bo cię opęta", "Nie zwracaj na siebie uwagi" i tak dalej. Zmieniłeś zdanie?
- Nie - zreflektował się Squall. - Tak tylko teraz głupio gadałem, Seif. Nie narażaj się.
- Idziemy?
- Tak, zaraz... nie wiesz, gdzie ja dałem prawego buta? - zapytał Squall, nerwowo przetrząsając pomieszczenie.
- Wkopałeś go pod stół - poinformował go, jak zawsze pomocny Seifer.
- O, jest, faktycznie - ucieszył się młodszy gunblader, wyciągając zgubę z kryjówki. - No to chodźmy.

Baza nie była szczególnie rozległa, więc już po krótkim spacerze dotarli do centrum sterowania. Rozejrzeli się po pomieszczeniu i kręcących się tu ludziach. Squall zauważył jakiegoś niskiego, starszego mężczyznę i wskazał go koledze.
- Ten gość tam... co prawda wygląda inaczej niż w Final Fantasy, ale to chyba musi być Odine?
Seifer obrzucił spojrzeniem faceta z krzaczastymi wąsami i imponującym gąszczem siwych włosów na głowie.
- Pewnie tak... to chodźmy do niego.
Podeszli do Odine'a, ale zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, naukowiec odezwał się wesoło:
- Aaa, to pewnie wy jesteście tymi gośćmi z Balamb, których zapowiedziała Ellone? Almasy i Leonhart, tak?
Obaj gunbladerzy kiwnęli głowami na znak potwierdzenia.
- Gdzie jest Elle? - zapytał niecierpliwie Squall.
- Tuż obok. Chodźmy, musimy pogadać - Odine poprowadził ich do mniejszej sali.
W środku, na jednym z foteli siedziała Ellone. Miała nieco zasępiony wyraz twarzy i przyglądała się wielkiemu księżycowi, widocznemu za ogromnym oknem. Gdy usłyszała wchodzących, wstała z miejsca i zwróciła się w ich kierunku. Na widok obydwu chłopaków uśmiechnęła się i powiedziała:
- Seifer, Squall. Jednak udało wam się tu dotrzeć.
- Oczywiście, Elle - oznajmił dumnie Squall. - Trochę to trwało, ale jesteśmy.
- Dobra, może przystąpmy do rzeczy - odezwał się rzeczowo Seifer. - Nie wiemy, ile mamy czasu, dopóki Ultimecja nie przebudzi się ponownie.
- Tak, tak, już mówię, co wymyśliłem... tylko znajdę ten schemat... momencik - Odine przetrząsał gorączkowo blaty najbliższych stołów w poszukiwaniu odpowiedniej kartki.
Ellone spojrzała na gunbladerów udręczonym wzrokiem mówiącym "on tak zawsze". Seifer nie dziwił się już, jakim cudem Odine mógł zgubić swój wynalazek w innym świecie. Dziwne raczej było to, że nie zgubił nic innego, na przykład siebie. Odine wyglądał i zachowywał się jak stereotypowe wyobrażenie roztargnionego naukowca.
- Hmm... jakoś nie widzę nigdzie tego schematu - zmartwił się Odine, obmacując kieszenie spodni. - Gdzie ja go posiałem?
- Niech pan sprawdzi, co trzyma w ręku, doktorze - poradziła mu domyślnie Ellone.
- Ooo, to to! Skąd wiedziałaś? - rozpromienił się doktor.
Ellone spojrzała w sufit z politowaniem i nic nie odpowiedziała.
- Więc tak. Z tego co wiem, Ultimecja jest teraz w ciele waszej koleżanki, tak? - spytał Odine. - Dawno to nastąpiło?
- Jakieś kilka dni temu.
- Aha... no to nie jest źle, do tygodnia powinien być spokój - stwierdził niefrasobliwie naukowiec, sprawdzając coś w tabelce z kartki. - Plan jest taki: wrócicie z Ellone do tej waszej opętanej koleżanki i przeteleportujecie się wszyscy do świata Ultimecji. Znaczy tego, z którego ją przywlekliśmy - wyjaśnił Odine. - Tam powinna automatycznie wrócić do swojego ciała i uwolnić waszą koleżankę.
- I wtedy nastąpi moment, kiedy mamy skopać wiedźmie tyłek, tak? - zapalił się Squall, uderzając w dłoń zaciśniętą pięścią.
- Dokładnie tak, młody człowieku - uśmiechnął się Odine. - Podoba mi się ten twój przyjaciel, Ellone - zwrócił się do dziewczyny. - Jest taki pełen zapału. Nie to, co ten drętwy jasnowłosy młodzian z wielkim mieczem, z którym kiedyś tu byłaś.
- Doktorze - wysyczała wściekła Ellone. - To nie czas na takie pogaduszki!
Spojrzała z irytacją na Odine'a i obydwu chłopaków, którzy słuchali wszystkiego z szalonym zainteresowaniem.
- Czyli teraz wracamy do Ogrodu i zaraz czeka nas walka z Ultimecją, gdzieś tam w innym świecie? - podsumował Seifer.
- Tak. Powiem wam jeszcze, jak najlepiej z nią walczyć - zaproponował Odine.
- Dobra, to wy sobie pogadajcie, a ja idę się przejść - powiedziała nadąsana Ellone i wyszła z pomieszczenia, zostawiając przyjaciół z doktorem. "Cholerny Odine. Ględzi i ględzi, co mu ślina na język przyniesie", pomyślała ze złością, ruszając korytarzem w kierunku centrum sterowania.

Gunbladerzy szybko ustalili z Odine'm plan działania, a potem Squall znowu nie wytrzymał i zaczął wypytywać naukowca o przeróżne rzeczy. Odine od pierwszej chwili polubił ciekawskiego i wesołego chłopaka, więc chętnie odpowiadał mu na wszystkie pytania. "Czemu moi studenci nie są tacy?", pomyślał z żalem. Seifer wlókł się apatycznie od pomieszczenia do pomieszczenia za żywo dyskutującymi towarzyszami i nawet nie starał się przysłuchiwać rozmowie.

