Forum

Nasze projekty

Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)

Więcej
2018/11/11 12:51 #11620 przez Shadica
Użytkownik Shadica stworzył temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Witam, to mój pierwszy post.
Jestem szczególnie przywiązana do Crisis Core i bardzo chciałabym podzielić się moją twórczością.
Skończyłam ją kilka lat temu, jednak przez ten okres przeszła wiele poprawek, a fora z jej pierwszą wersją dawno już wygasły. Może od razu zaznaczę, że nie jest to yaoi czy shounen­‑ai.

Z czasem dodam pozostałe rozdziały. Pierwsze dwa są akurat dość krótkie, ale następne już dłuższe.

Gatunek: akcja, dramat, komedia
Uwagi: przemoc, wulgaryzmy
Opis: akcja dzieje się na krótko przed wydarzeniami z CC i przede wszystkim skupia się na postaci Genesisa, jeszcze przed jego dezercją.


Zapraszam do obejrzenia krótkiego trailera mojej powieści -

Roniąc Pióra

Każdy ma swoje największe marzenie. Jak tylko może dąży do jego spełnienia, nie chcąc by cały trud poszedł na marne. Jedni marzą o bogactwie, drudzy o miłości, a jeszcze inni o czystej, niczym nie skrępowanej wolności. Od nas zależy, czy nasze marzenie stanie się prawdą, która co rano nas budzi i prowadzi przez życie. Ale kto jest pewny, że pragnienie może nie czynić nikomu krzywdy? Kto powie, czy ważniejsze jest spełnienie, czy samo dążenie? Ten, kto już przeżył własne życie…

Rozdział I – Słowa w deszczu

- Jak ja nie cierpię tego czekania – prychnął rozdrażniony Genesis – Od ponad godziny siedzimy w tych przeklętych krzakach i czekamy na nikomu niepotrzebne pozwolenie.
Raz Angeal by się z nim zgodził. Obaj otrzymali zadanie wyśledzenia i zlikwidowania głównej bazy zamachowców, odpowiedzialnych za ostatnie wysadzenie bomby w Sektorze 3 oraz liczne morderstwa. Wyśledzenie ich w głębokiej puszczy (dlaczego to zawsze musi być na jakimś odludziu?) było już wystarczająco trudne, a po złożeniu meldunku dotyczącego miejsca przebywania terrorystów musieli otrzymać pozwolenie na rozpoczęcie akcji. Gdyby chodziło o same przejęcie bazy i wzięcie żywcem wszystkich, papierkowej roboty byłoby zapewne znacznie mniej. Ale zawsze kiedy istniało ryzyko podjęcia otwartej walki, co równocześnie oznaczało możliwość zabicia przeciwnika, należało liczyć się z wieloma dokumentami, zgłoszeniami i co tam jeszcze biurokracja wymyśliła. Jednak akurat to dla Angeala nie stanowiło większego problemu - gorzej było z powstrzymywaniem Genesisa przed samodzielnym rozpoczęciem akcji.
- Weź wytrzymaj, dobra? Ja też mam dosyć, a jakoś nie marudzę.
- Już że marudzę? Słuchaj: sterczymy tu jak dwa kołki, ubrania mamy ubłocone, miecze nam rdzewieją w tym deszczu i dodatkowo musimy uprzejmie czekać, aż oni pozałatwiają te swoje papiery!
Angeal jęknął w duszy, jednocześnie dziękując, że nie powiedział przyjacielowi, gdzie w tym samym czasie jest Sephiroth. Ten przed odprawą wspominał coś o Wutai…
- Genesis, wiesz, że miecze nam tak łatwo nie zardzewieją. A w sprawie ubrań… Mogłeś nie wkładać płaszcza. Zwłaszcza czerwonego.
Rudowłosy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- No wiesz co? Płaszcz dodaje elegancji i powagi. A zwykłe mundury budzą we mnie odrazę. Człowiek wygląda w nich jak jakiś… – urwał na chwilę – Przepraszam, zapomniałem, że TY je lubisz.
Jakby Angeal miał gdzieś listę na temat najbardziej znienawidzonych rzeczy, to rozmowa z Genesisem o ubraniach podczas ulewy na pewno spokojnie miałaby zapewnioną jedną z najwyższych pozycji. Pomimo tego, że obaj byli SOLDIER 1st Class, dla których wszelkie zjawiska pogodowe były zwykłą, niegodną uwagi błahostką, to jednak uczucie lodowatej wody spływającej po plecach nie należało do szczególnie przyjemnych. Siląc się na spokój, Angeal milczał, nie zwracając już uwagi na dobiegające z jego lewej strony gniewne sarkania. Chociaż widok zwykle zadbanego przyjaciela, a teraz całego ubłoconego, jakoś rekompensował mu ten trud. On mógł po prostu założy sobie nowy, świeży mundur, a Genesis miał poważny problem, zwłaszcza iż dostrzegł małe rozdarcia w połach tak uwielbianej przez niego części garderoby. Nawet był ciekaw jego reakcji… albo może lepiej nie, bo nie wiadomo, czym by się to mogło skończyć. Ostatnio podczas treningu obchodzenia się z materią jeden z SOLDIER 3rd Class zupełnie przypadkiem osmalił Genesisa, to "winowajca" ledwo zdążył uniknąć potężnej kuli ognia wysłanej w odwecie. Chodził uparcie w tym płaszczu, jakby chciał być drugim Sephirothem. Cóż, to jego sprawa, niech sobie teraz cierpi.
- Mój przyjacielu, czyż nie byłby azaliż godzien twej uwagi fakt, iż twój łącznik ze światem zewnętrznym wydaje odgłosy nader nieprzyjemne dla naszych narządów słuchu?
Ignorując kolejny oratorski popis Genesisa, Angeal szybko wyciągnął swój "łącznik ze światem zewnętrznym", czyli komórkę.
- Zgłaszają się Hewley i Rhapsodos. Czekamy na rozkazy dowództwa. – ciężko było mu mówić dostatecznie głośno z dwóch prostych powodów: wzmagającej się burzy oraz dość słyszalnego mamrotania towarzysza na stary temat pt. "jak ja nie cierpię tego nazwiska".
- Pozwolenie udzielone. Przypominam cel: zlikwidować bazę terrorystów na terenie Starożytnej Puszczy. Rozpocząć.
- Tak jest! Odmeldowujemy się! – rozłączył się – Genesis… Genesis?
Genesisa nie było.
- Niemożliwy, po prostu niemożliwy – mruczał pod nosem, gdy ruszył w ślad za nim.

* * * * * *

Znalazł go przyczajonego w gęstych zaroślach na skraju drzew, tuż przed zamaskowanym wejściem do kryjówki. Genesis bacznie obserwował kamienną, porośniętą bluszczem ścianę. Ulewa poruszyła nieco zielone pnącza, częściowo odsłaniając solidne metalowe drzwi o ponad dwumetrowej szerokości. Nie mieli wątpliwości, że było to tylko jedno z wielu takich dojść do bazy. To konkretne sprawiało wrażenie znacznie rzadziej używanego: jeszcze zanim zaczęły się deszcze nie znaleźli świeżych śladów ludzi, jedynie stare odciski ciężkich butów sprzed kilku dni. Wchodząc tą drogą mogli uzyskać przewagę w postaci elementu zaskoczenia. Była to jednak gra hazardowa, ponieważ główna baza musiała zostać zlikwidowana jak najszybciej, a czas zdecydowanie działał na ich niekorzyść. Śledztwo wyraźnie wskazywało na akcję na większą skalę, więc odpowiedź ShinRy powinna zostać dokładnie przygotowana. Niestety, rozkazy z góry jedynie ponaglały, nie dając im czasu na lepsze zaplanowanie całej operacji. Musieli już ruszać i liczyć na łut szczęścia.
Angeal cicho podkradł się do przyjaciela.
- Gen, wiesz że lepiej zostawić przy życiu tych ludzi? – zapytał z lekką obawą.
Szukając w wewnętrznej kieszeni płaszcza silnej lodowej materii, ten nie odpowiedział od razu. W końcu powoli, iście dramatycznym ruchem wyjął niewielką, świecącą na niebiesko kulkę.
- Powiedział, że pozostawienie pewnej liczby osób jawnie zagrażających swą bytnością na tym jakże okrutnym świecie w stanie nietkniętym byłoby wskazane. Milczeniem pominął zaś prawdopodobieństwo zabicia tych, którzy mogliby stać się dla nas potencjalnym zagrożeniem.
- Gen?
- Słucham, przyjacielu?
- Zaczynamy?
- Niech Bogini doprowadzi nas do zwycięstwa.
Angeal uznał to za potwierdzenie. Z dwojga złego wolał już Genesisa poetę, niż marudę czy milczka. Chociaż Sephiroth zapewne powiedziałby co innego…


Rozdział II – Stracona chwila

Deszcz padał nieprzerwanie, kiedy Genesis ostrożnie podszedł do ukrytych drzwi. Odgarnął mokre liście i przymknął oczy. Jego wyostrzony słuch nie wyczuł nikogo, kto stałby za nimi czy w ich pobliżu. Nigdzie nie znalazł żadnego zabezpieczenia w postaci skanera siatkówki, co jeszcze bardziej zapewniło go, że wejście to było rzadko używane. Delikatnie przejechał dłonią po chłodnym metalu i skupiając się na materii sprawił, że lód przeniknął w głąb mechanizmu, czyniąc zamek łatwym do wyłamania. Owszem, on lub Angeal mogli po prostu przeciąć drzwi mieczem, ale hałas z pewnością zaalarmowałby strażników. Użycie materii było więc znacznie lepsze, a przy tym, wedle Genesisa, znacznie bardziej poetyckie.
Kiedy lód pokrył już cały zamek, obaj SOLDIER odczekali chwilę, po czym Angeal lekko pchnął drzwi, które bezproblemowo otworzyły się, nie czyniąc żadnego alarmu tylko… rozsypując się w pył. Zdumiony zajściem, Angeal spojrzał pytająco na Genesisa, a ten przywołał na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech na znak, że wszystko było w pełni zaplanowane i chciał zobaczyć minę towarzysza. Widząc ją, wszedł do środka wyraźnie usatysfakcjonowany. Po sekundzie Angeal zrobił to samo, przysięgając sobie w duchu, że powie mu o rozdartych połach płaszcza. Niech ma za swoje.
Wewnątrz pierwszym, co rzuciło się obojgu w oczy był dziwny wygląd tunelu w jakim się znaleźli – za metalowymi drzwiami ktoś zbudował ogromne pomieszczenie z literą E na jednej ze ścian, z którego wychodziło pięć korytarzy. Gdzieniegdzie przez sufit przebiegały grube korzenie drzew, najwyraźniej zbyt twardych do usunięcia. Rzucane przez nie cienie wywierały dość ponure wrażenie.
Angeal czujnie rozejrzał się po najbliższej okolicy, jednak wszystkie korytarze wyglądały identycznie.
I niemal jednocześnie rozległ się głośny sygnał.
- UWAGA: WSZYSTKIE JEDNOSTKI Z OBSZARU E-20 MAJĄ SIĘ STAWIĆ NA SALI TRENINGOWEJ D-02. POWTARZAM...
Po chwili jednego zaraz dobiegł ich odgłos kroków wielu ludzi. Sądząc po miarowym szczęku stali, najwyraźniej uzbrojonych. I tyle z nadziei na łut szczęścia.
Genesis zerknął na szczątki drzwi i gdyby nie był sobą, to z pewnością pożałowałby swojej chęci popisania się magią. Ale jako iż był sobą, wzruszył ramionami i wraz z przyjacielem cicho pobiegli pierwszym korytarzem, z którego nie słyszeli żadnego dudnienia butów. Choć Angeal nie powiedział tego głośno (ale miał taką ochotę), to rudowłosy wiedział co ten o nim myśli i co teraz muszą zrobić: znaleźć bezpieczne schronienie i od nowa obmyślić plan działania. Wciąż biegnąc zauważył wejście do szybu wentylacyjnego. Mając pewne przykre doświadczenia z tego typu kryjówkami, liczył że Angeal go nie spostrzeże i pobiegną dalej. Niestety, jak na złość towarzysz stanął, zdjął osłonę i niemal siłą wepchnął go do ciasnego szybu, po czym sam tam wszedł.
Wzbijając tumany kurzu i czując nieprzyjemny zaduch jaki panował w nieużywanym szybie, Genesis przez moment miał ochotę wyjść i mimo wszystko walczyć z każdym, kto się nawinie, ale to byłoby więcej niż lekkomyślnym posunięciem. Tak więc tkwił wraz z Angealem w niewygodnej ciasnocie i z wymuszonym spokojem czekał aż wszelkie odgłosy ucichną. Tymczasem czarnowłosy szepnął:
- Nie mogłeś się powstrzymać? Wyważenie zamka w zupełności by wystarczyło, a tak za jakieś góra 5 minut cała baza dowie się o intruzach i nasze zadanie jeszcze bardziej się skomplikuje.
- W porządku, bardzo przepraszam. Nikogo nie słyszałem, a kto mógł pomyśleć, że akurat w tym momencie wezwą ludzi na trening? Zresztą ShinRa dała nam tyle czasu na przygotowania, co kot napłakał.
- Nie mam ci tego za złe, ale musimy zmienić plan bez skontaktowania się z dowództwem.
- Udajesz Sephirotha? – zaryzykował żart rudowłosy.
Lecz Angeal nie odpowiedział. Podczas misji zawsze był śmiertelnie poważny, co znacznie upodabniało go do Sephirotha (Sephiroth często powtarzał Genesisowi, że powinien brać przykład z przyjaciela, ale nie spotykał się z aprobatą. Albo i spotykał, o ile można tak nazwać wywalony język). Teraz Angeal wyjął miecz i zmieniał mu materie w slotach. Nie był to Buster Sword, który starym zwyczajem wisiał mu na plecach, a zwykły miecz SOLDIER 2nd Class.
Przyjaciel prawie nigdy nie używał Buster Sworda, bo bał się zniszczenia "dumy swej rodziny". Genesis podejrzewał, że tak łatwo by do tego nie doszło, ale w tej sprawie Angeal zachowywał się gorzej od upartego osła. Jednak skoro tak niechętnie nim walczył, to po co w ogóle zabierał go na wszystkie misje? Przecież mógł spokojnie zostawić miecz w swoim pokoju w ShinRze bez obawy kradzieży, ponieważ rozłoszczony Angeal w celu odzyskania "dumy" byłby zdolny do strasznych czynów, a po za tym miecz swoje ważył. Kiedyś Angeal pozwolił Genesisowi wziąć go do ręki i rudowłosy zdziwił się, czując taki ciężar i nie mogąc zrozumieć jak można wytrzymać z czymś takim na plecach. Jego Rapier był nieporównywalnie lżejszy (i o znacznie milszym dla oka wyglądzie i estetyce, ale Genesis nigdy nie powiedział tego głośno).
- Genesis, skup się. To poważna misja – łagodny, lecz stanowczy głos przyjaciela wyrwał go z zamyślenia – Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć?
Coś tam słyszał.
- Mimo iż ten szyb wentylacyjny fatalnie na nas wpływa, brudząc włosy i ubrania wbrew naszej woli, musimy przejść nim do głównego pomieszczenia zwanego potocznie „centrum dowodzenia”. Problem jest prosty, bo żaden z nas nie ma bladego pojęcia, gdzie to się znajduje. Prawidłowo?
Odpowiedziało mu skinięcie głowy, dość niefortunne w tym miejscu, bo zmusiło Genesisa do wciągnięcia w płuca pewnej ilości pyłu. Spróbował zakasłać, ale źle obliczył wysokość szybu i w efekcie walnął się głowę.
Angeal taktownie odczekał aż Genesis przestanie żalić się Bogini, po czym powiedział:
- I w trakcie szukania powinniśmy być… niewidoczni.
Jeśli Genesis mógł jeszcze bardziej mieć dosyć tej misji, to właśnie otrzymał kolejny ku temu powód. Zrozumiał bowiem, o co chodziło Angealowi.
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie zostawię tu płaszcza! A jak ktoś go znajdzie i sobie weźmie? – aż zadrżał na myśl o tym.
- Poświęć się dla dobra misji. Czerwień za bardzo rzuca się w oczy – przekonywał Angeal – A zresztą kto normalny szukałby ubrań w szybie? Przepraszam – dodał szybko, widząc minę przyjaciela, w której kryła się groźba trwałego kalectwa.
Nie miał najmniejszej ochoty tego robić, ale musiał. Jęcząc, wijąc się i klnąc Genesis w końcu zdjął płaszcz. Złożył go starannie, chcąc już jak najszybciej skończyć tą przeklętą wyprawę. Obiecał sobie, że okulawi pierwszą osobę, jaka się mu nawinie. Chociaż gdy spod płaszcza wyjrzała bardzo smukła sylwetka w czarnym pancerzu, to humor nieco mu się poprawił. Od dzieciństwa miał wzięcie u dziewczyn, gdyż w Banorze niewielu było tak przystojnych chłopców. Potem, gdy wraz z Angealem dołączyli do SOLDIER jego popularność nieco zmalała, bo nikt go znał i do tego pochodził z jakiejś zapyziałej wiochy. A że miejsce zamieszkania od zawsze miało spory wpływ na pozycję w grupie młodzieży... Jednak ogólna prezencja, zdolności oratorskie i odkryty talent magiczny szybko zrobiły swoje, więc ze wszystkimi pracownicami był na "ty". Znaczy prawie wszystkimi, bo sprzątaczki bardzo niechętnie sprzątały sale treningowe po wyjściu Genesisa. A kto powiedział, że ogień nie osmala ścian, a lód nie obladza podłogi, czyniąc ją niemożliwą do użytkowania w wiadomym celu?
- Dobrze, płaszcz zdjęty, co teraz? – chociaż doskonale znał już odpowiedź.
- Teraz trzeba się rozdzielić, bo ja w dalszej części tego szybu się nie zmieszczę, a ty jesteś znacznie szczuplejszy.
Genesis od zawsze lubił komplementy, ale i tak wolał się nie rozdzielać. Jednak zgodził się, dając sobie spokój z wywoływaniem kolejnej kłótni.
- A ty którędy pójdziesz?
- Górą. W pobliżu widziałem wejście do górnego szybu, a te są z reguły znacznie szersze. Ruszam. Powodzenia – wygramolił się i po chwili zniknął z pola widzenia rudowłosego.
Genesis założył miecz na plecy i rozpoczął czołganie w głąb tunelu, marząc o ciepłej kąpieli i wygodnym łóżku, które czeka na niego jakieś kilkaset kilometrów stąd.
Był zły. Bardzo zły. A wrogowie już niedługo odczują to na własnej skórze.

* * * * * *

- Jasna cholera! – dyrektor Lazard rzadko kiedy się złościł, ale jak już to na poważnie.
- C-co się stało, p-proszę p-pana? – jego nowa sekretarka aż rozlała kawę ze strachu – Ojej! Przepraszam najmocniej! J-już to zmywam!
Dyrektor nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej przeprosiny ani na spływającą z biurka gorącą kawę. Wstając z krzesła, zaczął nerwowo krążyć po swoim gabinecie. Nie chcąc przysparzać dalszego sprzątania pannie Nassi klął w myślach równo, jednocześnie próbując znaleźć wyjście z sytuacji. Nie dość, że dziesięć minut temu w Sektorze 6 wybuchła kolejna bomba, to dodatkowo zamachowcy napadli na posiadłość jakiejś tam arcyważnej osobistości i wzięli zakładników. I nie miał pod ręką żadnego SOLDIER 1st Class, bo jeden został wysłany do Wutai, a pozostała dwójka z misją zlikwidowania bazy tych terrorystów, którzy akurat dzisiaj postanowili zaatakować Midgar. Po raz kolejny słowa Prezydenta narobiły zamieszania. Westchnął. A dzień zapowiadał się tak spokojnie…
- Nie ścieraj teraz tej kawy, tylko prędko sprowadź mi Tsenga! – jak oparzona wyleciała z pokoju.
Odział 3rd Class już został wysłany na miejsce wybuchu, ale co z resztą? rozmyślał gorączkowo Sephiroth dotrze tu zbyt późno, Rhapsodos i Hewley nie dają oznak życia…
Szybko podszedł do intercomu.
- Ross, wyślijcie oddział złożony z sześciu SOLDIER 2nd Class do Rezydencji Sir Gatana. Dokładnie poinformujcie ich o sytuacji i wyposażcie w materie ochrony 3 poziomu.
- Dobrze. Czy wysłać też tego nowego?
- Kogo?! Nie pytaj mnie, tylko ślij tam najlepszych SOLDIER!
- Tak jest!
Zrezygnowany Lazard usiadł w miękkim fotelu i liczył, że jakoś to będzie.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/11 17:10 #11622 przez Em
Użytkownik Em odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Witamy na Balamb :) Fajnie, że zdecydowałaś się wrzucić swój fanfik. Jesteśmy otwarci na wszelką kreatywność, zwłaszcza że nie mamy chyba jeszcze żadnego fanfika z Crisis Core (skandal!).

Początek bardzo fajny, charakter postaci świetnie oddany (zupełnie, jakbym widziała ten próżny uśmieszek Gienka). Ciekawa jestem, czy w dalszej części pojawi się Sephiroth. Czekamy na więcej :)
Podziękowania od użytkowników: Shadica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/17 19:14 #11624 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Dziękuję za ciepłe przyjęcie pierwszych rozdziałów. A kto się jeszcze pojawi...? Zachęcam do czytania.

Rozdział III – Konsekwencje

Angeal miał rację. Po kilku metrach od wejścia szyb zwężał się tak, że czarnowłosy utknąłby w nim na dobre. Sam Genesis musiał już dwukrotnie nieco sobie dopomóc lodową materią, by dosłownie prześlizgnąć się dalej. Zdarzało się, że miał przed sobą dwa wyloty szybu i wtedy zdawał się na intuicję, chociaż po prawdzie była to najzwyklejsza metoda na "chybił-trafił". Wkrótce doszedł do wniosku, iż przestępcy będą musieli mu podziękować za fachowe wyczyszczenie dawno nieużywanego szybu. A jak nie będą mieli ochoty dziękować, to ich zwyczajnie zmusi.
Oceniając czas, wyliczył że od rozstania z Angealem minęła już jakaś niecała godzina, a do tej pory nie znalazł ani jednego pomieszczenia, które mogłoby sugerować nazwanie je centrum dowodzenia. Mijał mniejsze i większe pokoje, w tym trzykrotnie sypialnie żołnierzy, ale ani nie znalazł ani nie usłyszał niczego przydatnego. Po półtorej godzinie bezsensownego obijania się po ściankach szybu zarządził przerwę, bo miał wrażenie, że zapomniał o swoich nogach i - jakby to określił - (a do czego absolutnie się nie przyznawał) całkowicie stracił orientację na terenie wroga. Już z sześć razy próbował sobie przypomnieć przebytą trasę, lecz bez większego skutku.
Najpierw szedł prosto i skręcił dwukrotnie w lewo (tylko tego był tak naprawdę pewien), później… chyba też w lewo. A na przedostatnim rozwidleniu jak? Wystarczyła chwila zamyślenia, by się pogubić w tym labiryncie. Walcząc z narastającym uczuciem paniki, spróbował zlokalizować Angeala przez komórkę. Nic z tego, odpowiedziały mu jedynie szumy, sygnalizujące problemy z łącznością. .
Cholera. Dobra, to co w takim przypadku zrobiłby Seph? na chwilę przestawił się na tok myślenia nieobecnego srebrnowłosego, ale zaraz dał sobie spokój Ej, czy JA jestem jeszcze SOLDIER 2nd Class, czy 1st? Robię to po swojemu, ot co!
"Po swojemu" oznaczało przeczołganie się przez dziesięć następnych metrów i uderzenie pięścią z ledwo hamowanej złości w metalową ściankę. Wziął głęboki oddech i postanowił wrócić do ostatniego rozwidlenia. Okazało się to dobrym posunięciem. Wkrótce z prawej strony poczuł powiew świeżego powietrza. Nie, nie świeżego. Raczej zatęchłego, przywodzącego na myśl stare, zżarte przez korniki meble. Wyjrzał przez pobliską kratkę i zobaczył niewielką, opuszczoną komórkę.
Nie sądził, że w najbliższym czasie ktoś do niej zajrzy, więc powoli wyszedł z szybu. Jednak dla pewności wziął podniszczone krzesło i za jego pomocą zablokował drzwi. Wolał nie ryzykować użycia na nich magii, ponieważ ktoś wyszkolony z łatwością mógłby ją wykryć. A tak… cóż, przecież może się zdarzyć, że drzwi prowadzące do zapomnianego przez wszystkich składziku nie będą chciały grzecznie ustąpić.
Mając za sobą niezbędne środki ostrożności, Genesis rozejrzał się po pomieszczeniu. Pokoik był tak mały, że prawdopodobnie służył niegdyś za przechowalnię rozmaitych gratów i śmieci. Brudne, szare ściany od dawna nie widziały pędzla malarza, z sufitu zwisała samotna żarówka, która się ledwie żarzyła. Stała tu wysoka szafa, w niej kilka wygniecionych, śmierdzących szmat i pustych butelek, a także parę mioteł. Czyli nic ciekawego, ale mógł tu rozprostować nogi i złapać oddech przed kolejną infiltracją szybu. Genesis przeciągnął się, żeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie, po czym odwrócił się i kucnął by wejść z powrotem do znienawidzonego tunelu. Na moment zamarł, bo zapomniał usunąć krzesło. Rzucając delikatne przekleństwo pod adresem terrorystów i stolarzy, wstał i prawie natychmiast dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył. Spod szafy wystawała jakaś ciemna waliza. Czując niepohamowaną ciekawość, szybko podszedł do tajemniczego znaleziska i jednym ruchem wyciągnął z ukrycia. Była to duża, nowiutka walizka, przy tym wcale nie zakurzona, zupełnie jakby ktoś tam niedawno ją wepchnął. Widocznie nagle musiała zostać schowana... Zamknięto ją na klucz, ale Genesis swoim sposobem zamroził i skruszył zamek, dzięki czemu wieko walizy posłusznie ustąpiło.
Materie.
Nie wiedział ile czasu wpatrywał się w te nowiutkie, lśniące kule pełne energii, które tylko czekały aż ktoś je wykorzysta. Oczy Genesisa pochłaniały całe gamy kolorów, jaśniejących w półmroku. Mając bogate doświadczenie dotyczące magii, od razu rozpoznał liczne Summony, Fire, materie wspomagające… Wygrzebał też dwie leczące Restor i Cover. Zagłębiając się na samo dno walizy wyjął materię przyzywająca potężnego Bahamuta Zero. Trzymając czerwoną materię w ręku, przypomniał sobie swojego pierwszego przyzwanego Bahamuta. Wtedy był jeszcze zwykłym SOLDIER 2nd Class, ale jego niezwykły talent magiczny pozwolił mu okiełznać niezwykłą bestię i tym samym zostać 1st Class. Pamiętał dumę jaką odczuł, kiedy wszyscy mu gratulowali. On i Angeal, "wieśniacy" jak ich nazywali nibykoledzy z oddziału, otrzymali zaszczytny tytuł SOLDIER 1st Class. I to zdumienie i radość, kiedy dowiedzieli się, że od tego dnia będą traktowani na równi z Sephirothem…
Dobiegające z oddali kroki oprzytomniły Genesisa, przywracając go do normalnego toku myślenia, które przede wszystkim skupiało się na jak najsprawniejszym wykonaniu misji. Jednak pozostawienie walizki pełnej magicznych kulek byłoby zgoła lekkomyślne. Ukryta w pośpiechu, prawdopodobnie przed ich "wejściem", mogła w każdej chwili zostać zabrana i użyta przeciwko nim. A walka z ogromnym Bahamutem w podziemnej bazie nie do końca uśmiechała się Genesisowi.
Czyli biorę was ze sobą. Tylko jak? spojrzał na zbyt wąski szyb. Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

* * * * * *

Górny szyb zaprowadził Angeala do wielu sal, w większości treningowych oraz składów broni. Zdziwiło go, jak wielu było ludzi. Chociaż ta "grupa" terrorystów ujawniła się zaledwie kilka miesięcy temu, to ich liczebność mogła dorównywać oddziałom zwykłej piechoty ShinRy. Zastanawiał się, od jak dawna muszą się przygotowywać do zaatakowania Midgaru, co wywnioskował z przypadkowo usłyszanych rozmów. Nowi rekruci ćwiczyli pod okiem bardziej doświadczonych przestępców, strzelając z broni palnej do manekinów i walcząc na miecze. Zadanie komplikowało się. Jak niby mieli sami z Genesisem "zlikwidować główną bazę wroga" skoro było ich po prostu za dużo? Nie miał jak zawiadomić ShinRy o stanie sytuacji z powodu zerwanej łączności. Nie mógł nawet nigdzie zejść, ponieważ po pomieszczeniach i korytarzach regularnie snuli się strażnicy, każdy z krótkofalówką i karabinem.
Po pewnym czasie udało mu się znaleźć salę, która była czymś na wzór sali konferencyjnej, ale ta różniła się tym od normalnych, że jej rozmówcy należeli do światka przestępczego. Do tego jeden barczysty mężczyzna z czarną brodą musiał dawać stały upust swej złości. Ze swojego punktu obserwacyjnego Angeal dobrze widział, jak miota się po pokoju, w furii wyklinając "gości", czyli jego i Genesisa. Pozostali – dwóch blondwłosych mężczyzn w średnim wieku i drobnej budowy kobieta – ignorując krzyki brodacza próbowali ustalić, gdzie mogą znajdować się niepożądani intruzi.
- Kim oni, do ciężkiej cholery, mogą być?! Ruszcie głowami! – ryknął brodaty.
- Prawdopodobnie szpiegami ShinRy. Może być ich dwóch, najwyżej trzech. Zdołali uniknąć naszych kamer i czujników. Trzeba ich jak najszybciej uciszyć zanim cokolwiek znajdą. Co za czasy… nie można spokojnie pracować – odpowiedziała spokojnie kobieta, bawiąc się przy tym kosmykiem jasnych włosów.
Jeden z blondynów pokręcił głową.
- Szpiedzy nie rozwaliliby wejścia w tak widowiskowy sposób. Drzwi, które dosłownie zniknęły z zawiasów muszą być sprawką kogoś znacznie lepiej wyszkolonego.
- Czyli kogo, do cholery?! Mówże wreszcie!
- To muszą być SOLDIER i to przynajmniej 2nd Class.
Cisza, jaka zaległa po jego słowach dała Angealowi chęć do wyklinania pomysłu Genesisa. Bo jeśli już wiedzieli, kto się włamał i jeśli komuś przyjdzie do głowy, że tylko SOLDIER 1st Class potrafiłby tak mistrzowsko użyć magii… A jeśli potem jeszcze ktoś sobie przypomni ilu w ShinRze jest SOLDIER 1st Class, to mają poważne kłopoty. I oni, i Midgar.Gdyby nie te drzwi, ogólny pech i pośpiech ze strony samej ShinRy, to ci ludzie nawet by nie wiedzieli, że znajdują się w ich bazie.
Genesis, coś ty najlepszego zrobił? Musimy się pośpieszyć, zanim ruszą do ataku…
- Pieprzona ShinRa! Musi się wpierniczać w nie swoje sprawy – brodaty uderzył pięścią w stół.
Zanim ktokolwiek zdążył coś dodać, rozległo się pukanie do drzwi.
Drugi blondyn dał znak, żeby otworzyć. Do środka niepewnie wszedł chłopak, który na oko miał najwyżej z szesnaście czy siedemnaście lat. Ukłonił się zebranym i chociaż Angeal nie widział jego twarzy, to z pewnością była biała jak ściana. Tak bardzo się trząsł. Poczuł nagłą litość do chłopca. Ciekawe. czy został terrorystą z własnej woli… A przymusowy werbunek nie był niczym niezwykłym. Wystarczyło chociażby zagrozić śmiercią lub torturami całej rodzinie i już znajdowali się bardzo wierni rekruci, gotowi uczynić wszystko byleby tylko ochronić swoich najbliższych.
- Czego chcesz? – spytała ostrym tonem kobieta – Kto cię przysłał?
Składając ponownie głęboki ukłon, posłaniec powiedział.
- Jestem tu na polecenie pana Ramona. Mam w jego imieniu poinformować… - zająknął się.
Brodaty podszedł do niego z zadziwiającą szybkością. Złapał go za włosy i nic nie robiąc sobie z krzyku białego jak ściana chłopca, wściekle krzyknął mu prosto w ucho.
- I co tym razem ten cholerny Ramon spartolił?! Co znowu schrzanił?! No mówże, dzieciaku!
- P-pan Ramon mówi, że walizę z eksperymentami schował w pokoju 2B-v, kiedy zaalarmowano o intruzach. Wysłał mnie po nią i nie ma jej tam! Przepraaaszam! – chłopak teraz już praktycznie płakał, patrząc błagalnie, by ktoś pomógł mu uwolnić się z żelaznego uścisku.
Angeal w ostatniej chwili powstrzymał się przed rzuceniem się na pomoc chłopcu. Zagryzając wargi, musiał bezczynnie patrzeć, jak chłopak dostaje otwartą dłonią cios w twarz i wylatuje za drzwi. Był wściekły na siebie, że nijak nie mógł temu zapobiec. Już jako mały chłopiec zawsze stawał w obronie słabszych i przez to nieraz wracał do domu pokrwawioną twarzą i podbitym okiem, ku rozpaczy, ale zarazem i dumie rodziców. A teraz, dorosły mężczyzna, perfekcyjnie wyszkolony i jeden z najlepszych SOLDIER, nie mógł nic poradzić na takie okrucieństwo.
Trzęsąc się ze złości, ledwo się zmusił, by w bezruchu śledzić dalszy przebieg rozmowy.
- Nie musiałeś być aż taki surowy – rzekła od niechcenia kobieta, uśmiechając się przy tym złośliwie.
- Odwal się, Jaspin! Eksperymenty zginęły! Jak niby mam spokojny?! – wyszedł.
- Które to były? – odezwał się blondyn w okularach, wyraźnie zaniepokojony.
- Te najnowsze, ani razu nie sprawdzane. Właśnie dzisiaj miały być testowane, ale że zmieniono datę ataku…
- Więc co tak siedzicie? Jazda ich szukać zanim szef się dowie! – fuknęła Jaspin, po czym szybko opuściła pokój. Pozostali wyszli zaraz za nią.
Do uszu Angeala dobiegł charakterystyczny odgłos zamykanych drzwi i szybko oddalających się kroków. Zdjął kratkę i zręcznie zeskoczył na gładką posadzkę. Chciał znaleźć coś, co mogłoby dać mu jakieś informacje o wspomnianych eksperymentach i coś na temat wymienionego w rozmowie szefa.
Przez mocno ograniczoną widoczność w szybie, nie zauważył trzech stalowych szafek z rozmaitymi papierami, które stały pod ścianą. Po kolei dokładnie przeszukał każdą z nich, lecz wszystkie dokumenty były niemal identyczne – większość prawiła o zaopatrzeniu, kilka o problemach z łącznością. Nie znalazł tam nic przydatnego. Pewnie ważniejsze schowano w lepiej zabezpieczonym miejscu.
Przerzucając od niechcenia ostatnie papiery, jego wzrok padł nagle na zdanie "W związku z pierwotnymi stanami zmodyfikowanych materii próby przyzywania Summnonów zostają odroczone…" Brzmiało to jak raport naukowy ShinRy. Czytał dalej. "Materiały zdobyte dnia 8 października zostały poddane próbom reakcji na silnie promieniowanie (Typ-AVx3). Eksperymenty były niepomyślne, naruszono stabilność magiczną materii. W obecności mako istnieje 70% szansy na wybuch. Osoby mające kontakt z materią doznały poważnych uszkodzeń ciała. Wymagane jest…" Eksperymentalne materie? Ta wiadomość zaniepokoiła Angeala. Zabawa z mocą materii... Jest źle, nawet bardziej niż źle.
Pochował wszystko, by ukryć że był tu ktoś niepowołany, biorąc ze sobą jedynie raport o materiach.
W pokoju nie znalazł już nic godnego uwagi, więc podciągnął się z powrotem do szybu. Czołgając się dalej, cały czas rozmyślał o tych "eksperymentach", o których mówił chłopak. Jeśli chodziło mu tą niestabilną materię, która teraz zniknęła w tajemniczy sposób, to chyba już się domyślał co porabia jego rudowłosy przyjaciel. Gorzej, że nie wiedział gdzie jest pomieszczenie 2B-v.

