Forum

Final Fantasy XV Wojny Bogów

Więcej
2017/03/18 03:41 - 2017/04/01 09:50 #11264 przez Lacus Clyne
Final Fantasy XV Wojny Bogów

Gatunek:
fantasy, romans, dramat
Status: ukazujące się
Uwagi: Adresowane do osób w wieku 16+. Zawiera łagodne treści o tematyce seksualnej, przemoc, aluzje do picia alkoholu i zażywania narkotyków, miejscami wulgarny język. Jest to prequel FF XV, akcja rozgrywa się na 2000 lat przed wydarzeniami z gry.
Opis: 2000 lat temu imperium Solheim zdominowało świat Eos, a Sześciu stało na straży pokoju. Jednak odkrycie złóż tajemniczej energii obudziło w sercach mroczne pragnienia. Niebawem rozgoreje wojna o władzę i o pozostanie człowiekiem, a na jej zgliszczach odrodzi się nowy świat.

Na podstawie Final Fantasy XV (gra wideo), Final Fantasy XV Ultimania Scenario, Final Fantasy XV The Complete Official Guide. Prawa autorskie do Final Fantasy XV posiada Square Enix. Niniejszy tekst jest tylko fanfikiem.
Ostatnio zmieniany: 2017/04/01 09:50 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/03/18 03:45 - 2017/03/18 04:16 #11265 przez Lacus Clyne
Final Fantasy XV Wojny Bogów

Część Pierwsza: Przed upadkiem

„(…) for there is nothing either good or bad,
but thinking makes it so.”
William Szekspir

Rozdział 1. Sprawa Marcusa

Słońce zaczynało już zachodzić kiedy na horyzoncie dostrzegli zarys stacji benzynowej. Skwar i zaduch, wspomagane przydrożnym pyłem, dawały się we znaki nawet pod koniec lata. Takie było Leide – gorące niczym piekło.
David sapnął z ulgą, po czym wrzucił wsteczny. Stary samochód bez gracji wtoczył się na zapiaszczony zjazd. Mężczyzna kątem oka zerknął na swoją żonę Helen. Jasnowłosa kobieta bez mrugnięcia patrzyła przed siebie. Uśmiech czaił się w kącikach ust.
- A więc to tak… - mruknęła. – Na piątą rocznicę obiecałeś mi podróż na tropikalną wyspę, a tutaj jeden przejazd przez Leide spuszcza z ciebie parę.
- To była obietnica symboliczna. – żachnął się David usiłując nie stracić panowania nad kierownicą. Asfalt zamienił się w nabitą wertepami, gołą ziemię.
- Uznałem, że do naszej piątej rocznicy zdążę się odkuć na tyle by zabrać ciebie i Ellie na większy wyjazd.
Helen parsknęła śmiechem.
- Następnym razem dopisz to na marginesie.
Łup. Samochód podskoczył aż zadzwoniło.
- Na piątą rocznicę chyba będziemy musieli kupić nowe auto. Wróżę ci rychły koniec! – Helen przybrała dramatyczny ton.
- A jak tam z tyłu? Gorąco? – David zerknął do lusterka.
Odpowiedziało mu kilka mruknięć i głębokie ziewnięcie. Ellie, dziewiętnastoletnia córka Helen, uniosła się na tylnym siedzeniu.
- Ktoś… o coś pytał? – wychrypiała. Wyglądała jakby przespała 100 lat i uznała, że jeszcze jej mało.
- Pytałem czy ci gorąco? – powtórzył David.
- Oczywiście, że tak. Na zewnątrz jest chyba 40 stopni. Może włączymy wreszcie klimatyzację…- sięgnęła ręką do przodu, ale oberwała lekko od Helen. Matka posłała jej ostrzegawcze spojrzenie. W zielonych oczach Ellie zaigrały złośliwe chochliki.
- Niestety Ellie, ten model automobilu nie posiada AC.
- Serio? Sądziłam, że w armii dobrze wam płacą…
- Ellie! Wystarczy! – twarz Helen przybrała dziwny grymas.
Samochód wtoczył się na stację i David zgasił silnik. Siedział przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Helen położyła mu dłoń na ramieniu.
- Idę po wodę mineralną. – oświadczyła żywo. – Zatankuj, rozprostujemy kości i ruszamy dalej. Do miasta został jeszcze kawałek, a jutro wszyscy pracujemy… i uczymy się. – dodała zerkając na Ellie pochłoniętą obgryzaniem paznokcia.
- Przewietrz się. – poleciła. – I spróbuj nie sprowokować żadnej akcji.
Po tych słowach wysiadła i ruszyła w stronę mini marketu. Ellie też wyskoczyła z samochodu jak z procy. Nigdy nie lubiła być sam na sam z Davidem. Nie znosiła żołnierzy a David był kiedyś ważną figurą. Był. Dopóki nie zdegradowali go do ochrony kampusu i laboratorium Castlemark w Fallgrove, gdzie sama niestety się uczyła. Uderzyło ją spieczone, pustynne powietrze.
W oddali asfaltowa jezdnia majaczyła niczym fatamorgana. Jakaś dodatkowa godzina dzieliła ich od domu, Taelpar City. W tej chwili dałaby wiele aby móc się tam teleportować. Ellie zerknęła na swoje odbicie w szybkie marketu. Nie była wysoka, raczej przeciętnego wzrostu, szczupła. Miała rudawe włosy nieskładnie spięte w dziwną konstrukcję przypominającą ptasie gniazdo. Na bladej twarzy wyskoczyło kilka piegów od słońca. Nie była ładna, ale w jej twarzy dało się dostrzec coś żywego co rekompensowało inne braki. „Cały Jill” – tak twierdziła matka. Ellie lubiła myśleć, że naprawdę przypomina zmarłego ojca. Szybko obciągnęła podkoszulek, na którym czuła mokre plamy od potu.
- Może szaszłyka? – ogorzały facet zachęcił ją gestem. – Dziś tylko 4 gile za sztukę.
Musiał być szefem baru przyklejonego do sklepu. Ellie odmówiła szybkim gestem.
- Jak ci się podobają rodzinne wakacje? – David stanął z tyłu i zapalił papierosa.
- To stacja. – poinformowała go trzeźwo. – Może byś zgasił…
Zdumiał się przez moment, po czym z westchnieniem zgniótł niedopałek.
- Podobało ci się?
- Było ok.
- Tylko ok? Wiesz, taki wspólny wyjazd… Pierwszy odkąd ja i twoja mama… - urwał jakby zapomniał słów.
- Pobraliście się. – dokończyła twardo Ellie. – Nie martw się o mnie. Przebolałam już ten etap.
- No… tak? – David stracił werwę. Nigdy nie wiedział jak należy podchodzić do nastoletnich dziewcząt, a zwłaszcza takich z wrogim nastawieniem. W armii wszystko było proste. Ktoś wydawał rozkazy, inni bez szemrania je wykonywali. Nikt nie kwestionował niczyjego autorytetu. Tutaj, na własnym podwórku miał do czynienia z partyzantką zakrojoną na tak szeroką skalę, że znowu czuł się jak nieopierzony rekrut.
- W takim razie…ok. –zakończył niezdarnie. – A jak tam na uczelni?
- Nie mam pojęcia. Jutro pierwszy dzień.
David podjął stanowczą decyzję o nieotwieraniu więcej ust. I tak też trwali
w milczeniu dopóki Helen nie wyszła ze sklepu objuczona butelkami wody i przekąskami. Ellie złapała wodę, po czym władowała się na tył auta z mocnym postanowieniem, że prześpi dalszą część drogi.

