Forum

Nasze projekty

Równowaga

Więcej
2014/02/05 12:31 #10195 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Uff, wreszcie znalazłam chwilę, żeby sobie spokojnie poczytać. Wydaje mi się, że coraz dłuższe są te kawałki :P

W tej części najbardziej podobał mi się Cid (w młodości musiał być niezłym łobuzem), kolejna porcja Arkowych ciągot do książek (czuję coraz większą sympatię do tego bohatera ;)), no i w bonusie moogle, których nigdy nie mam dość. Też mnie zawsze zastanawiało, w jaki sposób przenoszą te listy, ale sądzę, że jest to jedna z iluś tam niewyjaśnionych tajemnic FFów, razem z tym, gdzie wpadają zaczerpnięte czary i jak cała drużyna może się zmieścić w tyłku Clouda :P

shizonek napisał: - Cid, ty stary psie! - wykrzyknął Takka, rozjaśniając się na widok brodatego pilota. - Dobrze znowu cię widzieć w normalnej postaci.
- Wzajemnie, usmolony draniu!

Ten kawałek kojarzy mi się z tymi dwoma starymi ramolami w Rybackim Horyzoncie. Też tak sobie zawsze słodzą ;)

shizonek napisał: Arc został złapany silnym chwytem przez kumpla i zataszczony do łóżka.

Myślałam, że to właśnie ten moment, w którym Luneth zanosi Arca do łóżka niczym pannę młodą. Ale to dopiero miało nadejść ;)

shizonek napisał: - Dobra, może być - powiedział łaskawie Luneth. - Nie rozpierniczyła się od takiego ciosu, więc chyba wytrzyma. Teraz dawaj pan łuk, tylko chyżo.

Scena z kupowaniem broni też mi się bardzo podobała. Szkoda, że w FFach nigdy nie da się targować :P Ale coś mi tu nie pasuje - jak można jednocześnie używać tarczy i łuku?

shizonek napisał: Ingus uśmiechnął się szyderczo. Wiedział już, jak łatwo jest podpuścić Lunetha i wykorzystać jego impulsywność do własnych celów. Którym aktualnie był rewanż za Tamten Pojedynek.

Czyżby Luneth miał wreszcie dostać parę razy w swoje nadmuchane ego? ;)

shizonek napisał: - Moglibyście z łaski swojej nie robić tego na korytarzu? - upomniał ich cierpko.

Wygląda na to, że Inugs wyrasta na drużynową marudną konserwę :P W sumie to nie pamiętam, czy on był aż tak poważny i nadęty w grze?

shizonek napisał: - Dzień dobry. Może przyszliśmy nie w porę? - Luneth przyjrzał mu się podejrzliwie.
- Ależ nie, wszystko w porządku. Po prostu, wiecie, witałem się z żoną, he he he - zarechotał Cid i puścił do niego oko.

Cid to zaiste ma anielską cierpliwość. Każdy inny na jego miejscu raczej nie byłby tak przychylnie nastawiony do namolnych dzieciaków :P

Fajne i czekam na więcej. Rozumiem, że przed nami ta góra, na której można było do upadłego farmić Phoenix Downy ;) Jak do tej pory żaden nie został jeszcze w historyjce użyty. Ciekawe, czy jakaś wzmianka na ten temat się pojawi ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/02/08 00:19 - 2014/02/08 11:35 #10198 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Emoonia napisał: Luneth zanosi Arca do łóżka niczym pannę młodą

Musiałaś to napisać? ;o Teraz moja wyobraźnia poszybowała w rejony, w które zdecydowanie nie powinna była szybować. :side:

Emoonia napisał: - jak można jednocześnie używać tarczy i łuku?

A kto mówi, że jednocześnie? Jak kupujesz w sklepie ogórki konserwowe i dżem truskawkowy, to nie znaczy, że będziesz jeść ogórka posmarowanego dżemem. :P

Emoonia napisał: Wygląda na to, że Inugs wyrasta na drużynową marudną konserwę :P W sumie to nie pamiętam, czy on był aż tak poważny i nadęty w grze?

Poważny owszem, był. A któryś z Trójkowych fanów nazwał Ingusa Pouty Face. Poza tym ktoś taki jak on raczej nie ma z czego być zadowolony, biorąc pod uwagę wątpliwe towarzystwo. Czy tylko mnie jest go szkoda? :evil:


Jak ten czas leci, szósty rozdział... najwyższy czas na profesyje. :)
[/color]




6. Trudne początki

Mimo cichego pragnienia Arca, by zapomnieli o pojedynku, koledzy bardzo dobrze pamiętali o zaległych porachunkach. Okazja nadarzyła się dość szybko. Pierwszy postój wypadł na ładnym, trawiastym płaskowyżu, jakby stworzonym do staczania walk. Ingus odłożył całą broń na bok, to samo zrobił jego rywal.
- Do nokautu? - zaproponował rycerz. - Kto zejdzie do żółtego, przegrywa.
- Dobra. Jakiej magii używamy?
- Niech będzie sama żywiołowa, obojętne którego poziomu.
- Bez uzdrawiania.
- Bez.
Luneth skinął nonszalancko głową, ale ten gest maskował brak pewności siebie. Wątpił, by udało mu się wykrzesać coś więcej niż magię drugiego poziomu. Dotąd marnie mu szło w tej dziedzinie, choć w sumie, mógł mieć pretensje tylko do siebie. Nie chciało mu się zbyt pilnie studiować Blizzardów ani Thunderów, o statusowych nie wspominając. "No dobra, nie ma co myśleć. Co będzie, to będzie".
Arc z Refią, jak za pierwszym razem, stanowili publiczność. Tym razem Arc, mimo lojalności wobec przyjaciela miał leciutkie wątpliwości, czy Luneth zwycięży na tych zasadach, wybitnie mu nie pasujących. Refia za to nastawiła się na ciekawe widowisko i usadowiła się wygodnie na kępie trawy.
Ingus rozpoczął pojedynek. Nim Luneth zdążył cokolwiek przedsięwziąć, oberwał potężnym, dobrze wycelowanym czarem piorunowym. Zacisnął zęby, czując nieprzyjemne elektryczne wyładowania na skórze. Ponieważ Ingus od razu był gotów do kolejnej akcji, Luneth zdał sobie sprawę, że musi go zatrzymać, choćby na moment. Cisnął w niego niechlujną Firą, która w większości poszła bokiem i nie wyrządziła szkody.
Ingus doskonale wiedział, że najlepszym momentem do ataku jest ten, kiedy rywal właśnie wykonał swój ruch, a nie zdążył jeszcze przygotować się do kolejnego. Odbył setki godzin magicznych treningów i umiał doskonale wyczuć te ułamki sekund, kiedy przeciwnik jest odsłonięty. Wśród kompanów w Sasune słynął jako świetny magiczny taktyk, potrafiąc nieraz do ostatniej chwili przeczekać adwersarza i trafić go, gdy ten absolutnie niczego się nie spodziewał.
Zdecydował się na użycie czaru ogniowego najniższego poziomu, za to dwóch pod rząd. Luneth aż się zachwiał na nogach. Ogromnym wysiłkiem zdołał się skupić i w momencie, gdy miał zamiar odwzajemnić się blondynowi Blizzarą, ten roześmiał się drwiąco:
- Podaj się, szkoda twojego wysiłku.
- Chciałbyś, złomiarzu! - rozzłościł się Luneth.
Niestety, cała jego koncentracja rozsypała się na kawałeczki pod wpływem kpin Ingusa. Blizzara okazała się jedynie słabym Blizzardem.
- Widać, że magia nie dla ciebie – docinał mu dalej rycerz. - Nadajesz się tylko do wymachiwania cepem, kmiotku.
Wściekły Luneth miał chęć porządnie mu wtłuc. Rosnący poziom frustracji i złości uniemożliwiał mu jednak zogniskowanie myśli na magii. To denerwowało go jeszcze bardziej i sprawa zaczynała robić się beznadziejna.
Mimo to walczył dalej. Rady Ingusa o kapitulacji nawet nie potraktował poważnie. Poddawać się? To nie było w jego stylu. Udało mu się lekko osmalić rycerza ogniem, ale to było za mało. Wiedział, że musi się bardziej wysilić, jeśli chce wygrać.
"Cholerny jaśniepan ma niezłego cela", pomyślał, zmrożony Blizzarą i chwilę potem, jakby dla kontrastu, trafiony czarem ogniowym. Zdał sobie sprawę, że za chwilę czeka go klęska. Walka fizyczna o wiele bardziej odpowiadała jego temperamentowi. Magia natomiast wymagała ciągłego skupienia i chłodnej kalkulacji. Coś, co było mu z gruntu obce. "No i po ptokach". Po kolejnej Blizzarze opuściły go siły i opadł na kolana.
- Twoje umiejętności napawają mnie ogromnym podziwem - zakpił blondyn.
Jego dłoń jarzyła się jeszcze błękitnym światłem lodowego zaklęcia. Chłopak poruszył palcami, niedbale odsyłając energię z powrotem.
- Dobra, niech ci będzie - burknął nachmurzony Luneth. - Wygrałeś.
- Och, nie musisz informować zwycięzcy o tym, że wygrał.
Luneth zacisnął zęby z irytacji i spróbował się podnieść.
- Czekaj, nie wstawaj, Lun. Najpierw cię uzdrowię - Arc znalazł się błyskawicznie koło niego.
Biało-srebrzyste światło zwróciło pokonanemu wojownikowi utracone siły. Podniósł się z trawy, nie czując już osłabienia. Tylko urażona duma nadal dolegała. Niestety, na to nie było żadnej magii leczniczej.
- Dzięki, Arc. Kijowo mi poszło - przyznał samokrytycznie i spojrzał spode łba na stojącego nieopodal zwycięzcę pojedynku. - Nie mam pojęcia, czemu tak dałem ciała.
- Za późno uwolniłeś energię przy Firze - zauważył fachowo Arc. - To spowodowało, że siła czaru się rozproszyła i niecała Fira trafiła w cel. Poza tym przez cały czas byłeś zdekoncentrowany.
- Bo ten palant mi dogadywał – nadąsał się Luneth. - Wkurzał mnie jak cholera.
- Słyszałem to – zachichotał Arc. - To była doskonała taktyka.
- Taktyka? - nastroszył się Luneth.
- Widzisz, bo Ingus odkrył, że bez trudu umie cię wyprowadzić z równowagi i wykorzystał to. On dobrze wie, że do używania magii trzeba cały czas utrzymywać skupienie. Nie można dać się rozkojarzyć ani ponieść emocjom. Emocje utrudniają koncentrację, a tym samym użycie jakiegokolwiek zaklęcia. Dlatego tak cię podpuszczał. Chciał, żebyś przestał się kontrolować, bo to ułatwiło mu zadanie.
- A to cwana bestia – Luneth mruknął z niechętnym uznaniem. - Chyba go nie doceniałem... Wiesz, Arkie, nie bardzo mi wychodzą te magiczne wywijasy. Ale tobie to świetnie idzie. Założę się, że zanim ten bufon by kiwnął palcem, położyłbyś go jednym strzałem.
- Przeceniasz moje możliwości.
- To ty się nie doceniasz. Jesteś najlepszym magiem w drużynie i na stówę sam jeden dokopałbyś całej naszej trójce.
- Naprawdę przesadzasz - zmieszany Arc spuścił wzrok. - Ty też mógłbyś się nauczyć tego samego, co ja. Mogę ci pokazać, jeśli chcesz. To nie jest bardzo trudne.
- Serio? - ucieszył się Luneth. - Dzięki! Postaram się opanować swoją głąbowatość i może coś mi wyjdzie.
- No i kto się tu nie docenia? - uśmiechnął się szatyn. - Mówiłem ci tyle razy, że nie jesteś żadnym głąbem.

- Wiecie, tak się zastanawiam, skąd biorą się te wszystkie fajne rzeczy, które czasem znajdujemy - Luneth myślał na głos. - Wiecie, w jaskiniach i skrzyniach...? No bo co, gobliny je tam zaniosły?
- Kto wie, smoki podobno gromadzą złoto, to gobliny mogą kraść inne rzeczy - zgodziła się Refia.
- A może to... - zaczął niepewnie Arc.
- Tak, Arkie?
- Nie, to głupie - zmieszał się i zamilkł.
- Śmiało, mów - zachęcił go Luneth. - Masz jakieś inne wyjaśnienie?
- To czasem wygląda, jakbyśmy trafiali na jakieś opuszczone dawno temu miejsca, które kiedyś zamieszkiwali ludzie. A potem odeszli i te miejsca popadły w ruinę - Arc popatrzył niepewnie po twarzach kolegów. - Na przykład grota z Kryształem. Nie wydawało się wam, że te tunele musiał ktoś wykuć? Że dokądś prowadziły?
- Pewnie masz rację - przyznał Luneth. - Tam dalej było zawalone, ale kiedyś mogło coś być. Tylko kto tam mógł mieszkać?
- Nie wiem - Arc rozłożył bezradnie ręce. - Zresztą może się mylę...
- Tak czy inaczej, dzięki temu mamy kasę - podsumował praktycznie Luneth. - Refi, gdzie wsadziłaś te sztylety, cośmy ostatnio znaleźli? Trza je będzie opylić w mieście.
- Są w worku koło drzewa. W tym granatowym. Możesz też sprzedać mithrilowy miecz. Mamy trzy, nie potrzeba nam aż tyle. Naostrzyłam go i sprawdziłam, jest w idealnym stanie. Powinniśmy za niego dostać parę stówek.
- Dobra, to przy najbliższej okazji się tego pozbędziemy. Przyda się trochę gilów, bo nam już mało zostało. Ten Kryształ to mógłby sypnąć kasą - zafrasowany Luneth zajrzał do mieszka. - Misję to nam dał, ale forsy to już nie. A za darmo to można co najwyżej w mordę dostać, a i to nie zawsze.
- Nie powinieneś mówić takich rzeczy - skarcił go oburzony Ingus.
- Ojej, jaśniepan za delikutaśny na takie rozmowy? A myślisz, że pokój w gospodzie albo nowa zbroja są za darmo, tak?
Ingus wzruszył ramionami. Wątki finansowe były dla niego uwłaczające. Uważał, że nie przystoi mu, jako rycerzowi, rozprawiać na takie przyziemne tematy.

Kilka dni później obozowali w gęstym lesie. Luneth i Refia poszli nad rzekę, a Arc zabrał się za przygotowywanie jedzenia. Ingus przechadzał się po obozowisku, czujnie wypatrując potworów. Okolica wydawała się jednak spokojna. Zerknął na milczącego towarzysza. Właściwie nigdy nie widział go walczącego bronią. Gdy dochodziło do walki, drobny nastolatek polegał najchętniej na magii.
- Arc, umiesz w ogóle posługiwać się mieczem?
Nagłe pytanie, które przerwało ciszę, zaskoczyło chłopaka. Upuścił łyżkę do garnka i nerwowo próbował ją wyłowić kawałkiem patyka.
- T-tak jakby... może trochę... Nie jestem w tym zbyt d-dobry.
- A powinieneś być. Co zrobisz, jeśli nie będziesz mógł użyć magii? - zapytał oschle Ingus. - Albo potwór będzie na nią odporny?
- Ja... yyy...
- Musimy być w miarę możliwości wszechstronni - ciągnął rycerz. - Jeśli żadne z nas nie będzie zdolne do walki i zostaniesz sam, być może będziesz zmuszony do walki fizycznej. Zostaw tę łyżkę - zniecierpliwił się. - Wstań!
Wystraszony chłopiec posłusznie zerwał się na nogi. Nieprzystępny rycerz bardzo go onieśmielał. Arc nie odzywał się do niego prawie nigdy, jeśli nie został bezpośrednio zapytany.
- Mamy trochę czasu, więc sobie poćwiczymy - zarządził Ingus. - Chodź ze mną!
Na skraju obozowiska był w miarę równy teren, pokryty igliwiem. Ingus odkopnął kilka szyszek i kamieni, które leżały na środku. Znalazł dwie żerdki, po czym jedną wręczył koledze, a drugą zostawił sobie.
- Nie będziemy używać ostrej broni, bo to zbyt niebezpieczne. Kije nam wystarczą. Chcę tylko zobaczyć, co umiesz - wyjaśnił. - Ustaw się naprzeciwko.
Szatyn posłuchał, choć czuł się bardzo nieswojo.
- Zaatakuj mnie - nakazał rycerz.
Arc zacisnął dłonie na kiju, żeby ukryć ich drżenie. Ingus był dużo większy i silniejszy od niego. Był wytrenowanym rycerzem. Nie spędził całego życia na czytaniu. Mimo to Arc zebrał całą swoją odwagę i wykonał polecenie.

Luneth wracał z ogromną wiązką chrustu w objęciach, ledwo widząc przed sobą drogę. Refia, podobnie obładowana, wlokła się tuż za nim. Chłopak przyspieszył kroku, widząc już obozowisko i chcąc pozbyć się ciężaru. Podszedł do ogniska, które prawie wygasło. Dorzucił drewna, przemieszał zupę w garnku i rozejrzał się w poszukiwaniu towarzyszy. Zauważył ich sylwetki pod wysokimi drzewami na skraju obozu. Coś w tym widoku mu się nie spodobało. Wystartował biegiem w tamtą stronę.

- Wstawaj, Arc - polecił spokojnie Ingus. - Było prawie dobrze. Spróbuj jeszcze raz i pamiętaj o osłonie.
Arc podniósł się z trawy. Machnął kijem, starając się trafić Ingusa, ale po raz kolejny spotkał się z bezlitosną zastawą.
- Źle wyprowadzasz ten cios - pouczył go rycerz. - Musisz to robić albo z ramienia albo z nadgarstka, a nie jak ci wygodnie. Kto cię uczył takich dziwnych technik?
- Luneth - przyznał cichutko Arc.
- Luneth - parsknął lekceważąco Ingus. - To wszystko wyjaśnia. No dalej, Arc, kontynuuj. Nie taka postawa, trzymaj kij obiema rękami. Łokcie przy sobie. Wyżej sztych! Atak!
Skontrowany przez surowego nauczyciela, Arc oberwał cios w ramię. Odruchowo wypuścił kij i jęknął boleśnie, osuwając się na kolana.
- Co to ma być, do jasnej cholery?!!!
Luneth wpadł na polanę. Widok bezbronnego Arca klęczącego na ziemi i trzymającego się za ramię zmroził mu krew w żyłach.
- Trenujemy - poinformował go obojętnie Ingus.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż Luneth rzucił się na niego z szybkością atakującego tygrysa. Powalił go na ziemię i zaczął z furią okładać pięściami.
- Zabiję cię, łajdaku! - syczał wściekle przez zaciśnięte zęby.
Choć przewaga fizyczna była po stronie Ingusa, to napędzany gniewem Luneth sprawiał wrażenie trzykrotnie silniejszego. Rycerz czuł, że z rozbitego nosa zaczyna cieknąć mu krew, nie wspominając o podbitym oku, rozciętej wardze i obitych żebrach. Przekonywał się właśnie na własnej skórze, jak bardzo Luneth jest skuteczny i doświadczony w takich bijatykach. Z trudem bronił się przed srebrnowłosym mścicielem.
- Lun, zostaw go, proszę!
- Luneth, co ty wyprawiasz! Przestań w tej chwili!
Gdyby Refia, która właśnie nadbiegła, i Arc, który zdołał się pozbierać, nie odciągnęli go, chyba tłukłby Ingusa do nieprzytomności.
- Zejdź mi z oczu! - warknął do poturbowanego rycerza, próbując jeszcze - na szczęście dla blondyna nieskutecznie - wymierzyć mu na odchodne kopniaka.
Ingus, podtrzymywany przez Refię oddalił się, utykając. Obaj przyjaciele zostali sami.
- Arc, nic ci nie jest? Co ci zrobił ten brutal? - Luneth natychmiast rzucił się z niepokojem do przyjaciela. - Pobił cię? Gdzie cię boli? - pytał troskliwie. - Co wy tu robiliście?
- Trenowaliśmy...
- Trenowaliście?! Wcale to tak nie wyglądało!
- Ingus p-powiedział, że niczego nie umiem i że mnie n-nauczy walczyć mieczem.
- TO była ta nauka?! Ciekawym, czego miało cię nauczyć obrywanie kijem! Pokaż, gdzie dostałeś. Ściągaj koszulę.
- Ale to przecież nic takiego, tylko parę siniaków i-
- Ja zdecyduję, czy "nic takiego". Zdejmuj.
Gdy przyjaciel pozbył się odzienia, Luneth ściągnął groźnie brwi. Ręce Arca były posiniaczone od uderzeń.
- Zabiję sukinsyna. Obedrę ze skóry!
- Nie rób tego, proszę. On nie chciał mi zrobić nic złego, tylko pomóc.
- Ładna mi pomoc! Od tej pory ja cię będę uczył, dobrze?
- Super! - twarz Arca pojaśniała z radości. - Dzięki.
- Nie ma za co. Sam powinienem na to wpaść już wcześniej. Coś ci tam niby pokazywałem, ale później widziałem, że dobrze se radzisz z magią, więc nie chciałem na siłę wciskać ci czego innego.
- Ingus powiedział, że powinniśmy umieć różne rzeczy.
- Różne? No, może i miał rację. Tylko sposób mógł wybrać lepszy, a nie okładać cię kijem. Porąbany psychol... To ja ci pokażę, jak machać żelastwem, a ty mi - jak wymiatać magią. Umowa stoi?
- Stoi - Arc kiwnął głową, ogromnie uszczęśliwiony ze zmiany swojego nauczyciela szermierki.
- To wracamy, a o treningach pomyślimy później.

Po powrocie do obozowiska Luneth kazał zmiętoszonemu przyjacielowi wypić potiona, usiąść, odpocząć i absolutnie nie wstawać. Protesty Arca, że nic mu już nie jest, szczególnie po potionie, a w ogóle to nie było nic groźnego, nie wywarły żadnego wrażenia. Luneth z kamiennym spokojem wysłuchał jego nalegań i rozsądnych argumentów, a potem bez słowa wskazał mu miejsce przy ognisku. Wobec tego Arcowi nie pozostało nic innego, jak posłuchać. Oparł się o drzewo i zapatrzył w płonący ogień.
Luneth podszedł do Ingusa, siedzącego na uboczu ze smętną miną. Na widok zbliżającego się kolegi podniósł jednak głowę i spojrzał mu odważnie w oczy.
- I co żeś zrobił, debilu? On jest od ciebie mniejszy i nie umie walczyć. A ty go pobiłeś bez mrugnięcia okiem! Taki z ciebie rycerz, jak ze mnie goblin w różowej kiecce!
- Nie pobiłem go. Przesadzasz. Chciałem go tylko nauczyć-
- Czego? Jak obrywać od silniejszego przeciwnika?! Tego nikogo nie trza uczyć, a Arca tym bardziej nie - powiedział ciszej Luneth.
Ingus zawahał się, słysząc smutek w jego głosie.
- Słuchaj, ja też tak trenowałem. Nikt się nad nami nie litował, kiedy ćwiczyliśmy na zamku - bronił się. - Tak samo na początku obrywałem, a nawet bardziej i-
- Gówno mnie to obchodzi! - zapieklił się srebrnowłosy nastolatek. - Masz się trzymać z dala od Arca ze swoimi durnymi pomysłami. A jeśli jeszcze raz go tkniesz, draniu, będziesz zbierał własne zęby po całym lesie!
- Nie zamierzałem mu nic zrobić-
- Ale zrobiłeś! Myślałem, że mogę go z tobą zostawić, że będzie bezpieczny. Ale się cholernie pomyliłem! A sam niedawno wciskałeś mi teksty o odpowiednim traktowaniu. I co teraz, mądralo?
Ingus nie wiedział, co odrzec, tym bardziej, że to, co mówił Luneth, miało sens. Rzeczywiście przesadził z tym treningiem. Przecież Arc był jego towarzyszem, a nie jednym z podkomendnych na zamku. Poczuł się nieprzyjemnie, gdy to wszystko do niego dotarło.
- Masz rację - przyznanie się do błędu, i to przed Lunethem, przyszło mu z wielkim trudem. Wrodzone poczucie sprawiedliwości jednak zwyciężyło. - Powinienem był wziąć pod uwagę... Nie jestem przyzwyczajony do towarzystwa kogoś takiego jak wy... to znaczy... - zaplątał się. - Zwykle mam do czynienia z kolegami ze straży albo kadetami i... przykro mi, że tak wyszło...
- Dobra, daję ci ostatnią szansę - burknął nieprzyjaźnie Luneth. - Ale od tej pory daj se na wstrzymanie ze zgrywaniem twardziela, rozumiemy się?
Ingus skinął głową. "Plebejski dowódca" działał mu na nerwy. Niewiele pomagał fakt, że tym razem racja była po stronie Lunetha. To było wręcz jeszcze bardziej denerwujące.
- Ale uważam, że miałem rację co do samej walki - upierał się. - Nie możemy sobie pozwolić na to, że któreś z nas nie będzie umiało użyć broni, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Wiem. Od teraz to moja działka. Ja będę uczył Arca. Ty się już nie wpierniczaj, dość nagrabiłeś.
Ingus wzruszył ramionami. Nie miał zbyt wysokiego mniemania o jego umiejętnościach, ale uznał, że lepsze to niż nic.

- Jak się czujesz, Arc? - Refia zerknęła ze współczuciem na delikatnego kolegę. - Ingus bardzo dał ci w kość? Może chcesz Cure albo chlapnąć sobie eliksira?
- Nie, dziękuję, nie trzeba. Czuję się zupełnie dobrze, ale Luneth-
- Kazał ci odpoczywać - domyśliła się.
- Właśnie... a przecież nic mi nie jest - wymamrotał, zamierzając się podnieść.
- Hej, nie wstawaj - pociągnęła go z powrotem, spoglądając nerwowo w kierunku Lunetha. - Nawet jeśli nic ci nie jest. Nie chcę oberwać od twojego troskliwego kumpla. Pewnie uznałby, że to moja sprawka, a jest bardzo porywczy. Dzięki, ale zamierzam jeszcze trochę pożyć.
- Przecież Luneth nic by ci nie zrobił - zaoponował gorąco Arc. - On po prostu troszkę za bardzo się czasem przejmuje...
- Troszkę za bardzo? - zachichotała Refia. Jeszcze nie widziała, żeby ktoś z jej rówieśników zachowywał się tak nadopiekuńczo jak Luneth w stosunku do Arca. - Na początku myślałam, że jesteście braćmi... - zagadnęła.
Jakoś od czasu pamiętnej rozmowy na statku nie było okazji, by pogadać na tematy rodzinne.
- Nie, ale dorastaliśmy razem. Moi rodzice i rodzice Lunetha zginęli i kiedy obaj trafiliśmy do Ur, ci sami ludzie zaopiekowali się nami. Nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni, ale...
Cóż z tego, że nie byli spokrewnieni, skoro byli sobie bliżsi jako przyjaciele, niż bywali inni ludzie, będąc dla siebie krewnymi? I czy to ważne, że Nina i Topapa nie byli ich "prawdziwymi" rodzicami? Czy pochodzenie biologiczne miało jakiekolwiek znaczenie? Uśmiechnął się do swoich myśli.
- Rozumiem - odparła domyślnie.
Do ogniska wrócili ich towarzysze. Ingus miał markotną minę. Kucnął koło Arca, czując na plecach palący wzrok Lunetha. Miał wrażenie, jakby znajdował się w sąsiedztwie rozdrażnionego wilka, który rzuci się na niego, gdy tylko zauważy jakiś podejrzany ruch.
- Arc, chciałbym cię przeprosić. To nie był dobry pomysł, przyznaję. Wiem, że byłem za bardzo surowy. Ale naprawdę nie chciałem ci zrobić krzywdy. Po prostu zależy mi na tym, żebyśmy wszyscy mieli podobne umiejętności i...
- Wiem - odparł Arc, popatrując niepewnie na skruszonego blondyna. - W porządku, przecież nic się nie stało-
- Stało się - zaprotestował Luneth. - Ale jaśnie pan rycerz więcej tego nie zrobi, bo mu nogi z dupy powyrywam.
Ingus, ryzykując atak "wilka", położył dłoń na ramieniu byłego ucznia i obiecał uroczyście:
- To się więcej nie powtórzy, Arc. Daję rycerskie słowo. Wybaczysz mi?
- W p-porządku - wydukał szatyn. - Ja wcale n-nie mam o to żalu-
- Arkie, ty nigdy do nikogo nie masz żalu - Luneth przewrócił oczami, na poły z lekką irytacją, na poły z czułością. - Dobra, starczy już tych wyznań, zabierajmy się do kolacji.
Refia i Luneth zajęli się przygotowaniami, ale Ingus pozostał jeszcze chwilę przy ciemnowłosym koledze.
- Mówiłem poważnie, Arc - oświadczył, patrząc mu w oczy. - Nigdy więcej nie zrobię czegoś takiego. Przysięgam.
Arc skinął głową bez słowa.

Kiedy kolejny postój znowu wypadł na kompletnym pustkowiu, zamiast w pobliskim miasteczku, Refia zapytała z pretensją:
- Czemu właściwie musimy spać w lesie? Przecież moglibyśmy wrócić na noc do miasta, jest niedaleko.
- Zapytaj jaśniepana z zamku, czemu - burknął Luneth.
Wskoczył na pobliski pagórek i zlustrował uważnie okolicę pod kątem obecności potworów. Jak okiem sięgnąć, żadnych nie było.
- Co masz na myśli? - zapytała, jako że nachmurzony Ingus nie raczył się odezwać.
- Nie mamy kasy, bo ten geniusz opylił cały nasz urobek za marne parę gil. Ma nosa do interesów!
- Czemu więc sam tego nie zrobiłeś? - nie wytrzymał rycerz. - Poszedłeś sobie gdzieś, a mieliśmy mało czasu i musiałem się spieszyć.
- Tobie głowa służy ino do noszenia hełmu, a nie do myślenia. Nawet trzyletni gówniarz zrobiłby cię w wała!
Refia spojrzała ze znużeniem na Arca. Zgodnie pozostawili kłócących się towarzyszy i zabrali do urządzania obozowiska. Gdy Luneth z Ingusem skończyli widowiskowy spór, obrzuciwszy się nieżyczliwymi spojrzeniami, ognisko było już rozniecone, a większość rzeczy rozpakowana.
- Czas na żarcie - ogłosił Luneth, dając dojść do głosu praktycznej części swojej natury. - Arc, chyba dziś twoja kolej na robienie kolacji?
Przyjaciel potwierdził jego domysł i zabrał się do pracy. Luneth, który równie szybko unosił się gniewem, co zapominał o urazie, skinął na Ingusa i obaj poszli po zapas drewna na całą noc. Refia udała się na poszukiwanie źródła wody i Arc został sam. Cała trójka wróciła niemal równocześnie. Chłopcy zwalili przyniesiony opał na stos i zerknęli na kolegę, odbywającego kucharski dyżur.
- Nie wiem jak wy, chłopaki, ale ja umieram z głodu - oznajmiła Refia, wycierając mokre dłonie. - Dasz nam coś, Arc?
- Właśnie. Pochwal się, co upitrasiłeś.
- Proszę bardzo - Arc wręczył talerz Refii, a potem kolejne dwa oczekującym kolegom.
- Co to takiego?
- Omlet tokkulski z ziołami i grzybami - oznajmił dumnie.
- Ożeż w mordę - wyrwało się Lunethowi.
Wbił niedowierzające spojrzenie w efektowną zawartość talerza. Żółta, puszysta górka otoczona była wianuszkiem uduszonych grzybów i przybrana wprawnie listkami ziół.
- A te grzyby to aby nie wywołują jakichś wizji? - Refia zmarszczyła brwi.
- Ależ skąd! - zawołał zaszokowany Arc. - Nic podobnego!
- Sam to wymyśliłeś? - Ingus nabrał odrobinę potrawy widelcem i przyjrzał jej się nieufnie.
- Nie, znalazłem przepis w jednej książce...
- "Sto jeden sposobów jak otruć ludzi, z którymi podróżujesz" - Luneth mrugnął porozumiewawczo do Refii i Ingusa.
- Wcale nie! Nie zrobiłbym czegoś takiego - zarzekał się gorąco młody kucharz, poruszony podejrzeniami. - Naprawdę!
Pierwszy nie wytrzymał Luneth. Parsknął serdecznym śmiechem. Refia zawtórowała mu i nawet Ingus zdobył się na uśmieszek.
- Oj, Arkie - wysapał rozbawiony Luneth, obejmując kumpla ramieniem. Wsunął mu dłoń we włosy i rozwichrzył je żartobliwie. - Jesteś niesamowity.
- Myślałem, że mówicie na serio... - powiedział zaczerwieniony Arc.
- No co ty! Przecież wiesz, że zeżarłbym nawet garść żwiru, jakbyś powiedział, że jest dobry.
- To spróbujmy wreszcie tego tokkulskiego specjału - uśmiechnęła się Refia.
Zachwyty, w jakich rozpłynęła się cała trójka, całkowicie udobruchały ciemnowłosego kucharza.
- Fenomenalnie dobre - pochwalił go kumpel.
- Wreszcie coś jadalnego, i to bardzo jadalnego - dodała zadowolona Refia.
- Arc, nie zechciałbyś zastąpić swojego przyjaciela w kwestii kulinarnej? To, co zrobił ostatnio Luneth, było tak obrzydliwe, że do tej pory mam mdłości na samo wspomnienie - Ingus spojrzał złośliwie na towarzysza.
- Co ci nie smakowało? - nadął się Luneth. - Mięso było trochę bardziej przypieczone i tyle.
- Przypieczone? Chyba "spalone na węgiel" - blondyn sprowadził go na ziemię. - Nawet oskrobać się tego nie dało, bo w środku też było spalone. Jak oskrobać węgiel z węgla?
- Bo jak pilnowałem pieczenia, to akurat wyleciała chimera i musiałem ją zastrzelić, a potem jeszcze ten goblin... no i jakoś tak zeszło...
- Aha. A poprzednim razem? Co to miało być, zupa z patyków?
- Bujaj się. Ty ani razu nie powalałeś se jaśniepańskich rączek gotowaniem, więc zlewam twoją opinię - obraził się Luneth.
- Bo ja zajmuję się innymi rzeczami - oznajmił wyniośle Ingus.
- Siedzeniem na tyłku i gapieniem się, jak inni zasuwają?
- Pilnowaniem - powiedział z naciskiem rycerz. - Chronię was przed niebezpieczeństwami.
- Weź mnie nie osłabiaj - parsknął pogardliwie Luneth. - Jutro ty robisz żarcie, i bardzo jestem ciekaw, co wykombinujesz.
- Ojej, chłopaki, nie kłóćcie się znowu - zganiła ich rudowłosa koleżanka. - A więc jutro kolej Ingusa, a Luneth ma absolutny zakaz kuchenny.
Urażony Luneth wymamrotał coś o "delikatnych podniebieniach", ale nie protestował dłużej.
- Arc, to jak, zastąpisz Lunetha? - zapytała z nadzieją Refia.
- Dobrze - zgodził się chętnie. - W ogóle mogę się tym zajmować, jeśli chcecie.
- Fantastycznie!!! - jednogłośny chórek dał mu do zrozumienia, że koledzy należycie docenili jego kunszt. Uśmiechnął się nieśmiało, ale z cichą dumą.

Ingus miał problem. I to poważny. Dopiero teraz uświadomił sobie, jakim błędem było niedostosowanie uzbrojenia do podróży przez pustkowia. Do niedawna radził sobie całkiem dobrze, ale po ostatnich zakupach, gdy stał się dumnym właścicielem pięknej, mithrilowej zbroi, sprawy się skomplikowały. Marsz w pełnym opancerzeniu nie był komfortowy, ale znośny dzięki treningowi i przyzwyczajeniu. Walka w zbroi była oczywiście w porządku. Nie w porządku natomiast była konieczność własnoręcznego zdjęcia i ponownego założenia ciężkiego rynsztunku. Ingus, skorzystawszy z pomocy płatnerza i jego asystenta, zapomniał, że podobnej pomocy będzie pozbawiony, gdy tylko opuści miasteczko. Zwyczajowo w takich czynnościach królewskim rycerzom pomagali giermkowie i słudzy. Zamyślony blondyn otaksował Lunetha wzrokiem...

- Mam do ciebie sprawę - oznajmił trochę sztywno Ingus.
- To wal, bo zara idę spać - popędził go Luneth, odwiązując zrolowany koc od plecaka.
- Muszę zdjąć zbroję.
- A zdejmuj se. Czy ja ci zabraniam?
- Potrzebna mi asysta drugiej osoby - odchrząknął blondyn. - Nie da się samemu rozpiąć i odśrubować niektórych elementów. Na zamku każdy rycerz ma do tego giermka, ale ponieważ tu jestem pozbawiony takowego wsparcia, nie mam wielkiego wyboru i ty musisz mi wystarczyć - oświadczył łaskawie.
- Teraz to żeś pojechał! Nie jestem twoim pachołkiem! - obraził się Luneth. - Może na zamku frajerzy wiązali ci buty i wycierali nos, ale po pierwsze, nie jesteś na zamku, a po drugie, ja nie zamierzam cię niańczyć, picusiu.
- Chodzi tylko o rozmontowanie zbroi - pouczył go urażony Ingus. - Nawet taki ignorant jak ty powinien sobie poradzić.
- Wielkie dzięki! Skoro jestem taki głupi, to znajdź se kogoś mądrzejszego do odkręcania śrubków! - rozeźlił się na dobre Luneth.
Chwycił koc pod pachę i odwrócił się, żeby odejść w stronę ogniska. Ingus zacisnął zęby z irytacji. Dlaczego rozmowy z Lunethem były zawsze takie trudne? Nigdy dotąd nie spotkał kogoś równie hardego i pozbawionego krztyny szacunku do osób stojących wyżej od niego w hierarchii społecznej. Podczas konfrontacji z nim spokojny zwykle Ingus z największym trudem panował nad sobą. Srebrnowłosy nastolatek wywierał na niego taki wpływ, jak rozżarzone żelazo na lód.
- Zaczekaj!
Wezwany zatrzymał się, ale nie pofatygował się, by się odwrócić. Ingus wziął głęboki oddech, odpędzając miłe jego sercu wizje Lunetha w dybach, które podsuwała mu wyobraźnia.
- Przepraszam - powiedział grobowym tonem.
- ...i?
- ...i mam nadzieję, że mi pomożesz. Proszę - dodał jeszcze posępniej.
- Bolało? - Luneth obrócił się i spojrzał na niego z kpiącym uśmieszkiem. - To twój pierwszy raz?
- Co takiego?!
- Pierwszy raz powiedziałeś "proszę"? - sprecyzował złośliwie Luneth. - Do teraz wszystko miałeś na rozkaz, bez proszenia, co nie?
Roześmiał się na widok nadąsanej miny Ingusa. Podszedł do niego i z zaciekawieniem obejrzał sposób łączenia metalowych płyt, po czym solidnie walnął go pięścią w ramię.
- Co ty wyprawiasz?!
- Byłem ciekaw, czy samo nie odleci.
- Gdyby tak było, noszenie zbroi mijałoby się z celem - odparł ozięble Ingus.
- No, może... Na niektóre rzeczy taki sposób działa.
- Lepiej zróbmy to moim sposobem - uciął blondyn. - Najpierw odepnij naramienniki... Nie, nie ciągnij! Odczep ten haczyk pod spodem... tak, ten... Nie tak mocno!

- I jak mi poszło? - Luneth odłożył na stos ostatni fragment Ingusowej zbroi.
- Nie zrobiłbyś wielkiej kariery jako giermek - poinformował go nielitościwie blondyn. - Zapewne straciłbyś pracę po pierwszym dniu. Jak można nie odróżniać karwaszy od nałokcic?!
- Skąd mam wiedzieć takie rzeczy? - bronił się Luneth. - Odróżniam hełm od rękawicy, i tyle - zaśmiał się. - Refia się na tym świetnie zna, czemu ona cię nie rozmontuje?
- Myślałem, że to oczywiste - wycedził Ingus. - Refia jest dziewczyną i nie wypada, żeby to robiła.
- W dupę łosia, ty i twoje zamkowe zwyczaje. Jak nie chcesz fachowej pomocy, to nie czepiaj się mnie, że czegoś nie wiem. Miałem ciekawsze rzeczy do roboty niż wkuwać nazwy powyginanych blach.
- Więc teraz będziesz musiał się ich nauczyć. Im szybciej, tym lepiej. Jutro rano pomożesz mi założyć zbroję, a to jest trudniejsze, więc lepiej się do tego porządnie przyłóż.
- Cholera, za co mnie to spotyka...

Poranek nie był dużo lepszy.
- Czy nie możesz sam założyć chociaż trochę tego złomu? - Luneth siłował się z opornym okuciem.
- W zbroi mam mniejszą zdolność manewrową do tak precyzyjnych czynności - objaśnił mu Ingus. - Mówiłem już, nie ciągnij za ten haczyk. Przyczep go od drugiej strony. I mógłbyś mnie tak nie szarpać?! - rozzłościł się, gdy jego niedoświadczony asystent próbował wykonać polecenie, oczywiście metodą siłową.
- Psia kulka, ale z ciebie delikacik - wysapał Luneth, usiłując dociągnąć paski. - Tak coś mi się widzi, że przytyłeś przez noc - zarechotał. - Wczoraj mieściłeś się w zbroję, dziś nie bardzo.
- Nie bądź głupi - ofuknął go rycerz. - To tylko i wyłącznie efekt twoich żenująco marnych kwalifikacji. A właśnie, umiesz już wymienić części naręczaka, czy to zbyt wielkie wyzwanie dla ciebie?
- Noo... naramiennik, rękawica... i ten, no... pod... nie, zarękawie...
- To wszystko, co zapamiętałeś? - głos Ingusa wionął polarnym chłodem.
- Starałem się, ale to trudne...
- Dla ciebie wszystko jest trudne. A jak się nazywa to, co teraz trzymasz w ręce?
Luneth przyjrzał się wyprofilowanej blasze, próbując sobie przypomnieć, co to do diabła jest.
- Coś od łokcia... - zaryzykował. - Jakoś tak, nałokcie... łokietnica...
- Nałokcica - poprawił go sucho rycerz. - Kończ już wreszcie.
- Mógłbyś być trochę milszy.
- A co, taki jesteś wrażliwy?
- Goń się - Luneth zapiął ostatnią klamerkę przy zbroi niewdzięcznego kompana. - No, gotowe.
- Nie zapomniałeś o czymś? - beznamiętny głos Ingusa zatrzymał go w pół kroku. - Miecz - wyjaśnił, gdy Luneth spojrzał na niego pytająco.
- Może jeszcze mam ci przytrzymać potwora, jak wyleci z krzaków? A ty se ino machniesz mieczem i obetniesz mu łeb - kpił Luneth, podając mu jednak broń do ręki.
- Chłopaki, gotowi do drogi? Ooo, jak ładnie! - Refia gwizdnęła z uznaniem na widok opancerzonego Ingusa. - Luneth, to twoja robota?
- Tak, moja - pochwalił się z dumą. - Chociaż wcale żem się nie pisał na takie zajęcia.
- A myślisz, że dla mnie twoja nieudolność to powód do radości?
- Ciebie to nic by nie ucieszyło - sarknął niedoceniony pomocnik.
- Nie jestem zbyt wymagający, ale nie zaszkodziłoby, gdybyś miał choć odrobinę mózgu - odparł zjadliwie Ingus.
Urażony Luneth stracił dobry nastrój i zacisnął pięści. Co by nie powiedział, zawsze było źle. Czemu z Ingusem nie dało się normalnie rozmawiać?
- Czyli zacząłeś karierę Ingusowego giermka, co nie? - Refia próbowała żartem rozładować napiętą atmosferę.
- Nie jestem żadnym cholernym giermkiem! - wbrew jej intencjom Luneth rozwścieczył się jeszcze bardziej. - Jestem asty... asystentem. I lepiej nie zapominajcie, że nadal ja tu dowodzę!
Ze złością kopnął leżący kamień i odmaszerował w kierunku Arca, czekającego pod drzewem.
- Czemu go tak równasz z ziemią? - Refia zganiła Ingusa. - Fantastycznie sobie poradził. Mało kto za pierwszym razem dałby radę opancerzyć rycerza. Widać, że jest bardzo zręczny. Powinieneś go pochwalić zamiast tak dołować.
- To mu nie zaszkodzi. I tak ma o sobie zbyt wysokie mniemanie - oznajmił nieprzejednany Ingus.
- Jesteś niesprawiedliwy - zaoponowała. - Tylko dlatego, że się nie zgadzacie.
Ingus nie podjął dalszej rozmowy, więc westchnęła z rezygnacją i porzuciła temat.

- Powinniśmy wreszcie wypróbować nowe umiejętności, jakimi obdarzył nas Kryształ - odezwał się Ingus.
- "Obdarzył nas Kryształ" - Luneth szepnął do Arca, przedrzeźniając napuszony ton rycerza.
Szatyn zaśmiał się cichutko. Luneth miał niezły dar naśladowczy. Zawsze potrafił rozśmieszyć tym Arca, a szczególnie dobrze wychodziło mu udawanie nudnych przemów Topapy na temat tego, co powinni, a czego nie powinni robić. Raz obaj dali mu się nakryć na takich wygłupach, jednak okazało się, że ich opiekunowi nie brakuje poczucia humoru. Nie tylko się nie pogniewał, ale odtąd chłopcy nie słyszeli już od niego żadnych więcej moralizatorskich tyrad. Co nie znaczy, że tak samo ulgowo przeszłoby im to z Niną...
- Ingus ma rację - poparła go Refia. - Sprawdźmy, jak działają te klasy czy profesje. Już dawno powinniśmy to zrobić. Pamiętacie, co mówił nam o nich moogle?
- Jasne - zapewnił niedbale Luneth, nadrabiając miną.
Kiedy uczynny stworek wyjaśniał sposób działania nowych umiejętności, Luneth był zajęty zastanawianiem się nad przebiegiem dalszej trasy, osiągami statku i wszystkim, tylko nie tym, co mówił moogle.
- To co bierzecie, chłopaki? Mnie ciekawi ta złodziejska klasa. Musi być zabawna - zachichotała wesoło dziewczyna, ale umilkła, zgromiona wzrokiem przez Ingusa. - Dobra, to może później. Na razie zabiorę się za Białego Maga. Zawsze chciałam się dowiedzieć, czy Curagą można wyleczyć obgryzione paznokcie.
Ingus błagał w duchu o cierpliwość. Jakim cudem utknął z grupą niepoważnych dzieciaków przy tak istotnym zadaniu? Czy istnieje możliwość, że Kryształ się pomylił? "Nie powinienem tak myśleć", upomniał nerwowo sam siebie. "To bluźnierstwo". Trudno mu jednak było pogodzić się z tym, że Kryształ dostrzegł w tym uprzykrzonym plebejuszu, jakim był Luneth, materiał na zbawcę świata. Zaprzestał jednak jałowych rozmyślań. Trudno, co się stało, to się nie odstanie.
- Arc mógłby być Czarnym Magiem - zaproponował sucho. - Umie już tyle, że szkoda byłoby to zmarnować.
Szatyn skinął głową na zgodę. Był ciekaw, czy nowa profesja umożliwi mu użycie potężniejszych czarów.
- Ja będę Czerwonym Magiem.
- Kurde, sami magowie - gderał Luneth. - A co ja mam robić?
- Możesz być Wojownikiem - prychnął lekceważąco Ingus.
- Ty se bądź. Niby czemu ja nie mogę być Czerwonym Magiem, co? - obraził się Luneth.
Właściwie to wcale nie chciał nim być, ale nie zgodził się dla samej zasady. Dlaczego miałby robić to, co chciał Ingus? No i "Wojownik" z jego ust zabrzmiał, jakby to było coś w rodzaju poławiacza żab albo zamiatacza mooglowych bobków.
- Bo nie potrafisz użyć najprostszych czarów. Więc nic innego ci nie pozostaje.
- Potrafię! - zaperzył się Luneth.
- Ale mnie nie chodziło o umiejętność przyjmowania czarów na siebie, tylko atakowania nimi przeciwnika - wyjaśnił złośliwie Ingus.
- Lun, kiedy to naprawdę najlepiej do ciebie pasująca profesja - przekonywał Arc, widząc oburzenie kumpla. - Wojownik to ktoś, kto doskonale posługuje się różnymi rodzajami broni i potrafi zadać ogromne fizyczne uszkodzenia przeciwnikowi.
- Tylko uważaj, bo czasem będziesz też mocniej obrywał - pouczyła go Refia.
Luneth doszedł do wniosku, iż jego towarzysze bardzo dokładnie przysłuchiwali się wykładowi moogle'a. On niestety niewiele z niego zapamiętał.
- Ha, to kopsniesz mi jakąś Curagę. W końcu będziesz Białym Magiem, nie? - znalazł wyjście z sytuacji.
- A jak! - potwierdziła zadowolona dziewczyna i przybiła z nim piątkę.
- Arc dorzuci się ze swoim ogniem i będzie w pytę. Nikt nam nie podskoczy! A ty, jaśniepanie, co właściwie będziesz umiał zrobić jako Czerwony Mag?
- Wszystko to, co wy troje - Ingus zepsuł mu dobry humor. - Mówiłem już, że uczyłem się walki i magii, więc mogę używać obydwóch sposobów naraz.
- Niech ci będzie, Wielki Mistrzu Wszystkiego. To jak mamy się teraz przetransferować w to, cośmy wybrali?
- Przetransformować - poprawił go z politowaniem Ingus.
- Przecież mówię... - zmieszał się Luneth.
- Oczywiście nie słuchałeś moogle'a. Jakoś mnie to nie dziwi.
- Słuchałem. Po prostu ...sprawdzałem, czy ty wiesz.
Ingus pierwszy przybrał swoją nową profesję. Luneth przyglądał się z zaciekawieniem całej operacji. Lekki blask otoczył postać kolegi, a gdy znikł, Ingus stał przed nimi całkowicie odmieniony. Miał czerwony strój, a na głowie kapelusz tej samej barwy. Z ramion zwisał mu krótki płaszcz.
- Osz kurde, to przy okazji dostaje się nowe ciuchy! - wykrzyknął podekscytowany Luneth. - Wiem, wiem. O tym też gadał moogle - dodał zgnębiony, gdy towarzysze spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
Długa biała szata z kapturem dodała Refii niesamowitego dostojeństwa. Zielony płaszcz Arca przemienił się w czarną, sięgającą kostek szatę, a na głowie chłopaka pojawił się spiczasty kapelusz z szerokim rondem. Cała trójka spojrzała wyczekująco na swojego kapitana. Luneth pożałował, że nie poświęcił uwagi moogle'owym wyjaśnieniom. Jak niby miał się przetransferować w tego całego Wojownika? Domyślny Arc puścił do niego oko i ukradkiem wykonał jakiś gest dłonią. Na szczęście ani Refia, ani Ingus niczego nie zauważyli. Luneth poczuł się dziwnie, jakoś lekko, a gdy to uczucie ustąpiło, zauważył, że jego skórzana zbroja gdzieś zniknęła, a zamiast niej zyskał metalowe nagolenniki i krótki strój. Na dłoniach miał bojowe rękawice, a całość uzupełniały naramienniki i ochraniacze łokci.
- Ha... nieźle - uznał, oglądając swoje nowe wcielenie.
Machnął rękami, żeby sprawdzić, czy elementy zbroi nie będą go ograniczały, mając na względzie obserwacje poczynione w przypadku Ingusa. Widocznie jednak zbroje przypisane do profesji działały jakoś inaczej, gdyż nic nie zakłócało mu swobody ruchów. Wręcz przeciwnie - poczuł się wyjątkowo sprawny i silny. W każdym razie bardziej niż zwykle.
- Założyłabym się, że nie wiedziałeś, jak zmieniać profesje - mruknęła podejrzliwie Refia. - Wcale nie słuchałeś moogle'a i nagle wszystko wiesz.
- Mam podzielną uwagę - wyszczerzył się zadowolony Luneth i rozejrzał się po przemienionych kompanach. - No no, Arc. Nie zgubisz się w tym? - zachichotał, zsuwając kumplowi nakrycie głowy aż na nos.
Zmieszany mag wymamrotał coś cichutko i poprawił kapelusz.
- Wygląd nie jest ważny - odezwał się chłodno Ingus. - Ubiory tylko odzwierciedlają profesje. Istotne są umiejętności, jakie nam oferują.
- No to trza przetestować nowe wdzianka. Oddziaaał! Za mną!!!
Luneth chwycił miecze i pognał raźno ku pobliskim chaszczom. Arc i Refia pospieszyli za nim bezzwłocznie. Ingus uniósł oczy do nieba, ale ruszył w ślad za kolegami i postrzelonym dowódcą.

Lunethowi aż rozbłysły oczy, gdy dojrzał czatujące za wielkim głazem chimery. Bez wahania zeskoczył ze skały i przypuścił atak na całe stadko. Poczuł znajomą euforię i skok adrenaliny. Każda komórka jego ciała wibrowała od energii i poczucia siły. Z zapałem korzystał z nowego zasobu mocy, rąbiąc potwory. Krew tryskała wokół, obcięte łby spadały na trawę, pazury zgrzytały po metalu, gdy bezradne bestie zdychały pod ciosami natchnionego wojownika. Wtem rozpaczliwie broniący się potwór uderzył go szponiastą łapą. Chłopak zachwiał się i opadł na jedno kolano. Potrząsnął głową, usiłując pozbyć się mroczków sprzed oczu. Refia miała rację. Jego ciosy były potężniejsze, ale i ataki przeciwnika odczuwał ze zdwojoną siłą. Patrzył, jak pozostałe przy życiu bestie giną od miecza Ingusa i ogniowej magii Arca.
- I po co tak wyrwałeś sam do przodu? Gdybyś chwilę poczekał, mogłabym na bieżąco cię uzdrawiać, a tak to oberwałeś i co z tego masz? Arc i Ingus musieli ratować ci dupsko - Refia złajała poturbowanego Lunetha, używając na nim czaru leczącego.
- Masz rację, Refi - starał się ją udobruchać. - Następnym razem poczekam na ciebie. Chłopaki, wam też dziękuję.
- Bardzo dobrze sobie poradziłeś - odezwał się z uznaniem Ingus. - Pokonałeś pięć chimer, zanim tu dobiegliśmy.
Po rozmowie z Refią doszedł do wniosku, że koleżanka miała rację. Od czasu do czasu można pochwalić nieznośnego kapitana. Oczywiście nie za często, żeby woda sodowa nie uderzyła mu do głowy.
- Ha, dzięki - Luneth sam nie wiedział, czy jest bardziej zadowolony czy zaskoczony pochwałą Ingusa.
- Wygląda na to, że nowe profesje bardzo nam się przydadzą - podsumowała Refia. - A tobie jak się podoba bycie Czarnym Magiem, Arc?
- W porządku. Czuję, że mam lepszą koncentrację. I oczywiście mocniejsze ataki. Tylko...
- Coś nie tak? - zaniepokoiła się.
- Nie, ale... po prostu... ten kapelusz - zakłopotał się Arc. - Jest troszkę za duży...
Nie miał pojęcia, czemu kolegów rozśmieszyło to wyznanie. Wcale nie jest zabawne, gdy kapelusz ciągle zlatuje na oczy. Nawet w tym momencie. Poprawił go po raz kolejny, zastanawiając się, czy jego brak wpłynie jakoś na efektywność na polu walki.
- Może powinienem go zdjąć - bąknął, chwytając za rondo.
- Nie, no coś ty! - powstrzymała go wesoło Refia. - Zostaw.
- Chyba nie chcesz pogorszyć se ataku - dorzucił radośnie Luneth.
- I osłabić koncentracji - uśmiechnął się pod nosem Ingus.
- A poza tym uroczo w nim wyglądasz - wypaliła Refia, po czym nie wytrzymała i zachichotała.
Tym razem Arc był rad z szerokiego ronda uprzykrzonego kapelusza, które miłosiernie ukryło jego rumieńce przed wzrokiem towarzyszy.
- Wracajmy do obozu, styknie nam na dziś - zarządził uśmiechnięty Luneth.
Kiedy Refia z Ingusem oddalili się, szepnął do przyjaciela:
- Wielkie dzięki za pomoc przy transferacji. Faktycznie olałem pompona, jak o tym ględził. Znowu mi uratowałeś skórę.
- To drobiazg, Lun. Ale może lepiej pokażę ci, jak się zmienia profesje. Powinieneś to wiedzieć.
Zademonstrowawszy przebieg procesu, przyjrzał się, jak kumpel samodzielnie radzi sobie z zadaniem i kiwnął głową z aprobatą.
- Hej, Arc, ale moc! Zauważyłeś? - przejęty Luneth wskazał na siebie.
- Ale co? - nie pojmował szatyn.
Przyjaciel wyglądał tak jak poprzednio, ze swojego własnego stroju z powrotem przemieniwszy się w Wojownika.
- Krew - wyjaśnił radośnie Luneth. - Nie ma jej. Znikła.
Po walce był zbryzgany posoką bestii aż po łokcie. Część jego ubioru wierzchniego też była nią zachlapana. Trudno było tego uniknąć, gdy siekało się potwory z taką zaciętością. To nie była czysta robota. Pole walki, po którym przemknął huragan Luneth, przypominało rzeźnię. Arc bardzo starał się ignorować te obrzydlistwa, ale nie umiał przywyknąć do brutalnych widoków tak, jak jego przyjaciel. Otóż po transformacji cały ślad krwawych zmagań znikł z ubrania Lunetha.
- Odszczekuję, co gadałem wcześniej. Ten Kryształ jest odjazdowy. Nie musimy już prać wdzianek, wystarczy raz czy dwa się przetransferować - oznajmił i pognał do towarzyszy, żeby pochwalić się ważkim odkryciem. - Heeej! Ingus, Refi! Czekajcie, muszę wam coś powiedzieeeeć!
Arc zachichotał i pokręcił z rozbawieniem głową. Luneth nieustannie zaskakiwał go swoim pragmatycznym podejściem do wielu spraw.
- Pokażę wam, na co wpadłem - zasapany kapitan zatrzymał się koło rycerza i rudowłosej koleżanki.
Rozejrzał się, podszedł do małego stawiku, nabrał sporą garść obrzydliwego błota i zbliżył się do zaniepokojonego Ingusa. Zanim ten zdążył zareagować, chlapnął na niego całym tym paskudztwem i jeszcze roztarł je na jego ubraniu.
- Czemu to zrobiłeś, ośle? - rozwścieczony blondyn spojrzał na swój piękny czerwony strój, teraz powalany błotem. - Oszalałeś?!
- Spokojnie, bez nerw. Przetransferuj się w swoje ubranie.
- Przetransformuj - poprawił go odruchowo Ingus.
- No właśnie. Rany, Ingus, choć raz zrób, co mówię - jęknął Luneth, ponieważ upaćkany Czerwony Mag ani myślał posłuchać. - Przecież nic ci nie będzie, więc czego się dygasz?
Ingus wzruszył ramionami, po czym wykonał polecenie.
- A teraz z powrotem w Maga. No, dawaj. Zaraz coś zobaczysz.
Spojrzawszy na niego ze zniecierpliwieniem, Ingus ponownie zmienił profesję.
- Ha! Patrzaj, ani śladu błota - Luneth promieniował z satysfakcji. - Koniec z praniem łachów, koledzy!
- O cholerka! To jest absolutnie super mega fantastyczne! - ucieszyła się Refia. - Nie wiem, jak bym doprała tę białą kieckę. A tak, to problem z głowy. Luneth, jesteś geniuszem!
- Wiedziałem, że ci się spodoba - powiedział dumny chłopak.
- Zmienianie profesji to nie zabawa! - obsztorcował ich oburzony Ingus. - Otrzymaliśmy tę możliwość jako dar od Kryształu, żeby wypełnić zadanie. A nie po to, żeby nie musieć prać ubrań!
Refia i Luneth spojrzeli na siebie porozumiewawczo, po czym zgodnie chwycili nadętego kolegę za ręce i wepchnęli do bajorka. Rozgniewany Ingus wygramolił się na brzeg, zastanawiając się, czy wypada mu dokonać pomsty w podobny sposób, czy też może nie przystoi mu ona jako królewskiemu rycerzowi.
- Skoro transferacje to nie zabawa, to zajmij się teraz praniem. Bądź konwen... konswen...
- Konsekwentny - podpowiedział uczynny Arc, który właśnie pojawił się u boku przyjaciela.
- Właśnie.
Ingus stał na brzegu jeziorka, mokry, ubłocony i wściekły. Z kapelusza ściekała mu woda i kapała za kołnierz. Muł z bajorka przelał mu się górą do butów. Całe ubranie miał przemoczone do suchej nitki. Towarzysze wpatrywali się w niego z napięciem. Wiedział, że powinien z godnością odejść i zająć się oczyszczaniem ubrania. Zignorować te nieznośne dzieciaki. Powściągnąć szczery zamiar uduszenia Lunetha gołymi rękami. Śmierdzące błoto wpłynęło na jego decyzję mocniej niż chęć przestrzegania zasad. Klnąc w duchu ile wlezie, przetransformował się dwa razy, co zostało powitane gwizdami aprobaty i gromkimi wiwatami. Dzieciaki...

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2014/02/08 11:35 przez shizonek. Powód: lit

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Noel Kreiss
  • Noel Kreiss Avatar
  • Online
  • MOG
  • MOG
  • Ludzie są źli, kupo!
Więcej
2014/02/10 18:37 - 2014/02/10 18:37 #10202 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Ingus napisał: - Podaj się, szkoda twojego wysiłku.

Wydaje mi się, że powinno być "Poddaj się", a nie "podaj się".

Luneth napisał: - Zabiję sukinsyna. Obedrę ze skóry!

Nie sądzę, by czternastolatkowi wypadałoby używać tak 'ciężkich' słów. Z poprawczaka się ten Lun urwał? :P

Refia napisał: Nie chcę oberwać od twojego troskliwego kumpla. Pewnie uznałby, że to moja sprawka, a jest bardzo porywczy. Dzięki, ale zamierzam jeszcze trochę pożyć.

Ach the dzisiejsze czternastolatki... :P

Luneth napisał: - Arc, chyba dziś twoja kolej na robienie kolacji?

Albo jestem ślepy i mam problemy z czytaniem, albo tylko Arc robi posiłki dla swojej grupy, a taka Refia, która ze swojej kobiecej natury powinna stać przy garach, to używa noży na potworach niż w innych celach.

Luneth napisał: - Wielkie dzięki! Skoro jestem taki głupi, to znajdź se kogoś mądrzejszego do odkręcania śrubków!

Ale Lun dowalił z tymi śrubkami. Pięknie się łączy z postrzeganiem Luna przez Ingiego.

Refia napisał: Na razie zabiorę się za Białego Maga. Zawsze chciałam się dowiedzieć, czy Curagą można wyleczyć obgryzione paznokcie.

Och, Refi. Wojowniczka Światła, a obgryza paznokcie. :D

Refia napisał: - A poza tym uroczo w nim wyglądasz - wypaliła Refia, po czym nie wytrzymała i zachichotała.

Zaraz się Refi rzuci na Arkiego i nawet z pomocą Ingiego, Lun nie odciągnie jej od swego kumpla.






Mówcie mi "Wikipedya." :P
Ostatnio zmieniany: 2014/02/10 18:37 przez Noel Kreiss.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/02/26 01:34 #10219 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Noel Kreiss napisał: Nie sądzę, by czternastolatkowi wypadałoby używać tak 'ciężkich' słów. Z poprawczaka się ten Lun urwał? :P

Po pierwsze, żebyś wiedział, jakich 'słów' używają gimnazjaliści... -_-
Po drugie, wydaje mi się, iż sytuacja i działanie pod wpływem silnych emocji uzasadniało ich użycie. Nawet prawo łagodniej traktuje zbrodnie w afekcie, a co dopiero rzucenie mięsem. ;)
Po trzecie, Luneth gwiżdże na to, co "wypada". :P
Przepraszam za nadwerężenie Twej wysublimowanej wrażliwości;)

Noel Kreiss napisał: Albo jestem ślepy i mam problemy z czytaniem, albo tylko Arc robi posiłki dla swojej grupy, a taka Refia, która ze swojej kobiecej natury powinna stać przy garach, to używa noży na potworach niż w innych celach.

No ale moje opowiadanko nie ma podtytułu "Prezentacja dziewiętnastowiecznych zabobonów i stereotypów z terenu Polski", chyba że czegoś nie zauważyłam. Nie wiedziałam też, że cycki pomagają przy gotowaniu. Ciekawa teoria. o_O
A skoro już przy stereotypach jesteśmy, to czyż nie mawia się, że mężczyźni są najlepszymi kucharzami? ;P
Refia "ze swojej kobiecej natury" jest córką kowala, a nie żadną wychuchaną panienką. Podejrzewam też, że lepiej sobie radzi z obcęgami i młotem niźli z patelnią. Wyobraź sobie kuźnię, płonący piec, roztopiony mithril, pot i kurz, nap***nie na kowadle przez kilka godzin, kucie, dorzucanie węgla i tak dalej. Środowisko naturalne Refii. To tyle w kwestii 'kobiecych' zajęć - jak widzisz nie wszystkie bohaterki FF są różowe, słodziachne i których jedynym zajęciem jest ładne wyglądanie. :>
Tak czy inaczej, do garów z największą radością przykleiłam Arca i nie zamierzam tego zmieniać. Howgh! :P[/color]



7. Najlepsi kumple na świecie

- Lun, ale wiesz, że transformacji nie powinieneś nadużywać?
- Jak to, nadużywać?
- No, mam na myśli, że nie warto zmieniać profesji za często, tak jak teraz to robisz - wyjaśnił wesoło Arc. - Transformacja chwilowo osłabia część właściwości klasy, na którą się zmieniasz. Zwłaszcza jeśli zmieniasz ją na zupełnie niepodobną do poprzedniej, na przykład z Białego Maga na Wojownika – tłumaczył mu cierpliwie. - Jeśli będziesz zmieniał na podobną, to nie będzie długo trwało, nim się przystosujesz, może nawet od razu ci zadziała, ale w innych wypadkach powinieneś uważać. Wtedy nie będziesz mógł tyle razy użyć danego czaru albo jakaś umiejętność może być niedostępna. Zanim znowu będziesz mógł z nich w pełni korzystać, upłynie trochę czasu. Twój umysł i zdolności muszą się przestawić na nowy sposób walki i to dlatego. Więc lepiej nie zmieniaj profesji za każdym razem, kiedy ubłocisz sobie nogawkę – zachichotał.
- Szkoda – zmartwił się Luneth. - Bo to jest bardzo fajne. Ale skoro tak, to dzięki za ostrzeżenie, będę się pilnował z transferacjami.
- Lepiej trochę powalczyć w jednej profesji, potem zmienić na inną, jeśli trzeba i tak dalej - poradził mu Arc. - Zresztą z czasem będzie łatwiej.
- Pewno to też przegapiłem z gadania pompona, co?
Arc pokiwał głową.
- Ale nie martw się, jak coś nie będziesz wiedział, to ci przypomnę - pocieszył kumpla. - Poza tym sen bardzo szybko regeneruje umiejętności. Wystarczy nawet kilka minut snu i-
- To coś dla ciebie. Wystarczy, że se kimniesz po obiedzie albo na postoju i możesz zmieniać profesje jedną za drugą - dokuczał mu wesoło Luneth.
- Lun, no weź... przecież nie śpię aż tyle... - zmieszał się Arc. - No dobrze, może czasami rzeczywiście zdarza mi się usnąć...
- W każdym razie to i tak lepsze od prania gaci, co nie? Nawet jeśli trza uważać ze zmianami.
- O tak. Fajnie, że to wymyśliłeś.

Marsz przez rozległą puszczę trwał kilka dni. Refia, Ingus i Luneth dawali sobie radę, ale Arc, nieprzyzwyczajony do tak długich pieszych wędrówek, wlókł się z trudem za kolegami. Luneth popatrywał na niego z troską, proponując mu, że mogą się zatrzymać na odpoczynek. Arc jednak uparcie odmawiał, nie chcąc być przyczyną opóźnienia.
- Koniec z łażeniem na dziś - zadecydował Luneth.
- Przecież możemy przebyć jeszcze spory dystans - zaprotestował Ingus. - Co najmniej przez dwie godziny będzie jasno. Czemu chcesz już robić postój?
- Bo ...jestem zmęczony! - uciął młody dowódca.
- Ty? Zmęczony?! - gapił się na niego zadziwiony kolega.
Po pierwsze, Luneth nigdy nie bywał zmęczony. Po drugie, któż, jeśli nie on, dosłownie przed chwilą popisał się akcją, która świadczyła o różnych rzeczach, ale na pewno nie o braku sił. Zobaczywszy na poboczu drogi przyczajonego gryfa, natarł na niego z bojowym błyskiem w oku, wyszarpując po drodze miecz z pochwy. Kiedy potwór zląkł się i zwiał w zarośla, Luneth ruszył za nim w pościg energicznym sprintem, przeskakując przez leżące pnie drzew, tratując krzaki i wykrzykując groźne obietnice w rodzaju: "Zaraz tak ci lutnę, że skrzydła wyjdą ci dupą!" Z zarośli dały się słyszeć żałosne skrzeki poczwary, trzaski łamanych gałęzi, jeszcze więcej bitewnych okrzyków i świst miecza. Z chaszczy wyłonił się wielce zadowolony Luneth, zziajany, obsypany liśćmi i obryzgany krwią potwora. Trzymał w dłoni jego odcięty łeb i zdecydowanie nie wyglądał na zmęczonego.
- Tak, i co z tego?
Ingus nie odpowiedział. Refia trąciła go łokciem i wskazała mu Arca, który z widoczną ulgą usiadł na omszałej kłodzie. "Zmęczony" Luneth podszedł do niego i nachyliwszy się nad nim troskliwie, o coś go zapytał. Ingus wymienił się z koleżanką ironicznym spojrzeniem. Zgodnie pozbyli się bagażu, a potem poszli na poszukiwanie strumienia. Luneth i Arc zgromadzili tymczasem kupkę drewna na ognisko. Arc właśnie zabierał się do ich podpalenia, gdy przyjaciel go powstrzymał.
- Czekaj, po co się z tym użerać, skoro mamy czary ogniowe?
- A-ale... sprawdzałeś już, czy to działa?
- Nie, ale co za problem? Byle się podhajcowało. Myślisz, że się nie uda?
- Nie no, powinno się zapalić. Ale może być trudno z dopasowaniem siły zaklęcia. To dość skomplikowane...
- Iii tam, dam se radę!
- N-na pewno, ale... Nie wiem, czy to bezpieczne i...
- Luz, nie łam się. Patrz, jak elegancko mi wyjdzie.
Arc miał spore wątpliwości, czy magia ogniowa nadaje się do takich funkcji, ale nie upierał się. Ostatecznie sam też tego nie sprawdzał. Luneth stanął w bezpiecznej odległości i uniósł ręce. Przymierzył się i posłał płomienisty czar w kierunku stosiku chrustu. Efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Gałęzie rzeczywiście się zapaliły, a właściwie spłonęły na popiół w mgnieniu oka. Przy okazji pnie drzew i skały dookoła zostały osmalone, gdy przeszła po nich fala niekontrolowanej pożogi. Arc pospiesznie ugasił tlącą się trawę magią lodową, żeby pożar się nie rozprzestrzenił. Zakłopotany Luneth popatrzył na wypalony placyk i podrapał się po głowie.
- To było bardzo efektowne - pocieszył go Arc, próbując się nie roześmiać.
Luneth zerknął na niego z rezygnacją.
- Na drugi raz cię posłucham - obiecał pokornie. - Chyba będziemy musieli przenieść się kawałek dalej, tu jest spalone całkiem...
Przenieśli wszystkie rzeczy - które szczęśliwym trafem uniknęły płomieni - na pobliską polankę.
- O, a co to za przeprowadzka? - zdziwiła się Refia po powrocie do obozu.
Ingus zajrzał na stare miejsce i uniósł brwi na widok obrazu zniszczenia.
- Co tam się stało?
- Noo... - zaczął z ociąganiem Luneth. - Bo jak tam byliśmy, to...
- Chciałem rozpalić ognisko i n-nie zauważyłem, że z zarośli wyszły b-bazyliszki... - powiedział cicho Arc. - Byłyby mnie zaatakowały, ale na szczęście Luneth był b-blisko i wszystkie zabił... magią ogniową, dlatego jest t-troszkę spalone... - wyszeptał.
W ogóle nie umiał kłamać. Dlatego spuścił głowę, nie patrząc nikomu w oczy. Miał nadzieję, że koledzy nie będą niczego podejrzewać. Bardzo się denerwował, dłonie mu się spociły z przejęcia. Nie lubił takich sytuacji i robił to tylko dla przyjaciela. Wiedział, że Ingus nie darowałby sobie pierwszorzędnej okazji do drwin i pouczania niefrasobliwego towarzysza. Na szczęście widoczna gołym okiem nerwowość Arca poszła na konto jego nieśmiałości, gdy u kogo innego od razu stanowiłaby podstawę do podejrzeń.
- Coś takiego! Świetna robota, Luneth - pochwaliła go niczego nie podejrzewająca Refia. - Wygląda na to, że jesteś doskonałym ochroniarzem. Jak to dobrze, że zostałeś z Arkiem!
- Yhm, no właśnie - Luneth rzucił ukradkowe spojrzenie na kumpla.
- Dobrze, że nie spaliłeś przy tym połowy lasu - powiedział z przekąsem rycerz, ale nie komentował więcej incydentu.

Po kolacji Ingus stwierdził, że na nieznanym terenie któreś z nich powinno cały czas czuwać, gdy reszta będzie spała. Luneth uważał, iż to przesada, a on sam ma tak lekki sen, że w razie czego i tak by się obudził. Ingus jednak uparł się jak osioł, jako argument przytaczając zajście z bazyliszkami. Luneth zaprzestał protestów, żeby nie wyglądało to podejrzanie. Przydzieliwszy Lunethowi pierwszą, a Arcowi drugą wartę, rycerz ułożył się wygodnie, okręcił pledem i usnął. Refia zrobiła to samo. Obaj przyjaciele zostali sami.
- Dzięki za to, co powiedziałeś o ognisku - wdzięczny Luneth mrugnął do przyjaciela.
- Proszę bardzo. Ale wiesz, to było bardzo trudne.
- Wiem, nigdy nie umiałeś ściemniać. Jesteś taki poczciwy - zachichotał Luneth. - Na szczęście Refia i Ingus się nie kapnęli. Jaśniepan zrywałby boki, jakby wiedział, co żem tam zmalował. Ale teraz idź się już połóż, Arkie. Jeszcze nie czas na twoją wartę.
- Posiedziałbym z tobą troszkę...
- Jeszcze się nasiedzisz, chłopie.
- Ale nie chce mi się spać.
- Nie musisz spać, ale odsapnij. Padasz z nóg, przecież widzę.
- Pozwól mi z tobą zostać - prosił gorąco Arc. - Nie będę ci przeszkadzał, poczytam sobie w tym czasie.
- Tak jakbyś kiedykolwiek mi przeszkadzał - westchnął rozbrojony Luneth. - Dobra, jeśli chcesz, to zostań.
Uzyskawszy pozwolenie, Arc wyjął z torby niewielki tomik, usadowił się wygodnie koło przyjaciela i zagłębił się w lekturze. Zamyślony Luneth zapatrzył się w ogień. Nie upłynęło wiele czasu, gdy poczuł, że kumpel osuwa się na niego. Spojrzał na niego z niepokojem, ale okazało się, że Arc po prostu usnął, oparłszy mu głowę na ramieniu. Luneth stłumił śmiech. Tak właśnie przypuszczał, że całe to czytanie skończy się dość szybko. Starając się nie poruszyć, ostrożnie wyjął kumplowi książkę z bezwładnej dłoni i odłożył na bok. Otulił go starannie płaszczem, którym sam był okryty.
Dzisiejszego dnia przebyli kawał drogi, o wiele dłuższy, niż zwykli pokonywać do tej pory. W dodatku nieustannie walczyli z hordami potworów. Dla Lunetha całodzienny marsz był drobnostką. Nieraz pokonywał takie trasy podczas swoich włóczęg. Dla wytrenowanego rycerza, jakim był Ingus, również nie stanowiło to problemu. Refia, spędziwszy sporo czasu na swoich "wagarach", radziła sobie całkiem dobrze, ale z Arkiem była zupełnie inna sprawa. Nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku fizycznego. Większość czasu spędzał na czytaniu, a nie wędrówkach. Znużenie i całodniowy trud zmogły go dzisiaj doszczętnie, więc Luneth wykorzystał okazję, by dać mu odpocząć. Gdy przyszedł czas na zmianę warty, nadal siedział i wpatrywał się w ogień. Czas upływał powoli, ale w końcu nadeszła pora na obudzenie Ingusa. Luneth ułożył śpiącego przyjaciela na posłaniu, nie budząc go przy tym. Tym razem jego kamienny sen na coś się przydał.
- Pobudka, teraz twoja kolej! - trącił bezceremonialnie butem stopę rycerza.
- Już wstaję - Ingus przeciągnął się i wyprostował. - Dlaczego ty mnie budzisz? - spojrzał na niego podejrzliwie. - Przecież przede mną miał pilnować Arc.
- Co za różnica - odburknął Luneth i położył się spać.
Ingus rozejrzał się czujnie. Obszedł dookoła obozowisko, sprawdzając, czy nic nie czai się w zaroślach. Nie stwierdziwszy zagrożenia, dorzucił drewna do przygasającego ogniska i nalał sobie herbaty do kubka. Usiadł na leżącej kłodzie i spojrzał na śpiących towarzyszy. Refia jak zwykle zasnęła w dziwnej pozycji, w której każdemu normalnemu człowiekowi ścierpłyby kończyny. Dziewczynie jednak bardzo to służyło. Zawsze spała jak zabita i budziła się świeża i wypoczęta, zamiast połamana, czego można by słusznie się spodziewać. Luneth, który potrafił zasnąć w każdych warunkach, w dodatku błyskawicznie, leżał pogrążony we śnie. Oddychał tak cicho, że w ogóle nie było go słychać. Blondyn przypomniał sobie niekończące się poranne utarczki. Luneth uważał, że Ingus potwornie chrapie, hałasując jak stado rannych bawołów. Wytykał mu to nieustannie i dodawał kąśliwie, że żaden potwór nie odważy się do nich podejść, bo będzie się bał tych odgłosów. Albo może właśnie podejdzie, bo pomyśli, że to kompan ze stada się wydziera. Urażony Ingus wzruszył ramionami na to wspomnienie i przesunął wzrok na ciemnowłosego kolegę. Arc posapywał cicho przez sen, przytulony do pleców przyjaciela, obejmując go, jakby ten był wielkim, pluszowym misiem. Ingus o mało nie zakrztusił się ze śmiechu herbatą, gdy to porównanie przyszło mu na myśl. Co prawda "miś" był pyskatym postrzeleńcem, ale jakby się tak zastanowić... W stosunku do Arca nigdy taki nie bywał, obrazując raczej określenie "pluszowy miś". Ingus domyślił się, że Luneth odbębnił wartę za utrudzonego przyjaciela. "Niech sobie robi co chce, to nie moja sprawa", uśmiechnął się krzywo.

Poranek zapowiadał się pogodny. