Forum

Nasze projekty

Równowaga

Więcej
2014/04/13 00:36 #10296 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
No to teraz do Wikingów... ;)



10. Trening czyni mistrza

Desch włóczył się niespokojnie po obozowisku. Usiłował sobie przypomnieć, kim jest i jakie zadanie ma do wykonania. Wiedział tylko, że jakieś ma i okropnie go to dręczyło. Czuł, że to coś niezmiernie ważnego, ale gdy próbował sobie cokolwiek przypomnieć, natrafiał na nieprzenikniony mur we własnym umyśle. Patrzył apatycznie, jak Refia, pogwizdując pod nosem, rozpala ognisko, a obowiązkowy Ingus wraca ze swojej warty na skale. Patrzył, jak z treningu wracają obaj przyjaciele, roześmiani, szczęśliwi i mokrzy po kąpieli w strumieniu. Oni wszyscy, cała czwórka, mieli tę samą misję. Czekało ich niezmiernie trudne zadanie, i choć nie wiedzieli wszystkiego, to przynajmniej znali swój cel. Nagle strasznie im pozazdrościł. Nawet nie tej beztroski, w końcu sam był raczej pozytywnie nastawiony do życia. Przynajmniej tak czuł. Ale zazdrościł im pewności. On nie wiedział nic. Ścisnął skronie i westchnął ciężko.
- Desch?
Uniósł głowę. Refia patrzyła na niego zatroskanym wzrokiem.
- Chodź do nas, chyba nie będziesz sam tu siedział. Wszystko w porządku?
- Jasne - skłamał, uśmiechając się. - Tak się tylko zamyśliłem. Już idę.
Przy posiłku ponure myśli go opuściły. Nowi kompani byli bardzo sympatyczni i choć Desch podejrzewał, że jest od nich starszy, czuł się bardzo dobrze w ich towarzystwie. Może to wspólna walka i wędrówka tak ich zbliżyła, a może po prostu do siebie pasowali. Refia, z którą tak lubił się przekomarzać, poważny Ingus, na którym można było polegać, bezpośredni i wesoły Luneth, kapitan drużyny, i wreszcie jego cichy przyjaciel Arc. Który aktualnie pisał coś w skupieniu na kartkach, poskładanych w gruby plik. Był całkowicie pochłonięty tym zajęciem. Desch zajrzał mu przez ramię i zobaczył długie kolumny liczb i jakieś równania.
- Co tam skrobiesz, Arc? Piszesz książkę? Mało ci czytania? - uśmiechnęła się Refia.
- N-nie - szatyn z trudem oderwał się od kartek. - Próbuję wyliczyć najlepszy sposób zdobywania doświadczenia dla poszczególnych profesji.
- To da się wyliczyć? - Luneth zdziwił się i zerknął na jego notatki. Niezrozumiałe znaki i rzędy cyfr sprawiły, że z miejsca zrzedła mu mina. - Kurza twarz, to jest jak czarna magia! Ale ponieważ ty jesteś Czarnym Magiem, to pewnie dla ciebie normalne - zachichotał z własnego kiepskiego dowcipu.
- Czy istnieje coś, co nie jest dla ciebie czarną magią? - nie wytrzymał Ingus. - Jedna rzecz to czegoś nie wiedzieć, a druga - chwalić się swoją ignorancją.
Desch puścił mimo uszu sprzeczkę, w którą jak zwykle wdali się koledzy. Liczby z kartki zaczęły go fascynować. Czuł, że coś mu to przypomina.
- Arc, czy mógłbym to zobaczyć?
- T-tak, oczywiście... Proszę bardzo.
Luneth z Ingusem przerwali kłótnię i ze zdziwieniem przyglądali się Deschowi, który, mamrocząc pod nosem o procentach i pierwiastkach, z ożywieniem zabrał się do uzupełniania Arcowych notatek. Refia uniosła brwi. Desch nie wykazywał do tej pory ciągot naukowych. Skąd ten nagły zapał? Zadowolony z osiągniętego efektu brunet skończył pracę i oddał Arcowi kartki.
- Uprościłem trochę twoje równania. Ale naprawdę świetnie kombinowałeś. Zaimponowałeś mi.
Arc zaczął sprawdzać naniesione poprawki. Wynik sprawdzania musiał wypaść pozytywnie, gdyż chłopak z uznaniem i niedowierzaniem spojrzał na Descha. Luneth przenosił wzrok to na jednego, to na drugiego matematyka-amatora, niczego nie rozumiejąc.
- I co, Arc? Pasuje?
- Tak. Zgadza się, bardzo dobrze wyliczone.
- Desch, przypomniałeś se może coś? - podekscytowany Luneth zerwał się z miejsca.
- Nie, nic - brunet potrząsnął głową. - Po prostu nagle poczułem, że liczby coś do mnie mówią. Są mi bliskie. Wiem, że to idiotycznie brzmi - zaśmiał się nerwowo. - To tylko jakieś mętne przebłyski...
- Może jesteś jakimś naukowcem? To, co napisałeś to bardzo eleganckie równania. Musiałeś się gdzieś tego nauczyć.
- Nie wiem Arc, naprawdę... Dobija mnie to strasznie - westchnął Desch.
Znowu był tak blisko wyjaśnienia tajemnicy. Czuł, że już coś zaczynało mu świtać. I znowu wszystko umknęło jak zdmuchnięte.
- Amnezja musi ustąpić sama z siebie - odezwał się ponownie Arc. - Czasem nagle wszystko się przypomina w jednej chwili, gdy coś ci się skojarzy. Teraz już coś o sobie wiesz. Im więcej różnych bodźców dostarczysz swojemu umysłowi, tym większa szansa, że dzięki któremuś z nich pamięć ci wróci. Ale same próby przypomnienia sobie na siłę niewiele dadzą. Może po drodze spotkamy jakieś miejsce, które znasz i ci się przypomni - pocieszył go.
- Dzięki, Arc.
- A jak Arc coś mówi, to znaczy, że tak jest - podsumował Luneth, dumny z kumpla i jego wiedzy.
Desch poczuł, że wraca mu humor. Co ma być, będzie. I tak miał szczęście, że trafił na fajnych kompanów. Chrzanić amnezję.

Następnego dnia Luneth i Arc udali się w ustronne miejsce, oddalone od obozowiska i rozpoczęli kolejny trening, tym razem magiczny.
- To co mam robić?
- Będziemy celować w tamte drzewa - Arc wskazał kępę uschniętych dębów o pokrzywionych konarach. - Spróbuj trafić Thundarą w to z dziuplą.
- Wolnego! W życiu nie udało mi się walnąć Thundarą.
- Spróbuj. Dasz radę.
- Wiesz, najlepiej to mi wyszedł ten ogień wtedy przy podpalaniu ogniska - wyznał Luneth. - Jak myślisz, to była Fira?
- Prawie - odparł dyplomatycznie Arc, nie chcąc go dołować. - Ale niewiele brakowało. Fira powinna być ciut mocniejsza i-
- Celniejsza, wiem - westchnął Luneth. - Wszystko mi się wtedy rozlazło po bokach.
- Tym zajmiemy się później. Skup się na razie na samym przywołaniu energii. Kiedy ją poczujesz, spróbuj skierować całą do dłoni. Wyobraź sobie, że przybiera jakiś kształt, będzie ci łatwiej. Może to być kula albo co wolisz.
- No dobra - Luneth wziął głęboki wdech, po czym zamknął na chwilę oczy, koncentrując się. Kiedy poczuł, że pojawia się znajome mrowienie, spróbował postąpić według rady towarzysza.
- Szlag by to! - zaklął zrozpaczony, gdy błękitny promień pioruna uderzył obok drzewa, w dodatku bardzo słabo.
- Nie przejmuj się. Mnie też nie od razu wychodziło. Jak wolisz, to możemy zostawić magię piorunową na koniec. Jest trudniejsza niż ogniowa czy lodowa.
- Może najpierw pokaż mi, jak ty to wszystko robisz. Jak walczymy, to nie bardzo mam czas się przyglądać.
- Dobrze.
Luneth obserwował uważnie przyjaciela, który zdawał się być myślami i w ogóle całym sobą gdzieś indziej. Miał nieobecny wzrok, jakby patrzył na coś, co tylko on jest w stanie zobaczyć. Powoli uniósł rękę. Luneth zauważył, że w zagłębieniu dłoni powstaje mu jasnożółty punkcik, rosnący z każdą sekundą. Pojawiły się płomienie, wijące się posłusznie wokół jego palców. Wkrótce Luneth musiał odwrócić wzrok, nie mogąc patrzeć na oślepiające światło. Gdy w końcu z dłoni Arca wystrzelił promień jasnej i silnej energii, Luneth miał wrażenie, że słyszy nadchodzące tornado, falę pożaru albo wręcz jedno z drugim naraz. Buchnął potężny ogień, po czym równie szybko zgasł. Rozległ się głośny trzask i drzewo złamało się wpół. Zaszokowany Luneth wytrzeszczył oczy. Pień potężnego dębu był doszczętnie zwęglony.
- Arkie, ale żeś przypierniczył! To była Firaga, jak w pysk strzelił! Zarżnąłbyś tym z pięć potworów naraz!
- Możliwe. W każdym razie-
Luneth nie dał mu dojść do słowa.
- To było prze-za-rą-bi-ste! Normalnie wymiatasz jak stąd do Sasune - patrzył z podziwem na przyjaciela. - Ryjesz beret, kumplu!
- Akurat - speszył się Arc.
- No i widzisz, jaki ty jesteś - żartobliwie upomniał go Luneth. - Umiesz tyle fajnych rzeczy, a jak ci mówię, że jesteś w czymś świetny, to nie wierzysz. Wbij se do głowy, że jesteś magicznym killerem. Zrozumiano?
- Ale kiedy...
- Arc. Zrozumiano?
- Tak jest, kapitanie!
- Od razu lepiej - roześmiał się Luneth. - To wracamy do wypalania drewna?
- Tak. Spróbuj jeszcze raz, właśnie z magią ogniową. I nie zwracaj uwagi na cel, na samym początku to jest mało istotne. Najpierw opanuj cały proces. Skup się na sobie i energii - ożywiony Arc demonstrował mu poszczególne etapy - i kiedy już poczujesz, że dłużej nie możesz jej utrzymać, przeobraź ją w jakiś kształt, tak jak ci mówiłem. Musisz dobrze wyczuć moment, żeby nie zrobić tego za wcześnie ani za późno...
Luneth z początku próbował nadążać, ale w którymś momencie spojrzał na kumpla i znowu nie mógł oderwać zafascynowanego wzroku. Podczas przywoływania magii Arc wyglądał inaczej niż zwykle. Niepokojąco...? Groźnie...? Imponująco...? Luneth nie potrafił tego sprecyzować. Twarz przyjaciela, tak bliska i doskonale mu znana, stawała się wówczas jakaś obca. Takiego Arca nie znał do tej pory. Poczuł, że z wrażenia zaschło mu w gardle.
- Luneth...? - zagaił niepewnie "najlepszy mag w drużynie", zamieniwszy w popiół resztki drugiego drzewa. Kumpel patrzył na niego z osobliwą miną zamiast ćwiczyć. - Coś n-nie tak?
- Nie, dlaczego? - odchrząknął zakłopotany Luneth.
- Miałeś rzucić Firę. Czemu przerwałeś?
- Sam nie wiem, jakoś się rozkojarzyłem, jak na ciebie patrzałem.
- N-na mnie? Ale po co?
- Wiesz, jak niesamowicie wyglądasz, gdy ciskasz tymi Firagami? Aż mnie ciary przeszły. Nie chciałbym być twoim wrogiem.
- Oj, znowu się wygłupiasz - zaczerwienił się Arc.
Luneth zerknął na niego i uśmiechnął się. Niesamowitość całkiem się ulotniła. Stary, poczciwy Arc.
- Luneth, musisz się porządnie skoncentrować. Inaczej nic ci nie wyjdzie - podjął szatyn. - Usiądź koło mnie - pociągnął go na ziemię i usadowił się wygodnie obok.
- O, będziemy na siedząco rzucać ogniem? Fajnie, bo od tego stania nogi by mi weszły do dupy - ucieszył się Luneth.
- Nie o to chodzi - roześmiał się młody mag. - Do efektywnego ataku magicznego trzeba umieć się wyciszyć i skupić na jednej rzeczy. To coś, z czym masz największy problem - skomentował z rozbawieniem, widząc, jak nadaktywny przyjaciel wierci się i rozgląda dookoła. - Na siedząco wyeliminujemy przynajmniej część twojej... hmm... werwy.
- Werwy, powiadasz - stropił się srebrnowłosy chłopak. - To jakieś twoje miłe określenie na moją głupotę? To to samo, co wyrwy? Wyrwy w mózgu czy coś takiego?
Arc nie wytrzymał. Oparł czoło o jego ramię i zaśmiewał się beztrosko. Luneth patrzył na niego z niewyraźną miną, zastanawiając się, co idiotycznego palnął tym razem. Arc wreszcie się opanował, ale w oczach ciągle czaiły mu się wesołe iskierki.
- Przepraszam cię, Lun, naprawdę. Nie gniewaj się. Zaskoczyłeś mnie i nie mogłem się powstrzymać - powiedział ze skruchą. - Czasami jesteś taki zabawny...
- A co tam. Cieszę się, że cię rozśmieszyłem - oświadczył wielkodusznie Luneth. - Ale na drugi raz powiedz mi po prostu, że jestem idiotą. Nie musisz tak owijać w bawełnę, nie obrażę się.
- Ale to nie było obraźliwe - zaoponował wesoło Arc. - Werwa, no to po prostu miałem na myśli, że jesteś bardzo żywiołowy. Energiczny. Dynamiczny. Już wiesz?
- Aha. Tego akurat nie wiedziałem. Więc jestem idiotą, tak czy inaczej - zachichotał Luneth. - Ale mniejsza o to. Trenujemy dalej?
- Jasne. Teraz zamknij oczy.
- To nie jest dobry pomysł. A jak coś nas zaatakuje, bo tego nie zauważę?
- Ja będę patrzył. No, zamknij.
Luneth z ociąganiem wykonał polecenie. Długo jednak nie wytrzymał. Otwarł jedno oko, by zerknąć, co się dzieje.
- Luneth...! Nie umiesz wytrzymać chociaż dziesięć sekund?
- Umiem, tylko no, musiałem sprawdzić, czy wszystko gra - usprawiedliwił się.
Arc ściągnął z szyi swój żółty szalik i zanim Luneth zdążył się sprzeciwić, zawiązał mu nim oczy.
- Ej, co robisz? Po co mi to?
- Skoro inaczej nie umiesz się skupić, może tak nic nie będzie odciągało twojej uwagi. Nie ściągaj - Arc, nie tracąc anielskiej cierpliwości, odciągnął ręce kumpla od szalika. - Nic nam tu nie grozi, nie widać żadnych potworów. Siedź spokojnie. Połóż ręce na kolanach i weź głęboki wdech.
Luneth czuł się nieswojo, siedząc tak "na ślepo" pośrodku lasu. Zrobił jednak wszystko, co kazał mu przyjaciel.
- Oddychaj powoli i spokojnie. Wyobraź sobie, że wróciłeś właśnie z wycieczki... Siedzisz pod naszym drzewem w Ur i opowiadasz mi, czego dokonałeś...
Luneth, zupełnie rozluźniony, uśmiechnął się, wyobrażając sobie opisywaną scenę. "Ich" drzewo było jednym z niewielu miejsc, gdzie rzeczywiście czuł się wyciszony i nic go nie rozpraszało. Arc doskonale go znał. Wiedział, jak może mu pomóc.
- ...że rozłożyłeś wielkiego żółwia w jaskini potężną Firą - rozbrzmiewał kojący głos Arca. - ...i postanawiasz mi to zademonstrować. Wstajesz - klepnął druha w ramię, ponaglając go do podniesienia się z trawy.
Luneth wstał posłusznie. Arc podprowadził go kawałek w niewiadomym kierunku, po czym odezwał się ponownie:
- Pomyśl o najpotężniejszej Firze, jaką chciałbyś rzucić, wyobraź sobie płomienie i gorąco - ujął dłonie przyjaciela i podniósł je, kierując na wybrany przez siebie cel - ...czujesz to?
- Tak... - szepnął Luneth.
Arc przezornie stanął za jego plecami.
- A teraz bez wysiłku, tak jakbyś coś robił od niechcenia... na przykład stał na moście i upuszczał coś do wody... po prostu pozwól, żeby ta energia opuściła twoje dłonie i uderzyła w przeciwnika. Nie hamuj jej, nie próbuj zatrzymywać. Teraz!
Tak, jak polecił mu Arc, Luneth pozwolił szalejącej mocy dosłownie wyślizgnąć się z dłoni.
- Świetnie! Wyśmienicie! - uradowany Arc ściągnął mu opaskę z oczu. - Zobacz, jak dobrze ci poszło.
- Ja to zrobiłem?! - Luneth spojrzał na rezultat swojego ćwiczenia.
W pagórku ziała wielka, osmalona dziura, w której jeszcze tliły się gałęzie i połowa pnia.
- Tak, Lun. Ty sam.
Srebrnowłosy chłopak podszedł bliżej. Z niedowierzaniem spojrzał na zwęglone resztki i popiół, potem na swoje dłonie, a w końcu na przyjaciela.
- Haaa! Zapuściłem niezłego ognia! - uradował się. - Czyli jednak nie jestem głąbem!
- Oczywiście, że nie! - roześmiał się Arc, uszczęśliwiony jego sukcesem. - Wiedziałem, że ci się uda.
- To dzięki tobie. Jesteś bardzo cwany - odparł wdzięczny Luneth.
- Ja...?
- No a kto? Nikomu innemu by się nie udało to, co tobie. "I nikogo innego bym nie posłuchał". Kazałeś mi siąść na dupie, nie gadać i nie kręcić się - zachichotał. - Bez tego nic by mi nie wyszło.
- Chcesz powiedzieć, że podobne sugestie od Ingusa nie spotkałyby się z życzliwym przyjęciem z twojej strony? - zapytał niewinnie Arc.
- Wykopałbym go na księżyc razem z jego sugestiami - Luneth pokiwał głową z absolutnym przekonaniem.
- W takim razie dzięki, że mnie nie zamierzasz wysłać w taką podróż - zaśmiał się szatyn. - A teraz, skoro magię ogniową już opanowałeś, zabierzemy się do lodowej. A potem wrócimy do piorunowej.
- Tak szybko? Nie wiem, czy załapię to tak od razu. Nie jestem taki bystry, jak ty.
- Właśnie, że jesteś. I bardzo szybko się uczysz. Tyle, że potrzebujesz kogoś, kto cię przypilnuje, żebyś się przykładał do nauki - rozbawiony Arc władował mu sójkę w bok.
- Hmm - Luneth zrobił nieszczęśliwą minę, ale nie wytrzymał długo i roześmiał się. - Niech będzie. Pod warunkiem, że od tego pilnowania będziesz ty.
- Tylko niech ci się nie wydaje, że odpuszczę ci dziś magię piorunową.
- Proszę, proszę... Nie wiedziałem, że jesteś taki wymagający.
- To dla twojego dobra. No, to teraz spróbuj zamrozić te głazy. Te cztery, co leżą przy krzakach.
- Tak jest, mistrzu.
- Ej, nie mów do mnie 'mistrzu'!
- Panie psorze...?
- Luneth!
- Już dobrze, zamykam gębę. To co, Blizzardem...?
- Blizzarą.
- Nie jestem aż taki ambitny.
- Lun...
- Blizzarą... no to lecimy. I w konara ci, niedorobiony pniaku! Haaa!
- Miało być w głazy.
- Ale dobrze przyłożyłem?
- Tak, bardzo ładnie. Piękna Blizzara, jak z podręcznika - Arc pochwalił przyjaciela i stłumił śmiech na widok jego żywiołowej radości. Luneth potrafił cieszyć się jak dziecko, nawet z drobiazgów. - To jeszcze raz, ale już w głazy...