* * * * * *

Zabranie materii było bardziej niż dobrym pomysłem. Widok wbiegającego dzieciaka, w panice szukającego walizki, upewnił Genesisa, że miał genialny, a prosty pomysł. Najzwyczajniej w świecie musiał poczekać, aż nikogo nie będzie na korytarzu, po czym szybko ukryć cenne znalezisko w górnym szybie. Nie miał zbyt wiele czasu na wykonanie tego przedsięwzięcia (kto wymyślił, by każdym korytarzem łaziły uzbrojone trzyosobowe patrole?!), ale wszystko poszło idealnie po jego myśli. Teraz śmiał się w duchu, kiedy widział jak biedne chłopię przerzuca sterty szmat i przeszukuje kąty składziku. A jak beznadziejnie stał w drzwiach z tą białą jak kreda twarzą, nie mając kompletnego pojęcia, że zguba jest tuż nad jego czarną czupryną! Doprawdy, mało inteligentni ci terroryści myślał z pogardą.
Zapamiętał w którą stronę pobiegł chłopak, a sądząc z odległych krzyków, musiał komuś o tym powiedzieć. A tym kimś musiał być ktoś ważny. Trochę zakłuło go sumienie, bo usłyszał jak chłopak dostał solidną reprymendę i pobiegł jeszcze dalej. Ale przecież nie mógł zostawić czegoś tak niebezpiecznego. Szyb którym poszedł Angeal był rzeczywiście znacznie szerszy, no i tak nie zakurzony. Włożył pod walizę jedną z mniej śmierdzących szmat, by odgłosy szurania nie zdradziły go i powoli skierował się ku źródle krzyków.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/19 18:54 #11625 przez shizonek
Użytkownik shizonek odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Bardzo przyjemnie się czytało, akcja rozwija się sprawnie, no i podobają mi się zgrabnie nakreślone charaktery obu panów. :)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Podziękowania od użytkowników: Shadica

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2018/11/30 20:02 #11631 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Życzę miłej lektury.

Rozdział IV – Role się odwracają

Na dzisiejszych zajęciach omówimy jak powinien wyglądać poprawny przebieg misji infiltracyjnej. Kto mógłby nam wyjaśnić, co znaczy infiltracja? Tak? Rhapsodos, mów.
- Infiltracja to przenikanie, skryte przechodzenie żołnierzy, grup lub małych pododdziałów przez luki w ugrupowaniu bojowym przeciwnika w celu przedostania się na jego tyły i wykonania zadań specjalnych między innymi rozpoznania czy dywersji.
- Bardzo dobrze. A domyślacie się, co należy robić, jeśli zostaniecie wykryci? Może ktoś inny? Nie? Rhapsodos, mów.
- W przypadku wykrycia należy…

Genesis Rhapsodos. Wielki SOLDIER 1st Class. I jego przyjaciel, Angeal Hewley. Obaj niezwykle utalentowani, zarówno w magii jak i mieczu. Przeszli szkolenie z najlepszymi wynikami, lecz Genesis szczególnie olśnił wszystkich swoim niezrównanym talentem magicznym. Niektórzy mówią, że jest już tak samo silny jak on.
On. Sephiroth. Niepokonany, sławny i powszechnie szanowany. Jednak pomimo całej tej sławy i uwielbienia jakim go darzono, przez wiele lat czuł się samotny, nawet nie miał w pełni normalnego dzieciństwa. Owszem, czasami bawił się z dziećmi naukowców lub pracowników, ale jego rówieśnicy woleli z rozdziawionymi buziami patrzeć na niesamowite włosy tego wychwalanego chłopca. Irytowały go takie sytuacje, lecz nigdy nie unosił się gniewem, chociaż wiele razy był tego bliski. Tak więc z ulgą patrzył, jak rodzice zabierali swoje pociechy i jednocześnie nie do końca rozumiał tego dziwnego ukłucia żalu, kiedy ojciec brał na ręce swojego syna i wychodził. Niestety, w końcu te "zabawy" z rówieśnikami doprowadziły do ostrej bójki między nim a trójką chłopców. Cud, że pracownicy zainterweniowali w porę i koledzy Sephirotha poszli do domów jedynie trochę poturbowani. Sam Sephiroth bardzo przestraszył się swojej siły, nie mogąc zrozumieć jak dał sobie radę w pojedynkę. Tamtego dnia po raz pierwszy został też skrzyczany przez profesora Gasta, którego nazywał przybranym ojcem. Już czuł się wystarczająco okropnie toteż reprymendy uważał za niepotrzebne. Ale nie… powiedziano mu, że jest nieodpowiedzialny. I wieczorem Gast przyłapał go, kiedy w łazience ze łzami złości w oczach ścinał swoje srebrne włosy. Widząc wyraz twarzy opiekuna, ze strachu spadł ze stołka na którym stał i rozpłakał się, pewny kolejnej awantury. Jednak profesor nie nakrzyczał na niego, tylko podszedł i zapytał Po co to robisz? – Bo jestem inny padła odpowiedź. Co dziwne, mężczyzna roześmiał się i powiedział Z takim nastawieniem nigdy nie zdobędziesz przyjaciół. Chodź, wyrównamy ci włosy…
Dwudziestoparoletni już Sephiroth obudził się w pokoju hotelowym w Wutai. Był środek nocy, idealna pora by spać dalej i chociaż w tym czasie mieć święty spokój. Narzucił więc miękką kołdrę z powrotem na siebie, z nadzieją, że to pukanie do drzwi było częścią jego snu. Nic z tego. Ponownie usłyszał drażniące uszy, nerwowe odgłosy uderzania o drzwi. Kryjąc irytację, wstał i otworzył je. Na korytarzu stał jeden z przydzielonych mu na czas misji szeregowców. W odróżnieniu od swojego dowódcy był ubrany w mundur. Zasalutował.
- Przepraszam, że pana budzę, sir, ale jest telefon do pana.
A to nie może zaczekać do rana? chciał spytać, ale jako Srebrny Generał nie powinien dawać złego przykładu żołnierzom.
- W jakiej sprawie jest ten telefon?
- Trzy minuty temu zadzwonił dyrektor Lazard Deusecirus, sir. Prosi o natychmiastowy kontakt z panem, sir.
Targnęło nim złe przeczucie. Jeśli dyrektor dzwoni o tej porze, to na pewno coś jest nie tak. Kazał żołnierzowi podążyć za sobą i wspólnie pośpieszyli do telefonu.
- Słucham, Sephiroth się melduje.
- Wybacz że cię budzę, ale jesteś nam pilnie potrzebny. Pół godziny temu w Midgarze doszło do dwóch wybuchów. Mamy raporty o krążących po mieście niewielkich oddziałach terrorystycznych. Musisz natychmiast wracać.
- Czy Rhapsodos i Hewley jeszcze nie wrócili?
- Nie i nie możemy nawiązać z nimi kontaktu.
- Tak jest, przyjąłem i już wyruszam. Odmeldowuję się – ledwo zdołał stłumić ziewnięcie.
Pomysł o spokojnym przespaniu paru godzin szlag trafił. Odłożywszy słuchawkę spojrzał na zegar. Była pierwsza w nocy. Jęknął w duchu.
- Falnis, idź obudzić pilota i każ mu się przygotować do lotu do Migdaru.
- Tak jest! Sir… czy mam też obudzić resztę oddziału?
Generał spojrzał dziwnie na żołnierza, co ten natychmiast zrozumiał. Zadał złe pytanie.
- Falnis, nie trać czasu i zawiadom pilota. Wy zostajecie z naukowcami.
Sephiroth działa sam… lub z pewną dwójką pomyślał, wracając do pokoju.

* * * * * *

Szur szur szur.
Angeal, gdzieś się podział? Cholera, kolejny zakręt. Jaki idiota to zaprojektował?
Szur szur szur.
Zaraz zostawię tu te materie. Duma z pomysłu już dawno zdążyła wyparować, została tylko (i ponownie) wściekłość.
Szmata, która tłumiła odgłosy szurania, śmierdziała, a przecież i tak była jedną z tych teoretycznie czystszych. Jedyną pozytywną rzeczą był fakt, iż ciągle wiedział, gdzie ma iść. Krzyki nadal rozbrzmiewały mu w uszach, co pewien czas słyszał też nowe, które utwierdzały go o nieomylności kierunku.
Ale szmata śmierdziała.

* * * * * *

Minął dłuższy czas, który dla Genesisa wlókł się niemiłosiernie. Czasami zapominał, jak bardzo ma wyostrzony słuch i często dochodziło do takich wypadków jak ten. Źródło krzyków i szybkich kroków wybiegania z jakieś sali czy innego pokoju najprawdopodobniej znajdowało się znacznie dalej niż sobie założył. Nawet nie mógł przyzwoicie pomstować na misję, bo ktoś zawsze szedł korytarzem i złowieszcze mamrotanie dobiegające z szybu na pewno zwróciłoby czyjąś uwagę. Ograniczył się więc do wyobrażania sobie swojej zemsty na tych ludziach, że śmieli zmusić go do wlezienia do szybu, zostawienia płaszcza, którego może już nie odzyskać, oraz ryzykownego rozdzielenia z Angealem…
Nagle usłyszał dziwne sapanie. Ktoś się zbliżał i do tego nie korytarzem, a szybem.
Ujrzał Angeala, trochę niezdarnie czołgającego się w jego stronę. Bo jak można było nie być niezgrabnym w ciasnym tunelu, mając na plecach dwa miecze w tym jeden przeogromny.
- Gen, to ty? – spytał.
Na twarzy rudowłosego zagościła radość, jednak zaraz poczuł ukłucie irytacji.
- A znasz innego Gena, który łazi po trzykroć cholernych szybach? I na co tak patrzysz?
- …przepraszam – odchrząknął, wyraźnie siląc się na spokój – Zmyliły mnie twoje włosy.
Genesis, ze szczerym zdumieniem, natychmiast przeczesał dłonią swoje nadzwyczaj zadbane włosy. Piękne, rude pasma pokrywała gruba warstwa białoszarego kurzu i pyłu. Pancerz zresztą też.
- Wyglądam jak Sephiroth po wizycie u fryzjera – mruknął, a widząc że Angeal zaraz udusi się z ledwo hamowanego śmiechu, dodał – Ciekawe jaką ty byś miał prezencję, panie jestem-za-szeroki-na-ten-szyb.
- Akurat siebie z siwymi włosami jeszcze sobie nie wyobrażam. I co to za walizka?
- Jeszcze – podkreślił Genesis – Pogadamy o tym za czterdzieści lat. A teraz wracamy do wykonywania misji... Zaraz ci opowiem o tej walizie. Chodź, tam będziemy mogli ….
Obaj szybko opuścili szyb, uprzednio upewniwszy się, że w okolicy nikogo nie ma i weszli do kolejnego, niewielkiego pomieszczenia, ale to w odróżnieniu od poprzedniego wyglądało na opuszczone biuro. Pod ścianą stały dwa biurka z przestarzałymi komputerami, które swymi gabarytami zajmowały większość przestrzeni, jednak było tu wystarczająco dużo miejsca dla obu mężczyzn i walizki.
Genesis opadł na krzesło i przez krótką chwilę bezskutecznie próbował wytrzepać sobie włosy z pyłu. Do ich niedawnej rudości jednak sporo brakowało. Zniecierpliwiony spojrzał na Angeala, który oparł się o ścianę, wcześniej zablokowawszy drzwi.
- A pomijając przygnębiające braki w mej prezencji, czy dowiedziałeś się czegoś? Bo dla Bogini była wielce łaskawa – tu pogładził znacząco wieko walizy i uniósł je lekko, ukazując przyjacielowi znalezione materie i zrelacjonował mu, jak je zdobył.
Czarnowłosy nawet się nie zdziwił na ich widok, tylko powiedział:
- Szykują się do ataku na ShinRę i Midgar i to niedługo. Może nawet część oddziałów już wyruszyła. Za późno dowiedzieliśmy się o tym wszystkim… – zaczął – Nie znalazłem żadnego centrum dowodzenia, każdy z niepokojem mówi o tym ich „szefie”. Bez nazwiska. I mam to…
Wyjął z kieszeni raport o materiach. Genesis przeczytał go, zaś im dalej zagłębiał się w jego lekturę, to tym bardziej marszczył czoło. Zazwyczaj w dobrym humorze, teraz twarz SOLDIER’a wyrażała jedynie oszołomienie… i przerażenie. Angeal popatrzył na niego pytająco. Wstyd mu było to przyznać, ale z tego całego naukowego wywodu zrozumiał zaledwie kilka pierwszych zdań. Ale przecież wiedział, że eksperymentalne materie są bardzo niebezpieczne.
- Gen, o co chodzi? – przerwał milczenie.
Dopiero po dłuższej minucie usłyszał odpowiedź. Rudowłosy jeszcze raz przeczytał materiał, po czym z niewesołą miną schował go do kieszeni.
- Nie zrozumiałeś tego do końca, mam rację? – bardziej stwierdził niż zadał pytanie – Raport, który zdobyłeś ani o krztynę nie poprawia naszej sytuacji. Według niego… wcale nie możemy posługiwać się magią. Te eksperymentalne są nie tylko uszkodzone. Zgodnie z naukowcami w promieniu trzydziestu metrów od nich każdy organizm z mako staje się tymczasowo niestabilny. Każdy. Używałeś ostatnio jakiejś magii?
- Nie…
- Dobrze. Napisali, że jeśli w ich pobliżu posłużymy się dowolną, nieważne słabą czy silną, nastąpi wybuch albo coś gorszego.
Angeal usiadł na podłodze.
- W ogóle nie możemy używać materii?
SOLDIER popatrzył na niego z wyraźną irytacją. Z powrotem rozłożył kartkę i przeczytał na głos:
- "W obecności mako istnieje 70% szansy na wybuch…" czyli w naszym przypadku równe nie mniej niż sto procent. Bierzesz najsłabszą materię i w ułamku sekundy zamieniasz się w tak rozkawałkowanego trupa, że nawet Gillian cię nie pozna.
- To co, schowamy gdzieś te eksperymentalne?
Genesis zastanawiał się.
- Taka opcja byłaby najlepsza, gdybyśmy lepiej znali ten teren. Ale zawsze istnieje szansa, że jednak je znajdą i wykorzystają przeciwko nam. Albo i rozprowadzą podczas ataku na Midgar. Wyobrażasz to sobie? Odpowiednio porozmieszczane mogłyby czekać aż ktoś z SOLDIER użyje magii i wtedy doszłoby do katastrofy. Nie, Angeal, nie możemy tak ryzykować. Po prostu musimy obejść się bez magii.
- Wiesz, to będzie ciężko?
- Nie mamy innego wyjścia. Wyjmij materie z obydwu swoich mieczy, żebyś przypadkowo z nich nie skorzystał.
Na kilka długich minut zapadła cisza, którą przerywał jedynie odgłos wyjmowanych kulek. Z ponurą miną Genesis obserwował, jak jego przyjaciel pozostawia puste miejsca w slotach i chowa teraz bezużyteczne materie. Obaj wiedzieli, że pozbawieni możliwości stosowania magii ich siła malała, a razem z nią szanse udanego i sprawnego zakończenia misji. Owszem, poza Sephirothem nie mieli sobie równych w umiejętnościach walki mieczem, ale wobec tak przeogromnej liczby wroga pomoc w postaci przyzwanych bestii czy chociażby kul ognia uznawali za niezbędną. A już zwłaszcza sam Genesis, którego talent pozwalał nie brać pod uwagę żadnych większych gestów i z czystą swobodą czarować wedle woli… I łączyć style walki mieczem i magią.
Popatrzył na swój krwistoczerwony Rapier i zdał sobie sprawę, że ma jeszcze trudniej z racji dwóch specjalnych materii na stale zamieszczonych w rękojeści. Nigdy nie zwątpił w swoje zdolności walki, lecz wystarczyłby jeden odruch, zwykłe przyzwyczajenie i nastąpi katastrofa. A tego nie chciał.
Powoli w jego umyśle zaczynał rodzić się pewien plan. Najpierw nieśmiało, potem coraz mocniej, aż w końcu zrozumiał, że to będzie najlepsze wyjście.
- Angeal… wiem, jak to skończyć – odrzekł, wstając w krzesła.
- Mianowicie?
I Genesis mu powiedział. Angeal zamarł z trzymanym w ręku Buster Swordem.
- To szaleństwo… ale…
- Może się udać – dokończył rudowłosy.


* * * * * *

- Sir, lądujemy za pięć minut!
Sephiroth patrzył jak pod nim zmieniają się krajobrazy i w oddali majaczą zarysy Midgaru. Kilka pojedynczych smug, które wznosiły się ponad miasto, zdradzały, że wybuchły pożary. Delikatnie pogładził rękojeść swojej katany.

* * * * * *

Mężczyźni byli silniejsi niż Angeal początkowo zakładał. Jak na zwykłych ludzi mogli poszczycić się znaczną siłą i SOLDIER miał teraz jeden z ich mieczy tuż przy gardle. Nawet lekkie poruszenie głową mogło skończyć się nieprzyjemnie. Stojący nieopodal Genesis był w podobnej sytuacji, jeśli nie w gorszej. Z ust wyciekała mu cienka strużka krwi.
Świetny plan, Gen pomyślał, patrząc jak zabierają mu Buster Sworda.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2019/01/04 20:42 #11720 przez Shadica
Użytkownik Shadica odpisał na temat: Roniąc Pióra (Crisis Core: Final Fantasy VII)
Przepraszam, kompletnie zapomniałam o dodaniu kolejnego rozdziału. Ten jest jednym z dłuższych i nie zliczę, ile razy go zmieniałam, rozbudowywałam i poprawiałam...

Miłej lektury.

Rozdział V – Zbliżając się do granicy

Wobec każdej osoby można śmiało zastosować stwierdzenie, że zawsze da się znaleźć w znacznie gorszej sytuacji niż w chwili obecnej, czyli przysłowiowo wpaść z deszczu pod rynnę. Ta pocieszająca myśl pozwala otrząsnąć się z poniesionej porażki z nadzieją, iż przecież mogło być jeszcze mniej przyjemnie. A jednak Angeal Hewley, SOLDIER 1st Class, był święcie przekonany, że nic już nie zdoła przebić tej, w której właśnie musiał brać średnio atrakcyjny udział.
Zgodnie z planem Genesisa obaj górnym szybem wrócili do pomieszczenia, z którego Angeal zabrał raport o wadliwych materiach. Rudowłosy podejrzewał przyjaciela o przeoczenie jakichś ważnych dokumentów, a w takich wypadkach rzadko kiedy się mylił. Walizę przezornie zostawili w szybie i, jak zawsze, tuż przed zdjęciem kratki nasłuchiwali, czy w pobliżu nikogo nie ma. Na szczęście nie usłyszeli żadnych podejrzanych odgłosów, więc bezzwłocznie opuścili kryjówkę i już po sekundzie Genesis z wielką dokładnością przeszukiwał każdą z trzech szafek, Angeal zaś stał na straży, aby w razie czego szybko i bezszelestnie zniknąć, zanim ktoś wejdzie. Do tego momentu wszystko jeszcze szło jak płatka, jednak żaden nie przewidział, że to od początku mogła być zasadzka i za drzwiami będzie w zupełnym bezruchu czatował oddział wroga. Ku zaskoczeniu obydwu SOLDIER wpadli do sali akurat wtedy, gdy Genesis znalazł dokument, który pozwoliłby im dotrzeć go miejsca, gdzie składowano materie. Na widok grupy terrorystów pośpiesznie schował papier do kieszeni, porwał za Rapier, Angeal chwycił rękojeść swojego miecza i bez słowa wspólnie ruszyli do walki. Przeciwnicy widząc słynnych SOLDIER, cofnęli się lekko, jakby spodziewając się kogoś innego a nie akurat tych dwóch, lecz zaraz podjęli przerwany atak. Jeden z nich upadł już po sekundzie, dławiąc się własną krwią, kiedy ostrzejszy od brzytwy Rapier z idealną precyzją rozciął mu gardło. Towarzysze zabitego odpowiedzieli strzałami z pistoletów, ale Genesis z kocią zręcznością uskoczył przed pociskami, które zamiast w niego wbiły się w ścianę. Wykorzystawszy moment ich nieuwagi ze śmiechem dopadł kolejnego. Krew trysnęła na wszystkich dookoła, poza samym sprawcą, który w porę zdążył się uchylić. Bezwładne ciało głucho runęło na posadzkę…
I wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego.
Przeciwnicy usilnie stali się okrążyć Angeala, ale SOLDIER zabijał każdego, kto podszedł za blisko. Zdoławszy w końcu oczyścić sobie pole do następnego manewru, czarnowłosy poczuł, jak ręka zaczyna podejrzanie drżeć mu pod ciężarem miecza, a Buster Sword ciąży na plecach znacznie mocniej niż zazwyczaj. Energicznie potrząsnął głową z przekonaniem, że ma omamy i przygotował się do odparowania kolejnego ataku. Ledwo go odparował, kiedy ręka o mało co nie ześlizgnęła się mu z rękojeści. Kątem oka zauważył, jak Genesis walczy coraz wolniej, jak ta zabójcza błyskawica, którą był przed chwilą, z sekundy na sekundę staje się słabsza. A sekunda podczas walki była rokiem życia. Co to ma znaczyć? pomyślał ze zgrozą Angeal. Ich ataki były nieporównywalnie gorsze, tracili na zręczności, sam z trudem unosił miecz. Wreszcie nie zdążył odpowiednio zareagować i dostał potężnego kopniaka w brzuch. Zataczając się, dostrzegł zdziwioną twarz jakiegoś mężczyzny. No tak, w końcu jestem z SOLDIER… Usłyszał wściekły krzyk Genesisa, który chciał mu pomóc, a nie był w stanie, ponieważ też miał niemałe kłopoty. Rudowłosy został otoczony przez sześciu mężczyzn i jeszcze nie tak dawno to oni byliby martwi lub ciężko ranni, lecz teraz nie mógł sobie z nimi poradzić. Angeal przez mgłę widział, jak cofa się pod ścianę i powala jeszcze jednego z nich. W końcu Genesis został trafiony w prawe ramię i osunął się na podłogę. Sam Angeal wytrzymał kilka następnych sekund, jednak wytrącono mu miecz z ręki. Nim dobył Buster Sworda, przeciwnicy wycelowali w niego ze swoich karabinów, a SOLDIER tym razem był pewien, że nie chybią. Za plecami dosłyszał jęk Genesisa, którego uderzyli, kiedy ten próbował wstać. Ktoś kopnął Rapier, by był poza jego zasięgiem i nie mógł zaatakować.
- Związać ich – polecił jeden z nich, którego Angeal uznał za dowódcę oddziału, a nie widział go dokładnie, bo stał z boku.
Poczuł jak zdejmują mu Buster Sworda, jednocześnie złorzecząc na ciężar miecza, co trochę go uspokoiło. Nie są pod wpływem mako pomyślał. Mocno związali mu ręce i to samo zrobili z Genesisem, którego brutalnie dźwignęli na nogi. Mimo boleśnie rozciętego ramienia postawiony do pionu SOLDIER natychmiast spróbował wyrwać się oprawcom, ale zaraz któryś uderzył go w twarz. Z rozciętej wargi poleciała krew.
- Zabierzcie też ten czerwony miecz – powiedział mężczyzna – Szef będzie z nas bardzo zadowolony.
Wkrótce po licznych popychaniach naprzód, pośpieszaniach, a także nieprzyjemnie wesołych dla uszu obydwu SOLDIER okrzykach, że ujęto niezwyciężonego Genesisa Rhapsodosa oraz Angeala Hewleya, dotarli do innej części bazy. SOLDIER zdążyli już ją trochę poznać, ale ta, w której się znaleźli, znacznie się różniła od reszty kompleksu. Korytarze były tu na tyle szerokie, że bez problemu mógłby nimi przejechać samochód wcale niemałych rozmiarów. Ich wręcz nienaturalna czystość przelotnie skojarzyła się Genesisowi z identycznie czystymi korytarzami i pomieszczeniami ShinRy. W ogóle cała ta sprawa budziła jego podejrzenia, jednak w tej chwili szczególnie zajmowała go sprawa materii, których pełną walizę na powrót odzyskali terroryści.
Wraz z Angealem był prowadzony przez dziesięcioosobową grupę, tą z którą nie tak dawno stoczyli walkę i której to solidnie przerzedzili członków. Na czele z dumnie wypiętą piersią kroczył dowódca, co pewien czas odwracając się, więc mogli dokładnie oglądać jego porytą bliznami twarz, przepaskę na lewym oku i ciemne włosy, które częściowo zasłaniały tą szkaradę. Tuż za nim szła czwórka ludzi, niosąc miecze SOLDIER – Buster Sworda taszczyły aż dwie osoby, a dalej oni ze skrępowanymi rękami. Genesis nie dostrzegał nigdzie walizy z materiami, ale prawdopodobnie zdążyła już na powrót trafić w ręce naukowców. Mogło też być tak, że uczestniczyła w tym radosnym marszu, lecz każda próba dokładniejszego rozejrzenie się skutkowała nagłym przyłożeniem lufy broni do pleców.
W którymś z kolei korytarzy cały oddział został na krótko zatrzymany przez potężnie zbudowanego mężczyznę z brodą, którego Angeal zdążył poznać.
- Stójcie! Tak, już wiem, Rasac, bo to wasze kretyńskie wycie słychać w całej bazie i szef też wie! – uprzedził słowa dowódcy – Wspaniale! Mamy aż dwóch SOLDIER z tej cholernej ShinRy!
Zbliżył się go Angeala i Genesisa i spojrzał na nich z pełnym szyderstwa wzrokiem. Zadowoliwszy się widokiem ich w tak żałosnym stanie, szczególnie zaś rannego Genesisa, wziął od jednego z żołnierzy Rapier. Zupełnie wprawnie chwycił jego rękojeść i z zainteresowaniem zaczął oglądać misterne zdobienia.
- Łapy precz! – krzyknął Genesis.
Brodaty bez śladu najmniejszych emocji wolną ręką pstryknął w palce, na co ten, od którego wziął miecz, pięścią uderzył SOLDIER’a w brzuch.
- Radziłbym uprzejmiej, o ile chcesz dłużej pożyć – powiedział, patrząc jak wypluwa krew na podłogę. – Nie wiem, czy wiesz, ale jest tylko jedna osoba ważniejsza ode mnie, więc moje słowo wystarczy, żeby cię zabić, Rasodosie.
- Jak już… to Rhapsodosie, jeśli łaska – wykrztusił wyzywająco Genesis.
Pstryknięcie. Uderzenie. Nowa porcja krwi i śliny.
- Czy zgodzi się pan, żebyśmy od razu zaprowadzili ich do szefa? – zapytał spokojnie Rasac.
Ten niecierpliwie skinął głową, po czym oddał Rapier. Stojący obok Angeal bezradnie zaciskał pięści, nie mogąc pomóc przyjacielowi. Przeklinał jedynie w myślach każdy aspekt tej misji i czuł przemożne pragnienie zabicia tego mężczyzny. Znowu dźgnięto ich w plecy, nakazując dalszą drogę. Brodacz dołączył do grupy i teraz sam szedł na czele, jakby to on odpowiadał za to, że zostali schwytani.
A oni nie mogli nic zrobić.

* * * * * *

- TO ON! ZABIJCIE GO!
Zdumiewające. Nie mieli zamiaru uciekać, a to wzbudziło w nim mimowolny podziw. Ale, paradoksalnie, ułatwią mu tym pracę.
- NIE! Nie…! Co ty…! – dalej nie usłyszał już nic treściwego, bo przeciwnik skupił swoją uwagę na kikucie ręki, która przed ułamkiem sekundy była cała i zdrowa. Jego wrzaski raniły mu uszy, zatem litościwie go dobił.
Oni strzelali do niego z rosnącym przerażeniem, on z opanowaniem kroczył ku nim pośród ruin zniszczonego budynku. Nie byli w stanie go trafić, pociski zatrzymywały się kilka centymetrów od niego, odbijając z rykoszetem.
Masamune cicho zaśpiewała.

* * * * * *

- Wiesz Angeal… mamy problem – usłyszał szept Genesisa.
Nawet nie musiał mu tego mówić. Zostali schwytani, zabrano im miecze, wadliwa materia nie pozwalała używać magii i, co najgorsze, tłumiła ich zdolności, redukując do rangi zwykłych ludzi. Nie, jednak najgorsze było to, co właśnie ujrzeli, kiedy opuścili korytarz i weszli do nowego pomieszczenia, czy jakby to trafniej określić, długiego przejścia nad olbrzymim hangarem. Jednak w tym hangarze stały tylko trzy niewielkie airshipy, które ulokowano tuż przy wyjściu, tak by w razie potrzeby były w pełnej gotowości do odlotu. W pobliżu maszyn niczym prawdziwi żołnierze maszerowali w równych szeregach terroryści. Na oko była ich nieco więcej niż setka, co w porównaniu z rozmiarami pomieszczenia, z całkowitą pewnością będącego w stanie pomieścić z dziesięć takich oddziałów, nie prezentowało się dość okazale. Angeal, który poruszał się nad salami pełnymi ćwiczących ludzi i kilka razy słysząc o planowanym ataku na Midgar, mógł wywnioskować tylko jedno: oddziały już wyruszyły. A zebrani tu ludzie byli w pełni gotowi do walki i w dowolnym momencie mogli wsiąść do machin i wspomóc tych, których wysłano wcześniej.
- Jazda! Ruszać się! – na środku pleców poczuł znajomy już ostry kant lufy i wraz z Genesisem niechętnie przyspieszyli kroku.
Wbrew przypuszczeniom SOLDIER nie doszli do końca łącznika, lecz przed drzwiami prowadzącymi z powrotem do zwykłej części bazy skręcili i zeszli po metalowych schodach na sam dół hangaru, który z tej perspektywy wydawał się jeszcze większy. Hen wysoko w górze dostrzegał zarysy ciemnych belek, podtrzymujących rozległy strop.
Wszyscy terroryści na krótki rozkaz swoich dowódców zatrzymali się i błyskawicznie uformowali równe, zwarte szeregi. Mimo to każdy ukradkiem czy nawet otwarcie patrzył na schwytaną dwójkę, zaś wielu miało w oczach najzwyklejszą w świecie drwinę. Na widok brodacza jednocześnie zasalutowali, co ten przyjął z pobłażliwym uśmiechem. Uniósł lekko rękę, gestem tym zatrzymując grupę Rasaca, tak iż teraz stali na samym środku.
- Grant! – krzyknął ku zebranym.
Po paru sekundach z szyku wyszedł dokładnie uzbrojony osobnik z karabinem.
- Powiadomiłeś go? – zapytał bez ogródek brodacz.
- Tak, panie Carpine, niedługo przyjdzie.
- Świetnie, możesz wracać – ucieszył się, po czym ponownie ryknął na całe gardło – Dobra, hołoto!
Zaraz do nas przybędzie najważniejsza osoba w tym cholernym miejscu, więc… BAAACZNOŚĆ!
Przez hangar z donośnym hukiem potoczyły się charakterystyczne stuknięcia buta o but i każdy zamarł w bezgłośnym oczekiwaniu. Angeal i Genesis wykorzystali chwilę zamieszania na szybkie rozejrzenie się po pomieszczeniu. Były cztery wyjścia – właz dla airshipów, równolegle do niego tak samo szeroki, ale już niższy dla "żołnierzy" oraz te dwa z łącznika.
- A wy… - podszedł do nich brodacz zwany Carpine – Żadnych podejrzanych ruchów, bo inaczej nasze kule przedziurawią was jak sito. Zrozumiano?
- Na odpowiedź "tak jest" połączoną ze żwawym salutem możesz nie liczyć – odparł chłodno Genesis, nie zaszczycając go spojrzeniem, gdyż za bardziej atrakcyjny widok uznał swój oddalony o kilka metrów Rapier – Pragnę jednak z satysfakcją zauważyć, iż do tej pory uważałem się za jedyną osobę z niefortunnym nazwiskiem.
- Gen! – syknął ostrzegawczo Angeal, ale Genesisa już podchodził żołnierz. Właśnie miał go uderzyć, kiedy…
- Stop. Co to ma znaczyć? – nagle z łącznika dobiegł ostry głos.
Ręka szeregowca zawisła w powietrzu, dosłownie tuż przed twarzą Genesisa i jak wszyscy zebrani odwrócił głowę ku trzem nowym osobom, które właśnie schodziły z góry. Czy ściślej rzecz ujmując dwójce ochroniarzy i owianym tajemnicą szefowi. Ci dwaj wyglądali identycznie; zamiast nosić ciężkie uzbrojenie jak większość tu zebranych mieli na sobie lekkie, a wytrzymałe pancerze, podobne do tych z SOLDIER. I tak samo nie mieli na głowach hełmów, więc widać było analogiczne ciemnoblond włosy zaplecione w kucyk i beznamiętne spojrzenia, co sprawiało pozór, że są maszynami, nie ludźmi. Jeden i drugi posiadał przy boku po dwa krótkie miecze, ale nie widać było żadnej broni palnej. Jednak Angeal podświadomie czuł, że gdyby ta dwójka otrzymała rozkaz wspomożenia ataku to pozbawiony ich i Sephirotha Midgar mógłby polec. O ile tak zarządziłaby osoba przez nich eskortowana.
Angeal już nieraz widywał przywódców grup terrorystycznych i przestępczych, niemniej człowiek, który właśnie do nich podchodził, zrobił na nim mimowolne wrażenie. Nie był ani chudy ani gruby, tylko po prostu szczupły, nie odznaczał się też sędziwym wiekiem, bo sądząc po jego sprężystym kroku i czysto czarnych włosach bez śladu siwizny nie miał nawet pięćdziesiątki. Ubrany był w jasny garnitur, nie biały, tylko jakby beżowy, ale Angeal nie potrafił tak dobrze rozróżniać kolorów jak Genesis… Lecz nie o to mu chodziło. Większość przywódców, z którymi miał styczność była mniej lub bardziej zestresowana i nerwowa w ruchach, chociażby sam Prezydent ShinRy, z byle powodu wzywający Sephirotha do ochrony jego osoby. A ta tutaj osoba szła z zupełnym spokojem na malującym się na twarzy, jakby nie miała najmniejszych powodów do zmartwień i atak na Midgar był czymś wpisanym w jego codzienny harmonogram. Chociaż wiedział o pojmanej dwójce, to nie zwrócił na nich uwagi, zamiast tego odwrócił się i z przyjemnością spoglądał na salutujący mu tłum. Podobnie jak wcześniej Carpine uniósł ukrytą w rękawiczce dłoń.

* * * * * *
- UCIEKAJCIE! JUŻ!
Matka z kilkuletnią córką natychmiast posłusznie zniknęły w głębi ciasnej uliczki. Kobieta obejrzała się za nim w niemej podzięce. Sephiroth zaraz po ich odejściu magią zawalił przejście, żeby nie podążyły za nimi przyzwane psopodobne bestie. Dwa potwory wpadły w poślizg i z impetem uderzyły o ścianę budynku, ale zaraz z warkotem dołączyły do pozostałych, które biegły prosto na srebrnowłosego. Ten zdążył odskoczyć przed atakiem wściekłego stada, jednocześnie samemu ciął bestie mieczem, tak iż szybko rozwiewały się w chmurach ciemnego pyłu. Kiedy zdematerializowały się wszystkie, ruszył dalej.

* * * * * *

Genesis z oporem przeniósł spojrzenie ze swojego miecza na tego dziwnego szefa, który z zadowoleniem pogładził ostrze Buster Sworda, później zaś Rapiera. Całą siłą zmusił się do milczenia, choć i tak czuł, że się w nim aż gotuje ze złości. To były ich miecze i nikt nie miał prawa ich dotykać! Jednak nie śpieszył się do otrzymania kolejnego ciosu. Bolało go ramię, czuł jak wolno spływała po nim krew.
Skończywszy oglądać obie bronie, mężczyzna wykonał krótki gest i jego dwaj ochroniarze przejęli je. Do uszu Genesisa dotarł jęk Angeala – jeden trzymał Buster Sworda sam, bez żadnej pomocy i sądząc po jego niczym nie spowolnionych ruchach ten miecz kompletnie mu nie ciążył. Ochroniarze zajęli miejsca po bokach szefa, a z mieczami SOLDIER ich wizerunek znacznie zyskał.
- Przykre uczucie – stwierdził z uśmiechem – Własne miecze, wykute specjalnie dla was, używane wyłącznie przez was, zaś po tylu latach zwrócone przeciwko wam. Ironia losu, czyż nie?
- Rzeczywiście widok bardzo przyjemny, chociaż nie chciałbym używać cudzego miecza z obawy przed gniewem prawowitego właściciela – nie wytrzymał Genesis.
- Czy mam…? - wtrącił Carpine, obok którego natychmiast stanął „znajomy” żołnierz rudowłosego.
Szef niedbale machnął ręką.
- Nie, nie trzeba. Niech wraca do szeregu, ale ty nigdzie nie odchodź.
- O-oczywiście – w głosie brodacza zabrzmiała nutka niepokoju.
- Bardzo dobrze. Mam do ciebie małą sprawę, a chciałbym ją załatwić na oczach oddziałów. Dobiegły mnie słuchy o twojej niesubordynacji, co mnie przygnębiło. Powierzyłem ci pieczę nad materiami, a dowiedziałem się, że wkrótce kazałeś Ramonowi to samo. Wiem, masz za dużo na głowie… Dopuściłeś jednak do ich zaginięcia i tego, żeby wpadły w ręce Genesisa Rhapsodosa, najlepszego użytkownika materii jakiego miała ShinRa. Zgubiłeś je na ponad trzy godziny, co jest… niedopuszczalne. Otrzymasz więc karę.
Nie potrzebował gestu ani głośnego rozkazu. Na słowo "niedopuszczalne" ochroniarz z Rapierem zaszedł go od tyłu i przebił mu trzewia, po czym wyciągnął ostrze wolno je wykręcając. Kiedy Carpine odwrócił się z krzykiem, ten już z powrotem stał spokojnie obok towarzysza. Brodacz zaczął coś mówić, lecz krew zalała mu usta i leciała do brodzie. Zachwiał się i upadł, a wokół niego błyskawicznie urosła ciemnoczerwona kałuża.
- Zabierzcie go stąd – polecił szef – I niech ktoś umyje podłogę.
Z niemałym wahaniem do ciała podeszło paru młodych mężczyzn, czy raczej chłopaków. Trójka ze strachem podniosła ciało i powoli odeszła, plamiąc podłogę krwią. Kiedy kolejna trójka zaczęła ją sprzątać, szef skierował swoją uwagę na Genesisa i Angeala.
- Piękne miecze – powiedział, jakby całe zdarzenie nie miało zajścia – Musiały wiernie służyć. Naturalnie, do tej pory. Ale dajmy już im spokój. Pytanie pierwsze: jak zdołaliście nas odnaleźć? Albo nie, nie odpowiadajcie na nie – zaśmiał się – To jest ważniejsze: co chcieliście tu zdziałać sami, bez jakiegokolwiek wsparcia?
Jeden i drugi SOLDIER uparcie milczał w tej kwestii. Mężczyzna ponowił więc pytanie, ale nie doczekał się reakcji.
- Nie macie ochoty odpowiedzieć, tak? Na waszym miejscu bym tak nie robił. Może przypomnę wam cztery pewne fakty, o których dobrze wiecie: właśnie atakujemy Midgar, bez mieczy jesteście bezbronni, nasza przeznaczona do zniszczenia materia blokuje wasze zdolności, a w każdej sekundzie na mój rozkaz możecie zginąć. To jak?
- Nic wam nie powiemy – odezwał się Angeal – Midgar i tak przetrwa.
Szef znowu się zaśmiał. I nie tylko on, cały hangar.
- Zabawny jesteś, Hewley. Popatrz jeszcze raz i powiedz, co widzisz. Cóż, w tej chwili nie robi to należytego wrażenia, ale dzięki nam w waszym drogim Midgarze zapanował chaos. Ten oddział jest zwykłym wsparciem, ale liczba tych wysłanych… - urwał i zaczął mówić z nagłym ożywieniem – Jak to sobie wyobrażacie?! Ta potęga urosła tak w ciągu miesiąca czy dwóch od naszego ujawnienia się Planecie? O nie… to były długie, mozolne przygotowania w cieniu, żeby nie zwrócić waszej uwagi i zaatakować w korzystnym momencie. Airshipy, ludzie, materia… wiecie, ile czasu zajmuje nauczenie ich używania magii i poprawnego strzelania? Potwornie długo, ale cel wart jest świeczki. Zdobyć Midgar, zniszczyć ShinRę i…
- … zapanować nad Planetą? – dokończył Genesis – Żałosne.
- Nie bardziej jak ty – zdenerwował się – Pożałujesz, że pozwalasz sobie kpić ze mnie, wielkiego Jamesa Howla, który stworzył to wszystko od podstaw! – pstryknął palcami na swoich ludzi – Macie z niego wszystko wydobyć. Ale ma pozostać żywy.
Mężczyźni jednocześnie podeszli do Genesisa, który momentalnie zbladł. Angeal spróbował się uwolnić, choć z niemałym wysiłkiem, zdołano jednak go powstrzymać. Z przerażeniem patrzył, jak obydwaj pochylają się nad nim i mówią coś bardzo cicho. Genesis milczał. Na to ten z Rapierem spojrzał na swojego pana, który powiedział jedno słowo.
Naraz zalegającą w hangarze ciszę przeciął krzyk. Angeal z początku nic nie zobaczył, ponieważ ochroniarze całkowicie zasłonili widok, ale po chwili jeden się odsunął i… wolałby, żeby nadal tak stał. Żeby nie musiał patrzeć, co robią z jego przyjacielem. Ze zgrozą bowiem ujrzał jak Genesis klęczy na kolanach, kiedy mężczyzna wolno jechał mu po plecach samym czubkiem krótkiego miecza, który był na tyle ostry, że bez trudu przebił czarny pancerz, pozostawiając na skórze głęboką i bardzo bolesną ranę. SOLDIER znowu krzyknął, tym razem ciszej, po raz drugi czując na sobie zimne ostrze.
- GENESIS! – ryknął Angeal – ZOSTAWCIE GO!!!
Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Oczy wszystkich były skierowane na Genesisa, który z kolan przewrócił się na posadzkę, najwidoczniej tracąc przytomność. Mężczyzna strzepnął krew SOLDIER’a z miecza.
- Już? – zapytał Howl.
Blondyn skinął głową, ale jego zawiedziona mina świadczyła, że wolałby aby jego zabawa z jeńcem nie zakończyło się tak szybko.
- Dobrze… bardzo dobrze – spojrzał na Angeala – Przykro mi, Hewley, ale czas na twoją kolej. Jeśli odpowiesz na nasze pytania po dobroci, obejdziesz się bez zbędnego bólu. Jeśli zaś nie… to cóż, wyglądasz na wytrzymalszego od Rhapsodosa, więc pewnie potrwa to dłużej.
Angeal znał swoją odpowiedź. Gdyby tylko mógł zerwać te więzy i gołymi rękami udusić tego mężczyznę. Genesis ciągle leżał nieruchomo i poza nim nikt już nie zwracał na niego uwagi.
- Znowu milczenie? Zajmijcie się nim.

* * * * * *

Potwór z rykiem rozwiał się w chmurze duszącego pyłu. Sephiroth stanął pośród gruzów nie tak dawno zbudowanego domu, słuchając odgłosów walk, krzyków i jęków zabijanych ludzi. Nie miał jednak czasu na chociażby krótki odpoczynek.

* * * * * *

Tak jak do Genesisa, mężczyźni podeszli do Angeala. Miecz wzniósł się do góry, a SOLDIER zacisnął zęby, szykując się na falę bólu.
- An... geal…
Najpierw zignorował ten szept, myśląc, że się przesłyszał.
- Angeal – głos zabrzmiał już mocniej. Zdziwieni ochroniarze opuścili broń i także spojrzeli w tamtą stronę.
Genesis powoli uniósł głowę. Syknął cicho, ale wzrok miał zupełnie trzeźwy. Nie zważając na plecy uniósł się na kolana i…
Jednym ruchem zerwał więzy.
Stojący obok żołnierz nie zdołał się zorientować i poleciał na ziemię, kiedy Genesis podciął mu nogi. Błyskawicznie wstał, podbiegł do Angeala, odpychając przyjaciela na bok zanim miecz zdążył go zranić.
- Rusz się, stary – powiedział i Angeal też zerwał swoje.
- Jak plecy? – odparł z niemałą ulgą.
- C-CO?! Co to ma być? – krzyknął Howl, odruchowo robiąc krok do tyłu.
- Bolą, ale wytrzymam – skrzywił się Genesis, ignorując Howla – Swoją drogą kiepski z ciebie aktor… ale już koniec zabawy.
Stanęli naprzeciwko całej armii. Wyprostowani. Dumni. I groźni.
- ZA-zabić ich! – naraz cały oddział wycelował w dwójkę SOLDIER - Nie, nie wy! WY! – wskazał na ochroniarzy.
Razem jednocześnie ruszyli na Angeala i Genesisa, wyciągając przed siebie ich miecze. Buster Sword z hukiem uderzył o ziemię, kiedy Angeal sprawnie uskoczył przed jego ostrzem. Przeciwnik ponowił atak, ale z identycznym skutkiem – wtedy znikąd pojawił się Genesis i poczęstował mężczyznę celnie wymierzonym ciosem w klatkę piersiową, tak iż ten poczuł, jak pękają mu żebra i padł bez ducha. Rudowłosy zabrał jeden z krótkich mieczy i zaraz z nową zajadłością zaczął atakować oponenta z Rapierem. Angeal zaś szybko chwycił porzuconego Buster Sworda i nie tracąc czasu ruszył ku tym żołnierzom, u których zdążył zauważyć, jak wbrew zakazowi przygotowują broń do strzału. Pierwszą dwójkę dosłownie rozpłatał na pół, z ciał bryznął ogromny strumień krwi. Najbliżsi żołnierze instynktownie odskoczyli, lecz po chwili podzielili ich los. Byli jednymi z tych, którzy widzieli Angeala Hewleya walczącego Buster Swordem.
Jednocześnie Genesis starał się odzyskać swój Rapier, ale nie szło mu najlepiej. Blondyn nabrał zadziwiającej prędkości i zręczności, nie chcąc otrzymać takiego ciosu, jak towarzysz. Miał też to szczęście, że ruchy SOLDIER’a nieznacznie jego zranione plecy i ramię, przez co Genesis musiał walczyć drugą ręką. Ten atakował raz po raz, stopniowo zdobywając przewagę. Genesis był jednak bardziej doświadczony, zbierał siły, odpierając jedynie ciosy przeciwnika, bacznie go obserwował i czekał. Nagle mężczyzna zostawił niewielką lukę w obronie… Genesis poczuł znajome uczucie satysfakcji, kiedy ta pozbawiona emocji twarz stała się twarzą zwykłego, przerażonego człowieka. A po chwili stężałą, po przejściu krótkiego a wąskiego ostrza idealnie przez serce. Rapier wreszcie wrócił do prawowitego właściciela.
Ze wszystkich stron padły pośpieszne rozkazy i hangar zadrżał od huku strzelających karabinów. W pierwszej chwili Genesis skupił się na materii Rapiera, aby użyć bariery na sobie i Angealu, ale szybko się opamiętał. Wykonał niemalże dziki taniec dla uniknięcia pocisków, Angeal zaś zasłonił się mieczem.
- ZABIĆ ICH! – zawołał Howl, którego już dla ochrony otaczał mały oddział.
Siła jego ludzi drastycznie malała, bo nie byli w stanie równać się z dwójką najlepszych SOLDIER, ich przerażającą zręcznością i lekkością z jaką używali mieczy. Jednak za większość szkód odpowiadał Angeal, jako że Genesis bardziej skupiał się na znalezieniu walizy z materiami, która jedynie blokowała im magię. Nie chciał ryzykować jej użycia z obawy przed fatalnymi następstwami. Żaden z żołnierzy i dowódców jej nie miał. Chyba, że…
Howl. Szybko odwrócił głowę w jego stronę.
Któryś z żołnierzy widocznie musiał ją mieć i mu oddać. Waliza stała tuż obok niego. Otwarta. Trzymał w ręku ognistą materię… i Bahamuta.
- Nie… – Genesis przyspieszył kroku – NIE UŻYWAJ JEJ!
Zajęty walką Angeal nie widział, co się dzieje.
Nowi ochroniarze zaatakowali Genesisa po sekundzie padając na ziemię. Howl na ten widok uśmiechnął się pod nosem i materia zalśniła czerwonym światłem. Tuż po tym Genesis przyłożył mu miecz do gardła.
- Za późno, Rhapsodosie – powiedział, wypuszczając kulkę z ręki, ale SOLDIER go nie słuchał.
Zerknął na materię, która spadła koło jego stopy. To była…
- Bahamut? – teraz to on się uśmiechnął i opuścił miecz, odskakując od zdziwionego jego reakcją Howla. .
W tym samym momencie wokół Howla pojawiły się języki ognia, które otoczyły go niczym ogromny wąż. Na ten widok przerażeni żołnierze zaprzestali walki z Angealem i patrzyli, jak coraz ciaśniej owijają się, paląc ciało. Przez hangar przetoczył się potworny wrzask. Żar był na tyle potężny, że stojący obok Genesis dłonią przysłonił sobie twarz, ale nie odszedł. Pośród płomieni mógł jeszcze dostrzec sylwetkę mężczyzny, w agonii bezsensownie machającego rękami i wyjącego z bólu. I jak to się zaczęło, tak się skończyło. Magiczny ogień szybko się dopalił, zostawiając po sobie jedynie mizerne szczątki dumnego przywódcy terrorystów.
Po tak okropnej śmierci swojego przywódcy wszyscy pozostali przy życiu zbili się w ciasną grupkę, niepewni tego, co zrobią z nimi dwaj SOLDIER. Nie wykonali przy tym żadnego ataku, tylko zrezygnowani po prostu czekali. Angeal, cały czas mając ich na oku, podszedł do Genesisa.
- Co to właściwie miało być? – zapytał go.
- Tragiczny w skutkach błąd i to, o czym mówiłem wcześniej – odparł ten ze znużeniem – Nie sądziłem jednak, że będzie to polegało na obróceniu się materii przeciwko jej użytkownikowi. Tamten raport jasno mówił o wybuchu…
- Albo to zależy od samej materii – Angeal spojrzał na zwęglone zwłoki – Zobacz.
Obok szczątków leżała waliza, a raczej to, co z niej zostało, ponieważ niemal doszczętnie spaliła się w tym żarze. Wysypały się z niej wadliwe materie, które świeciły coraz słabiej i w końcu zupełnie zgasły. Genesis delikatnie wziął jedną do ręki i uważnie się jej przyjrzał. Na chłodnej kulce widniały liczne rysy, podobnie na pozostałych.
- Popękały… – rzekł do Angeala – Przez ten ogień. Już nie ma w nich śladu magii, więc możemy używać naszej.
- To możliwe? – zdziwił się.
- Wygląda na to, że tak. Były niestabilne, więc łatwo było je uszkodzić. Ale to już sprawa dla naszych naukowców. Teraz musimy się nimi zająć – wskazał mieczem resztę terrorystów.
Wolnym krokiem zbliżyli się do nich. Ci, którzy jeszcze trzymali jakąkolwiek broń, upuścili ją na ziemię, całkowicie poddając się tej dwójce.
- Kto z was jest najwyższy rangą? – spytał Genesis.
Cisza.
- Odpowiadajcie, bo nie mamy ochoty się z wami bawić – machnął łagodnie ręką i nad jego dłonią rozbłysnął jasny, wysoki płomień.
Na to ludzie automatycznie rozstąpili się i z grupy wyszedł jasnowłosy mężczyzna i jakaś kobieta. Rudowłosy pozwolił zatem, żeby płomienie zniknęły.
- Oni byli na tej naradzie, o której ci wspominałem – powiedział cicho Angeal.
- Zróbcie z nami co chcecie, ale błagam na Boginię, nie zabijajcie nas! – krzyknął mężczyzna.
Ledwie skończył mówić, a już poczuł pod brodą czubek Rapiera. Genesis spojrzał na niego złowrogo.
- Jeszcze raz powołaj się na Boginię, a przysięgam, że nie dożyjesz następnego dnia – warknął.
- Przepraszam! Nie chcę umierać!
- Dobrze, więc milcz, jeśli nie chcesz… zabieramy was stąd.
Związali mężczyznę i Jaspin, która nazwała ich potworami w ludzkiej skórze i klęła przy tym okropnie. Oni jednak ją zignorowali.
Airshipy zostawili w spokoju, gdyż nie mieli ochoty wracać do Midgaru maszyną wroga.
Przed wyjściem z hangaru Genesis przyzwał Ifrita i Shivę, każąc im dokładnie przeszukać całą bazę i przyprowadzić do niego każdą osobę, jaką znajdą. Istoty skinęły głowami i szybko wyruszyły, aby wykonać rozkaz.

* * * * * *

Pik pik pik.
- Słucham, Sephiroth się melduje.
- Sektor 4 i 5 czysty?
- Tak.
- Świetnie, możesz wracać do ShinRy. Żołnierze i reszta SOLDIER już sobie poradzą.
- Tak jest.
- Otrzymaliśmy wiadomość od Hewley’a i Rhapsodosa. Nic im nie jest, zabili przywódcę terrorystów i mają zakładników. Właśnie wysłaliśmy po nich oddział. Czekamy na ciebie.
Srebrnowłosy schował komórkę do kieszeni i ruszył w stronę ShinRy. Od chwili obudzenia go w Wutai po raz pierwszy się uśmiechnął.

* * * * * *

Angeal wraz z zakładnikami stali w pobliżu wejścia do bazy, oczekując airshipa ShinRy. Mimo bliskości lasu nikt nawet nie próbował ucieczki, z powodu strachu przed SOLDIER i pilnującym ich Ifritem, który nieprzyjemnym warknięciem dawał znać temu, kto podejrzanie odszedł za daleko, że on ciągle tu jest. Sam Genesis zaraz po opuszczeniu bazy wrócił do niej z krótkim wyjaśnieniem, że "musi coś załatwić", a wcześniej w okamgnieniu wyleczył zranione plecy i ramię. Jego przyjaciel siadł więc w trawie, z zachwytem podziwiając wschód słońca. Zatęsknił za Banorą, otaczającą ją naturą, którą znał od dziecka, wspaniałymi jabłkami, matką… Jak to dobrze, że niedługo obaj dostaną przepustki.
Z rozmyślań wyrwały go czyjeś kroki. Instynktownie poderwał się na nogi, chwytając Buster Sworda.
- Też mi powitanie – westchnął Genesis.
Oczywiście. Cóż innego chciał on załatwić, jak nie odzyskać swój płaszcz? Idąc tutaj przewiesił go sobie przez ramię, teraz jednak rozłożył i zaczął mu się uważnie przyglądać. Odkrywszy, iż poły są całe podarte, westchnął ponownie i włożył go ku szczeremu zdziwieniu Angeala.
- Bo są jeszcze gotowi mnie nie rozpoznać – wyjaśnił.
Rzeczywiście, ktoś kto nie znał Genesisa mógł mieć z tym problem, bo aktualnie SOLDIER znajdował się w opłakanym stanie. Włosy nadal były szare, mundur w paru miejscach podarty i zakrwawiony… Angeal wyglądał lepiej, ale Genesis jakby dopiero co wrócił z samotnej wyprawy do Northern Crater.
- Odchorujesz to w domu, bo przypominam o zbliżającej się przepustce – pocieszył go, ale zaraz spoważniał - Ale muszę ci powiedzieć, że tym razem przesadziłeś. Byłem pewny, że już nie udajesz.
- Nie dramatyzuj. Przecież nam się udało - Genesis się zamyślił - Chociaż fakt, akurat nie miałem w planach tych tortur... zresztą to musiałem być ja, bo, jak przypominam szanownemu panu, beznadziejny z pana aktor.... I jednak wolałbym nie musieć tego ponownie powtarzać.
- Aż żałuję, że nie ma tu Sephirotha. Jego kazanie wybiłoby ci z głowy takie szalone pomysły.
- Hahaha, bardzo śmieszne. Wiesz, że…
Nie dokończył.
Nagle upadł na kolana, chwytając się za ramię. Poczuł dziwny, nieznany wcześniej ostry ból. Świat zawirował mu przed oczami.

...
Od nowa, co z nim zrobimy?

...
...

- Gen? Co ci jest?! – usłyszał głos Angeala.
Po sekundzie wszystko się skończyło, jak gdyby nic takiego nie miało miejsca. Genesis leżał w mokrej trawie, oddychając ciężko. Angeal pochylał się nad nim.
- C-co...? – znowu zabolały go plecy, a przecież je wyleczył.
- Przesadziłeś dzisiaj, ta rany musiały być poważniejsze niż się wydawało – powiedział Angeal.
- Wyleczyłem je – odparł niewyraźnym tonem.
Chciał wstać, Angeal niemal siłą zmusił go, żeby tego nie robił.
- Siedź tu i nie ruszaj się, dopóki nie przyleci airship – polecił i, choć niechętnie, poszedł sprawdzić czy z zakładnikami wszystko w porządku.
Genesis siedział zatem, cały czas masując sobie ramię i próbując zrozumieć to, co słyszał. W chwili bólu człowiek zawsze może mieć jakieś zwidy, jednak to obudziło w nich irracjonalny niepokój. Chciał go zbagatelizować, ale…
- Co ja się będę tym przejmował… – mruknął do siebie – Czy to pierwszy raz, jak coś mnie boli?
Dalej już nad tym nie rozmyślał, a przynajmniej próbował. Z ulgą spojrzał więc na nadlatujący airship.
Nareszcie koniec.

My soul, corrupted by vengeance
Hath endured torment, to find the end of the journey

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Donacja Discord

Kto jest online

Odwiedza nas 308 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • bodzio za 6 dni awansuje na nowy poziom! (54)
  • DrewniaQ za 6 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • Pleiades za 6 dni awansuje na nowy poziom! (40)