Ellone weszła do głównego pomieszczenia. Zauważyła narastający niepokój wśród personelu. Wszyscy pokazywali sobie coś przez okno. Podeszła bliżej. Na księżycu coś się działo.
- KSIĘŻYCOWY PŁACZ! - wykrzyknął ktoś głośno. - Musimy uciekać!
Momentalnie nastał chaos, wszyscy zaczęli biegać bezładnie po bazie. "Taa, profesjonaliści, mający opracowane procedury ewakuacji, a jak przychodzi co do czego, to wszyscy panikują jak zwykli ludzie", pomyślała dziewczyna. Zaniepokoiła się, co dzieje się ze Squallem i Seiferem. Natychmiast ruszyła na poszukiwania. Chłopaków nie było w pomieszczeniu, w którym ich zostawiła. Coraz bardziej zdenerwowana przetrząsała kolejne zakamarki bazy, z trudem przeciskając się między spanikowanymi ludźmi.

Do Squalla, Seifera i Odine'a podbiegł jeden z techników.
- Doktorze, musimy się ewakuować! - wykrzyknął. - To Księżycowy Płacz!
- Co takiego? - zdumiał się Odine. - Co mogło go tak szybko wywołać?
- Teraz nie ma czasu na rozmyślania. Musicie NATYCHMIAST uciekać - powiedział technik, popychając ich bezlitośnie w kierunku wyjścia.
- Co z Ellone? - zapytał zdenerwowany Squall. - Doktorze...?
- O nią się nie martwcie, przecież umie się teleportować - mruknął Odine. - Ale uważajcie na siebie. I pamiętajcie, co mówiłem o Ultimecji. W razie czego będę w moim laboratorium w Esthar. O ile uda mi się przeżyć - dodał posępnie. - Życzę wam powodzenia.
Nadal nieco nieprzekonany Squall dał się jednak wepchnąć razem z Seiferem do kapsuły ratunkowej.

Ellone czuła narastającą rozpacz. Nie znalazła nigdzie chłopaków, a baza pustoszała coraz bardziej, w miarę, jak ewakuowali się kolejni członkowie personelu. Wkrótce nie było już prawie nikogo. Księżyc wyglądał, jakby wybuchł na nim jakiś potwornie wielki wulkan. Dziewczyna wiedziała, że to kłębowisko potworów, które właśnie ogromną masą spadają na Ziemię. Ellone miała nadzieję, że Seiferowi i Squallowi udało się uciec w porę i że nic im się nie przytrafi po drodze.
"Cholera, to moja wina" - wyrzucała sobie. "Nie dość, że naraziłam ich na spotkanie z Ulką, to jeszcze teraz mogą zginąć gdzieś w kosmosie. Do dupy z takimi zdolnościami!" zdenerwowała się. "Co mi po teleportacji, skoro nie mogę odnaleźć konkretnej osoby!"
Wreszcie zdecydowała się na opuszczenie tego miejsca i powrót do Księżycowych Wrót, gdzie mieli czekać towarzysze Squalla. Tu już i tak nikogo nie było, a rój potworów zmierzał w stronę bazy, zagrażając jej. Dziewczyna nie czekała na katastrofę, zniknęła, zanim masa bestii zniszczyła doszczętnie cały kompleks.

- Dincht, wyjrzyj no na zewnątrz - odezwała się milcząca dotąd Rinoa. - Widzisz to, co ja?
Zell spojrzał we wskazanym kierunku. Nad Esthar zawisł jakiś ogromny prostopadłościan. Blondyn wytrzeszczył oczy ze zdumieniem.
- Co to do cholery jest?! - wykrzyknął.
- Nie balon meteorologiczny, to na pewno - odezwała się ironicznie. - Czy to nie jest jakiś pomysł twojego dowódcy, o którym nie wiem? - zapytała podejrzliwie.
- Squalla? - zapytał niezbyt bystrze Zell. - Nie, no coś ty! Nie mam bladego pojęcia, co to może być.
- Idę sprawdzić - zdecydowała Rinoa.
Była już potwornie znudzona oczekiwaniem. Nie po to się wybrała na "wycieczkę", by teraz siedzieć w Księżycowych Wrotach i czekać pokornie na powrót Almasy'ego i Leonharta.
- Ale mieliśmy tu czekać na Squalla i Seifera - zaprotestował blondyn.
- To sobie czekaj - wzruszyła ramionami. - Ja idę.
- Ale...
Zell pomyślał chwilę i pobiegł za dziewczyną. Przecież nadal mieli z nią podpisany kontrakt - nie mógł jej puścić samej. Miał nadzieję, że Squall nie będzie miał za złe ich nieobecności w Księżycowych Wrotach.

"Do jasnej cholery! Czy już nic nie może udać się normalnie?" zaklęła Ellone, gdy po powrocie do Wrót nie zastała Zella i Rinoi (o ile dobrze zapamiętała imiona). Pytani członkowie obsługi wzruszali ramionami, nie wiedząc, o kogo jej chodzi. Ellone zastanowiła się i postanowiła ruszyć najpierw do Esthar. Zerknęła w kierunku miasta i aż ją zatchnęło.