Luneth bezbłędnie wyprowadził kolegów z lasu tuż pod wejście do siedziby Wikingów. Jej część składała się z gmatwaniny wydłubanych we wnętrzu góry korytarzy i sal, a część mieściła się na zewnątrz, na dobudowanych tarasach i murach. Brodaci wojownicy byli czymś mocno poruszeni. Stali, pozbijani w grupki, żywo dyskutując i kłócąc się. Luneth pogawędził sobie z jednym z tubylców, wystrojonym w rogaty hełm. Od niego dowiedział się o morskim smoku, który zniszczył im większość floty.
- Smok? Ha, niedawno z jednym walczyliśmy - pochwalił się Luneth, nonszalancko pomijając fakt, że walka ta ograniczyła się do rozpaczliwej ucieczki ze szczytu.
"Rogaty" tubylec, który okazał się wodzem Wikingów, zmrużył oczy i otaksował ich wzrokiem. Widocznie ocena wypadła pomyślnie, bo odparł:
- Zaiste wyglądacie na sielnych zabijaków. Mam dla was propozycję. Uwolnijta nas od smoka, a damy wam nasz najlepszy statek, Enterprise. Co wy na to?
Na słowo "statek" oczy Lunetha natychmiast rozbłysły z ekscytacji. Przecież właśnie po to tu przybyli!
- ...oczywiście, jeśli wrócicie w jednym kawałku - zarechotał złośliwie Wiking.
- Możesz się pan o to założyć. Przywlokę łeb smoka na tacy! - obiecał buńczucznie Luneth.
Ingus nie był przekonany do tej niepewnej misji. Miał nadzieję, że statek uda się uzyskać jakoś mniej ryzykownie. Nie zaprotestował jednak, gdyż nie mieli wielkiego wyboru. Ale Luneth nie był w ciemię bity.
- A jaką mamy gwarancję, że dotrzymacie umowy? - zapytał nieufnie.
- Słowo honoru Wikinga.
- Słowem honoru to się pan możesz wyp- Ajjj...!
Luneth zaczął sobie rozcierać bolącą łydkę, w którą kopnęła go Refia. Spojrzał na koleżankę z wyrzutem.
- Za co? - spytał żałośnie, ale nie uzyskał wyjaśnienia, zamilkł więc.
- Przyjmujemy twe zapewnienie, panie - Ingus skłonił się grzecznie na pożegnanie. - Zrobimy co w naszej mocy, by zapewnić wam i waszym statkom bezpieczeństwo na morzu.

- Wiesz co, Luneth? Ty czasem jak coś palniesz...
- No właśnie. O mało mi nogi nie złamałaś - wytknął urażony chłopak. - A przecież nic żem takiego nie powiedział...
- Bo nie zdążyłeś.
- Chciałem tylko...
- Luneth zamierzał zapewnić nam gwarancję dotrzymania umowy przez Wikingów w razie wykonania przez nas zadania - odezwał się cicho Arc.
- Zgadza się, to właśnie chciałem zrobić - Luneth skinął głową, dziękując kumplowi za obronę. - Tam jakieś słowo honoru... Byśmy wrócili, a oni by nam pokazali "O, takiego wała, jak wam damy statek" i co wtenczas?
- Nikt nie łamie danego słowa - wycedził Ingus. - A tobie przydałoby się trochę ogłady, buraku.
- Oj, nie przejmuj się już, szefie. Po prostu nie nadajesz się na dyplomatę - Desch rozładował napiętą atmosferę uśmiechem. - Jesteś na to zbyt szczery i bezpośredni.
- Szczery...! Chyba nieokrzesany - burknął do siebie rycerz.
- Niech wam będzie. Ja tam zawsze gadam, co myślę - przyznał uczciwie Luneth. - Ale spoko. Niech będzie to słowo honoru, a jak koleś będzie zamierzał nas zrobić w balona, to przekona się, jak to jest mieć własny hełm wsadzony w tyłek, o!

Po tej konwersacji wszyscy poszli zwiedzać zakamarki wikińskiej fortecy. Lunethowi niezmiernie się tu podobało. Nie to, co w Tozus. Wikingowie byli fajnymi ludźmi, od razu złapał z nimi nić porozumienia, a właściwie linę okrętową. Arc, Ingus, Refia i Desch prędko jednak dali za wygraną, nie nadążając za obrotnym kapitanem i jego niespożytą energią. Pozostawili mu zbieranie informacji, w której to dziedzinie był niezrównanym mistrzem. Zaopatrzenie w potiony i ekwipunek także zwalili na jego barki. Sami zaś rozsiedli się na tarasie i czekali. Ingus oparł brodę na dłoniach i wpatrywał się w morze, dumając nad czymś niewesołym. Może rozważał ich szanse w dalszej misji, a może po prostu tęsknił za Sar... powrotem do Sasune. Desch próbował zagadywać do dwóch młodych kobiet. Jednak stojący obok potężni i wąsaci Wikingowie poradzili mu w mało uprzejmy sposób, żeby zainteresował się kimś innym. W razie, gdyby nie skorzystał z tej oferty, obiecali mu darmowy przelot w jedną stronę z tarasu do morza. Desch zrezygnował więc skwapliwie z lokalnych podbojów.
- Ahoj, lądowe szczury! Już jestem. Wszystko załatwiłem - oznajmił uśmiechnięty od ucha do ucha Luneth. Wręczył Refii paczkę z potionami, Arcowi kilka książek, a Ingusowi długi nóż. - Co tacy przymuleni siedzicie? Nie podoba wam się tu?
- A kto był przymulony w Tozus? - przypomniała Refia.
- Tu mnie masz. Ale to dlatego, że nie lubię tych głupich zaklęć zmniejszających. Mam nadzieję, że więcej nie będę musiał tego robić.
- Dowiedziałeś się czegoś ciekawego, szefie?
- A jakże! Wiem, gdzie powinniśmy teraz iść. Do świątyni tego całego smoka. On tam bywa podobnież, znaczy się ten Nepto.
- I co, to wszystko? - zdegustował się Ingus. - A gdzie jest świątynia, to już oczywiście nie zapytałeś.
- To trza było iść i samemu gadać! - rozeźlił się Luneth. - Siedzisz se na tyłku i jeszcze pretensje.
- Świątynia Nepto jest na północny zachód stąd - odezwał się cichutko Arc. - Na półwyspie.
- Brawo! - Desch i Refia jednocześnie poklepali go z uznaniem po plecach. - Co my byśmy bez ciebie zrobili? Jesteś nieoceniony!
- Dziękuję, ale to nic takiego. Czytałem niedawno o starych świątyniach i trochę zapamiętałem.
- Trochę? Założę się, że umiałbyś nam bardzo dokładnie opowiedzieć, jak ta świątynia wygląda w środku - uśmiechnęła się Refia.
- Jakie płaskorzeźby ma w przedsionku - dodał wesoło Desch.
- I jaki wysoki dach - roześmiał się Luneth.
- Oraz opisać rodzaj płyt, którymi jest wybrukowana podłoga - zakończył Ingus.
- Chyba tak - zgodził się Arc. - Rzeczywiście pamiętam to wszystko. Mam wam opowiedzieć...? - zapytał niepewnie, spoglądając po ich twarzach.
- Nie trzeba! - odparli chórkiem rozweseleni towarzysze.
- Nepto rozpierniczył wszystkie okręty Wikingów. Tylko Enterprise im został, samojeden - kontynuował Luneth. - Byłem w knajpie i gadałem z jej właścicielką. Bardzo dużo się od niej dowiedziałem, to super babka. Jeden gościu nie chciał zapłacić za piwo, to go złapała za manele i wypierniczyła przez okno do morza - zaśmiał się. - Ma siłę w łapach. O czym to ja... aha. On, ten smok miał niby pilnować porządku na morzu, ale coś mu odwaliło. Kompletnie oszalał. Próbowali go jakoś ugłaskać, ale nic, tylko wszystkich potopił. To wielkie, paskudne gadzisko, wąż morski długi w cholerę i jeszcze trochę. Nie będzie nam łatwo nakopać mu do dupy.
- Może nie powinniśmy... skoro pilnuje mórz... to kto będzie pilnował, jak go zabijemy? - Arc wysunął wątpliwość.
- Na razie to za bardzo nie pilnuje - zauważył rozsądnie Luneth. - Trza się go pozbyć, bo wszystkich wytłucze. Teraz idziemy na żarełko i spać, załatwiłem nam fajny pokój. A jutro z rana ruszamy do Świątyni Nepto.

