Forum

Ja naprawdę dowodzę

Więcej
2011/07/04 14:25 #6944 przez shizonek
Miałam wpierw wstawić fica ze Squallem i Light, ale utknęłam na mieliźnie przy poprawkach... a że to kobyła na 100 stron, to na razie się setnie znudziłam. I machnęłam sobie w tzw. międzyczasie dla urozmaicenia inny tekst:) Jest to dalsza część do "Zamknij się i graj, Leonhart" , czyli FF8 na opak;) Powstanie tegoż jest zasługą/winą Robina, który mnie zmobilizował do dalszej emanacji mojej grafomanii. lulu.selphie, dzięki za podsunięcie pomysłu na Irvine'a (przynajmniej do pewnego stopnia o_O).
Formalnie nie wygląda to już dokładnie jak pierwsza część... wzięłam sobie do serca uwagi o totalnym braku opisów i gołych dialogach (Rincia, pozdrawiam;) ..może trochę ucierpiał na tym humor.. no nie wiem.
Opowiadanka trochę się zazębiają, bo - przyznaję samokrytycznie - końcówkę pierwszej części odpędzlowałam dość niedbale (a nie chcę już edytować). Teraz to nadrabiam.
To tyle ode mnie, wstawiam tekścik, proszę o wyrozumiałość dla wszelakich potknięć - napisałam toto w jeden weekend, a tworzenie o 3 w nocy skutkuje czasami pojawieniem się ewidentnych głupot w treści.
Ah, i wybaczcie mi kiepskie tytuły - jestem w tej dziedzinie utalentowana jak noga od krzesła.

Oczywiście postacie i lokacje należą do Square Soft/Enix itp (nie wiem doprawdy, czy te nudy zawsze trzeba umieszczać we wstępie... uch) a polskie nazwy z Balamb.pl

- - - - - - - - - - - -


Quistis dostała polecenie stawienia się u dyrektora Cida i właśnie jechała windą, zastanawiając się, o co może chodzić. Wysiadła na odpowiednim piętrze i skierowała się do biura zwierzchnika.
- Aaa, pani instruktor Trepe - powitał ją korpulentny mężczyzna, wstając zza biurka. - Proszę usiąść, mam pani coś do powiedzenia.
Odchrząknął i zaczął:
- Doszły mnie słuchy o pani nagannym stosunku do studentów...
Quistis zmarszczyła brwi. A cóż to niby miało znaczyć?
- Nie bardzo rozumiem, panie dyrektorze.
Cid wiercił się niespokojnie w fotelu. Nie znosił przeprowadzać takich rozmówek, w dodatku Trepe patrzyła na niego tak zimnym wzrokiem, że poczuł się, jakby zamienili się rolami i to ona była jego szefem. Z wysiłkiem zebrał się w sobie i wyjaśnił:
- Krótko mówiąc, jest pani zbyt despotyczna. Studenci skarżą się bez przerwy na pani zachowanie i ciągłe kary. Zbyt surowe, pozwolę sobie dodać. To SZKOŁA wojskowa, a nie mordownia - upomniał ją łagodnie Cid. - Tu się uczą dzieci i powinna pani brać to pod uwagę.
"Taa, dzieci! - pomyślała wściekła Quistis. - Zwłaszcza te wyrośnięte siedemnastoletnie byki".
- Nie chcemy przecież zniszczyć ich delikatnej psychiki, nieprawdaż? - ciągnął z ojcowskim uśmiechem dyrektor. - To wrażliwi młodzi ludzie, Trepe.
Trepe nie wiedziała - śmiać się czy płakać nad naiwnością Cida. No cóż, nie ona pierwsza i nie ostatnia miała idiotę za szefa.
- Dlatego zdecydowałem o odsunięciu pani od zajęć ze studentami - usłyszała istną bombę. - Pani licencja instruktorska zostaje cofnięta, Trepe. Odtąd służy pani jako zwykła członkini SeeD, oczywiście zachowując swoją dotychczasową rangę. Czy to jasne?
- Tak jest, panie dyrektorze - wyartykułowała Quistis przez zaciśnięte zęby. Cholerne młodociane mięczaki. Ładnie ją załatwili!
- A tu mam dla pani przydział i misję - dyrektor przeszukiwał nerwowo biurko, zasłane mnóstwem papierów. - Zaraz... gdzieś to miałem... - mamrotał pod nosem, grzebiąc w kolejnych dokumentach.
Quistis miała ochotę chwycić te wszystkie papiery i wepchnąć mu do gardła. Nie cierpiała Cida, a jego wystudiowany dobrotliwy uśmieszek działał jej na nerwy.
- O, jest! - ucieszył się, wyciągając jakiś zmięty żałośnie skrawek papieru. - To kontrakt z pewną grupą ruchu oporu z Timber. Pani dostaje przydział do zespołu, który zostanie tam wysłany. Myślę, że powrót do służby polowej dobrze pani zrobi, Trepe. Nabierze pani odpowiedniej perspektywy - wymądrzał się Cid.
- Tak więc... oto pani współtowarzysze: Selphie Tilmitt, Zell Dincht, Seifer Almasy.
Trepe skrzywiła się z minimalną niechęcią. Tej Tilmitt nie znała, ale Dinchta i Almasy'ego kojarzyła. "Dincht jest głupkiem, ale nie będzie z nim problemów. Almasy to ten wielki misiek, który włóczy się za Leonhartem jak wierny pies" - pomyślała złośliwie.
- A dowódcą waszej grupy zostaje... no gdzie ja to zapisałem? - denerwował się dyrektor.
Quistis była już na krawędzi wybuchu.
- Mam, znalazłem. Dowodzić będzie Squall Leonhart - zakomunikował Cid zaszokowanej Quistis. - Znacie się, prawda?
- Owszem - mechanicznie odpowiedziała była instruktor, czując się, jakby dostała Meteorem i Quake'iem jednocześnie.
- To świetnie - uradował się dyrektor. - Więc będzie wam się dobrze współpracowało. To dobrze zapowiadający się młody człowiek. Świetnie wypadł na egzaminie i ma doskonałe wyniki. Jutro rano proszę się zameldować w holu na odprawie.
- Panie dyrektorze?
- Słucham.
- Czy nie mogłabym dostać innego przydziału?
- Obawiam się, że nie, Trepe. To wszystko, może pani odejść.

Quistis wyszła z gabinetu dyrektora, mając ochotę coś zabić albo rozwalić w drobny mak. Cokolwiek. Wyżyła się na stojącej przy drzwiach imponującej doniczkowej roślinie. Po kilku bezlitosnych ciosach batem pozostała w tym miejscu jedynie żałosna kupka ziemi, resztek doniczki i potarganych liści.
Utrata licencji nie zdenerwowała Trepe nawet w ćwierci tak bardzo, jak świadomość, że będzie musiała słuchać rozkazów okropnego byłego studenta.

Seifer ze Squallem wyszli z gabinetu dyrektora Cida w wyśmienitych humorach. Dostali swoją pierwszą misję jako SeeD i byli tym bardzo podekscytowani. Squall miał dodatkowe powody do zadowolenia, bo został dowódcą drużyny, a znienawidzona Trepe trafiła pod jego komendę.
- Seifer, ale jaja! No nie mogę w to uwierzyć - cieszył się świeżo upieczony dowódca. - Wyobrażasz sobie? Trepe będzie musiała mnie teraz słuchać. Chyba pęknie ze złości!
Almasy słuchał entuzjastycznego gadania kumpla z wyrozumiałym uśmieszkiem.
- Dowodzenie to nie zabawa, Squall - pouczył młodszego kolegę. - Musisz być bardziej odpowiedzialny.
- Rany, Seifer - jęknął Squall - czy ty zawsze musisz tak zrzędzić?
Szli korytarzem w stronę holu na parterze. Squall uważnie przypatrywał się dziewczynom kręcącym się koło Centrum Treningowego. Tej w czerwonym chyba nie znał. Jakaś nowa? Seifer spojrzał na kolegę i westchnął ciężko. Wiedział, co będzie dalej. Squallowi aktywowała się właśnie opcja 'myśliwska', widać to było po podekscytowanym błysku w oku.
- Hej, chyba się dotąd nie poznaliśmy? - zagadnął nieznajomą dziewczynę Squall.
- Raczej nie, wczoraj przeniosłam się tu z Galbadii - przyznała, obrzucając gunbladera taksującym spojrzeniem.
- Widzę, że planowałaś trening - zauważył chłopak. - Moglibyśmy potrenować razem, co ty na to?
- Co na przykład? - zapytała. - Jesteś w czymś dobry?
- Pewnie, na przykład w podłączaniu - zażartował Squall z dwuznacznym uśmieszkiem.
- A masz co podłączać? - podchwyciła dziewczyna wyzywająco.
- Jeszcze jak! - roześmiał się gunblader, widząc, że rybka chwyciła haczyk.
- Squall, mieliśmy się spotkać z Selphie - przypomniał mu szeptem przyjaciel.
- Nie teraz, Seifer - syknął niecierpliwie młodszy gunblader. - Idź sam, ja przyjdę później.
Almasy ruszył więc dalej samotnie, zostawiając kumpla przy najnowszej zdobyczy.

- Cześć - powitała go dziewczyna w żółtej sukience. - Jestem Selphie Tilmitt. Zdaje się, że dostaliśmy przydział do jednej drużyny?
- Zgadza się - potwierdził Seifer, obserwując ją z zaciekawieniem. "Nie bardzo wygląda na swój growy odpowiednik" - uznał wreszcie. "Jakaś taka spokojna i ugrzeczniona".
- A znasz naszego dowódcę? - zapytała Selphie. - Ja tu jestem od niedawna, przedtem uczyłam się w Ogrodzie Trabia.
"Tak, wiem"- pomyślał gunblader, ale nie zdradził słowem, że wie o Tilmitt całkiem sporo dzięki Final Fantasy. "Zresztą, pewnie i tak znowu niewiele się zgodzi z rzeczywistością".
- Znam Squalla - przytaknął. - To mój przyjaciel.
- Ooo, to super! - ucieszyła się dziewczyna. - Pewnie się cieszysz, że będziecie razem na misji?
- Mhm - mruknął chłopak bez większego zainteresowania. Tilmitt okazała się dość nudną rozmówczynią.
- Squall nie przyjdzie na spotkanie?
- Przyjdzie, tylko może się spóźnić. Jest trochę zajęty ...treningiem - usprawiedliwił go Seifer, krzywiąc się nieco. Że też zawsze musiał tłumaczyć lekkomyślność przyjaciela i kryć jego wybryki.
- O, a co trenuje? - zaciekawiła się Selphie.
- Hmm... no, tego... podłączanie - chrząknął zmieszany blondyn. "Cholerny Leonhart!"
- Faktycznie, słyszałam coś na ten temat - przyznała Selphie. - Ale u nas w Ogrodzie tego nie mieliśmy. Może Squall mógłby mi to pokazać? - zapytała.
- No, ale wiesz... to chyba nie jest do końca to, o czym myślisz, Tilmitt - Seifer wił się jak piskorz. Z całej duszy nienawidził takich rozmówek.
Na szczęście pojawił się właśnie jego beznadziejny przyjaciel i Seifer odetchnął z ulgą, zrzucając ciężar konwersacji na jego barki.
- Witam, szefie - powitała go Selphie. - Nazywam się...
- Tilmitt - wpadł jej w słowo Squall, poprawiając spodnie i przygładzając rozwichrzone włosy. - Selphie Tilmitt.
- Prosto z treningu? - zagadnęła go wesoło Selphie, patrząc na te manipulacje.
Squall spojrzał na Seifera. Kumpel wzruszył ramionami z miną "A co miałem jej powiedzieć?"
- A tak, tak - powiedział szybko Squall. - Wiesz, Tilmitt, trzeba ciągle być w gotowości bojowej - pouczył ją przemądrzale tonem przełożonego.
- Rozumiem, szefie. A nie pokazałby mi pan tego podłączania? - zapytała zaciekawiona dziewczyna.
- No więc - Squall zerknął ponownie w kierunku kolegi, który kręcił przecząco głową, dając mu jakieś niezrozumiałe znaki. - Może Seifer ci pokaże - wypalił, zadowolony z siebie. - Tylko nie zrażaj się, jak za pierwszym razem odmówi. Jest bardzo nieśmiały.
- Och, naprawdę? - uśmiechnęła się Selphie. - Pokażesz mi to, Seifer?
Squall roześmiał się głośno na widok speszonej miny kumpla.
Były takie momenty, kiedy Seifer Almasy miał ochotę spuścić swojemu nieznośnemu przyjacielowi porządne lanie. To była właśnie jedna z takich chwil.
- Zamknij się, Leonhart! - zażądał zaczerwieniony chłopak, obrzucając wściekłym spojrzeniem zwijającego się ze śmiechu Squalla.
Taka była wdzięczność kolegi za tłumaczenie jego głupich podrywów przed innymi!

Na porannej odprawie wszyscy zjawili się punktualnie, tylko dowódca grupy wpadł w ostatniej chwili, nieco zdyszany. Miał nieprzytomny wyraz twarzy i po drodze zapinał jeszcze spodnie. Seifer spojrzał na kumpla, z rezygnacją witając znajomy obrazek. Squall i jego Poniedziałkowe Poranki. Reszta grupy patrzyła na Leonharta w milczącym oczekiwaniu.
- Idziemy na stację kolejową - oznajmił Squall. Pierwszy raz miał dowodzić i czuł się trochę niepewnie. - Pojedziemy do Timber, gdzie spotkamy się z naszym zleceniodawcą. To grupa ruchu oporu o nazwie Leśne Sowy. Szczegóły wyjaśnię wam po drodze.
Mały oddziałek ruszył w stronę stacji.
- Szlag by to! Seifer, zapomniałem zabrać gunblade'a! - zrozpaczony Squall przypomniał sobie w połowie drogi. - Jak ja będę walczył na misji?
- Może znajdziesz gdzieś jakiś patyk - zadrwił sobie z niego przyjaciel. - Ostatecznie możesz rzucać kamieniami w przeciwników. Albo miotać obelgi.
- Nie bądź taki dowcipny. Mówię serio. Co ja teraz zrobię?
Starszy gunblader uśmiechnął się pod nosem. Ruchem magika wyciągnął w stronę kumpla rękę, do tej pory schowaną za plecami. Trzymał w niej Squallowego Revolvera.
- Ooo, Seif! Dzięki! - uradował się Squall. - Skąd wiedziałeś, że zapomnę go zabrać?
- Widocznie mam zadatki na jasnowidza - odparł ironicznie Seifer.

- Widzę, że zmieniłeś image? - zakpił Squall, obrzucając rozweselonym spojrzeniem wchodzącego do przedziału kolegę. Podczas drogi na stację Squall był zbyt zdenerwowany, by myśleć o czymkolwiek innym poza "O-kurde-ja-naprawdę-dowodzę, ja-naprawdę-dowodzę..." Zarejestrował tylko ułamkiem świadomości jakieś zmiany w wyglądzie kolegi, ale nie myślał o tym.
Seifer pozbył się "pastelowych" t-shirtów i paradował teraz w granatowej kamizelce, ciasno opinającej jego muskularny tors. Na ramiona narzucił jasny płaszcz, a na nogach miał ciężkie, czarne buty do kostek. Skrócił włosy i zgolił brodę. Dokładnie tak wyglądało jego alter-ego w grze, w którą niedawno grali.
Seifer wzruszył ramionami.
- Trudno ciągle się tak samo ubierać - stwierdził lekko. - Poza tym wiecznie się mnie czepiałeś o pastelowe kolory - stwierdził z pretensją.
- Doceniam to, że specjalnie DLA MNIE się tak wystroiłeś, Seif.
- Zamknij się - zdenerwował się blondyn. - Z tobą to tak zawsze, wszystko źle.
- No dobrze, już dobrze - uśmiechnął się pojednawczo ciemnowłosy chłopak. - Nie złość się. Zerżnięte z gry czy nie zerżnięte, ale teraz dużo lepiej wyglądasz.
Podniósł się z miejsca, żeby zamknąć okno. Przejeżdżali akurat przez rozległe Równiny Alcauld i strasznie wiało.
- A to dobre! - zarechotał Seifer, przyglądając się Squallowi. - Mnie wytykasz ściąganie z gry, a sam żeś nie lepszy! Te dodatkowe dwa pasy to niby skąd są, jak nie z Final Fantasy?
Squall zmieszał się tylko na krótką chwilę, ale zaraz odzyskał rezon.
- To zbieg okoliczności - oświadczył nonszalancko. - Tak naprawdę to są po to, żeby... Żeby było gdzie przyczepiać zapasowe naboje do gunblade'a! - zakończył triumfalnie.
- Taa, jasne. A wziąłeś pod uwagę, Squall, że te pasy bardzo utrudnią ci szybkie rozpinanie spodni? W twoim wypadku ta opcja jest przecież niezmiernie istotna, co nie? - zadrwił z młodszego kumpla.
- O kurczę, nie pomyślałem o tym - zafrasował się Squall, ściągając brwi z zakłopotaniem.
Zmartwiona mina ciemnowłosego gunbladera była genialna. Seifer ryknął głośnym śmiechem.
- No i czego rżysz? - rozzłościł się Squall. - Wydałem na te pasy kupę kasy, przecież ich teraz nie wywalę.
- Cały ty, Leonhart! - śmiał się Seifer. - Jak zwykle myślisz nie tą częścią ciała, którą powinieneś. Przyznaj się, chodziło ci o kolejny wabik na dziewczyny, co nie? Tylko wiesz, przez te pasy będziesz się wydawał taki ...niedostępny. A chyba nie o to ci chodzi?
Squall jednak tylko odburknął coś niezrozumiałego i wcisnął się w kąt kanapy, naburmuszony. Seifer obserwował go spod oka. Leonhart nie mógł długo wytrzymać bez gadania. Aż go rozsadzało, gdy musiał milczeć. "Ciekawe, czy wytrwa do następnej stacji", pomyślał z humorem blondyn.
Ledwo skończył tę myśl, usłyszał niepewne pytanie:
- Seif... naprawdę myślisz, że z tymi pasami, no... że dziewczyny to odstraszy?
- Nie wiem, Squall - uśmiechnął się pod nosem Seifer - może nie będzie tak źle.
- Wszystko przez tego ofermowatego "bohatera" z gry - wymamrotał ze złością ciemnowłosy szermierz - to se wymyślił z tymi pasami, kurde! Szkoda, że jeszcze nie wpadło mu do głowy upitolić sobie jednej nogawki, żeby była krótsza od drugiej!
Blondyn milczał, słuchając pełnego pretensji monologu Leonharta. Młodszy kolega czasami musiał się po prostu wygadać. Wystarczyło mu nie przerywać i mógł tak zasuwać przez długie minuty.
- Ten twój miał jakiś lepszy gust - stwierdził z zazdrością Squall - żadnych głupich dodatków i kombinowania ze spodniami. Wiesz - uznał, obrzucając uważnym wzrokiem przyjaciela - nawet nieźle się w tym prezentujesz. Zwłaszcza w tej obcisłej kamizelce - powiedział z aprobatą, puszczając do niego oko.
- Cóż to, zamierzasz zmienić orientację? - zakpił niezręcznie Seifer. Kolega przyglądał mu się z jakąś podejrzaną ekscytacją. Jasnowłosy gunblader poczuł się nieswojo, a jego uśmieszek zbladł.
- Hmm... jak tak na ciebie patrzę, misiu, to zaczynam się nad tym poważnie zastanawiać - mruknął Squall, wbijając w niego intensywne spojrzenie.
- Nie wygłupiaj się, Leonhart.
Seifer poruszył się niespokojnie. Nie zauważył wcześniej, że ten smarkacz potrafi hipnotyzować wzrokiem.
- A chciałbyś, żebym zmienił? - zamruczał Squall, wstając z miejsca i zbliżając się powoli do Seifera.
- Daj spokój, to nie jest śmieszne - próbował spacyfikować go zmieszany blondyn, cofając się w stronę wyjścia.
Squall nie wytrzymał już dłużej i wybuchnął gromkim śmiechem na widok spanikowanego kumpla, przyciśniętego plecami do drzwi. Przez kilka minut nie mógł się uspokoić, zaśmiewając się do łez. Seifer był taki poczciwy, zawsze dawał się nabierać na najbardziej nawet nieprawdopodobne kawały.
- Ooooch, Seif - Squall z trudem wyartykułował kilka słów. - Nigdy nie zapomnę twojego wyrazu twarzy. Ty NAPRAWDĘ myślałeś, że ja... - zarechotał wesoło.
Blondyn poczuł, jak opada z niego napięcie i pojawia się gniew. Tego już za wiele! Nie będzie znosił dowcipów tego chudego gówniarza, jak jakieś pokorne cielę!
- Leonhart, miarka się przebrała - syknął wściekle. - Dosyć tego!
Ruszył w kierunku kumpla, podciągając rękawy płaszcza. Zaraz pokaże gnojkowi, że z Seiferem Almasy'm nie pogrywa się w takie gierki!
- Hej, Seif, no co ty - tym razem to Squall wycofywał się w kierunku drzwi. - Nie znasz się na żartach? Przecież to nie było na serio. No chyba, że właśnie o to się wkurzyłeś... że nie na serio?
Leonhart nawet w krytycznym momencie nie umiał powściągnąć swojego jęzora.
Rozwścieczony do żywego blondyn zamachnął się na przyjaciela. Squall zasłonił bezradnie głowę rękami. Chyba tym razem przesadził. Seifer jeszcze nigdy nie był taki wkurzony. Oczekiwał na cios, ale jedyne, co nastąpiło, to głośny huk, gdy blondyn łupnął swoją potężną pięścią w ścianę, tuż obok głowy skulonego Squalla, wyładowując złość.
Przecież nie uderzyłby tego kretyna.
"Pociąg nie uległ uszkodzeniu po tej drobnej wibracji... powtarzam... pociąg nie uległ uszkodzeniu..." - popłynął komunikat z głośników.
Do przedziału wpadł Zell. Na widok Squalla przyciśniętego do ściany i nachylonego nad nim Seifera zawahał się.
- Seifer... - wyszeptał boleśnie - Co ja widzę...
Wysokiego gunbladera aż zatchnęło. No jasne, Dincht musiał się pojawić w najmniej pożądanym momencie.
- Mnie wciskasz kit, że "to była pomyłka, Zell", a tymczasem zabawiasz się z innym!
- Zamknij się, Dincht - warknął zły i załamany Seifer. Że też musiał się użerać jednocześnie z niepoprawnym żartownisiem i obrażalskim narwańcem!
Squall nadal stał przyparty do ściany, powstrzymując śmiech. Nie odważył się jednak na kolejne dowcipy, choć aż go korciło. Seifer był jednak zbyt blisko i w każdej chwili mógł zmienić zdanie odnośnie użycia pięści.
- Jesteś podłym oszustem, Almasy! - oświadczył rozżalony Zell i odwrócił się, aby wyjść z przedziału.
- Seifer, może powinieneś mu jednak wytłumaczyć - spróbował wykaraskać się jakoś z niewygodnej pozycji Squall. - Biedak pomyśli, że już ci się nie podoba albo coś - wyjaśnił, po czym zorientował się, że dolał oliwy do ognia. Almasy mruknął wściekle, przypominając sobie o jego istnieniu.
- Hej, Diiiiincht! Nie zostawiaj mnie z nim samego! - rozpaczliwe wołanie Squalla dogoniło Zella na korytarzu.

Squall postanowił iść sprawdzić, czy Rinoa jest już gotowa do rozpoczęcia akcji. Zapukał do drzwi jej przedziału.
- Kto tam?
- To ja, Squall - oświadczył raźno. Był ciekaw, jak potoczy się scenka, którą pamiętał z gry.
Drzwi otwarły się i stanęła w nich ciemnowłosa dziewczyna.
- Czego chcesz, Leonhart? - burknęła niechętnie.
"Hmm... chyba nie będzie powtórki z rozrywki" - uznał, smętnie żegnając w myślach obrazek rzucającej mu się ekstatycznie na szyję Rinoi.
- Niedługo powinniśmy zaczynać. Przyszedłem ci powiedzieć, żebyś się przygotowała.
- Niepotrzebnie się fatygowałeś - mruknęła, odsuwając się od drzwi i podchodząc do stołu, na którym leżało pełno jakiegoś żelastwa. Squall odważył się wejść do środka. Ledwo jednak przekroczył próg, przez pomieszczenie śmignął jakiś wielki czarny kształt i ściął gunbladera z nóg.
- Diablo! Co ty wyprawiasz! - syknęła rozeźlona Rinoa, patrząc na swojego pupila, który z czysto psim entuzjazmem lizał Leonharta po twarzy i sprawiał wrażenie, jakby było to dla niego szczytem szczęścia. Gdyby miał ogon, pewnie merdałby nim euforycznie.
- Dobry Diabełek, dobry - Squall pogładził go po karku, uszczęśliwiając rottweilera jeszcze bardziej i prowokując go niechcący do kolejnej porcji radosnego wylizywania.
- Nie nazywaj go tak - rozzłościła się Rinoa. Była zła na Diablo. Co to niby miało być?! Cholerny pies bojowy, a łasi się do byle kogo jak kanapowy piesek! Narobił jej obciachu przed tym chudym wesołkiem.
Gunblader podniósł się wreszcie z podłogi, rękawem obcierając twarz z psiej śliny. Poklepał Diablo po głowie, a pies usiadł, wpatrując się w chłopaka z bezgranicznym uwielbieniem w oczach.
- Sympatyczna psina - uznał wesoło Squall.
- Nie powinien tak się zachowywać - wyrwało się Rinoi. - Jest nieufny w stosunku do obcych.
- Och, mnie zawsze lubiły wszystkie zwierzaki - uśmiechnął się chłopak.
Dziewczyna mruknęła coś pod nosem i odwróciła się z powrotem w kierunku stołu. Squall zaciekawił się leżącym tam składem różnorakiej broni.
- Przygotowujesz się do walki? - zapytał. - A jakiej broni używasz? Takiego wystrzeliwanego bumerangu? - zaryzykował pytanie, choć podejrzewał, że znowu nie będzie tak, jak w grze. Miał rację. Rinoa obróciła się do niego z wściekłą miną.
- Chcesz mnie obrazić, Leonhart?! - warknęła. - Czy ja wyglądam na kogoś, kto używa cholernego frisbee?!
- N-nie, jasne, że nie - bronił się speszony Squall. - Tak mi się po prostu głupio powiedziało...
Dziewczyna rzuciła na niego złe spojrzenie i wróciła do przerwanego zajęcia. Zdjęła ze stołu dwie kabury udowe z pistoletami i zaczęła je przypinać do nóg. Squall śledził te manipulacje ze źle ukrywanym zainteresowaniem. Niestety, Rinoa momentalnie to spostrzegła.
- Na co się gapisz?! - syknęła rozwścieczona, kopiąc chłopaka w goleń. Squall jęknął z bólu i zwalił się na podłogę.
Spojrzała na niego z mściwą satysfakcją. Co jej tu jakiś żołnierzyna będzie podskakiwał!
Squall podniósł się z ziemi, rozcierając bolącą nogę.
- Ale jesteś bezlitosna - powiedział, spoglądając żałośnie w kierunku dziewczyny.
- W ruchu oporu trzeba być twardym, Leonhart - wyjaśniła mu z pogardliwym uśmieszkiem. - Nie ma miejsca na jakieś wasze cackanie się z magiami, potworami i innymi fikuśnymi rzeczami!

Squall wrócił do przedziału. Mieli jeszcze kilkanaście minut do rozpoczęcia. Wtem przypomniało mu się wszystko, co wydarzyło się w grze. Zaniepokoił się. A co, jeśli to się sprawdzi? Co prawda większość fabuły była zmyślona, ale to i owo się zgadzało od czasu do czasu.
Seifer patrzył na zamyślonego przyjaciela. Dziwne, ale nie odzywał się od dobrych pięciu minut. Chyba coś było nie w porządku. Może denerwował się swoją pierwszą akcją, w której miał dowodzić?
- Co tam, szefie? - zakpił przyjaźnie, chcąc go rozruszać. - Martwisz się, czy odczepimy właściwy wagon z prezydentem?
- Niczym się nie martwię - zbył go Squall. - Zdaje ci się.
- Nie ściemniaj - Seifer wiedział doskonale, że jego przyjaciel kompletnie nie umie ukrywać swoich emocji. Każde najdrobniejsze uczucie można było od razu wyczytać z jego twarzy i zachowania. Teraz się czymś przejmował, to było wyraźnie widać.
- Dobra, powiem ci - skapitulował Squall. - Bo wiesz... pamiętasz, jak graliśmy w "naszą" grę?
Almasy potaknął.
- A jeśli wszystko stanie się tak, jak tam było? Wiesz, z fałszywym prezydentem, i potem z tą Edeą.
- Nie przejmuj się na zapas, Squall. Przecież sam widzisz, że rzadko coś się zgadza. Najlepszy przykład z Rinoą - zaśmiał się Seifer. Kumpel jednak nie zawtórował mu, nadal był przygnębiony. - Przyznaj się, czym tak bardzo się przejąłeś?
- Bo później... w tym studiu telewizyjnym - przypomniał mu młodszy gunblader - pojawił się ten twój bohater. I wiesz, co było dalej.
A więc tym gryzł się Squall.
- Jeśli o to ci chodzi, to nie zamierzam porywać Delinga na oczach tysięcy ludzi. Najmowanie się do roli podnóżka dla Edei też jakoś mało mnie pociąga - zakomunikował sarkastycznie blondyn.
- Skąd wiesz, co się stanie? Przecież ona jakoś otumaniła twojego bohatera. Zapuści ci jakąś hipnozę i też pójdziesz, i nawet nie będziesz wiedział, co się stało. Polecisz za nią tak, jak tamten! - wypalił młodszy szermierz. - Zostawił nawet swoich przyjaciół!
- Nie przejmuj się tym, Squall. Nie zostawię cię - uśmiechnął się pod nosem Seifer.

Prezydent rzeczywiście był fałszywy. Obawy Squalla powróciły ze zdwojoną siłą.
- Widzisz, Seifer - syknął młodszy gunblader - daliśmy dupy, tak samo jak w grze. I co teraz? Powinniśmy chyba zasuwać do Ogrodu Galbadia, no nie?
- Ale może pójdziemy najpierw sprawdzić, czy na pewno Deling będzie na wieży telewizyjnej - zaproponował Seifer, zaciekawiony rozwojem sytuacji. - No i czy ta cała Edea się pojawi.
- Nie, Seif - zaniepokoił się młodszy chłopak. - Nie idź tam. Nie chcę, żeby ta odpicowana wiedźma cię porwała!
- Spokojnie, Squall. Zerknę sobie tylko z daleka. Nawet mnie nie zauważy.
- Nie - uparł się Squall. - Lepiej nie ryzykować.
- No dobra, niech ci będzie - westchnął Seifer. - A tak się chciałem dać opętać Edei! - stwierdził z udawanym żalem, po czym ryknął śmiechem z przerażonej miny przyjaciela.
- To wcale nie było śmieszne - nadąsał się Squall.

Rinoa oświadczyła, że chce iść na wieżę telewizyjną, gdzie podobno coś miało się dziać. Chcąc nie chcąc, cała grupa udała się z nią. Była ich zleceniodawczynią, nie mieli więc wielkiego wyboru. Squall zabronił jednak Seiferowi podchodzić bliżej. Kazał mu zabezpieczać tyły i pilnować, by nikt ich nie zaskoczył. Starszy gunblader podporządkował się temu poleceniu z pobłażliwym uśmieszkiem.
Patrzyli teraz na pojawiający się obraz. Był jeszcze nieco zaśnieżony, ale stopniowo pokazała się wyraźna twarz Vinzera Delinga. Squall był bardzo ciekawy, co się stanie. W pewnym momencie do studia wpadła grupa zamaskowanych osobników. Jeden z nich chwycił prezydenta i wziął go na zakładnika. "Zupełnie jak Seifer w grze!" - Squall aż wstrzymał oddech. Po krótkiej szamotaninie drugi z napastników podszedł do kamery i wyskandował dziarsko:
- Wolny Timber! Won, galbadyjskie szakale! - i pokazał gest powszechnie uznawany za obraźliwy.
- Szlag! - zaklęła Rinoa, przyglądając się bacznie porywaczom i ich logo, którym gracko machali przed kamerą. - To Skalne Jaźwce! Cholery jedne, sprzątnęli nam prezydenta sprzed nosa!
- Koledzy po fachu? - zakpił Squall.
- To jedna z tutejszych grup ruchu oporu - wyjaśniła Rinoa ponuro. - Mamy z nimi na pieńku. W zeszłym roku wleźli nam w paradę, gdy mieliśmy porwać galbadyjskiego ministra. Teraz znowu nam zakosili prezydenta.
Squall z trudem powstrzymał śmiech.
- To chyba u was najpopularniejszy zawód - członek ruchu oporu - zażartował.
- Tak - potwierdziła Rinoa, nie łapiąc dowcipu.
- To ile tu macie tych grup? W każdym domu jedna?
- Mniej więcej. Jedne grupy są większe, inne mniejsze - wyjaśniła dziewczyna. - Najbardziej znana ma rewir koło redakcji Świrów z Timber. Nazywa się Wąż Przez Drogę - oznajmiła.
Gunblader zarechotał wesoło, ale błyskawicznie zamilkł, gdy Rinoa zagroziła mu kolejnym kopniakiem w piszczel. Patrzyli jeszcze przez chwilę na buńczuczne zapowiedzi Skalnych Jaźwców, ale potem obraz ponownie się zaśnieżył i widowisko się skończyło.

- Seifer, gdzie jesteś?! - Squall szukał kumpla. Resztę teamu odesłał do tymczasowej kryjówki koło redakcji Świrów, a sam poszedł na poszukiwania. Przyjaciela nie było w miejscu, którego miał pilnować, ani nigdzie w okolicy, i Squall zaczął odczuwać narastający niepokój.
- Seifer!!! Gdzie jes...
Poczuł, że ktoś zasłania mu dłonią usta i wciąga do jakiegoś zaułka. Usłyszał przy uchu niecierpliwy szept:
- Cicho bądź, to ja.
- Seifer? - ucieszył się Squall, obracając się do kumpla. - Miałeś stać tam na rogu, a nie kryć się po jakichś dziurach!
- Łazi tu pełno galbadyjskich żołnierzy - wyjaśnił blondyn. - A ty sobie chodzisz i drzesz się jak na karaoke!
- Szukałem cię - nadąsał się Squall. - Myślałem, że...
- ...że Edea mnie porwała? - zaśmiał się Seifer.
- Nie wiem, co tak cię w tym śmieszy - wzruszył ramionami młodszy gunblader. - Lepiej już stąd chodźmy.

Udało im się wydostać z miasta i dojechać do Ogrodu Galbadia, mimo zamieszania, jakie ogarnęło Timber po próbie porwania prezydenta. A raczej po dwóch próbach - bo oczywiście wydała się ich wpadka z nieudanym porwaniem w pociągu. W Galbadii okazało się, że dostali nowy rozkaz - udania się do Deling i wzięcia udziału w zamachu na Edeę. Dołączył też do nich nowy towarzysz - Irvine Kinneas. Squall był bardzo ciekawy snajpera. Ten growy był fajnym gościem i cieszył się wielkim uznaniem Squalla jako "jedyny normalny facet w tej całej grze". Gunblader rozczarował się jednak straszliwie. Próbował zakumplować się z nowym nabytkiem w swojej drużynie, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Na pytanie, czemu jest taki milczący i nietowarzyski, Kinneas odburknął ponuro, że "snajperzy są samotni z natury" i nie powiedział już nic więcej.

Już drugi dzień cała grupa siedziała w jednym miejscu, przeczekując chaos. Na drogach było pełno galbadyjskiego wojska i nie dało się dojechać do Deling. Wydostali się z Ogrodu Galbadia i z konieczności zaszyli w jednej z kryjówek SeeD, przygotowanych właśnie na takie okazje.
- Rany, Seifer, co za dziura! - jęknął z niechęcią Squall, obrzucając spojrzeniem smętną mieścinę, składającą się z trzech budynków i wciśniętą gdzieś między wysokie, jasnobrązowe skały. Totalne pustkowie. Po jedynej ulicy hulał wiatr, przeganiając wte i nazad jakieś brudnożółte krzaki.
- No, nie wygląda najlepiej - przyznał mu rację kolega. - Ale przecież nie będziemy tu siedzieć wiecznie.
Niestety, upłynęły już prawie dwa dni i sytuacja nie uległa zmianie. Squall nudził się niesamowicie, nie mając nic do roboty. I jeszcze to towarzystwo... Mimo jego wysiłków, Rinoa nie dała się wciągać do najmniejszej nawet rozmowy, spławiała chłopaka półsłówkami. Squall czuł się coraz bardziej zniechęcony tymi bezowocnymi próbami. Irvine, jak wiadomo, okazał się strasznym mrukiem, Selphie była monotematyczna i ugrzeczniona, a z Quistis nie zamierzał rozmawiać. Jeszcze nie był aż tak zdesperowany. Zell może by i z nim chętnie pogadał, ale nadal był obrażony na Squalla za cały incydent z Almasy'm w pociągu. Uważał, że to jego wina, i stale rzucał mu spojrzenia pełne urazy.
Całego narzekania musiał więc wysłuchiwać Seifer. "Squall, kiedy nie ma co robić, jest okropny - zauważył blondyn. - Zachowuje się jak znudzony pięciolatek."
- Chodźmy gdzieś, Seif - marudził Squall. - Zróbmy patrol po okolicy, zobaczymy, co tu w ogóle jest. Może są jakieś ciekawe potwory? - ożywił się nieco.
- No nie wiem - zawahał się starszy chłopak. - Powinniśmy tu siedzieć i pilnować Rinoi. Przecież nadal jest naszą klientką, mamy ją chronić - przypomniał koledze.
- Zostawimy z nią Quistis i Selphie - zaproponował natychmiast Squall. - A my pójdziemy na rekonesans. Trzeba sprawdzić, czy w okolicy nie czai się jakieś niebezpieczeństwo. Mogli się tu zaplątać jacyś galbadyjscy maruderzy - wymądrzył się.
Seifer skapitulował. Właściwie też mu się nudziło.
- Ty tu jesteś szefem - zauważył ironicznie.
- Właśnie - ucieszył się Squall. - I to jest mój rozkaz! Idziemy na patrol, Seif! - zakomenderował dumnie.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/05 07:27 #6947 przez lulu.selphie
:lol: :lol: Scena w pociągu była świetna :ohmy:
Spadłam z krzesła jak sobie to wyobraziłam :D Nie ma co twój Squall jest królem manipulacji :woohoo:
Cóż tu więcej pisać czekam na ciąg dalszy :)

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/05 09:00 #6948 przez shizonek
Dzięki:)

lulu.selphie napisał: Napisałaś to w ciągu jednego weekendu ? Podziwiam :D J

Nie no, napisałam więcej, to jest mniej więcej połowa.
Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]
Muszę podumać nad dalszym rozwojem akcji, żeby to miało ręce i nogi. No ale to w kolejny deszczowy weekend... :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/09 17:06 - 2011/07/09 17:25 #6974 przez shizonek
Kolejna porcja fica. Z góry przepraszam wrażliwych za pojawiające się tu lukry - ale nie mogłam się powstrzymać. <rechocze szatańsko nad klawiaturą>

- - - - - - - - - -


Rola dowódcy nie była łatwa. Niedoświadczony lider przez dobry kwadrans musiał przekonywać Zella do towarzystwa Irvine'a.
- Nie chcę iść z tym ponurakiem - buntował się wytatuowany SeeD. - Czemu nie możemy iść na patrol w trójkę? - popatrzył na Squalla obrażony. "Coś za często ten cały Leonhart łazi z Seiferem", pomyślał zazdrośnie.
- Bo Kinneas nie może iść sam - wyjaśnił mu cierpliwie Squall, starając się nie tracić opanowania. Trepe obserwowała jego wysiłki ze złośliwym uśmieszkiem satysfakcji, a Rinoa przyglądała się pogardliwie całej dyskusji. Gunblader poczuł, że upór Zella zaczyna go wkurzać.
- No to niech Irvine idzie z tobą - podsunął pomysł Zell. - A ja mogę pójść z Seiferem...
- Dincht! Koniec tego ględzenia! - rozzłościł się Squall. - Nie ma wybierania sobie, co chcesz robić. Idziesz z Kinneasem i już!
- Tak jest - mruknął Zell, rzucając jednak na dowódcę ponure spojrzenie.
Squall wiedział, że naraził mu się jeszcze bardziej. Czemu to dowodzenie było takie trudne? Miało być fajnie - pomyślał z pretensją, sam nie wiedząc, do kogo właściwie.
- Kinneas, zbieraj się z Dinchtem - zarządził raźno. - Idziecie na północ, obejdźcie jak największy kawałek terenu i wróćcie z raportem.
- Na północy są stumetrowe skały - cierpko poinformował go Irvine. - Mamy się z Dinchtem na nie wspinać, szefie? - zapytał sarkastycznie.
Squall jęknął w duchu. Czemu wszyscy rzucali mu kłody pod nogi?! Jakby się zmówili.
- Nie stwarzaj sztucznych trudności, Kinneas. Obejdziecie skały i tyle - oznajmił dziarsko.
- Ale one rozciągają się na długości kilkunastu kilometrów - oznajmił rzeczowo strzelec. - Oglądałeś może mapy tutejszego terenu, szefie? Skały są oznaczane takimi trójkącikami. Wydają się być małe, ale to dlatego, że - snajper zawiesił dramatycznie głos - są przedstawione w skali. W rzeczywistości skały są dużo większe.
Trepe nie wytrzymała i zachichotała złośliwie. Zawtórował jej Zell, ciągle obrażony na dowódcę i zadowolony z jego wpadki. Rinoa pozwoliła sobie na zdegustowane prychnięcie. To miał być profesjonalny oddział SeeD?
- Nie wymądrzaj się, Kinneas - zgromił go Squall, starając się stłumić narastającą rozpacz. - Umiem czytać mapy, dziękuję za troskę. "Ten drań odzywa się oczywiście tylko wtedy, kiedy nie potrzeba."
- Bardzo mnie to cieszy, szefie - uśmiechnął się złośliwie snajper.
- No już, ruszajcie w drogę - popędził obydwu podkomendnych Squall. Wyszli niechętnie. Irvine pokręcił głową z politowaniem, a Zell obrzucił dowódcę zawistnym spojrzeniem.
- Trepe i Tilmitt, zostajecie tutaj i macie za zadanie ochraniać Rinoę - powiedział Squall. - Czy to jasne?
- Jak słońce, szefie! - mruknęła Quistis. Selphie skinęła głową, nic nie mówiąc.
Gunblader czekał na jakiś przytyk, ale kiedy Trepe nic się nie odezwała, odetchnął z ulgą.
- Ja z Seiferem udajemy się na patrol na południe - poinformował dziewczyny Squall, przypinając gunblade'a do pasa i zmierzając w stronę wyjścia. - Wrócimy za kilka godzin.
- A wziął pan kajak, szefie? Albo jakiś składany most? - jadowity głos Trepe zatrzymał go w drzwiach.
No jasne, jak mógł myśleć, że obejdzie się bez kpin z jej strony.
- Nie? No to może urządzenie do teleportacji na drugi brzeg? - wyzłośliwiała się Quistis z uciechą, patrząc na skonsternowaną minę Leonharta, który najwidoczniej nie miał pojęcia, że na południu co krok trafiały się rzeki i strumienie. "Nie myśl sobie, gówniarzu, że jesteś taki cwany, bo dostałeś dowodzenie małym oddziałkiem!"
Seifer spojrzał na przyjaciela. Chyba zadanie trochę go przerosło.
- Damy sobie radę, Trepe - rzucił nonszalancko w kierunku byłej instruktor. - Myśl lepiej o swoim zadaniu, a nami się nie przejmuj.
Quistis pogardliwie wzruszyła ramionami, z miną "A róbcie sobie, co chcecie, ja ostrzegałam".
Obaj gunbladerzy wyszli na zewnątrz.

Przeszli już spory kawałek drogi, nim Squall wreszcie się odezwał.
- Seifer, ja się chyba nie nadaję na dowódcę - przyznał smutno. - Widziałeś, co się działo. Nie słuchają moich rozkazów, robią sobie żarty.
- E tam, całkiem dobrze ci poszło - Seifer popatrzył uważnie na kolegę. Leonhart wlokący się smętnie ze spuszczoną głową stanowił niecodzienny widok. To było do niego niepodobne. - Trochę wierzgali, ale to tak zawsze jest na początku. Przecież w końcu cię posłuchali.
- Niby tak, ale... nikt mnie nie lubi - użalił się nad sobą.
- Co za bzdury. Po pierwsze, ja cię lubię - oznajmił z naciskiem Seifer. - Po drugie, Tilmitt przecież nic do ciebie nie ma, Dincht tylko chwilowo się obraził, ale mu szybko przejdzie - poinformował z przekąsem, przypominając sobie humory Zella - a Kinneasem się nie przejmuj. Gadałem z kumplem z Galbadii, i ten zakichany strzelec to po prostu kawał nieprzyjemnego gnojka. Zadziera nosa, bo jest snajperem, więc uważa się za elitę, czy coś w tym rodzaju.
Squall poczuł się trochę lepiej, mimo to zgłosił kolejne zastrzeżenia.
- Ale Trepe nadal mnie nienawidzi! No i Rinoa mnie olewa...
- Oj no, co ci poradzę? Przecież Trepe znasz nie od dziś, i zawsze była taka zjadliwa - przypomniał Seifer. - Teraz ci zwyczajnie zazdrości, że dostałeś dowodzenie, a ona kopa w tyłek. A Rinoa... no cóż, rzeczywiście nie jest taka, jak w grze - zaśmiał się trochę ironicznie. - Ale po co się tym martwisz? Będziesz świetnym dowódcą, zobaczysz - poklepał przyjaciela po plecach.
- Tak myślisz? - rozpromienił się Squall. - Dzięki Seif, jesteś prawdziwym kumplem.
Blondyn pozwolił sobie na krzywy uśmieszek. Po smutku Leonharta nie pozostał nawet drobny ślad. Na szczupłej twarzy młodszego gunbladera widniał, jak zawsze, ujmujący uśmiech. Squall był niezniszczalnym optymistą, mimo przejściowych chwil zwątpienia.

Po paru godzinach włóczęgi po bezdrożach obaj zatrzymali się na krótki odpoczynek nad jakąś rzeką. Rzeczywiście na pobliskich terenach trafiało się sporo wody, ale większość strumieni była płytka i nie musieli się kłopotać przeprawą, wbrew czarnowidztwu Quistis.
Squall nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu i już po chwili zerwał się, żeby pobuszować po najbliższym otoczeniu. Seifer obserwował go leniwie, siedząc na głazie i zastanawiając się, skąd kumpel ma w sobie tyle energii. Jego samego od długiego łażenia po wertepach zaczynały już porządnie boleć nogi. Squalla za to w ogóle nie imało się zmęczenie. Wyglądał na tak samo wypoczętego, jak w chwili wymarszu na patrol.
- Seifer, idę się przejść kawałek na dół - oznajmił, nie czekając na odpowiedź i schodząc do małego kanionu.
- Zaczekaj, trzeba sprawdzić, czy nie ma tam jakichś potworów na wysokim levelu - powiedział Seifer do pustki, gdyż Squall w międzyczasie zniknął już za skalistym załomem. "Leonhart jak zwykle nie dba o podstawowe środki ostrożności", sarknął w duchu. Podniósł się ze znużeniem ze swojego kamienia i ruszył za niefrasobliwym przyjacielem. Wspomniany lekkoduch kroczył sobie w najlepsze środkiem ścieżki biegnącej między dwoma niemal pionowymi ścianami. Seifer natychmiast przyspieszył kroku, zauważywszy wyrośniętą Chimerę, czyhającą na jednej z półek skalnych. Nie był to najłatwiejszy przeciwnik. Seifer walczył z czterogłową bestią raz czy dwa i pamiętał, jaka była żywotna.
- Leonhart, za tobą! Chimera!
Squall obejrzał się, błyskawicznie chwytając Revolvera, ale w międzyczasie potwór zdążył już zeskoczyć i ruszyć do ataku na zaskoczonego chłopaka.
- No pięknie - mruknął pod nosem Almasy, dobiegając do miejsca starcia w samą porę, by osłonić Leonharta przed solidną Thundagą. Miał założoną absorpcję magii piorunowej, więc poczuł tylko delikatne mrowienie, gdy przeszyło go elektryczne wyładowanie.
- Squall, dawaj Diablosa - rzucił niecierpliwie Seifer. - Będzie szybciej.
Skrzydlaty demon pojawił się po chwili, zadając Chimerze bolesne straty. Obaj zdobyli mrocznego GFa całkiem niechcący, znalazłszy go w jakimś dziwacznym przedmiocie. Teraz zaśmiewali się na to wspomnienie, ale wtedy demon, który pojawił się znienacka, nieźle ich nastraszył.
Chimera była jednak twardą sztuką i obaj musieli się nieźle namęczyć, żeby ją pokonać.
"Squall nigdy się nie zmieni" - westchnął ciężko Seifer, kolejny raz z rzędu rzucając na zapalczywego towarzysza Esunę, bo Chimera rozdawała statusy na prawo i lewo. "Ile razy mu mówiłem, że trzeba trzymać się taktyki, to nie. Gadaj jak do ściany. Pojawia się potwór, Leonhart zapomina o całym świecie i zamienia się w bullteriera!"
Squall, rzecz jasna, świetnie się bawił. Miał komicznie zawzięty wyraz twarzy, jak zafascynowany czymś dzieciak. Siekał potwora ile wlezie, nie zważając na jego magiczne i statusowe kontrataki ani na poziom własnego HP. O to wszystko musiał dbać starszy gunblader. Zrezygnowany, po raz kolejny zasłonił przyjaciela przed porażeniem Thundagą i wreszcie obaj zadali bestii jednocześnie kończący cios. Rozpłatana dwoma gunblade'ami Chimera osunęła się na ziemię.
- Ha, Seif! Dobrzy jesteśmy, co nie? - ucieszył się Squall. - A widziałeś, jak ją haratnąłem na początku? Zarąbiście jej odpadło to prawe skrzydło!
- Squall, czy ty aby nie masz jakiegoś Auto-Berserka? - zapytał kąśliwie blondyn. - Mówiłem ci milion razy, żebyś nie zapominał o taktyce, a ty oczywiście zawsze robisz to samo. Ledwo walka się zaczyna, rzucasz się nieprzytomnie na potwora i w ogóle nie interesuje cię defensywa!
- Ojej Seifer, nie zrzędź. Defensywa to żadna rozrywka.
- Bo to NIE MA BYĆ ROZRYWKA! - z rozpaczą w głosie powiedział starszy szermierz. Nie miał pojęcia, jak przemówić koledze do rozsądku.
- Jak to, przecież to cholernie fajne, rozsiekać taką wypasioną bestię! - Squallowi nic nie mogło popsuć dobrego humoru. Nadal roznosiła go energia, machnął więc gracko Revolverem, udając, że ścina głowę wyimaginowanemu przeciwnikowi.
Seifer nie mógł zdecydować, czy iście dziecięcy entuzjazm przyjaciela bardziej go śmieszy czy złości. Uznał jednak za stosowne zbesztać Squalla za lekkomyślność.
- Polazłeś sam w nieznane miejsce - zaczął go strofować - chociaż wiesz, że to wbrew zasadom SeeD. I wbrew rozsądkowi. W ogóle nie patrzyłeś w górę. To nie spacerek po Ogrodzie, Squall. Wrąbałeś się na groźnego potwora i nawet tego nie zauważyłeś. Kto normalny łazi sam po niebezpiecznym terenie? Mogło ci się coś stać!
Squall cierpliwie wysłuchał połajanki.
- No, ale przecież nic mi się nie stało - zauważył na koniec beztrosko. - Elegancko skosiliśmy Chimerę, i czym się tu więcej przejmować?
Blondynowi opadły ręce. Tyle gadania, jak zwykle zdało się psu na budę...
- Skosiliśmy... tylko że gdyby mnie tu nie było, to leżałbyś w pierwszej sekundzie z Chimerą na karku!
- Masz rację, Seif - przyznał bez ociągania młodszy szermierz. - Ale przecież wiedziałem, że nie jestem sam, bo jesteś tuż obok. Oj, no nie denerwuj się już. Po prostu z tobą czuję się bezpiecznie - uśmiechnął się do niego promiennie Squall.
Seifer zamierzał kontynuować wymówki, ale te słowa wybiły mu broń z ręki. Poczuł dziwne ciepło koło serca i dał spokój kumplowi. Mało kto potrafiłby gniewać się na Squalla dłużej niż dziesięć sekund, a Seifer nie był wyjątkiem.
- Wyjdźmy lepiej z tego kanionu - burknął pod nosem i ruszył ostrożnie w kierunku wyjścia. - Idź za mną, bo jak cię znam, to wleziesz smokowi do gęby i nawet tego nie zauważysz - rzucił ironicznie.
- Dobra, jak chcesz - Squall był w ustępliwym nastroju, sunąc za potężnym przyjacielem i przeglądając statystyki po walce. - Wiesz, za Chimerę mamy aż 10 AP. Nieźle, no nie?
- Mhm.

- Wracajmy już może - zaproponował śmiertelnie znużony Seifer. - Zaczyna robić się późno.
Obaj zrobili na piechotę sporą ilość kilometrów, i zdaniem blondyna, zbadali chyba połowę kontynentu. Squallowi jednak ciągle mało było eksploracji.
- Jeszcze tylko zajrzałbym do tej jaskini. To zajmie może pięć minut - powiedział zachęcająco, skręcając zamaszyście w stronę widniejącego w odległości paru metrów ciemnego otworu, okolonego dziwnymi niebieskawymi wąsami.
- Squall, błagam cię, wystarczy już tej siekaniny. Masz dosyć AP jak na dziś! - jęknął zrozpaczony Seifer. Ze zmęczenia ledwo trzymał się na nogach. Nie po raz pierwszy dzisiejszego dnia pomyślał z zazdrością o Squallowej wytrzymałości. "Puścić by go koło Timber, to pewnie na drugi dzień zaleciałby piechotą do Deling!"
- Ale Seifer...
- Nie, koniec na dziś. Wracamy!
Z desperacją złapał niezmordowanego towarzysza za futrzany kołnierz i zaczął wlec w drogę powrotną. Squall próbował się uwolnić, ale jego wysiłki nie zdały się na wiele. Almasy zdołałby zapewne doholować Ruby Dragona do Ogrodu, a co dopiero drobniejszego przyjaciela do bazy. Cholerny paker.
- I co, zamierzasz ciągnąć mnie tak przez całą drogę? - zapytał kąśliwie niepokorny gunblader. - Podobno nie miałeś już siły nawet na pięciominutowe obejrzenie jaskini.
- Bo nie miałem.
- Ale do wleczenia mnie to jakoś masz podejrzanie wielkie zasoby energii! - rozzłościł się właściciel futrzanego kołnierza, ponownie usiłując wyrwać się z żelaznego chwytu. Nic nie wskórał, odniósł tylko wrażenie, jakby dłoń Almasy'ego została na dobre przyspawana do jego karku. Wkurzało go, że musi iść tam, gdzie chce Seifer.
- Jak cię puszczę, to znowu gdzieś poleziesz w cholerę! - zdenerwował się blondyn. - Tym sposobem nigdy nie wrócimy do bazy przed nocą! Nie zamierzam umierać tu z wycieńczenia.
- Puszczaj, Almasy! - rozeźlił się Squall. - To rozkaz! - zażądał nieco beznadziejnie.
- Gadaj zdrów - prychnął blondyn.
- Przecież już nigdzie nie pójdę! Seif... - Squall próbował dla odmiany wskórać coś błagalnym tonem.
- Obiecanki-cacanki, nie jestem taki naiwny - skwitował kolega, ani na chwilę nie rozluźniając trzymania.
- Ten chwyt masz taki wyćwiczony... zastanawiam się, na kim - Squall chwycił się innego sposobu. - Czy w tak wyrafinowany sposób uwodzisz swoich ...partnerów? Za kark i -
- ZAMKNIJ SIĘ WRESZCIE! - wybuchnął wściekły i zrozpaczony gunblader. - Jak się nie przestaniesz wyrywać - zagroził mu - to cię zaniosę do bazy!
- Nie wygłupiaj się, Seifer - sapnął Squall, próbując kolejnych desperackich sztuczek, żeby się oswobodzić.
- Mówię poważnie. Mam już serdecznie dość łażenia, ale przysięgam, że na zaniesienie cię znajdę jeszcze siły. Ciekawe, jaka będzie reakcja reszty drużyny, jak wniosę cię do środka... szefie - zadrwił blondyn.
- Dobra, poddaję się - skapitulował młodszy szermierz. Wolał nie sprawdzać, czy Seifer żartuje. Zrezygnował z oporu i potulnie pozwolił się powlec w dalszą drogę, zerkając tęsknie na mijane jaskinie i niewielkie zagajniki. Tyle fajnych potworów tam grasowało!

przerwa na bazgroła;) ---> "Wystarczy ci już tego AP!"

Po godzinie marszu dotarli w końcu do Zapadłej Dziury, jak Squall nazwał ich tymczasowe miejsce pobytu. Kilkanaście metrów przed budynkiem Seifer uwolnił wreszcie przyjaciela, mając nadzieję, że uparciuch nie wypuści się już nigdzie na potwory.
- Aleś mnie wymiętosił, Almasy! - rozzłościł się Squall, stojąc przed wejściem i próbując doprowadzić do porządku kołnierz swojej kurtki. "Wygląda, jak wyciągnięty psu z gardła!"
- Nie przejmuj się, eleganciku. Ładnemu we wszystkim ładnie - rzucił ironicznie Seifer, przyglądając się wściekłemu koledze, troskliwie wygładzającemu stłamszony ubiór.
- Dziękuję ci bardzo za ten hołd dla mojej urody - odciął się Squall. - Czyżbyś mnie podrywał, Almasy? Wiesz, kolejny taki tekst i chyba zacznę się rumienić.
- Przymknij się - zaczerwienił się wściekły blondyn. - Właź i nie gadaj tyle!
Squall dał wreszcie spokój kołnierzowi i z przywróconym właśnie dobrym humorem wszedł do środka. Seifer ruszył za nim, mamrocząc pod nosem coś o postrzelonych nieletnich dowódcach.

- Jak wam poszło na patrolu? - Squall zagadnął wesoło Irvine'a i Zella. Strzelec nie odezwał się wcale, za to Zell wybuchnął potokiem pretensji.
- Kinneas to jakiś psychopata - pożalił się jasnowłosy SeeD, patrząc bojaźliwie w kierunku towarzysza. - Przez całą drogę strzelał do wszystkiego, co się ruszało! A jak próbowałem go powstrzymać, to zapytał, czy też chcę, żeby mi coś odstrzelił!
- Nie przejmuj się, Zell. Irvine tylko sobie żartował - próbował zbagatelizować sprawę Squall. Nie był jednak pewny, czy Kinneas rozumie pojęcie "żart" tak samo, jak inni ludzie.
Zell nie wyglądał na pocieszonego. Miał ochotę na dalsze zrzędzenie, więc gunblader czym prędzej uciął te protesty.
- Jutro chyba powinniśmy już wracać. I tak siedzimy tu dłużej niż przewidują to przepisy - oświadczył. - Rano ruszymy w kierunku Deling, może uda nam się jakoś prześlizgnąć.

Mimo licznych posterunków galbadyjskich po drodze do Deling Squall przeprowadził całą drużynę niezauważoną aż do miasta. Poradził sobie całkiem dobrze. Trepe i Kinneas zaczęli patrzeć na swojego dowódcę z nieco większym szacunkiem. Może nie był taki beznadziejny, jak myśleli na początku.

Kiedy nadszedł czas rozpoczęcia akcji, Squall i Seifer towarzyszyli Irvine'owi, mającemu zastrzelić Edeę, a Quistis, Selphie i Zell mieli odciąć jej drogę ucieczki. Przez cały czas Squall nie mógł się jednak pozbyć przykrego uczucia, że coś pójdzie nie tak. Wcale nie miał ochoty konfrontować się z "odpicowaną wiedźmą", a już dopuszczać Seifera w jej pobliże tym bardziej. Na razie jednak czuł, że nie ma na nic wpływu. Wydarzenia toczyły się jak w grze, a Squall mógł tylko je obserwować. Zaczynał żałować, że grał w Final Fantasy.

Kinneas spudłował. Trafił w nos jednej z kamiennych rzeźb na ścianie budynku. Squall miał ochotę walić głową w ścianę. Elitarny - psia jego mać - snajper!
- Co to za fuszerka, Kinneas? Tak to strugasz wielkiego ważniaka, a jak przychodzi co do czego, zabijasz kamiennego gargulca, zamiast wiedźmę! - wypalił jadowicie Squall.
- Ten karabin jest niestarannie skalibrowany - odparł Irvine z niezmąconym spokojem, przeładowując broń.
- I dlatego spudłowałeś o dwa metry? - jęknął bezradnie gunblader. - Ja bym celniej rzucił zgniłym pomidorem! Strzelaj jeszcze raz, i tym razem masz trafić!
- Ta cholerna rzeźba ożyła! - Seifer chwycił Squalla za ramię, wskazując mu gargulca, który zeskakiwał właśnie na ziemię. Wiedzieli, co miało nastąpić za chwilę.

Rinoa stała sobie w bezpiecznej odległości od całej akcji. Denerwowało ją, że utknęła z bandą tych nieudaczników. "Trzeba było wydać na nich kupę kasy, a nic nie zrobili. Nawet porwać głupiego prezydenta nie umieli!" Teraz musieli przeczekać całe zamieszanie, a ona z konieczności musiała się z nimi wszędzie włóczyć, nie mogąc wrócić do kolegów w Timber.
Usłyszała jakiś gniewny skrzek i obejrzała się za siebie. W jej kierunku galopowała przerośnięta zielona jaszczurka, a w pewnej odległości od niej biegło tych dwóch frajerów z SeeD i coś wołali. Dziewczyna zmarszczyła brwi. "Nie pisałam się na wycieczki do zoo", sarknęła, wyszarpując błyskawicznie pistolety z kabur i starannie mierząc w nadbiegającą kreaturę.
Kilkanaście strzałów zakończyło sprawę. Jaszczurka padła martwa, zarywszy pyskiem w kamienną podłogę, półtora metra od stóp Rinoi.
- Nic ci nie jest? - wysapał Seifer, który wpadł na taras równo ze Squallem.
- A co, przylecieliście mi na ratunek? Myślicie, że jak jestem dziewczyną, to już nie dam sobie rady z głupim gadem? - zdenerwowała się Rinoa.
- Nie, no skąd - powiedział szybko Squall. - Wiesz, po prostu Seifer jest trochę staroświecki - powiedział w nagłym natchnieniu, kopiąc w kostkę wściekłego kolegę, który zamierzał zaprotestować. - Chciałby zostać rycerzem i w ogóle - plótł dalej.
Seifer aż kipiał ze złości. Co ten Leonhart wymyśla za głupoty?! Kto w to uwierzy?
Rinoa spojrzała na Squalla podejrzliwie.
- A ty po co za nim biegłeś? Dla towarzystwa? - zapytała ironicznie.
- Chciałem go powstrzymać - zełgał Squall. - Bo wiedziałem, że dasz sobie radę i niepotrzebnie tu leci.
Dziewczyna otaksowała go nieufnym spojrzeniem.
- Na pewno?
- Jasne - zarzekł się solennie Squall.
- No dobra, Leonhart. Może nie jesteś takim idiotą, jak zdawało mi się na początku - uznała łaskawie.
- Squall, musimy wracać - szturchnął go Seifer, przerywając mu kontemplację uroczego obrazka, jakim była Rinoa, przeładowująca oba pistolety.

- Co to miało być, Squall? - zawarczał wściekły Seifer, gdy wracali na stanowisko. - Jakieś pierdoły o rycerzach! A o tym ratowaniu? Czy mam ci przypomnieć, kto pobił życiowy rekord w sprincie za tą jaszczurką? Przecież nie ja!
- Nie bądź taki drobiazgowy, Seif. Ważne, że coś wreszcie zadziałało - uśmiechnął się Squall.
- Ty i twoje podrywy - zaburczał niezadowolony blondyn. - Chodźmy zobaczyć, czy Irvine skalibrował już karabin - zaproponował zjadliwie.

Kinneas nie trafił po raz kolejny.
- Co jest z tobą, człowieku? - wykrzyknął bezradnie Squall. - Jesteś najlepszym strzelcem z Galbadii? U nas dzieciaki z procy rzadziej pudłują niż ty!
- Dostałem gównianą broń - uznał flegmatycznie Irvine. - Kto widział strzelać z takiego karabinu. Lepszą celność miałbym z tej waszej procy niż ze spluwy wyprodukowanej w Timber!
Squall miał przypomnieć przysłowie o złej baletnicy, ale nie było czasu na pogaduszki. Trzeba było działać. Już.
Obaj przyjaciele popatrzyli na siebie. Nie musieli nic mówić, doskonale wiedzieli, co muszą teraz zrobić. Pognali w kierunku wielkiej bramy.

Kiedy dotarli na miejsce, dołączył do nich zziajany Dincht. Squall miał go ochrzanić za lekceważenie rozkazów, ale uznał, że nawet lepiej, że tak się stało. Lepiej walczyć z wiedźmą w trójkę niż we dwójkę. Uderzyli na Edeę bez wahania.
Szło całkiem dobrze do momentu, gdy czarownica zdecydowała się na zaatakowanie Seifera swoim limitem. Przerażony Squall patrzył jak zahipnotyzowany na lodowe sople tworzące się wokół dłoni Edei. Rzucił się w stronę przyjaciela, chcąc go odepchnąć z linii ataku. Udało mu się, ale sam nie zdążył się już odsunąć, przeszyło go przeraźliwe zimno i stracił świadomość.

Gdy otworzył oczy, pierwsze, co poczuł, to okropne odrętwienie. Rozejrzał się. No tak, gra sprawdzała się akurat w najmniej pożądanych momentach. "Na entuzjastyczną Rinoę nie ma co liczyć, ale na zwisanie w łańcuchach ze ściany w galbadyjskiej mordowni to tak", pomyślał z czarnym humorem, próbując bez większej wiary w powodzenie wyszarpnąć się z uwięzi.
Oczywiście nie przyniosło to żadnych efektów, więc dał za wygraną. Zastanawiał się, gdzie jest Seifer. Miał nadzieję, że przyjaciel zdołał uciec. "Pewnie jestem jedynym frajerem, który dał się złapać", uznał smętnie. Marną pociechą był fakt, że lodowy atak Edei nie wyrządził mu żadnej szkody. W każdym razie nie był ranny.
Po dłuższej chwili usłyszał jakieś hałasy, drzwi wejściowe otwarły się i weszło dwóch strażników, wlokących pod ramiona nieprzytomnego Almasy'ego.
- Seifer! - wołał przyjaciela zaniepokojony Squall. - Hej, Seif, żyjesz?!
- Nie gadać! - jeden ze strażników uciszył Squalla ciosem w żołądek. - Za pół godziny będziecie mieli okazję do wykazania swojej elokwencji!
Przykuli starannie blondyna do przeciwległej ściany i wyszli.
Kilka minut później Seifer wreszcie się ocknął. Spojrzał nieco nieprzytomnie przed siebie. W pomieszczeniu było trochę ciemno, a może to jemu tak się zdawało.
- Squall? - wychrypiał.
- Tak, to ja, Seif. Złapali nas obydwóch - smutno stwierdził oczywistą prawdę. - Ciekawe, czy Dincht też gdzieś tu siedzi.
- Chyba tak. Słyszałem, jak coś gadali o "trzech gnojach", czyli pewnie o nas - oznajmił cierpko Seifer.
- No to pięknie. Zauważyłeś, że z naszej gry to, co złe, sprawdza się najczęściej? - zauważył ponuro młodszy gunblader. - Pewnie nie ma tu żadnych uprzejmych Moomb, które nas uwolnią...
- No raczej - skrzywił się Seifer. - Nie słyszałem, żeby coś takiego w ogóle istniało.
- I ten cały wątek z Laguną - dorzucił Squall - to pic na wodę.
- Pewnie dodali go, żeby nadać grze głębi i epickości - uznał ironicznie starszy gunblader.
- Ale wystrój pomieszczeń udał im się nad wyraz trafnie! - mruknął Squall, zerkając z niepokojem na znajomo wyglądające przełączniki, kable i wajchy. Przeszedł go dreszcz.
- Ano wygląda na to, że czeka nas rozrywka z wysokim napięciem - przytaknął ponuro Seifer.
- Wiesz, Seif... miałeś rację, że nie jestem taki, jak mój odpowiednik w grze - powiedział cicho Squall, spuszczając głowę. - Ja nie wytrzymam tego tak, jak on. Nie jestem bohaterem...
- Nie gadaj głupot, Squall - zbeształ go przyjaciel. - A kto mnie uratował przed oberwaniem lodem od czarownicy?
- Co z tego, Seif... nic to nie dało, i tak tkwimy tu obaj...
Blondyn szarpnął się z rozpaczą. Chciał wyrwać ich stąd, nie mógł patrzeć na zgnębionego przyjaciela. Jego wzrok padł na metalowe kajdanki, którymi był przypięty do ściany. Zmrużył oczy, próbując odczytać małe napisy wybite na powierzchni okowów. Lekki uśmieszek pojawił się na jego ustach. Wytężył potężne mięśnie i z całej siły szarpnął za łańcuch. Ze ściany poleciało trochę gruzu, a metalowe ogniwa wygięły się. Drugie szarpnięcie całkiem oswobodziło rękę starszego szermierza.
- Seif! - wykrzyknął uradowany Squall. - Udało ci się! Cholera, nie sądziłem, że jesteś aż tak silny - powiedział z respektem.
- AŻ TAK to nie, Squall - roześmiał się blondyn. - Przeczytaj sobie napis na swoich łańcuchach, a zrozumiesz.
Ciemnowłosy chłopak rzucił na niego podejrzliwe spojrzenie, ale posłuchał i zerknął na kajdanki. Po chwili obaj gunbladerzy spojrzeli na siebie.
- Wyprodukowane w Timber! - powiedzieli jednocześnie i przez dłuższą chwilę chichotali, nie mogąc przestać.
- Chyba będę musiał przeprosić Kinneasa - powiedział rozbawiony Squall.
Spróbował ambitnie sposobu starszego kolegi.
- Nic z tego, Seif - wysapał z wysiłkiem, ciągnąc za łańcuch. - Zdaje się, że timberska jakość jest dla mnie i tak zbyt wysoka.
- Poczekaj, zaraz skończę ze swoim żelastwem, to cię odczepię.
Po dwóch minutach mozolnej szarpaniny starszy gunblader zdołał się całkowicie uwolnić. Zachwiał się nieco na zdrętwiałych nogach i o mało nie oparł na jednym z przełączników.
- Seifer! Uważaj, do cholery! - zdenerwował się Squall. - Chyba, że zamierzasz mnie usmażyć!
- Spoko, przecież nic się nie stało - wzruszył ramionami blondyn, rozglądając sie po otoczeniu i rozciągając zbolałe mięśnie. - Patrz, tu mają jakiegoś kompa, może są tam GFy, które nam odebrali? - zaciekawił się, podchodząc do panelu z wajchami.
- Lepiej tego nie ruszaj - Squall był mocno zaniepokojony. Jego przyjaciel miał istny antytalent do wszelkich urządzeń technicznych. Zdołał trzy razy spowodować awarię szkolnej sieci komputerowej, doprowadzić do spięcia w zasilaniu Ogrodowego systemu oświetlenia i miał na koncie pełno innych przypadków. A wszystko to zrobił niechcący.
- Ale zobacz, tu jest jakiś knefel, chyba od wyłączania prądu. Odetnę go, to cię nie pokopie - zaproponował Seifer, pełen dobrej woli.
- Nie!!! Seifer! Proszę cię, nie dotykaj tego!!! - Squall szarpnął się, przerażony nie na żarty.
- Rany, ale panikujesz - mruknął blondyn, przewracając oczami. - Dobra, nie to nie.
Nie tracąc czasu na poszukiwanie kluczyków do kajdanek, podszedł do przyjaciela i uwolnił go paroma solidnymi szarpnięciami. Timberskie łańcuchy były chętne do współpracy i puściły dość szybko. Oswobodzony Squall podszedł do panelu. Faktycznie, kolega miał rację. Wszystkie GFy tam były, więc oczywiście zaopatrzyli się w nie. Ku ich zdumieniu, w kącie za panelem leżały oba gunblade'y. Widocznie prawdziwi strażnicy byli jeszcze głupsi niż w Final Fantasy. Ale ani Squall, ani Seifer nie zamierzali na to narzekać.
- Chodźmy teraz poszukać Dinchta - zaproponował Squall. - Hej! - przyszło mu nagle coś do głowy. - Chyba jesteśmy w tym Pustynnym Więzieniu, no nie?
- No a gdzie niby? Przecież nie na plaży w Balamb.
- Oj, nie o to mi chodzi - zniecierpliwił się Squall. - A w grze gdzie był Dincht? Może tu jest tak samo, po co mamy latać po piętrach. To jest w cholerę duże.
Niestety, żaden z nich tego nie pamiętał. Ruszyli więc ostrożnie przez korytarz, nasłuchując uważnie potencjalnych hałasów, które poinformowałyby ich o miejscu pobytu uwięzionego kolegi. Obeszli całe piętro, pogrążone w dziwnej ciszy i opustoszałe. Wreszcie przy samym końcu usłyszeli jakieś głosy. Podkradli się bliżej i stwierdzili, że trafili w dziesiątkę. Na korytarzu stał Zell i trzech strażników. Dincht wyszarpnął się jednemu, powalił drugiego i zamierzał przywalić trzeciemu klawiszowi. "Dobry jest w te klocki", pomyślał z uznaniem Squall. "Może by poczekać, aż sam się uwolni", zachichotał pod nosem.
Zauważył jednak, że pierwszy strażnik, rozwścieczony oporem, wyszarpuje pistolet z kabury i mierzy Dinchtowi w plecy.
"O w mordę!" Squall sam nie wiedział, jakim cudem znalazł się tak szybko przy strażniku. Ciął go gunblade'm, zdążył ciachnąć drugiego i zobaczyć, jak Seifer rzuca Firagą w trzeciego. Po paru sekundach było po wszystkim.
Zell patrzył przez chwilę oszołomiony na pobojowisko i swoich niespodziewanych wybawców. Zjawili się tu nie wiadomo skąd, w ostatniej chwili. Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na Squalla, który nieco skonsternowany spytał:
- Nic ci nie jest, Dincht? Wyglądasz, jakbyś dostał Confuse. Zrobili ci coś?
- Nie, nic - odparł Zell. Właśnie dotarło do niego, że gdyby nie Squall... leżałby tu teraz martwy, z solidną porcją ołowiu w plecach.
Podszedł do niego i runął na kolana, obejmując zbawcę mocnym chwytem w pasie.
- Dziękuję, szefie! - wykrzyknął żarliwie. - To było niesamowite! Dzięki za uratowanie mi życia!
Squall próbował przerwać wylewne podziękowania Zella i odczepić go od siebie. Dincht okazał się jednak zaskakująco silny i zdeterminowany, i gunblader miał z tym niejakie trudności.
- Seifer, pomóż mi, zamiast stać i się głupio chichrać - syknął do kumpla. Niestety, nie miał na co liczyć. Podły Seifer stał i zaśmiewał się do łez z całej sceny.
- Dobrze już, Dincht. Przyjąłem do wiadomości twoje podziękowania. Wystarczy! - zmieszany Squall siłował się z wdzięcznym podkomendnym.
- Szefie, zrobię dla pana wszystko, co pan zechce! - wzruszony Zell nie miał chyba zamiaru puścić go w tym życiu.
- Dincht, nawet jesteś w odpowiedniej pozycji, żeby się odwdzięczyć - żartował sobie coraz bardziej ubawiony Seifer. Ta scenka była na żywo sto razy lepsza niż w grze! Blondyn skręcał się ze śmiechu na widok zaczerwienionego Squalla, nie mogącego uwolnić się z objęć Zella. Zlitował się wreszcie nad kumplem i podszedł bliżej, nadal rozweselony.
- No dobra, Dincht. Starczy już tych czułości - chwycił drobniejszego blondyna za kark i z trudem odciągnął od Leonharta. Faktycznie, skurczybyk miał niezłą krzepę. - Musimy zwiewać, póki nas nikt nie nakrył.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2011/07/09 17:25 przez shizonek.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Pleiades
  • Pleiades Avatar
  • Wylogowany
  • Rubismok
  • Rubismok
  • Sorceress of Inner World
Więcej
2011/07/09 17:34 #6975 przez Pleiades
Nie napiszę wiele, bo właściwie przed kompem nie mogę siedzieć, tylko mam leżec w łóżku, ale... nie mogłam tego nie przeczytać. Przeczytałam i nie żałuję.
Prześwietne opowiadanie, dialogi mnie rozbrajają! No i postacie świetne, lepsze niż w grze, a mój ukochany Seifer w szczególności <3 Zawsze będę miała do niego słabość.

Na DA fanarta już favuję :D Szczeka mi opadła z wrażenia...
I dodaję Ciebie do watcha, bo jeszcze Ciebie nie miałam O.o

Sorceress Pleiades, Sorceress Knight, koty, 2 książątka i mała czarownica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/10 08:42 #6976 przez Em
Kurczę, mało brakowało, a przegapiłabym kolejny odcinek, bo nie zauważyłam, że coś było dodawane ;) Super, że dalej to piszesz. A i obrazek fajny :) Muszę przyznać, że Rinoa w tym wydaniu znacznie zyskuje, aż poczułam do niej w kilku momentach sympatię. Irvine jako przemądrzały flegmatyk też nieźle wyszedł, ale najbardziej bawią mnie wyraźne sugestie co do orientacji Zella, właśnie dlatego, że w jego przypadku jakiekolwiek podejrzenia były zawsze najmniej uzasadnione :laugh:

Jestem bardzo ciekawa, jak poprowadzisz dalszą akcję :)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/10 10:26 - 2011/07/10 10:27 #6977 przez lulu.selphie
W końcu przeczytałam :D
Nie no Irvine musiał zamienić się charakterem z Squallem ( tylko że ten nie strzela
we wszystko co się rusza :P ) Bardzo mi się ten fragment podobał :D Urzeka mnie przemiły charakterek Quistis, zamiłowanie Squalla to zwiedzania terenu i miłość platoniczna Seifera do Squalla :D :D :D A co do obrazka to powiem jedno MISTRZOSTWO :D Mina biednego Squalla bezcenna :D
Ostatnio zmieniany: 2011/07/10 10:27 przez lulu.selphie.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/10 11:47 #6978 przez shizonek
Bardzo dziękuję za komentarze. Miło wiedzieć, że komuś podobają się moje pokręcone pomysły:)

@Emoonia: Jasne, że piszę dalej:) Jak się już zaczęło, to trzeba skończyć. Będę Was więc męczyć przez jakiś czas, do końca gry jeszcze kawałek... mam tylko nadzieję, że po drodze nie braknie mi weny.

@Pleiades: Czuję się z jednej strony zaszczycona, że moja pisanina wyciągnęła Cię z łoża boleści, ale z drugiej.. nie, no serio - nie narażaj swego zdrowia dla mojego fica. Nie ucieknie - obiecuję, że skończę cały i wstawię na Balamb. ;) I dzięki za fav.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/16 17:46 - 2011/07/17 18:39 #7027 przez shizonek
Nadszedł czas na kolejny odcinek serialu;) Nie bardzo lubię wstawiać niedokończone rzeczy, bo potem może coś pokićkać się z fabułą, no ale... mam nadzieję, że jednak nie będzie żadnej wpadki.

Tak więc, oto część trzecia (bynajmniej nie ostatnia).

A teraz czas coś rozwalić. :D Woo hoo!
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


Na więziennych korytarzach było dziwnie pusto. Pewnie nikt nie przypuszczał, że którykolwiek z więźniów zdoła się uwolnić i że istnieje potrzeba ciągłego patrolowania korytarzy. Bez większych problemów trójce SeeDów udało się więc wydostać na zewnętrzny pomost, skąd roztaczał się rozległy widok na piaszczyste galbadyjskie pustkowia.
- Szefie, słyszałem, jak mówili, że zamierzają zaatakować nasz Ogród i Trabię - poinformował dowódcę zafrasowany Zell.
Seifer i Squall wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Znali wydarzenia, które mogły nastąpić.
- Dincht, idź naprzód. Sprawdzaj, czy droga jest bezpieczna - polecił Zellowi dowódca, spławiając go gładko.
Kiedy jasnowłosy chłopak odszedł, zaniepokojony Squall syknął do Seifera:
- I co teraz? Nie ma tak dobrze, jak w Final Fantasy, żebyśmy mogli się rozdzielić na dwie drużyny. Zasuwamy do tej całej bazy czy do naszego Ogrodu?
- Jak pojedziemy do nas, to Trabia automatycznie pójdzie do piachu. A jak spaprzemy w bazie, to jeszcze gorzej, bo oba Ogrody przestaną istnieć - podsumował Seifer ponuro. - Pięknie.
- Nie bądź takim pesymistą, Seif. Jak uda nam się w bazie, to OBA Ogrody ocaleją - oznajmił z naciskiem Squall. Poczuł przypływ energii i pewność, że im się powiedzie. W końcu mogą wykorzystać wiedzę z gry - przecież z grubsza zgadzało się sporo rzeczy!
- To co rozkażesz, szefie?- zapytał nieco sarkastycznie Seifer.
- Jedziemy do bazy - zdecydował Squall. - Pójdzie nam lepiej niż tamtym, bo jesteśmy sprytniejsi. Pamiętasz, jakie oni idiotyzmy tam odwalali? Nawet nie umieli porządnie zhakować galbadyjskiego systemu, bawili się w jakieś głupie ustawianie marginesów błędu - uderzył się otwartą dłonią w czoło z politowaniem. - My takich głupot robić nie będziemy.
- Czyżbyś miał jakiś plan, Squall? - zapytał niedowierzająco Seifer. - Co zamierzasz zrobić?
- Rozwalimy im tę bazę w cholerę! - oznajmił raźno młodszy gunblader. - Zrobimy im to, co oni chcą zrobić nam, wywalimy wszystko w powietrze i po kłopocie!
Seifer jęknął. "I czego ja się spodziewałem po gościu z ustawioną domyślnie opcją Auto-Berserk..."
- Bardzo błyskotliwy pomysł. Wiesz, Squall, jesteś genialnym strategiem. Mówił ci to już ktoś? - zapytał złośliwie.
Kolega obrzucił go urażonym spojrzeniem.
- Co ci się nie podoba w moim planie, Seifer?
- Zastanówmy się. W twoim planie nie podoba mi się to, że.... to nie jest ŻADEN PLAN! - odpalił ironicznie starszy gunblader. - Nawet mój lewy but wymyśliłby lepszą strategię!
"Genialny strateg" obraził się i zamilkł demonstracyjnie. Seifer wiedział, że milczenie nie potrwa długo, więc się tym nie przejmował. Squall nie odzywał się jednak nawet wtedy, kiedy zwinęli jeden ze stojących koło więzienia samochodów i ruszyli w kierunku bazy. Dincht poradził sobie z otworzeniem i odpaleniem stojącego pojazdu podejrzanie szybko. Obaj szermierze woleli nie pytać, gdzie i kiedy kolega nabrał takich umiejętności.
- No dobra, może rzeczywiście mój plan wymaga odrobiny dopracowania - przyznał oględnie Squall po kilku minutach jazdy.
- Odrobiny! Dobre sobie - prychnął blondyn. - Pomyślałeś na przykład, jak dostaniemy się do środka? Myślisz, że powitają cię z otwartymi ramionami, rozwiną czerwony dywan i zaprowadzą do centrum sterowania? I pewnie wydaje ci się, że gdzieś na klawiaturze znajdziesz przycisk z napisem "Autodestrukcja bazy w piętnaście minut od naciśnięcia", co?
Squall siedział z niewyraźną miną i przetrawiał słowa przyjaciela.
- Będziemy improwizować - oświadczył wreszcie.
- No i to rozumiem, Squall! To się nazywa plan! Nie ma bata, nie może nam się nie udać - szydził blondyn.
- Jak jesteś taki mądry, to sam coś wymyśl - rozzłościł się ciemnowłosy gunblader. - Tylko krytykujesz i narzekasz!
Sprzeczkę przerwał im Zell, oznajmiając, że na drodze znajduje się galbadyjski posterunek. Na poboczu stały dwa samochody i stało czterech żołnierzy. Wyglądali na niezbyt czujnych i na razie nie zauważyli nadjeżdżających SeeD.
- Zatrzymaj się, Dincht - zakomenderował Squall. - Podejdziemy do nich i zakosimy im mundury - mrugnął porozumiewawczo do Seifera. Niektóre pomysły z gry nie były takie głupie.
Zakradli się od tyłu do znudzonych strażników i przyczaili za jednym z samochodów.
- No to do roboty! Dincht, Almasy - raz dwa zakosić mi tych czterech gościów! - rozkazał energicznie Squall.
- A ty co zamierzasz robić w tym czasie? - zapytał kąśliwie Seifer. - Będziesz nam kibicował?
Squall wzruszył ramionami.
- Nie będę tłukł się z jakimiś osiłkami na pięści. Od tego mam was - oświadczył bezczelnie, strzepując sobie jakiś pyłek z rękawa.
Seifera aż zatkało z oburzenia. Miał zamiar powiedzieć coś do słuchu temu rozwydrzonemu smarkaczowi, ale Zell pociągnął go za rękaw, nakazując milczenie i wskazując jednego z żołnierzy. Galbadyjczyk odłączył się od kolegów i zmierzał w stronę zaczajonych SeeD. Dincht odczekał na odpowiedni moment i dwoma szybkimi ciosami bezgłośnie załatwił pechowego strażnika.
- Całkiem ładnie, Dincht - pochwalił go od niechcenia Squall.
Twarz Zella rozjaśniła się z dumy. Nadal przepełniała go głęboka wdzięczność do dowódcy. Był gotów przenosić dla niego góry. Nie rozumiał, jak mógł wcześniej mieć jakieś małostkowe pretensje do tego cudownego człowieka. "Przecież jak Squall chce sobie mieć tego całego Almasy'ego, to proszę bardzo" - uznał wspaniałomyślnie, rezygnując ze swoich roszczeń.
- Dzięki, szefie. Tych trzech pozostałych też mogę rozwalić w parę sekund - oświadczył bojowo. - Nie potrzebuję do pomocy Almasy'ego.
- Nie popisuj się, Dincht - zgasił go urażony Seifer. - To nie bicie rekordu na najszybszy nokaut.
- Almasy, ty byś mi tylko przeszkadzał. Nawet nie umiesz prawidłowo wykonać prawego haka - prychnął lekceważąco Zell.
- Nie słuchaj tego kurdupla, Squall - syknął jasnowłosy gunblader. - Właśnie, że umiem.
- Kurdupla? - zirytował się Zell. Nie cierpiał przytyków do swojego wzrostu. - Patrzcie go! Wysoki do nieba, a głupi jak trzeba!
Squall słuchał tej kłótni, śmiejąc się pod nosem. Kto by pomyślał, że na misji trafi się taki ubaw. Przypomniał sobie jednak z niechęcią, że mają mało czasu.
- Wy się tu kłócicie, a tych trzech cieciów dalej sobie siedzi na posterunku - oznajmił obrażonym tonem. - Skoro jesteście zajęci rozmową, to może JA mam się z nimi bić? - zapytał z lekkim dąsem.
- Nie!!! - zaprotestowali zgodnie obaj podkomendni.
"Kto to widział, żeby dowódca odwalał moją robotę!"
"Leonhart rzeczywiście gotów tam polecieć i zebrać wciry od pierwszego strażnika!"
- Szefie, to moja działka - przekonywał go Zell. - Ja pójdę.
- Zajmę się tym, Squall - Seifer nie zamierzał być gorszy. - Dincht niech sobie odpocznie po tym wielkim wysiłku.
- Wysiłku? - zadrwił Zell. - Załatwienie jednego przeciwnika to może wysiłek dla ciebie. Dla mnie trzech to żaden problem - oświadczył chełpliwie.
- Też mogę skosić trzech gościów - zdenerwował się Seifer. - Squall, chcesz, to ci udowodnię!
- Rany, idźcie już wreszcie obaj - zdecydował ciemnowłosy gunblader. - Kto pierwszy, ten lepszy - zażartował.
"Cholera, potraktowali to dosłownie".
Dowodzenie bywało jednak czasami bardzo zabawne.

- Wstrętne mają te mundury - narzekał Squall, przebierając się w galbadyjski uniform i krzywiąc się niemiłosiernie. - No jak to w ogóle wygląda? - zrzędził. - Brzydkie takie, tu odstaje jakieś coś, to jest za długie...
- Spokojnie, i tak nie ma tu pewnie żadnych dziewczyn, na których mógłbyś robić wrażenie - zażartował sobie Seifer.
- Ale kiedy faktycznie to są paskudne łachmany - Zell przyznał rację dowódcy. - Chociaż tobie, Almasy, nawet w nich do twarzy - zarechotał.
- Dincht, chcesz, żebym wbił ci porządniej ten hełm na głowę? - zdenerwował się jasnowłosy gunblader. - Wtedy będziesz mógł już stale nazywać się zakutym łbem.
- Ty do tego nawet hełmu nie potrzebujesz - odpalił Zell.
- Zamknijcie się obaj! - zażądał władczym tonem Squall. - Wyglądacie w tych mundurach jednakowo okropnie, koniec ględzenia. A teraz do roboty, czas nas goni.

Ruszyli w stronę samochodu i po paru minutach znaleźli się przed bramą wjazdową. Ku rozczarowaniu Squalla, strażnik nawet nie spojrzał w ich kierunku, machnąwszy tylko ręką, żeby wjechali. "Eee, co za nudy. Miało być bardziej emocjonująco" - obraził się gunblader, który już przygotował sobie w myślach kilkanaście "ściem do sprzedania temu głupkowi przy bramie".
- Spróbujmy się zakraść do środka - zarządził Squall. - Poszukamy jakiegoś wejścia od tyłu. Dincht, skoro tak dobrze ci idzie włamywanie, to się tym zajmiesz.
- Rozkaz, szefie - ucieszył się Zell. - Umiem otworzyć każdy zamek w kilka sekund, tak więc spoko - pochwalił się.
- Już się tak nie reklamuj, Dincht - ochrzanił go Seifer. - Może lepiej się przyznaj, skąd u ciebie takie umiejętności. Włamy chyba nie należą do standardowego szkolenia SeeD, co?
- Zazdrościsz mi, bo nawet nie umiesz włożyć wtyczki do gniazdka - zadrwił Zell. - Jakby ci dać dwie metalowe kulki, to jedną byś zgubił, a drugą zepsuł!
Seifer burknął coś pod nosem, zły i obrażony.
Po kilku sekundach działalności Zella drzwi stanęły otworem.
- Proszę, szefie, możemy włazić.
- Dobra robota - skomentował dowódca, z uznaniem klepiąc Zella w ramię. Seifer spojrzał wyniośle i pogardliwie na dumnego Dinchta.
Sunęli przez korytarze galbadyjskiej bazy, nie niepokojeni przez nikogo.
- Tu są chyba same głąby - uznał Squall. - Chodzimy sobie, gdzie chcemy, nikt nas o nic nie pyta... pewnie jeszcze zaraz trafimy na pomieszczenie, uprzejmie podpisane "Sterowanie rakietami".
Kiedy po chwili stanęli przed drzwiami z takim właśnie napisem, żaden nic nie powiedział. Ryknęli śmiechem. Galbadyjczycy byli istnymi matołami. Zagadką pozostawało, jak udało im się podbić tak wielkie tereny, mając do dyspozycji tak niski iloraz inteligencji.
- Seifer, założymy się, że na klawiaturze będzie napis, o jakim mówiłeś w samochodzie? - roześmiał się Squall. - Ten o piętnastu minutach, pamiętasz?
- Dobra, przyjmuję zakład - zgodził się uśmiechnięty Seifer. - Jak przegrasz, przez cały dzień zero nowych podrywów - powiedział kpiąco.
- Ale ty jesteś... zresztą niech ci będzie. A jak ty przegrasz, to cały dzień bez zrzędzenia i wypominania mi... no, wszystkiego.
Zdolności Zella jeszcze raz utorowały im drogę do pomieszczenia. W środku było pełno paneli kontrolnych, komputerów, kabli, świecących diod i innych urządzeń, od widoku których Seiferowi zrobiło się niedobrze.
- Seif, ty sobie usiądź przy drzwiach i absolutnie niczego nie dotykaj - polecił koledze Squall. - W ogóle się nie ruszaj, bo coś spaprzesz. Nie oddychaj i najlepiej udawaj, że cię tu nie ma. Ja z Dinchtem zajmę się włamaniem do ich systemu.
- Nie jestem głupi - powiedział Seifer z urazą. - Niczego nie zepsuję, nie martw się.
Usiadł na krześle i obserwował towarzyszy, z przejęciem wpatrzonych w ekran monitora. Oczy obydwu chłopaków błyszczały niemal fanatycznym zachwytem, gdy próbowali złamać galbadyjski system. Seifer skrzywił się. Nigdy nie mógł pojąć, co Squalla tak fascynowało w tych wszystkich komputerach. A Dincht też udany. Stoi nad Leonhartem, szkoda, że jeszcze mu się zaraz na szyi nie uwiesi, pomyślał cierpko Seifer. Zdegustowany, oparł się o metalową obudowę jakiegoś urządzenia. Wkurzał go strasznie kabelek wystający z boku. Uwierał.
- Szefie, no to Trabia z głowy! - ucieszył się Zell. Właśnie skasowali z systemu cel pierwszego ataku. Teraz zajęli się usuwaniem drugiego, czyli Ogrodu Balamb. I tak mieli zdetonować bazę, ale woleli na wszelki wypadek anulować cele ostrzału. Po kilku minutach przybili sobie piątkę. Oba Ogrody były bezpieczne.
- Seifer, udało się - poinformował przyjaciela Squall. - Teraz tylko wywalamy to barachło w powietrze i spadamy.
- Świetnie, Squall. Widzisz gdzieś swój przycisk z piętnastoma minutami? - zapytał kpiąco. Cholerny kabelek uwierał go coraz bardziej.
- Nie ma takiego - zakomunikował smętnie Squall, przypominając sobie o warunkach zakładu. - No trudno, będziemy musieli jakoś to obejść.
Wreszcie udało im się ustawić czas autodestrukcji bazy na kwadrans.
Cierpliwość Seifera się skończyła. Chwycił upierdliwą wtyczkę i wyrwał ją ze złością. To i tak na pewno jakaś pierdoła, pomyślał.
"Uszkodzenie zasilania... reset systemu... autodestrukcja bazy przyspieszona... detonacja nastąpi za pięć minut..." rozległo się z głośników.
Squall z Zellem rozejrzeli się skonsternowani. Przecież wszystko im dobrze poszło, ustawili piętnaście minut! Wzrok dowódcy padł na Seifera, stojącego z wtyczką w dłoni i nieco speszoną miną. Squall jęknął z rozpaczą.
- Seif! Miałeś niczego nie dotykać!
- Przecież to tylko jeden zakichany kabel - bronił się blondyn.
- Lepiej zwiewajmy! - zaproponował przytomnie Zell. - Chyba, że chcemy wybuchnąć.
Wypadli z pomieszczenia. Z bazy uciekali galbadyjscy żołnierze, wmieszali się więc w tłum i ruszyli do bramy wyjściowej. Seifer zauważył przy wyjściu znajomą maszynę. "Boss z gry", przypomniał sobie. Szarpnął Leonharta za ramię, wskazując mu pojazd.
- O kurde - mruknął Squall. - Chyba nie będziemy musieli się z tym tłuc, co, Seif?
- Eee, przecież widać, że to puste stoi. Właźmy do tego, schowamy się przed wybuchem - zaproponował blondyn. - Tak będzie bezpieczniej, zamiast uciekać.

Okolicą targnął potężny wstrząs, kiedy kolejne budynki waliły się w gruzy. Przez kilka minut serie wybuchów rujnowały galbadyjską bazę, aż wreszcie zaległa cisza. W powietrzu unosił się pył i kłęby dymu. Tu i ówdzie dopalały się nędzne pozostałości.
Ze sponiewieranej maszyny wyczołgali się trzej koledzy. Zell klął na czym świat stoi, próbując ugasić pożar swojego buta. Seifer niecierpliwie zerwał z głowy sfatygowany hełm i rozejrzał się. Rozciągający się wokół krajobraz stanowił doskonałą ilustrację wyrażenia "jak po bitwie". Blondyn odwrócił się z powrotem do kolegów.
- Nic ci nie jest, Squall? - zapytał z niepokojem, nachylając się nad przyjacielem i kładąc mu dłoń na ramieniu. Młodszy gunblader siedział na ziemi i opierał się plecami o pojazd.
- Nic - odpowiedział ponuro Squall. - Ale jak ja teraz wyglądam? - rozzłościł się.
Seifer przewrócił oczami.
- Leonhart, zamiast się cieszyć, że żyjesz, przejmujesz się swoją fryzurą i ubrudzoną facjatą! - złajał go. - Nic ci to nie zaszkodziło na urodzie, zapewniam cię.
- Almasy, już drugi raz słyszę od ciebie taki komplement - zadrwił Squall. - To nie może być przypadek! - zarechotał wesoło. Umilkł jednak zaraz, skarcony przez przyjaciela klepnięciem w tył głowy.
- No dobra, teraz musimy się jakoś stąd wydostać. Dincht, umiesz odpalić ten wrak?
- Spróbuję szefie, ale marne szanse.
Squall z Seiferem przyglądali się cierpliwie jasnowłosemu koledze, który grzebał w kabelkach i wnętrznościach maszyny. Niestety, po kilku minutach musiał przyznać się do porażki. Maszyna była zbyt zrujnowana. Chcąc nie chcąc, ruszyli więc na piechotę drogą na północny wschód, w kierunku Deling.

bazgroł nr 2 - - > Nic ci nie jest?

Wlekli się tak już chyba z godzinę. Zell szedł przodem, wypatrując jakichś porzuconych samochodów, które mogliby wykorzystać do jazdy. Squall z Seiferem sunęli apatycznie za kolegą.
- Jak ja nienawidzę gorąca - narzekał Squall na galbadyjskie słońce. - I pustyni też nienawidzę - dodał po namyśle. - I piasku, i kaktusów, i...
- Przestań, Squall - jęknął Seifer. - Bo od razu robi mi się gorzej, jak tego słucham.
- Wiesz, teraz bym już nie protestował, jakbyś miał chęć mnie ponieść - oznajmił zachęcająco młodszy chłopak.
- Wypchaj się, Leonhart - burknął kolega. - Ale ci się zachciewa. Jeszcze nie upadłem na głowę, żeby cię nosić.
- A wtedy, w Zapadłej Dziurze...?
- Blefowałem. Byłem już na skraju wyczerpania, draniu. A ty ciągle łaziłeś po jaskiniach!
- Nabrałeś mnie.
- Owszem.
- Ty podstępny gadzie.
- Dziękuję za uznanie.

Po dalszej godzinie Zell znalazł jakiś mniej zdezelowany pojazd i ku radości swojej i kolegów, udało mu się go uruchomić.
- Jak myślisz, Seif, co teraz robią dziewczyny i Irvine? - zagadnął kumpla Squall.
- Nie wiem. Może spotkamy ich w Deling - wzruszył ramionami. - Przypuszczam, że gdzieś się przyczaili.
- A co się z wami stało, gdy - zawahał się młodszy szermierz - no, gdy dostałem lodem od Edei? Czemu nie uciekliście z Dinchtem? Przecież nic wam nie zrobiła...?
- Dinchta złapali zaraz po tym, jak oberwałeś - wyjaśnił Seifer.
- No dobra, a ty, Seif? - zatroskał się Squall. - Co ci zrobili?
- Nic - mruknął starszy szermierz, patrząc w podłogę.
- Jak to nic? To czemu dałeś się złapać?
- Tak jakoś wyszło.
- Co ty bredzisz? - zdenerwował się Squall. - Jak to "tak wyszło"?
- A co miałem zrobić? Myślałem, że tym lodem... że cię zabiła ta cholera - wybuchnął Seifer. - Musiałem sprawdzić, czy żyjesz i... potem mnie capnęli.
Zmilczał starannie, że po przekonaniu się, iż przyjaciel żyje, nie opierał się zanadto Galbadyjczykom. Nie chciał zostawiać Squalla samego, a inaczej nie dowiedziałby się, dokąd go zabiorą.
- Seif, jesteś idiotą.
- Wiem.
- Ale dzięki, że to zrobiłeś.
- Proszę bardzo, Squall.

Quistis, Selphie i Irvine denerwowali się losem trójki swoich kolegów. Nie mieli pojęcia, dokąd Galbadyjczycy zawieźli zamachowców, nie wiedzieli, czy Squall żyje i co w ogóle teraz robić. Wreszcie Irvine'owi udało się jakimś cudem dowiedzieć, że koledzy są przetrzymywani w Pustynnym Więzieniu. Trójka SeeDów i Rinoa, która stwierdziła "i tak nie mam wyboru niż jechać z wami" ruszyła więc niezwłocznie ku celowi.

- Coś jedzie od strony Deling - poinformował kolegów Zell, bacznie przypatrujący się drodze. - Jakiś wojskowy chyba...
Przed kilkoma minutami ich pojazd całkowicie odmówił już posłuszeństwa ("Galbadyjski rzęch"! - pomyślał ze złością Zell) i uciekinierzy postanowili zastawić pułapkę na jakiś przejeżdżający samochód. Ustawili "rzęcha", blokując przejazd i czekali, ukryci za wielkim głazem. Usłyszeli, jak samochód się zatrzymuje i ktoś z niego wysiada. Żołnierze?
- Nikogo tu nie ma, Kinneas - usłyszeli znajomy, nosowy głos. "Trepe?!"
Wyszli zza głazu. Faktycznie, to byli ich koledzy. Trepe, Kinneas i Tilmitt. I Rinoa.
- Co wy tu robicie? - zapytał zaskoczony Squall.
- Słyszeliśmy, że was złapali i wtrącili do Pustynnego Więzienia - wyjaśniła Selphie. - Więc ruszyliśmy, żeby was wydostać.
- Kawaleria nadjeżdża, tada! - oznajmił sarkastycznie Irvine.
- Ale chyba mieliśmy nie najlepsze wyczucie czasu - przyznała Quistis.
- Rzeczywiście - rozzłościł się Zell. - Nie spieszyło wam się zbytnio!
- Dowiedzieliśmy się godzinę temu - usprawiedliwiła się Selphie.
- Dobra, starczy tych pogaduszek - uciął Squall. - Zepsuł nam się samochód - wyjaśnił "ratownikom". - Jeśli wasz jest sprawny, to wsiadajmy i spadajmy stąd jak najszybciej.
- Co się z wami działo? - spytała Rinoa po drodze do samochodu. Leonhart i koledzy byli jacyś tacy wytłamszeni. I mieli na sobie galbadyjskie mundury. W każdym razie pierwotnie na pewno były to mundury. Dziewczyna musiała przyznać, że ją to zaciekawiło.
- Och, nic wielkiego. Uciekliśmy z więzienia, a po drodze wysadziliśmy w powietrze bazę rakietową - powiedział niedbale Squall, wsiadając do samochodu. Uśmiechnął się z satysfakcją pod nosem, zauważywszy zaintrygowane spojrzenie Rinoi.

Squall siedział sobie wygodnie rozparty na siedzeniu i opowiadał kolegom przebieg wydarzeń. Seifer pomyślał z przekąsem, że przyjaciel ma niezłe talenty malarskie. Szczególnie dobry był w koloryzowaniu.
- Wyrwaliście łańcuchy ze ściany? - spytała z niedowierzaniem Rinoa. - To co to za dziadostwo jakieś mają w tej Galbadii?
Squall chrząknął zakłopotany, ale zaraz podjął wątek.
- Hmm... nie wiem, nie przyglądałem się. Wiesz, jakoś miałem wtedy co innego na myśli, tortury i takie tam - odciął się.
- To galbadyjskie świnie! - warknęła dziewczyna, obrzucając Squalla współczującym wzrokiem. - Zrobili wam coś?
- Nie zdążyli - przyznał Squall. - Przywalili nam tylko parę razy i -
- Pobili was? - zmarszczyła brwi zagniewana Rinoa.
- E tam, zaraz pobili. Co to znaczy, te kilka szturchańców - powiedział Squall z miną doświadczonego weterana, dla którego takie atrakcje to chleb powszedni.
Seiferowi strasznie chciało się śmiać z przyjaciela. Najzabawniejsze, że ta cała Heartilly dawała się na to wszystko nabierać. "Leonhart zbajerowałby chyba nawet Malboro", pomyślał rozbawiony blondyn.
- A co z tą bazą? - pytała zaciekawiona dziewczyna.
- Dowiedzieliśmy się, że mają zamiar zaatakować Trabię i Balamb - wyjaśnił Squall - więc wkradliśmy się do ich bazy, zhakowałem im system i posłaliśmy wszystko do diabła! - zakończył, bardzo z siebie zadowolony.
- Zhakowałeś... - powtórzyła Rinoa. - Nie wiedziałam, że umiesz takie rzeczy - wyrwało jej się.
- To normalne, nie ma o czym gadać - machnął dłonią Squall, wydymając lekceważąco usta w stylu "co to nie ja", ale czuł, jak rozsadza go duma i satysfakcja.
Seifer zasłonił dłonią usta, żeby nie parsknąć śmiechem. Leonhart był przekomiczny z tym swoim zgrywaniem twardziela. A Heartilly jeszcze śmieszniejsza, łykała gładko wszystko, co plótł jego złotousty przyjaciel.
Rinoa spojrzała na Squalla w zamyśleniu. Chyba go trochę nie doceniała. Od samego początku strasznie ją drażniła jego wesołkowatość, a poza tym uważała, że jest ciapowaty i wkurzający. Ale teraz... chyba musiała zmodyfikować swoją opinię. Ktoś, kto uciekł o własnych siłach z więzienia i wysadził bazę podłych galbadyjskich najeźdźców, nie może być ciapowaty. Przyglądała się chłopakowi coraz bardziej zaintrygowana.

- Ale naściemniałeś, Squall - roześmiał się serdecznie Seifer, gdy obaj zostali sami.
Zatrzymali się na chwilę na postój nad brzegiem morza. Squall stwierdził, że nie ma zamiaru dalej "łazić z usmoloną gębą i w galbadyjskich szmatach", więc mieli teraz przerwę na doprowadzenie się do porządku.
- No co, przecież mówiłem prawdę - wzruszył ramionami Squall.
- Pięknie podbarwioną na użytek Rinoi - zarechotał kolega.
- A tam. Ważne, że znalazłem sposób - uśmiechnął się chytrze młodszy szermierz.
- Leonhart, jesteś niereformowalny - westchnął Seifer.
Udział w zamachu, ucieczka z więzienia, wysadzenie bazy... to było nic. Dla Squalla najważniejsze było złapanie w sieć opornej dziewczyny!

W Deling nie mieli się co pokazywać, jeśli nie chcieli zostać złapani po raz drugi, zastanawiali się więc, dokąd teraz powinni się udać. Quistis, Irvine i Selphie dowiedzieli się wcześniej, że Ogród Galbadia został przejęty przez Edeę, więc i tam nie mieli czego szukać. Postanowili przedostać się do Dollet i potem wrócić do Balamb.
- Ej, czy tu czasem nie ma w pobliżu tego Grobowca Króla Jak Mu Tam? - zastanowił się Squall, zerkając na przyjaciela. - Pamiętasz, jak graliśmy, to tam w środku był jakiś labirynt i GF...?
- No, to chyba musi być tu w okolicy. O ile faktycznie ten grobowiec istnieje - powiedział sceptycznie Seifer.
- Jedźmy obejrzeć! I tak mamy prawie po drodze - ożywił się młodszy gunblader.
- Co się tak na to napaliłeś? Powinniśmy jak najszybciej wrócić do Ogrodu i zameldować się u Cida. To nie czas ani miejsce na zwiedzanie starożytnych ruin - mitygował go Seifer.
- Przyda nam się chwila odpoczynku po misji. Jako dowódca muszę dbać o morale drużyny - wymądrzył się Squall.
- Patrzcie go, jaki cwaniak. Morale... jasne, pewnie znowu cię ciągnie do badania nowego terenu, potworów, ruin i tak dalej.
Squall nadąsał się nieco, kiedy kolega go rozszyfrował.
- To przecież jedno drugiemu nie przeszkadza - uznał wreszcie. - No dalej, Seif, nie bądź taki nudny i porządny. Jedźmy do grobowca!
- Co tylko rozkażesz, szefie - blondyn uśmiechnął się ironicznie na widok podekscytowanego Squalla.

Cała grupka stała właśnie przed dużą, zrujnowaną budowlą. Do środka prowadziła brukowana droga, kończąca się przed murem z wielką, kamienną bramą wejściową. Squall podszedł do bramy z zamiarem otwarcia jej. Widniał na niej jakiś nie do końca czytelny napis "Powiedz przyjacielu i wejdź". Chłopak wzruszył ramionami. Co za bzdety.
- Pomóc ci? - zapytał Seifer.
- Nie trzeba, dam sobie radę - machnął niecierpliwie ręką gunblader.
Pchnął energicznie bramę, ta jednak ani drgnęła. Zdenerwowany Squall włożył w to więcej siły. Oparł się plecami o wrota i naparł na nie mocno. Nic. Seifer obserwował jego wysiłki z kpiącym uśmieszkiem. Squall spróbował jeszcze raz pokonać niesforne wrota, ale w końcu dał za wygraną.
- Almasy, otwórz to - polecił wreszcie przyjacielowi, stanąwszy obok z demonstracyjnie założonymi rękami.
- Co, za ciężka brama, szefie? - spytał Seifer z udawanym współczuciem.
- Nie, tylko... skurcz mnie chwycił - usprawiedliwił się Squall, nadrabiając miną.
Seifer popchnął wrota. Otwarły się całkiem łatwo.
- Musiały się zaciąć - burknął nadąsany dowódca.

- Długo jeszcze zamierzasz "dbać o morale"? - zapytał znużony Seifer po dwóch godzinach włóczenia się po korytarzach grobowca. - Chodzimy tu już od dłuższego czasu, a ani śladu tych cholernych Braci.
- Spoko, jeszcze sprawdźmy tę odnogę - wskazał niezmordowany odkrywca. - Diablo, może ty trafisz na ich ślad?
Rinoa zmarszczyła brwi z niezadowoleniem. Nie chciało jej się chodzić po tych ruinach i właśnie zastanawiała się, co też jej przyszło do głowy, żeby łazić razem z postrzelonym Leonhartem i jego kolegami po cholernym labiryncie. Nigdy nie miała zacięcia do oglądania zabytków. I jeszcze ten Diablo! Przykleił się do Leonharta i chodził za nim jak... pies. Popatrzyła nieco zazdrośnie na wspomnianą parę, w najlepszej komitywie przeszukującą wspólnie kolejne zakamarki.
- Szukaj GFa, Diabełek, szukaj! - zawołał Squall zachęcającym tonem do psa.
- To nie jest pies tropiący - zauważyła kwaśno Rinoa. - A w ogóle to coś za bardzo się nim rozporządzasz - oznajmiła z niezadowoleniem.
Rottweiler jednak nie przejmował się humorami swojej pani. Bardzo chciał się przypodobać temu miłemu człowiekowi, który do niego tak ładnie przemawiał i smerał go za uchem. Nie wydawał mu rozkazów i nie kazał rzucać się smokowi do gardła. Teraz najwyraźniej coś od niego chciał i Diablo próbował pojąć, czego się od niego oczekuje. Zrozumiał słowo "szukaj" i uradowawszy się, zaczął intensywnie węszyć po korytarzu. Poczuł jakąś dziwną, obcą woń i ruszył po śladzie. Squall rzucił zaciekawione spojrzenie na psa i pobiegł za nim. Reszta drużyny powlokła się za swoim dowódcą, a każde z nich w myślach przeklinało w żywy kamień jego niespożyte siły eksploratorskie.
- Ha, jest! - uradował się ciemnowłosy gunblader, zerknąwszy w kierunku korytarza, kończącego się małym, kamiennym pomieszczeniem. Wewnątrz widniał jakiś skulony, niezidentyfikowany kształt. "Sacred?" - Dobre Diablątko - Squall pochwalił rottweilera, głaszcząc go po głowie. Pies nie posiadał się z radości.
- Masz bardzo mądrego psa - powiedział z uznaniem gunblader do Rinoi.
Dziewczyna mruknęła coś, nieco jednak udobruchana.
- Chodź, Seif, idziemy skosić Sacreda - zaproponował Squall z bojową miną. - Weźmy też może Dinchta, przyda nam się. Nawet nieźle wymiata, no nie?
- Po co nam on? - nadąsał się blondyn. - Damy sobie radę we dwójkę.
- Szefie, mogę iść z wami? - przerwał im Zell, podchodząc bliżej.
- OK, Dincht - zezwolił łaskawie Squall. - Zbieraj się.
Seifer burknął coś pod nosem. Odciągnął Zella kawałek dalej i zapytał go:
- Dincht, walczyłeś już kiedyś wspólnie z Leonhartem?
- No przecież w Dollet stłukliśmy paru żołnierzy - przypomniał Zell.
- Chodzi mi o prawdziwe walki. Z potworami, a nie przywalenie jednemu gościowi w zęby, i zepchnięcie drugiego ze schodów - zniecierpliwił się gunblader, myśląc z niechęcią o ich wspólnym egzaminie na SeeD. Dincht zaczął z nudów bójkę z jakimś galbadyjskim szeregowcem, a Squall cały czas marudził i próbował naciągnąć Seifera, żeby "gdzieś poszli i coś rozwalili". Dobrze, że choć on sam jako przywódca drużyny miał trochę rozsądku i trzymał się wytycznych, bo inaczej tych dwóch wariatów zawaliłoby cały egzamin.
- No, to chyba nie miałem okazji...
- Więc musisz coś wiedzieć o swoim wspaniałym dowódcy - powiedział nieco kąśliwie Seifer. - Jeśli jeszcze nie widziałeś na żywo Auto-Berserka, to zaraz się przekonasz, jak to wygląda. Przez całą walkę Squall nie zwraca uwagi na nic innego, tylko nawala przeciwnika.
- Zazdrościsz mu waleczności? - zadrwił Zell.
- Co ty bredzisz, idioto?! - rozgniewał się Seifer. - Próbuję ci powiedzieć, że tego narwańca trzeba pilnować. Uważać na jego HP i statusy, bo on w ogóle na to nie patrzy!
- Spoko, Almasy - odparł lekceważąco Zell. - Nie musisz mnie pouczać, jak wspierać dowódcę w walce. Lepiej idź sobie wypoleruj swój ...nożyk.
Obaj spojrzeli na siebie nieżyczliwie i ruszyli za Squallem w stronę bossa.

Starcie z Sacredem było dość łatwe. Dużo trudniej było walczyć z obydwoma braćmi. Jasnowłosy gunblader obserwował uważnie Squalla, który oczywiście z zapałem tłukł to jednego bossa, to drugiego. Seifer troskliwie rzucił na kumpla Curagę i zerknął, co porabia Dincht. "Kurdupel" obdarzył go przeciągłym spojrzeniem i demonstracyjnie nałożył na Leonharta Protecta. Seifer nie zamierzał być gorszy. Machnął w kierunku Squalla Aurą i zadowolony z siebie odwdzięczył się Zellowi pogardliwym spojrzeniem. Dincht jednak nie pozostał mu dłużny. Puścił na Squalla Regen i ponownie spojrzał wyzywająco na Seifera. Jasnowłosy szermierz warknął pod nosem. Co ten Dincht sobie wyobraża?
- I gotowe! - oznajmił zdyszany Squall, pokonując obydwu braci i zdobywając nowego GFa. - O kurde, aleście mi nawrzucali tych czarów - roześmiał się. - Zupełnie jakbyście przez całą walkę nic innego nie robili. Co wy, nie ciachnęliście ani razu Sacreda czy Minotaura?
- Po co? - wzruszył ramionami Seifer. - Ty zasuwałeś za cały batalion. Jak zwykle - oznajmił sarkastycznie.
- Robiliśmy za wsparcie, szefie - zameldował Zell.
- Dobra robota, chłopaki - pochwalił ich pogromca Braci.
Zell spojrzał zadowolony na Almasy'ego, z miną "to o mnie powiedział". Seifer miał ochotę go walnąć.

- Jak myślisz, Seif, co teraz dzieje się w Ogrodzie? - zagadnął przyjaciela Squall podczas jazdy. Po pokonaniu Braci wrócili do samochodu i jechali teraz w stronę odległego Dollet.
- Nie mam pojęcia. Oby nic złego.
- Ciekawe, czy nasz Ogród naprawdę potrafi się przemieszczać, jak w grze.
- Wątpię - odparł sceptycznie Seifer. - Myślisz, że nikt by tego nie odkrył do tej pory?
- Sprawdzimy to, jak przyjedziemy na miejsce - ucieszył się Squall. - Zjedziemy na dół i spróbujemy go uruchomić!
- Wolnego! Jak chcesz się tam dostać? Zamierzasz zhakować Ogrodowy system zabezpieczeń?
Seifer jęknął z rozpaczą, widząc znajomy błysk w oku Squalla. Cholera, dokładnie to miał zamiar zrobić jego lekkomyślny przyjaciel!
- Chcesz, żeby cię wywalili z SeeD? - strofował go. - Nie możesz robić sobie wszystkiego co chcesz, bo tak było w grze!
- Możemy ostatecznie zapytać dyra...
- Jasne, a on nie będzie wcale pytał, skąd o tym wszystkim wiesz.
- Ale z ciebie regulaminowa zrzęda - pożalił się Squall. - Co bym nie powiedział, to zawsze musisz się do czegoś przyczepić!
- Wiesz czemu? Jakby zajrzeć do słownika pod hasło "lekkomyślność", to byłoby tam twoje zdjęcie. Dlatego muszę cię pilnować, żebyś nie zrobił jakiejś głupoty, Leonhart - poinformował go zjadliwie.
- Nie musisz nade mną wisieć, Almasy. Nie jestem dzieckiem - zakomunikował mu obrażony Squall.
- Czasem mam co do tego poważne wątpliwości - zadrwił blondyn. - Pewnie teraz się zastanawiasz, czy po powrocie Cid mianuje cię dowódcą Ogrodu, co? - ciągnął dalej kpiąco. Po niewyraźnej minie Squalla poznał, że zgadł idealnie.
- Wcale nie - zaprzeczył bez przekonania młodszy szermierz. - A nawet jeśli, to co w tym złego? - zaperzył się.
Seifer popukał się w czoło.
- Cid może nie jest najbystrzejszy, ale nawet on nie dałby ci dowodzenia Ogrodem. To tak, jakby pięciolatkowi dać karabin - oświadczył złośliwie.
Squall obraził się i zamilkł na chwilę.
- Ale skąd wiesz? Może akurat to się sprawdzi? - podjął.
- Nie wydaje mi się.
- Ale...
- Nie rób sobie nadziei, Squall.

c.d.n.


Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2011/07/17 18:39 przez shizonek.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2011/07/17 17:20 #7032 przez Crimson008
Bardzo dobra część, jak zwykle zresztą :)

Mam nadzieję, że nie stracisz zapału, bo chciałbym zobaczyć jak się to skończy

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 411 gości oraz 3 użytkowników.

  • DrewniaQ
  • Em
  • Noel Kreiss

Nowy poziom!

  • elohim awansuje dziś na nowy poziom! (38)
  • Jamuszko awansuje jutro na nowy poziom! (13)
  • Artur121 za 3 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • Iru za 5 dni awansuje na nowy poziom! (31)
  • uitre za 10 dni awansuje na nowy poziom! (30)