- Jak myślisz, Elle chyba nic nie będzie, co? - zapytał zmartwiony Squall.
- Jasne, że nie. Pewnie już od dawna jest bezpiecznie na Ziemi - stwierdził Seifer.
Znacznie bardziej niepokoiło go to, co może stać się z nimi. Nie chciał jednak przygnębiać przyjaciela jeszcze bardziej, więc zachował swoje obawy dla siebie. Przez okno widział jednak masę potworów, przelatujących niepokojąco blisko nich. W pewnym momencie poczuli jakiś wstrząs, gdy coś wielkiego w nich uderzyło. Squall wykaraskał się z trzymającego go uchwytu i podszedł do okna, które na szczęście się nie uszkodziło.
- Seifer! Nie uwierzysz, co ja widzę! - wykrzyknął. - To Ragnarok! I wygląda tak samo pięknie, jak w grze!
- Co ty gadasz - nie mógł uwierzyć Seifer, siłując się ze swoim uchwytem, który chyba się zaciął.
- Chciałbym się na niego dostać - powiedział Squall z gorączkowym błyskiem w oku.
- Nie mówisz serio! - zawołał ostro Seifer. - Wygłupy wygłupami, ale to byłoby samobójstwo!
- Zobacz, jak jest blisko. Zaledwie kawałek - Squall nie słyszał w ogóle Seifera, wpatrzony nieprzytomnie w statek, dryfujący dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Musiał się na nim znaleźć. Ta myśl go opętała. Chwycił wiszący na ścianie kombinezon i zaczął się w niego ubierać.
- Squall, co ty robisz?! Chyba nie mówiłeś poważnie! - Seifer szarpał się bezradnie ze swoim upartym uchwytem. - Jeśli to miał być kawał, to przyznaję, że świetnie ci się udał. Nabrałeś mnie. Ale teraz przestań się już wygłupiać i zostaw to!
- Seif, muszę spróbować - powiedział Squall, z napięciem obserwujący Ragnaroka. - Zostań tu, dolecisz bezpiecznie na Ziemię. Ale ja muszę się dostać na ten statek.
Seifer patrzył z rozpaczą, jak przyjaciel udaje się w kierunku śluzy. Nigdy w życiu nie czuł się tak bezsilny i załamany, jak w tej chwili. Nie sądził, że Squallowi strzeli do głowy tak ryzykowny pomysł. Przecież na zewnątrz jest pełno potworów! Skupił się na wydostaniu z uchwytu i wreszcie mu się udało. Zdążył jednak tylko zobaczyć, jak śluza zamyka się za Squallem. Za późno!
Bez namysłu ściągnął ze ściany drugi kombinezon i ubrał się w niego, a potem udał się w tym samym kierunku, co przed chwilą jego kumpel. Jedna część jego umysłu była śmiertelnie przerażona pomysłem wyjścia w przestrzeń kosmiczną, a druga analizowała beznamiętnie całą sytuację. Seifer miał wrażenie, że sam siebie obserwuje z boku. Zdawał sobie jasno sprawę z oczywistej głupoty tego, co ma zamiar zrobić, ale było mu już wszystko jedno. Skoro Leonhart chce zginąć, to w porządku. Ale chciał być w tym momencie razem z nim. Najwyżej zginą razem, pomyślał chłodno. I wyskoczył.

Bliskość Ragnaroka zadziwiła go. Statek rzeczywiście dryfował tuż obok ich kapsuły ratunkowej. Seifer rozejrzał się wokół i zobaczył przyjaciela niezbyt daleko od siebie. Najwidoczniej nad Squallem czuwało jakieś opiekuńcze bóstwo lekkomyślności, bo udało mu się dotrzeć do statku. Po chwili Seifer również znalazł się na miejscu. Złapał się solidnie jakiejś bardziej wystającej części na obudowie statku i zaczął przesuwać się w kierunku Squalla. Kumpel był zajęty próbą otwarcia jakiegoś wejścia awaryjnego czy czegoś w tym rodzaju i w ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie. Seifer był już całkiem blisko, gdy zauważył, jak z roju potworów odłącza się spora grupka kreatur i zmierza w ich stronę. Dwa potwory z impetem wpadły na Squalla i oderwały go od burty statku. Seifer zdążył złapać przyjaciela w ostatniej chwili, zanim pęd zderzenia wybił go w zabójczą przestrzeń albo prosto w rój potworów. Kilka chwil później obaj byli już bezpieczni na pokładzie Ragnaroka.

Squall zerknął na informacje, wyświetlone na ekranie tuż przy wejściu, po czym zaczął ściągać kombinezon. Seifer zrobił to samo. Pozbywszy się skafandra, podszedł do przyjaciela. Blondynem targały sprzeczne emocje, a właściwie cały ich wulkan. Miał ochotę sprać kumpla, czuł przerażenie na myśl, że mogli obaj zginąć - albo co gorsza, tylko Squall; ale nade wszystko odczuwał ulgę, że jednak wszystko dobrze się skończyło. Złapał ryzykanta za ramiona i potrząsnął nim z rozpaczą.
- Dlaczego to zrobiłeś, Squall?! Oszalałeś? Chciałeś zginąć?!
Młodszy szermierz nie wiedział, co powiedzieć. Nie miał pojęcia, co go tak opętało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Seifer nie wytrzymał wreszcie napięcia. Chwycił niezdarnie przyjaciela i objął go mocno, niemal zgniatając. Choć wydało mu się to niedorzeczne, chciał się w ten sposób upewnić, że obaj ciągle żyją.
- Przepraszam, Seif. Nie wiem, co się ze mną stało - niewyraźnie wymamrotał Squall w rękaw płaszcza Seifera.
Gunblader uwolnił przyjaciela z niedźwiedziego uścisku i mruknął:
- Tym wyczynem skróciłeś mi życie chyba o dziesięć lat, Leonhart. Masz pojęcie, co ja tam przez ciebie przeżyłem, głąbie?
- Przepraszam, Seif - powtórzył Squall, spuszczając głowę. - Nie sądziłem, że... dlaczego tam nie zostałeś?
- Pozazdrościłem ci głupoty - odparł sarkastycznie blondyn, odzyskując spokój.
- Pytam poważnie, Seifer. Ja jestem po prostu idiotą, który nie pomyślał, że może zginąć. A ty wiedziałeś... mogłeś tam zostać i mieć pewność, że przeżyjesz.
- Co to byłoby za życie, Squall - burknął szorstko Seifer. - Naprawdę jesteś kretynem.
Odwrócił się i ruszył w kierunku kabiny, zostawiając nieszczęśliwego kumpla stojącego ciągle przy wejściu.

bazgroł ---> "Pozazdrościłem ci głupoty"