W gospodzie panował istny rozgardiasz. Wikingowie czynili mnóstwo hałasu, pokrzykując i stukając szklanicami z trunkiem. Rozpaczliwie próbowali choć na chwilę zapomnieć o szalejącym smoku, oderwać myśli od grozy, czającej się na morzu. Nikt się nie śmiał, atmosfera była napięta. Tu i ówdzie wybuchały kłótnie, nieraz dość gorące. Luneth zręcznie przeciskał się przez tłumy bywalców, holując za sobą Arca i pilnując, by nikt go nie potrącił. Desch dwornie torował drogę Refii, a Ingus wlókł się na samym końcu.
- Luneth, jak ci się udało dostać wolny pokój? - zdumiała się Refia. - Tu zwaliła się chyba połowa Wikingów. To wygląda jak najazd.
- Heh, ma się swoje sposoby - pochwalił się chytrze i zastukał w ladę recepcji.
- O, jesteś nazod, skarbeńku - powitała go serdecznie wspomniana wcześniej krewka właścicielka przybytku, młoda i postawna blondynka o typowo wikińskiej fryzurze, długim do pasa warkoczu.
Uśmiechnęła się do Lunetha i podała mu klucz od pokoju.
- Na pięterku po prawej, jakem ci mówiła, słodziaczku. Bydziecie mieli ślicny widok na morze, ino spozierać a dziwować sie. Ludziska tu dobre, wadzić wam nie bedom, cheba że kiery naprany. Jakby wos jakisik łoter zaczepioł, to pódź ku mnie, skarbeńku, a jo mu porachuje gnaty, jakem Hallgerda z Niszczycielów.
- Widać, że pani to dba o gości - Luneth obdarzył ją jednym ze swoich promiennych uśmiechów, które stopiłyby nawet lodowiec.
- A, bo gość najwazniejsy - potwierdziła, odwzajemniając uśmiech. - Słyszałach, że chceta iść het, ku smokowi?
- Taa, jutro z rana tam zaiwaniamy. Pogonimy drania, żeby wam dłużej nie grasował po morzu.
- Mosz jaja, słodziaczku. Te tutej chłopy - wskazała z pogardą pijących na umór Wikingów - to nie chłopy, ino miętkie ciury, a żeby ich poharatało. W gembie mocni, ale żeby gada capnąć, to kajze tam! Ino chlejom i wadzom sie, sietnioki jedne. Ech, skoda godać o tem. Idźta se terozki do izby, skarbeńki, zanieśta manele, a jo wom narychtuje wieczerze.
Luneth podziękował i odwrócił się do kompanów.
- To ja i Arc zaniesiemy graty do pokoju. A ty, Refi, znajdź gdzieś wolny stół, dobra?
- Dobra, słodziaczku - zachichotała dziewczyna.
Luneth chrząknął z zakłopotaniem, ale nic nie powiedział. Zabrał bagaże, skinął głową na Arca i obaj opuścili kompanię.
- Wolnego stołu to tu za bardzo nie widzę - mruknęła zafrasowana Refia.
- A dyć zaroz wom przyrychtuje jakisik - obiecała życzliwa gospodyni. - O, wyzyne te pijanice. Majom dość - jak zapowiedziała, tak zrobiła.
Chwyciła za kołnierz pijaczka, zasypiającego w kałuży rozlanego na blacie piwa. Drugiego złapała za rękaw i bez trudności wywlokła Wikingów na zewnątrz. Trzeci brodaty ochlaptus próbował niemrawo się opierać. Nic nie wskórał, wyleciał za próg równie szybko jak jego kamraci.
- A ot i juz. Pijo jak smoki, ale dutków to nie uwidze, coby dali - mruknęła Hallgerda.
Refia była pod wrażeniem. Gospodyni równie sprawnie wyrzucała niewypłacalnych klientów, co posługiwała się ścierką. W mig starła zabrudzony stół, poprawiła ławę i zebrała puste kufle.
- Siadajta, skarbeńki - zachęciła ich. - A tyn śwarny chłopocek ze srebnymi włosami to twój chłop, dziewcyno? - zagadnęła Refię konfidencjonalnym tonem.
- Nie, to tylko kolega.
- Fajny kawaler. Wesoły, krzepki, na gębie gładki i gadane mo, oj mo! Dobze ci radze, chytaj go, jak ni ma kobity. Pożytek z niego bedzies mioła wszelaki. Hejze, zebym to młodsa była, tobym go sama zarozki... - urwała, zreflektowawszy się. - To powiadas, ze nie twój chłop... Ano, boć tak mi sie cosik widzioło, że łon to chyba w inno strone powiewa chorągiewkom. A tyn mały to spoziera na niego kiej na łobrazek świynty - zaśmiała się. - Pewnikiem razem som.
Nie czekając na odpowiedź, oddaliła się do kuchni. Stropiona Refia usiadła przy stole z kolegami. Co sobie myśli gospodyni, to już jej sprawa. Wkrótce wrócili Arc z Lunethem i wszyscy zabrali się do kolacji. Gościnna Hallgerda przyniosła im całą górę jadła i oświadczyła, że nie chce za to żadnej zapłaty.
- Jakze to, brać dutki łod takich zuchów? Jedzta, skarbeńki. Musita mieć siłe na gada. A ty, chłopocku, to musowo. Takiś chudziutki, krusynko - użaliła się nad Arkiem.
- Pani się nie martwi, zawsze taki był - uspokoił ją Luneth i serdecznym gestem objął kumpla.
- Śwarnie wyglądacie razem - rozczuliła się Hallgerda. - Kiej dwie połówecki jabka. No to smacnego, skarbeńki.
- To co, słodziaczku - Refia doskonale się bawiła - widzę, że olśniłeś panią Hallgerdę swym męskim urokiem.
- Źle ci? Mamy kwaterę, za darmo kupę żarcia i informacje - Luneth pożerał kluski, nie przejmując się kpinami. - Następnym razem możemy wysłać jaśniepana z jego urokiem, jeśli chcesz spać w stajni albo na chodniku - zaśmiał się.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/04/13 13:26 #10297 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Ze wszystkich rozdziałów, to ten Ci się chyba najbardziej udał. Dawno się tak nie uśmiałem. I oczywiście Hallgerda zauroczona Lunethem i sugerująca Refii wyrwanie go sobie: :P

I znowu aluzja do LunethxArc: Ty to chyba tak specjalnie na złość robisz, co? :P





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/04/16 22:53 #10301 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Dzięki, też lubię ten rozdział, fajnie mi się go pisalo. :)

Noel Kreiss napisał: I znowu aluzja do LunethxArc: Ty to chyba tak specjalnie na złość robisz, co? :P

Niechcący nie da się tego zrobić. :evil:
Dobrze się przy tym bawię, ot co. Czyżbyś reflektował na romansik z tą parą? :P Niestety, nie bardzo widzę taką możliwość. Wedle klasycznych reguł obie zainteresowane strony najpierw biorą się za łby, a potem dopiero "żyją długo i szczęśliwie". O co mieliby się kłócić Arc z Lunethem? Który którego bardziej uwielbia? :woohoo: To nie byłoby zbyt porywające.
Za to Refia z Lunethem, oho! Oni mieliby się już o co kłócić, owo klasyczne starcie charakterów murowane. Spoko bym to napisała. Ale nie mam chęci burzyć układu drużynowego - ma być bez drastycznych odstępstw od oficjalnej wersji. :)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/04/16 23:26 #10302 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Już Ci mówię o co Lun mógłby się pokłócić z Arkiem: o zgrywanie bohatera. No pomyśl sobie, że Arc chce pokazać Lunethowi jaki to on jest dzielny i samotnie wyrusza do jakiegoś Bardzo Niebezpiecznego Lochu Pełnego Pułapek, Potworów i Innych Niebezpieczeństw, a potem Lun idzie go szukać i owszem, odnajduje, ale w trakcie walki z Wielkim, Umięśnionym i Okropnie Śmierdzącym Ogrem i stara się pomóc kumplowi w walce, ale idzie mu średnio. Następnie wybucha ostra sprzeczka, którą wieńczy kolacja z resztek wcześniej wspomnianego Ogra.

A co do Refi i Luna: a czy to musi być umiejscowione w fabule? Zawsze można przecież sobie jakieś one-shota strzelić na przykład.





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/04/25 16:45 #10326 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Noel Kreiss napisał: Już Ci mówię o co Lun mógłby się pokłócić z Arkiem: o zgrywanie bohatera. No pomyśl sobie, że Arc chce pokazać Lunethowi jaki to on jest dzielny i samotnie wyrusza do jakiegoś Bardzo Niebezpiecznego Lochu Pełnego Pułapek, Potworów i Innych Niebezpieczeństw, a potem Lun idzie go szukać i owszem, odnajduje, ale w trakcie walki z Wielkim, Umięśnionym i Okropnie Śmierdzącym Ogrem i stara się pomóc kumplowi w walce, ale idzie mu średnio. Następnie wybucha ostra sprzeczka, którą wieńczy kolacja z resztek wcześniej wspomnianego Ogra.

Z tego, co się orientuję, to sprzeczki kończą się konsumpcją, ale niekoniecznie jedzenia. :side:
Troszkę się nie zrozumieliśmy. Niezupełnie chodziło mi o byle jaki powód kłótni, bo to akurat jest nietrudno wymyślić. Bardziej chodzi o wiarygodność tejże. Arc nie ma konstrukcji psychicznej odpowiedniej do tego, by się z kimkolwiek ogniście spierać - a z Lunethem to już w ogóle zero szans. Chyba musiałby być czymś naćpany (!). Więc w ogóle tego nie widzę. Takie zachowanie nie pasowałoby do charakteru postaci.
Oczywiście to nie jest jedyny schemat romansowy, ale zdecydowanie najzabawniejszy. Może, jakby troszkę zamieszać, przesunąć akcję do czasów podobnych do naszych... Dawniej uważałam, że uwspółcześnianie jest idiotyczne, ale po moim ulubionym serialu zmieniłam zdanie o 180 stopni. To mogłoby się udać. Może więc kiedyś...
Ale póki co, niech sobie Luneth i Arc pozostaną BFF. Tak jest fajniej. :)

Noel Kreiss napisał: A co do Refi i Luna: a czy to musi być umiejscowione w fabule? Zawsze można przecież sobie jakieś one-shota strzelić na przykład.

Pewnie, że można. Ale co innego wpleść to w już istniejącą fabułę a co innego pisać jako osobny kawałek. W tym drugim przypadku musiałabym mieć jakąś koncepcję, pomysł - którego nie mam. :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/06/26 16:10 #10431 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Dwa miesiące po czasie nadrobiłam w końcu zaległości. I żałuję, że opuściłam tylko trzy rozdziały, bo chętnie poczytałabym więcej :) Ta opowieść ma świetny nastrój, taki przygodowy i zawadiacki, a zarazem ciepły, nie da się pozostać ponurakiem podczas jej czytania. Chciałabym mieć ją w wersji papierowej, bo (jak dobrze wiesz :P) znacznie lepiej czyta mi się tradycyjne książki. I w ogóle chciałabym, żebyś napisała kiedyś coś dłuższego, bo bardzo lubię Twój styl.

Moim zdaniem lepiej jest, jeśli relacja Luneth-Arc pozostanie w sferze niedomówień, tak jest zabawniej.

shizonek napisał: Wedle klasycznych reguł obie zainteresowane strony najpierw biorą się za łby, a potem dopiero "żyją długo i szczęśliwie".

A to mnie zawsze trochę zadziwia. Tak jakby nie można było napisać historii miłosnej bez tego wcześniejszego motania i dramatów. Wiem, związki partnerskie to nuda, lepiej po włosku walić talerzami i godzić się w skotłowanej pościeli :P

Ach, no i Hallgerda jest rewelacyjna. Myślę, że to byłaby też dobra dziewczyna dla Siana. :evil:

Mam nadzieję, że dalsze części opowiastki jeszcze nie zniknęły z dysku? Czekamy na kolejne rozdziały. No i w ogóle wpadnij czasem na Balamb, bo tęsknimy ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/07/02 23:17 #10445 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Coś dłuższego? Że niby TO jest krótkie? Aliści to jeno połowa fanfika. :D

"Skotłowana pościel" zapewne jest niezbyt realistyczną i sensowną konwencją, ale do opowiadań dobrze się nadaje. Z tego samego powodu bohaterami filmów i książek są rycerze, policjanci i detektywi, a nie przykładowo - pracownicy sklepów internetowych czy laboranci. :P Coś, co jest ekstremalne, wybijające się z codzienności - dobrze się prezentuje w opowiadaniach i filmach. Tzw. szara codzienność - jakby mniej.



Mam nadzieję, że ten rozdział ostatecznie rozwieje wątpliwości co do tego, że Luneth nie jest chodzącym ideałem, który wszystko umie. xD




11. Sztuka pisania

Ingus podniósł kartkę, leżącą na ziemi. Rzucił na nią okiem i uśmiechnął się kpiąco.
- Luneth, nie zgubiłeś czegoś? - pomachał w kierunku kolegi. - Bo to bardzo w twoim stylu.
Luneth odwrócił się i spojrzał na świstek, rozpoznając go od razu.
- "Pszyjć pod dżewo" - Ingus odczytał ze złośliwym uśmieszkiem. - Wielce oryginalna pisownia.
- Oddawaj to! - speszony chłopak wyrwał mu papier.
- W trzech krótkich słowach zrobić trzy błędy to doprawdy niezwykłe osiągnięcie - natrząsał się jasnowłosy rycerz.
- Co cię to obchodzi - Luneth zaczerwienił się, zły na siebie, że zgubił kartkę i dał koledze broń do ręki.
- To dysortografia! - wtrącił się Arc, ze wzburzenia zapominając o własnej nieśmiałości. - To nie wina Lunetha!
- Dysortografia? Sądziłem, iż powiesz, że Luneth ma utylitarne i nowatorskie podejście do zasad pisowni - roześmiał się Ingus, spoglądając ironicznie na obydwóch przyjaciół. - Ale niech ci będzie, że to dysortografia.
Arc zamierzał kontynuować obronę kumpla, ale Ingus nie chciał więcej słuchać. Razem z Refią ruszyli naprzód. Desch, starając się nie roześmiać, popędził za nimi.
- Lun, chodźmy, bo będziemy musieli ich potem gonić.
- Masz rację, ruszajmy się.
Arc spojrzał na zgnębionego przyjaciela.
- Nie przejmuj się tą głupią kartką.
- Łatwo ci mówić. Wyszłem na tumana przed jaśniepanem - pożalił się Luneth.
Wyciągnął zmięty papier z kieszeni i przyjrzał mu się ze zbolałą miną.
- To ta wiadomość, co ci ją zostawiłem kiedyś w domu. Pewno zaplątała mi się gdzieś w plecaku. A co ja tu źle napisałem? - zapytał bezradnie. - Nie wiedziałem, że coś schrzaniłem, nic nie powiedziałeś.
- Zrozumiałem wiadomość - Arc uśmiechnął się pod nosem. - Czy to nie najważniejsze?
- No tak - pocieszył się Luneth.
- Po prostu masz utylitarne i nowatorskie podejście do zasad pisowni - zacytował z humorem Arc.
- Mądrala. Nie mam pojęcia, co to znaczy, więc możesz się nabijać ile wlezie - nadąsał się Luneth.
- To oznacza, że ważniejsze jest dla ciebie skuteczne zrozumienie przez odbiorcę treści informacji, a nie jej forma.
- Aha... To nie myślisz jednak, że mam tą orto... dyr... jak to było?
- Dysortografię.
- No właśnie. Dys.
- Nie wiem. Być może ją masz - uśmiechnął się pogodnie Arc. - Najważniejsze, że Ingus w to uwierzył.
- Ty spryciarzu! - rozbrojony Luneth objął go ramieniem i niechcący strącił mu nakrycie głowy. - Po prostu wymyśliłeś mi ładniejsze określenie na tumana.
- Nieprawda - bronił się Arc, podnosząc kapelusz. - Po pierwsze, wcale nie jesteś tumanem, a po drugie, naprawdę jest takie coś jak dysortografia.
- Wierzę ci - zapewnił Luneth, po czym dodał nieśmiało - ale nadal mi nie powiedziałeś, co źle napisałem...

Zdumiony Ingus obserwował Lunetha, który zachowywał się bardzo nietypowo jak na siebie. Do świątyni Nepto mieli jeszcze kawał drogi i musieli zatrzymać się na nocny postój w lesie. Luneth powinien więc szaleć po okolicznych zaroślach i przetrzebiać lokalną populację potworów, ewentualnie opowiadać Arcowi którąś ze swoich historyjek, no - w ostateczności kłócić się z Ingusem. Normalne Lunethowe zajęcia. Tymczasem dziarski kapitan usiadł sobie cichutko na uboczu, nie odzywając się do nikogo, po czym wyciągnął z kieszeni zmięte papierzyska i ...zaczął coś na nich pisać. Ingus zamrugał z niedowierzaniem. Po incydencie z kartką dałby głowę, że ten głąb był totalnym analfabetą. Niemniej jednak "głąb" usiłował coś napisać, choć widać było, że sprawia mu to spore trudności. Rycerz zasiadł przy płonącym ognisku i raz patrzył na piekące się na patyku mięso, a drugi raz - na kolegę. Po chwili dołączył do niego Desch, aktualnie nie mający nic do roboty.
- Jak idzie z pieczenią? - zainteresowała się Refia, klapnąwszy obok kolegów. - Jestem głodna jak stado wilków.
- Jeszcze kwadrans i powinna być gotowa.
- Świetnie. Co tu tak cicho? - zorientowała się nagle. - Gdzie Luneth?
Ingus wskazał jej podbródkiem miejsce, gdzie ulokował się przywódca ich małej drużyny.
- Pisze coś.
- Luneth?! Pisze...?! Ciekawe, co - zdumiała się.
- Nie wiem. Nie sądziłem, że on w ogóle umie pisać - stwierdził cierpko Ingus.
Srebrnowłosy chłopak nie zdawał sobie sprawy, że wzbudził takie zainteresowanie kolegów. Napisał coś, ale widocznie tekst nie spełnił jego oczekiwań, gdyż skreślił go energicznie i sfrustrowany przerwał na chwilę. Zerknął na Arca, który swoim zwyczajem oglądał tutejsze zielsko. Luneth napisał coś, znowu na niego zerknął, westchnął z udręką, ponownie coś zanotował. Mozolił się bardzo nad kartką, a wzrok co chwilę uciekał mu w kierunku przyjaciela, zupełnie jakby w jego osobie szukał natchnienia. Na bardzo długą chwilę zapatrzył się tęsknie na Arca. Wreszcie dopisał jeszcze parę słów, schował kartki do kieszeni i wstał. Wyglądał, jakby podjął jakąś ważną decyzję.
- Myślę, że to było całkiem oczywiste - zachichotała Refia. - Trudno nie zgadnąć, co i do kogo pisał.
Desch zrozumiał ją w mig.
- Ja to od początku wyczaiłem - pochwalił się z błyskiem w oku. - Oni ze sobą kręcą, mówię wam.
- To tylko wasze domysły – rycerz skrzywił się sceptycznie. - Poza tym po co Luneth miałby to robić? To niedorzeczne, pisać do kogoś, kto jest tuż obok. Przecież naturalniej jest porozmawiać.
- Oj, nic nie rozumiesz. Czasami łatwiej coś napisać niż to powiedzieć.
Zaciekawieni obserwatorzy gapili się na dwójkę przyjaciół. Nic nie słyszeli, chłopcy byli bowiem poza zasięgiem głosu. Luneth zagadnął o coś przyjaciela. Jego zwykła pewność siebie gdzieś zniknęła. Coś tłumaczył, zakłopotanym gestem wsuwając palce we włosy. Arc przyjął od niego plik kartek poskładanych na pół. Chciał je od razu przeczytać, ale Luneth powstrzymał go, łapiąc za rękę. Pokręcił przecząco głową, wskazując kciukiem na siedzących przy ognisku kolegów. Cała trójka momentalnie odwróciła wzrok, udając, że niezmiernie ciekawi ich kamień leżący koło ogniska. Refia i Desch nie wytrzymali długo i znowu zerknęli ukradkiem na chłopców. Luneth uśmiechnął się niepewnie do Arca, nie do końca pozbywając się nerwowości. Szatyn wsunął kartkę do książki i kiwnął głową. Po wszystkim Luneth odszedł gdzieś, a Arc zasiadł pod drzewem i zabrał się do czytania jednej ze swoich opasłych ksiąg. Właśnie tej z kartką od kumpla.
- Przyznaj, że trudno o wątpliwości - szepnęła podekscytowana Refia.
- Bo ja wiem...
- No dobra, udowodnię ci to - zaperzyła się. - Daj mi chwilę, a zobaczysz.
- Co zamierzasz zrobić? Lepiej się w to nie mieszać - ostrzegł ją Ingus. - To nie nasza sprawa.
- Nie bądź taki ugrzeczniony. Nudzę się, potrzebuję odrobinę rozrywki.
- Będziesz miała rozrywkę, gdy Luneth wywiesi cię na najwyższej sośnie w lesie.
- E tam. Będę ostrożna.
Ingus wzruszył ramionami. Jeśli koleżanka chce denerwować tego narwańca, droga wolna.
- Ref, sama mnie ostrzegałaś przed Lunethem - wypomniał Desch. - Mówiłaś, że jest zabójczy, śmiercionośny, morderczy i że mam mu nie wchodzić w paradę. A ty co niby teraz robisz?
- Ale ja nie zamierzam tykać Arca - odparła niefrasobliwie. - Bo to rzeczywiście jest gwarancja pewnej śmierci. Zresztą wcale nie mówiłam, że Luneth jest śmiercionośny. Wybuchowy i postrzelony, to tak.

Refia czyhała na sprzyjający moment. Nie mogła podkraść się do Arca, gdyż ten siedział i czytał książkę, w której znajdował się interesujący ją obiekt. Dobrze wiedziała, że kolega będzie siedział z nosem w swojej księdze przez dobre dwie godziny. Nie chciało jej się tyle czekać, żeby dobrać się do schowanej kartki. Ale przecież Luneth miał w kieszeni równie interesujące rzeczy. "Wyglądało to, jakby sobie najpierw napisał wszystko na brudno, a potem przepisał", rozważyła. Skoro nie mogła się dobrać do wersji końcowej, mogła podwędzić próbną, która niewątpliwie była równie ciekawa.

. . .

Profesja Złodzieja ciekawiła ją od samego początku. Swoją karierę Wojownika Światła zaczęła jednak od Białego Maga, żeby nie wysłuchiwać kazań Ingusa. Potem, na wyprawach typowo treningowych, pofolgowała swoim zachciankom i przekonała się, że miała rację. Złodziejstwo to była świetna zabawa. Ingus oczywiście uważał, że istnienie takiej klasy to obraza i starał się ją ignorować. Luneth miał zamiar pobawić się w to również, tylko po to, by wkurzyć wyniosłego kompana, ale stwierdził, że gra niewarta świeczki. Nic nie mogło równać się z gnębieniem potworów przy pomocy miecza. Arc trzymał się swojej czarnej magii, studiując zawzięcie nowe zaklęcia. Tylko Refia uznała złodziejskie sztuczki za fantastyczny wynalazek. Z zapałem trenowała je, niestety, nie tylko na potworach, ale także na udręczonych tym towarzyszach. Jak dotąd rezultaty nie były porywające. Desch i Ingus nie mieli w kieszeniach niczego ciekawego. Refia natknęła się na same przydatne w walce rzeczy. Zwłaszcza w bagażu rycerza królowały potiony, eliksiry, narzędzia do ostrzenia broni, lina, zapasowe śruby do zbroi i tym podobne nudziarstwa. Wszystko idealnie poukładane. Arc z kolei miał większy nieporządek. W jednej kieszeni trzymał antidota i odtrutki, w drugiej - cały kłąb liści, nasion i zasuszonych pędów roślin. Mimo "artystycznego" nieładu w jego torbie można było jednak dostrzec pewien porządek. Papiery i książki były starannie poukładane, a ususzone rośliny posegregowane, opisane i pozwiązywane w pęczki. W bagażu Lunetha panował za to radosny i niczym nieskrępowany bałagan. Wszystko było ze sobą wymieszane; aż dziwne, że chłopak bez trudu znajdywał wszystkie potrzebne rzeczy. Refia szybko dała sobie spokój, trafiwszy wśród tępych grotów do strzał, okruchów i kawałków sznurka na kły i kawałek kudłatej skóry któregoś potwora. Z obrzydzeniem odłożyła to na miejsce, obiecując sobie, że więcej nie zajrzy do Lunethowego plecaka, choćby jej za to oferowano pół królestwa.
- Refia, czy mógłbym cię prosić o zwrot dużego potiona, który miałem w lewej tylnej kieszeni? - zapytał sucho Ingus.
- Jasne, oto on - dziewczyna oddała mu podprowadzoną miksturę.
- I zwróć Arcowi tę zieloną torebkę z ziołami - dodał znękany rycerz.
Miał już serdecznie dość "ćwiczeń" Refii i tej okropnej klasy, niegodnej Wojowników Światła.
- Ale ja ją mam przecież - zdziwił się Arc, wsuwając dłoń do pustej, jak się okazało, kieszeni. - O, a przed chwilą jeszcze była...
Rozbawiona Refia oddała mu swą zdobycz.
- Nawet nie zauważyłem, kiedy mi ją wyciągnęłaś - przyznał zmieszany chłopak.
- Na tym właśnie polega bycie Złodziejem - pouczyła go z dumą.
Korciło ją, żeby dodać: "Ale ciebie, Arc, można by okraść i bez tej klasy, jedną ręką i z zamkniętymi oczami", jednak ugryzła się w język. Nie chciała sprawiać przykrości nieśmiałemu koledze, którego ogromnie polubiła. I na którym, nie ma co ukrywać - bardzo dobrze trenowało jej się złodziejskie zdolności, bo nie protestował i nie obrażał się, gdy padał ich ofiarą. Znosił cierpliwie wszystkie jej "wprawki", wiedząc, że te umiejętności kiedyś mogą się przydać.
Nieustanne ćwiczenia na kolegach, a także na napotykanych potworach zaczęły przynosić dobre efekty...

. . .

Refia podniosła się od ogniska i ruszyła śladem Lunetha, który oddalił się w kierunku jeziorka. Czekało ją trudne i ambitne zadanie dobrania się do jego kieszeni. Obrobienie wyniosłego Ingusa, beztroskiego Descha czy roztargnionego Arca nie stanowiło najmniejszego problemu. Luneth jednak był czujny i dobrze się pilnował. Przemieniła się prędko w Złodzieja, by ułatwić sobie zadanie.
Udało jej się podkraść do kolegi, gdy był pochylony nad wodą i mył ręce. Podekscytowana Refia ostrożnie wydobyła mu z kieszeni zmięte kawałki papieru. Niestety, w tym momencie jej złodziejskie szczęście się skończyło. Luneth wyczuł, że coś jest nie tak i odwrócił się szybko.
- Co to ma znaczyć?! - zdenerwował się, widząc w jej ręku znajome kartki. - Oddawaj!
- Spokojnie - mitygowała go, zgrabnie odskakując dalej. - Nie ma się co wkurzać, tylko sobie trenuję kradzenie.
- Trenuj se na kim innym. Dawaj to z powrotem! - rozzłościł się, robiąc krok w jej kierunku.
- Hmm... czy to może liścik miłosny do jakiejś dziewczyny? - drażniła się rozweselona Refia.
- Nie wygłupiaj się. Listy pisałem tylko do Arca.
Refia wykrzyknęła triumfalnie:
- Haaa! A więc dobrze domyślałam się, że wy dwaj-
- Nie o to mi chodziło. Oddawaj! - zaczerwienił się Luneth i wyrwał jej papiery z ręki.
Zostawił pokładającą się ze śmiechu koleżankę i odszedł, troskliwie chowając odzyskany list do kieszeni.

- To jak tam twój list, Luneth? - nie wytrzymała Refia, gdy siedzieli przy ognisku. - No weź powiedz, nie bądź taki tajemniczy. Dużo w nim tych, no, metafor?
- Pewnie był bardzo poetycki - dopowiedział Desch, powstrzymując śmiech. - Co nie?
- Znaczy się, z wierszami? - chłopak uniósł ze zdziwieniem brwi. - Niby czemu miałbym pisać coś takiego?
- To jak sobie poradziłeś z tak delikatnym tematem?
- Delikatnym...? Normalnie, napisałem, co miałem do napisania - bąknął Luneth.
Naprędce przypomniał sobie treść listu. Nie no, wszystko było w porządku przecież.
- Twój styl, szefie. Prosto do celu! - Desch klepnął się z uciechą w kolano. - Po co robić podchody, skoro lepiej wprost napisać, czego chcesz i jazda.
- No tak, to zawsze działa najlepiej.
- A myślisz, że na odbiorcę listu też zadziała?
- Pewnie, że tak. Czemu miałoby być inaczej? - zapytał coraz bardziej zbity z tropu Luneth.
Nie miał pojęcia, dlaczego jego odpowiedź spowodowała, iż Refia i Desch dosłownie płakali ze śmiechu.
- A tobie, Arc, podobał się Lunethowy list? - dopytywała się dziewczyna, próbując złapać oddech. - Czytałeś go, prawda?
- Yhm... - szatyn zerknął na przyjaciela, który wwiercał się w niego znaczącym spojrzeniem. - Tak - odparł lakonicznie.
W końcu obiecał, że się nie wygada. On i Luneth spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem. Nie wiedzieli, o co chodzi; czemu Refia i Desch zaśmiewali się przez długi czas, nie mogąc przestać? Przecież Arc nie powiedział niczego zabawnego.
Później, gdy udali się na spoczynek, Lunetha olśniło, o co chodziło z listem. Palnął się w czoło z zakłopotaniem, ale postanowił nie oświecać kumpla w tej sprawie. Po co biedak ma się tym denerwować.

. . . . . . . . . . . .

- Hej, Arkie, mam do ciebie prośbę.
- Tak?
Arc obrócił się do niego. Przyjaciel trzymał w ręku poskładane i zapisane kartki.
- Bo widzisz... miałeś rację, że ja też powinienem napisać coś do Niny i Topapy. Nie chcę, żeby głupio wyszło, że tylko ty piszesz, a mnie się nie chce, czy ich olewam... Tylko że jestem okropnym matołkiem, jeśli chodzi o pisanie. No i... hmm... czy zechciałbyś... czy mógłbyś... no wiesz, sprawdzić, czy nie nawaliłem błędów - wypalił wreszcie, okropnie speszony.
- Oczywiście. Nie ma sprawy.
- Dzięki - Luneth odetchnął z ulgą i wręczył mu list. - Ale nie teraz! - powiedział szybko, gdyż przyjaciel zamierzał od razu spełnić prośbę. - Później, żeby oni nie zobaczyli.
- Rozumiem. Zrobię to, jak gdzieś pójdą.
- I Arc... nie mów im o tym liście. Do kogo pisałem ani o czym... Dobrze? - poprosił Luneth.
- Jasne. Ani mru mru. Zresztą i tak bym nikomu nie powiedział. Przecież wiesz.
- Wiem. Jesteś najlepszym kumplem na świecie - powiedział z wdzięcznością Luneth.
Nigdy nie zawiódł się na przyjacielu i wiedział, że nigdy się nie zawiedzie.
- Przecież to drobiazg. W każdym razie będę milczał jak grób - zażartował Arc.
Obaj chłopcy uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.

- Ooo kurde, aż tyle żem tego nasadził? - Luneth zmartwił się, oglądając swój poprawiony list.
Cała strona była pokreślona od góry do dołu. Czy były tu w ogóle jakieś słowa bez błędów?!
- Nie przejmuj się. Jak na kogoś, kto nieczęsto pisze, to i tak nieźle ci poszło - pocieszył go Arc.
Chyba kiepsko mu wyszło to pocieszenie, bo przyjaciel spojrzał na niego z rezygnacją.
- Za to jesteś bardzo kreatywny. Ja bym tak nie umiał.
- Kreatywny?
- Pomysłowy - wyjaśnił z ociąganiem Arc.
- Chyba wiem, o co ci chodziło - srebrnowłosy pisarz przyjrzał się wnikliwie tekstowi. - O to, że w tym samym słowie za każdym razem strzeliłem innego byka?
- Yyy, przepraszam... tak tylko mi się głupio powiedziało... Nie przejmuj się tym, co mówiłem...
- Ech, no cóż... Nie jestem dobry z pisania i raczej nigdy nie będę - westchnął Luneth. - Ale nie ma tego złego. Przynajmniej się pośmiałeś, co nie? Twoje księgi o magii pewnie nie są tak zabawne, jak moje listy?
- Pod względem rozrywkowym rzeczywiście są marne - przyznał wymijająco Arc.
- I mają mnóstwo długich i mądrych słów?
- Zgadza się.
- To może napiszę jeszcze kiedyś jakiś list, żebyś miał rozrywkę. Chcesz?
- Czemu nie. Masz talent narracyjny, wiesz?
- Nara- jaki?
- Ładnie opowiadasz.
- Aha... Dzięki. Myślisz, że Ninie spodoba się kawałek o gryfie?
- Ten o obciętym łbie?
- Tak, ten.
- Myślę, że doceni barwność opisu.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, wyobrażając sobie minę swojej opiekunki.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/08/21 12:09 #10467 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
12. Smok to łatwizna

Starożytna świątynia Wikingów była widoczna już z daleka. Stała na płaskim terenie, na przylądku wielkiego półwyspu - dokładnie tak, jak mówił Arc. Spadzisty dach wspierał się na potężnych białych filarach z kamienia. Wewnątrz było mroczno, ale wystarczająco jasno, by dostrzec ogromną rzeźbę morskiego smoka. Długa szyja gada wystrzeliwała wprost z podłogi, co stwarzało złudzenie, jakby smok wychylał się z morskiej toni. Panowała cisza, zakłócana tylko sporadycznymi pluśnięciami wody, która wypełniała świątynne sadzawki i kanały. Ingus rozejrzał się po sali. Wnętrze świątyni było co prawda ogromne, ale nie było widać żadnego korytarza czy przejścia, które prowadziłoby dalej.
- To gdzie teraz? - podekscytowany Desch spojrzał na kompanów, jakby oczekując olśniewającej magicznej sztuczki. - Jesteście Wojownikami Światła, co nie? - dorzucił zachęcająco.
- Co z tego? - burknęła Refia. - Przecież nie przebijamy wzrokiem murów. Trzeba by obszukać te ściany, może są jakieś ukryte drzwi albo coś.
- Co o tym sądzisz, Arc?
- Całkiem możliwe - zgodził się z roztargnieniem szatyn, z zaciekawieniem przyglądając się postumentom kolumn, pokrytych tajemniczymi znakami.
- Luneth? - Refia obejrzała się na kapitana drużyny, od pewnego czasu milczącego.
Nic dziwnego, kapitan był bowiem pochłonięty gryzmoleniem po ścianie zamiast szukaniem drzwi.
- Co ty wyprawiasz?! Oszalałeś?! - wykrzyknął oburzony Ingus.
- Czego się ciskasz? - rzucił niedbale Luneth.
Przyjrzał się swemu naściennemu dziełu okiem artysty i po krótkim namyśle dopisał brakującą kropkę.
- Jesteśmy w Świątyni Nepto! - ryknął blondyn.
- No i?
- Jeszcze pytasz?! To ŚWIĄTYNIA, a ty bazgrzesz po starożytnych płaskorzeźbach, wandalu! "Tu byłem. Luneth". Brak mi słów - Ingusowi opadły ręce. - Refia, co ty na to?
- Hmm, dobrze napisane, bez błędów - dziewczyna stłumiła śmiech.
- Robisz postępy, szefie! - skomentował wesoło Desch.
- Arc? - Ingus spojrzał bezradnie na szatyna, szukając u niego poparcia.
- Naprawdę bezbłędnie - potwierdził Arc i zerknął na wielce zadowolonego z siebie przyjaciela.
- Wszyscy jesteście beznadziejni - nadąsał się Ingus. - Zgraja barbarzyńców.
- Dobra, zabierajmy się do roboty - Luneth wrócił do dowodzenia. - Ingus, obczaj, czy nie ma czegoś po tej stronie, Refia i Desch, wy idźcie popatrzeć po drugiej, a ja z Arkiem pójdziemy do tej rzeźby. Jakbyście coś znaleźli, to wołajcie.
- A czego mamy właściwie szukać? - spytała Refia.
- Nie mam pojęcia. Czegoś - poradził jej niezbyt mądrze Luneth. - No co, jesteś Wojownikiem Światła, czy nie?
Refia spojrzała krzywo na chichoczącego Descha i powlokła się bez entuzjazmu w kierunku jednej ze ścian. Arc i Luneth podeszli do rzeźby smoka i przyjrzeli jej się uważnie.
- Patrzaj, brakuje mu oka - od razu zauważył spostrzegawczy Luneth.
Jedno ślepie smoka lśniło krwistą czerwienią wprawionego kamienia, drugie zaś ziało pustym, czarnym oczodołem.
- Rzeczywiście... - Arc zaczął w skupieniu oglądać posąg. - Zaraz... wydaje mi się, że...
- Odkryłeś coś?
- Nie jestem pewien... Spójrz na paszczę - Arc wskazał przyjacielowi rozwarty groźnie pysk bestii, pełen ostrych kłów. - Wygląda, jakby tam było przejście. Może gdzieś tam znajdziemy to brakujące oko? Moglibyśmy tam wejść, gdybyśmy się zmniejszyli.
- O nie, tylko nie znowu to!
- Ale chyba nie mamy wyboru - powiedział przepraszająco szatyn. - Tu nigdzie nie widzę innych wejść, jest tylko ta sala. Wiem, że nie lubisz miniaturyzacji, Lun...
- Bo nie mam wtenczas co robić. Wy se rzucacie Firami i Thundarami, a ja stoję jak ten kołek.
- Przecież ćwiczyliśmy razem magię drugiego poziomu. Świetnie ci szło. Mógłbyś być drugim Czerwonym Magiem.
- Tak uważasz? Serio myślisz, że dam radę?
- Oczywiście! Chyba, że zmieniłeś zdanie i mam znowu iść na przedzie?
- Nie, nie zmieniłem. Trzymasz się tyłów, koniec, kropka. Nie kombinuj, spryciarzu.
- Nie kombinuję. Tak tylko pytałem...
Luneth zwołał towarzyszy i ogłosił:
- Nepto nie ma jednego oka. Może jak je znajdziemy i mu oddamy, to coś się wyklaruje. Smok się odezwie albo pojawi, sam nie wiem. Arc odkrył tajne przejście w jego gębie, więc będziemy musieli się tam wciś. Refi, dajesz z miniaturyzacją.
- Dobra, ale coś ty taki ucieszony? - zdziwiła się. - Podobno nienawidzisz się pomniejszać? Kto marudził, że nie ma co robić podczas walk?
- Ha, patrzaj na to - zadowolony z siebie chłopak zmienił profesję i ukazał się kolegom w niemal identycznym stroju, co Ingus.
- Fajnie teraz wyglądacie - Refia uniosła z aprobatą kciuk. - Jak żołnierze w mundurach.
Ingus wydął usta, ale nie skomentował tego. Nie wróżył kapitanowi wielkiego sukcesu w nowej profesji.
- Jakiś ty elegancki, szefie! - gwizdnął z podziwem Desch. - Arc, a ty co myślisz? Podoba ci się Luneth? - uśmiechnął się dwuznacznie, gdy zauważył, z jaką fascynacją szatyn przygląda się kumplowi w stroju maga.
- O tak, bardzo! T-to znaczy... ja... yyy...
- No już, już, koniec zabawy - uciął świeżo upieczony Czerwony Mag, ratując zawstydzonego przyjaciela przed dowcipami Descha. - Włazimy smokowi do paszczy. Ingus, idziesz ze mną, reszta za nami!

Luneth czuł się całkiem dobrze w nowym stroju. Co prawda teraz, kiedy byli maleńcy, używanie broni było bezcelowe, ale sam jej dotyk, poczucie, że ma przy pasie solidne miecze, było pokrzepiające i dodawało mu pewności. Obiecał sobie, że gdy wyjdą na zewnątrz, przetestuje nową profesję, wykorzystując tym razem cały jej potencjał. Przypomniał sobie trening magiczny sprzed paru dni. Rzeczywiście jakby coś się w nim odblokowało i zaczął odnosić sukcesy. Może zresztą to Arc był takim dobrym nauczycielem. A może to on zdołał zmobilizować się, by nie stać w kącie, gdy reszta walczy na ogień i pioruny. Tak czy owak, z magią szło mu już nieźle. Prędko przestawił się na nowy sposób walki.
- Uwaga, robale po prawej - ostrzegł, bystrze rozglądając się dookoła.
Obleśne larwopodobne bestie czyhały poniżej, na skalnym występie. Były tłuste, pękate i okrywała je śliska skóra o rdzawej barwie. Otwór gębowy otaczały im ostre jak igły kolce albo zęby. Stwory były niebezpieczne i trujące, dlatego lepiej było je atakować na odległość.
- Na mój sygnał, Ingus i ja dajemy lodem, Arc wali ogniem, Desch, no to co zawsze. Refia, ty pilnuj naszego zdrowia, bo te skurczybyki są jadowite. Teraz!
Larwy nie miały żadnych szans; zaskoczone przez młodych fighterów prędko wyzionęły ducha. Luneth zjechał zgrabnie po skalnej ściance na sam dół i sprawdził, czy potwory nie udają. Z pewnością nie, o czym świadczyły wnętrzności i strzępy tkanek rozbryźnięte po skałach. Zmasowany atak magią sprawił, że bestie zostały rozerwane na drobne cząstki.
- Arc, nie złaź - Luneth powstrzymał kumpla, który zamierzał do niego dołączyć.
Wiedział, że malowniczo porozwlekane jelita nie należą do ulubionych widoków Arca. Z powrotem wspiął się na ścieżkę.
- Idziemy dalej - machnął ręką na towarzyszy. - Chodź, Arkie. I nie patrz w dół - poradził mu, gdy przechodzili koło miejsca potyczki.
Zaciekawiony szatyn chciał zobaczyć, jak sprawdziła się ich taktyka.
- Ale czemu?
- To nie jest przyjemny obrazek - szepnął mu na ucho Luneth. - Na pewno nie chcesz tego oglądać, zaufaj mi.
- D-dobrze, Lun.

Wędrówka przez świątynne zakamarki ciągnęła się bez końca. Zmniejszeni, posuwali się wolniej i przez to częściej byli narażeni na atak potworów. Każda nierówność podłoża czy zalegające odłamki skalne stanowiły spore utrudnienie. Na środku placu z popękanymi płytami zauważyli jamę, w której coś się ruszało. Powoli i ostrożnie podkradli się do istoty, okrążając ją ze wszystkich stron. Ogromny szczur o fioletowym futrze wytrzeszczył na nich czerwone, płonące chciwością ślepia.
- Kto wy? Czego tu? Nie zabierą błyskotka! - zakwiczał, groźnie wywijając cienkim ogonem.
- Kurde, to gada - zdziwił się Luneth, odruchowo wyciągając miecz.
Na dnie jamy leżał połyskujący czerwienią i znajomo wyglądający kamień. Nie mieli jednak czasu na rozważania, gdyż broniący skarbu zwierz błyskawicznie rzucił się na nich. Gdyby byli więksi, nie stanowiłby zagrożenia. Ale tak... cała piątka musiała nieźle się napocić, by pokonać złodzieja, który zwędził poszukiwane oko posągu. Luneth dwoił się i troił, rzucając w szczura lodowymi zaklęciami. Spowalniały one nieco poczwarę, dając pozostałym wojownikom czas na złapanie oddechu czy uzdrowienie. Zza pleców Luneth ciągle czuł gorący podmuch, jakby stał tyłem do otwartego paleniska. To Arc raczył szczura swoimi ulubionymi Firami. Z prawej flanki Ingus z kamiennym spokojem ładował w przeciwnika Blizzary, wspierając też Refię przy uzdrawianiu kolegów. Powietrze przesycone było spalenizną od ogniowej magii i naładowane elektrycznością za sprawą Deschowych piorunów.
- Wszyscy cali? - zapytał Luneth, gdy szczur zginął z kwikiem. - Arc? Ingus, co z tobą?
- Nic takiego, tylko draśnięcie - zbagatelizował rycerz, wydobywając z kieszeni antidotum i wychylając je duszkiem.
- No dobra, zabierajmy ślepie i spadajmy - Luneth zeskoczył do opuszczonej jamy i podniósł błyskotkę. - Mam nadzieję, że warto było się męczyć dla smoczej gały.
- Może tym uspokoimy Nepto - zgodził się Ingus.

Zanim dotarli do wyjścia, musieli uporać się z kilkoma przerośniętymi jeżami. Ściśle biorąc, jeże były przerośnięte dla nich, w obecnej, maleńkiej postaci. Gdyby byli normalnych rozmiarów, to jeże byłyby miniaturowe. "Śmieszne, jak wszystko zależy od punktu widzenia", pomyślał Arc, posyłając wielkiego-małego kolczaka w zaświaty. Wyskoczywszy czym prędzej z paszczy posągu i przywróciwszy sobie normalny wzrost, młodzi wojownicy ustawili się wianuszkiem wokół swego dowódcy. Luneth wyciągnął lśniące oko Nepto z kieszeni i uroczyście wstawił mu je do pustego oczodołu. Oczy posągu natychmiast rozjarzyły się światłem i rozległ się głos:
- Doskonale sobie poradziliście, Wojownicy Światła. Jestem Nepto, strażnik mórz i dziękuję wam za zwrócenie brakującego oka. Nie jest to zwykłe świecidełko, lecz część mojej duszy. Bez niej nie mogłem kontrolować mojej zewnętrznej, fizycznej manifestacji. Teraz, gdy jestem kompletny, mogę znowu czuwać nad spokojem tutejszych wód - ciągnął. - Woda jednak straciła swoje światło, gdyż ktoś spowodował wielkie trzęsienie ziemi. Światło zostało wciągnięte w głębiny...
Luneth zdekoncentrował się, słuchając monotonnego głosu smoka. Słyszał to wszystko już wcześniej od Kryształu. "Ciągle ino światło i światło", pomyślał ze znudzeniem. Stłumił ziewnięcie, nie chcąc narażać się na gniew oburzonego Nepto.
- Chodź, Lun, idziemy - Arc trącił go lekko łokciem.
- Co, już? A tak, chodźmy, chodźmy - ocknął się.
- Pan kapitan znowu nie słuchał i nic nie wie o Wodnym Kle, ani jego mocy, jak mniemam? - zakpił rycerz.
- Bij strzałę, Ingus - mruknął Luneth, ale bez złości.
Od pierwszego spotkania minęło już sporo czasu i ich słowne boje zamieniły się z ognistych pojedynków o dominację w zwykłe koleżeńskie przepychanki.
- Wy tak zawsze mieliście? - roześmiał się Desch.
- Pewnie, kłócą się od samiutkiego początku. Którą drogą mamy iść, kto pierwszy ma wejść do jaskini, czyja kolej na mycie garów i tak dalej - potwierdziła Refia.
- Kto się czubi, ten się lubi, tak?
- No nie, co za głupoty! - oburzył się Luneth.
Demonstracyjnie odwrócił się plecami do Ingusa, żeby podkreślić swoje stanowisko. Rycerz odwzajemnił mu się tym samym.
- Przysłowia są niedorzeczne i nie mają nic wspólnego z moim stosunkiem do tego tępaka - oznajmił chłodno.
- Nie zadzieraj nosa, jaśniepanie zakuty łbie!
- Typowa odzywka niedouczonego osła.
- O, Jego Wysokość Kij W Dupie się odezwał.
- Zamilcz, plebejuszu.
- Przemądrzały panicz z zamku.
- Wiejski nieokrzesaniec.
- Królewski podnóżek.
- Prostak.
- Burżuj.
- Bezczelny-
- Nadęty-
- Nieobliczalny-
- Zarozumiały-
- Postrzelony-
- Jesteście przezabawni - płakał ze śmiechu Desch, słuchając, jak koledzy licytują się jeden przez drugiego.
- Och, oni mogą tak jeszcze długo zasuwać - zrezygnowana Refia potrząsnęła głową. - A za pięć minut będą gotowi umrzeć dla siebie nawzajem, gdy tylko wyskoczy jakiś potwór - zachichotała wesoło.
Arc pociągnął przyjaciela za rękaw.
- Luneth, chodźmy. Desch i Refia już wyszli.
- Masz rację, Arkie. Trza wracać do Wikingów i się pochwalić. Chodź, jaśniepanie.
Ingus ruszył za Lunethem bez słowa protestu. Był jednak niekontent, że tak łatwo dał się wciągnąć koledze w wymianę argumentów. Znowu.
- Myślałem, że przytargamy smoczy zewłok, a tak to nie wiem, czy nam uwierzą na słowo, że statki rozwalała im jakaś manifestancja - zatroskał się Luneth, gdy już wyszli na słońce i stali na schodach świątyni.
- Manifestacja - poprawił go odruchowo Ingus.
- A co ja powiedziałem?
- Manifestancja.
- No... właśnie. Smok tak powiedział, nie? Jego się czepnij.
Zrozpaczony Ingus zakrył oczy dłonią. Jak można być takim nieukiem?

Obawy Lunetha okazały się bezpodstawne. Wikingowie powitali ich jak wielkich bohaterów, którzy uspokoili morze i spacyfikowali rozgniewanego smoka. Tym sposobem stali się dumnymi posiadaczami Enterprise'a, pięknego trójmasztowca. Uzupełniwszy zapasy i zaopatrzywszy się w przydatne na dalszej wyprawie wyposażenie, Luneth z towarzyszami załadowali się na wspaniały okręt.
- Wiecie może jak się tym steruje? - zapytał Luneth. - Takim pływającym to chyba jakoś inaczej trza. Jakieś żagle tu są, liny zwisają i w ogóle...
Ingus na szczęście z grubsza orientował się w temacie. Z resztą pomogli mu koledzy. Refia ze swoją rzemieślniczą wiedzą, Arc, który wiedział mnóstwo rzeczy, w tym oczywiście o ukochanych okrętach, no i Desch, który wykazywał zdumiewające umiejętności. Zupełnie jakby był uzdolnionym mechanikiem.
- I jak tam, doszliście już do czegoś? - ponaglił ich Luneth, siedzący bezczynnie na burcie.
Po ożywionej dyskusji i obejrzeniu paru urządzeń o niewiadomym przeznaczeniu udało się rozgryźć tajniki żeglugi Enterprise'm. Oczywiście najprościej byłoby zapytać o wszystko Wikingów, ale nikt jakoś się do tego nie pokwapił.
- Tak, kapitanie! - obwieścił wesoło Desch. - Zaraz możemy wypływać.
- Dobra. Ingus, to mów, co mamy zrobić, żeby kopnąć Enterprise'a w tyłek - polecił Luneth.
Rycerz poinstruował towarzyszy w kwestii stawiania żagli i sam był zaskoczony, jak sprawnie im to poszło.
- Gotowe. To co teraz?
- Ktoś musi sterować - oznajmiła Refia i oczy wszystkich spoczęły na srebrnowłosym dowódcy.
Wszyscy przyzwyczaili się już bowiem, że to Luneth podejmuje większość decyzji.
- Niech Ingus łapie się za koło. Dasz se radę, co nie?
- Oczywiście.
Gdy okręt złapał wiatr w żagle i ruszył, dostojnie rozcinając dziobem fale, cała piątka omal nie pękła z dumy.
- Kapitanie, jesteś zadowolony z załogi? - zapytał wesoło Desch.
- A pewnie. Ingus, całe szczęście, że czaiłeś, co i jak z tymi żaglami. Uczyli cię takich rzeczy na zamku?
- Rycerze są kształceni w wielu dziedzinach - wyjaśnił sucho Ingus. - Między innymi musimy mieć teoretyczną i praktyczną wiedzę na temat różnych środków lokomocji.
- Aha, temu tak dobrze sterujesz - zrozumiał Luneth. - A ja żem myślał, że was tam uczą tylko napierniczania mieczem i magią. No i jak łazić w zbroi po dziedzińcu.
- Twoja wiedza o świecie niezmiennie mnie ujmuje - odwdzięczył mu się rycerz.
- Ojej, no. Ważne, że płyniemy - Refia przerwała im konwersację.
- To pilnuj kursu, Ingus. A my za ten czas pójdziemy rozładować graty i obadać, co i jak.
Zostawili jasnowłosego sternika samego i udali się na zwiedzanie Enterprise'a.
- Rany, jak tu ciasno - narzekała Refia, wciskając się za Lunethem do kabiny. - Jak my się tu pomieścimy w piątkę?
- Za ścianą powinna być druga kajuta - domyślił się. - To się jakoś podzielimy.
Rozejrzał się po pomieszczeniu. Obite deskami ściany, małe okrągłe okienka i piętrowe łóżka przymocowane do ścian, czyli typowe okrętowe wnętrza. Miał rację, obok znajdowała się druga kajuta, jeszcze mniejsza, w której były tylko dwa łóżka.
- To może tutaj niech będzie pokój jaśniepana i Descha, a ten większy weźniemy my we trójkę - Luneth mrugnął porozumiewawczo do koleżanki.
Oboje dobrze wiedzieli, że Ingusowe chrapanie zbudziłoby umarłego. Niech Desch się z nim męczy.
- Przecież ja i Refia możemy zająć tę kabinę, a wy sobie chłopaki, możecie we trzech razem - uśmiechnął się niewinnie brunet, który dobrze wiedział, co jest grane. Bezsenna noc niezbyt go pociągała.
- Wypłynęliśmy z zatoki na pełne morze i na razie dryfujemy - zameldował Ingus, który właśnie przybył z mostka. - I jak, oglądaliście kajuty?
- Tak, właśnie zastanawiamy się, gdzie kto będzie spał - powiedziała Refia. - Są dwie kabiny i twoja będzie ta, na spółę z Deschem.
- Chyba że wolisz z Lunethem i Arkiem - zaproponował prędko Desch.
- Nie ma mowy - rycerz spojrzał na niego tak ciężkim wzrokiem, że nawet kamień by się rozkruszył. - Tak się nie godzi, żebyś TY był z Refią SAM w jednym pokoju.
Luneth o mało się nie roześmiał. Ingus i jego dworska etykieta. Nic się jednak nie odezwał, jako że akurat teraz zadziałała na jego korzyść. Zdołowany Desch spojrzał na obu przyjaciół i wypalił:
- W sumie racja, oni są całkiem nieszkodliwi dla dziewczyn, to mogą sobie być z Refią.
- Ej, ja jestem bardzo szkodliwy! - zaprotestował dotknięty Luneth.
- Taa, jasne - brunet obdarzył go ironicznym spojrzeniem.
- Chodzi ci o gadanie? - zakpiła Refia. - Jak tak, to rzeczywiście jesteś bardzo szkodliwy.
Była zadowolona z takiego rozkładu sił, mimo iż wiedziała, że to tylko mniejsze zło. Arc i Luneth byli o tyle lepsi, że nie mordowali niczyich uszu chrapaniem. Za to będą gadali przez pół nocy. Mniejsze zło...

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2015/07/28 21:28 #10661 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
13. Czas na żarcie

Luneth i Desch siedzieli w Enterprise'owej kuchni, nic sobie nie robiąc z jej ciasnoty. Wepchnęli się w kącik przy blacie i nieustannie nagabywali Arca, który był zajęty przygotowywaniem obiadu. Młody kucharz wykazywał się nieskończoną cierpliwością, nie irytując się nawet wtedy, gdy Luneth podkradał mu co lepsze kąski albo wisiał nad nim, gdy Arc mieszał coś w garnku. Odpowiadał grzecznie na wszystkie pytania, którymi zasypywał go Desch, ani na chwilę nie tracąc koncentracji. Ingus siedział na zewnątrz, na ławce koło drzwi, ale gdyby tylko w kuchni było więcej miejsca, znalazłby się tam równie chętnie, jak jego koledzy.

- Nie miałem pojęcia, że tak obłędnie gotujesz, Arkie - zachwycony Luneth przeżuwał coś, co przed chwilą podwędził kumplowi z deski do krojenia. - To znaczy, już wcześniej robiłeś dobre jadło, przy ognisku znaczy się. Ale teraz to już w ogóle! Kiedy się tego wyuczyłeś?
- Pomagałem Ninie w kuchni. Jak cię nie było i się nudziłem, to często się tym zajmowałem.
- Ooo, to pewnie jadłem już coś, co gotowałeś i nawet o tym nie wiedziałem - zafrasował się Luneth. - Czemu nigdy się nie pochwaliłeś?
- Przecież to nic takiego - odparł skromnie Arc.
- Nic takiego? Przecież to najfajniejsza umiejętność, jaka może być!
- Wiedziałem, gdzie się wkręcić - oznajmił zadowolony Desch, za przykładem kolegi podkradając Arcowi kolejny kawałek. - Do fajnej ekipy z doskonałym kucharzem. Arc, jesteś mistrzem!
- Dziękuję - uśmiechnął się mistrz, nie przerywając pracy. - Chociaż to przesada...
- Wcale nie! - zaoponował Desch. - Jesteś geniuszem! Co nie, szefie?
- Jasne, że tak - srebrnowłosy łakomczuch potaknął skwapliwie.
- Luneth! Jak zjesz wszystkie truskawki, to braknie do deseru - Arc upomniał kumpla i roześmiał się.
- Spoko, została jeszcze połowa - odparł beztrosko Luneth, przemieszczając się strategicznie w kierunku tacy z ciastkami.
Rozbawiony Arc udał, że nic nie widzi.
- A jutro co będzie na obiad? - dopytywał się Desch. - A na kolację? Nie zrobiłbyś jeszcze więcej tych ciastek?
- Nie wiem, czy zdążę. Muszę jeszcze się rozpakować, a potem przecież jest moja kolej na-
- Nie! - przerwali mu szybko chłopcy. - My za ciebie wszystko zrobimy, szkoda twojego czasu na takie duperele jak...
- ...sprzątanie...
- ...układanie gratów...
- ...i inne pierdoły. A ty zajmiesz się w spokoju produkcją cudownego żarcia - rozmarzył się Luneth.
Arc nie wytrzymał i zachichotał.
- Dobrze, jeśli chcecie...
Luneth podszedł do Ingusa i szturchnął go w ramię. Wspaniałomyślnie wręczył mu jedno z podprowadzonych ciastek, po czym wrócił na stanowisko bojowe u boku Descha.
- Zdaje się, że mieliśmy obgadać plan, szukać kryształów i takie tam - Refia zajrzała do kuchni. Desch i Luneth na wyścigi nadskakiwali Arcowi, próbując naciągnąć go na upieczenie tortu czekoladowego. - Nie słyszałam, żebyśmy dostali misję "zjedz ile się da". Nic nie powiesz? - zniecierpliwiła się, jako że Ingus nie zareagował na jej narzekania.
Blondyn wzruszył ramionami, ze spokojem pochłaniając dzieło Arcowego geniuszu kulinarnego. Refia przewróciła oczami i powlokła się na dziób statku, mamrocząc pod nosem "faceci myślą tylko o żarciu".

Luneth siedział na burcie, trzymając w jednej ręce talerz z jedzeniem, a w drugiej łyżkę, którą wskazywał towarzyszom kierunek dalszej żeglugi.
- Pochłyniefy na fułnosny zafód i sofaszymy, so jes na dfugim błehu - wyjaśnił elokwentnie.
- Może najpierw zjedz, a potem mów - upomniał go Ingus, który jako jedyny z grupy posilał się normalnie, siedząc na ławce przy składanym stole.
Refia wgramoliła się na beczkę i wymachiwała beztrosko nogami, Arc usadowił się wygodnie na zwoju grubych lin okrętowych, a Desch oparł się plecami o maszt.
- Ja fam fhysko fhosumiałam - zaprotestowała Refia, przełykając pospiesznie.
Desch prychnął wesoło na widok zniesmaczonej miny Ingusa. Pech chciał, że prychnięcie zbiegło się w czasie z popijaniem. Tym sposobem połowa Deschowego napitku znalazła się na spodniach rycerza. To z kolei rozbawiło Lunetha, który o mało nie pozbył się w ten sam sposób swojego napoju. Ingus zmarszczył groźnie brwi i podniósł się z ławki. Żeby ratować Descha, Luneth bez namysłu nabrał łyżką trochę brei ze swojego talerza i z wprawą chlapnął nią na rycerza.
- Co to ma znaczyć? - rozeźlił się Ingus, gdy na kołnierzu wylądowała mu niespodziewanie jakaś papka.
Refia nie wytrzymała i spadła ze swojej beczki, śmiejąc się do rozpuku. Luneth wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, zadowolony z własnej celności. Ingus od razu zmienił cel pomsty i odwrócił się do niego.
- Bez nerw, jaśniepanie - uśmiechnął się ugodowo Luneth, wycofując się w stronę masztu.
Potknął się o leżącą linę i wyrżnął jak długi na pokład. Na szczęście za ratunek odwdzięczył mu się Desch, zgrabnie posyłając w kierunku Ingusowego karku resztki swojej kolacji.
- Co się z wami dzieje?! Zachowujecie się jak smarkacze - zdenerwował się rycerz.
Sięgnął dłonią i zrzucił z z szyi rozbabrane kawałki ...czegoś.
- Nie bądź taki drętwy - zachichotała Refia, chytrze wybierając ze stojącego obok stołu co ciekawsze wiktuały. - Czasem trzeba się trochę wyluzować - poradziła mu, wykonując rzut.
- Ej! A ja za co dostałem?! - pożalił się Desch, oberwawszy kawałkiem sera.
- Przepraszam, celowałam w Ingusa - wybuchnęła śmiechem.
Luneth zarechotał głośno. Desch wyglądał przekomicznie z tym serem na włosach.
- Tak ci wesoło, szefie? - uśmiechnął się podstępnie brunet i złapał za to, co leżało najbliżej.
Zamachnął się, ale mało opływowy pocisk wykazał nieprzewidzianą trajektorię lotu i trafił Arca w ramię. Przestraszony chłopiec zerwał się z miejsca, gdy na ubraniu wylądowały mu nagle rybie ości.
- Wybacz, Arc - parsknął przepraszająco Desch. - Nie chciałem cię trafić.
- Pożałujesz tego - obiecał ze złowrogim uśmieszkiem Luneth.
Machnął na kumpla dłonią, wołając go do siebie. Arc podbiegł do przyjaciela i ukrył się za nim. Luneth złapał rozgniecionego pomidora i zręcznie cisnął nim w Descha. Zręcznie i bardzo celnie.
- No nie, tego już za wiele. Zaraz oberwiecie obaj!
Brunet zgarnął z talerza resztki makaronu i pięknym łukiem wyrzucił je w stronę obydwóch przyjaciół. Luneth odruchowo zasłonił Arca przed makaronowym deszczem. Nie zawracał sobie głowy zrzucaniem klusek z ubrania i od razu dokonał kontrataku. Desch musiał zrejterować jak niepyszny, trafiony w ucho ogryzkiem, a za chwilę obierkami z jabłka w czoło. Luneth poczuł nagle, że na twarzy ląduje mu rozpaćkany kartofel. Śmiejąca się Refia uniosła triumfalnym gestem pięść w powietrze.
- Zaraz zobaczymy, kto się będzie śmiał! - podniósł upuszczoną łyżkę i przyciągnął garnek z zupą. No, teraz miał już amunicję i katapultę. Rozśmieszona Refia musiała ukryć się z powrotem za swoją zbawczą beczkę, ścigana całą serią rozmiękłych warzyw.
Ingus, powód całej bitwy na jedzenie, dawno wycofał się z terenu działań wojennych. Stał na mostku kapitańskim i z wysokości obserwował szalejących kolegów. Refia, wychylając się co jakiś czas zza beczki, miotała w Lunetha i Descha bardzo zróżnicowanymi pociskami, jako że zajęła strategiczne miejsce koło stołu z kolacją. Desch, ukrywający się za masztem, korzystał z tego, co udało mu się znaleźć w pobliżu. Rzucał w kolegów bezładnie, przeważnie nie trafiając. I sam też najbardziej obrywał. Luneth klęczał na pokładzie pod osłoną burty statku. Wykazywał się największą celnością spośród walczących. Jego rozbabrane marchewki i kawałki kalafiora raz po raz lądowały a to na Deschu, a to na Refii. Arc nie brał udziału w zmaganiach, znalazłszy bezpieczne schronienie za plecami walecznego przyjaciela. Ingus nie był zbudowany tym incydentem, ale nie wtrącał się. Może Luneth i Refia mieli rację. Po tylu bitwach, nieustannym zagrożeniu, zmaganiu z niebezpieczeństwami, narażaniu życia, jakiego doświadczyli, należała im się chwila oddechu, beztroskich wygłupów. Nie żeby miał do nich dołączyć - co to, to nie. Ale... niech się bawią.

- Poddaję się! - zawołał żałośnie Desch zza swojego masztu. - Nie mam już czym rzucać.
- Ja też mam dość - skapitulowała Refia i ściągnęła z włosów rozmokniętego pora.
- W porządku - roześmiał się Luneth, wstając z pokładu. - Nam też styknie. I tak żeśmy wam z Arkiem nakopali do tyłków.
- Rzeczywiście, Arc to mnie najbardziej sponiewierał - powiedziała z przekąsem dziewczyna. - Normalnie nokaut.
- Jesteśmy w jednym teamie, liczy się jako wspólne zwycięstwo - zawołał ze śmiechem Luneth i klepnął pacyfistycznego kumpla w plecy.
- A teraz czas na oczyszczającą transformację - oznajmiła Refia.
Obaj przyjaciele poszli w jej ślady, tym sposobem pozbywając się zabrudzeń z ubrań.
- Toście mnie wyślizgali, małpoludy jedne - pożalił się Desch, który nie mógł zrobić tego samego. - Jak ja teraz zeskrobię te marchewki z kołnierza?
Gromki śmiech Lunetha i Refii bynajmniej nie poprawił mu humoru. Nie dość, że czekała go bezsenna noc w towarzystwie chrapiącego Ingusa, to jeszcze pranie. Pięknie. Z obrzydzeniem strząsnął z rękawa makaron.
- Ingus! - wydarł się Luneth. - Zrzuciłeś kotwicę?
- Tak jest! - odkrzyknął służbiście rycerz.
- No to czas chrapnąć komara. Dobranoc, Desch. Nie martw się, może samo odleci, jak wyschnie - pocieszył go nieco złośliwie Luneth.
- Jasne - nadąsał się brunet. - Dobranoc.

W kajucie było ciasnawo, ale za to zacisznie. Spanie na pokładzie nie wchodziło w grę ze względu na nieprzyjemny wiatr, który targał właśnie olinowaniem i kołysał statkiem. I ze względu na potwory, które mogły w nocy zaatakować z morza.
- Chcesz spać na górnym łóżku, Arkie? - Luneth ściągnął buty i odkopnął je pod ścianę.
- Może być.
- Na dole jest niebezpiecznie, co nie? - nachylił się do przyjaciela i wyszeptał mu dramatycznie do ucha: - Na przykład mordercze potwory czające się pod łóżkiem...
- Luneth! To było dawniej, jak byłem młodszy. Teraz już się nie boję przecież - upomniał go Arc, czerwieniąc się okropnie.
- Na pewno? - droczył się z nim Luneth. - Przecież potwory istnieją.
- Ale nie takie...
- Wiem, wiem. Ale nie mogłem się powstrzymać. Nie gniewaj się - uśmiechnął się srebrnowłosy żartowniś.
- Nie gniewam się - zapewnił speszony szatyn i wspiął się po drabince na górne posłanie.
- Ale jeśli potwory jednak się pojawią i będą cię straszyły - Luneth wesoło szturchnął posłanie kumpla od dołu - to możesz zejść do mnie. Tu nic ci nie zrobią, obiecuję. Przegonię je na cztery wiatry!
- Luneth...
- No dobrze, już naprawdę nie będę - zachichotał Luneth. - Wiem, wtedy byłeś młodszy. Przepraszam.
- Hej, chłopaki - powitała ich zdawkowo Refia, wchodząc do kajuty. - Wiecie, jak przyjemnie na zewnątrz?
- Przyjemnie? Pizgawica, że łeb urywa.
- E tam. Piękne gwiazdy widać - rozmarzyła się. - Mam nadzieję, że nie będziecie ględzić do północy, co?
- Tak mówisz, jakbyśmy nie wiadomo ile gadali - Luneth obrócił się na wznak i podłożył sobie ręce pod głowę. - A zresztą jak ci nie pasi nasze towarzystwo, to możesz się zamienić z Deschem. On z nami na pewno wytrzymie. Chcesz?
- Nie, nie chcę - burknęła, nakrywając się kocem. - Wolę już wysłuchiwać waszej paplaniny.
Półtorej godziny później pożałowała tego zapewnienia. "Jak można tyle gadać? Zupełnie jakby rok się nie widzieli".
- ...a ja mu na to, że chyba go pogięło, jak mu pozwolę skitrać moje rzeczy. Co mi leszczyk będzie fikał, nie? Chwyciłem farfocla za bety i mówię ci, Arc, spuściłem mu taki wpier-
- Luneth, czy w Ur jest ktoś w twoim wieku, komu nie nałomotałeś z jakiegoś powodu? - przerwała mu ironicznie Refia.
- No pewnie! Na przykład jednemu takiemu kafarowi, co mieszka przy kuźni.
- Ale przecież... Dwa dni po święcie, pamiętasz...? - przypomniał Arc.
- Aha... Zapomniałem o tym. Mieliśmy małe nieporozumienie - przyznał zakłopotany Luneth, oględnie określając bijatykę z napakowanym kolegą od kowala. - No i poszliśmy na małe solo koło jeziora. Już teraz nie pamiętam, o co wtenczas poszło. Ale to fajny koleś. Poobijaliśmy se trochę mordy, a na drugi dzień poszliśmy razem na ryby. Każden z nas miał ładne limo pod okiem - zaśmiał się.
- Reszta twoich ofiar też taka wyrozumiała?
- Ej, nie rób ze mnie potwora! Oprócz takich trzech tchórzliwych skunksów wszyscy mnie lubią w Ur.
- A tym skunksom za co podpadłeś? - zainteresowała się Refia.
Ku jej zdziwieniu, po tym pytaniu zapadła cisza. Luneth milczał, Arc też.
- Luneth...?
- Nieważne - uciął krótko i odwrócił się do niej tyłem.
- Powiedziałam coś nie tak?
- Nie, ale nie chcę o tym gadać. Dobranoc.
- Dobranoc - odpowiedziała zdumiona dziewczyna.
"Co go ugryzło?", zastanawiała się, ale nie doszła do żadnego wniosku i w końcu usnęła.

Desch wyszedł na pokład, oświetlony promieniami wschodzącego słońca. Ziewnął głośno i przeciągnął się. Oczywiście nie wyspał się należycie, wysłuchując przez połowę nocy, jak od chrapania kolegi drży powała. Wkrótce dołączył do niego Luneth, który był rannym ptaszkiem z natury, a nie z konieczności, jak Desch.
- Cześć, jak się spało?
- Cudownie, to znaczy przez te piętnaście czy dwadzieścia minut ciszy, gdy Ingus poszedł do kibla.
- Heja, Desch! Jak tam, wyspałeś się? - Refia pojawiła się na pokładzie.
- Bajecznie. Jeśli jeszcze Arc zapyta mnie o to samo, to daję słowo, że zacznę wyć.
- Spoko, jeszcze śpi i nieprędko się obudzi - zaśmiał się Luneth.
- Musi odespać wasze gadanie - prychnęła Refia.
- Co ja bym dał za wysłuchiwanie gadania zamiast chrapania...
- Witajcie - Ingus najwyraźniej był w bardzo dobrym humorze.
- Dobrze ci się spało?
- Dziękuję, świetnie. Desch jest dobrym współlokatorem. Nie muszę wysłuchiwać rozmów przez pół nocy - spojrzał znacząco na Lunetha. - Chętnie spędzę z nim resztę drogi.
Desch miał ochotę walić głową w maszt z rozpaczy. Luneth nadąsał się na wspomnienie "rozmów", a Refia zrobiła skwaszoną minę.
- Jacyś strapieni jesteście - zauważył rycerz. - Jakaż przyczyna tego?
- Zdaje ci się, jaśniepanie...
- Niewyspany, a nie strapiony...
- Mniejsze zło...
Ingus zdumiał się tymi odpowiedziami, ale nie pytał więcej. Pogawędzili jeszcze chwilę o dalszej trasie, po czym zabrali się do śniadania. Byli w połowie, gdy na pokład wyszedł zaspany Arc. Zbliżył się niemrawo do kolegów, tłumiąc ziewanie.
- Dobrze ci się spało?! - Luneth, Refia i Desch zapytali jak na komendę, ponownie zdumiewając Ingusa.
- D-dobrze, dziękuję. Dawno wstaliście?
- Z godzinę temu. Siadaj i wsuwaj, Arkie - Luneth przesunął się, robiąc mu miejsce na ławce.
- Trzeba było mnie obudzić - Arc usiadł i szepnął mu do ucha z wyrzutem. - Czemu pozwoliłeś mi tak długo spać?
- Bo lubisz - wyjaśnił beztrosko przyjaciel. - Nic się nie działo, to po co miałeś się tak wczas zrywać?
- Luneth, zdecydowałeś, dokąd teraz popłyniemy?
Chłopak wzruszył ramionami i robiąc uprzejmość Ingusowi, przełknął to, co miał w ustach, po czym wyjaśnił:
- Nie mam konkretnego celu. Wylądujemy gdzieś i tam się zastanowimy.
- A może... może by było dobrze, gdybyśmy... - zaczął Arc i zaciął się, gdy wszyscy spojrzeli na niego.
- Masz jakiś pomysł?
- T-tak jakby... Myślałem dużo o Deschu i o tym, co umie. Bardzo dobrze radziłeś sobie z okrętem, no i te wyliczenia... - zwrócił się do kolegi. - Może więc powinniśmy odwiedzić Dolinę Gulgan.
- Co tam jest? - Luneth jak zwykle nie krępował się własną niewiedzą.
- Mieszkają tam niewidomi prorocy. Być może będą wiedzieli coś o Deschu.
- Czemu nie. Desch, co ty na to? Chcesz?
- Możemy spróbować. Skoro Arc twierdzi, że to może pomóc...
- ...to na pewno pomoże! - dokończyła ze śmiechem Refia i władowała kapitanowi przyjacielskiego kuksańca. - Co nie, Luneth?
- Mhm... No i z czego masz taki zaciesz, laska?
- "Arc ma zawsze rację i wszystko wie" - zacytowała kpiąco. - To twoja kwestia.
- Wcale że nie!
- Wcale że tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie!
- Tak.
- Daj se na wstrzymanie! Dobra, płyniemy do proroków.

Żegluga przebiegała spokojnie i nudno. Oprócz sporadycznych potyczek z morskimi potworami, które zdolne były do wzlatywania ponad fale, nic na statku się nie działo.
- Co to za dziwne hałasy? - Luneth zmarszczył brwi z zastanowieniem. - Słyszycie?
Wszyscy zaczęli się uważnie przysłuchiwać.
- To są odgłosy godowe morskich wiedźm - uznał Arc.
- Odgłosy... że co? Godowe? - Luneth spojrzał na niego niedowierzająco.
- Tak, są dość charakterystyczne. Przywabiają w ten sposób potencjalnych partnerów. Czytałem o tym w jednej książce.
- Masz ciekawe lektury, Arc - zachichotała Refia.
- A były tam obrazki z godami? - zainteresował się natychmiast niepoprawny Desch. - Masz może tę książkę ze sobą? Weź pokaż, obejrzałbym sobie - gorąco namawiał zawstydzonego szatyna na podzielenie się interesującą lekturą.
Luneth musiał zająć się ratowaniem kumpla przed namolnym Deschem, a Refia siedziała z boku i doskonale bawiła się całą sytuacją.
- Jak dzieci, normalnie - Ingus mruknął pod adresem rozbawionych kolegów.

Dobiwszy do brzegu, starannie przycumowali Enterprise'a i zaczęli przygotowywać się do wędrówki ku Dolinie Gulgan. Ingus z pomocą Descha zabezpieczał okręt, a Refia sprzątała pokład.
- Spakowany? - Luneth wszedł do kabiny.
- Tak, wszystko już mam - Arc ściągnął troki przy swoim plecaku.
- Dobra, to jeszcze ja raz-dwa się zbiorę i możemy schodzić na ląd.
Żeby podejść do swojego łóżka, Luneth musiał przesunąć bagaż kumpla. Chwycił go za paski i podniósł z wysiłkiem. Co to cholerstwo takie ciężkie?!
- Czego żeś ty tam naładował, chłopie? Przecież to waży więcej od ciebie!
- N-nic takiego. N-normalnie, ubrania, książki...
- Aha! Książki. To już wszystko wiem. A sprawdzałeś, czy to podniesiesz?
- Nie...
- To proszę - Luneth wręczył mu plecak. - No, dalej.
Arc wziął od niego wypakowany po granice przyzwoitości bagaż i momentalnie upuścił, gdy Luneth przestał go trzymać. Nachylił się nad leżącym na ziemi tobołem i spróbował go podnieść. Nic. Spróbował jeszcze raz. Bez skutku. Jakby został przyklejony do podłogi. Luneth przyglądał się tym wysiłkom, zagryzając wargi, by się nie roześmiać. Arc i jego zmysł praktyczny. Dziękujemy za uwagę.
- Chyba trochę ciężkie, nie?
- Rzeczywiście. Nie sądziłem, że aż tyle będzie ważyło. Pakowałem go po trochu i nie sprawdziłem.
- Dobra, wywalaj wszystko na łóżko. Trza przebrać manele.
Mimo błagań Arca, bezlitośnie poodrzucał mu większość najgrubszych książek. I tak zostało ich za dużo jak na gust Lunetha, ale zrozpaczony przyjaciel był gotów bronić ich za cenę życia.
- Niech ci będzie, ale podnieś to teraz, jak część wywaliliśmy i wyobraź se, że będziesz to wlekł ze sobą po górach, lesie, bagnach...
Chłopak z trudem zarzucił sobie plecak na ramiona i aż ugiął się pod ciężarem. Luneth potrząsnął głową.
- Tak nie da rady. Albo je zostawiasz, albo nie wiem co.
- Ale ja je muszę zabrać, Lun. To są bardzo ważne księgi, o magii i innych rzeczach - prosił gorąco Arc. - Muszę je mieć, są mi potrzebne...
- Wyjmij je wszystkie - polecił Luneth. - No, nie pękaj. Wyjmij, sprawdzimy coś - dorzucił, widząc zawód w jego oczach.
Gdy przyjaciel wykonał polecenie, kazał mu podnieść odchudzony bagaż. Oczywiście Arc nie miał tym razem żadnego kłopotu.
- Tak myślałem. Ech, cóż... poniosę ci je, skoro są takie ważne.
- Ależ Luneth...! Nie musisz, naprawdę. Przecież sam też masz ciężko.
- Nie martw się, poradzę se. Dawaj te cegły, póki żem się nie rozmyślił.
Kiedy poupychał papierowe skarby Arca w swoim plecaku, wzruszony chłopiec powiedział z wdzięcznością:
- Dziękuję ci, Lun. Jesteś... jesteś taki...
- Wiem, wiem, Arc - zakłopotany Luneth zarzucił sobie plecak na ramiona.
"Dupa wołowa ze mnie, a nie dowódca", pomyślał. Powinien wywalić wszystkie te tomiska z powrotem do skrzyni, a nie taszczyć je jeszcze na własnym grzbiecie. Czemu był takim niedołęgą? Zerknął z ukosa na uszczęśliwionego przyjaciela, którego twarz jaśniała uwielbieniem. Z miejsca przestał przejmować się własną ciapowatością. Zdobył się nawet na krzywy uśmieszek.
- Idziemy, czytaczu - ponaglił kumpla, popychając go lekko w kierunku drzwi. - W sumie te twoje skarby mogą się na coś przydać. Jak nie znajdziemy opału, to będą w sam raz.
- Luneth...! Nie zrobiłbyś mi tego...? - przerażony Arc aż się zatrzymał.
- Nie - roześmiał się Luneth. - Pewnie, że nie. Spoko, żadnej książce nawet kartka nie wypadnie. Słowo.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 302 gości oraz 0 użytkowników.

Nowy poziom!

  • Yume awansuje dziś na nowy poziom! (33)
  • BucyBucy za 9 dni awansuje na nowy poziom! (24)
  • Filipus Magnus za 9 dni awansuje na nowy poziom! (19)
  • tifaczek za 10 dni awansuje na nowy poziom! (23)