* * *
Taelpar City było mega miastem. Ellie poczuła to z całą doniosłością, gdy ich samochód przechodził kontrolę na bramkach strażniczych. „Taelpar City – stolica Imperium Solheim wita” – informował napis nad posterunkiem gwardii cesarskiej. Musieli okazać swoje karty ID oraz ID samochodu. Jeden z żołnierzy rozpoznał Davida i skinął mu przyjaźnie głową.
- Sądziłam, że zasalutuje dowódcy. – skwitowała kwaśno Ellie.
- Sądziłam, że ten temat mamy obgadany! – matka odwróciła się jak rażona gromem. – Stul dziób jeśli łaska!
-Dajcie spokój! – David wcisnął pedał gazu i auto wjechało na główną obwodnicę Taelpar City.
Tutaj drogi wiły się rychliwie niczym arterie największego miasta świata. Setki lat dobrobytu przy wsparciu sił ziemskich oraz niebiańskich, zamieniły Solheim w doskonale prosperujący organizm, który już kilka wieków temu wchłonął inne słabsze państwa. Przemysł wydobywczy oraz niczym niezastopowany rozwój nauki zasilały ogromne serce imperium, które im więcej miało, tym jeszcze więcej pragnęło. Ellie dobrze znała tą propagandę ubraną w twarz Tobiasa Meyerheima, pierwszego doradcy cesarza. Propaganda mówiła o wspaniałej teraźniejszości i jeszcze lepszej przyszłości, o ile Solheim pozostanie wierne własnym ideałom oraz bogom, którzy od niepamiętnych czasów dbali o te ziemie. Prawda była jednak nieco inna. Czasem w niezależnych mediach, których liczba spadała z roku na rok, można było uchwycić stan niepokoju
i rosnącego niezadowolenia. Dziwne wypadki w kopalniach takich jak Balouve, które nagle zaczęły wiercić na niespotykanie dużych głębokościach, tajemnicze zniknięcia górników, rosnąca przestępczość w stolicy oraz wzrost bezrobocia w wyniku mechanizacji produkcji magiteków – to były tematy, które nigdy nie pokalały anielskich ust Tobiasa Meyerheima. Jego bogowie byli zbyt zajęci umacnianiem własnych boskich statusów. Albo mieli to wszystko gdzieś.
Dom Davida i Helen znajdował się w Ósmej Dzielnicy, którą w większości stanowiły osiedla mieszkalne oraz centra handlu i rozrywki. Wszystko by uczynić mieszkańców szczęśliwszymi. Ledwie otworzyli drzwi, Ellie wbiegła na piętro do swojego pokoju, rzucając po drodze torbę podróżną.
- Postaraj się nie władować do łóżka w butach! – krzyknęła za nią matka.
Ellie zrzuciła trampki, po czym padła na tapczan sprawdzając komórkę. Daleko od Taelpar zasięg był tak lichy, że zaczęła się zastanawiać czy mieszkańcy Leide nie używają nadal gołębi pocztowych albo sygnałów dymnych. Dostała kilka wiadomości, głównie od Marcusa, który „miał sprawę.” Marcus był jej kolegą z piaskownicy, mile witanym przez Helen, dopóki w wieku 16 lat nie postanowił rzucić szkoły i założyć własnego biznesu. „Szemranego biznesu” – jak matka lubiła podkreślać. Byli jeszcze Suzie, Kate i Wicked. Znała ich równie długo, ale to z Marcusem najlepiej się dogadywała. Suzie była ostatnio zafascynowana egzotycznymi ruchami do tego stopnia, że wszystko co nosiło poszarpane spodnie i dredy miało u niej szansę. Kate był nawiedzona odkąd jeden z kapłanów wmówił jej, że wielogodzinne modły do Hexateonu czyli sześciu bóstw Eos, pozwoliły jej zdać arcytrudny egzamin. No i był jeszcze Wicked. A Wicked był rąbnięty, wszyscy to wiedzieli.
Wybrała numer Marcusa, po czym odczekała kilka sygnałów. Dziwne, nie odbierał. Usłyszała kliknięcie i automatyczny głos przemówił:
- Witaj wędrowcze, dodzwoniłeś się do Marcusa K. – boga rozpusty. Jeśli chcesz by znalazł dla ciebie chwilę w swoim boskim rozkładzie dnia zostaw wiadomość, jeśli nie to…”
- …nie dzwoń i nie zawracaj dupy! – dodał głos samego Marcusa.
- Pisałeś, że masz sprawę. Tak się składa, że już się nudzę. Lepiej, żeby to było coś godnego uwagi. Oddzwoń. – rozłączyła się i położyła komórkę na szafce nocnej. Utkwiła wzrok w suficie. Białe ściany pokoju zdobiły plakaty zespołów, których nie słuchała już od paru dobrych lat. Biurko przykrywały książki, które planowała przeczytać w wakacje, ale jakoś nigdy nie znalazła na to czasu. Teraz lato się kończyło, a ona dalej tkwiła w tym samym punkcie co rok temu. Z dołu dobiegały stłumione głosy. David włączył TV, a matka najpewniej rozpakowywała bagaże. Mąż nr 2 był wyznawcą potęgi Solheim i Tobiasa Meyerheima. Zrobił sobie nawet z nim zdjęcie jak odchodził z armii. Teraz co wieczór katował domowników programami politycznymi. Meyerheim był mistrzem medialnego prania mózgu, a David jego modelową ofiarą. Ellie przewróciła się na bok na tapczanie i włączyła wieżę stereo. Pokój wypełnił jazgot muzyki metalowej. Jedna z kopniętych składanek, których autorem był Wicked. Wszystko lepsze, niż rządowy kanał TV.
* * *
Poranek następnego dnia nadszedł zbyt szybko. Ellie nie spała za dobrze.
W kuchni zastała Helen zmywającą naczynia po śniadaniu. Matka pracowała na zmiany w punkcie sprzedaży biletów na prom i często zaczynała dopiero późnym popołudniem. David, szef ochrony, musiał meldować się skoro świt.
- Miłego dnia! – krzyknęła za nią Helen, gdy zamykała drzwi.
Ellie przewiesiła torbę przez ramię i ruszyła w stronę stacji metra.
Powietrze było ciepłe jak na tą porę roku. Wiał orzeźwiający wiatr, ale gromadzące się na horyzoncie chmury zwiastowały możliwość rychłego opadu. Ósma Dzielnica została usytuowana na sporym wzniesieniu i nim Ellie zeszła do podziemi, mogła podziwiać widok lśniących drapaczy chmur w dolinie. Najwyższy z budynków nazywano Wieżą i stanowił kwaterę główną cesarza. Gdzie przywódca pomieszkiwał kiedy robił sobie przerwę od polityki? Tego nikt nie wiedział. Wiedziano za to, że ceny wynajmu powierzchni w Pierwszej Dzielnicy gdzie stała Wieża, osiągały rekordowe sumy. Nikogo to nie zrażało. Wszyscy, o ile mogli, chcieli być blisko wielkich tego świata. Metro przybyło dokładnie o czasie. To była jedna z zalet Solheim – kraj chodził jak w zegarku. Transport publiczny uzyskiwał najlepsze wyniki odkąd ludzkich kierowców zastąpiły humanoidy. Te na szczęście nie potrzebowały przerw na lunch, ani kilku minut w toalecie. Tak, wszyscy byli bardzo zadowoleni.
O tej porze metro było pustawe. Na zegarze dochodziła 10. Większość obywateli już dawno siedziała w biurach przyspawana do komputerów. Ellie
z niesmakiem odkryła, że jest spóźniona na pierwszy wykład. Kiedy stanęła wreszcie pod bramą Castlemark poczuła znajomą woń chodnych murów. Uczelnia i laboratorium zostały zbudowane na podobieństwo antycznych budowli. Przebijał tu zapach mchu, wilgoci i czegoś jeszcze. Mało określona, aromatyczna woń. Castlemark stało na skraju lasu Fallgrove, dość mrocznej puszczy, która jakimś cudem uniknęła wykarczowania pod rozrastające się miasto. Wysokie kamienne mury trzymały na dystans dzikie zwierzęta oraz wszystko inne co miałoby ochotę się tutaj zakraść. Kiedy Ellie stanęła na dziedzińcu tylko kilkoro studentów okupowało wąskie ławki. Z ulgą stwierdziła, że nigdzie nie ma ani śladu Davida. Czasem robił obchody wokół kampusu i machał do niej. Fontanna z wyrzeźbioną podobizną węża morskiego, Leviathan, - bogini fal, pluskała radośnie w rytm śpiewu ptaków. Korony ciemnych drzew zamykały się nad kompleksem Castlemark, ogradzając go od reszty świata. Tutaj nie docierał zgiełk miasta, a czas płynął inaczej. Kątem oka Ellie dostrzegła ruch przy budynku laboratorium. Owalna, niezbyt wysoka wieża posiadała ponoć rozległe piwnice, gdzie rezydowali najlepsi uczeni Solheim. Dla studentów wstęp był surowo wzbroniony. Teraz jednak, przy głównych schodach, grupka w białych kitlach wypakowywała coś spiesznie z trzech samochodów. Pogotowie.
- To już czwarty raz w tym miesiącu. – usłyszała za sobą głos nieznajomej studentki. Mówiła do swojego towarzysza, wysokiego chłopaka.
- Serio? – ziewnął tamten udając zainteresowanie.
- Wiem co mówię. Pogotowie przyjeżdża stanowczo za często.
- Tak? Pewnie poparzyli się kwasem. – chłopak zapalił papierosa i oboje umilkli.
Ellie podążyła wzrokiem za lekarzami, ale ci już dawno zniknęli w czeluściach laboratorium.
* * *
- Dzisiaj rozmawiamy o powstaniu świata. Naszego świata zwanego Eos. – zaczął wykładowca, wiercąc w Ellie dziurę samym tylko spojrzeniem. Spóźniła się prawie godzinę, a na wykładach z mitologii i dziejów świata uchodziło to za ciężkie przestępstwo. Przedmiot ten miał też nienaturalnie wysoką punktację na egzaminach końcowych.
- Na początek przypomnijmy sobie co oznacza słowo „eos”. Ellie?
Pamiętała to. W zeszłym roku akademickim. O kilka miesięcy nieróbstwa
i jeden nudny wyjazd rodzinny wstecz.
- Zdaje się, że wiedziałam co to znaczy, ale…
- Ale? – nauczyciel był nieszczerze rozbawiony.
- Ale wyleciało mi z głowy.
- A czy jest szansa by wleciało tam z powrotem?
Pomruk śmiechu przeszedł po sali. Ellie kwaśno skrzywiła usta.
- Owszem, jest taka szansa.
- Miód dla moich uszu, Ellie. Tylko nie czekaj do końca roku. Może się okazać, że czas nie jest twoim sprzymierzeńcem. – powiódł pełnym satysfakcji wzrokiem po klasie. – Ktoś będzie łaskaw powiedzieć nam co oznacza „eos”?
- „Eos” znaczy „świt”. – dobiegł natchniony, niemal eteryczny głos Kate.
Ellie obejrzała się do tyłu. Kate siedziała w rogu na samym końcu jak zwykle
z jakąś wiekową księgą. Mysie włosy miała spięte w wysokiego koka, a łagodne, szare oczy zerkały teraz w stronę Ellie posyłając jej porozumiewawczy uśmiech. Odwzajemniła się tym samym. Kate była w porządku tylko za bardzo wierzyła w te wszystkie magiczne brednie.
- Świetnie, Kate. Dziękuję. – wykładowca klasnął w dłonie. – Nie zastanawiało was nigdy dlaczego nasz świat otrzymał tak poetycką nazwę?
Kate westchnęła jakby zmęczona obowiązkiem odpowiadania za innych. Odczekała chwilę, po czym przemówiła:
- „Świt” jest źródłem światła. Codziennie rano powtarzane jest dzieło stworzenia naszego świata, który wynurzył się ze światłości.
Ellie zaczęła kreślić bohomazy w swoim notatniku.
- Od zarania dziejów Sześciu, prowadzonych przez Bahamuta – boga światła, stoi na straży by ciemność nigdy nami nie zawładnęła. Dopóki codziennie rano obserwujemy świt, to dowód że nasz świat jest bezpieczny.
Ta dziewczyna była na najlepszej drodze, aby zostać świętą. O ile jeszcze nią nie była. Nauczyciel nie mógł ukryć wrażenia jakie wywarły na nim jej słowa.
- Dziękuję, Kate. Powiedziałaś nawet więcej, niż oczekiwałem. No właśnie, Sześciu, znanych też jako Hexateon... – chrząknął próbując oczyścić gardło.
- W Solheim czcimy sześć bóstw. Są to: Bahamut – bóg światła, Tytan – bóg ziemi, Leviathan – bogini fal, Shiva - bogini zimna, Ramuh – bóg piorunów oraz Ifrit – bóg ognia. Do dziś możecie natknąć się na ich świątynie. W większości zapomniane, ale są przykładem niesamowicie przemyślanej architektury oraz świadectwem wiary naszych przodków.
Ktoś z tyłu ziewnął głośno, po czym szybko przeprosił nauczyciela.
- Sześciu uczestniczyło w dziele stworzenia Eos, a potem nieustannie opiekowało się naszym światem. Nadal to robią. – powiódł po zgromadzonych jakby w wyczekiwaniu. – Pilnują byśmy nie narobili głupot.
Zerknął na zegarek.
- Nasz czas powoli dobiega końca. Zanim pójdziecie czy zastanawialiście się co byście powiedzieli, gdyby dane wam było, choć na chwilę, stanąć z jednym z Hexateonu jak teraz ze mną – twarzą w twarz?
Zapadła cisza.
- O co byście ich poprosili? O co byście zapytali?
- Kiedy wreszcie znajdę dziewczynę? – wypalił jakiś nieśmiały głos, ale jego właściciel nie zamierzał się ujawniać.
- Czy zdam egzaminy?
- Kiedy umrę?
- Czy dałoby się umorzyć mój kredyt na samochód?
Cała sala ryknęła śmiechem.
- Zejdźcie mi z oczu... – wykładowca machnął ręką – Uwaga! Na następny raz przeczytajcie dwa pierwsze rozdziały z podręcznika „Dzieje świata” wydanie poprawione. Kto nie ma, zapraszam do biblioteki. Kto nie ma jeszcze karty do biblioteki, najwyższy czas wrócić do rzeczywistości…
Studenci powoli opuszczali salę, ale kiedy Ellie chciała wyjść surowy wzrok nauczyciela usadził ją w miejscu.
- To był pierwszy i ostatni raz, rozumiemy się?
Skinęła wolno głową.
- Mówię o spóźnieniu. Na drugi raz nie wpuszczę cię na wykład.
- Ostatni raz. – powtórzyła jak echo, po czym wyszła na korytarz.
***
Suzie, czarnowłosa i wysoka, już czekała na nią pod fontanną na dziedzińcu. Ellie pomachała jej. Zerknęła na komórkę. Marcus od wczoraj nie dał znaku życia i powoli zaczynała się zastanawiać co jest grane. Zwykle kiedy miał sprawę oddzwaniał natychmiast.
- Co jest? Wyglądasz jakbyś się najadła robali. – Suzie szturchnęła ją w ramię.
- Nic takiego. Po prostu normalny dzień na wykładzie.
Objęła ją po przyjacielsku jakby nie widziały się tysiąc lat. Ellie dostrzegła Kate na ławce obok. Zatopioną w lekturze. Dała Suzie znak, że powinny pogadać.
- Hej, Kate. – usiadła obok uśmiechając się przyjacielsko.
Dziewczyna uniosła głowę znad książki i odpowiedziała tym samym.
- Dzięki za szybką reakcję. Gdyby nie ty, pewnie zrobiłby kolokwium.
- O, nie! Miałyście wykład z mitologii! – Suzie zrobiła przerażoną minę.
- Nie ma o czym mówić. – Kate machnęła ręką.
- Idziemy się przejść. Masz ochotę na mały spacer?
- Z przyjemnością. – eteryczny uśmiech znów wpełzł na usta Kate.
- Możemy też coś zjeść. Jestem bez śniadania. Głodna jak wilk.- dodała Suzie.
- Znam niezłą knajpę, tylko dwie stacje metrem stąd.
- Mamy tylko godzinę przerwy. – zauważyła trzeźwo Kate.
Były poza bramą kiedy komórka Ellie zawibrowała. Została nieco z tyłu by odebrać.
- Oto i ona, moja ulubiona dziewczyna! – Marcus albo udawał, albo był w wybornym humorze.
- Cholera, człowieku. Nie spieszyłeś się.
- Miałem sprawę.
- Tyle to wiem.
- Właściwie nadal mam. Piszesz się?
- Na pewno nie w ślepo.
- Nie pożałujesz! – zarechotał.
- Po prostu powiedz o co chodzi.
Westchnął ciężko.
- Potrzebuję obstawy. Dziś wieczorem.
Ellie zatkało.
- Wybrałeś zły numer. Poszukaj jakiegoś mięśniaka.
- Chodzi tylko o stanie na czatach.
- Marcus…
- Ellie, to nic wielkiego.
- Marcus!
- Tak?
- Poleje się krew?
Wybuchnął śmiechem.
- Krew? Jaka krew? Jasne, że nie… Za kogo ty mnie masz?
- Czemu ja?
Zaśmiał się gorzko.
- Inni odmówili.
- Aha.
- Ellie…
- Słuchaj, Marcus. Nie mam teraz czasu. Jestem na uczelni i…
- Mówiłaś, że jesteś znudzona. Daję ci rozrywkę, a ty jeszcze grymasisz?
- Nie szukam guza.
- To w stu dwudziestu procentach bezpieczna operacja.
Kate i Suzie zaczęły dawać sygnały by się pospieszyła.
- Zadzwonię później, teraz muszę…
- Ellie… - jego głos zmienił się dramatycznie. – Ellie, to jest totalnie porąbane.
Znała Marcusa od bardzo dawna. Jego rodzice byli wtedy jedynymi czarnoskórymi w okolicy i syn wziął sobie za punkt honoru by pokazać innym dzieciakom ile jest wart. Marcus nigdy się nie bał, zawsze występował do przodu, zawsze odpowiadał jako pierwszy a gadane miał jak kaznodzieja. Teraz czuła, że Marcus jest przerażony. Pierwszy raz odkąd go znała.
- Mów. – poleciła stanowczo.
- Jakiś czas temu wplątałem się w układ, z którego nie jestem w stanie wyjść. Byłem głupi i naiwny, a teraz…
- Teraz co?
Westchnął.
- Słuchaj, jeśli dziś wieczorem mi się uda, będę wolny. Zero dalszych zobowiązań, rozumiesz?
- Nadal nie wyjaśniłeś o co chodzi.
- Nie chcę gadać za dużo przez telefon. Jedynym czego od ciebie chcę to żebyś pojechała ze mną dzisiaj do magazynów portowych i stanęła na czatach. Ja sam wykonam całą robotę.
- Co to za robota?
- Muszę coś odzyskać. Coś co zgubiłem. I to nie jest za darmo. Mam dostać cztery tysiące. Jeśli nam się uda odpalę ci niezłą działkę, może nawet połowę. Co ty na to?
- Kasa mnie średnio interesuje. – wypaliła chociaż suma o jakiej mówił Marcus brzmiała bardziej niż kusząco. Dwa tysiące dla obywatela klasy średniej to był niezły zastrzyk gotówki. Mogłaby kupić tyle rzeczy…
- To na sto procent bezpieczne?
- Na sto procent.
- No, dobra…
- W mordę, wiedziałem że mogę na ciebie liczyć!
- Marcus, ja nadal się zastanawiam…
- Dziś wieczorem o 21:00 przy Chocobo Plaza. Kojarzysz, ten słynny tor wyścigowy? Czekaj przy głównym wejściu. Będę autem.
- Ja jeszcze wcale…
- Muszę lecieć. – rozłączył się.
Ellie zerkała przez moment na ekran komórki. Co to do cholery było? Marcus zachowywał się jak kompletny lunatyk. I jeszcze wpakował się w coś. Wiedziała, że jego „biznes” polegał na transporcie dóbr klientów. Dobra bywały na tyle interesujące, że załadunek odbywał się zwykle nocą, a klienci figurowali jako John Smith. Wyglądało, że tym razem Marcus spaprał zlecenie i ktoś się mocno wkurzył. Do tego stopnia, że ten twardogłowy facet był przestraszony. Stanie na czatach nie wydawało się ani arcytrudne, ani niebezpieczne. No
i Marcus naprawdę jej potrzebował.
- Ellie, idziesz czy nie?! Za chwilę musimy wracać? – głos Suzie wyrwał ją z rozmyślań.
Wieczorem o 21:00 przy Chocobo Plaza. Magazyn portowy. W co on wdepnął?
* * *
Wyścigi Chocobo były dość popularne w regionie Cleigne. Zwłaszcza od kiedy jeden z hodowców tych niezwykle głośnych i ruchliwych ptaków metodą prób i błędów stworzył specjalny rodzaj szarych Chocobo. Ptaki te były szybkie jak wiatr, a skakały wyżej niż kozice górskie. Zapaleni sportowo mieszkańcy Taelpar City oszaleli na ich punkcie. Każdy chciał mieć osobisty boks z ptakiem gotowym rozpocząć bieg po kolejny medal. Ellie nie była mistrzynią jeździectwa, ale uwielbiała patrzeć na galopujące Chocobo. Siedem lat temu jej ojciec, Jill, zabrał ją po raz pierwszy na wyścig. Świetnie się bawiła i obiecała sobie, że jak dorośnie sama zajmie się hodowlą. To był ostatni raz kiedy ojciec gdziekolwiek ją zabrał. Zginął następnego dnia. Rozpędzona ciężarówka staranowała jego auto. Ellie patrzyła w skupieniu na okrągły i oszklony budynek Chocobo Plaza. Wieczorną porą oświetlały go dziesiątki reflektorów. Fontanna przed głównym wejściem szumiała majestatycznie. Ludzi chodziło tu sporo. Głównie rodziny z dziećmi. Zerknęła na zegarek. Wybiła 21:10. Marcus się spóźniał, a ona zaczynała odczuwać zdenerwowanie. Robiło się chłodno. Odruchowo zasunęła zamek bluzy. Z boku podjechał czarny, sportowy samochód. Jeden z tych jakie zawsze wywołują ciche jęki pożądania. Silnik umilkł, a ze środka wysiadł Marcus.
- Myślałam, że ci się kiepsko powodzi. – zażartowała zbita z tropu.
- O, tak, żyjemy na full w Taelpar City! – Marcus wyszczerzył swoje białe zęby. - Daję radę. Dzięki, że przyszłaś.
Mocno przytulił Ellie.
- Sądziłeś, że cię wystawię?
- Istniała taka opcja. – wykonał obronny gest. – Słuchaj, wiem jak dziwna była moja prośba. Nie winiłbym cię, gdybyś zrezygnowała.
- To może jeszcze zdążę wrócić?
- Za późno! – zarechotał Marcus i otworzył przed nią drzwi po stronie pasażera.
Wsiadła bez komentarza. Odczucie podniecenia powoli zaczynało być realne. Auto było czteroosobowe, na pewno kosztowało fortunę. Wszędzie skóra, drewno i złocenia. Nie musiała pytać by wiedzieć, że są prawdziwe.
- Czyli ten biznes jednak się opłaca?
- Zależy dla kogo. – Marcus usadowił się za kierownicą. Ubrany był w skórzaną, lekką kurtkę i sprane jeansy. Oczy ukrył za okularami przeciwsłonecznymi. Ellie w milczeniu oceniła jego ruchy kiedy zapalał silnik i zwalniał sprzęgło.
- To auto nie jest twoje.
Zachichotał bez cienia wesołości.
- Nic się przed tobą nie ukryje?
- To chyba nie jest dobra pora na przegadywanki.
- Masz rację. Nie jest moje.
- A czyje?
- Po prostu… pożyczone. Na dziś wieczór.
Czekała w skupieniu na dalsze rewelacje.
- Może się okazać, że będziemy potrzebować szybkiego transportu i…
- Że będziemy musieli uciekać?
- Hej, tego nie powiedziałem. Po prostu przyda nam się szybkie auto.
- A co jeśli je rozwalisz?
- Ellie, nie utrudniaj, dobra? Nie jedziemy na wojnę tylko odebrać zaginioną przesyłkę.
- Możesz mnie jeszcze bardziej wtajemniczyć?
Marcus wyprowadził auto spod Chocobo Plaza i obecnie pędził obwodnicą mijając drogowskazy informujące: PORT – ZACHODNIE DOKI.
- Jasne, to niewielka przesyłka. Tydzień temu miała dotrzeć drogą morską z Gralei i czekać na mój odbiór. Opłaciłem kilku strażników i wszystko było zapięte na ostatni guzik.
- Ale?
- Ale ktoś inny zapłacił strażnikom więcej niż ja.
- Łapówki, kto by pomyślał... - Ellie przewróciła oczami.
- Nabrali wody w usta i udawali, że żadna paczka nie dotarła. Kiedy poruszyłem kilka kontaktów w porcie odkryłem, że szef straży dostał ostatnio makabryczny zastrzyk gotówki. Szastał pieniędzmi na prawo i lewo, bywał w klubach gdzie za kartę członkowską śpiewają dwa tysiące i po pijaku opowiadał jak to mu się poszczęściło, że jednak zatrzymał pewną przesyłkę.
- Co takiego jest w tej paczce?
Marcus umilkł.
- Nie wiem. – odparł w końcu.
- Błąd.
- To jeden z wymogów mojego klienta. Nie pytam, dostarczam i dostaję kasę.
- Boisz się go. Tego klienta.
- Nie boję się. Po prostu… - nie wiedział jak ubrać myśl w słowa. – Po prostu znam ten typ. Są mili dopóki wszystko idzie po ich myśli. Jak coś się sypie zaczynasz czuć ich oddech na karku. Chcę to zakończyć najszybciej jak tylko możliwe.
- Ten klient. Kto to jest?
- Nigdy nie przyszedł osobiście. Zatrudnia pomocnika o imieniu Aiden. Spoko koleś, ale wiesz że im nie można ufać.
Ellie zerknęła na rozmazany ciemny pejzaż za oknem. Musiało być już po 22:00, bo ruch na drodze stopniowała malał. Dostrzegła mroczny zarys żurawi portowych.
- Dojeżdżamy.
- Jasne. – sapnął Marcus. – Pamiętaj, stoisz tam gdzie ci powiem. Pilnujesz żeby nikt cię nie widział, a jeśli zobaczysz strażników idących w moją stronę użyjesz tego.
Wręczył jej małe pudełko wielkości komórki.
- Co to jest?
- Prosty sygnalizator. Sam go zrobiłem jak mi się nudziło. Ja mam taki sam. Poręczny gadżet. – wskazał na swoją kieszeń. – Przesyłają sygnały pomiędzy sobą. Zawibruje kiedy go użyjesz. Będę wiedział, że czas rozpocząć ewakuację.
- Marcus, to wszystko jest takie…
- Dziwne, pokręcone? – roześmiał się. – Witaj w moim świecie!
Najciszej jak się dało wjechali na parking portowy, mijając bramę otwartą na oścież. Przyjmowano tu jedynie statki transportowe toteż nawet za dnia ruch był niewielki. W nocy, poza ochroniarzami, nie znalazłby tu żywego ducha. Nieco dalej czerniały budynki magazynów, gdzie towary z zamorskich terytoriów Solheim oczekiwały na akceptację przed wjazdem do Taelpar City.
- Gotowa? – zapytał Marcus półgłosem wyjmując spod siedzenia czarny plecak.
- Nie. – ton Ellie był niewyraźny.
- Zuch dziewczyna. – poklepał ją po plecach. – Jutro wieczorem stawiam kolację. Gwarantuję, że będziemy się z tego śmiać.
- A co z moją kasą?
- Materialistka. Dostaniesz swoją połowę.
Wysiedli, po czym ruszyli wolno naprzód trzymając się cieni budynków.
- Co powiedziałaś w domu? – spytał szeptem, poprawiając plecak który uwierał go w ramię.
- Powiedziałam, że idę na imprezę. – wzruszyła ramionami. – Jestem dorosła mogę chodzić gdzie i kiedy chcę.
- Imprezowiczka z ciebie. Co na to sierżant David?
Posłała mu mordercze spojrzenie. Starając się robić jak najmniej hałasu wsunęli się pomiędzy niskie krzaki. Obok nich wyrastał rozłożysty dwupiętrowy biurowiec. Teraz okna świeciły pustkami. Jedynie przed głównym wejściem stał samotny stróż i palił papierosa.
- Pójdziemy tyłem. – szepnął Marcus.
Szybko przemknęli za budynkiem, a kiedy zbliżyli się do bramy oddzielającej magazyny, Ellie zwolniła kroku.
- Czekaj, zasapałam się.
- Tak szybko?
- Bardzo śmieszne.
Marcus nie skomentował. Na migi dał jej znak by była cicho, a sam przysadził się do ogrodzenia.
- Pamiętaj. Tam nie ma miejsca na błąd. Zauważą nas i po imprezie.
Wspiął się płynnie, a dwa zwinne ruchy wystarczyły by przeskoczył bramę.
- Dajesz. – szepnął w stronę Ellie.
Wdrapała się na ogrodzenie kalecząc sobie lekko kilka palców, przełożyła lewą nogę i zawahała się.
- Spoko, złapię cię.
Skoczyła lądując jak żaba. Spojrzenie Marcusa wyrażało uznanie.
- No i jesteśmy. – rozglądnął się czujnie. – Ciemno jak w dupie.
- W komórce mam latarkę…
- Zapomnij. Zaraz zauważą światło.
Nagle usłyszeli warkot silnika oraz ruch maszynerii. Padli na czworaka i w mało elegancki sposób doczołgali się w pobliże głównego placu rozładunkowego.
W doku cumował duży transportowiec, a na doskonale oświetlonym placu kręciły się oddziały policji. Towarzyszyły im dwie jednostki magiteków obronnych typu MA Veles. David udzielił jej kiedyś wykładu na ich temat. Przypominały pękate beczki na dwóch nogach.
- Gliniarze. – syknęła Ellie. Nosili czarne mundury oddziałów specjalnych. Doliczyła dziesięć sztuk.
- Co do jasnej..? – Marcus był lekko zbity z tropu. – Złom też przyjechał?
- Co teraz?
Wahał się przez moment, ale najwyraźniej groźba tego co go czekało w przypadku niepowodzenia była o stokroć gorsza, niż widmo kajdanek.
- Nie ma odwrotu. Idę.
- Czekaj. – Ellie zastopowała go. – Widzisz te magiteki? To model Veles. Potrafią wykryć ruch w promieniu trzech kilometrów.
- Jaja sobie robisz?
- Nie. – była śmiertelnie poważna. – Ale ich program ma jedną wadę. Resetuje się co kilka minut. Jak zobaczysz, że czerwone światło mruga to droga wolna.
Marcus patrzył na nią przez moment jakby przemówiła w nieludzkim języku.
- Skąd to wiesz?
- David. – ucięła krótko.
Skinął niepewnie głową.
- Czerwone światło, tak?
Rozglądnął się czujnie.
- Widzisz te kontenery? – wskazał na wprost. – Zaczekasz tam na mnie. Towar jest w budynku obok. Jeśli zauważysz coś niepokojącego wciśnij guzik. Rozumiesz?
- Jasne, ale wiesz że coś mi może umknąć…
- Postaraj się. – szepnął z mocą.
- Marcus, ta sprawa strasznie śmierdzi. Łapówki, oddziały specjalne…W środku na pewno jest ich więcej…
- Ustaliliśmy to już. Nie mam wyboru. Zrób co możesz, a ja też będę czujny. Teraz ruszaj.
Bez dalszej zwłoki Ellie znów padła twarzą w dół. Prawie dotykając ziemi policzkiem zaczęła czołgać się w stronę wysokich kontenerów. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Kamienny chłód w oczach najlepszego kumpla. Marcus musiał liczyć się z każdą ewentualnością. Na pewno kalkulował, że być może będzie musiał kogoś unieszkodliwić, albo… zabić. Zadrżała na samą myśl. Czy na serio był w stanie to zrobić? Jak niesamowicie daleką drogę przebyli odkąd lepili razem babki w piaskownicy. Na wpół sparaliżowana dotarła do punktu strategicznego. Kontenery musiały być od dawna nieużywane, bo pokrywała je warstwa rdzy, a wokół wyrastały bujne chwasty. Przynajmniej w teorii była tu bezpieczna. Przylgnęła ciałem do zimnego metalu, wychyliła lekko głowę i nasłuchiwała. Marcus zniknął. Szczęśliwie, oddział policjantów robił rundki na oświetlonym placu i nic nie wskazywało by którykolwiek zamierzał wchodzić do środka. Magiteki nieruchomo skanowały przestrzeń wokół. Tymczasem na niebie chmury nieco się przerzedziły i Ellie zobaczyła księżyc. Otaczała go czerwona łuna.
- Patrzcie, znowu czerwony księżyc. – usłyszała głos jednego z policjantów.
- Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że się u nas dobrze dzieje.
- Zły omen. – zawtórował drugi. – Słyszeliście o Castlemark?
- Co takiego?
- Nowa linia mecha-żołnierzy. Podobno spaprali czwarty test w tym miesiącu.
- Jajogłowi się nie spieszą.
- Najlepiej niech nas wszystkich zastąpią robotami. Z radością przejdę na wcześniejszą emeryturę.
Umilkli, bo podszedł do nich wysoki, barczysty facet. Najwyraźniej dowódca.
- Nowe rozkazy. Wykonać obchód na całym obszarze. Meldować wszystkie nietypowe sygnały. Zachować czujność.
- Tak jest, sir!
Gdyby nie okoliczności Ellie uznałaby to nawet za zabawne, że jedna przesyłka postawiła na nogi cały oddział. W skupieniu obserwowała kluczowy budynek. Punkt 0, jak go nazwała w myślach. Drżącą ręką pomacała przycisk na sygnalizatorze. I wtedy właśnie usłyszała strzały. Dochodziły z punktu 0. Serce niemal wyskoczyło jej z piersi. Policjanci też to usłyszeli, bo jak jeden mąż rzucili się do budynku. Ciszę nocnego portu przeciął sygnał przeciągłej syreny alarmowej. W jednej sekundzie włączono wszystkie reflektory. W tym jeden dokładnie nad nią. Oślepiona, wczołgała się do środka kontenera, instynktownie oczekując krzyków, strzałów, aresztowania. Toteż pisnęła przeraźliwie kiedy mocna dłoń chwyciła ją od tyłu, a druga zakryła usta.
- To ja. – syknął Marcus. – Mam. Jest w plecaku. Pora spadać.
Już nie było czasu, ani sensu by się skradać. Szybko popędzili do ogrodzenia. Ellie usłyszała okrzyki, szczekanie psów oraz warkot odpalanych silników. Nagle coś chwyciło ją za nogawkę. Upadła kątem oka dostrzegając czarne ślepia i szeroko rozwarte szczęki z rzędem ostrych kłów. Marcus podbiegł wymierzając psu ciężkiego kopniaka w łeb. Zwierzę padło otumanione.
- Szybko! – brutalnie chwycił Ellie i prawie przerzucił ją przez ogrodzenie.
- Łap! – plecak poszybował w jej stronę. Pochwyciła go. Marcus sam gramolił się przez ogrodzenie, a z przodu i z tyłu dobiegały coraz bliższe okrzyki strażników. Marcus zeskoczył na asfalt i wtedy reflektor skanujący zatrzymał się na nich.
- Tutaj są! Stać! Nie ruszać się!
- Jazda! – wrzasnął Marcus.
Ruszyli pędem, a za nimi rozległy się strzały. Ostatkiem sił dotarli na parking, teraz rozjaśniony snopem światła. Ochroniarz stał przy czarny aucie i taksował je spojrzeniem, zaglądając do środka przez szybę.
- Mam tutaj niezidentyfikowany samochód. – użył krótkofalówki. – Sprawdźcie mi numer rejestracyjny TX13…
Marcus zaszedł mężczyznę od tyłu i uderzył w potylicę. Strażnik osunął się na ziemię. Ellie stała jak sparaliżowana.
- Dawaj plecak! – wrzucił cenny ładunek do bagażnika. – Ruchy!
Bez szemrania zajęła miejsce po stronie pasażera. Silnik już się grzał. Na pełnym gazie ruszyli przez parking.
- Marcus, brama!
Alarm musiał uaktywnić wszystkie możliwe blokady. Chłopak nie zamierzał odpuścić. Z miną szaleńca dodał gazu. Przebili się przez ogrodzenie jak torpeda, zostawiając za sobą zwoje splątanego metalu. Ze zniszczonej kontrolki na bramie poszły iskry.
Ledwo utrzymując panowanie nad kierownicą, Marcus zmieszał się z regularnym ruchem ulicznym na obwodnicy. Ellie milczała oddychając ciężko
i obserwując co się dzieje w bocznym lusterku. Po pościgu ani śladu. Marcus zacisnął szczękę. Prawą ręką łupnął w kierownicę.
- Niech to szlag! Pieprzone gliny!
Ellie przełknęła ślinę.
- Myślisz, że ten ochroniarz… On…
- Przeżyje. Wcale go tak mocno nie uderzyłem. – żachnął się.
- Oni za to próbowali nas zastrzelić. – dodał grobowo.
Milczeli chwile jakby dotknięci tym nowym odkryciem.
- Dlaczego nie ruszyli w pościg?
- Kto ich tam wie… Martwi cię to?
- Nie, ale… Jak było wewnątrz?
- Wybornie! – roześmiał się gorzko. Adrenalina ciągle hulała mu w żyłach.
- Ogłuszyłem jednego, ale drugi puścił w powietrze salwę ostrzegawczą.
- Przynajmniej miałeś czas zabrać paczkę. Skąd wiedziałeś gdzie jest?
Marcus spoważniał.
- Nie wiedziałem, ale miałem pewien pomysł. Nie pierwszy raz odbieram stąd towar. Tylko zwykle nie w takim stylu.- westchnął ciężko jakby próbując uspokoić samego siebie.
- W sumie na niewiele ci się przydałam.
- Wręcz przeciwnie. Nie słyszałaś? We dwoje zawsze jest raźniej.
- Co teraz?
- Mam czekać na wiadomość. Odwiozę cię do domu i…
Komórka Marcusa zapiszczała pod siedzeniem. Wziął telefon i zerknął na numer.
- Kto dzwoni?
- Zastrzeżony.
Odebrał nie spuszczając wzroku z jezdni. Mówił niewiele, jedynie przytakiwał z gorączkową energią. Kiedy się rozłączył, Ellie wyczuła co jest grane.
- To on. Twój zleceniodawca.
- Aiden. Jego człowiek. Chce żebym dostarczył przesyłkę natychmiast.
- Jasnowidz jakiś? – zdumiała się. – Skąd wiedział, że ci się udało?
- Słuchaj dalej. Wie, że nie byłem sam.
- Co takiego?
- Oni mają swoje sposoby Ellie. W szarej strefie potknięcia zbyt dużo kosztują…
Samochód nieznacznie przyspieszył.
- Skoro są tacy wpływowi czemu sami nie odbiorą przesyłki? Byłoby prościej.
- Po pierwsze to moja praca, za to dostaję szmal. Po drugie takie zlecania lepiej dawać tym, którzy są niżej w łańcuchu pokarmowym. – skrzywił się.
- Jaki jest plan?
- Aiden spotka się z nami na parkingu Malmalam Thicket.
- Malmalam? To nie do końca blisko.
- Miejmy to już z głowy. Przynajmniej dziś dostaniemy naszą kasę, ciesz się. – spróbował zażartować, ale wypadło to dość blado.
* * *
Malmalam Thicket było niewielką górą, której szlak prowadził przez las i wzdłuż koryta górskiego strumienia. Na samym szczycie była polana, ulubione miejsce spotkań młodzieży z Taelpar City. Przy bezchmurnym niebie roztaczał się stamtąd widok na Rock of Ravatogh – dużo wyższe wzniesienie, porośnięte karłowatymi krzewami i wysokogórskimi kwiatami. Prawdziwa kraina zieleni. Jednak Ravatogh było zdradziecką górą. Ścieżki wiły się niewinnie by nagle przejść w osuwiska tuż na krawędzi przepaści. Wielu zaliczyło upadek z wysokości. Dla porównania Malmalam przypominało spacer po parku. Popularność miejsca była tak duża, że wystosowano w TV apel o ochronę. Bywalcy zabierali ze sobą wspomnienia błogich chwil, ale zostawiali tony śmieci. Polana z wolna zaczynała przypominać scenę po bitwie, a nie rezerwat przyrody. Kiedy zbliżyli się do parkingu wokół było bardzo ciemno. Jedna, oddalona nieco latarnia mrugała złowróżbnie, a cztery ćmy skupione przy niej zawzięcie walczyły o źródło światła.
- Ten Aiden, co to za jeden?
- Po prostu facet na posyłki. W łańcuchu pokarmowym tylko o stopień wyżej niż ja.
- Ale nie odpali żadnego numeru?
- Nie. – zapewnił Marcus. – On też chce mieć to z głowy.
Wjechał na parking i zatrzymał auto. Nieco dalej parkował inny pojazd. Stało przy nim dwóch wysokich mężczyzn, a trzeci siedział na masce.
- Już są. Wysiadamy.
Kiedy Ellie stanęła na zewnątrz owiało ją chłodne powietrze, poczuła że drży nieco histerycznie. To wszystko wydawało się nierealne, zwłaszcza w cieniu Malmalam Thicket. Marcus zaczął iść w stronę dwóch facetów, dając Ellie znak by szła za nim. Tamci też ruszyli. Spotkali się w połowie drogi.
- Wszystko załatwione? – zapytał jeden z wielkoludów.
Twarze zakrywały im kaptury ciemnych kurtek.
- Tak. Towar jest w bagażniku.
- Świetnie.
Mężczyzna szybko przeszukał Marcusa, sprawdzając czy nie ma broni. Zerknął w stronę Ellie, ale zaniechał rewizji.
- Nieźle się spisałeś. Nie sądziłem, że tak dobrze ci pójdzie.
- Aiden, po co to całe przedstawienie? Nie mogliśmy normalnie przekazać towaru i podać sobie rąk? – Marcus zwracał się do trzeciego faceta, który nadal siedział na masce.
- Wybacz. Wymogi odgórne. – zeskoczył na ziemię i Ellie zauważyła, że był dość niski. W każdym razie sporo niższy od dwóch zakapiorów. Zbliżył się do nich, a niemrawe światło latarni padło na jego twarz. Ellie nie mogła stwierdzić na sto procent, ale wydawał się niewiele starszy od niej samej. Miał krótkie, ciemne włosy i dość okrągłą twarz. Ubrany był na czarno jak reszta. Roześmiał się szczerze.
- Niezła zadyma w porcie! Założę się, że do teraz zachodzą w głowę co się stało!
Marcus wyraźnie się rozluźnił.
- Robota jak robota.
- Nie bądź taki skromny. Masz do tego talent. A to jest…? – zapytał patrząc centralnie na dziewczynę.
- Ellie. Czasem mi pomaga.
- Cześć, Ellie. Jestem Aiden. – miał przyjemny głos, którym wzbudzał zaufanie.
- Cześć. – rzuciła zdawkowo.
- Pozwolisz, że rzucę okiem. – Aiden skinął na dwóch kolesi i razem podeszli do bagażnika. Krzątali się tam chwilę, najwyraźniej sprawdzając zawartość paczki. Kiedy skończyli, Aiden wyglądał na absolutnie szczęśliwego.
- Dzięki, Marcus. Nawet nie wiesz ile to znaczy.
- Spoko, ale na przyszłość wolałbym mniej ryzykowne zlecenia. Ta paczka musiała kogoś nieźle zaboleć.
- Owszem. Powiedzmy, że nieczyste siły weszły nam w drogę.
- Zadarliście z cesarzem czy jak?- zakpił Marcus. Dwóch zakapturzonych wyminęło go bez słowa i skierowało się do własnego auta.
- Nie znam szczegółów. – po tonie Aidena można było wnioskować, że nawet jakby znał to i tak zobowiązywało go milczenie. – Znam paru, którzy byliby w stanie utrudnić nam życie.
- Teraz to bez znaczenia. Zapraszam. – otworzył drzwi auta.
Ellie spojrzała pytająco.
- Podwiozę was. Jest pierwsza w nocy. Chyba nie chcecie wracać autostopem.
Marcus dał jej znak, że wszystko jest pod kontrolą.
- Zapomniałem ci podziękować za auto. Ocaliło mi tyłek. – rzekł sadowiąc się obok kierowcy.
- Właśnie widzę. Maska jest trochę wgnieciona.
- Bliskie spotkanie z bramą.
- Rozwaliliście bramę? Szkoda, że tego nie widziałem.
- To twój samochód? – zapytała Ellie lekko zbita z tropu. – Osobisty?
- Nie osobisty, ale dożywotnio wypożyczony. – Aiden mrugnął do niej porozumiewawczo i dostrzegła, że ma oczy koloru wody.
Obok nich przemknęło auto zakapturzonych. Przez moment widzieli światła reflektorów, a potem i one zniknęły w nocnej mgle.
- Kim byli ci faceci? – odważyła się zapytać, kiedy Aiden zapalił silnik i ruszyli z miejsca.
- Ochroniarze. Szef chce by mi zawsze towarzyszyli. Względy bezpieczeństwa.
Poczuła, że powoli się rozluźnia. Ogarnęła ją niezachwiana pewność, że najgorsze minęło. Byli w drodze do domu.
- Aiden… - zaczął nagle Marcus. – Jest sprawa.
- Wal.
- Tak się składa, że nie chcę już dłużej robić za waszego kuriera.
Ellie raptownie wstrzymała oddech.
- Dlaczego? – zapytał prosto Aiden.
Nie wydawał się zachwycony, ale też nie był wkurzony.
- Za duże ryzyko.
- Gdzie indziej nie ma ryzyka?
- Macie ewidentnie na pieńsku z jakimś ważniakiem. Ktokolwiek to jest, nie chcę się mieszać.
Aiden zrobił kwaśną minę, ale kiedy jego oczy napotkały wzrok Ellie w lusterku, wyszczerzył w uśmiechu garnitur swoich śnieżnobiałych i prostych zębów.
- Czyli odchodzisz?
- Tak, poszukam zleceń gdzie indziej.
- No dobra. – westchnął Aiden. – Tylko gdzie ja znajdę drugiego tak skutecznego jak ty?
- Jest wielu lepszych ode mnie.
- Podaj nazwisko.
- Nie mam w głowie książki telefonicznej. Prześlę ci namiary.
- Lepiej daj mi je osobiście. Jutro w Tapioce.
- Że co? – zdumiał się Marcus.
- Jest impreza w Tapioce i oboje możecie się czuć zaproszeni.
- Ja nie mam czasu. – stwierdziła twardo Ellie.
Tapioka była nocnym klubem, bardzo popularnym i dość często nawiedzanym przez policję. Wysoki współczynnik rozrób oraz handlu nielegalnymi substancjami. Akurat było czerwone na skrzyżowaniu i Aiden odwrócił się do niej.
- To moje urodziny. Nie przyjmuję odmowy od nikogo.
- Przykro mi.
- Zobaczymy co da się zrobić. – dodał szybko Marcus, który mimo wszystko chciał być miły w stosunku do Aidena.
- Gdzie mam jechać? Trzynasta Dzielnica? – zapytał kiedy wjechali do Taelpar City.
Znajdowali się w centrum i Ellie przykleiła nos do szyby próbując dojrzeć szczyty drapaczy chmur.
- Ósma. – mruknęła.
- Ósma? Nie mieszkacie razem? – zdziwił się szczerze Aiden.
- Sądziłem, że to twoja dziewczyna. – drążył nieco zbyt natarczywie, szturchając Marcusa.
- Nie, nie. Ellie to przyjaciółka. Znamy się od dzieciństwa.
- A, teraz rozumiem.
Centrum zostało daleko za nimi i powoli rozpoznawała własną okolicę. Kazała zatrzymać auto nieco dalej od domu.
- Dzięki. – rzuciła niepewnie w stronę kierowcy.
- Marcus, wszystko w porządku?
- Jasna sprawa, siostro. Zadzwonię – wykonał szybki ruch ręką.
- I rozliczymy się.
- Masz to jak w banku.
Aiden błyskawicznie wyskoczył i otworzył jej drzwi.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Liczę, że jeszcze się spotkamy.
- Może. – mruknęła.
Wysiadła i zanim zdążyła dojść do krawężnika, auto odjechało z piskiem opon. Głośno wciągnęła chłodne, nocne powietrze. Dzielnica była uśpiona, a sąsiednie domy spowijała kompletna ciemność. Prawie magiczna aura. Nagle usłyszała kroki. Ktoś nadchodził z tyłu. Odwróciła się na tyle szybko by dostrzec Davida. Ojczym stanął przed nią ze skamieniałą twarzą. Wciąż miał na sobie mundur ochrony Castlemark. Przestraszył ją.
- Gdzie byłaś? – zapytał oskarżycielsko.
Strach natychmiast przerodził się w furię.
- Mama wie gdzie była.
- A ten samochód? Kto cię podwiózł?
- Znajomi.
Wzrokiem ocenił jej pobrudzone ziemią spodnie oraz zadrapania na rękach.
- Gdzie byłaś? – chwycił ją lekko za ramię, ale się wyrwała.
- Nie rób scen. I nie drzyj się. Ludzi obudzisz.
- Byłam na imprezie. – dodała obojętnie.
Nie chciała by David przesłuchiwał ją jak zbiega.
- A to? – wskazał na jej ubranie.
- Przewróciłam się, bo było ciemno. Zdarza się. Co ty tu w ogóle robisz o tej porze?
- Kręcę się w koło jak idiota i czekam na ciebie. Mama też się martwi. Wiesz, co się tam dzieje? – wskazał na centrum w dole.
- A skąd mam niby wiedzieć? – wzruszyła ramionami.
Zignorował zaczepny ton.
- W porcie była strzelanina, policja zablokowała zachodnią część miasta.
- Co się stało?
Przyglądał się jej czujnie przez moment.
- Ukradziono coś cennego. Złodziejami byli czarnoskóry mężczyzna i kobieta.
- Aha. – Ellie przełknęła ślinę. – To pewnie niedługo ich znajdą.
- Raczej nie. – David był podejrzliwy. – Dziwna sprawa. Do systemu monitoringu wkradł się wirus. Nie ma żadnego nagrania.
- No to policja znowu nawaliła.
- Ellie…
- Chcę już iść do domu, dobra? Jest późno i…
- Zapytam po raz ostatni. Gdzie byłaś i co robiłaś?
Z wściekłości aż zaszumiało jej w głowie.
- Byłam w klubie, całowałam się z setką facetów, potem obaliłam butelkę wina
i jeździłam na Chocobo, pasuje?!
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął.
- Czy ty nie rozumiesz, że tam jest niebezpiecznie?! I przestań się zadawać z Marcusem. Twoja mama opowiadała mi o nim. Ten gówniarz powinien już dawno gnić w pudle! Zasługujesz na coś lepszego, Ellie…
- Serio?! A skąd ty niby możesz to wiedzieć? – wysyczała. – I zostaw w spokoju mojego kumpla! Nie jesteś moim ojcem!
Po tych słowach obróciła się na pięcie i zaczęła iść w stronę domu.
- Ellie, ja po prostu się martwię…
Nie wiedziała czy ta ostatnia uwaga tak ją rozjuszyła, czy może od początku planowała nagadać Davidowi. Nie chciała, żeby się o nią martwił. Nie chciała, żeby ktokolwiek się o nią martwił. Sama umiała o siebie zadbać.
- Nie jesteś moim ojcem! I nigdy nim nie będziesz!
Widziała, że Davida zamurowało aż pobladł. Z uśmiechem satysfakcji na ustach wznowiła marsz, ale z chwilą gdy stanęła na progu domu poczuła się jak ostatni śmieć.
* * *
Wieża była nie tylko najwyższym budynkiem Taelpar City, ale też najbardziej okazałym. Plotka głosiła, że do wykończenia użyto kilku ton złota, srebra oraz kryształu. Główne wejście ozdabiały flagi narodowe Solheim. Budynek liczył 130 pięter. Cesarz, Yonas Abelard Mass, urzędował na samej górze, a tuż nad jego gabinetami, na dachu, wznosił się maszt radiowy. To stąd przywódca wygłaszał przemowy transmitowane do najodleglejszych zakątków kraju. Piętro niżej urzędował Tobias Meyerheim, pierwszy doradca cesarza i członek Rady Imperialnej. Cesarz sprawował rządy autorytarne, ale Rada zrzeszająca przedstawicieli wszystkich ministerstw miała możliwość zawetowania niektórych decyzji. Niższe piętra były otwarte dla publiczności. Skupiały urzędy oraz ministerstwa podległe cesarzowi, gdzie codziennie ludzie przewijali się jak mrówki. Jedni przychodzili załatwiać sprawy, bardziej wpływowi forsować ustawy, a jeszcze inni chcieli po prostu pstryknąć selfie na tle flagi narodowej oraz portretu przywódcy. Jednak nawet ten kocioł masy ludzkiej, jakim bez wątpienia była Wieża, posiadał ukryte pokoje i zakamarki nieznane praktycznie nikomu poza garstką wtajemniczonych. Jednym z takich miejsc był gabinet położony pomiędzy 122 a 123 piętrem pod schodami pożarowymi. Drzwi ukryto za ścianą. Przejście otwierała karta z kodem magnetycznym, a czytnik siatkówki wpuszczał jedynie tych osobników, którzy figurowali w bazie danych. Po przesunięciu ściany następowało sprawdzanie linii papilarnych oraz grupy krwi. Dopiero wówczas sekretne drzwi stawały otworem ujawniając korytarz wyłożony materiałem pochłaniającym dźwięki. Sam gabinet, nie licząc braku okien, był zwyczajnym pokojem konferencyjnym. Wyposażono go w rzutnik, komputer, długi stół oraz dwadzieścia komfortowych, skórzanych foteli. Obecnie dwa fotele były zajęte. Siedzący na nich mężczyźni usadowili się naprzeciw siebie, oczekując czegoś w napięciu. Był środek nocy. Z pewnością nikt nie spodziewał się ujrzeć ich zwartych i gotowych na stanowiskach. Byli to pułkownik Dugg Aldercapt – minister obrony i pierwszy żołnierz Solheim oraz szef instytutu badawczo-rozwojowego znany po prostu jako Schneider. Ten ostatni był chuderlawym naukowcem o szczurzej twarzy i świdrujących, skośnych oczach, a Dugg Aldercapt prezentował dumnie swoją muskulaturę odzianą w upstrzony medalami mundur. Obaj byli w średnim wieku i obaj przysłużyli się imperium jak nikt wcześniej, ale dzieliło ich niemal wszystko. Do legendy przeszły ich walki o fundusze dla własnych ministerstw. Nikt, nawet cesarz, nie wiedział, że ci dwa od dawna pracowali razem. Mieli równie wielkie autorytety w Solheim, a teraz mieli też wspólny problem. Schneider zgasił światła pozostawiając gabinet w nikłej poświacie małej lampki nocnej, którą wcześniej postawił na stole. Dugg Aldercapt chrząknął znacząco.
- Z Castlemark płynął niepokojące wieści. Podobno nie potraficie tego kontrolować.
Schneider splótł dłonie na stole jakby zamierzał się modlić.
- Możesz mnie uspokoić i powiedzieć, że to nieprawda?
- Wieści, które słyszałeś są lekko przesadzone. – rzekł Schneider.
- Daruj mi ten enigmatyczny bełkot. Wiesz, że czas nagli.
- Nie jesteśmy w stanie tego kontrolować… jeszcze.
- A kiedy będziecie w stanie.
Schneider westchnął zniecierpliwiony.
- To nie takie proste. Mamy do czynienia z materią, która przypomina rozumny organizm.
- Rozumny organizm? Chcesz powiedzieć, że ma własną wolę?
- Tak daleko bym tego nie pociągnął, ale odnotowaliśmy kilka ruchów samozachowawczych.
- Co o tym wiemy?
- Na razie niewiele. Prawie nic.
Aldercapt westchnął ciężko drapiąc się po twarzy pokrytej dwudniowym zarostem.
- Może nie powinniśmy byli kopać tak głęboko…
- Dugg. – zaczął Schneider twardo. – Potrzebujesz energii. Wszyscy jej potrzebujemy. Potężnej nieskończonej energii. I znaleźliśmy ją.- rozłożył ręce. - Musimy tylko poświęcić więcej czasu na badania. A może chcesz się wycofać i zakopać szyb w Balouve?
- Nie. – Aldercapt przybrał stanowczy ton. – Stawka jest zbyt duża. Nowe magiteki i roboty stoją w magazynach gotowe do walki, czekają tylko na sygnał…
- I na baterię, która je zasili.
- Właśnie.
- Jesteś pewien swoich ludzi, Schneider?
- Co masz na myśli?
- Nie przyjąłeś ostatnio nikogo nowego?
- Oczywiście, że nie. Dopuszczam tylko ludzi, których jestem absolutnie pewien. Obawiasz się przecieku? Reakcji cesarza?
Aldercapt zaśmiał się gorzko.
- Cesarza? Mass nie potrafi iść do wychodka bez asysty Meyerheima.
Z przeciekiem poradziłbym sobie zanim cwaniak zdążyłby policzyć do dziesięciu… Nie, to Posłańców się obawiam.
Schneider westchnął ciężko.
- Widziałeś kiedyś jakiegoś?
- Nie, ale wiem że tu są. W mieście, na prowincji… Skurwiele wszędzie się kręcą.
- Zwykłe środki ostrożności wystarczą.
- Jesteś pewien? Chciałbym podzielać twój optymizm.
Schneider wstał i zaczął chodzić w koło.
- Przyspieszę testy w laboratorium jak się da, ale nie mogę ryzykować straty kolejnych pracowników. To zacznie przyciągać uwagę.
Dugg pokiwał głową.
- Wybacz, czasem zapominam pod jaką presją pracujesz.
- Jest coś jeszcze… - naukowiec przygryzł wargę. – Wiem, że w tym tygodniu masz audiencję u cesarza…
- Zgadza się.
- Potrzebuję dodatkowych funduszy. Wyposażenie laboratorium, które sprowadziłem z Gralei jest już częściowo zniszczone. Każda nieudana próba zwiększa wydatki. Od dwóch miesięcy Castlemark jest pod kreską, jak tak dale j pójdzie będą musieli przerwać pracę na kilka dni.
- Wykluczone! – burknął stanowczo Aldercapt. – Porozmawiam z Massem.
- Co mu powiesz?
- Coś wymyślę.
- A co powiesz Tobiasowi Meyerheimowi?
W oczach pułkownika błysnęły nienawistne iskry. Rozstali się po pół godzinie dyskusji, którą odbyli przyciszonymi głosami. Kiedy Dugg Aldercapt opuszczał sekretny gabinet na zegarze wybiła 2:30 w nocy. Wieża pozostawała uśpiona.
W głównym korytarzu wyminął strażników, którzy zasalutowali mu robiąc cogodzinny obchód. Lekko znużony nacisnął przycisk windy. Drzwi rozsunęły się, a kiedy znalazł się w środku maszyneria ruszyła. Do góry.
- Niech to szlag. – zaklął pod nosem.
Chciał jak najszybciej udać się do bazy wojskowej i skonsultować kilka spraw z zaufanymi ludźmi. Nie miał czasu na zabawy w windzie. Sygnał oznajmił koniec przejażdżki, gdy ekran wyświetlił 129 piętro. Za rozsuniętymi drzwiami zobaczył wysoką postać ubraną tak jak on w biały mundur Solheim.
- Pułkowniku. – rzekł głęboki, męski głos.
- Pan Meyerheim. – Aldercapt zrobił się prawie siny z wściekłości. – Jeszcze w pracy o tej porze?
- Wszyscy mamy swoje obowiązki. – odparł tamten szybko zajmując miejsce w windzie.
Dźwig ruszył ponownie. Tym razem w dół.
- Też na parter, pułkowniku? – zapytał Meyerheim uprzejmie, wciskając guzik.
- Tak, tak.
Dugg nienawidził tego człowieka. Tak jak nienawidzi się oślizgłego karalucha, którego ktoś wrzucił pod pierzynę. Tobias Meyerheim był zjawiskiem w rządzie Solheim. Pojawił się 10 lat temu nie wiadomo skąd, machając referencjami o jakich on, minister obrony, mógł tylko pomarzyć. Cesarz zapałał do niego sympatią, uznał za nad wyraz kompetentnego i tak zaczęła się droga Tobiasa Meyerheima na szczyt, a raczej skok na szczyt. W odróżnieniu od innych pracowników rządowych już na starcie został ważną figurą. Po kłopotach imperium z zamorską gildią handlową i paru błędnych decyzjach Massa, Meyerheim ocalił go od przymusowej abdykacji. Teraz cesarz spijał każde jego słowo jak miód. Aldercapt podejrzewał, że uwierzyłby nawet, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Dugg kątem oka dostrzegł, że współpasażer przerzuca jakieś papiery marszcząc przy tym swoje modelowe brwi. Żona Aldercapta uważała Meyerheima za pięknego mężczyznę. Podobnie jak większość kobiet pracujących w Wieży. Miał blond włosy zaczesane do tyłu, nieco kanciastą twarz o mocnej szczęce i długi szpiczasty nos. Z profilu przywodził na myśl drapieżnego ptaka. Sępa, dokładniej rzecz biorąc.
Meyerheim musiał dostrzec zainteresowanie, bo skierował na Dugga spojrzenie swoich chłodnych, niebieskich oczu.
- Coś nie tak, pułkowniku?
- Nie, nie… - zaśmiał się nerwowo.
- Jakieś problemy? – wskazał na dokumenty.
Meyerheim wystąpił krok na przód. Aldercapt zawsze był pod wrażeniem jego wzrostu. Facet miał chyba ze dwa metry.
- Proszę się nie martwić. Nic z czym Jego Wysokość by sobie nie poradził.
Winda zasygnalizowała, że dotarli na parter.
- No to mnie pan uspokoił! – roześmiał się fałszywie. – Dobranoc.
- Dobranoc, pułkowniku.
Dugg pospiesznie opuścił Wieżę. Dziękował niebiosom, że ten przeklęty budynek nie ma 300 pięter.
Ostatnio zmieniany: 2017/03/18 04:16 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/03/22 10:29 #11266 przez Em
Fajnie, że zdecydowałaś się zacząć znowu pisać. Jeszcze się nie rozkręciło, a już mi się bardzo podoba :) Klimat uchwycony tak jak trzeba, od razu widzę tę spieczoną ziemię, przyrdzewiałe samochody na parkingach i powietrze falujące w oddali. No i miło, że zechciałaś wyposażyć świat gry w miasta, czego SE chyba zapomniało zrobić :P Zastanawiam się tylko, o ile lat wcześniej ustawiona jest akcja fanfika w stosunku do wydarzeń z gry - chyba nie byłoby spoilerem, gdybyś to zdradziła?