Nie zdążył nawet dojść do metalowej kładki, prowadzącej na wyższy poziom statku, kiedy usłyszał za sobą pospieszne kroki Squalla. Przyjaciel dotruchtał bliżej i ruszył u jego boku, zerkając niepewnie na starszego kolegę.
- Seifer... a ty naprawdę -
- Nie teraz, Squall - przerwał mu blondyn - konwersacje zostaw na potem. Spójrz lepiej na tego stwora.
Przy drzwiach kręcił się fioletowy alien, obaj gunbladerzy ruszyli więc niezwłocznie w jego stronę. Seifer zauważył, że podczas walki Squall nadal trzymał się swojej rozsądnej taktyki z pustkowi Esthar. Widać jednak było, że aż go skręca z niecierpliwości, żeby wyrwać do przodu i siekać, siekać przeciwnika bez chwili zastanowienia. Tak bardzo chciał udowodnić, że też umie pełnić defensywną funkcję, że to było aż zabawne. Blondyn stłumił śmiech, obserwując kumpla, toczącego wewnętrzne zmagania z własną niecierpliwą naturą. Wyniki tych zmagań były widoczne w postaci rozpaczy malującej się na jego twarzy. Wreszcie Seifer zlitował się nad kolegą i gdy pokonali pierwszego kosmitę, zagadnął niewinnie:
- Widzę, że spodobała ci się nowa, wspomagająca rola?
- Yyy... no tak, w sumie... nie jest najgorzej - odparł dzielnie Squall, robiąc dobrą minę do złej gry.
- Czyli definitywny koniec z Auto-Berserkiem, tak? - dokuczał mu dalej blondyn. - Odtąd będziesz grzecznie rzucał Curagami i Protectami, i żadnego koszenia potworów na czas?
- No... jeśli chcesz, Seif - zgodził się smutnym tonem młodszy gunblader.
Seifer uśmiechnął się szeroko, nie mogąc dłużej utrzymać powagi na widok kolegi, nieudolnie próbującego udawać, że wszystko jest w porządku.
- Co się tak szczerzysz? - wzruszył ramionami zrezygnowany Squall. - Powiedziałem coś śmiesznego?
- Nie musiałeś - zaśmiał się blondyn. - Oj Squall... nie nadawałbyś się na tajnego agenta, wiesz?
- Nie wiem, o co ci chodzi - nadąsał się ciemnowłosy chłopak. - Co to w ogóle ma do rzeczy.
- Przecież widzę, że wcale ci się nie podoba stanie z tyłu i wspomaganie. Twoja nieszczęśliwa mina mówi sama za siebie.
- Zdaje ci się. Mówiłem, nie jest tak źle - zapewnił z heroicznym wysiłkiem Squall.
- To nie masz ochoty się zamienić? - zapytał podstępnie Seifer. - Nie chcesz już kosić potworów?
- Chcę! - wypalił gwałtownie Squall, nie potrafiąc się oprzeć tej propozycji. - O rany, chcę jak diabli!
Serdeczny śmiech Seifera rozbrzmiał na statku. I zwabił w ich pobliże kolejnego aliena.
Pozostałe kosmiczne kreatury skosili już według starej procedury. Seifer dbał o należyty stan HP ich obydwóch, a Squall robił to, co wychodziło mu najlepiej - rozwalał bestie. Seifer widział szczęście na twarzy towarzysza i czuł wyrzuty sumienia, że kazał mu przedtem wyrzec się ukochanej rąbaniny. To było równie bezcelowe i nie w porządku, co wymaganie od ryby, żeby chodziła po lądzie i jeszcze czerpała z tego satysfakcję. Obiecał sobie w duchu, że więcej nie będzie Squallowi robił wyrzutów z tego powodu. A niech dzieciak ma trochę uciechy.
Pozbywszy się wszystkich intruzów, udali się do głównej kabiny Ragnaroka. Seifer wzdrygnął się na widok kolejnych klawiatur i paneli, za to oblicze Squalla rozjaśniło się z zachwytu.
- Podejrzewam, że doskonale wiesz, co robić, więc pozwól, że sobie usiądę i zostawię ci te wszystkie zabawki - zakomunikował blondyn. - Nie wiem, czy mógłbym tu coś zepsuć, ale lepiej tego nie sprawdzajmy.
- Dobra, Seif. Idę zbadać sterowanie, a ty sobie odpocznij.
Squall dobrał się do komputera pokładowego, a Seifer usiadł na jednym z foteli i zapatrzył się w otaczającą ich na zewnątrz czerń. Niedaleko widać było księżyc i ciągle rojące się potwory. "Ale potem będzie roboty z wytłuczeniem ich", pomyślał z niechęcią.