Czekam na dalszy ciąg. Daj znać, ile planujesz rozdziałów :)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/03/22 13:51 #11268 przez Lacus Clyne
Dzięki za miłe słowa. :-) Cieszę się, że klimat jest w porządku. Dopisałam już, że akcja dzieje się na 2000 lat przed wydarzeniami z gry. To będzie w miarę wyjaśnione dlaczego mimo takiej różnicy czasowej mają w sumie identyczną/lepszą technologię. Myślę, że będzie kilkanaście rozdziałów. Planuję wklejać rozdział co tydzień, jeśli będę mieć czas. W tym tygodniu raczej nie będzie problemów z rozdziałem drugim.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/03/24 12:16 - 2017/03/24 12:41 #11274 przez Lacus Clyne
Rozdział 2. W pogoni za Chocobo

- Widzę tego kolesia tak jak teraz ciebie. Stoi przy barze i posyła mi dwuznaczne spojrzenia. Bardzo przystojny.
- I co potem? – Ellie stłumiła ziewnięcie.
- Biorę sprawy w swoje ręce oczywiście. – kontynuowała Suzie przejęta do żywego. – Podchodzę i pytam czy chce ze mną zatańczyć. On na to, że tak i pyta o mój numer telefonu. Ma takie boskie oczy… Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Drgnęła raptownie.
- Że jak? Mówiłaś coś?
Był wieczór i okupowały kuchnię w domu Ellie sącząc sok pomarańczowy z kartonu. Nieco dalej Helen krzątała się przy zmywaku. Suzie dźgnęła ją palcem.
- To jak? Idziesz dziś do Tapioki?
- Nie! Po co miałabym tam iść? Odbiło ci? Nie mam czasu… - burknęła nieco głośniej niż zamierzała.
- Ellie bardzo chce iść. Dlatego jest taka agresywna. – wyjaśniła Helen odwracając się od zlewu. Jedną ręką chwyciła piramidę czystych talerzy i włożyła do górnej szafki. Davida nie było. Kazali mu zostać na nocnej zmianie.
- Wydaje mi się, że powinnaś iść. – zauważyła delikatnie Suzie. – Marcus będzie rozczarowany.
- To jest akurat mały problem.
- Marcus cię lubi. – naciskała chytrze.
Helen zachichotała.
- Jak byłam w waszym wieku też przyciągałam „złych chłopców”. Nie mam pojęcia dlaczego.
- Marcus nie jest złym chłopcem. – skwitowała trzeźwo Ellie. – Przynajmniej w porównaniu do ludzi, z którymi się zadaje.
- Cały czas liczę, że wyrośnie z tego „biznesu” i poszuka sobie normalnego zajęcia. – westchnęła Helen. – To fajny facet, tylko zagubiony.
Ellie zerknęła na nią podejrzliwie.
- Mamo, o czym my w ogóle rozmawiamy?
- O tym czy idziesz czy nie. – wtrąciła Suzie.
- Nie chce mi się.
- To może być jedyny raz kiedy ktoś cię zaprosił do Tapioki. Wejściówki są limitowane. Zwykli śmiertelnicy muszą poruszyć niebo i ziemię, żeby je dostać. Przynajmniej opowiesz mi jak jest w środku.
Ellie dopiła sok i odstawiła karton.
- Dzięki za radę, ale tym razem mnie nie przekonasz.
Suzie przewróciła oczami, po czym wstała zbierając się do wyjścia.
- Cóż, do zobaczenia jutro na uczelni.
- Trzymaj się.
Ellie zamknęła za nią drzwi. Natychmiast wyczuła, że Helen stoi z założonymi rękami. Odwróciła się.
- Żyj. Póki jesteś młoda. – oświadczyła bezceremonialnie.
- Żyję. Jak widzisz oddycham i czuję się świetnie.
- Wiem, że chcesz dzisiaj wyjść. Nie zaprzeczaj. – uniosła rękę. – Jestem twoją matką. Wiem kiedy ściemniasz.
- Nie byłaś czasem przerażona, że wczoraj wróciłam tak późno?
- Byłam niespokojna przez zadymę na mieście. David też. Dlatego powiedział to co powiedział.
Ellie przestąpiła z nogi na nogę.
- Jasne że się martwię, ale takie jest życie. Kiedyś w ogóle wyprowadzisz się z domu, a ja będę próbowała nie zwariować.
Położyła Ellie dłoń na ramieniu.
- Zrób tak jak chcesz, a nie tak jak będzie najlepiej.
Po tych słowach wróciła do kuchni i poczęła zawzięcie szatkować jarzyny.
* * *
Tapioka była stylowym i niebezpiecznym miejscem. Wyczuwało się to wszędzie. W postaciach barczystych bramkarzy odzianych w cekinowe garnitury, wystroju zewnętrznym imitującym czarny kryształ oraz rozgorączkowanych, czujnych spojrzeniach gości. Każdy przychodził tu by szukać ofiar na ten jeden wieczór lub by taką ofiarą się stać. Toksyczna atmosfera wisiała w powietrzu nawet przy wejściu, gdzie Ellie pokazywała bramkarzowi elektroniczną wejściówkę na swoim telefonie. Facet zeskanował kod, po czym ocenił jej osobę mało subtelnym wzrokiem. Nosiła czarne wysokie szpilki, czarną torebkę oraz czarną sukienkę bez rękawów, a rozprostowane rude włosy sięgały jej niemal do pasa. Szary cień na powiekach dodawał jej spojrzeniu rezerwy
i tajemniczości. Ellie może nie była stałym bywalcem nocnych klubów, ale wiedziała jak się ubrać by pozytywnie przejść selekcję.
- Witam. Życzę udanego wieczoru. – bramkarz odsunął się i pozwolił jej przejść.
Do serca klubu prowadziły kręte, strome schody. Chwilami musiała trzymać się balustrady by nie upaść.
W fioletowym pulsującym świetle dostrzegała nieprzytomne, rozedrgane oczy, całujące się pary i zataczające ciała usiłujące wydostać się na zewnątrz. To miejsce było złe do szpiku kości i dlatego przyciągało takie tłumy. Przełknęła ślinę. Na samym dole czekał na nią Marcus. I prawdopodobnie Aiden. Kiedy dotarła wreszcie do głównej sali oszołomiła ją ilość świateł i dźwięków. Z głośników umocowanych pod sceną leciała pulsująca muzyka. Tłum tańczył w jej rytm. Ogromny bar okupowały rzesze ludzi przeciskających się jeden obok drugiego z drinkami, deserami
i przekąskami. Niemal każdy palił, dym tworzył siwe wzory. Ellie stała przez moment w kącie namierzając strategiczne punkty gdzie mogłaby rozpocząć poszukiwania Marcusa. Co chwilę obok niej przemykały spocone ciała, ludzie próbowali przekrzyczeć muzykę. Nagle telefon zawibrował. Dostała wiadomość: „Jesteś już? Tyły baru. Pospiesz się.” Ruszyła we wskazanym kierunku i nim się zdążyła zorientować zawędrowała do strefy VIP, gdzie stężenie ciał na metr kwadratowy było o połowę mniejsze. Goście siedzieli w małych grupkach, a pracownicy klubu roznosili drinki. Na jednej z pluszowych kanap rozłożył się Marcus. Obok niego siedziały dwie dziewczyny odziane bardzo skąpo i o niesamowicie długich nogach.
- I co na to powiesz, siostro? – mrugnął w stronę Ellie. – Czy to nie przypomina raju na ziemi?
- Nie. – stwierdziła. – Raczej spelunę dla bogaczy.
Marcus roześmiał się obejmując swoje towarzyszki.
- Poznajcie Ellie, moją siostrę. – zwrócił się do nich. – Ellie, to jest Lynn, a to jest… w mordę, zapomniałem.
Ellie podała rękę obu dziewczynom, a jedna zapytała całkiem serio:
- Ale wy nie jesteście naprawdę spokrewnieni?
- Nie. – przyznała Ellie życzliwie.
Tego się właśnie spodziewała po Tapioce. Pustaków w żeńskich skórach czekających co wieczór aż znajdzie się facet gotowy postawić im darmowe drinki.
- Przelałem ci szmal dzisiaj rano. Spłynął? – zapytał Marcus tajemniczo.
- Spłynął.
Dwa tysiące spoczywały bezpiecznie na jej kącie. Kumpel okazał się hojny.
- No, to teraz używaj. Zabaw się. Zasłużyłaś.
Oprócz Marcusa przy tym samym stole siedziała też grupa czterech nieznajomych facetów. Każdemu towarzyszyła mniej lub bardziej piękna dziewczyna. Przedstawili się uprzejmie jako znajomi Aidena. Ellie patrzyła na nich trochę jak na inny gatunek. Czuła fascynację, ale jednocześnie ulgę, że za parę godzin wróci do swojego nudnego świata.
- Właśnie, a gdzie gwiazda wieczoru? – zapytała Ellie sadowiąc się na wolnym miejscu.
- Aiden? Był tu przed chwilą, ale zniknął. – poinformował jeden z kolesi. Palił coś co zdecydowanie nie wyglądało jak papieros.
- Kiedy przychodzi zawsze masa ludzi przypieprza się do niego o pierdoły. – strącił popiół na podłogę. – W sumie nic dziwnego. W końcu to jego klub.
Ellie miała właśnie zamiar wypić łyk drinka, który podał jej kelner, ale zatrzymała się w połowie drogi:
- Jego? Jego klub?
Zerknęła na Marcusa, który usiłował wyłowić kawałek ananasa z wódki.
- Aiden jest właścicielem Tapioki? – syknęła przysuwając się do niego.
- Na to wygląda. – Marcus zachichotał widząc skupienie na jej twarzy.
- Jesteś pewien, że to nie on jest tajemniczym klientem, przed którym srałeś po gaciach?
- O co ci chodzi? – zniecierpliwił się lekko.
- Rozejrzyj się. To jego lokal.? Serio? Ile to wszystko kosztowało?
- Ellie detektyw. – parsknął. – Wyluzuj. W tym biznesie każdy kto się dorobi inwestuje. Na przykład w popularny nocny klub. – powiódł ręką wokół.
- Ci ludzie zostawią tu dziś tysiące. Gil do gila i w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że jesteś na podobnej pozycji co twój szef. Wtedy możesz się wzbić. Tak jak Aiden.
- Upiłeś się. – Ellie oceniła jego zaczerwienione oczy. – Wiedziałeś wcześniej, że Tapioka należy do niego?
- Nie. – rozłożył ręce. – Ale to bez znaczenia.
Wzrok Ellie wyrażał politowanie.
- A co jeśli twój zleceniodawca i Aiden to jedna osoba? Myślałeś o tym? Może wcale nie spodobało mu się, że rzuciłeś robotę…
- Tak, Ellie. Dlatego planuje mnie upić, a potem zgwałcić. Brawo. Rozgryzłaś faceta.
- Nie rozmawiam z tobą.
Wkurzona wlała w siebie drinka jednym haustem. Alkohol był cierpki, ale przebijał lekki aromat cytrusów. Smakowało jej dlatego nie protestowała, gdy kelner podchodził by dolać do kieliszka. Po czterech drinkach postanowiła, że musi się przejść. Przy stole rozmowa się nie kleiła, a Marcus był zajęty swoimi towarzyszkami. Aiden się nie pojawiał. Ruszyła w stronę parkietu, gdy nagle zobaczyła neon na drzwiach do damskiej toalety. To był dobry moment by zażyć kilku chwil prywatności. Drinki, które w siebie wlała powoli dawały o sobie znać miękkością nóg
i lekkością głowy. Temperatura wewnątrz klubu zdawała się rosnąć z każdą minutą. Odczuła pilną potrzebę zroszenia twarzy zimną wodą. Obok toalety kręciło się kilka dziewczyn, niektóre miały przy sobie maleńkie torebki
z białym proszkiem. Podniecone gniotły je w dłoniach. Tapioka miała pewną reputację jeśli chodzi o dostępność narkotyków. Helen nie wiedziała o tym i tylko dlatego pewnie nie miała nic przeciwko Ellie spędzającej tu wieczór.
Z drugiej strony nikt nie wpychał dragów na siłę, a ćpuny mogły znaleźć używki w wielu zakątkach Taelpar City. Cena za postęp cywilizacyjny jak mawiali niektórzy. Toaleta była czysta i jasno oświetlona. Ellie szybko przemyła twarz i poprawiła makijaż., ignorując dziwne odgłosy dochodzące z kabin. Kiedy wychodziła ktoś potrącił ją nieumyślnie i komórka wylądowała na ziemi obok butów jakiegoś faceta. Rzuciła się szybko by odzyskać telefon,
a kiedy spojrzała do góry zobaczyła chyba największego człowieka jaki chodził po tym świecie. Miał wielkie, muskularne ciało, które zakrywała koszula i marynarka. Dużą kwadratową głowę przysłaniał kapelusz z rondem. Jego czarne jak węgiel, błyszczące oczy patrzyły teraz na Ellie z lekkim zakłopotaniem.
- Przepraszam, mój telefon… - uniosła się najszybciej jak potrafiła. To mógł być jakiś ochroniarz albo bokser. Nie miała wątpliwości, że jeden cios tego faceta zmuszał cały oddział do kapitulacji.
- Przepraszam. – powtórzyła.
Skinął niemrawo głową, jakby nie był w stanie nic powiedzieć. Odwrócił się szybko na pięcie i oddalił kołysząc wielkim cielskiem jak wieloryb. Ellie zerkała za nim chwilę zafascynowana tym dziwnym zjawiskiem, a kiedy sama obróciła się w stronę baru zobaczyła Aidena. Siedział przy ladzie rozparty jak król i machał do niej. Jakaś zmiana zaszła w jego wyglądzie. Postawione na żelu ciemne, krótkie włosy dziwnie kontrastowały z jasnymi oczami. Rzadko spotykane zestawienie kolorów. Wczoraj w nocy wydawał się jej rówieśnikiem. Teraz w nieco lepszym świetle zrozumiała, że równie dobrze mógł dobiegać trzydziestki. Odsłonił białe zęby w pokazowym uśmiechu.
- Ellie. – wymówił jej imię jakby sam próbował je zapamiętać. – I jak znajdujesz nowe otoczenie?
- Skąd wiesz, że nowe?
- Marcus powiedział mi to i owo.
- Aha.
- Jest dzisiaj dość rozmowny.
- Na pewno. – Ellie zrobiła skwaszoną minę. Przysunęła się do baru bębniąc palcami o kryształowy blat. Aiden gestem przywołał barmana.
- Co pijesz?
- Chyba już dość dziś wypiłam. – przyznała.
- Nie żartuj. Noc się dopiero zaczęła.
Posłał barmanowi znaczące spojrzenie , a ten natychmiast zaczął przygotowywać drinki. Ellie zerknęła za Marcusem, ale ten wciąż był zajętymi nowymi przyjaciółkami.
- Uczysz się jeszcze, prawda? – zapytał Aiden jakby mimochodem.
- Tak, to prawda.
- W Castlemark?
- Nie da się ukryć.
Uśmiechnął się kiedy barman postawił przed nimi kieliszki. To musiał być bardziej wyszukany napitek. Miał trzy warstwy białą, czerwoną i zieloną. Pływały w nim kawałki pomarańczy oraz kilka kostek lodu. Ellie poczuła, że wokół znowu robi się gorąco jak w piecu i zapałała przemożną chęcią wypicia wszystkiego jednym haustem. Kątem oka dostrzegła, że Aiden wyciąga lód ze swojego kieliszka. Bach, bach. Kostki lądowały w pobliskim koszu na śmieci. Musiał zauważyć jej zdumione spojrzenie.
- Mam słabe gardło. – wyjaśnił z rozbrajającą prostotą.
- Aha.
- Za dzisiejszy wieczór.
Wznieśli toast. Alkohol był bardzo mocny. Działał jak uderzenie cepa. Odczekała chwilę aż minie zawrót głowy.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, nic mi nie jest.
Jesteś pewna? – przyglądał się jej nie tyle z autentyczną troską co z zaciekawieniem naukowca krojącego żabę.
- Ten drink jest trochę za mocny.
- Faktycznie. Do słabych nie należy.
- Dlaczego zaprosiłeś Marcusa do Tapioki?
- Słucham? – był zdumiony pytaniem.
- Dlaczego go zaprosiłeś? I w dodatku jako VIP?
- Hmm… niech pomyślę. – przygryzł wargę. – Marcus chce odejść…
- Odszedł. Marcus odszedł. Wczoraj to powiedział.
Cień irytacji przemknął przez twarz Aidena, ale bardzo szybko zniknął.
- Tak. Odszedł, ale przez dwa lata pracowaliśmy razem. To zasługuje chyba na coś więcej, niż kopniak na drogę. Nie sądzisz?
- Dwa lata?
- Mhm.
Ellie była pod wrażeniem. Marcus rzadko kiedy wiązał się z jednym klientem na tak długo.
- Dzisiaj naprawdę są twoje urodziny?
- Aha.
- W takim razie… - stuknęła jego kieliszek. – Wszystkiego najlepszego.
Uśmiechnął się szeroko.
- Marcus przestał ze mną pracować, ale to nie znaczy, że musimy zerwać kontakt.
- No tak.
- Liczę, że damy radę się spotkać od czasu do czasu.
- W twoim klubie? – zatoczyła wkoło ręką.
- Nie do końca moim, ale… możemy tak powiedzieć.
- Hmm, pewnie „dożywotnio wypożyczonym”?
- Trafiłaś w sedno. – pociągnął łyk drinka mrugając do niej porozumiewawczo.
- I jak idzie asymilacja z Ellie? – Marcus wyrósł za nimi z własnym kieliszkiem.
- Opornie. – przyznał Aiden.
- A nie mówiłem?
- Jak zwykle pewnie mówiłeś za dużo. – prychnęła Ellie.
- Ellie to specyficzny człowiek. Zazwyczaj lubi to, czego inni nie znoszą.
Przewróciła oczami.
- Zapamiętam. – odparł Aiden, ale coś daleko poza Marcusem przykuło jego uwagę. Ellie podążyła za jego spojrzeniem i po chwili wyłowiła z tłumu kobietę i mężczyznę. Kłócili się, a potyczka słowna zmierzała w niebezpiecznym kierunku. Dziewczyna histeryzowała, a facet był ewidentnie pijany ze świerzbiącymi łapami. Kilkoro gości próbowało uspokoić walczącą parę, ale ich rady ginęły w jazgocie muzyki.
- Ty świnio! – Ellie usłyszała wrzask kobiety. – Ty przeklęta, podła świnio!
Facet wymierzył jej policzek, aż zatoczyła się na ścianę. Sam poleciał do tyłu prosto na bar, uderzając w jednego
z klientów. Piwo wylało się na podłogę.
- Chyba trzeba tam iść… - bąknął Marcus.
- Czekaj. – chłodny ton Aidena usadził go w miejscu. Wpatrywał się teraz w inny punkt. W masywne plecy klienta, na którego wpadł pijaczyna. Ellie rozpoznała mięśniaka spod toalety.
- Wow, to on!- wyrwało jej się, a Aiden zerknął na nią zagadkowo.
Wielkolud wstał i popatrzył na faceta. Leżał na ziemi bełkocząc coś bez sensu. Jego partnerka płakała w kącie, ktoś podał jej lód na opuchniętą twarz.
- Co do kur…! - wychrypiał widząc pochylającą się nad nim górę mięsa.
Gigant poprawił kapelusz zasłaniający łysą czaszkę. Nim ktokolwiek zdążył zareagować pijak poszybował do góry
i z impetem trafił w szybę baru. Poleciało szkło z butelek, a alkohol strumieniami zalewał podłogę. Dryblas nawet nie sapnął. Podniósł szklankę po swoim piwie, postawił na ladzie i odszedł w stronę wyjścia. Ochroniarze czekali aż Aiden wyda rozkaz pacyfikacji olbrzyma. Ten jednak stanowczo pokręcił głową i milczał dopóki mięśniak nie opuścił Tapioki.
- Co to, do cholery, było? – stęknął Marcus.
- Stary ból głowy.
- Ból głowy? Raczej wrzód na dupie.
Aiden uśmiechnął się cierpko.
- Przychodzi tu od czasu do czasu. Jest wielki jak góra więc nikt mu nie wchodzi w drogę. Zwykle jest spokojny.
- Przypomnij mi, żebym zrobił mu zdjęcie i zakazał wstępu kiedy sam założę lokal.
- To nie takie proste. – westchnął Aiden.
Pijany facet okazał się tylko lekko poturbowany. Ponieważ cała sprawa cuchnęła na jego niekorzyść, nie robił żadnych problemów kiedy ochroniarze wyprowadzili go z Tapioki i wsadzili prosto do taksówki. Reszta wieczoru upływała spokojnie. Obsługa szybko uporała się z bałaganem. Olbrzym nie zjawił się ponownie w klubie, ale Aiden pozostał w wisielczym nastroju. Pił w skupieniu drinka za drinkiem i odmówił nawet, gdy ktoś ze strefy VIP zaprosił go do wspólnej partii pokera. Ellie i Marcus gadali przez chwilę, a kiedy wyczerpali wszystkie tematy skupili się na oglądaniu dużego TV zawieszonego nad barem. Leciały tam wszelkiego rodzaju ogłoszenia, informacje o zniżkach w centrach handlowych i halach sportowych. Jedno z ogłoszeń zaciekawiło Elli.
- Jesteś fanem Chocobo? – przeczytała wytężając wzrok. – Przyjdź do Jack’s Chocobo Post w ten weekend. Specjalne zniżki na wynajem Chocobo 24 h. Karmienie Chocobo, selfie z Chocobo, wyścigi Chocobo… Wszystko
i jeszcze więcej! Czekamy na Ciebie, KWEH! – parsknęła śmiechem.
- I pomyśleć, że chciałam kiedyś hodować Chocobo.
- Ellie, Choco-dżokej. – mruknął Marcus.
- Lubisz Chocobo? – Aiden niespodziewanie włączył się do dyskusji.
- No… w sumie to tak.
Myślał nad czymś intensywnie.
- Chociaż marny ze mnie jeździec.
- W takim razie chodźmy na farmę w ten weekend. – zaproponował świadomie ignorując jej ostatnią uwagę.
- Ja wchodzę! – Marcus uniósł rękę. – Mam dość tego śmierdzącego miasta.
Ellie odczuła pewne zakłopotanie, ale wyraz twarzy Aidena jasno mówił, że odmowa będzie nierozsądna.
- Nie wiem czy będę mieć czas…
- Ellie, zlituj się! – Marcus wzniósł oczy do góry. – Uwielbiasz Chocobo i nigdy nie byłaś na farmie! Jaki masz problem?
Ellie popatrzyła centralnie na Aidena. Wytrzymał jej spojrzenie. To ten facet był problemem. W pewnym sensie. Albo ona sama.
- No, dobra. Weekend w Chocobo Post. – dopiła to co zostało na dnie jej kieliszka.
Aiden chciał zawołać barmana by jej dolał, ale powstrzymała go ruchem ręki.
- Warunek jest jeden. Dotrę tam sama. Spotkamy się na miejscu.
* * *
Tego samego wieczoru w Wieży na 130 piętrze bardzo długo paliły się światła. Cesarz Yonas Abelard Mass, 50-letni mężczyzna średniego wzrostu, spacerował wokół mahoniowego biurka raz po raz pocierając obie dłonie w zdenerwowaniu. Nie był sam. Na obszernym, skórzanym fotelu, tuż pod portretem poprzedniego cesarza – ojca Massa, siedział Tobias Meyerheim. Założył nogę na nogę i w chłodnym milczeniu obserwował władcę. Tym razem nie miał na sobie munduru, tylko jasne spodnie, marynarkę i bawełnianą koszulę niedopiętą na ostatni guzik. Jasne włosy opadały mu niedbale na czoło. Niejeden zdziwiłby się widząc Meyerheima w tak nieoficjalnym stroju. Yonas przystanął i popatrzył na swego doradcę.
- Wszystko wymyka się z rąk… Czuję to. – rzekł lekko drżącym głosem. Meyerheim westchnął.
- Nie ma powodów do paniki. Podejrzewa pan kogoś konkretnego, Wasza Wysokość?
- Nie, nie… Ja tylko… Oni wszyscy coś ukrywają.
Tobias poruszył się niecierpliwie. Od pewnego czasu cesarz zaczynał przejawiać oznaki depresji i manii prześladowczej. Nie martwiło go to specjalnie, ale było irytujące.
- Ja bym się raczej martwił o ministra obrony i szefa instytut badawczego.
- Tak?
- Ostatnio zadziwiająco dobrze się dogadują.
- Schneider i Aldercapt się nie cierpią. – Mass oprzytomniał na chwilę.
- Jest pan pewien, Wasza Wysokość? – powiedziawszy to rzucił na biurko kilka fotografii. Cesarz zerknął niepewnie.
- Co to jest?
- Nic konkretnego. Pragnę jedynie ponownie podkreślić, że pułkownik Aldercapt i dr Schneider spędzają ostatnio sporo czasu razem. Głównie w Castlemark i w bazie wojskowej koło Vesperpool.
- Aldercapt zostawił mi dzisiaj rano pismo. Informuje, że na przyszłotygodniowej audiencji chce prosić o dodatkową dotację dla laboratorium.
- Podał powód?
- Testy nowych MT.
- Interesujące.
- Nie dam mu tej dotacji! – Yonas niespodziewanie uderzył pięściami w blat. – Za kogo on się ma?!
Tobias uśmiechnął się pobłażliwie, ale jego niebieskie oczy nadal wyrażały chłód.
- Ludzie są niezadowoleni. – kontynuował cesarz bez związku. – Niezależne pismaki tylko czekają na ochłap. Tak jak dorwali się do sprawy Balouve… Wypadek w kopalni! Przecież to normalne, nie? W kopalniach zawsze są wypadki…
- Zawiódł przepływ informacji. Obywatele wiedzą niewiele o Balouve. – Meyerheim rozłożył bezradnie ręce. – Niebezpieczna kopalnia, głębokie wykopy, fiasko, a na koniec zamknięcie interesu. Nie brzmi to za dobrze.
Cesarz prychnął jak kocur.
- Brzmiałoby lepiej, gdyby Wasza Wysokość zlecił wtedy mnie kontakty z prasą, a nie pułkownikowi Aldercaptowi.
- To ministerstwo obrony nadzorowało szyb…
- Pułkownik to żołnierz. Brakuje mu wyczucia do kontaktów z brukowacami.
- A pozamykam im te wszystkie gazety! Mogę to zrobić w każdej chwili…
- Na pewno, ale to doleje oliwy do ognia.
Cesarz opadł na krzesło, a Tobias kontynuował.
- Wróćmy do problemów bieżących. Ludzie są niezadowoleni, bo stracili pracę w fabrykach MT. Sam podpisał pan ustawę by na taśmach produkcyjnych ludzi zastąpiły maszyny, Wasza Wysokość.
- Tak, ale..
- Błędem było nienapisanie projektu o darmowym przekwalifikowaniu personelu.
- Tak?
- Ludzie muszą czuć, że w kraju jest stabilizacja.
Mass popatrzył na niego jak na objawienie.
- Stabilizacja? Projekt? Dobra, napisz mi na jutro ten projekt, a ja go zatwierdzę i… obwieszczę w TV. Narodowy program walki z bezrobociem, niezłe co?
- Wyborne. – Tobias przymknął oczy znudzony. - A teraz powinniśmy ustalić co zrobić z pułkownikiem i jego dotacją.
- Nic. Niech prosi ile wlezie. Castlemark wyssało tegoroczny budżet i to ich problem. Z czego oni robią te Magiteki? Ze złota?
Meyerheim wstał rozprostowując swoje niezwykle długie ciało. Cesarz w pozycji stojącej mógł sięgać mu najwyżej do łokcia.
- Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, ale powinien pan przychylić się prośby pułkownika Aldercapta.
- Słucham? Nie ma mowy!
Nie spiesząc się Tobias podszedł do biurka i stanął za cesarzem.
- Chcemy wiedzieć co pułkownik i doktor planują. Jeśli teraz zakręci pan kurek niczego się nie dowiemy.
- Ale…
Obie dłonie Meyerheima dotknęły skroni cesarza. Władca znieruchomiał, a potem jego oczy zaszły mgłą. Oddech stał się ledwie słyszalny. Nagle w gabinecie zapanowała dziwna atmosfera, zegar stanął na sekundę podobnie jak kurz fruwający w powietrzu, a para pokryła szyby.
- Podpiszemy żądanie Dugga Aldercapta.
- Tak. – powtórzył cesarz nieswoim głosem. – Tak. Podpiszemy.
Wolno wziął pieczęć cesarską i odbił na piśmie od ministra obrony. Potem postawił parafkę. Meyerheim szybko pochwycił pismo, a kiedy Yonas odzyskał przytomność, stał zamyślony przy oknie. Wybiła północ kiedy pierwszy doradca cesarza opuszczał jego gabinet. Spokojne, majestatyczne kroki odbijały się echem w pustym korytarzu. Był już prawie przy windzie, gdy dostrzegł drobną postać czekającą w mroku.
- Przybyłaś szybciej, niż sądziłem.
Kobieta miała długie, czarne włosy związane w koński ogon. Była szczupła, ubrana w dżinsy i purpurowy sweter. Bladą twarz skrywał cień.
- Rzadko kiedy daję na siebie czekać. – miała dźwięczny głos. – Czy coś się stało?
- Jeszcze nie, ale przewiduję pewne komplikacje. Wolałbym, żebyś została chwilowo w Taelpar City.
- Musisz mi powiedzieć o co chodzi.
- O to co zwykle. – uśmiechnął się smutno. – Jedni traktują swoje obowiązki poważnie, a inni się bawią.
- Rozumiem…
- Później podam ci więcej szczegółów, ale musisz wiedzieć, że moja interwencja w porcie na niewiele się zdała. Przegrałem tą rundę.
- Tradycyjne metody zawiodły. – pokiwała głową.
- Chodź. – otworzył drzwi windy. – Pogadamy gdzieś jak normalni ludzie.
Zaśmiała się perliście. Światło odsłoniło jej pociągłą twarz o bladej jak papier skórze oraz duże piwne oczy. Kiedy jej mała dłoń dotknęła framugi drzwi został na nich szron.
* * *
Winda zjeżdżała w dół powoli i jakby pokonując niewidzialny opór. Zawiasy skrzypiały upiornie, a Dugg Aldercapt odniósł przemożne wrażenie, że oto znalazł się w nawiedzonym miejscu. Na samym dole czekał Schneider, który przywitał go próbując zachować pozory, ale Dugg wyczuł że naukowiec jest podekscytowany. To wróżyło dobrze
i źle. Nagły telefon, ledwie 24 godziny po ich ostatnim spotkaniu, mógł oznaczać tylko jedno. Zrobili przełom
w sprawie tajemniczej materii. Zatkało go, kiedy pracownik Castlemark kazał mu założyć kombinezon ochronny
i maskę tlenową. Nigdy wcześniej go to nie spotkało.
- Wolne żarty!- zakpił Dugg, ale Schneider był śmiertelnie poważny.
- Jesteśmy w strefie skażenia czy jak?
- Można tak powiedzieć. Ostrożności nigdy za wiele.
Bruzda przecięła czoło Aldercapta, ale nie protestował już więcej. Przebrał się bez mrugnięcia.
- Prowadź. – mruknął jednocześnie próbując sprawdzić na ile może się swobodnie poruszać.
- Pamiętaj, że przy wyjściu czeka nas prysznic odkażający. – zauważył Schneider.
Skinął na pracownika i całą trójką, ubrani jak specjaliści od broni biologicznej, ruszyli na przód. Główne laboratorium znajdowało się za potrójnymi drzwiami bezpieczeństwa, których kod zmieniał się automatycznie co 12 godzin.
- Dobrze wiedzieć, że podnieśliście próg zabezpieczeń. – zauważył Dugg.
- Cenne rzeczy należy ochraniać.
Pracownik laboratorium wstukał kod i weszli do pomieszczenia, które wyglądało jak okrągła komora. Wbudowane
w ścianę komputery na bieżąco wykonywały obliczenia, a skomplikowana aparatura podgrzewała jakieś tajemnicze zawiesiny. Schneider podszedł do ściany, która okazała się gigantyczną chłodnią i wysunął jedną z szuflad. Buchnęła para. Odczekali chwilę, po czym Schneider kazał mu podejść. W szufladzie leżał szczur, a raczej coś co nim kiedyś było. Poskręcane, czarne ciało wydawało się dziwnie nieproporcjonalne. Z wielkiej głowy sterczały wyłupiaste, gadzie oczy oraz bardzo długie kły. Łapy zwierzęcia przypominały szpony ptaka.
- Cholera, Schneider. Nie mam czasu na żarty. – bąknął.
- To otrzymaliśmy infekując zwierzęta naszym znaleziskiem.
- Infekując? Zwierzęta? – oniemiał.
- Tak. Popatrz. Jest ich więcej.
W następnej szufladzie leżał pies. Był w podobnym stanie jak szczur. Bardziej przypominał pokraczną bestię niż znajome zwierzę domowe. Dugg zaczął pocić się pod kombinezonem.
- Oświeć mnie trochę, bo niewiele rozumiem. Poza tym, że wyhodowaliście dziwolągi.
- Przy kontakcie z tą materią zwierzęta transformują. – wyjaśnił łaskawie Schneider. – Stają się silniejsze, szybsze i… niestety bardziej agresywne. Jak widzisz musieliśmy je wszystkie zamrozić.
- No, pięknie.
- Materia oddziałuje na mózg. Podkręca jego pracę, ale uprymitywnia postrzeganie. Po zainfekowaniu mózgu ciało zmienia się fizycznie. Szczurowi zeszło 20 godzin nim transformował. Psu 12 godzin. Sądzimy, że w przypadku człowieka wystarczyłoby 3 do 5 godzin.
- Kurwa. – Dugg sam nie wiedział co powiedzieć.
- Dlatego ważna jest ścisła kontrola. Zasilimy tym magiteki, a potem zniszczymy laboratoria. Dla ułatwienia nazwaliśmy materią Wirusem X. Pasuje, prawda?
Aldercapt analizował sytuację.
- Co jeszcze wiesz?
- Pochłania światło.
- Jak to?
- Światło jest jak pożywienie. Im więcej go pochłonie, tym staje się silniejsza.
- Jak…czarna dziura?
- Nie. Raczej jak pasożyt, który żeruje na świetle. Jednak ta zdolność do niczego nam się nie przyda.
- Oby nie okazała się miną, na którą wdepniemy… Schneider, to przybrało zły obrót.
- Niekoniecznie.
- Pomyśleć, że takie coś siedziało pod ziemią w Balouve.
- Różne rzeczy siedzą pod ziemią, Dugg. Zdziwiłbyś się.
Aldercapt jeszcze raz zerknął na demoniczne, martwe zwierzęta. Coś tu było nie w porządku. Chciał dobrze dla swojego kraju, ale czy za taką cenę?
- Zapomniałem powiedzieć. Nazwaliśmy je „demonami”.
- Co?
- Zwierzęta. Wyglądają jak demony.
- Zabawne. Właśnie tak pomyślałem.
Obaj zaśmiali się nieco histerycznie, ale Dugg natychmiast spoważniał.
- Przerywam projekt. Definitywnie.
- Słucham?! – Schneider sądził, że się przesłyszał. – Znowu ta stara śpiewka?!
- To nie śpiewka! Rozejrzyj się, Schneider! – krzyknął. – To coś, ta materia, wirus… cokolwiek to jest tworzy potwory! Potwory Schneider!
Naukowiec aż sapnął z wściekłości.
- Potwory?! Czy mam ci przypomnieć, gdzie siedzą prawdziwe potwory?!
Aldercapt odwrócił się szybko, jakby Schneider poruszył bardzo czułą strunę.
- Przypomnę ci, Dugg! Są tam na powierzchni! Jest ich sześć!
- Nie musisz mi o tym mówić. Ja to wszystko wiem.
- Wiesz?! Bo ja mam wrażenie, że zapominasz o tym jak tylko wyskakują trudności!
- Wiem, do cholery! To nie jest takie proste!
- To jest bardzo proste, Dugg! Do teraz nie istnieje technologia, która równałaby się z mocą Sześciu. Jak chcesz
z nimi walczyć? Jak chcesz ich zabić?
- Możemy znaleźć inny sposób. W najgorszym razie nasza regularna armia stanie do walki…
Schneider wybuchnął okrutnym śmiechem.
- Armia! A czy ta armia umie walczyć z wichurą, z mrozem albo z ogniem?! Posłuchaj siebie! Bredzisz!
Aldercapt walnął pięścią w ścianę.
- MT i magiteki zasilone Wirusem X będą o sto procent skuteczniejsze. Nie wspominając o projekcie z Vesperpool. Te giganty pójdą do walki jeśli teraz podejmiesz właściwą decyzję.
Aldercapt dobrze wiedział, że Schneider w gruncie rzeczy ma rację. Nie istniała na świecie potęga mogąca stanąć do walki z Hexateonem. Z regularną armią jednego by pewnie nie załatwili, a co dopiero całą bandę. Naukowiec wspomniał o „gigantach”. To był czuły punkt Aldercapta. Przez 15 lat projektowali te maszyny, magiteki wielkie na prawie 400 metrów wysokości. Z Wirusem X napędzającym ich stalowe ciała mieli szansę zabić Sześciu i udowodnić biednym ludziom, że te pokraczne dziwadła oszukiwały ich przez tyle wieków. Wolność. Prawdziwa wolność. To Dugg Aldercapt chciał zostawić potomnym.
- Jeśli będziemy ostrożni… - zaczął jakby chciał przekonać samego siebie.
- Możemy to kontrolować. Jak każdą inną broń biologiczną.
- Jasne.
- Wszystko ok, Dugg?
- Jak sam powiedziałeś, Schneider. Nie mamy wyboru.
- Dobrze.
- Jest jeszcze jedno. Jak zamierzacie użyć tej mocy na MT?
- Zaczęliśmy już testy na sztucznym mózgu. Najdalej za dwa tygodnie powinniśmy wszystko wiedzieć.
Aldercapt odwrócił się w stronę chłodni i zamarł.
- Co, do cholery?
- Hmm?
- Przecież tu leżał szczur!
Schneider i jego pomocnik skoczyli na równe nogi. Nie mylił się. Pies nadal leżał w szufladzie martwy jak kłoda, ale miejsce szczura było puste.
- Spokojnie, tylko spokojnie. Mamy na to procedurę. – naukowiec nie stracił zimnej krwi.
- Dugg, ty stój gdzie stoisz i nie ruszaj się nawet o milimetr.
Sam wyjął dwa pistolety z szafki na preparaty. Wręczył broń pomocnikowi i we dwóch zaczęli przeczesywać laboratorium. Aldercapt rozglądał się nerwowo na boki. Bardzo żałował, że własną broń zostawił na portierni
w Castlemark. Zasady bezpieczeństwa, psia ich mać! Nie sądził, że pod ziemią przyjdzie im stoczyć walkę o życie.
- Skurwiel jest sprytny, czai się… - szepnął Schneider nawiedzonym głosem.
Wtem Dugg dojrzał coś z tyłu za pomocnikiem naukowca. Błysnęły dwa czerwone ślepia.
- Uważaj!!! – wrzasnął Aldercapt, ale tamten nie był wystarczająco szybki. Szczur za to był. Zmutowane zwierzę skoczyło na mężczyznę z jadowitym sykiem.
- Zabijcie to kurestwo!!!
Schneider wycelował, ale szczur przyczepił się do maski tlenowej. W końcu mężczyzna zrzucił z siebie zwierzę,
a naukowiec wystrzelił osiem razy, dziurawiąc mutanta jak sito. Truchło znieruchomiało i zaczęło dziwnie parować. Para była czarna, ale Aldercapt dojrzał też czerwone smugi. Jakby błyski światła. W życiu nie widział czegoś takiego. Po chwili zjawisko ustało.
- O żesz kurwa jego mać. – bąknął Dugg.
Schneider pomógł wstać pracownikowi laboratorium, po czym podszedł do ścierwa. Szturchnął je butem i strzelił jeszcze trzy razy. Nie zaobserwowali niczego fantastycznego.
- Trup.
- No ja myślę. Wpakowałeś w niego cały magazynek.
- Są bardzo żywotne.
- Myślałem, że je zamroziliście!
- Ja też. Wierz mi, to pierwszy raz.
- Panie doktorze… - odezwał się nagle pracownik, który stał otępiały pod ścianą.
- Co jest?
- Moja maska… moja maska tlenowa pękła.
Schneider zamarł w bezruchu. Aldercapt także, bo migiem pojął co to oznacza.
- Kiedy to się stało? Możesz stwierdzić? – pytał Schneider nieswoim głosem.
- Kiedy na mnie skoczył.
Facet był prawdomówny. Dugg odczuł swego rodzaju podziw i szacunek dla niego.
- Wiesz jaką mamy procedurę.
- Tak, dlatego o tym mówię. Nie będę narażał innych ani projektu.
Schneider pokiwał głową. W swojej masce tlenowej przypominał prawdziwego egzekutora.
- Twoja postawa jest właściwa. Jestem dumny, że mogliśmy razem pracować.
Nie czekając na odpowiedź wystrzelił raz trafiając prosto w czaszkę pomocnika. Mężczyzna upadł ciężko na podłogę, a spod jego głowy wypłynęła kałuża krwi. Dugg nic nie mówił. Nie wiedział co mógłby powiedzieć.
- Żegnaj, Mark. – dosłyszał szept.
Naukowiec szybko schował pistolet do kieszeni kombinezonu.
- Zawołam oddział, żeby tu posprzątał.
- Posprzątał? – Aldercapt nie mógł zrozumieć takiego doboru słów. Schneider zasunął szuflady chłodni, po czym odwrócił się do niego.
- Rozejrzyj się dobrze. Tak ludzie tutaj ryzykują codziennie, żebyś mógł poprowadzić swoją wojnę.
- Naszą wojnę. – poprawił go.
- Nazywaj to jak chcesz. Nie możemy się wycofać. To się musi udać.
- Wiem. – rzekł cicho Aldercapt.
* * *
Jack’s Chocobo Post było dużą farmą położoną na wschód od Taelpar City. Oprócz rozrywek związanych z Chocobo oferowało noclegi w wiejskim domu oraz posiłki w restauracji prowadzonej przez właściciela. Zwykle roiło się tu od gości, ale w ten weekend na niebie wisiały stalowe chmury i widmo deszczu spowijało okolicę. Kiedy tego sobotniego ranka Ellie stanęła pod bramą farmy w oddali rozległ się pierwszy grzmot. Nie spadła jednak ani kropla deszczu. Jej nozdrza od razu doleciał zapach siana i wilgotnego ziarna, zapach który rozpoznałaby wszędzie bez mrugnięcia. Zapach Chocobo. Stały w boksach, jeden obok drugiego. Wyprężały swoje długie szyje i stroszyły żółte pióra. Zerkały ciekawie na Ellie. Marcus karmił jednego z ptaków jakąś tajemniczą mieszanką. Ubrał luźny, szary dres. Ewidentnie szykował się na ostre wyścigi. Aiden stał nieco z boku i bawił się komórką. Miał na sobie biały podkoszulek z krótkim rękawem i czarne dżinsy. Pod szyją zawiązał kraciastą apaszkę. Ellie pomyślała, że w tym stroju znów wygląda bardziej jak nastolatek niż dorosły.
- Nie zimno ci? – zagadnęła podchodząc.
Uniósł głowę. Uśmiechał się.
- Miło cię widzieć.
- Nie martw się o mnie. – dodał pobłażliwie i wskazał na Marcusa.
- Ten tutaj aż się rwie do jazdy. Obawiałem się, że nie wytrzyma do twojego przyjścia.
- Serio? Mogliście zacząć beze mnie.
- Ja nie jeżdżę. – oznajmił Aiden.
Zaskoczyło ją to. Jeszcze bardziej zaskoczył ją fakt, że poczuła rozczarowanie.
- Nie jeździsz?
- Nie.
- Dlaczego? To bardzo proste.
Roześmiał się.
- Tak?
- Jeśli ja się nauczyłam, to chyba każdy da radę.
- Może kiedyś. – uciął wskazując na starszego mężczyznę, który pojawił się prowadzać dwa dorodne, żółte Chocobo.
- Oto wasze wierzchowce. Miłej zabawy.
- A co ty będziesz robił? – jej pytanie zagłuszył okrzyk Marcusa.
- Ellie! Zniszczę cię dzisiaj!
Siedział już w siodle i klepał swojego Chocobo po szyi.
- Zniszczenie mnie to żaden wyczyn. Wiesz, że jeżdżę jak pokraka.
Starszy facet pomógł jej wdrapać się na grzbiet ptaka. Chocobo zakwiliło w proteście kiedy niechcący kopnęła je butem w bok.
- Wybacz. – pogłaskała zwierzę.
Chciała sprawdzić gdzie poszedł Aiden, ale nigdzie go nie dostrzegła. Zobaczyła za to postać wielkiego, barczystego mężczyzny w kapeluszu z rondem i marynarce. Mięśniak z Tapioki. Opierał się o ogrodzenie.
- Ej, Marcus. – szturchnęła go. – Czy to nie ten wielki gość?
- Gdzie?
Razem spojrzeli we wskazanym przez nią kierunku, ale nikogo tam nie było. Przetarła w zdumieniu oczy.
- Na serio go widziałam…
- Lepiej szykuj się do wyścigu. Nie dam ci forów tylko dlatego, że jesteś dziewczyną.
- Nikt cię o to nie prosi. – fuknęła.
Marcus wystrzelił do przodu nim sam skończył odliczanie. Zaśmiał się dziko.
- Kto ostatni ten stawia obiad!
- Oszust!
Ellie też ruszyła z miejsca, ale dużo wolniej. Od siedmiu lat nie siedziała w siodle. Chocobo musiało wyczuć jej nerwowość, bo nagle stało się dużo trudniejsze do kontrolowania. Dotarła do połowy toru i zatrzymała się. Marcus też stanął.
- I zwycięzcą jest…! – krzyknął.
- Gratulacje, czempionie. – parsknęła.
- Niezła zabawa, co?!
- Aha!
Wtem tuż nad nimi rozległ się przeciągły grzmot, a zygzakowata błyskawica rozdarła niebo nad lasem. Oba Chocobo spanikowały. Ptak Ellie podskoczył kilka razy w miejscu zanim zdołała go uspokoić. Chocobo Marcusa okazało się dużo bardziej wyrywne. Zakwiliło rozpaczliwie, wierzgnęło łapami, po czym jak torpeda przeskoczyło płot i pognało w ciemny las.
- Spokój!! Stój!! – wrzeszczał Marcus. – Cholerny ptak!!
Jego okrzyk niósł się przez moment echem po okolicy, a potem zaległa cisza. Marcus zniknął. Ellie czekała przez moment, pewna że chłopak wynurzy się zaraz z gąszczu klnąc na czym świat stoi. Tak się jednak nie stało. Marcus nie wracał. Zerknęła niepewnie w stronę farmy, której kontury rysowały się w oddali. Wrócić i postawić wszystkich na nogi? Czy też poszukać Marcusa na własną rękę? Wybrała to drugie. Przeskoczyła płot i skierowała Chocobo
w stronę, gdzie zniknął. Szybko znalazła się na leśnej, mało uczęszczanej ścieżce. Tutaj las był bardzo gęsty, niemal dziewiczy. Wiedziała, że wędrując tak kilka godzin w kierunku południowym w końcu dotarłaby do Fallgrove. Zrobiło się dość chłodno. Zadrżała mimowolnie kiedy sucha gałąź trzasnęła pod łapami Chocobo. Ptak kroczył wolno, nie miała odwagi puścić go w galop. W myślach kalkulowała ile może wynosić kara za zgubienie zwierzęcia z farmy.
- Marcus! – krzyknęła. Odpowiedziało jej echo.
- Marcus!
Żadnego odzewu. Nawet ptaki nie śpiewały w koronach drzew. Widok splątanej zieleni przyprawiał o mdłości. Musiał tak błądzić dobrych kilka godzin, bo kiedy w końcu zerknęła na komórkę właśnie wybiła czwarta po południu. Nadszedł czas by zadzwonić po pomoc. Ikona zasięgu otrzeźwiła ją. Nie łapała nawet jednej, marnej kreski. Zaklęła cicho i popatrzyła za siebie. Teraz nie byłaby chyba nawet w stanie znaleźć drogi powrotnej. Jedyne co miało sens to iść na przód. Ten las musiał się kiedyś skończyć. Chocobo zakwiliło niewyraźnie. Było spragnione. Szczęśliwie, po krótkiej chwili, dotarli na małą polanę, gdzie płynął niewielki strumyk. Ptak zaczął chłeptać jak oszalały. Ona sama też zeskoczyła z siodła by wypić łyk. Woda była krystalicznie czysta i lodowata. Ellie rozejrzała się wokół. Wędrowała już tak długo i ani śladu Marcusa. Zmęczona spróbowała usiąść na trawie, ale od razu poderwała się na równe nogi. Pod nią coś było. Jakby dół przykryty trawą wymieszaną z liśćmi. Chwyciła uzdę Chocobo i przywiązała do pobliskiego drzewa.
- Czekaj tu. Nie bój się. – powiedziała stanowczo.
-Kweh! – odparło Chocobo.
Gołymi rękami zaczęła odgarniać trawę.
- A niech mnie. – szepnęła.
Pod nią czerniała grota z wystającymi skalnymi stopniami. Na brzegu dostrzegła strzępek szarej tkaniny.
- Marcus, cholera.
Nie było rady. Wrzuciła kamień by sprawdzić jak głęboko musi zejść. Dość szybko usłyszała jak odbił się od dna.
- Nie jest źle. – mruknęła.
Drżąc lekko i raz po raz wycierając spocone ręce, Ellie zaczęła schodzić. Buty ślizgały się na kamiennych stopniach. Wiedziała, że w każdej chwili może stracić równowagę. Kiedy wreszcie odważyła się zeskoczyć odkryła, że rozpościera się przed nią podziemny korytarz.
- Marcus? – zapytała niewyraźnie zapalając latarkę w komórce. – Jesteś tu?
Grota była ogromna. Korytarz rozchodził się w trzech kierunkach. Wszędzie panowała wilgoć i śmierdziało grzybem. Po drodze natknęła się na dwa kolejne strzępki ubrania. Zdecydowanie szła w dobrym kierunku. Jednak wybrany przez nią korytarz okazał się ślepy. Ellie znalazła się w większej komorze. Popatrzyła do góry i zobaczyła, że sklepienie jest poczerniałe. Jakby od ognia. Uważniej zbadała ściany i wtedy dostrzegła rysunki. Malowidła naskalne o jakich uczono ich w szkole. Wyglądały na oryginalne i bardzo, bardzo stare. Poświeciła komórką. Prymitywnie przedstawione ludki polowały z włóczniami na dzikie bestie lub siedziały przy wielkim ognisku. Ostatni malunek był zamazany jakby ktoś bezskutecznie usiłował go zeskrobać. Czterech ludzi biło pokłony, a z nieba spadało sześć kul. Meteoryty? Jakaś wielka katastrofa? Dziwne. Rysunek miał jeszcze więcej elementów, chciała im się lepiej przyjrzeć i zrobić zdjęcie. Włączyła lampę błyskową, po czym pstryknęła. Powietrze przeciągnął gruby, potężny ryk. Ściany jaskini zadrżały, a kilka kamieni wylądowało obok jej stóp. Czekała w napięciu, aż w końcu coś chwyciło ją od tyłu tak mocno, że przez sekundę nie mogła złapać tchu.
- To ja. – szepnął Aiden nim zdążyła podnieść wrzask.
- Ty…? Co…? Ale jak…? – nie mogła dobyć głosu.
Położył palec na ustach nakazując jej być cicho. Nasłuchiwał przez moment.
- Jest już wieczór, wiesz? Nie wracaliście więc wpadłem na to, że coś się musiało stać.
- Ten grzmot… Chocobo poniosło i poszłam ich szukać…
- A nie lepiej było wrócić na farmę i poprosić kogoś o pomoc? – zapytał jakby podziwiając jej brawurową głupotę.
- Tak, tak powinnam była zrobić. Jak tu trafiłeś?
- Znam okolicę. Wiesz co to za grota?
Pokręciła głową.
- Nazywają ją Jaskinią Spadającej Gwiazdy.
Słuchała w napięciu pewna, że opowieść niesie jakiś morał.
- Dawno temu prowadzono tu wykopaliska, ale przerwano od kiedy spodobała się Behemotom.
Zamarła.
- Słyszałaś ten ryk. Jeden ma tu leże. – nuta satysfakcji jaka przeważała w jego tonie wydała się trochę nie na miejscu.
- Ale Marcus… Znalazłam strzępy jego dresu…
- Musimy stąd wyjść. I to szybko. Potem zastanowimy się co dalej.
Chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę korytarza.
- Behemoty zamieszkują głębsze komory. Powinniśmy być bezpieczni.
- Jesteś pewien?
- Nie. – przyznał szczerze.
- Skąd to w ogóle wiesz?
- Hobbistycznie studiuję miejscową florę i faunę. – rzucił sarkastycznie. – A teraz bądź już cicho.
W milczeniu zaczęli wracać w stronę wyjścia z groty. Ellie pomyślała, że Aiden musi doskonale widzieć w ciemnościach, bo kazał jej wyłączyć latarkę, a mimo to umiał znaleźć drogę. Kiedy stanęli przed kamiennymi stopniami oboje zastygli w bezruchu. Snop światła z góry oświetlał bestię drzemiącą tuż przed nimi. Wielkie cielsko blokowało wyjście. Łeb jak u lwa, wielkie nozdrza, długi ogon i ciężkie łapy o ostrych pazurach. Ellie znała ten opis
z gazet. Behemot. Pierwszy raz widziała jednego na żywo. Behemoty były dzikimi bestiami, drapieżnikami, których pojawienie zwykle usuwało wszelką faunę z okolicy. To dlatego las był taki cichy. Aiden dał jej znak, że spróbują skręcić w boczny korytarz. Bezgłośnie przeszła we wskazanym kierunku, a on tymczasem osłaniał ją swoim ciałem, blokując drogę ewentualnego ataku. Gest czystej kurtuazji. Wiedziała, że Behemot rozszarpał by ich oboje na kawałki bez większej różnicy. Aiden szybko dołączył do niej i dopiero kiedy uszli spory kawałek odważyła się coś powiedzieć.
- Chyba nas nie widział. – szepnęła.
Pokręcił głową.
- Lepiej nie mów za dużo.
Przed nimi rozpościerało się kolejne rozwidlenie i właśnie wtedy kiedy mieli zamiar skręcić na prawo, wyrosła przed nimi wielka łapa i pogruchotała ścianę. Podłoga zapadła się tworząc czerniejącą przepaść. Ellie poślizgnęła się. Poczuła przejmujący ból w kostce, po czym poleciała do tyłu. Wrzasnęła przeraźliwie, ale Aiden złapał ją w ostatniej chwili. Tylko jego dłoń, zaciśnięta na jej własnej, dzieliła ją od upadku. Z przerażenia zaschło jej w gardle.
- Szybko! Podaj mi drugą rękę! – rozkazał.
Spróbowała, ale spięte mięśnie odmówiły współpracy.
- Nie dam rady!
- Cholera, Ellie!
Za jego plecami wyrósł potężny cień, a gigantyczne szczęki rozwarły się gotowe pożreć wszystko co napotkają na swojej drodze. I wtedy usłyszała strzały. Strzały oraz głosy ludzi. W końcu udało jej się sięgnąć drugą ręką do Aidena i ten wciągnął ją na bezpieczną półkę skalną. Nie bardzo wiedząc co ma robić wczepiła się w jego podkoszulek. Trzęsła się jak przy wielkim mrozie. Nieco dalej leżał Behemot. Był martwy.
- Już po wszystkim. – szepnął Aiden.
- Kim jesteście? Co tu robicie? – rozległ się twardy męski głos.
Ellie uniosła twarz i zobaczyła pięciu mężczyzn uzbrojonych po zęby w łuki, włócznie oraz karabiny. Ten który zadał pytanie wystąpił naprzód. Na oko mógł być dobrze po czterdziestce. Nosił kraciastą koszulę i wypłowiałe dżinsy. Przedramiona pokrywały stare, głębokie blizny. Żuł tytoń.
- Przyszliśmy z farmy Chocobo. Szukamy znajomego. – wyjaśnił Aiden.
- Znajomego? Czarnoskórego dzieciaka?
- Tak.
Zaśmiał się ironicznie.
- No to już nie musicie szukać. Jest bezpieczny w naszym obozie.
- A wy jesteście…? – Aiden zrobił pauzę.
- Łowcami. Oczyszczamy okolicę z agresywnych bestii.
Ellie słyszała tę nazwę. David nazywał ich wagabundami bez prawdziwego zawodu.
- Jestem Collin i dowodzę tutaj.
Splunął czarną flegmą, po czym zerknął na parujące truchło Behemota.
- Zawsze to samo. Miastowi przyłażą do lasu i giną bez śladu. Wiecie ile naboi potrzeba, żeby obezwładnić takiego bydlaka?
- Nie. – westchnął Aiden. – Ale pewnie, że zaraz się dowiemy…
- Trzydziestu. Trzydziestu pieprzonych naboi. – Collin zignorował zaczepny ton. Pokręcił głową w niedowierzaniu,
a potem włożył ręce do kieszeni.
- No nic.. Moi ludzie zajmą się patroszeniem bestii, a ja zapraszam do obozu. Musicie mieć dość wrażeń na dziś. Wasz kolega pewnie się ucieszy, rozgadany jakiś wyjątkowo.
Aiden ewidentnie też chciał coś powiedzieć, ale łowca go uprzedził.
- Odradzam spacer o tej porze. Wszystko co najgorsze wyłazi na żer w nocy.
- Dobrze, panie łowco. – wzruszył ramionami i skinął głową, a Collin przyglądał mu się przez chwilę uważnie mrużąc oczy. Potem przerzucił wzrok na Ellie.
- Fascynujące. – mruknął pod nosem, po czym odwrócił się i ruszył naprzód.
- Co robimy? – Ellie chciała ustalić wspólny plan działania.
- Idziemy za pajacem do jego obozu. – oparł prawie bezgłośnie.
- Wydają się w porządku.
- Na pewno są lepsi niż Behemoty. Poza tym mamy znaleźć Marcusa, prawda?
Ellie skinęła głową. Aiden zerknął na nią i zwolnił kroku:
- Zaczekaj. Masz coś na twarzy.
- Co to jest?
Jego ręka ledwie musnęła policzek dziewczyny. Zdziwiło ją jaka była rozpalona, jakby gorączkował. Poczuła ostry ból głowy. I właśnie wtedy Ellie zemdlała.
* * *
Nastał środek nocy. Gwiazdy migotały na niebie jakby wysyłały sobie nawzajem sygnały. Lekki wiatr poruszał leniwie krzewami na stokach góry Ravatogh. Niósł ze sobą niezrozumiałe szepty i westchnienia, które odbijały się echem od kamiennego kręgu na samym szczycie góry. Ludzie uważali go za ciekawy twór skalny. Nie mogli wiedzieć, że raz w miesiącu, gdy księżyc wschodził wysoko na niebie, sześć tajemniczych postaci przybywało na Ravatogh i zasiadło w kręgu. Tak samo i tej nocy. Ledwie blade światło padło na goły kamień wynurzyli się z lustra górskiej rzeki, przybyli z porywem wiatru, przebili się przez szczelinę skalną i opadli w dół delikatnie jak płatek śniegu. Było ich czworo. Dwie kobiety i dwaj mężczyźni. Kobiety prezentowały się podobnie z wyjątkiem tego, że jedna z nich, przepadliście chuda, wierciła się nieustannie i rozglądała na boki jakby nie czuła się swobodnie we własnej skórze. Mężczyzn różniło niemal wszystko. Jeden musiał być dość zaawansowany wiekiem, szczupły z bardzo długą brodą
i poruszał się o lasce. Drugi był wielki i umięśniony. Przypominał chodzący blok skalny. Wszyscy nosili płaszcze z kapturami, które zasłaniały im twarze. Czekali na kogoś jeszcze. W końcu krzewy nieopodal zadrżały i piąta postać wyłoniła się z cienia. Wysoki mężczyzna. Bez słowa podszedł do kręgu, a kiedy wreszcie przemówił jego głos okazał się bardzo niski. Używał dziwnego, śpiewnego języka jakim nie posługiwał się nikt w Eos.*
- Witajcie. Dziękuję, że przybyliście.
Starzec z brodą skinął majestatycznie, ale jedna z kobiet prychnęła jak niezadowolony kociak. Mężczyzna powiódł wzrokiem po zgromadzonych i zatrzymał go na wielkoludzie.
- Zdaje się, że jednak nie wszyscy dotarli. Coś poszło nie tak?
- Mówiłeś, że mam spróbować go przyprowadzić, a nie przywlec.
- Na drugi raz wyrażę się jaśniej.

Chuda kobieta poruszyła się nieznacznie odsuwając kaptur i ujawniając żółte, gadzie oczy.
- Niektórzy musieli znieść znaczne niedogodności by się tu stawić, a niektórzy są uprzywilejowani i mają to gdzieś. – ostatnie słowo wysyczała jak żmija.
- Nie pękaj. – osiłek wzruszył ramionami. – Wszyscy wiemy jak trudne jest dla ciebie przybranie ludzkiej formy.
- I tym bardziej jesteśmy wdzięczni, że jesteś tu dziś z nami.

- Czyżby?! – warknęła.
Druga z kobieta uniosła białą jak papier dłoń. Bił od niej niemal namacalny chłód.
- Mamy ważne rzeczy do omówienia. Nie czas na wytykanie palcami.
Wysoki mężczyzna, który ewidentnie zajmował pozycję lidera, owinął się szczelniej czarnym płaszczem.
- Solheim jest niespokojne. Ludzie są niepewni przyszłości. Dwóch wysokich rangą urzędników szykuje zamach na cesarza.
- Jesteś pewien? – mruknęła kobieta z gadzimi oczami. – Przecież cesarz to tylko pacynka. Tańczy jak mu zagrają. Komu by się chciało…
- Właśnie. Zdaje się, że przyszli zamachowcy to prawdziwi patrioci.
- Zdesperowani. – wyszeptała ta o bladych dłoniach.
- Gotowi na poświęcenia. – dorzucił starzec.
Zaczęli wyliczać jeden przez drugiego.
- Wierzący w ideały.
- Gotowi umrzeć za kraj.
- Prawi obywatele.
- Nie odczuwają strachu przed śmiercią.
- To mnie zawsze najbardziej drażni w patriotach.
– rzekł wielkolud złowróżbnie.
- Patrioci nie są problemem. To tylko ludzie, możemy ich kontrolować. Problemem jest to, że zabijając cesarza chcą wprowadzić Eos w epokę chaosu…
- A co nas to niby obchodzi? – starzec podrapał się po brodzie. – Widzieliśmy setki tysięcy cesarzy, którzy przychodzili i odchodzili, żyli i umierali. Nie wyczuwam w tym żadnego chaosu.
- Teraz jest inaczej. – szepnęła kobieta o lodowej aurze. – Coś się zbliża. Coś co czekało ukryte.
- Ludzie kopią głęboko. – właścicielka gadzich oczu machnęła ręką zakończoną ostrymi szponami. – Mogli znaleźć to czego nie powinni. Stara, zła magia. Widziałam koniec ludzkości odbity w tafli mojego oceanu, a potem nowy początek. Musi spaść kara na tych co zapominają o szacunku należnym bogom.
- Doceniam wartość waszych wizji, ale w tej chwili musimy za wszelką cenę nie dopuścić do rozlewu krwi. – oznajmił lider. – Jeśli przepowiednie są trafne, świat nieuchronnie zmierza w stronę kataklizmu. Musimy się do tego przygotować, musimy zebrać siły.
- I stawić temu czoła w komplecie. – dodał z westchnieniem.
- Rozumiem. – odparł starzec. – Masz problemy z subordynacją. Uporaj się z tym, a potem porozmawiamy
o dalszych planach. Sześciu powinno się na nowo zjednoczyć, inaczej wszelkie nasze działania będą bezowocne. Wiesz o tym.
– wymierzył w niego kościsty palec.
Po tych słowach obradowali jeszcze przez długie godziny, a kiedy rozchodzili się tuż przed świtem lider przywołał do siebie większego z mężczyzn.
- Na drugi raz ma nas być sześcioro.
- Zrobię co w mojej mocy.
- Zrób nawet więcej.
- Wiesz jak to się może skończyć.
- Wiem, ale on nie może mnie bez końca ignorować. Przywlecz go niezależnie od sposobu. Chcę z nim porozmawiać twarzą w twarz.




* Język ten został rozkodowany przez fanów FF XV na YouTube jako antyczny sumeryjski czytany wspak.
Ostatnio zmieniany: 2017/03/24 12:41 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/04/01 10:10 - 2017/04/01 10:23 #11284 przez Lacus Clyne
Rozdział 3. Sekrety

Pociąg stał w miejscu. Jego wnętrze z wolna wypełniało marznące powietrze. Wokół panowała cisza przerywana jedynie zawodzeniami wiatru. Ellie rozejrzała się wokół. Siedzenia wagonu zaczynał pokrywać szron, temperatura spadała za szybko. Nagle coś przykuło jej uwagę. Za oknem widziała głowę kobiety. Była całkiem biała, jakby wyrzeźbiona ze śniegu. Przypominała człowieka, tyle że gigantycznych rozmiarów. Miała długie, szpiczaste uszy
i kompletnie martwe oczy. Smutną scenę podkreślały łańcuchy zaciśnięte wokół jej szyi i ginące pod wiaduktem, na którym stał pociąg. Ellie dotknęła palcem szyby. Lodowata. Czy to…? Przerażona odskoczyła od okna. Jej dłonie. To nie były jej dłonie. Patrzyła na parę szczupłych męskich dłoni.
- Ten lodowaty wiatr mogła przywołać tylko ona. – mężczyzna pojawił się znikąd. Nosił kapelusz, spod którego wystawały kosmyki purpurowych włosów.
- Naprawdę chciałem ci pomóc, Noct. – dodał z przekąsem. – Sposób w jaki mnie potraktowałeś złamał mi serce.
Mówił niskim głosem, w którym czaiły się niebezpieczne nuty.
- Wierz mi. Chciałem dla ciebie jak najlepiej…
- Zamknij się!!! – Ellie usłyszała jak odpowiada. Jednak to nie ona kontrolowała sytuację tylko ten chłopak,
z którego ciała jakimś cudem obserwowała całą scenę. Nadal nie mogła zrozumieć, gdzie była i jak się tu znalazła. Szła za Łowcami w stronę wyjścia z jaskini. Behemot leżał martwy. Aiden szedł obok niej, a potem…
- Jesteś pewien, że dasz radę być królem, Noct? Na pewno sobie poradzisz?
Mężczyzna w kapeluszu uniósł palec wskazujący.
- O, może zapytamy twojego przyjaciela, Prompta? A prawda, zapomniałem. Jego też zgubiłeś. Doprawdy, Noct…
Wrzask dzikiej furii rozdarł arktyczne powietrze kiedy wspomniany „Noct” rzucił się na przód by zaatakować. Ellie usłyszała dźwięk tłuczonego szkła, po czym wizja rozpadła się.

* * *
Kiedy się obudziła wiedziała, że jest zlana potem. Bolały ją oczy, głowa. Miała wrażenie jakby spędziła tydzień
w łóżku powalona grypą. Z wolna zaczęła dostrzegać zarysy przedmiotów. Śpiwory, termosy, torby. Musiała być
w obozowisku Łowców.
- No, dziewczyno. Zaczynaliśmy już myśleć, że do nas nie wrócisz.
Nad nią stali Collin i Marcus. Leżała w wielkim, przestronnym namiocie.
- Aiden? – zapytała tępo.
Collin zmarszczył czoło.
- A, to ten drugi? Wyszedł. Łazi gdzieś po obozie.
- Lepiej się czujesz? – zapytał Marcus.
Uniosła się powoli dotykając skołatanej głowy. Miała wrażenie, że jej kark dźwiga głaz, a nie normalną czaszkę.
- Chyba tak. Na jak długo odleciałam?
- Bite trzy godziny.
- Cholera. – przetarła oczy.
- Co się właściwie stało?
- Mogłabym o to samo zapytać ciebie.
- Chocobo poniosło w siną dal. Włóczyłem się bez celu, aż w końcu znaleźli mnie Łowcy.
Collin skinął głową na potwierdzenie.
- Chciałem dać wam cynk, ale na tym zadupiu nie ma ani jednej kreski.
- To nie Taelpar City. – wtrącił Collin. – Najlepiej nie polegać na gadżetach
z miasta.
- Prawdziwa szkoła przetrwania. Dajesz wiarę?
- Daję. Widziałam Behemota.
- Ściemniasz! Żywego?
- Żywego… i martwego.
- Wow! Zrobiłaś fotę?
- Nie. Byłam zbyt zajęta szczaniem w gacie. – postukała się w czoło. – Gdyby nie Łowcy pewnie mógłbyś mnie teraz upchnąć do puszki po konserwie.
Marcus wybałuszył oczy.
- No coś ty! Aiden zachowywał się tak jakby nic się nie stało…
- Mieli szczęście, że tam byliśmy. – wtrącił Collin. – Behemot był stary i bardzo silny.
- Człowieku, czemu nic nie mówiłeś?!
Marcus wydawał się podekscytowany.
- Ellie przeżyła spotkanie z bestią. Czy coś może być bardziej zajebiste?
- Ledwo przeżyłam.
Wstała powoli sprawdzając czy może utrzymać równowagę.
- I jak?
- W porządku. Czuję się normalnie. Prawie.
- Chcecie usiąść przy ognisku? – zapytał Collin. – Chłopcy pieką mięso Behemota. Świeże smakuje najlepiej. Mamy też schłodzone piwo.
- O, tak! – zawył Marcus. – Prawdziwa poezja! Jak dorosnę zostanę Łowcą!
- To się chyba trochę spóźniłeś. – skwitowała.
Na zewnątrz noc była ciepła. Ognisko trzaskało wesoło, a iskry skakały pod samo niebo. Wokół ognia siedzieli mężczyźni, koledzy Collina po fachu. Popijali browar z puszek, a wielki kawał mięsiwa obracał się wolno na rożnie. Marcus od razu ruszył na przód. Przystanął i popatrzył na Ellie.
- Idziesz?
- Dołączę za chwilę.
Wokół obozowiska na polanie leżało kilka dość dużych głazów wapiennych. Na szczycie jednego z nich leżał Aiden
i gapił się w gwiazdy. Albo spał. Chciała podejść do niego, ale Collin położył jej dłoń na ramieniu.
- Bądź ostrożna.
Spojrzała na niego pytająco.
- Chodzi mi o twoje omdlenie. Wam dzieciakom wydaje się, że jesteście ze stali. Oszczędzaj się.
Skinęła głową, ale patrząc na plecy oddalającego się Collina uległa wrażeniu, że jego słowa miały drugie dno. Spróbowała wdrapać się na głaz. Aiden uniósł się na łokciach, a widząc ją wyciągnął rękę by pomóc.
- Mało ci na dzisiaj? – zapytał z przekąsem. – Jak tam twoja kostka?
Znalazła się na szczycie, a on wrócił do pozycji leżącej.
- Skąd wiesz, że…?
- Przecież widziałem. Skręciłaś kostkę tam w grocie.
- No tak. – bąknęła. – Właściwie wcale nie boli.
- To dobrze.
Ellie rozejrzała się wokół.
- Co robisz?
- A nie widać? Odpoczywam.
- Nie chcesz siąść ze wszystkimi?
- Nie. – uśmiechnął się nie otwierając oczu.
Kopnęła mały kamyk, który ze świstem poleciał w dół.
- Chciałam ci podziękować za…
- Nie ma za co.
- Ok.
Komórka Ellie zawibrowała. Musiała chwilowo złapać zasięg. Popatrzyła na ekran. Dzwonił David.
- Niech to szlag. – zaklęła półgłosem.
Aiden otworzył oczy i zerknął na nią z zaciekawieniem.
- Słucham?
- Ellie, do cholery…!!! – wrzasnął David.
Przysiadła splatając nogi.
- O której miałaś wrócić?! I dlaczego masz wyłączony telefon?!
- Nie drzyj się. Tutaj jest słaby zasięg.
- Ellie, tym razem przesadziłaś…!
- Mówiłam, że wrócę późno. – westchnęła.
- Co to za znudzony ton?! Wiesz, która jest godzina?!
- Pierwsza.
- Tak, pierwsza! W nocy! Może jakiś telefon do rodziców?! Żeby się nie martwili, co?!
- Tutaj naprawdę nie ma zasięgu. Mieliśmy wrócić wcześniej, ale na farmie zrobili ognisko i zostaliśmy. – skłamała bez zająknięcia.
- Na farmie?! Dzwoniłem na farmę Chocobo! Facet powiedział, że poszliście szukać ptaka, który uciekł do lasu! Nie wspominał nic o żadnym ognisku!
Ellie poczuła jak żar uderza jej do głowy. Zawsze tak było, gdy David czegoś od niej chciał.
- Śledzisz mnie czy jak?! Wydzwaniasz nie wiadomo gdzie i robisz zadymę?!
- Wyobraź sobie, że masz rodzinę, która nie chce by spotkało cię coś złego!
- Tak?! To dlaczego zawsze ty dzwonisz?!
- Ellie, nie przeginaj!
- Powiem ci dlaczego! – zapieniła się. – Bo w tym domu wszyscy oprócz ciebie potrafią myśleć! Mama wie, że umiem o siebie zadbać!
- Twoja mam nie widziała tego co ja!
- Ty masz paranoję, David!
- Ellie…
- Daj mi spokój! – rozłączyła się.
Na moment zapanowała cisza, a potem Aiden wybuchnął śmiechem.
- Ojciec?
- Nie, ojczym.
Uniósł się na łokciach i zmrużył oczy.
- A ojciec?
Zawahała się przez moment.
- Nie żyje.
- Od siedmiu lat. – dodała.
Znów wrócił do pozycji leżącej.
- Nie dogadujecie się. – stwierdził lakonicznie.
- Mało powiedziane. Nie cierpię żołnierzy.
- Jest w armii?
- Był. Zdegradowali go. Teraz jest ochroniarzem w Castlemark.
- Twoja uczelnia. Hmm, co za niefart. – cmoknął ustami rozbawiony.
- A ojczym pewnie nadal jest dumnym wojownikiem Solheim.
- A żebyś wiedział! – prychnęła Ellie zapominając przez moment, że nie rozmawia z Marcusem ani z Suzie.
- Ogranicza mnie! Chce wiedzieć gdzie idę, co robię, z kim będę, kiedy wrócę… Zachowuje się jak psychopata!
I twierdzi, że to wszystko przez wzgląd na mnie!
Aiden otworzył szerzej oczy.
- Nie znoszę kiedy ktoś próbuje mnie kontrolować! Mówić co i jak powinnam robić!
- Wierz mi, znam to uczucie. – powiedział z mocą.
- Serio?
Skinął głową, ale nie rozwinął tematu. Patrzył na Ellie i musiał myśleć o czymś intensywnie, bo głęboka bruzda przecięła mu czoło.
- Ile masz lat? – wypaliła bez namysłu.
- Więcej niż ty. – rzucił uśmiechając się chytrze.
Poderwał się z ziemi i dał jej znak by poszła za nim.
- Jesteś pewna, że już nie zemdlejesz?
- Raczej nie.
- W takim razie chodź. Pokażę ci coś.
- Co takiego?
Ruszyli razem. Okrążyli obozowisko od tyłu, tak że biesiadujący przy ogniu nie mogli ich dostrzec.
- Kiedy leżałaś znokautowana rozglądnąłem się tu i tam.
- Collin o tym wie?
- Nie bądź naiwna. – rzucił z politowaniem. – Nawet takie brudasy jak oni trzymają rzeczy, których nie chcieliby nikomu pokazać.
- Włamałeś się?
- Nie nazwałbym tego w ten sposób.
- A jak?
- Rozeznanie terenu.
Podeszli do namiotu położonego na uboczu. Tuż za nim stała niska, drewniana chata.
- To tam. – wskazał Aiden.
- Super, ale na drzwiach jest kłódka.
Wsunął jej do ręki coś małego i chłodnego. Kluczyk.
- Sezamie otwórz się.
- Aiden, ale przecież…
- Tylko go pożyczyłem.
- Jesteś zupełnie jak Marcus.
- Wierz mi, jestem znacznie gorszy.
Chata pachniała stęchlizną, a drzwi zaskrzypiały przeraźliwie kiedy je otworzyli. Nikogo tu nie było. Wszyscy Łowcy świętowali udane polowanie. Aiden zapalił światło. Żarówka zamrugała.
- Wow, mają tu prąd.
- Na zewnątrz jest generator. I co powiesz?
Ellie popatrzyła na kolekcję. Pocięte rogi bestii, kilkadziesiąt sztuk. Podeszła bliżej i wyjęła zawartość jednego
z pudełek.
- Te należą do Spiracorna. – rzekła. – One są chyba pod ochroną. Nie wolno na nie polować.
- Ale za ich rogi dobrze płacą. Wiesz, Łowca to nie wolontariusz.
Wypchana głowa Chickatrice wisiała na ścianie patrząc na nich z wyrzutem. Obok było wiele innych trofeów i nie wszystkie należały do bestii.
- Serio, zgromadzili tu niezłą kolekcję. – stwierdziła Ellie patrząc na wypchanego Kaktuara. – Ten wygląda jakby krzyczał z przerażenia.
- One zawsze tak wyglądają.
- A te są cholernie niebezpieczne.
Z kąta spozierał łeb Tonberry.
- Hej, a to co?
Butem odgarnęła pył i ich oczom ukazała się klapa w podłodze. Uchwyt wyglądał antycznie. Ktoś użył grubego pędzla by narysować wokół dziwne symbole.
- Otwórz. – rozkazał Aiden.
- Po co? Co tam może być?
- Po prostu otwórz i sprawdź.
Wyczuła napięcie rosnące w powietrzu. Patrzył się na uchwyt i na symbole, ale nie mogła rozgryźć o co mu chodzi. Ellie uniosła klapę. Pod nią była kolejna. Tym razem stalowa, nowoczesna i wyposażona w zamek szyfrowy.
- Wow, totalny nokaut. – mruknęła Ellie.
- Wygląda na to, że dalej nie przejdziemy.
- Po co na takim zadupiu zamek szyfrowy?
- Kto to wie…
Szybko zgarnęła pył na kalpę by wyglądała jak nieruszona.
- Może weźmiemy sobie coś na pamiątkę? – zasugerował Aiden.
- Ani mi się waż! – w drzwiach stał Collin. – Naprawdę wolicie węszyć po obozie niż zjeść z nami posiłek?
- I skąd mieliście klucz? – dodał twardo patrząc wprost na Aidena.
- Leżał w trawie. – odparł. – Ktoś musiał go upuścić. Łowcy powinni być bardziej ostrożni.
- A skąd wiedziałeś, że pasuje akurat tutaj?
- Szósty zmysł. To jedyna chata z kłódką jaką tu macie.
- Mhmm. – Collin nabrał wody w usta. – Jesteście naszymi gośćmi więc nie wywalę was na zbity pysk, ale jutro rano ma was tu nie być.
Wyciągnął rękę.
- Dawaj klucz.
Aiden oddał mu klucz posyłając rozbawione spojrzenie w stronę Ellie. Szybko opuścili chatę.
- To było głupie. – stwierdziła podchodząc do dwóch Chocobo uwiązanych przy słupie i skubiących trawę. Pogłaskała ptaka.
- Głupie i zabawne.
- Tak, a teraz ten cały Collin jest wkurzony.
- Przeżyje.
- To trochę niewdzięczne po tym co dla nas zrobili.
Aiden zbliżył się do niej , ale wtedy oba Chocobo zupełnie nagle wpadły w szał. Szarpnęły do tyłu jak zdziczałe, zawodząc przeciągle i Ellie obawiała się czy aby nie planują skręcić sobie karków. Aiden wycofał się. Ptaki uspokoiły się nieco, ale nadal łypały na niego niespokojnymi oczami.
- Co to było, do cholery?
- Mówiłem ci, że nie jeżdżę na Chocobo.
- Tak, ale…
- Ptaki przy mnie świrują. Co zrobić? – wzruszył ramionami.
- Ale dlaczego? O co im chodzi?
Chocobo robiły się czujne ilekroć Aiden zbliżył się do nich choćby o jeden krok.
- A skąd niby mam wiedzieć? Pewnie moja aura im nie odpowiada.
- Aura? To ludzie mają jakieś aury?
- Jasne, że tak.
- Zupełnie jakbym słyszała Kate.
- Chocobo boją się drapieżników. – wtrącił Collin, który właśnie przechodził obok nich. – Wszystkich drapieżników.
- W takim razie powinny uciekać przed wami w popłochu. – skwitował Aiden.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak dwa koguty gotowe do walki. Ellie odczuła zakłopotanie. Pierwszy odezwał się Collin.
- Dziewczyna powinna jeszcze odpocząć. Dużo ostatnio przeszła.
- Tak jest, proszę pana. – Aiden zasalutował od niechcenia, ale lider Łowców nie przyjął zaczepki.
- Nie respektujemy autorytetów, co? Duży problem. – westchnął. – Mimo wszystko życzę wam powodzenia, dzieciaki. Jeśli jeszcze się spotkamy, oby to było w lepszych okolicznościach.

* * *
- Serio tak do niego powiedziałeś? I zakosiłeś mu klucz? – dopytywał Marcus nie mogąc ukryć ekscytacji. Samochód pędził rozbryzgując wodę przy każdym zakręcie. Lało od samego rana. Z głośników leciała muzyka rockowa. Ilekroć Ellie sądziła, że zaraz eksplodują jej bębenki uszne, Aiden podkręcał jeszcze głośniej. Wracali do Taelpar City nieco okrężną drogą. Było jej to na rękę. Nie zamierzała pojawiać się za wcześniej w domu.
- Czemu nic nie powiedzieliście?
- Przecież byłeś zajęty piciem piwa i konsumowaniem potwora, który o mało mnie nie zeżarł.
Aiden ruszył gwałtownie kierownicą, a auto wykonało obrót tuż przed maską jakiś wczasowiczów wciśniętych do rdzewiejącego gruchota. Ellie dostrzegła ich przestraszone twarze i odczuła dziwną satysfakcję.
- Następnym razem macie mnie wtajemniczać we wszystkie akcje. – naciskał Marcus. – Od kiedy to w ogóle Ellie jest lepiej ustawiona niż ja?
- Żałosny tekst. – wycedziła.
Aiden myślał nad czymś intensywnie.
- Do następnego razu może upłynąć sporo czasu.
Marcus zerknął na niego ciekawie, a Ellie przyłapał się na tym, że słucha w napięciu.
- Co masz na myśli?
- Rzuciłeś robotę.
- No tak.
- Sądzę, że teraz jesteśmy kwita.
- Pewnie.
- W najbliższych dniach będę zajęty. To dobry moment, żeby się pożegnać.
Marcus rzucił Ellie porozumiewawcze spojrzenie.
- Spoko, człowieku. Jak tylko będziesz miał sprawę możesz do mnie dzwonić. Legalną sprawę, rzecz jasna
Wjechali do miasta od strony wielkiego mostu nazywanego Mostem Minervy. Deszcz spływał strugami po stalowych dźwigarach. Było coś smutnego
w rdzawym szkielecie na tle szarego nieba. Marcus mieszkał w Trzynastej Dzielnicy, która kreśliła inny obraz Solheim. Niskie zabudowania w większości pokrywały ordynarne graffiti, w zaułkach kręciły się kobiety
o zmęczonych twarzach, a przestraszeni mieszkańcy zwykle woleli barykadować się w swoich lokalach czynszowych niż oglądać tą biedę z nędzą. Ludzkie odpadki. Dla tych, którym się nie udało droga wiodła jedynie w dół. Marcus wybrał to miejsce ze względu na niskie opłaty i ciągle miał nadzieję na szczęśliwą odmianę. Zatrzymali się przy popielatym bloku mieszkalnym.
- No, to ja spadam. – oznajmił.
Odwrócił się.
- Ellie, wszystko ok? Znaczy się ty i …
- Ja i on. W jednym samochodzie. –splotła ręce na piersi. – Bardzo podejrzane. Masz na imię David czy jak?
Marcus zarechotał.
- Przepraszam panią. Nic nie mówiłem. Trzymaj się Aiden. Pozdrów szefa.
- Będziemy w kontakcie. – skinął na dziewczynę.
Drzwi auta zatrzasnęły się za nim. Widziała jak pędził przez parking do klatki schodowej rękami osłaniając głowę przed deszczem. Kilkoro dzieciaków stało pod sklepem z magnetofonem w ręku i słuchało hip-hopu. Szczęki opadły im prawie do ziemi na widok luksusowego pojazdu.
- Dziwna okolica. – mruknął Aiden.
- Slumsy. – Ellie wzruszyła ramionami.
- Siadasz z przodu?
Pokiwała głową. Przesiadła się, a potem ruszyli.
- Skręć tutaj. – poleciła, kiedy chciał jechać prosto.
- To nie jest droga do Ósmej Dzielnicy.
- Nie, to droga w stronę centrum.
- Nie wracasz do domu?
- Nie.
Wolną ręką podrapał się w czoło.
- Masz sporo sekretów, co?
- Nie więcej, niż ty.
- Ja? – wydawał się rozbawiony. – Ja nie mam żadnych sekretów.
Sylwetki drapaczy chmur przybliżały się z każdą sekundą.
- Ten cały szef to bujda, prawda?
Nie odezwał się.
- Marcus od początku pracował dla ciebie. Powiedz jeśli się mylę?
- A czy to aż takie ważne?
- W pewnym sensie…
- W pewnym sensie bardzo ważne?
- Nie, ale…
- Jesteś ciekawa.
- Możliwe.
- Ciekawość to niebezpieczna cecha. Niejeden się już na niej przejechał.
- Brzmi jak groźba. – poczuła, że pocą się jej ręce.
- No coś ty. Wyluzuj. – westchnął z rezygnacją. – Jest pewien szef. Pracuję dla niego siedem dni w tygodniu. Klub, to auto… wszystko jest na jego rachunek. Zadowolona?
Brzmiało szczerze, ale nie wiedziała na ile. Pozostała jej rosyjska ruletka.
- Nie wiem czy można ci wierzyć…
- To po co w ogóle się zjawiłaś?
- Może po prostu byłam…
- Ciekawa. – powtórzył z przekąsem.
- Widzę, że pytanie nie ma sensu.
- To nie pytaj.
Zapadło milczenie. Byli już w centrum i Ellie wiedziała, że zaraz będzie musiała wysiąść.
- Gdzie konkretnie mam cię podrzucić? Jakieś życzenia?
- Rainbow Gardens. Centrum handlowe.
Skinął głową. Ellie przygryzła wargę.
- Na farmie widziałam tamtego wielkiego kolesia.
Bingo. Aiden poruszył się nerwowo.
- Wielkiego kolesia?
- Giganta z Tapioki.
- Aha.
- Po co był na farmie?
- Nie wiem. Nie widziałem go.
Kłamał. To jeszcze bardziej ją podkręciło.
- Wydaje mi się, że czekał na kogoś.
- Możliwe. Na kogo?
- Sądziłam, że ty mi powiesz.
Aiden odetchnął ciężko ewidentnie poirytowany.
- Słuchaj, ten facet nie jest moim ulubionym tematem rozmów. Może pogadamy o czymś przyjemniejszym?
Lekko zbił ją z tropu.
- O czym?
- Na przykład o tym, że właśnie dojechaliśmy. – zatrzymał auto na parkingu pod centrum handlowym. Nieco dalej po prawej stronie jaśniała Wieża ozdobiona setkami reflektorów. Deszcz bębnił o karoserię.
- Świetna pogoda na spacer.
- Wiem.
Chwyciła za klamkę by wysiąść, a wtedy coś wylądowało na jej kolanach. Zerknęła w dół. Czarny parasol.
- Weź to.
Bąknęła niewyraźne „dziękuję”, po czym wysiadła. Rozłożyła parasol. Faktycznie lało jak z cebra. Aiden opuścił szybę.
- Może się już nie nadarzyć okazja, żeby ci to oddać.
Uśmiechnął się.
- No to będziemy musieli stworzyć taką okazję.
Stała nieruchomo nie bardzo wiedząc jak zareagować.
- Ale…?
- Znajdę cię. – mrugnął do niej porozumiewawczo.
Nie czekając na odpowiedź zasunął szybę, po czym samochód odjechał. Ellie patrzyła za nim przez moment. Właściwie to nie wiedziała dokąd chce iść.
W sąsiedztwie Wieży znajdowało się mnóstwo sklepów i restauracji pierwszej klasy, ale wszystkie były wypchane po brzegi w niedzielne popołudnie. Pokręciła się chwilę bez celu, a kiedy deszcz przybrał na sile zrezygnowana schroniła się w centrum handlowym. Usiadła pod fontanną.
- Chodź! Zobacz! Strasznie ich dużo!– usłyszała podniecony głos małej dziewczynki.
Nieopodal ruchomych schodów utworzyło się niezłe zbiegowisko. Podeszła bliżej. „Graleańskie szpice – zaszczepione i odrobaczone. Świetne do każdego klimatu, kochają małe dzieci, wierne i przyjacielskie.” – mało profesjonalny napis sporządzono markerem na kolanie. Młoda kobieta siedziała obok pudła, w którym kotłowało się dziewięć szczeniaków.
- Mamo, ja chcę! – darło się dziecko.
- Kochanie, a co z Rexem? Mamy już psiaka.
- Rex jest stary, brzydki i śmierdzi!
Dużo później Ellie często zastanawiała się czy to przeznaczenie zadziałało w tamto niedzielne popołudnie w Rainbow Gardens, kiedy kątem oka dostrzegła coś szarego. Też szczeniak, ale dużo starszy niż pozostałe daremnie usiłował wydostać się z pudełka.
- Chce pani psa? – zapytała nachalnie sprzedająca. – Bardzo przyjacielskie. Biorę 600 za sztukę, ale mogę spuścić na 550. Proszę wybrać z białych…
- A temu szaremu coś jest? – zapytała Ellie.
- Nie, ale on się nie słucha. Nikt go nie chce.
- To co z nim będzie?
- Pójdzie do schroniska. – wzruszyła ramionami. - Niedługo stuknie mu rok. Kto mi kupi rocznego psa?
Szarak popatrzył na Ellie i szczeknął. Miał w pysku coś zawziętego co utwierdziło ją w przekonaniu, że nie jest to zbyt mądry pies.
- To jak? Kupuje pani?
- Dzięki, ale nie …
Kobieta machnęła ręką i szybko odwróciła się ku lepiej rokującym klientom. Ellie oddaliła się niespiesznie.
W podziemiach Rainbow Gardens złapała metro i podjechała kilka przystanków. Kiedy opuszczała stację na zegarze dochodziła piąta popołudniu. Ściemniło się lekko, ale deszcz ustał. Brama domu była zamknięta. Najwyraźniej David i Helen gdzieś wyszli. Ellie mocowała się z kluczem kiedy usłyszała ciche szczekanie. Odwróciła się jak rażona gromem. Po drugiej stronie jezdni siedział szary pies.
- Co u licha?! – przestraszyła się. – Jak ty…? Skąd…?
Ulica była pusta. Właśnie zapalono latarnie. Pies czekał nieruchomy niczym pomnik. Postanowiła go zignorować. Zwierzę jednak najwyraźniej źle odczytało jej intencje, bo ochoczo podreptało przez jezdnię. Zza rogu wyskoczyło auto. Kierowca rozmawiał przez komórkę i nie patrzył na drogę.
- Ej, mały! – krzyknęła i podbiegła by chwycić psa, ale samochód był już za blisko. Facet zobaczył ją, wcisnął pedał hamulca i w efekcie zatrzymał się ledwie kilka centymetrów od Ellie. Zszokowana słyszała własny płytki oddech. Pies trząsł się jej w rękach.
- Co to ma być?! – kierowca najszybciej doszedł do siebie i skoczył trzaskając drzwiami. – Nienormalna jesteś?!
Ellie nie odpowiedziała więc szturchnął ją niezbyt grzecznie.
- Mówię do ciebie, gówniaro! Matka nie uczyła, że się nie wbiega na jezdnię!
- Nie, ale uczyła że się nie gada przez komórkę w trakcie prowadzenia pojazdu.
Zatkało go na moment, ale zaskoczenie szybko zmieniło się w furię.
- Dzwonimy na policję tak?!
- Niech sobie pan robi co chce.
- Jak ja ci zaraz…!
Szary pies wyrwał się do przodu z obnażonymi kłami, które okazały się zaskakująco długie. Zawarczał złowrogo. Nawet Ellie przeszedł lekki dreszcz.
- Zabieraj tego kundla! Słyszysz?!
- To nie mój pies.
- Gówno mnie to obchodzi! Zabieraj go!
Szarak rzucił się w stronę faceta i złapał za nogawkę spodni. Mężczyzna próbował go kopnąć, ale zwierzę było szybkie. Ellie obserwowała całą scenę jak zaczarowana. Szarpali się przez chwilę, a kiedy pies w końcu puścił, facet niewiele myśląc wskoczył za kierownicę i odjechał. Ellie siadła na krawężniku obserwując nowego kompana. Ten również patrzył na nią. Oblizał pysk. Oboje na coś czekali. Tylko na co?
- Nie jesteś zwykłym psem, prawda?
Szczeknięcie.
- Po co za mną polazłeś?
Dwa szczeknięcia.
- Chcesz jeść?
Znowu jedno szczeknięcie. Machnęła ręką. Siedziała na środku ulicy i rozmawiała z psem. Otworzyła bramę.
- No, właź. Zdaje się, że dzisiaj to twoja jedyna opcja noclegowa.

* * *
Galaxy Cafe znajdowała się na 25 piętrze hotelu o tej samej nazwie i słynęła z tarasu widokowego skąd rozpościerał się widok na centrum stolicy. Nieco tęgi jegomość, ubrany w dobrze skrojony garnitur, rozsiadł się przy stoliku
i podziękował kelnerowi za przystawki. Towarzyszyła mu kobieta średniego wzrostu. Czarne włosy upięła w koka podkreślającego jej skośne oczy. Nosiła czerwoną sukienkę i szpilki.
- To jak? Dogadaliśmy się? – zapytał mężczyzna.
- Hola, hola. Wolniej. – zastopowała go. – Muszę zobaczyć dowód.
- Dowód?
- Że ma pan upoważnienie.
Mężczyzna westchnął, po czym wręczył jej niewielką, beżową kopertę. Przez moment studiowała jej zawartość. On
w tym czasie nalał jej szampana i podał kieliszek.
- W porządku.
- Tak?
- Proszę mi wybaczyć czujność, ale to zlecenie nie dotyczy byle kogo.
- Rozumiem. – rozejrzał się wokół.
Sala była prawie pusta. Kawiarnia dostała sowitą zapłatę by nie sadzać nikogo w pobliżu ich stolika. Przed przybyciem kobiety upewnił się też, że nigdzie nie ma pluskwy. Upiła łyk szampana i wydęła zmysłowo wargi.
- Załatwione. Zajmiemy się tym.
- Tak? A jaka jest waszym zdaniem szansa na powodzenie?
- Sto procent.
- Naprawdę? Mówimy o Tobiasie Meyerheimie.
Pokręciła głową.
- Nikt nie jest bez skazy.
- Każdy coś ukrywa. I doradca cesarza nie będzie pierwszym wyjątkiem.
Spróbował suszonej ryby. Była ostra jak diabli.
- Chcemy wiedzieć o nim wszystko. Rozkład dnia, co je, z kim sypia, jakie ma hobby, a przede wszystkim… jego słaby punkt.
Pokiwała głową jakby słyszała to już setki razy.
- Wyciągnijcie z szafy jakiegoś trupa, a jeśli trzeba to go sfabrykujcie. Wasza sława was wyprzedza, podobno jesteście najlepsi w tym fachu.
- Proszę spać spokojnie. – oświadczyła. – Tobias Meyerheim jest bardzo młody
i szybko dostał się tam, gdzie inni zmierzają latami. Taka błyskawiczna kariera musi mieć dwa oblicza. Nawet jeśli zadbał o swoje czyste konto, znajdziemy kogoś rozmownego. Była kochanka, życzliwy znajomy, rywal
z branży…- szczupłymi palcami pochwyciła koreczek z krewetką. – Utonie jak każdy kto narobił sobie wrogów
w polityce.
Mężczyzna uśmiechnął się fałszywie, po czym spoważniał.
- Jest jeszcze jedna sprawa.
- Tak?
- Jeśli podczas sprawdzania Meyerheima natkniecie się na coś… jakby to powiedzieć… nadprzyrodzonego, natychmiast przerywacie akcję.
Kobieta przestała żuć krewetkę.
- Przerywacie akcję i dajecie nam cynk.
- Nadprzyrodzonego? Co ma pan na myśli?
- Istnieje niewielka szansa, że Meyerheim jest Posłańcem.
Zakrztusiła się.
- Posłańcem? – zniżyła głos. – Posłańcem Sześciu?
Pokiwał głową i upił łyk szampana zadowolony z wrażenia jakie wywarły na niej jego słowa.
- Czego niby mielibyśmy się spodziewać przy kontakcie z Posłańcem?
- Wszystkiego. – odparł. - Bez obaw. Szansa jest minimalna, ale musimy rozważyć każdą ewentualność.
- Nawet tę najbardziej nieprawdopodobną?
- Nawet taką.
Kelner przyniósł zamówienie. Mężczyzna wykorzystał ten moment.
- Wybaczy mi pani na chwilę.
- Oczywiście.
Skierował się w stronę toalet. Wypasione kolacje na koszt rządu nie były złe, a przeciągłe spojrzenia jakie rzucała mu czarnowłosa obiecywały wiele wrażeń na wieczór. Lubił tą robotę. Zwłaszcza w takich chwilach, kiedy mógł zameldować wykonanie zadania i skupić się na przyjemnościach. Wybrał bezpieczne połączenie z bazą wojskową
w Vesperpool.
* * *
Dugg Aldercapt właśnie przygotowywał się do wystąpienia, kiedy poinformowano go, że jest telefon. Na bezpiecznej linii. Pułkownik szybko przeszedł do gabinetu, gdzie mógł w spokoju rozmawiać. Ten tydzień był udany. Najpierw cesarz podpisał dofinansowanie dla Castlemark i, o dziwo, ten fircyk Meyerheim trzymał gębę na kłódkę, a potem Schneider przywiózł do bazy gotowy prototyp baterii z Wirusem X. Mieli już za sobą pierwsze testy, dlatego dzisiaj szykowali się na oficjalny pokaz w obecności zaufanych dowódców Solheim.
- Słucham?
- Wszystko załatwione, panie pułkowniku. – oznajmił męski głos. – W ciągu najbliższych 12 godzin obiekt znajdzie się pod obserwacją.
- Powiedziałeś co mają robić, jeśli Meyerheim okaże się niepokalany jak niemowlę?
- Oczywiście. Poinformowałem ich też co należy zrobić, gdyby okazał się Posłańcem.
Aldercapt sapnął.
- Nie wierzcie w fantazje Schneidera. Z niego jest taki Posłaniec jak ze mnie nimfa wodna. Kiedy dostanę pierwszy raport?
- Najdalej za dwa dni.
- Dobra, będziemy w kontakcie. Trzymaj telefon włączony 24 godziny na dobę.
- Oczywiście, panie pułkowniku.
Rozłączył się i odłożył telefon z satysfakcją. Dni Tobiasa Meyerheima były policzone. Dugg miał dość oglądania jak ta kreatura kontroluje decyzje cesarza. Czasem odnosił wrażenie, że kontroluje nawet jego myśli. Mass przestał być sobą odkąd zrobił Meyerheima swoim doradcą. Aldercapt nie wiedział w czyjej drużynie cwaniak grał, ale na pewno nie w jego.
- Już niedługo. – zatarł ręce w triumfie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Oficer zasalutował.
- Panie pułkowniku. Czas zaczynać.
* * *
Ciemna noc zapadła nad lasem i otuliła obóz Łowców gęstą mgłą. Większość z nich chrapała głośno w swoim namiotach, ale gdyby któryś zdecydował się w tamtej chwili zrobić obchód, miałby szansę dojrzeć postać wyłaniającą się spośród gęstwiny. Mężczyzna o krótkich włosach oraz twarzy spowitej cieniem. Zbliżał się niespiesznym krokiem, jakby płynął wraz z tajemniczymi oparami. Zmierzał prosto do drewnianej chaty na skraju obozu. Z kieszeni wyjął klucz, po czym otworzył drzwi. Zawiasy zaskrzypiały. Wewnątrz chaty było zupełnie ciemno, ale on bez problemu dotarł do klapy w podłodze. Odgarnął pył i piasek.
- Czas tu posprzątać. – mruknął w dziwnym języku.
Na widok symboli cofnął się nieco, ale go nie zaskoczyły. Palcem wskazującym dotknął klapy. Iskry poszły aż pod sam sufit.
- Ludzie odkryli te symbole kilkaset lat temu. – gruby, niski głos odezwał się tuż za nim. Używali tej samej mowy.
- W zapomnianym grobowcu znaleźli zapiski o naszej rasie. – głos zmaterializował się jako wielki mężczyzna w kapeluszu z rondem. – Nie otworzysz tego.
- Ja nie, ale człowiek tak.
Wielkolud wszedł do chaty i zamknął drzwi. Stali oboje w kompletnych ciemnościach.
- Nie pojawiłeś się na Ravatogh.
- Byłem zajęty.
- Czym?
Na zewnątrz dało się słyszeć zaspane ludzkie głosy. Coś musiało rozbudzić Łowców, bo zaczęli krążyć po obozie. Niższy z mężczyzn westchnął poirytowany.
- Kto tam jest?! – Collin walił w drzwi chaty jak oszalały. Kłódkę zdjęto, ale ani drgnęły.
- Musieli się zabarykadować! – krzyknął jeden z Łowców.
- Wyważyć drzwi!
- Sukinsyny!
Jak jeden mąż wpadli w siedmiu do wnętrza.
- Światło! Włączcie generator!
Żarówka zamrugała i Collin rozejrzał się czujnie.
- Nikogo tu nie ma. – oświadczył jeden z towarzyszących mu ludzi.
Wszyscy zerkali niepewnie na lidera. Ten nakazał im być cicho.
- I jak?
- Ktoś tu był.
Mężczyźni spojrzeli po sobie zdezorientowani. Collin przykucnął obok klapy. Miejsce przy uchwycie od tajnej skrytki było osmolone, a magiczne znaki wygięte groteskowo. Coś złamało pieczęć. Teraz była bezużyteczna.
- Niech to szlag. – szepnął.
* * *
Oklaski grzmiały w wielkiej hali jak odgłosy nadciągającej burzy. Dugg Aldercapt wszedł na podium i gestem uciszył zgromadzonych.
- Dziękuję. Dziękuję wam za przybycie. – oznajmił poprawiając mikrofon.
Tuż za nim ziała ciemna pustka hangaru wojskowego.
- Jesteśmy żołnierzami. Żołnierzami cesarstwa Solheim. Wszyscy co do jednego.
Zrobił dramatyczną pauzę.
- Nasi pradziadowie byli świadkami jak ten kraj podbijał świat. Świętowali sukces za sukcesem. Dzięki ich determinacji dzisiaj nie ma już w Eos przywódcy mogącego się nam przeciwstawić.
Doktor Schneider usadowił się z tyłu za wojskowymi i również słuchał przemówienia.
- Jednak dalecy jeszcze jesteśmy od stwierdzenia, że świat należy do nas. – zrobił pauzę. – Istnieje bowiem potęga, której do tej pory nie byliśmy w stanie pojąć ani ujarzmić. Potęga Sześciu.
Po hali rozszedł się pomruk zrozumienia.
- Od niepamiętnych czasów trzymają nas w garści, pewni że nigdy nie poznamy sekretów ich prawdziwej natury. Kazali nazywać siebie „bogami”, a my ochoczo się na to zgodziliśmy.
Powiódł po zgromadzonych błyszczącym okiem.
- Niektórzy twierdzą, że jesteśmy im winni szacunek, że to istoty niebiańskie znające tajemnice wszechświata… Ale to nie szacunek, a strach nie pozwala nam powstać i powiedzieć: dość!
Zgromadzeni słuchali w skupieniu. Wzrok Aldercapta stwardniał.
- Dzisiaj to się zmieni. Dzisiaj chcemy wam zaprezentować broń, która nas wyzwoli. Oto MT X Liberty.
Pułkownik zszedł z podium, a przestrzeń hangaru rozświetliła moc kilkudziesięciu reflektorów. Widownia uniosła się
z krzeseł chcąc lepiej widzieć. Niektórzy podeszli do balustrady wychylając głowy. W dole stalowa podłoga rozsunęła się i dostrzegli wielki kształt. Potężny dźwig uniósł giganta do pozycji stojącej. Stopy umocowano na szynach,
a z pleców odchodził długi, gruby przewód.
- Przysuńcie go bliżej. – mruknął Aldercapt do krótkofalówki.
Maszyna zaczęła wolno sunąć w stronę podium. Zatrzymała się na tyle blisko, że kilku dowódców wykonało płochliwy krok w tył. Dugg odczuł ukłucie satysfakcji. MT X był humanoidem o kanciastych kształtach, liczył 395 metrów wysokości. Martwe, szklane oczy obserwowały zgromadzonych.
- Czy to jest zwykły MT? – zapytał jeden z dowódców. – Tyle, że gigantyczny?
- Z praktycznego punktu widzenia, tak.
- Co ma pan na myśli?
- Metoda konstrukcji jest ta sama, ale użyliśmy stopu bardzo giętkiej stali. Musi być gotowy na znaczne obciążenia, jeśli ma pokonać Hexateon.
- Co ze źródłem zasilania? Pewnie żre prąd na potęgę.
Schneider wyszedł z cienia, a Aldercapt posłał mu porozumiewawcze spojrzenie.
- Zapewne zdziwi państwa kiedy odpowiem, że maszyna jest samowystarczalna.
- Słucham? Jak to możliwe?
- Zasila go materia organiczna.
- To doprawdy ciekawe. Mógłby pan rozwinąć, doktorze?
- Z przyjemnością, ale obawiam się że nic nie zastąpi pokazu na żywo.
Aldercapt uśmiechnął się chytrze.
- Aktywujcie go. – rzucił rozkaz do krótkofalówki.
Szklane ślepia ożyły purpurowym blaskiem i Dugg natychmiast pomyślał
o tamtym szczurze z laboratorium. Szybko odrzucił natrętny obraz.
- Jeden impuls elektryczny wystarczy by aktywować jego mózg. – wyjaśnił Schneider.
- Mózg?
- Tak, mózg zaprojektowany przez mój zespół z Castlemark. Jesteście państwo świadkami najnowocześniejszej technologii jaką zna ten świat.
Maszyna poruszyła mocarnymi ramionami.
- Niech podniesie tamten czołg. – polecił Dugg.
W krótkofalówce coś skrzypnęło i po chwili zobaczyli jak MT pochyla się ,podnosi pojazd zaparkowany w hangarze, po czym stawia go po drugiej stronie szyn. Czołg wyglądał w jego łapach jak kanapka. Rozległy się gromkie brawa.
- Niesamowite, panie pułkowniku!
- Doktorze Schneider, poruszyć takiego giganta samo w sobie jest cudem!
Aldercapt przysunął krótkofalówkę do ust.
- Niech się uwolni z szyn. Pozwólcie mu połazić swobodnie.
MT przykucnął i wypchnął własne stopy z blokady. Płynnymi ruchami przeszedł z lewej na prawą stronę. Jego krokom towarzyszył efekt podobny do lekkiego trzęsienia ziemi. Kilku gości asekuracyjnie przytrzymało się balustrady.
- To oczywiście tylko pokaz mobilności. – oznajmił Aldercapt tubalnie. – Pokaz gotowości bojowej wymaga specjalnego terenu i przygotowań.
- Panie…puł… panie pułkowniku…. – zaskrzeczało w krótkofalówce.
Aldercapt uśmiechnął się przepraszająco i pozwolił Schneiderowi kontynuować przemowę.
- Co jest? Jesteśmy w trakcie prezentacji.
- … materia… wirus… wskaźniki są za… wysokie… zaraz… muszę wyłączyć…
- Niczego nie wyłączaj! – zasyczał Aldercapt.
- Nie możemy… to wychodzi…
Usłyszał odgłos szamotaniny i krzyki. Zaniepokojony zerknął po zebranych, ale nikt niczego nie zauważył. MT stał nieruchomo świdrując ludzi purpurowymi oczami. Tymczasem w pokoju kontrolnym rozgrywał się dramat.
- Co to jest?!!!
- Andy, uciekaj!!!
- Rozwal go!!!
- Nie, nie!!!
Aldercapt usłyszał kilka wystrzałów, a potem zapanowała cisza. Grobowa cisza.
- Techniczny, odbiór.
- Techniczny? Jest tam kto?
Cisza. Odsunął się nieco dalej i wyciągnął komórkę. Pomachał z uśmiechem jednemu ze starszych dowódców, który szukał go wzrokiem.
- Słucham? – odezwał się głos w słuchawce.
- Tu pułkownik Aldercapt. Mamy wypadek w pokoju technicznym. Straciłem kontakt. Wyślijcie oddział, a jak trzeba odetnijcie całe skrzydło.
- I nie zapomnijcie o maskach gazowych. – dodał.
- Tak jest, pułkowniku.
Aldercapt poczuł stróżkę potu wędrującą w dół karku. Odchrząknął, po czym wrócił do gości.
- Ile ich zrobiliście? – zaproszeni nadal nie mogli wyjść z podziwu dla nowej maszyny.
- Sześć sztuk oczywiście.
- Kiedy je wszystkie zobaczymy?
- Na razie testowaliśmy tylko tą jednostkę, ale oczywiście zapraszamy państwa do drugiego hangaru gdzie wszystkie dokują. Ze względów bezpieczeństwa trzymamy je pod ziemią.
Dugg stał z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Przez następnych kilka miesięcy ci wszyscy ludzie zostaną
w Vesperpool by nadzorować testy MT X. Potem pozostanie już tylko przegłosowanie ustawy o wprowadzeniu stanu wyjątkowego oraz oddaniu władzy w ręce armii. Bez Meyerheima i jego dyplomatycznych sztuczek cesarz zrozumie, że nie ma innego wyjścia. Zawierucha wykurzy Sześciu gdziekolwiek się czają i tak wszystko się zacznie. Wojna tysiąclecia. Schneider przywołał jednego z niższych rangą oficerów by oprowadził gości. Sam podszedł do Aldercapta.
- Jakieś problemy?
- Nic do czego nie przywykliśmy.
- Znowu wyciek? – był zdegustowany. – Jakie szkody?
- Jeszcze nie wiem.
- Musimy znowu zmienić procedury.
- Musimy.– wskazał na giganta. – Mam nadzieję, że ten tu nie zacznie działać na własną rękę i nas nie pozabija.
Schneider roześmiał się kwaśno. Krótkofalówka znów ożyła.
- I jak to wygląda? – zapytał Aldercapt.
- Mamy tu trzy ciała i dwa… demony. Sądząc po ciuchach na ziemi, dwóch technicznych transformowało.
„Demony”. Ten termin był już znany wszystkim w bazie i używali go na określenie tego co zostawało z ludzi po bezpośrednim kontakcie z Wirusem X.
- Załatwiliście je?
- Zablokowaliśmy drzwi. Nie wylezą.
- Zagazować. Natychmiast.
- Ale…
- Ciałami zajmiecie się później.
- Rozkaz.
- Potem sprawdźcie gdzie był wyciek.
- Tak jest.
- Niech nie uszkodzą trucheł. Chcę mieć te demony. – oświadczył Schneider.
- Każdy nowy przypadek daje mi zupełnie inne wyniki badań.
- Chciałbym podzielać twój entuzjazm dla nauki.
- Pójdę zabawiać gości. – dodał Aldercapt.
Schneider pokiwał głową. Tym razem to jego telefon zawibrował.
- Idziesz?
- Muszę odebrać. – odparł. – Zacznijcie beze mnie.
- Pospiesz się. – syknął Dugg. – Ja przecież nic nie wiem o tym czarnym kurestwie.
Schneider odszedł spiesznym krokiem. Odebrał dopiero kiedy znalazł się
w wąskim, mało uczęszczanym korytarzu.
- Ktoś złamał pieczęć.
Dobrze znał ten twardy głos.
- Kto?
- Dopiero to ustalamy.
- Coś zniknęło ze skrytki?
- Nie.
- Sensowny powód?
- To wygląda jak ostrzeżenie.
- Kręcił się ktoś ciekawy wokół chaty?
- Nie, ale… znaleźliśmy wczoraj parę dzieciaków w Jaskini Spadającej Gwiazdy.
- Hmm? – zainteresował się Schneider.
- Było w nich coś dziwnego, ale nie wiem czy…
- Sprawdź to.
- To były tylko dzieciaki…
- Sprawdź to i załatw jak trzeba.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Oczywiście. – odparł w końcu głos.
Schneider usłyszał miarowy sygnał.
- Czekaj, mam drugie połączenie.
Dzwonili z Castlemark.
- Cześć, Joe. Co jest?
- Panie doktorze, mamy tu mały problem.
- Tak?
- Nazywa się… Gentiana Florescu.
- Co to za jedna?
- Twierdzi, że jest dziennikarką z Gralean Walker. Papiery ma w porządku, sprawdziłem.
Grealean Walker było brukowcem z resztkami godności, któremu od czasu do czasu zdarzało się publikować prawdę.
- Czego chce?
- Wywiadu z panem.
- Nie mam czasu.
- Tak jej właśnie powiedziałem, a ona na to, że szczególnie interesuje ją pańska bliska współpraca z ministrem obrony.
Schneider przymknął oczy.
- Ma nawet jakieś zdjęcia na dowód. To chyba twarda sztuka. Pomyślałem, że wolałby pan od razu wiedzieć…
- Umów mnie z nią, ale nie w laboratorium.
- A gdzie?
- Pogadaj z dziekanem. Niech załatwi wolną salę na uczelni.
- Dobrze.
- Dzięki, Joe.
Zmienił połączenie.
- Tak jak mówiłem, Collin. Sprawdź te dzieciaki z jaskini. I przygotuj sejf na przenosiny. Będziemy musieli sporządzić nową pieczęć. Do tego czasu sejf pozostanie w Castlemark. Jasne?
- Tak.
- Coś jeszcze?
- Nie.
- To zrób zdjęcie pieczęci i mi prześlij.
Nie minęło kilka minut, a Schneider otrzymał fotografię. Obrócił komórkę by lepiej widzieć i poprawił okulary. Magiczne symbole, które tak pieczołowicie nakreślił, były zdezintegrowane i wyglądały jak puzzle rozrzucone przez krnąbrnego dzieciaka. W okolicach uchwytu, który otwierał drzwi do właściwego sejfu z kodem, widniały nadpalone ślady. Schneider w mig pojął, że Collin się mylił. Pieczęć nie została złamana. Ona po prostu zadziałała. Błyskawicznie wybrał numer Łowcy.
- Sprawdź tych gówniarzy. Sprawdź ich cholernie dokładnie i informuj mnie na bieżąco.
- Oglądnąłeś zdjęcie?
- Tak.
- I co sądzisz?
- Sądzę, że jeden z „nich” was odwiedził.
Ostatnio zmieniany: 2017/04/01 10:23 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/04/12 05:39 - 2017/04/12 05:47 #11287 przez Lacus Clyne
Rozdział 4. Skomplikowane relacje

- Jeśli dobrze zrozumiałam masz teraz psa?
Ellie pokiwała głową w zamyśleniu. Siedziały z Suzie w uczelnianej jadłodajni i właśnie kończyły posiłek. Przerwa obiadowa też wolno dobiegała końca.
- W życiu nie sądziłam, że zostaniesz psią mamą.
- Sam przylazł. Co miałam z nim zrobić?
- Jesteś pewna, że jest… no wiesz, zdrowy?
- Matka wzięła go do weterynarza. Zdążyła mu też nadać imię.
- Jakie?
- Umbra.
Suzie zmarszczyła brwi.
- Umbra? Czekaj, a to nie była czasem ta piosenkarka …
- Ta sama!
- Umbra Anabelle.
- Kurczę, ona była popularna jakieś sto lat temu…Zaraz, ale ten pies to przecież facet.
- Imię niezbyt szczęśliwe, ale jakoś dziwnie do niego pasuje.
- Nie mówiłaś czasem, że to imbecyl?
- Mhmm… Ale wywęszył mnie tamtego dnia, mimo że skorzystałam z metra.
- Może kupił bilet i wsiadł do drugiego wagonu?
Obie zachichotały. Ellie skubnęła frytkę.
- Nie powinnaś tego jeść.
- Dlaczego? – zdębiała.
- Bo możesz przytyć i twój nowy przyjaciel poczuje się rozczarowany. – Suzie uśmiechnęła się chytrze.
- Nowy przyjaciel? Umbra?
- Nie zgrywaj się. Mam na myśli tego faceta, z którym ostatnio spędzasz sporo czasu.
- Wiem z dobrego źródła. – dodała spiesznie.
- Źródło nie nazywa się czasem Marcus?
- Nieistotne. Istotne, że kogoś masz i nie raczyłaś nic powiedzieć.
- Nie mam nikogo.
- Ellie, daj spokój. – Suzie przewróciła oczami. – To normalne w naszym wieku. Może coś z tego wyjdzie, a może nie. W każdym razie miłe wspomnienia pozostaną na zawsze.
Ellie zrobiła skwaszoną minę.
- No więc? Jaki on jest? – Suzie wyczekiwała rewelacji.
- Naprawdę…
- Jaki on jest? No dawaj. Ile ma lat, jakie nosi ciuchy? Wiem, że jeździ niezłą furą…
- Ja naprawdę się z nim nie spotykam. Poza tym…
- Podoba ci się?
Ellie złapała kilka frytek i wrzuciła naraz do ust.
- On ci się na serio podoba.- stwierdziła poważnie Suzie.
- Nie… to znaczy… Nie wiem jak to powiedzieć. – wzruszyła ramionami. – To i tak bez znaczenia. Od dwóch tygodni nie dał znaku życia.
- Auć.
Suzie wypiła resztkę niebieskiego Jetty’s i spojrzała na nią.
- Może jest zajęty?
- Jak powiedziałam, to bez znaczenia. Nie spotykam się z nim. Nawet o nim nie myślę.
- Aha. To dlaczego ostatnio odpływasz gdzieś myślami zupełnie jak Kate?
- Może dojrzewam?
- Jasne. – rzuciła Suzie z przekąsem. – Chodź. Koniec przerwy. Chcę złapać tylne miejsca na wykładzie, bo inaczej umrę z nudów.
Ledwie Ellie wstała, dziewczyna przylgnęła do jej ramienia jak pijawka.
- Ostatnie pytanie: jest przystojny?
- Eh…
- Aż tak?
- Ujdzie.
- Ty kłamco. Musi być zabójczo przystojny. – śmiejąc się wyszły na korytarz, gdzie tłum studentów kotłował się czekając na zajęcia. Ellie potrąciła kogoś niechcący.
- Przepraszam. – bąknęła.
Zobaczyła czarnowłosą kobietę o drobnej budowie. Miała twarz porcelanowej lalki, a małe dłonie ściskały gruby segregator. Nosiła stylowy czarnobiały kostium i Ellie od razy pomyślała o pokazach mody, które Helen lubiła czasem oglądać w TV.
- Nic się nie stało. – głos nieznajomej przywodził na myśl tysiące dzwoneczków uczepionych sań pędzących po śniegu. Było w nim coś natchnionego, coś nieskazitelnego. Obie dziewczyny przystanęły jak zaczarowane.
- Czy mogłabym wam zadać pytanie?
- Oczywiście.
- Uczycie się tutaj?
- Tak.
Przeleciała wzrokiem po Suzie, po czym zatrzymała się na Ellie.
- Którędy droga do zachodniego skrzydła? Muszę znaleźć salę… C172.
Suzie pierwsza skojarzyła.
- Wydaje mi się, że wystarczy iść prosto, a potem skręcić prawo. O, tam. – wskazała kierunek, a kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Wybaczcie, nie przedstawiłam się. Jestem Gentiana. Pracuję dla Gralean Walker.
- Dziennikarka? – Ellie ocknęła się z zadumy.
- Tak. – Gentiana skinęła drobną głową.
- Czy coś się stało?
- Nie. – poruszyła się lekko, ale jej twarz pozostała nieodgadniona. – Jestem tu by przeprowadzić rutynowy wywiad
z doktorem Schneiderem… No, proszę. O wilku mowa.
Chudy mężczyzna w okularach i białym kitlu zmierzał ku nim przez załadowany korytarz. Wykładowcy oraz niektórzy studenci witali go z nabożnym szacunkiem. Gentiana patrzyła na niego nieruchomymi oczami i coś w zacięciu jej ust oraz nieznacznym rozwarciu nozdrzy powiedziało Ellie, że ta kobieta szczerze nienawidzi pierwszego naukowca Solheim.

* * *
Schneider przeciskał się przez tłum studentów, po tym jak otrzymał informację, że przybyła dziennikarka z Gralei. Udało mu się odwlec to spotkanie na tyle na ile mógł, ale teraz musiał wreszcie stanąć z nią twarzą w twarz. Kiedy ją dostrzegł dwie rzeczy go zdziwiły. Przede wszystkim była bardzo młoda. Wywiad mógł okazać się dużo łatwiejszy niż sądził. Po drugie stała z dwiema studentkami. Jednej Schneider w ogóle nie kojarzył, ale druga dziewczyna była mu doskonale znana. Przybrana córka szefa ochrony Castlemark i jedna z trójki dzieciaków, które nawiedziły obóz Collina zanim coś aktywowało antymagiczną pieczęć. Przypadek? Schneider nie wierzył w przypadki. Sprawdził ją bardzo dokładnie. Miała na imię Ellen, ale wszyscy znali ją jako Ellie. Ojciec, inżynier, zginął 7 lat temu pod kołami tira. Niezła uczennica, ale nie rewelacyjna. Pewne problemy wychowawcze i wybuchy agresji. Mało popularna wśród studentów i wykładowców. Innymi słowy nic specjalnego. Jednak to jej odciski palców znaleźli w chacie. Tylko jej. Stało to w sprzeczności z wersją Collina, że po chacie buszował jeszcze jakiś chłopak. I nie był to ten czarnoskóry kurier, którego nazwisko powiązali z kilkoma obławami policji. Mogli przymknąć te dzieciaki choćby na podstawie poszlak, ale Schneider obawiał się, że spłoszą prawdziwą zwierzynę. Kim był ten trzeci? Jedyny o którym nic nie znaleźli. Groźny uśmiech czaił mu się w kącikach ust, gdy podchodził do kobiet.
- Pani Gentiana Florescu?
- Doktor Schneider.
- Bardzo mi miło.
- Mnie również.
Kątem oka dostrzegł, że obie studentki wycofują się. Zignorował je i wskazał dziennikarce drogę.
- Proszę tędy.
- Wiem, że bardzo natrętnie dopominałam się o wywiad, ale jest pan zupełnie nieuchwytny.
- Za dużo obowiązków. A jak minęła podróż z Gralei? Zadomowiła się już pani w Taelpar City?
- Można tak powiedzieć.
- To piękne miasto. Jest tu wiele atrakcji.
- Nie wątpię.
Weszli do pustej sali laboratoryjnej. Schneider wskazał jej krzesło. Gentiana szybko zajęła miejsce. Sam musiał zapiąć szczelnie kitel i postawić kołnierz, bo w klasie było lodowato.
- Niech mnie, prawdziwy biegun. – mruknął. – Momencik, włączę ogrzewanie.
Uśmiechnęła się cierpko. Chwilę majstrował przy grzejniku, aż w końcu rozkręcił go na maximum. Zajął miejsce naprzeciw Gentiany. Wyglądali bardziej jak nauczyciel i studentka podczas egzaminu niż jak równi sobie partnerzy do rozmowy.
- Zaczynajmy. O co chciałaby pani zapytać?

* * *
Telefon rozdzwonił się w środku nocy. Ekran komórki informował, że numer jest zastrzeżony.
- Słucham…?
- Zakończyliśmy pierwszą fazę. Nadal nic nie mamy. Chcemy uzyskać autoryzację fazy drugiej.
- Zupełnie nic nie macie?
- Zupełnie. Facet jest czysty jak łza.
- Rodzice po sześćdziesiątce. Mieszkają w Altissi. Zwykli nauczyciele, oboje na emeryturze.
- Dziewczyna, kochanka?
- Nikt o kim nam wiadomo.
- Byli współpracownicy? Szefowie? Ktoś go chyba znał zanim pojawił się
w Wieży.
- Owszem znaleźliśmy ślady w biurze gildii handlowej w Altissi. Pracował tam przez kilka lat, nieskazitelna opinia. Wcześniej odbył służbę w armii i ukończył ją z honorami…
- Wiem o tym. Jestem ministrem obrony, do cholery.
- Faza druga?
- Autoryzuję… Niech to szlag.
- Proszę się nie martwić. Zadbamy o wszystko.
- Jak na razie macie mierne wyniki. Zróbcie mi tą przyjemność i nie dzwońce dopóki nie będziecie mieć czegoś pozytywnego do zakomunikowania.
Rozłączył się i rzucił komórkę na dywan.
- Dugg? – rozległo się westchnienie.
Żona przekręciła się na drugi bok.
- Coś się stało, Dugg? Kto dzwonił?
- Nikt, nikt. – Aldercapt poklepał ją uspokajająco po ramieniu. – Sprawy służbowe.
- Jest środek nocy, kochanie. Śpijmy, dobrze?
- Jasne.
Padł z powrotem na łóżko, ale nie mógł zasnąć. Był tak blisko zlikwidowania Meyerheima, a z drugiej strony cel wciąż umykał. Teraz nie mógł sobie pozwolić na błąd, ani na chwilę słabości.

* * *
Tobias Meyerheim zwykle kończył pracę bardzo późno. Mieszkał w luksusowym apartamentowcu na obrzeżach Pierwszej Dzielnicy. Tej nocy wybiła dokładnie pierwsza, gdy jego auto zaparkował w podziemnym garażu. Skinął uprzejmie stróżowi, po czym wsiadł do windy. Mieszkał na 16 piętrze skąd rozpościerał się przyjemny widok na okolicę. Coś musiało przykuć jego uwagę tuż po tym jak otworzył drzwi, bo stanął w ciemnym korytarzu nasłuchując. Cisza była wręcz namacalna. Zapalił światło i zrzucił wierzchnie ubranie. A więc to już. Nie pozostało zbyt wiele czasu. Apartament miał dwa poziomy. Urządzono go ze smakiem w stylu minimalistycznym. Tobias rzadko tu bawił, ale wiedział że dzisiejsza noc będzie wyjątkowa. Wiedział, że musi wejść w swoją rolę jeszcze mocniej niż zwykle. Wziął głęboki oddech. W łazience odkręcił kurek i czekając aż wanna się wypełni wyszedł na taras. Posiadał wiklinowe krzesła, parasol ogrodowy, a nawet przenośny grill. Zabawne, że nigdy ich nie użył. Szczupłą dłonią przeczesał blond włosy. Miał na sobie tylko jeansy i rozpiętą bawełnianą koszulę. Nocny wiatr muskał jego umięśnioną klatkę piersiową. Przypominał posąg o idealnych proporcjach. Ile to już lat obracał się pod tą postacią wśród ludzi? Dziesięć, może dwadzieścia? Wrócił do łazienki, po czym zakręcił kran. Rozebrał się i wszedł do wody. Ludzkie ciało ciekawie reagowało na pewne bodźce zewnętrzne. Lubił to uczucie. Przymknął oczy w rozmarzeniu, a kiedy wreszcie wyszedł z wanny na zegarze dochodziła trzecia. Ubrał się, po czym stanął przy oknie. Weźmie na siebie cały ciężar tej sprawy. Jak zawsze.
Weszli do apartamentu bezszelestnie. Profesjonaliści. Nie mogli wiedzieć, że słyszy każdy ich krok i oddech, że ich oczekuje. Szybko przemieszczali się z pokoju do pokoju, aż dotarli do salonu gdzie stał. Musiał użyć całych swoich zdolności aktorskich by udać, że chloroform na niego zadziałał. Upadł ciężko na drewnianą podłogę. Napastnicy byli zamaskowani. Od stóp do głów ubrani na czarno. Jeden z ludzi sprawdził mu tętno. Potem zaczęli krzątać się po mieszkaniu. Przeczesali wszystkie szuflady i szafy. Kiedy skończyli ktoś powiedział:
- Nic tu nie ma. Czas na małe przedstawienie.
- Zróbcie tak, żeby było wiarygodne.
- Czy ja to robię pierwszy raz?
- Zamknijcie się i do roboty.

* * *
Ellie trzymała probówkę pod bieżącą wodą czekając aż strumień zmyje resztki zawiesiny. Było wczesne piątkowe popołudnie. Zajęcia dawno się skończyły, ale dziś wypadała jej kolei sprzątania klasy. Suzie miała randkę więc nie mogła jej towarzyszyć. Laboratorium chemiczne było długim prostokątem wyposażonym w rzędy dwudziestu stanowisk poprzedzielanych wysokimi regałami, na których składowano mikroskopy, pipety, lejki i inne narzędzia tortur. Krach! Probówka roztrzaskała się na pół wpadając do zlewu.
- Niech mnie…- Ellie sięgnęła by usunąć szkło, a ostra krawędź przecięła jej palec. Drobne krople krwi znikały szybko w odpływie. Nagle za sobą usłyszała trzask. Nasłuchiwała przez moment, po czym zajęła się opatrywaniem skaleczenia. Kolejny odgłos. Tym razem przesuwanego krzesła. Ellie wynurzyła się z zaplecza i popatrzyła po sali. Zmarszczyła brwi. Ponieważ nie zaobserwowała niczego podejrzanego, wróciła do czyszczenia aparatury. Trzask, szuranie oraz cichy chichot sprawiły, że prawie podskoczyła.
- Kto tu jest? – zamknęła drzwi zaplecza. Chwyciła długą miotłę i dokładnie przeczesała każdy kąt. Laboratorium było puste. Musiała mieć halucynacje. Nagle tuż za nią rozległo się pukanie.
- Można? – to był David.
- Jasne. – rozłożyła bezradnie ręce.
Miał na sobie mundur ochroniarza. Ellie dostrzegła krótkofalówkę w kieszeni.
- Praca po godzinach?
- Mam sprzątnąć bałagan po eksperymencie. – wyjaśniła.
- Miotłą?
Zaśmiała się ironicznie.
- Wydawało mi się, że coś tu było. Zwykłe przywidzenie.
Pokiwał głową.
- Wielu studentów mi to ostatnio zgłasza.
- To znaczy co? – spytała zaskoczona.
- Dziwne odgłosy. Szuranie, chrobotanie, zgrzytanie. A winowajcy ani śladu. Niektórzy mówią też, że coś widzieli…
- Co?
- Nie są w stanie określić.
Zawahała się.
- Prawdopodobnie mamy tu w Castlemark gniazdo sprytnych szczurów. Dopóki ich nie namierzymy będą swobodnie buszować.
- Czyli teraz zostałeś szczurołapem?
- Wierzę, że tak naprawdę szanujesz moją pracę, Ellie.
- Wierz sobie w co chcesz…
Ugryzła się w język.
- W każdym razie przyszedłem sprawdzić czy wszystko u ciebie ok.
- Misja zakończona. Wszystko ok.
David uśmiechnął się nieco bezsilnie.
- Nie obawiaj się. Od jutra nie będziesz mnie już widywać w szkole.
W milczeniu czekała na dalsze rewelacje.
- Przenoszą mnie.
- Gdzie?
- Do laboratorium.
- To jakiś żart? Laboratorium stoi za tą samą bramą.
- Będę spędzał masę czasu pod ziemią.
- A, czyli dostałeś ważne zadanie.
- Laboratorium to jednostka wojskowa, dlatego świetnie płacą.
- I zrobiłeś to dla pieniędzy? – zapytała chytrze.
- Nie tylko.
Przerywany głos odezwał się w krótkofalówce. David pochwycił urządzenie.
- Zaraz tam będę. Bez odbioru.
- Muszę iść. – zwrócił się do Ellie. – O której zamierzasz wrócić do domu?
- Nie wiem. Może wcześnie, może bardzo późno.
David westchnął.
- Rozumiem. Baw się dobrze.
Wyszedł zamykając za sobą drzwi. Klasę znów oblekła cisza. Ostatnie słowa Davida zawisły w powietrzu niczym kiepski żart. Rozejrzała się po pustym pomieszczeniu i ze złością cisnęła miotłę w kąt.
Kiedy chwilę później wyszła na dziedziniec uczelni, zauważyła lekkie poruszenie. Nieliczni o tej porze studenci stali
w grupie zerkając w stronę bramy.
- Kto to jest?
- Na pewno nie jeden z nas. Zauważyłbym go wcześniej.
- O mamo, co za auto…
- Podlizuj się dalej dziekanowi to może ci takie kupi.
Ellie poprawiła torbę na ramieniu, po czym ruszyła żwawo w stronę wyjścia. Nagły poryw wiatru wepchnął jej kilka kosmyków do oczu, a kiedy uporała się z niesfornymi włosami, zobaczyła go. Stał za bramą nonszalancko oparty
o swój czarny samochód. Ten sam, który widziała po raz pierwszy z Marcusem za kierownicą. Nosił kurtkę koloru khaki, ciemne spodnie i palił papierosa. Zesztywniała w zupełnie naturalnej reakcji. Odzyskawszy panowanie nad sobą minęła bramę i skierowała się w przeciwną stronę. Jeśli tylko uda się szybko dotrzeć do stacji metra, może
w ogóle jej nie zauważy. Tuż obok usłyszała cichy odgłos silnika.
- Postanowiłaś mnie ignorować?
Samochód zrównał się z nią, a Aiden wystawił głowę przez otwarte okno.
- To niebezpieczne prowadzić i rozmawiać jednocześnie.
Roześmiał się szczerze.
- To wsiądź do auta.
- Nie mam ochoty.
- Dlaczego?
- Mam masę projektów do napisania i…
- Dzisiaj jest piątek. – zauważył trzeźwo.
- I nie mam przy sobie tamtego parasola.
- Aha.
- Sądziłam, że już się nie pojawisz.
Patrzył na nią dziwnie zaintrygowany.
- Przecież powiedziałem, że cię znajdę.
- Ale nie sądziłam, że zajmie ci to aż tyle czasu.
- Przepraszam. Byłem naprawdę zajęty. – mrugnął do niej.
- Czym? – zapytała przystając.
- Czymś… ważnym. – wyszczerzył się odsłaniając swoje zęby, białe niczym kość słoniowa.
Westchnęła.
- W ten sposób nigdzie nie dojdziemy.
- A wybieramy się gdzieś?
Przechodnie zaczęli zerkać ciekawie w stronę samochodu i Ellie. Sądzili pewnie, że jakaś ważna figura zawitała do Castlemark.
- Słuchaj, idę złapać metro. Jeśli chcesz ten parasol to…
Szybkim ruchem otworzył drzwi.
- Wsiadaj. – rozkazał łagodnie.
Przyjrzała mu się badawczo.
- A co jeśli nie wsiądę?
- Mogę cię do tego zmusić. – oznajmił na wpół żartobliwie.
- Serio? – zakpiła.
- Z palcem w nosie.
- Nie wierzę ci.
- Mógłbym cię zmusić do zrobienia wszystkiego o czym tylko pomyślę. – jego oczy wydawały się głębokie jak studnie bez dna.
- Bzdura.
- Ale po co miałbym to zrobić skoro sama chcesz teraz usiąść obok mnie?
Ciśnienie uderzyło jej do głowy, ale nie dała tego po sobie poznać.
- I pewnie zaraz mi powiesz, że umiesz czytać w myślach?
- Czemu nie.
Wyciągnął do niej rękę.
- Wsiadaj. Chcę ci pokazać pewne miejsce.
Ellie ostatni raz omiotła wzrokiem budynek stacji, po czym zrobiła co chciał zamykając oczy jak przy skoku
w przepaść.

* * *
Jechali długo przez niezamieszkane tereny. Słońce zniżyło się na niebie barwiąc pierzaste chmury łososiowym odcieniem. Taelpar City majaczyło z tyłu wśród bezludnych pustkowi. Aiden nie odezwał się ani słowem, ale z tego co sama wywnioskowała zmierzali w stronę morza.
- Nie mów, że planujesz wywieźć mnie do Altissi. – przerwała milczenie.
Zaśmiał się szczerze.
- Może kiedyś.
Skręcili w prawo i dziewczyna zauważyła, że tutaj droga nie jest już w tak dobrym stanie. Aiden zwolnił by auto przetrzymało slalom po wertepach. Minęli stację benzynową. Drogowskaz wygięty. Okna sklepu wybite. Dystrybutory przerdzewiałe i ani żywego ducha.
- Co to za miejsce? – wzdrygnęła się.
- Nie ma go na mapie.
Ellie zobaczyła przystanek autobusowy. Prezentował się podobnie do stacji paliw.
- Byłaś kiedyś w mieście duchów? – zapytał Aiden.
Auto stanęło i oboje wysiedli. Wiatr wzniecał tumany kurzu, które unosiły się, po czym opadały nad sfatygowanym ogrodzeniem. Ellie wciąż mogła przeczytać wyblakłą od słońca tablicę: WSTĘP WZBRONIONY. ZAGROŻENIE KATASTROFĄ BUDOWLANĄ. W oddali majaczyły budynki oraz ulica z zaparkowanymi po bokach samochodami. Większość z nich nie miała opon.
- Czy to… jakieś miasto?
- Kiedyś nim było. Dzisiaj to tylko pustkowie.
- Co tu się stało?
- Chodź. – znalazł wyrwę w splątanym ogrodzeniu.
- Czy to bezpieczne?
- Tak. Względnie.
Podążyła za nim rozglądając się wokół szeroko otwartymi oczami. Znajdowali się na dwupasmowej ulicy, przy której stały budynki mieszkalne. Albo raczej to co z nich zostało. Pozbawione szyb okna zionęły czernią, szkielety samochodów dosłownie rozpadały się na ich oczach, a warstwa rdzawego kurzu pokrywała jezdnię. Kolejna sfatygowana tablica informowała: LESTALLUM WITA.
- Lestallum? Znam tę nazwę. – zerknęła podejrzliwie na Aidena. – Słyszałam, że chcą zbudować coś takiego na północ od Taelpar.
Skinął głową.
- To było pierwsze Lestallum.
- Gdzie się podziali mieszkańcy?
- Odeszli. – wzruszył ramionami i nim zdążyła zaprotestować zaczął iść szybko wzdłuż ulicy.
- Tam jest centrum. – wskazał palcem na przód.
- Co mamy tu niby robić?
- Zobaczysz.
Bez dalszych protestów zaczęła iść próbując dotrzymać mu kroku. Obok nich wyrósł supermarket i sklep odzieżowy. Rdzawe wózki porzucono byle gdzie,
a manekinom na wystawie brakowało głów, rąk lub innych kończyn. To był smutny widok. Przed okazałym hotelem piętrzyły się stare bagaże i torby zostawione jakby w popłochu. Większość leżała otwarta. Złodzieje na pewno mieli co robić w takim miejscu. Dotarli do punktu, który przypominał plac. Stała na nim szkoła z rozległym parkingiem, gdzie stacjonowało kilka autokarów. Jeden był przewrócony do góry kołami.
- Taelpar City… - przeczytała na jednym z pojazdów. – Gralea… Altissia… Ci ludzie chcieli uciekać?
- Większości się udało.
- Większości?
Wskazał ręką na coś u góry. Z dachu budynku szkoły zwisała plandeka, a na niej napisano wielkimi literami:
W CIĄGU 24 GODZIN W LESTALLUM UŻYTY ZOSTANIE GAZ BOJOWY, ABY WYELIMINOWAĆ ZAGROŻENIE. UPRASZA SIĘ MIESZKAŃCÓW O NATYCHMIASTOWE OPUSZCZENIE GRANIC MIASTA.
- Gaz bojowy? Zagrożenie? Co to ma być?
- Kto to wie… - zamyślił się Aiden przysiadając na krawężniku.
- Kiedy to wszystko miało miejsce?
- Ponad dziesięć lat temu. Tak sądzę.
- Nie przyszło ci do głowy, że zagrożenie może tu dalej być?
- Nie ma go. O ile będziesz się trzymać blisko mnie.
- Po co tu przyjechaliśmy?
- Lubię to miejsce.
Zatkało ją.
- Serio? Z tymi ruderami i rupieciarnią?
- Nie. Dlatego, że nikogo tu nie ma. I nikt tu nie przyjdzie.
Wstał energicznie, po czym skinął na Ellie.
- Chodź. Musisz zobaczyć hotel.
Z przodu budynek przypominał antyczną świątynię. W środku powitały ich popękane schody i recepcja zarośnięta pnącym bluszczem. Aiden usiadł na zakurzonym blacie obserwując reakcję Ellie. Spojrzała do góry. Kryształowy żyrandol nadgryzł ząb czasu, ale wciąż robił wrażenie.
- Wow. Widziałeś to kiedyś?
- Hmm?
- To miejsce. Zanim trafił je szlag.
- Tak i uważam, że teraz wygląda znacznie lepiej.
Nie mogła być pewna czy żartuje, czy mówi serio. Aiden wskoczył za ladę recepcji. Chrząknął nieco teatralnie stukając w blat.
- Zostaje pani u nas na dzisiejszą noc?
Ellie zatkało na sekundę, po czym uśmiechnęła się z mieszanką politowania
i autentycznego rozbawienia.
- Jeszcze nie zdecydowałam.
- Obawiam się, że apartament prezydencki jest w opłakanym stanie, ale na pewno znajdziemy dla pani coś odpowiedniego.
- Oddaję się w wasze ręce.
- Naprawdę?
- Cóż, jeśli chodzi o wybór pokoju… ma się rozumieć.
- Czy można wziąć pani bagaże? – podszedł i musnął delikatnie dłoń Ellie.
- Głupie, co nie? – roześmiał się. – Chodźmy do szkoły.
Pociągnął ją za rękę. Na zewnątrz słońce wolno chyliło się ku zachodowi. Szkoła była wielka. Dużo większa, niż hotel.
- Powiesz mi wreszcie co tutaj zaszło? – zapytała Ellie kiedy znaleźli się w ciemnym korytarzu. Oboje zapalili latarki
w komórkach. Szkoła prezentowała się naprawdę upiornie. Zupełnie jak w filmach o nawiedzonych miejscach.
Z sufitu zwisały pogięte przewody.
- Balouve. – odparł Aiden.
- Kopalnia Balouve?
- Lestallum to było górnicze miasto zbudowane dla pracowników Balouve,
a oni…
- Zniknęli. – dokończyła Ellie czując jak dreszcz przebiega jej po plecach.
- Niezupełnie.
- Co masz na myśli?
- Słyszałem, że znaleźli coś pod ziemią, a potem zaczęli chorować.
- Chorować?
- Zmieniać się.
Ellie niewiele z tego rozumiała.
- Nikt nie wiedział co jest grane więc wywieźli stąd zdrowych.
- A chorych… zagazowali?
Aiden roześmiał się cicho.
- Nie mam pojęcia. Po użyciu gazu poddali to miejsce kwarantannie i ogłosili bezpiecznym, ale nikt nie chciał wracać.
- Przez złą sławę?
- Złą sławę i złe wspomnienia.
- Dlaczego nigdy nie słyszałam o tym miejscu?
- Balouve było porażką. Sama dopowiedz sobie resztę.
Położył jej rękę na ramieniu.
- Bez obaw. Nikogo tu teraz nie ma.
Przeszli obok ściany, na której piętrzyły się puchary zdobyte przez szkolne drużyny sportowe.
- Nie przepadam za ludźmi. – oznajmił Aiden z rozbrajającą szczerością.
- Właściwie to ich nie cierpię. Dlatego lubię spędzać tutaj czas.
- W Tapioce sprawiałeś inne wrażenie?
- To moja praca. Mogę się zmieniać jak kameleon, wiesz? – przekrzywił żartobliwie głowę.
- Teraz chyba rozumiesz. – dodał poważnie.
- Rozumiem, ale dlaczego tak ponure miejsce?
- Nie ponure tylko zaniedbane. – wzruszył ramionami.
Otworzył skrzypiące drzwi i weszli do jednej z klas.
- Laboratorium chemiczne. – mruknęła Ellie widząc stare mikroskop
i pojemniki. – Pół dnia spędziłam dzisiaj w podobnym środowisku…
- Wybacz. Inne sale są w fatalnym stanie.
Zajął miejsce w ławce posyłając jej dwuznaczne spojrzenie.
- No to jak? Czego dziś się nauczymy, pani profesor? – zabębnił palcami o blat.
- Że nie powinno się wchodzić do miejsc oznaczonych „wstęp wzbroniony”?
- Nuda. – mruknął zdegustowany. – Poza tym to klasa chemiczna.
- Przykro mi, ale nawet małpa wie o chemii więcej niż ja. – przyznała Ellie patrząc na wyblakłą tablicę symboli.
- Postaraj się. Skup się. – naciskał Aiden. – O, a to co?
Poszperał dłonią pod ławką i wyjął pożółkły zeszyt.
- Notatnik?
- Raczej czyjś dziennik. – przerzucił niedbale kartki i podał jej. – Masz. Na pamiątkę.
Wzięła zeszyt lekko zaskoczona.
- Kto wie? Może znajdziesz w nim coś ciekawego.
Milczeli przez chwilę, a Ellie szybko kartkowała znalezisko. Kiedy znów spojrzała w stronę Aidena, cienie rzucane przez zachodzące słońce wydłużyły się pełznąc po odrapanej ścianie. Połowę jego twarzy skrywał mrok. Odniosła wrażenie, że oczy chłopaka skrzą się w ciemnościach. Zbliżyła się zafascynowana. Musiał dostrzec jej dziwny wyraz twarzy, bo podniósł się gwałtownie. Zjawisko natychmiast ustało.
- Widzę, że nie mam co liczyć na lekcję chemii. – zażartował. – Słońce zachodzi. Czas się zbierać, o ile nie chcemy spędzić tu nocy.
- Raczej… nie. – mruknęła lekko oszołomiona.
Opuścili szkołę, a kiedy wracali tą samą ulicą zauważyła, że wieczór nadal miejscu nowy stopień upiorności. Wszędzie widziała przemykające cienie, a raz czy dwa oglądnęła się słysząc niewyraźny trzask. Odetchnęła dopiero, gdy zapięła pas w samochodzie, a Aiden zapalił silnik.
- Pokazałeś mi swoją piaskownicę. Zadowolony?
- Pewnie. – uśmiechnął się. – Ale ty nie bardzo umiesz się bawić.
- Wybacz, że jestem taka nudna.
- Nigdy tego nie powiedziałem.
- Nie musiałeś. – skwitowała cierpko. – Jeśli podwieziesz mnie do domu, oddam ci parasol i będziemy kwita.
- Jasne.
Ruszyli wzniecając tumany kurzu i zostawiając w tyle ruiny Lestallum. Aiden włączył muzykę. Ledwie Ellie zasłuchała się w głos wokalisty, a na zewnątrz lunął deszcz.
- No, pięknie. – Aiden uruchomił wycieraczki.
- Co robiłeś przez ostatnie dwa tygodnie? – zapytała znienacka. – Tak na serio.
- Tak na serio, to czy już jesteśmy na takim etapie, że możesz żądać ode mnie sprawozdań?
Zbił ją z tropu.
- Hmm… a zmierzamy tam w ogóle?
- Nie sądzę. – odparł krótko.
Nie odezwali się do siebie więcej, dopóki nie minęli punkty kontrolnego Taelpar City. Aiden poprawił się za kierownicą.
- David nie będzie miał nic przeciwko?
- Przeciwko czemu?
- Że wejdę z tobą do domu?
- A zamierzasz wejść?
- Jeszcze nie wiem. Jak sądzisz?
- Wszystko mi jedno. – spróbowała udać obojętność.
- Ciężko cię rozgryźć, wiesz? – rzucił po chwili zastanowienia.
- Ciebie również.
Westchnęła z rezygnacją.
- David jest o tej porze w Castlemark, a moja matka jeździ w piątki do sąsiedniej dzielnicy robić paznokcie.
Wydawał się wniebowzięty.
- Czy to propozycja?
- Nie. Stwierdzenie faktu, a zarazem odpowiedź na twoje pytanie.
- Uwielbiam te twoje urocze odpowiedzi. – wybuchnął śmiechem. – Można by nawet ulec wrażeniu, że jesteś cyniczna.
Auto stanęło pod domem Helen i Davida. Wysiedli, a Ellie pobiegła otworzyć drzwi. Kiedy odwróciła się by zawołać Aidena ze zdumieniem odkryła, że ten czeka już w środku przy schodach.
- Szybki jesteś.
- Nie lubię marnować czasu.
- Racja. – zamknęła drzwi i zapaliła światło.
- Ładny dom. – przyznał.
- Nie musisz.
- Mówię całkiem serio.
- Mój pokój jest na górze. – ruszyła schodami, a on podążył za nią jak cień.
- Mieszkasz tu od urodzenia?
- Tak. Mój ojciec go zbudował.
- Sam?
- Nie. Z pomocą firmy budowlanej.
Uśmiechnął się niewinnie. Ellie otworzył drzwi pokoju, a wtedy szara kulka wyskoczyła z niego jak z procy.
- Uważaj! – krzyknęła przypominając sobie nagle co zrobiły Chocobo, gdy znalazł się zbyt blisko nich. Jednak Umbra przypadł do nóg Aidena i zaczął się łasić bardziej jak kot niż pies. Ją samą całkowicie zignorował.
- Zapomniałaś wspomnieć, że masz psa?
- Jest tu od niedawna. Przyplątał się.
Kucnął i pogłaskał łeb Umbry. Szarak prawie odpłynął z radości.
- Miłość od pierwszego wejrzenia.
- Jak ma na imię?
- Umbra. Nie pytaj dlaczego.
- Nie zamierzam. – dał psu znak by usiadł w kącie.
Umbra wykonał rozkaz posłusznie jak mały robocik. Ellie patrzyła na nich oniemiała.
- Masz podejście do psów. Mnie w ogóle nie słucha.
Aiden wszedł i rozglądnął się ciekawie po pokoju.
- Sądziłam, że będzie agresywny jak Chocobo.
Pokręcił głową.
- Umbra to nie jest zwykły pies.
- Nie? – zainteresowała się. – Skoro tak świetnie się z nim dogadujesz, to może wyjaśnisz jakim cudem wytropił mnie od centrum miasta aż tutaj?
- Niektóre psy mają doskonały węch.
- Tak? A jak ty wytropiłeś mnie w Castlemark?
- Doskonały węch. – powtórzył z lekkim rozbawieniem.
Zrezygnowana pokręciła głową. Sięgnęła za biurko z komputerem i podała mu parasol.
- Proszę. I jeszcze raz dziękuję.
- Czyli potrafisz być miła.
Przygryzła dolną wargę. Aiden patrzył na nią w skupieniu. Minuty mijały jedna za drugą, a w jego spojrzeniu dostrzegła coś co sprawiło, że nagle poczuła się dziwnie niezręcznie. Umbra obserwował ich z kąta błyszczącymi oczami. Ellie podejrzewała, że jest gotowy spędzić tam wieczność, dopóki Aiden nie wyda mu rozkazu by wyszedł.
- Znasz tego psa? – spytała głupio.
- Oczywiście, że nie. Skąd takie pytanie?
- Bo wydawało mi się… przywitał cię jak kogoś dawno nie widzianego.
W sumie nie była pewna co jej się tak naprawdę wydawało. Wiedziała tylko, że musi coś mówić zanim Aiden nie zdecyduje się iść. Cisza bywała groźna.
- Na mnie już pora. – rzucił jakby czytając w jej myślach.
- Ładny pokój. – dodał. – Pasuje do ciebie.
- Zaczekaj…
Stał już na progu. Odwrócił się, ale jego twarz nie wyrażała zaskoczenia. Bardziej coś na kształt cienia satysfakcji.
- Zadzwonię do ciebie. – rzucił, po czym już go nie było. Usłyszała jeszcze trzask drzwi na dole, a potem odgłos zapalanego silnika.
- Zadzwonię do ciebie. – powtórzyła jak echo w stronę Umbry. – Przecież on nie ma mojego numeru telefonu.
Pies przekrzywił komicznie łeb. Komórka zawibrowała w kieszeni.
- Co, do cholery?
Umbra szczeknął kilka razy. Przeczytała wiadomość: „158 223 846 – to mój numer. Aiden.” Padła na łóżko, gapiąc się w komórkę i raz po raz czytając wiadomość. Musiał zdobyć jej numer od Marcusa, ale… Wkurzyło ją jaką ulgę odczuła widząc jego imię pod wiadomością. Zagrzebała się w pościeli po same uszy i przymknęła oczy.

* * *
Schneider siedział sam w swoim gabinecie. Wybiła późna godzina i w laboratorium nie pozostał już prawie nikt poza ochroną. Odkąd badania nad Wirusem X przeniesiono do Vesperpool zrobiło się nieco spokojniej. Owszem, duże ilości czarnej materii wydobytej z Balouve wciąż trzymano w chłodniach Castlemark, ale nie tykano ich. Schneider poprawił okulary pochylając się nad skrzynką, którą dostarczyli ludzie Collina. Drzwi klapy z antymagiczną barierą stały oparte o ścianę. Na biurku leżał długi pędzel i rynienka czarnej farby. Sporządził ją według pradawnej druidzkiej receptury: mieszanka węgla, kilku kropli krwi oraz kory drzewnej. Teraz musiał tylko odpowiednio postawić symbole. Ledwie zrobił pierwszą kreskę zadzwonił telefon. Odłożył przybory.
- Schneider, słucham?
- Dawno się nie słyszeliśmy doktorze.
Oparł się biodrem o biurko.
- Charlotte Weissberg, no proszę.
Po drugiej stronie linii usłyszał śmiech. Charlotte była kiedyś jego asystentką, obecnie kierowała wojskowym centrum badań w Gralei. Znajdowała się na najlepszej drodze by w przyszłości zająć miejsce Schneidera. Niecałe dwa tygodnie temu wysłał jej niewielką próbkę Wirusa X licząc, że ten wygimnastykowany umysł odkryje inne ciekawe właściwości tajemniczego organizmu.
- Chciałam zapytać czy możliwy byłby mój przyjazd do Taelpar City?
- Kiedy?
- Jak najszybciej.
- Ho, ho. Masz coś?
- Tak. Myślę, że to pana zainteresuje.
- Szczegóły?
- Jeśli wolo, chciałabym to przedstawić na spotkaniu razem z materiałem dowodowym. Mam przeczucie, że osiągnęliśmy przełom.
Schneider uśmiechnął się pod nosem.
- Wiesz, że nie mogę ci załatwić prezentacji przed dowództwem na podstawie „przeczucia.”
Po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza.
- Czy pamięta pan dolinę niedaleko Gralei, gdzie jak wierzyliśmy eony temu hibernowało jedno z Sześciu?
- Tak. Shiva, zdaje się.
- Dokładnie. Otóż ta dolina wciąż pełna jest odłamków kryształu nieznanego pochodzenia. Mój zespół uważa, że ich źródłem było ciało Shivy.
Schneider słuchał w skupieniu.
- Zaniosłam tam próbki, które mi pan wysłał i wykonałam kilka testów.
- Tak?
- Zachodzi bardzo silna reakcja pomiędzy aurą Sześciu, a Wirusem X.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wirus X może posłużyć nam jako skaner. – determinacja przebijała z głosu Charlotte. – Pułkownik Aldercapt chce czekać aż Sześciu zareaguje na konflikt w cesarstwie. Ja proponuję byśmy ich znaleźli zanim podejmą działania.
- Wirus jest ciężki do opanowania i wysoce zaraźliwy. Wiesz o tym.
- Nie w tak małych ilościach.
- Kto umiałby zbudować te skanery?
- Mój zespół. Opracowaliśmy już wstępnie prototyp.
Schneider usiadł na krześle.
- I co chciałabyś przeskanować?
- Taelpar City, oczywiście. A potem inne duże miasta Eos.
- Nie sądzisz chyba…
- Sześciu zniknęło z mapy świata kilka wieków temu. Od tamtej pory nikt ich nie widział, ale wciąż manifestują swoją obecność.
- Sądzisz, że… ukrywają się wśród nas? – prostota tej idei uderzyła Schneidera.
- Sam pan wie, że gdy nasza technologia była jeszcze w powijakach, pierwsi uczeni Solheim uznali Sześciu za Zmiennokształtnych. Czytałam te prace i ja
w nie wierzę.
- Nie mamy na to dowodów.
- Zmiennokształtni potrafią przybrać formę każdego gatunku, z którym się zetkną.
- To zbyt dalece posunięta teoria. – Schneider podrapał się w czoło. – Sześciu używa Posłańców by komunikować się z ludźmi. Nie potrzebują zjawiać się osobiście.
- Posłańcy? Wątpię czy oni w ogóle istnieją.
Charlotte umilkła, a Schneider gryzł się z myślami. Stając murem za tą wygadaną laborantką ryzykował utratę reputacji. Jednak gdyby jej wynalazek okazał się sukcesem…
- Kiedy możecie przyjechać do Taelpar? Ty i twój zespół?
- Jesteśmy gotowi do drogi nawet dziś.
Schneider zaśmiał się gorzko.
- Byłaś pewna, że się zgodzę, co?
- Tak, byłam pewna.
- W takim razie ruszajcie. Załatwię wam pokaz w Vesperpool. Oby to rzeczywiście miało ręce i nogi.
- Nie zawiodę pana.
Rozłączyli się, a Schneider począł na nowo rysować pieczęć. Robił wszystko zgodnie z wytycznymi, ale dziwnym trafem kreski same się wyginały.
Z pewnością zapomniał o jakimś ważnym szczególe. Z kieszeni kitla wyjął mały klucz i otworzył szufladę biurka. Wewnątrz leżał oprawiony, pożółkły manuskrypt. Odkryli go jeszcze ich pradziadowie w jednym z królewskich grobowców zanim zapadł się zupełnie i zniknął z powierzchni ziemi. Ludzie dawnych wieków musieli wiedzieć całkiem sporo o naturze Sześciu, ale w dzisiejszych czasach wiedza ta albo umykała, albo była boleśnie niekompletna. Wziął lupę i zbliżył twarz do manuskryptu.
- Aha, już wiem. Ta kreska musi biec z dołu do góry, a potem…
Usłyszał trzask i poczuł coś gorącego na twarzy. Gorąc szybko zamienił się we wrzątek. Odniósł wrażenie, że ktoś oblał mu warem prawy policzek. Odskoczył od biurka, a wtedy płomienie buchnęły z manuskryptu. Żywe języki ognia lizały biurko i pełzły w dół ku podłodze.
- O nie!
Wciąż trzymając się za twarz Schneider znalazł alarm przeciwpożarowy. Zbił szybę i wcisnął guzik. Ukryte w suficie zraszacze zaczęły pracować, ale ogień nie słabł. Do gabinetu wpadła ochrona.
- Straż pożarna już tu jedzie! – krzyknął David, a dwóch jego kolegów pomogło Schneiderowi wstać.
- Doktorze, proszę natychmiast opuścić budynek!
David chwycił butlę gaśniczą i rozpylił pianę tam gdzie, jak mu się zdawało, odkrył źródło ognia.
- Strata czasu! – syknął Schneider. – To nie jest normalny ogień!
- Co?!
Płomienie ślizgały się teraz po ścianach i suficie.
- To koniec!!! – wrzasnął David. – Ewakuować wszystkich!!
- Nie! Sejf!! – jęknął Schneider. – Oni chcą mój sejf!!
David chwycił go za ubranie i potrząsnął.
- Mamy pożar!! Chce pan zginąć?! Jazda!! Zabrać go!!
We trzech wywlekli szarpiącego się Schneidera. Ogień wypełzł na korytarz. Za nim podążyła eksplozja, wstrząsając fundamentami budynku. Strażacy byli już na dole i pompowali wodę.
- Na górę z nim!
Schneider musiał być w stanie potężnego szoku.
- Nie opanujemy tego! – sapnął jeden ze strażaków. – Trzeba ewakuować całą uczelnię!
Mężczyźni musieli przekrzykiwać syk ognia.
- Kurwa, jak gorąco!
David miał wrażenie, że ubranie wtapia mu się w skórę.
- Pan tu dowodzi?!
- Tak!
- Niech się pan upewni, że cywile są bezpieczni! Ktoś został na dole?!
- Kilku moich ludzi!
- Będzie dobrze! – strażak poklepał go po ramieniu. – Szybko! Dawać tu wszystkie gaśnice!
Woda chlusnęła szerokimi strumieniami, ale to zdaje się jeszcze bardziej rozsierdziło trzaskające płomienie. Strażacy cofnęli się, a David osłonił oczy. Pot ściekał po czaszce. Nagle dostrzegł coś co sprawiło, że zignorował nawoływania strażaków. Płomienie uformowały kulę ognia, z której wyłonił się niewyraźny kształt. Ludzki kształt. Kroczył majestatycznie wśród pożogi.
- Tam ktoś jest!
- Co?!
- W ogniu ktoś jest!
Dziwna zjawa przystanęła, po czym rozpłynęła się w falującym powietrzu, zabierając ze sobą inferno. Zaległa cisza. Powietrze wypełnił swąd spalenizny. Skamieniali mężczyźni wciąż polewali ściany wodą.
- Zakręcić! Nie ma ognia! Nie widzicie?!
Strażak ruszył ostrożnie na przód. David chciał iść za nim, ale dostał ostrzeżenie.
- Chwilowo ja tu dowodzę.
Ogień strawił gabinet Schneidera i część korytarza. Reszta budynku wydawała się nietknięta. Mężczyzna dotknął ściany.
- I jak szefie?!
- Wrzące jak skurwysyn!
Zbadał strop i podłogę gabinetu. Osmolone, ale ściana konstrukcyjna dobrze trzymała. Ręką przywołał Davida.
- Mieliście szczęście. Pożar trwał za krótko.
- A tamta eksplozja?
- Zaraz to sprawdzimy.
David wszedł ostrożnie do pomieszczenia.
- Wszystko zniszczone. Co wywołało taki pożar?
Strażak wzruszył ramionami.
- Od tego będzie śledztwo.
Zerknął w stronę stalowego sejfu, który wydawał się nienaruszony.
- To o to chodziło doktorowi?
- Na to wygląda.
David podszedł bliżej, ale ledwie dotknął brzegu skrzynka rozsypała się w proch. Zarówno on jak i strażak patrzyli na siebie oniemiali.
- No, takich jaj to jeszcze nie widziałem…
David kucnął i powąchał palec.
- Popiół. Po prostu popiół.

* * *
15:30
Co robisz? Ciągle w szkole? A.

Tak, właśnie główkowałam kiedy się odezwiesz. Ostatnio zeszło ci dwa tygodnie. E.

Tym razem tylko 2 dni. Nowy rekord? A.

A ścigasz się z kimś? E.

Ze wszystkimi facetami w Castlemark? A.

15:40
Kiepski żart. Uspokoję cię, że nie masz konkurencji. Rozczarowany? E.

Nie lubię rywalizacji, źle znoszę stres, LOL. A.

Emotikony? Robimy postępy. A co ty porabiasz? E.

Jak to co? Czekam na moją dziewczynę aż skończy zajęcia. :-) A.

- Ellie! Czy ja czasem nie wyjaśniłem na pierwszym wykładzie mojego stosunku do SMS-owania? Chcesz wylecieć za drzwi? – nauczyciel patrzył prosto na nią.
Szybko wsunęła komórkę do kieszeni dżinsów. Suzie i Kate posłały jej zaciekawione spojrzenia. Nie było sensu zgrywać głupka.
- Przepraszam. To się więcej nie powtórzy.
- Mam nadzieję. – wykładowca wrócił do tablicy i począł kreślić skomplikowany wykres. – Przerysujcie to, proszę. Za moment objaśnię zadanie domowe.
Ellie chwyciła ołówek udając, że robi co kazał. Telefon palił ją w udo jak rozżarzony węgiel. Raz po raz z niecierpliwością zerkała na zegar. Dziesięć minut dzieliło ich od końca zajęć. Dziesięć długich, natrętnych minut. Wykładowca tłumaczył coś, ale ledwie rozumiała poszczególne słowa. Rozglądnęła się wokół. Na tyłach klasy siedział ochroniarz. Nowe procedury bezpieczeństwa po pożarze w laboratorium. Ellie słyszała, że sam dr Schneider został lekko ranny. Nie żeby ją to cokolwiek obchodziło. Helen bardziej się tym przejęła, bo David zarządzał ewakuacją. Dzwonek odezwał się mocnym, przeciągłym dźwiękiem. Dla Ellie brzmiał lepiej, niż chór anielski. Poderwała się szybko, wrzuciła rzeczy do torby i wybiegła z klasy.
- Hej, czekaj! – krzyknęła za nią Suzie. – Idziesz ze mną na zakupy?!
- Później! Dzisiaj mam inne plany!
Suzie wzruszyła ramionami. Ellie przebiegła główny korytarz, a kiedy szła przez dziedziniec zadzwoniła komórka.
- Aiden? – wypaliła.
- Nie, sorry. To tylko Marcus.
- Cholera… O co chodzi?
- Ty mnie pytasz? Suzie twierdzi, że spotykasz się z Aidenem. Co jest grane?
- Nie mam pojęcia o czym gadasz. – naburmuszyła się.
- Wtedy w lesie odniosłem wrażenie, że coś wisi między wami. Hę?
- Bzdura.
- Spotykacie się?
- Czasem.
- Ellie? – ton Marcusa wyrażał lekkie zaniepokojenie. – Chodzisz z nim?
Westchnęła ciężko.
- Dlaczego musisz walić tak prosto z mostu?
- No, nie wiem… jestem twoim kumplem. Poza tym zawsze traktowałem cię jak młodszą siostrę.
Pomiędzy drzewami dostrzegła czarny, opływowy kształt samochodu. Aiden siedział na masce podobnie jak za pierwszym razem w Malmalam Thicket. Sukcesywnie ignorował ciekawskie spojrzenia przechodniów. Bordowa kurtka i czarne spodnie opinały jego szczupłe, muskularne ciało. Wyglądał jak wycięty z magazynu Top Model.
- Ty mnie z nim poznałeś. – powiedziała do telefonu. – Powtarzałeś, że jest w porządku. Więc wszystko ok, prawda?
- Ellie, czy ty się… angażujesz?
- To skomplikowane. Serio. Nie wiem jak to powiedzieć.
Aiden zauważył ją i uśmiechnął się szeroko.
- Pogadamy później.
Rozłączyła się.
Ostatnio zmieniany: 2017/04/12 05:47 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2017/05/11 08:02 - 2017/05/11 08:24 #11294 przez Lacus Clyne
Rozdział 5. Czarna owca


Pamiętnik uczennicy ze starego Lestallum:

12 marca
Dzisiaj były ostatnie lekcje. Od jutra szkoła zostanie zamknięta do odwołania. Większość z nas jest zadowolona – kto by narzekał na drugie wakacje w roku? Jednak każdy czuje, że coś jest nie tak. W sumie 130 osób nie wróciło ze zmiany w Balouve nim zamknęli kopalnię w zeszłym tygodniu. Wśród nich jest ojciec Meg. Widziałam jak codziennie wypytują o niego z matką w Biurze ds. Zarządzania Kryzysem. Mam nadzieję, że nic mu nie jest…

16 marca
Mam dużo wolnego czasu. Za dużo, dlatego próbuję bawić się w detektywa. Podsłuchałam rodziców jak kłócili się, że sprzedaż mieszkania w Taelpar City była głupim pomysłem.

20 marca
Nie wiem co napisać. Meg i jej mama nie żyją. Znaleźli je w ich własnym mieszkaniu.

23 marca
Więcej dziwnych zgonów i zniknięć. Kilkoro z tych ludzi znałam. Dziś przy kolacji było bardzo cicho. Nikt nie miał ochoty rozmawiać.

24 marca
Supermarket i hotel Leville zamknięto. Właściciele opuścili miasto.
W mniejszych sklepach zaczyna brakować produktów. Jak długo jeszcze to potrwa?

25 marca
Wojsko stacjonuje teraz w mieście całą dobę. Patrolują ulice uzbrojeni po zęby. Ogłosili przez radio by nikt nie wychodził po zmroku.

26 marca
Rodzice rozmawiali w kuchni przyciszonymi głosami. Mama płakała.

28 marca
Odwiedził nas dzisiaj jeden z wojskowych. Długo rozmawiał z rodzicami
w salonie. Kiedy wreszcie poszedł ojciec ogłosił, że mamy dwa dni by się spakować i opuścić Lestallum. Wojsko pomoże znam znaleźć nowy dom. Matka chce jechać do Altissi, gdzie mieszka jej siostra, ciotka Laura.

29 marca
Wczoraj w nocy zobaczyłam przez okno dziwne, chude istoty ze szpiczastymi uszami. Włóczyły się po ulicy jak zombie. Jedna z nich przypominała Meg.
A jeśli… to była Meg?

30 marca
To koniec. Opuszczamy Lestallum. Autokar zawiezie nas do portu w Cape Caem, a potem popłyniemy do Altissi. Ojciec mówi, że to nowy start i próbuje udawać zadowolonego. Sam nie ma pojęcia czym się tam zajmie. Jest górnikiem, a nie żeglarzem. Pozwolili nam zabrać tylko jedną dużą torbę na rodzinę, resztę bagaży musimy zostawić. Żołnierz widząc moją minę, podkreśli że wojsko zaopiekuje się naszymi rzeczami. Gdy Lestallum będzie znów bezpieczne, wrócimy na stare śmieci. Cóż… Jakoś mu nie wierzę.

* * *
Wysokie fale rozbijały się o podstawę ołtarza. Wokół rysowało się miasto na wodzie. Wiatr owiewał postać jasnowłosej kobiety. Stała wyprostowana na krawędzi ołtarza dzierżąc trójząb. Spokój i determinacja malujące się na jej twarzy nie współgrały z dzikością fal, które nabierały rozpędu, jakby chciały skruszyć mury i uwięzić ją
w głębinach. Nagle zewsząd zabrzmiał skrzekliwy, nieludzki głos. Mówił językiem, którego nie rozumiał żaden śmiertelnik, ale jasnowłosa zdawała się być nawykła do tej mowy.
- To ja, Lunafreya. Krew Wyroczni. – odpowiedziała ostro. – Przychodzę w imieniu Wybranego. Proszę cię o twoją moc.
Wysoka fala uderzyła z impetem w krawędź ołtarza. Kobieta zachwiała się i wykonała kilka kroków w tył. Nieludzki głos zabrzmiał z nową siłą. Woda podniosła się, a z jej odmętów wystrzelił gigantyczny wąż morski.
- Obiecuję! Obiecuję, że król jest Wybrańcem! I okaże się godzien!
Dziki syk przeciął powietrze i ostro zakończony pysk zbliżył się do kobiety planując ją pożreć.
Ellie obudziła się zlana potem. Usiadła na łóżku dysząc ciężko i dłonią namacała komórkę. Była trzecia nad ranem. Odczekała chwilę aż oczy przyzwyczają się do ciemności, po czym wstała i podeszła do okna. Ulicę zalegała gęsta mgła. Światło latarni padało na chodnik przed domem, gdzie stała szczupła postać w czarnym płaszczu. Wielki kaptur zasłaniał jej twarz. Ellie zacisnęła dłonie na parapecie. Kto urządzał sobie spacery o tej porze? Umbra podniósł się z podłogi, na której drzemał i polizał ją w bosą stopę. Zaskamlał cicho. Tajemnicza postać drgnęła, po czym ruszyła w dół ulicy. Po chwili rozpłynęła się we mgle.

* * *
Olbrzymi statek powietrzny z flagą Solheim zawisł w powietrzu nad bazą w Vesperpool. Silniki przeszły na niższe obroty i kolos wolno szykował się do lądowania.
- Wspaniały, prawda? – Aldercapt obserwował manewry przez lornetkę, stojąc na tarasie budynku dowodzenia.
- Robi wrażenie. – Schneider opierał się o balustradę. – Chociaż ja tam wolę moje mikroby.
Dugg złożył lornetkę i wsunął do kieszeni płaszcza.
- Będzie transportował MT X.
- Wybornie.
Aldercapt przyjrzał mu się badawczo.
- Gdzie nasza jajogłowa drużyna z Gralei?
- Przybyli dzisiaj rano.
- Kiedy dziewczyna zamierza wyjaśnić swój projekt?
- Wieczorem.
- Może być problem. – spojrzał na zegarek. – Za dwie godziny lecę do Taelpar. Cesarz zwołał nadzwyczajne zgromadzenie.
Schneider drgnął zaskoczony.
- Naprawdę chcesz kopać leżącego?
- Nic nie sprawi mi większej satysfakcji. Poza tym cesarz będzie potrzebował wsparcia. Meyerheim przykleił się do niego jak pasożyt, a takie rozstania bywają bardzo bolesne. A kto pierwszy zapewni cesarza o swojej dozgonnej wdzięczności…
- Ten zostanie nowym doradcą. – dokończył Schneider. – Nic nie pasuje do ministra obrony bardziej niż pozycja pierwszej figury w kraju.
- Ha! Zawsze mnie dobrze rozumiałeś.
- Niestety nie wszystko idzie tak dobrze jakbyśmy sobie tego życzyli. – Schnieder dotknął opatrunku na szyi.
- Ustaliliście coś w związku z pożarem?
- Niewiele poza tym, że skończył się równie szybko jak się zaczął.
- Myślisz, że to był…
- Nie ma znaczenia co myślę. – Schneider pobladł lekko.
Aldercapt zmarszczył czoło.
- Ciągle mamy czas.
- Albo tak nam się tylko wydaje.
- Co masz na myśli?
Naukowiec zapatrzył się w przestrzeń szeroko otwartymi oczami, jakby wspomnienie tamtego ognia kilkadziesiąt metrów pod ziemią wciąż go prześladowały.
- Musimy zbudować te skanery, Dugg.
- Zobaczymy.
- Musimy.
- Dobrze. Zrobię co w mojej mocy. – westchnął. – I spróbuję wrócić na prezentację.
Dwóch żołnierzy wmaszerowało na taras.
- Panie pułkowniku! – zasalutowali. – Statek powietrzny gotowy do odlotu.
- Dziękuję. Odmaszerować. Zaraz tam zejdę.
Aldercapt podał Schneiderowi zwój papieru, po czym skinął głową.
- Poczytaj sobie. To jest dziś we wszystkich gazetach.
Wielkie nieostre zdjęcie Tobiasa Meyerheima zdobiło pierwszą stronę.
- „Upadek. Mroczne sekrety drugiej figury w państwie.” – przeczytał Schneider głośno.
Dugg był już na schodach, ale odwrócił się jeszcze i zarechotał:
- To będzie najlepszy dzień tego roku!
Jego śmiech długo jeszcze niósł się echem zanim nie zagłuszył go warkot startującego silnika.

* * *
- Panie Meyerheim, jakiś komentarz?!
- Czy gazety piszą prawdę?!
Tłum dziennikarzy otoczył pierwszego doradcę ledwie ten wysiadł ze służbowego samochodu. Przekrzykiwali
i przepychali jeden drugiego jednocześnie walcząc z ochroną, która trzymała ich na dystans.
- Czy nadal jest pan na stanowisku w Wieży?!
- Cesarz wyda odpowiednie oświadczenie. – głos Tobiasa Meyerheima podobnie jak jego wzrok był nieobecny. Szybkim krokiem wyminął pismaków, po czym wszedł do Wieży. Z tyłu ochrona pilnowała drzwi. Kilka ciekawskich spojrzeń powędrowało za nim, ale nikt nic nie powiedział. Tobias zerknął w stronę małej kawiarni usytuowanej na parterze budynku. Przy jednym ze stolików siedziała czarnowłosa, drobna kobieta.
- Czy ty też zażądasz wywiadu? – zapytał bez emocji podchodząc bliżej.
- Nie. – skwitowała. – Skandale mnie nie interesują.
- Nie powinno cię tu być, Gentiano.
- Wiem, ale mam coś dla ciebie.
- To musi poczekać. Idę na zebranie.
- Wyrzucą cię z Rady. – oświadczyła spokojnie.
- To zakładał mój plan.
- Dlaczego? Kim była ta kobieta?
- Kimś wynajętym przez nich. Muszę iść za ciosem. Tylko tak dowiem się o co im naprawdę chodzi.
- O zlikwidowanie Sześciu i przejęcie władzy nad Solheim? – rozłożyła ręce.
- Czy aby nie szukasz odpowiedzi na coś co jest już oczywiste?
- Gdyby tylko o to chodziło, byłbym spokojny. – spojrzał przez oszkloną ścianę. Na zewnątrz gromadziło się coraz więcej gapiów, którzy zdążyli już przeczytać poranne gazety.
- Nie zostawaj tu za długo.
- Oczywiście.
Odszedł szybkim krokiem, a Gentiana wypiła łyk kawy z małej, porcelanowej filiżanki. Skrzywiła się. Ciecz była ciepła.
Meyerheim wsiadł do windy w towarzystwie kilku urzędników. Natychmiast posypał się grad dwuznacznych spojrzeń. W milczeniu dotarli na wyższe piętro, gdzie przygotowano obrady. Ledwie Tobias otworzył wielkie, dwuskrzydłowe drzwi na sali zaległa cisza. Dugg Aldercapt siedział już na stanowisku pomiędzy innymi ministrami. Stół był długi
i przyokrąglony. Meyerheim zajął pierwsze z brzegu miejsce. Jego wzrok pozostawał nieodgadniony. Szmery rozgorzały na nowo, ale szybko uciszyło je nagłe pojawienie się cesarza. Yonas Abelard Mass wyglądał bardzo dobrze. Wzrok ciskał stanowcze iskry, a pomarszczone policzki nabrały nieco żywszych kolorów. Wszyscy wstali jak na komendę. Cesarz usiadł, po czym gestem nakazał innym by zrobili to samo. Aldercapt poczęstował Tobiasa żmijowym spojrzeniem.
- Rozumiem, że wszyscy są świadomi po co zwołałem to spotkanie. – przemówił Mass. – Wynikł pewien kryzys
i musimy ustalić czy mamy do czynienia z faktem czy z pomówieniem.
Jego wzrok spoczął na Tobiasie.
- Panie Meyerheim. – przybrał oficjalny ton. – Zdaje pan sobie sprawę, że informacje oraz zdjęcia opublikowane przez niemal każdą gazetę w cesarstwie godzą nie tylko w pana dobre imię, ale też w dobre imię tego urzędu?
- Oczywiście. – Meyerheim pokiwał głową.
- Proszę nam powiedzieć coś na swoją obronę. Będziemy mogli natychmiast zacząć dochodzenie kto i dlaczego dopuścił się takich…
- To prawda.
Pokój obrad zamarł. Aldercapt zmrużył oczy i obserwował Tobiasa w skupieniu.
- Wszystko co tutaj napisano jest prawdą. – westchnął Meyerheim. – Z mojej strony mogę jedynie wyrazić ubolewanie oraz przeprosić, że takie informacje zszargały dobre imię cesarstwa.
Aldercapt parsknął nerwowo, ale zostało to zignorowane. Nikły uśmiech satysfakcji zagościł na jego ustach.
- Cóż, w takie sytuacji… cesarz przemyśli teraz dalszy tok działania. – Mass wstał, a razem z nim cała sala.
Władca dał znak Aldercaptowi i kilku innym ministrom by mu towarzyszyli, po czym zniknął za drzwiami. Cała sala szemrała, ale mało kto miał odwagę spojrzeć na Tobiasa Meyerheima. Ten siedział milczący, wyprostowany
z dłońmi opartymi o blat stołu jakby oczekiwał ciosu. Kiedy cesarz wreszcie powrócił jego twarz zdobił stanowczy, zacięty wyraz. Wszyscy stanęli na baczność, oczekując werdyktu.
- Ja, Yonas Abelard Mass, z przykrością ogłaszam, że w świetle tak skandalizujących wydarzeń, z dniem dzisiejszym Tobias Meyerheim zostaje odsunięty od jakichkolwiek funkcji publicznych w Wieży.
Szepty przybrały na sile, ale Mass uniósł ostrzegawczo dłoń.
- Zostaje też zobowiązany do złożenia wszelkich odznaczeń wojskowych
i medali otrzymanych w czasie służby. Wojsko oraz policja zostały zobligowane do przeprowadzenia śledztwa w tej sprawie. Na czas jego trwania zainteresowany otrzymuje zakaz opuszczania Taelpar City.
- Mam nadzieję, że to rozumiesz. – zwrócił się bezpośrednio i mniej oficjalnie do Meyerheima.
- Rozumiem, Wasza Wysokość. – potwierdził bez wahania. – Natychmiast zastosuję się do rozkazów.
- Dziękuję. – Mass skinął głową. – Chciałbym również wykorzystać tą okazję
i ogłosić, że moim nowym doradcą zostaje pułkownik Dugg Aldercapt. Jego wieloletnie doświadczenie
w ministerstwie obrony z pewnością okaże się pomocne przy zarządzaniu cesarstwem.
Zebrani pokiwali głowami, po czym rozległy się gromkie brawa. Korzystając
z lekkiego zamieszania Tobias podszedł do cesarza i ukłonił się nisko.
- Sądzę, że na mnie już czas, Wasza Wysokość.
- Bywaj. I nie zapominaj, że ciągle obowiązuje cię tajemnica państwowa. Wieża będzie obserwować. Spodziewaj się, że zostaniesz wezwany na przesłuchanie.
- Oczywiście.
Tobias skinął Aldercaptowi.
- Gratuluję.
- Dziękuję. – rzucił szorstko Dugg, unikając przeszywającego spojrzenia niebieskich oczu. – To doprawdy bolesna sytuacja. Mam nadzieję, że policja szybko to wyjaśni.
- Przyjmuję wyrazy współczucia.
- Gdyby pan czegoś potrzebował…
- Proszę nie zaprzątać już sobie mną głowy. Przedstawienie musi trwać.
- To prawda. Musi.
- Jeszcze raz gratuluję i powodzenia.
Uścisnęli sobie ręce, a Tobias poczuł, że pułkownik cały się poci. Odwrócił się na pięcie, po czym wyszedł z pokoju obrad ignorując złośliwe spojrzenia oraz uśmieszki.

* * *
Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, ale nadal panowało przyjemne ciepło. Owady brzęczały wśród wysokich traw Malmalam Thicket. Ellie leżała na brzuchu podziwiając zarys góry Ravatogh w oddali. Aiden siedział nieopodal oparty o pień drzewa. Miał zamknięte oczy. Mały ptak przysiadł na gałęzi, zakwilił, po czym odleciał.
- Miałam dzisiaj głupi sen… - zaczęła wolno.
Myślała, że śpi i dlatego nie odpowiada, ale kiedy zerknęła w jego stronę otworzył oczy i mruknął:
- Tak? A co było w nim takiego głupiego?
- Nie mów, że śniłaś o mnie. – dodał przeciągając się jak kot.
- Śnił mi się wąż morski.
Wybuchnął śmiechem.
- Nie żartuję. Wąż morski i jakaś kobieta.
- Odjechany sen. – przyznał ziewając.
- To nie pierwszy raz. Wcześniej byłam w pociągu i widziałam zwłoki gigantycznej kobiety. Wszystko pokrywał lód.
- Cokolwiek palisz, przestań.
Westchnęła poirytowana.
- Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło.
- Nie ważne. To tylko sen.
Podniosła się otrzepując dżinsy. Odwróciła się w jego stronę. Aiden także wstał i podszedł do krawędzi polany.
- Miewam te sny odkąd cię poznałam.
Parsknął.
- Tak. To faktycznie podejrzane.
Pochwycił mały kamyk, po czym rzucił w przepaść. W skupieniu obserwował jak porywa ze sobą inne, mniejsze odłamki.
- Jesteś pewien, że nie znasz żadnej lodowej gigantki ani potwora morskiego? – zapytała chytrze.
- Nie. A gdybym znał, to pewnie siedziałbym już w wariatkowie.
Ellie pokiwała wolno głową.
- Idziesz dzisiaj do Tapioki?
- Nie. Mam inne sprawy.
- Inne? Jakie?
- Spotkanie biznesowe.
- Wow, brzmi poważnie.
- Mhm.
Wyciągnęła komórkę.
- Góra Ravatogh wygląda niesamowicie o tej porze roku. – szepnęła pstrykając zdjęcie. – Wiesz, że podobno znajduje się tam starożytny kamienny krąg?
- Serio?
- Tak słyszałam.
Zrobiła jeszcze kilka fotek.
- Piękne.
Delikatnie odebrał Ellie komórkę, po czym objął ją w pół. Zesztywniała.
- Twoje zdjęcia są super, ale czegoś im brakuje.
- Nas. – dodał odsłaniając zęby w szczerym uśmiechu.
Na dźwięk tego słowa dziewczyna poczuła lekkie dzwonienie w uszach. Zjawisko ustało po kilku głębszych wdechach. Aiden przycisnął ją jeszcze mocniej tak, że ledwo mogła oddychać, po czym rozległo się kliknięcie aparatu.
- Malmalam słynie z dobrych selfie. Nie powinniśmy przeciwstawiać się tradycji. – oddał jej telefon.
Przeglądnęła galerię. Zdjęcie faktycznie wyszło świetnie. Oni oboje, a w tle szpiczasta Ravatogh i różowe niebo. Westchnęła ciężko.
- Aiden…
- Tak?
Stał teraz w niewielkiej odległości od niej i zauważyła, że lustruje ją zagadkowym spojrzeniem.
- To jutro… też po mnie przyjedziesz?
- Pytasz tak jakbym nie przyjeżdżał codziennie. – uśmiechnął się pobłażliwie
i palcem wskazującym dotknął jej policzka. Jednak tym razem nie cofnął od razu ręki, tylko ujął ją lekko pod brodę. Ellie zamarła w niemym wyczekiwaniu. Serce kołatało jej w piersi niczym zraniony ptak. Podobnie jak serca wszystkich dziewczyn, które przeżywają pierwsze zauroczenie. Nie do końca rozumiała własne odczucia względem Aidena, ale może tak właśnie miało być. Bez zbędnej teorii i fantazjowania. Po prostu mieszanka zupełnie nowych emocji. Wykonał krok w jej stronę, ale zawahał się jakby coś blokowało go przed zrobieniem następnego.
- Powinniśmy się zbierać. – szepnął ledwo słyszalnie. – Muszę wracać do miasta.
Schował obie ręce do kieszeni, ale Ellie wciąż czuła palący ślad w miejscu gdzie jej dotykał.
- Jasne. – rzuciła szybko chcąc ukryć lekkie rozczarowanie.
Aiden stał już u wylotu polany. Schowała komórkę do kieszeni dżinsów, po czym ruszyła za nim.

* * *
Tego samego dnia nad Taelpar City zaległa wyjątkowo ciemna noc. Po spektakularnym zachodzie słońca, gęste chmury zakryły księżyc, a potem już ani jedna gwiazda nie oświetlała mrocznego firmamentu. Wybiła dokładnie dziesiąta kiedy reflektory ciężarówki oświetliły jeden z opuszczonych budynków w slumsach Trzynastej Dzielnicy. Chwilę potem samochód zniknął w oddali, a jedynym źródłem światła była nikła iskra zapalanego papierosa. Aiden zaciągnął się odchylając głowę do tyłu. Z impetem wypuścił dym. Grupa nastolatków przebiegła obok z kijami bejsbolowymi, a potem znowu zaległa kompletna ciemność i cisza. Aiden zdusił peta butem, po czym zapalił następnego papierosa.
- Palisz?
Terenowe auto pojawiło się niemal znikąd. Ze środka wychylała się wielka, łysa głowa.
- A co? Przecież mnie to nie zabije.
- Tak tylko pytam. – głowa zniknęła we wnętrzu pojazdu. – Ciężko cię znaleźć, wiesz.
Aiden nie odpowiedział.
- Można by nawet pomyśleć, że nie chcesz by cię znaleziono.
Aiden wyrzucił niedopałek.
- Nie strzęp języka. Chcę mieć to już z głowy.
Bez wahania otworzył drzwi, po czym wsiadł do auta. Pojazd ruszył prawie bezgłośnie, jakby sunął po niewidzialnym morzu napędzany siłą fal.

* * *
Przed północą zerwał się wiatr, przeganiając chmury. W bladej poświacie księżyca kamienny krąg na górze Ravatogh przypominał wyszczerbione ludzkie zęby. Wokół panowała przygnębiająca cisza. Nawet nocne owady zamarły w bezruchu.
Sześć zakapturzonych postaci skupiło się wokół kręgu. Rozmawiali przyciszonymi głosami jakby obawiając się, że przyroda wyjawi reszcie świata ich sekrety.
- Czy mamy rozumieć, że to otwarty kryzys? – zapytał starzec opierając się o długą laskę. Jego biała broda sięgała niemal do ziemi.
- Jeszcze nie otwarty, ale obawiam się, że niewiele nas od tego dzieli.
- Kto ośmielił się wydać nam wojnę? – koścista kobieta miała skrzekliwy, nieprzyjemny głos.
Lider zgromadzenia przysiadł na kamiennej półce.
- Ludzie, którzy chcą władzy.
- Czyli więcej niż połowa tego śmiesznego państewka. Czyżby zapomnieli, że istnieją tylko dzięki nam?!
- Nie unoś się. – starzec z dezaprobatą pokręcił głową. – Taką mają naturę. Nie mogą znieść nikogo kto stoi nad nimi. Nie odbierałbym tego zbyt osobiście.
- Problem Tobiasa Meyerheima lekko pokrzyżował nam szyki.

- Tego bym nie powiedział. – lider zerknął w bok na dwóch innych mężczyzn. Twarze obu były niewidoczne, ale jeden z nich, nieco mniejszy, strzelał oczami na prawo i lewo jakby szukając drogi ewakuacji. Drugi, barczysty
z wielką, kwadratową głową, stał tuż za nim blokując drogę ewentualnej ucieczki.
- Tobias Meyerheim wyświadczył nam wielką przysługę. Jego działania ujawniły już jeden ważny fakt.
- Jaki?
- Dugg Aldercapt, minister obrony jest bez wątpienia jednym z odpowiedzialnych za ostatnie wydarzenia.
- Aldercapt kierował działaniami w Balouve.
- Dziesięć lat temu. Wszyscy wiemy jak to się skończyło.

Druga z kobiet, do tej pory milcząca, poruszyła się nerwowo.
- Czy powinniśmy przypuszczać, że Aldercapt chce wykorzystać Plagę do własnych celów?
- Niemożliwe! – starzec machnął ręką. – Plaga zdziesiątkowała miasto górnicze na południu. Ludzie dobrze wiedzą co to jest. Ciągle pamiętają.
- Ludzka pamięć jest krótka i wybiórcza. – głos lidera zabrzmiał złowrogo. Wszyscy spojrzeli na niego
z zaciekawieniem.
- Chcę mieć kogoś kto będzie nieustannie obserwował bazę Steyliff Grove w Vesperpool.
Starzec chrząknął.
- Ja mogę to zrobić. Często bywam w Myrlwood.
- Doskonale.
- Gentiana Florescu będzie dla nas obserwować Wieżę. Jako dziennikarka ma dostęp do wielu ciekawych źródeł.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Najważniejsze to nie dać się nakryć. Nie chcemy by ludzie wiedzieli o nas, o naszych zebraniach i o tym co robimy. Utrzymanie naszych sekretów jest priorytetem. Jednak nie możemy ignorować działań, które Solheim wymierza przeciwko sobie. Czy jest ktoś kto tego nie rozumie?
Cisza była aż nadto wymowna.
- Doskonale. Uważam nasze spotkanie za zakończone. Będę was informować na bieżąco.
Wszyscy powstali, ale lider dał znak w stronę jednej z postaci.
- Ty zaczekaj. Chciałem z tobą porozmawiać.
Reszta zgromadzonych zniknęła w mrokach nocy.
- Dawno się nie widzieliśmy.
- Cóż…

Lider założył ręce, a czarna szata ułożyła się wokół jego ciała tworząc kształt przypominający czarne skrzydła.
- Co się dzieje?
- Nic.
- Jak tam twoje sprawy?
- Nieźle.
– mężczyzna uniósł głowę i para rozżarzonych, czerwonych oczu świdrowała teraz lidera. Ten wytrzymał spojrzenie.
- Słyszałem różne ciekawe rzeczy na twój temat…
- Odkąd to stałeś się plotkarzem?
- Moje informacje pochodzą z najlepszego źródła.
- No tak. Zapomniałem o „niej”.

Lider westchnął.
- Nie cierpisz ludzi tak samo jak Leviathan. Czy coś się zmieniło w tej kwestii?
- Żartujesz chyba…
- Nie. Dotarły do mnie wieści, że całkiem nieźle się z nimi ostatnio dogadujesz. Zwłaszcza z jedną konkretną osobą…

- Bzdury. – uciął, ale czerwone oczy uciekły przed chłodnym spojrzeniem lidera.
Ten chrząknął, po czym podszedł nieco bliżej. Jego głos stwardniał nieznacznie.
- Niech ci się nie wydaje, że możesz mnie wykiwać. Za dobrze cię znam.
Mężczyzna pozostał niewzruszony.
- Pożar w Castlemark. Wiesz coś o tym?
- A niby skąd?
- Większość ludzi określiła go jako… „dziwny”.
- Skoro nie potrafią bawić się z ogniem…
- W innych okolicznościach uznałbym to nawet za zabawne.
- Cieszę się.

Milczeli przez chwilę mierząc się spojrzeniem jak dwaj dowódcy przed bitwą.
- Powiem to raz i nie będę powtarzał. – zaczął lider. – Zostaw ludzi w spokoju. Nie pozwolę, żebyśmy wszyscy musieli płacić cenę za twój egoizm i brak samokontroli.
Rozmówca milczał wymownie.
- Nie spodziewam się, że mi odpowiesz, ale oczekuję, że zrozumiesz.
Mężczyzna wstał niespodziewanie.
- Czy to już wszystko?
- Tak. – stwierdził lider z przekąsem. – Możesz iść…
Ledwie wybrzmiała ostatnia sylaba, zdał sobie sprawę, że jest w kamiennym kręgu zupełnie sam. Mruknął coś ciężko pod nosem, po czym zsunął kaptur odsłaniając jasne włosy. W świetle księżyca nabrały posrebrzanej barwy.
Tamtej nocy wielu ludzi spędzających upojne chwile na Malmalam Thicket było świadkami niezwykłego zjawiska. Gigantyczny smok pojawił się nagle na szczycie góry Ravatogh. Zadarł długą szyję w stronę kuli księżyca, po czym zaryczał przeciągle i złowrogo. Starzy ludzie, słysząc o tym, nie mieli wątpliwości.
- To Bahamut. – mówili.
Zjawisko uznano za zły omen, ponieważ bóg światła i przywódca Sześciu, Bahmut, pojawiał się w świecie ludzi tylko kiedy groziło mu jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Ostatecznie smok zerwał się ze szczytu góry by poszybować
w nieznane. Wizja ustała równie szybko jak się pojawiła, ale tyle wystarczyło by rozgrzać wyobraźnię oraz zrodzić nowe teorie.

* * *
Ellie siedziała przy stole w kuchni dźgając kolację widelcem i jednym uchem słuchając wiadomości w telewizji. David prawie przykleił się do ekranu, a Helen siedziała na kanapie sącząc schłodzone piwo. Spiker gadał tak szybko jakby miał pogubić język.
- Najnowsze wiadomości z Taelpar City. Tobias Meyerheim wieloletni doradca cesarza został dziś w godzinach rannych odsuniętych od wszelkich funkcji państwowych. Wydarzenie to poprzedziła seria artykułów, których autorzy zdobyli niezbite dowody na kontakty Tobiasa Meyerheima ze światem przestępczym oraz działania przynoszące wstyd urzędowi.
Na ekranie pojawiła się twarz cesarza.
- Pan Meyerheim został pozbawiony swoich funkcji w spokojnej, przyjaznej atmosferze. Podczas zwołanego przeze mnie zebrania przyznał się do zarzucanych mu czynów oraz przeprosił Wieżę. Tym samym uznaję temat za zamknięty i nie życzę sobie by ktokolwiek niepokoił pana Meyerheima lub mnie.
- Tak Jego Wysokość Cesarz Mass skomentował usunięcie najbliższego mu człowieka w Wieży. Jego doradcą został teraz pułkownik Dugg Aldercapt jednocześnie pełniący funkcję ministra obrony.
Twarz Dugga Aldercapta wypełniła ekran.
- Jestem niezmiernie wdzięczny Jego Wysokości za powierzenie mi tak odpowiedzialnej funkcji. Moja rodzina od wielu pokoleń służyła i będzie służyć Solheim. Z mojej strony mogę obiecać obywatelom, że dołożę wszelkich starań, aby jeszcze bardziej polepszyć ich jakość życia. Pragnę widzieć Solheim jako nowoczesne, zmechanizowane cesarstwo, pozbawione zabobonów oraz w pełni bezpieczne…
- Ale się porobiło... – David przetarł twarz. - Ten Meyerheim wydawał się świętszy od kapłana.
- Cicha woda brzegi rwie. – skwitowała Helen.
Umbra podszedł do Ellie i położył jej przednie łapy na kolanach. Gest oznaczał rozpaczliwą prośbę.
- Spadaj. – szturchnęła go.
Ani drgnął.
- No dobra…
Nabiła bekon na widelec, po czym rzuciła w stronę psa. Pochwycił plasterek
w locie.
- Ellie, przestań go dokarmiać. – Helen odwróciła się z niesmakiem.
- Jeden kęs nikogo nie zabije.
- Ty będziesz z nim latać do weterynarza jak dostanie nadwagi.
- Chodź, chłopie, no chodź! – David pacnął kolano, wzywając psa. – Chodź, mordo, pieszczochu…
Wytarmosił psa za uszami. Umbra wydawał się wniebowzięty.
- Wow. – mruknęła Helen. – Wy naprawdę się kochacie.
Komórka Ellie zawibrowała. Zobaczyła nową wiadomość. „Przyjdź na stację metra. Teraz.” Aiden naprawdę miewał dziwne pomysły. Zerknęła na zegarek. Dochodziła pierwsza. Helen i David szykowali się powoli do spania.
- Późno zjadłam. Posiedzę tu jeszcze chwilę. – oznajmiła kiedy posłali jej pytające spojrzenia.
Umbra został obserwując ją badawczo. Położyła palec na ustach jakby oczekując, że pies zrozumie. Poczekała aż ruch na górze ustanie, a dom wypełni dramatyczne chrapanie Davida. Kolejna wiadomość: „Gdzie jesteś? Mam nadzieję, że w drodze.” Odpisała szybko. „Nie możemy spotkać się jutro?” Wiadomość przyszła natychmiast: „Nie. Lepiej się zbieraj”. Ellie wystukała nerwowo: „Daj mi moment. To nie jest normalna pora, wiesz o tym.” Najciszej jak mogła założyła buty i cienką wiatrówkę.
- Zostań. Waruj. – szepnęła do Umbry.
Wyszła, wolno zamykając za sobą drzwi. Owiało ją chłodne, nocne powietrze. Ulica była uśpiona. Rozejrzała się nerwowo wokół. Ani żywego ducha. Ruszyła, raz po raz oglądając się za siebie. Nie wiedziała dlaczego, ale towarzyszyło jej uczucie, że nie powinna była iść na to spotkanie. Chciała zobaczyć Aidena, oczywiste, ale niecodzienność jego prośby i ta dziwna pora, budziły niepokojące skojarzenia. Dotarła do stacji metra. Kolejka nie jeździła o tej porze, ale budynek był otwarty. Wielokrotnie pokonywała te strome schody, ale teraz w półmroku wyglądały jak wejście do piekła. Przełknęła ślinę i zeszła na dół. Stacja była słabo oświetlona, pewnie ze względu na oszczędzanie energii. Puste tory zionęły czernią, a budkę biletera zamknięto na cztery spusty. Tylko automaty migały zachęcająco: WITAM. PROSZĘ KUPIĆ BILET. Ellie stanęła pod wielkim plakatem przedstawiającym drapacze chmur otoczone niebiańską aureolą. „Zacznij karierę. Zmień swoje życie. Taelpar City – miasto nowych możliwości” – głosiły hasła. Wyjęła komórkę i wystukała. „Jestem na stacji.”
Aiden nie odpisywał więc stanęła za jednym z wielkich filarów skąd miała dobry punkt obserwacyjny. Stała tak może z pięć minut, kiedy nagle usłyszała kroki. Rozejrzała się wokół szukając znajomej sylwetki, ale stacja nadal pozostawała pusta. Zadrżała. Coś tu było nie tak. Podjęła stanowczą decyzję, że lepiej poczekać na górze, ale wtedy silna dłoń ujęła ją pod ramię i odwróciła. Aiden nie wyglądał za dobrze. Miał wory pod oczami i zacięty wyraz twarzy. Trzymał Ellie za ramiona. Niemal odruchowo chciała go zapytać co się stało, ale nim zdążyła to zrobić nachylił się ku niej i ją pocałował.
Ostatnio zmieniany: 2017/05/11 08:24 przez Lacus Clyne.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 119 gości oraz 5 użytkowników.

  • 19kefir11
  • Noel Kreiss
  • piotrk
  • piranha
  • Robin

Nowy poziom!

  • ulfik za 10 dni awansuje na nowy poziom! (21)