- Gotowe, teraz zasuwamy na autopilocie - oznajmił dziarsko młodszy gunblader, wyrywając przyjaciela z zamyślenia i siadając naprzeciwko. - Mamy kupę czasu, zanim dolecimy na Ziemię. To czym się teraz zajmiemy?
- A czym chciałbyś się zająć? Wolisz pobawić się w chowanego czy może poustawiać sobie babki z piasku?
- Tu nie ma piasku - odciął się niespeszony Squall. - A poza tym zakosiłeś mi moje ulubione wiaderko, padalcu!
- Jakie wiaderko, Squall? - blondyn udał chodzącą niewinność. - To była łopatka, jak już coś.
- Ha! Przyznałeś się w końcu. Po tylu latach! - wykrzyknął triumfalnie ciemnowłosy chłopak. - A ja tak jej wtedy szukałem!
- Nie przejmuj się, kupię ci nową - pocieszył go kolega.
- W twoim ulubionym kolorze? Czyli różowym? - zadrwił Squall.
- Nie różowym. Pastel.. O kurde, a ty znowu o tych kolorach.
- Dobra, mniejsza o to - zmienił temat Squall, poważniejąc. - Zobacz, jak się porobiło, Seif. Miałem tu niby siedzieć z Rinoą... - urwał, bo zorientował się, jak niezręcznie to zabrzmiało.
- Żałujesz, że tak się nie stało?
- Chyba żartujesz! Nie zamieniłbym tego na żadne głupie sceny z gry czy cokolwiek innego - przyznał szczerze. - Seif, gdyby nie ty... tobym sobie teraz tu nie siedział, tylko właśnie ginął marnie gdzieś tam - machnął ręką w kierunku okna. - Uratowałeś mnie.
- To nie było nic wielkiego. Tylko cię złapałem.
- Tylko?! - wykrzyknął Squall z niedowierzaniem. - Ładne mi tylko. Nic nie zrobiłem, żeby zasługiwać na takiego przyjaciela.
- Bo nie musisz nic robić, Squall - odpowiedział zmieszany Seifer. - Wystarczy, że jesteś. To znaczy - dodał pospiesznie - mam na myśli, że masz przestać próbować zginąć. Zrozumiano?
- Pewnie, Seif.
Siedzieli chwilę, przyglądając się sobie w milczeniu. W pewnym momencie na twarzy Squalla pojawił się krzywy uśmieszek.
- Wiesz, tak sobie siedzimy na tych fotelach, i przypomniała mi się odpowiednia scena z Final Fantasy - oznajmił, puszczając oko do kolegi.
- O nie! Mowy nie ma! Nie będę cię trzymał na kolanach - odmówił kategorycznie Seifer.
- Głodnemu chleb na myśli - zaśmiał się Squall. - Skąd wiesz, o co mi chodziło?
- Ciekawe, o co niby innego - mruknął kąśliwie starszy gunblader. - W ogóle, to beznadziejne było.
- No, fakt. I do tego tekst "Nie jestem twoją matką" - zaśmiał się złośliwie Squall. - Ech, ten gościu to był kołek.
- A potem co leciało? - zastanowił się Seifer. - Aha, te kawałki o rodzicach. Wiesz, w sumie to też się zgadza. Ty też nie poznałeś nigdy swoich starych.
- Jakoś mi tego nie brakowało specjalnie - wzruszył ramionami Squall. - Miałem Elle i ciebie. Gościu z gry miał bardziej przerąbane, bo nie przyjaźnił się z tamtym Seiferem. Biedny, samotny kretyn. Nawet mi go szkoda.
- Niepotrzebnie. Przecież on nie istnieje - przypomniał rozsądnie Seifer.
- Wiem. Ale jakoś się tak wzruszyłem - westchnął Squall komicznie.
Blondyn klepnął go pocieszająco w ramię i powiedział:
- Nie myśl o tym, lepiej zastanów się, co zrobimy, jak już dolecimy.
- No tak. Chyba powinniśmy zasuwać do Księżycowych Wrót po Zella i Rinoę. A potem do Ogrodu...
- Ciekaw jestem, czy Księżycowy Płacz rzeczywiście wywołała Lunarna Pandora. I czy pojawi się nad Esthar.
- Ooo, to byłoby fajne! - ucieszył się Squall.
- Fajne? Pogięło cię? Przecież to ściąga potwory z księżyca, Squall! - złajał go kolega.
- Miałem na myśli, że będziemy mogli ładnie ostrzelać Pandorę, przecież mamy teraz Ragnaroka, Seif - emocjonował się młodszy chłopak. - Obejrzałem sobie uzbrojenie statku i mówię ci, możemy zrobić niezły ogień!
- Bardzo mnie to cieszy - powiedział ze sztucznym entuzjazmem Seifer. - Nie ma to jak dobra demolka! Yihaa - dodał po namyśle.
- Co, wreszcie ci się spodobało? - zaciekawił się Squall.
- Nie, ale chciałem ci sprawić przyjemność.
- Jakiś ty dobry - mruknął młodszy gunblader. - Ale i tak się nie wykręcisz, ja nie mogę robić wszystkiego - sterować statkiem i jeszcze zajmować się ostrzałem. Będziesz musiał trochę się poświęcić.
- O ile rzeczywiście pojawi się ta zasmarkana Pandora - podkreślił Seifer.
- O ile - zgodził się Squall. - Ale nastaw się duchowo na demolkę.

- Dobra, może teraz na wszelki wypadek poćwiczymy strzelanie i obsługę działek. Siadaj obok na fotelu, Seifer - polecił przyjacielowi Squall, gdy już dolecieli na Ziemię.
Chłopak usiadł na wskazanym miejscu, czując znajome uczucie niechęci i przekonania, że zaraz na pewno wszystko pójdzie źle, a on coś zepsuje.
- Patrz, tym ustawiasz sobie cel - objaśniał mu Squall - jak potrzeba, to tu zmieniasz opcje, tu masz listę hipotetycznych celów, tutaj możesz je wyświetlić według różnych kryteriów, tym z kolei wybierasz broń, a tu-
- Squall, nie tak szybko - jęknął Seifer. - Nie załapałem nawet połowy tego, co mi pokazywałeś.
- No dobra, to omińmy te podstawowe rzeczy -
- Podstawowe? - znowu przerwał mu nieszczęśliwy blondyn. - Czy nie ma tu po prostu przycisku "Rozwal to w cholerę"?
- Podoba mi się twój tok myślenia - oświadczył wesoło Squall.
Zignorował pełne wyrzutu spojrzenie Seifera i kontynuował wyjaśnienia.
- Chwyć za ten drążek i wyobraź sobie, że to pad od konsoli. Tu masz celowanie, tu strzał... Zaczekaj! Hmm... nie przejmuj się, Seif. Myślę, że ta skała i tak nie była nikomu potrzebna...

Zell i Rinoa zbliżali się błyskawicznie do Esthar, śledząc wzrokiem dziwną budowlę unoszącą się nad miastem. Rinoa tylko uniosła brwi, gdy Zell bez mrugnięcia okiem zwędził jakiś samochód parkujący przed Wrotami. Zerknął w jej stronę i oświadczył z rozbrajająco uroczym uśmiechem:
- No co, przecież nie będziemy lecieć na piechotę. A poza tym to nagły wypadek.
Nie skomentowała tego, i nie odezwała się też ani razu przez całą drogę do Esthar, choć Dincht z pewnością nigdy nie słyszał o czymś takim jak bezpieczna jazda, przepisy drogowe czy też możliwość używania hamulca. Zawsze mogło jej się przytrafić coś gorszego niż przejażdżka z szalonym kierowcą. Na przykład dowcipy Leonharta.

- Jest! Jest! Lunarna Pandora! O kurde, to naprawdę istnieje! - podniecał się Squall, pokazując Seiferowi wielką budowlę nad Esthar.
- Też mi powód do radości - burknął kolega. - Rozwalamy ją?
- Jeszcze pytasz? No jasne! Dajesz, Seifer!
Budowla miała jakieś pole siłowe, przez które wcale nie było łatwo się przebić. Wreszcie jednak po nieustępliwym ostrzale osłona Pandory poddała się i Ragnarokowi udało się wedrzeć do środka.

- Dincht, chodź w lewo - pociągnęła towarzysza za ramię Rinoa. - Tutaj już byliśmy ze trzy razy.
Krążyli po wnętrzach Lunarnej Pandory, do której udało im się jakimś cudem dostać, ale pogubili się w labiryncie korytarzy. Były bardzo podobne do siebie, błękitne i lśniące. "Jak odróżnić jeden zakręt od drugiego?" - pomyślała zirytowana Rinoa. W dodatku Dincht nie był ani trochę pomocny. Interesowały go tylko potyczki z galbadyjskimi żołnierzami i potworami, a nie znalezienie jakiejś drogi do... właściwie nie wiedziała do czego. Wpakowali się do tej dziwacznej budowli z ciekawości, i włóczyli się po niej z nadzieją dowiedzenia się, jaką pełniła rolę.
- Ej, Heartilly, słyszysz to, co ja? - wykrzyknął Zell, spoglądając w kierunku wielkiej ściany.
Dochodził stamtąd jakiś głuchy, rytmiczny łomot. Oboje odsunęli się od podejrzanego miejsca i skryli za załomem korytarza. Dobrze zrobili, bo po chwili ściana rozprysnęła się na drobne kawałki, a Zell już wiedział, co to były za odgłosy. "Ostrzał z jakiegoś wypasionego działa o wielkim kalibrze". Po chwili ogień umilkł, a przez wybity otwór do środka wleciało jakieś niesamowite, wielkie coś. W pierwszej chwili Zell nie zorientował się, co widzi, bo kształt intruza krył się za dymem i pyłem unoszącym się w powietrzu. Gdy jednak niesamowity pojazd wylądował, blondyn przekonał się, że patrzy na ogromny, czerwony statek kosmiczny w kształcie smoka. Nigdy nie widział niczego podobnego. Smok rozłożył swoje szponiaste łapy, wbijając potężne pazury w podłogę.
Rinoa patrzyła, jak z boku statku rozsuwają się drzwi i ktoś wychodzi. Leonhart z Almasy'm.

- Squall! Seifer! Co wy tu robicie? - zawołał uradowany Zell, podbiegając do obydwu zaskoczonych chłopaków.
Rinoa również podeszła bliżej.
- Raczej co WY tu robicie? - zapytał posępnie Seifer, taksując wzrokiem dwójkę towarzyszy. - Czy Squall nie kazał wam czekać w Księżycowych Wrotach? Ktoś zwolnił cię ze słuchania rozkazów, Dincht?
Squall zostawił Seifera, obsztorcowującego Zella i podszedł do Rinoi.
- Jak ci się podobało nasze wejście? - mrugnął do dziewczyny.
- Bardzo efekciarskie, zresztą można się było tego po tobie spodziewać - odparła, nie potrafiąc jednak do końca zachować obojętności. Ta szarża robiła kolosalne wrażenie, musiała po cichu przyznać.
Squall uśmiechnął się pod nosem, trafnie odgadując jej myśli.
- Przejrzałaś mnie na wylot, tak? A co właściwie robiłaś, gdy nas nie było? Oczywiście poza tym, że nieustannie myślałaś o mnie ...i moich efekciarskich skłonnościach - zażartował, spoglądając na nią wesoło.
- Skąd pomysł, że w ogóle o tobie myślałam? - rozzłościła się.
Bo przecież wcale o nim nie myślała... no, może raz czy dwa. Dobra, może więcej niż dwa razy, ale przecież to się nie liczy. To nie było nic takiego.
- Mam nieodparte wrażenie, że się nie mylę - zaśmiał się, patrząc na jej niewyraźną minę.
- Daj mi spokój - powiedziała ponuro. Czemu z Leonhartem tak trudno jej się rozmawiało? Nie miała pojęcia, jak odpowiadać na taką masę idiotycznych żartów i przytyków. Czy on w ogóle umiał powiedzieć coś normalnego, na poważnie i bez głupich aluzji? - Czekaliśmy na was w Księżycowych Wrotach, kiedy zauważyliśmy to coś nad Esthar. I postanowiłam zobaczyć, co to jest. Więc nie wiń Dinchta za zlekceważenie rozkazów - przyznała uczciwie. - Musiał ze mną iść i tyle.
W tym momencie podszedł do nich Seifer z nadąsanym Zellem. Gunblader nie żałował sobie i wylał na głowę kolegi całą masę pretensji i zarzutów o niesubordynację.
- A z wami co się działo? - spytała Rinoa. - Skąd macie ten statek?
Squall speszył się. Jakoś nie pałał chęcią do szczegółowego opowiadania o własnej głupocie. Zanim jednak zastanowił się, jak dyplomatycznie przedstawić wersję "Wiesz, coś mi strzeliło do głowy i jak debil wyszedłem w kosmos, a potem byłbym zginął, gdyby kumpel mnie nie uratował", Seifer wyjaśnił rzeczowo:
- Podczas naszego pobytu w bazie rozpoczął się Księżycowy Płacz i musieliśmy się ewakuować. Po drodze Squall zauważył zaginiony estharski statek i postanowił go odzyskać. Co też wykonał, jak widzicie.
- Ale jak? - zdumiał się Zell.
- Zgodnie z odpowiednimi procedurami, Dincht - powiedział surowo Seifer, tonem wykluczającym dalsze pytania.
"Dzięki, Seif."
Rinoa spojrzała na Squalla z uznaniem.
- Dobra robota, Leonhart. Czy to przejęcie statku było bardzo trudne?
- Ehm... w zasadzie... - zająknął się Squall.
Przyjaciel ponownie przyszedł mu z pomocą.
- Nie takie rzeczy robiliśmy, Heartilly - powiedział protekcjonalnie. - Dla Squalla to nic wielkiego.
Młodszego gunbladera całkiem zatkało. Rinoa wpatrywała się w niego uważnie, a Seifer opowiadał te wszystkie rzeczy... niezupełnie prawdziwe. I co miał teraz powiedzieć?
- A on sam nie umie mówić? - zapytała krytycznie dziewczyna. - Cały czas tylko ty gadasz, Almasy.
- Bo Squall jest zbyt skromny - wyjaśnił z powagą blondyn. - Nie chciał się chwalić swoimi wyczynami, więc ja ci o tym opowiadam.
- To nie były żadne wyczyny - zaprotestował w końcu Squall.
- Widzisz? Mówiłem, że jest skromny - uśmiechnął się pod nosem Seifer.

- Seif, czemu naopowiadałeś to wszystko? - zapytał zmieszany Squall, gdy obaj zostali na chwilę sami. - Przecież to nie było tak.
- No jak to nie? Przecież nie kłamałem. Przejąłeś Ragnaroka według... swoich własnych procedur - uśmiechnął się Seifer.
- Tylko jakoś zapomniałeś dodać, że bez twojego udziału mógłbym sobie wsadzić to całe przejęcie.
- To nieistotny szczegół - machnął ręką blondyn.
- Ale serio, dlaczego tak nagadałeś? - nalegał młodszy gunblader.
- Chciałem ci pomóc, sieroto - wyjaśnił z krzywym uśmieszkiem Seifer. - Chyba zadziałało. Widziałeś, jak Heartilly się na ciebie gapiła?
- Tak było? - zapytał z kiełkującą nadzieją Squall.
- Owszem. Dziwne, że nie spłonąłeś na popiół od temperatury jej spojrzenia - zadrwił blondyn.
"Kurde, niedobrze ze mną, skoro Seifer musi mi pomagać w podrywie" - jęknął w duchu Squall.

Mała grupka kontynuowała zwiedzanie Lunarnej Pandory. Jak dotąd, nie trafili na nic godnego uwagi, bo trudno zaliczyć do tego kilka starć z galbadyjskimi żołnierzami. W miarę, jak zbliżali się do środka budowli, żołnierzy przybywało. W końcu trzej SeeD i Rinoa wdarli się do wielkiego pomieszczenia. Squall obrzucił szybkim spojrzeniem całą salę i zorientował się, że znajduje się tam tylko trzech ludzi.
- Seifer - szepnął do kolegi, nie chcąc, by Zell i Rinoa go usłyszeli - czy widzisz to, co ja?
- To Ward, Laguna i Kiros - odparł równie cicho zdumiony blondyn. - Tego się nie spodziewałem!
- Ja też nie - przyznał Squall, obserwując całą trójkę. - Myślisz, że który z nich jest rycerzem Ulki?
- Obstawiam Lagunę. A ty?
- Też. Najbardziej pasuje na rycerza, nie? - zaśmiał się pod nosem Squall. - Ale z drugiej strony... Edea mówiła coś o nieciekawej prezencji. To prędzej Ward...
- Mniejsza o to. Ten czy tamten, zaraz od nas oberwie.
- Masz rację, do roboty.

- Ward, daj sobie spokój z tym całym zamieszaniem - przekonywał kumpla Kiros. - Wróć z nami do Deling.
- Dość szkód już narobiłeś - dorzucił Laguna.
- Nie, chłopaki - stanowczo odmówił Ward. - Jak chcecie, to wracajcie, ale beze mnie.
- Ależ Ward... - nalegał Laguna. - Przecież ta wiedźma cię wykorzystuje! Robisz u niej za popychadło.
- Nieprawda! - nadął się zwalisty mężczyzna. - Powiedziała, że jestem jej rycerzem!
- Zgłupiałeś? - parsknął z politowaniem Kiros. - Jakim, kurna, rycerzem?
- Bajek się naoglądałeś, stary ośle? - zadrwił Laguna.
- Zazdrościcie mi i tyle!
- Kiros, walnij go w ten pusty łeb, bo ja już nie mogę tego słuchać - jęknął zdegustowany Laguna.
- Co się z tobą stało? - zapytał z wyrzutem Kiros. - Byłeś fajnym kumplem, Ward. Chcemy powrotu starego ciebie.
- Masz jeszcze szansę. Zostaw to wszystko i spadajmy - dodał zachęcająco Laguna.
- To idźcie - oświadczył Ward. - Ja mam zadanie do wykonania. Nikt nie będzie mną pomiatał. Udowodnię wszystkim, że nie jestem jakimś tam cieciem więziennym! - oznajmił z dumą.
- Ward, ale ty jesteś cieciem - poinformował go z naciskiem Laguna.
- Już nie! Teraz dowodzę całą galbadyjską armią. Nie zamierzam wracać do jazdy na mopie - burknął Ward. - No, już, spadajcie. Nie chcę na was nasyłać żołnierzy, ale jeśli będę musiał...
Laguna westchnął z rezygnacją. Spojrzeli na siebie z Kirosem i odeszli.

- A wy coście za jedni? - zapytał zaskoczony Laguna, natykając się w progu na Squalla i jego towarzyszy, do tej pory przysłuchujących się całej scenie.
- Jesteśmy SeeD z Ogrodu Balamb. I przyszliśmy skopać tyłek waszemu kumplowi.
Przez chwilę Laguna mierzył się wzrokiem ze Squallem, ale wreszcie spuścił głowę i mruknął:
- On nie jest zły, tylko...
- Ultimecja go opętała - powiedział ze współczuciem Squall.
- Wiesz o tym? - zapytał zaskoczony mężczyzna. - Skąd?
- Ja w ogóle wiem dużo rzeczy - pochwalił się zadowolony gunblader. - A tak między nami mówiąc - nie wytrzymał z ciekawości - był pan kiedyś w Winhill?
- Winhill? - spytał zbaraniały Laguna, nie pojmując, czemu właściwie rozmawia z jakimś nieznajomym małolatem. - Nie, na pewno nie. Ja w ogóle nie lubię ruszać się z mojego miasta - przyznał. - Nawet nie wiem, gdzie jest to całe Winhill.
- Ledwo go wyciągnąłem z domu - odezwał się Kiros. - To chyba pierwszy raz w życiu, jak wyjechałeś za opłotki Deling, co? - zakpił z przyjaciela.
- Odczep się - wzruszył ramionami brunet. - Co z tego, że nie lubię się włóczyć po jakichś dziurach. Nie ma z tego żadnego pożytku.
Squall uśmiechnął się pod nosem.
- Miło się rozmawiało, ale mamy zadanie do wykonania - rzucił bojowo. - Wasz koleś nieźle nam nabruździł.
- Jeśli możecie... oszczędźcie go - powiedział cicho Laguna. - To nie jego wina...
- W porządku. Wiem, co trzeba zrobić - uspokoił go Squall. - A wy lepiej już uciekajcie. I uważajcie na siebie.
- Czy my na pewno się nie znamy? Mam wrażenie, że już cię gdzieś widziałem - powiedział Laguna z namysłem, patrząc na Squalla.
- Nie w tym życiu - zaśmiał się chłopak. "Albo raczej, nie w tym świecie", pomyślał.

- Ward, poddaj się - zażądał Squall, zbliżając się do osamotnionego mężczyzny.
Zaskoczony "rycerz" odwrócił się i spojrzał na intruzów. "Kto tu wpuścił tych smarkaczy?! Co robią patrole? Już ja im dam taką fuszerkę", zżymał się na podwładnych.
- Dla ciebie, gówniarzu - wycedził zimno - generał Zabac.
- Dla ciebie, tłuściochu - komendant Leonhart! - odciął się gniewnie Seifer, który znowu nie wytrzymał lekceważącego tonu.
- Seif, daj spokój - powiedział cicho zmieszany Squall i oświadczył głośno przeciwnikowi - Przyszliśmy skończyć z twoim "rycerzowaniem". Możesz się poddać - zasugerował łaskawie.
- Jeszcze czego! - zdenerwował się generał. - Zaraz ci dołożę, bezczelny gołowąsie!
- Gołowąsie - roześmiał się Squall. - Dobre! Tego jeszcze nie słyszałem, a ty, Seif?
Ward zdenerwował się kpinami i ruszył do ataku. Squall nawet nie zdążył wykonać jednego ruchu, bo rozdrażniony Seifer puścił na generała ładną wiązankę z Firagi i Meteora, a potem dokończył go limitem.
- Cholera... pokonany przez dzieciaka... - załamał się Ward, bez powodzenia usiłując podnieść się z ziemi. - Gdzieś się tak wyuczył, chłopcze?
- Nie nazywaj mnie chłopcem - zirytował się Seifer. - A gdzie się wyuczyłem, to nie twoja sprawa.
- No no, nie ma się o co tak pienić, chłopcze - uspokajał go Ward.
- Przestań. Nazywać. Mnie. Chłopcem - zawarczał wściekły Seifer. Ward jakoś działał mu na nerwy.
- To już jest koniec, generale - oświadczył nieco patetycznie Squall, po czym dodał normalnym tonem - a teraz zjeżdżaj stąd, byle szybko.

- Seif, jestem ci niezmiernie wdzięczny za obronę mojej czci - zażartował Squall po walce.
- Obronę czego? Co ty gadasz?
- Już drugi raz to zrobiłeś. Strasznie cię gniewa, jak ktoś nie nazywa mnie komendantem - wyjaśnił rozbawiony gunblader.
- Bo to... bo to przecież brak szacunku - wzruszył ramionami Seifer. - W końcu jesteś dowódcą, nie?
- A mnie się widzi, że ty naprawdę masz w sobie coś rycerskiego - drażnił się z nim rozweselony Squall. - I co jakiś czas te skłonności dają o sobie znać.
- Pleciesz bzdury - bronił się blondyn.
- Chciałbyś być moim rycerzem, Seif? - spytał Squall, po czym dostał napadu wesołości, i musiał oprzeć się o ścianę, zgięty wpół ze śmiechu.
- Czekaj, dam ja ci rycerza - odgrażał się speszony Seifer, nerwowym ruchem przeczesując dłonią włosy. - O rany, Squall... przestań już rżeć, no. Naprawdę chodziło mi o -
- ...brak szacunku. Dobrze, niech ci będzie - odparł poważnie Squall.
Po chwili jednak nie wytrzymał i znowu zaczął się śmiać. Seifer spojrzał na niego z wyrzutem.
- Przepraszam, Seif. Po prostu nie mogłem się powstrzymać - powiedział z pojednawczym uśmiechem Squall. - Czasami jesteś taki uroczy.
- Jaki jestem?! - zapytał z niedowierzaniem blondyn.
- Zabawny. Co, nie dosłyszałeś?
- Nie to powiedziałeś - zaprotestował Seifer.
- A co? - zaciekawił się Squall.
- No, że jestem... yyy... Nieważne! - zdenerwował się starszy gunblader.
Wiedział, że przy najbliższej okazji i tak zjedzie od góry do dołu każdego, kto ośmieli się nie okazywać szacunku dowódcy Ogrodu. Squall znowu będzie się z niego śmiał, ale trudno.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnia edycja: 2011/08/20 18:56 przez shizonek.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/08/20 19:17 #7383 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Ja naprawdę dowodzę
Urocze, chyba najlepszy jak dotąd odcinek. Scena na Ragnaroku o wiele lepsza od oryginału :) Ale, żeby nie było tak słodko, mam jednego poważnego komplejna - dlaczego nie ma stosownego obrazka do sceny z przygotowań do hibernacji, hę? Z pewnością podniosłoby to jeszcze walory tego posta :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Donacja Discord

Kto jest online

Odwiedza nas 93 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • pieniu85 awansuje jutro na nowy poziom! (36)
  • jagero za 2 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • Kikut za 2 dni awansuje na nowy poziom! (25)
  • piwo89r za 4 dni awansuje na nowy poziom! (32)
  • Kayoko za 6 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • Meesiek za 6 dni awansuje na nowy poziom! (38)
  • vincent69 za 7 dni awansuje na nowy poziom! (38)
  • Shadica za 8 dni awansuje na nowy poziom! (28)
  • quong za 9 dni awansuje na nowy poziom! (33)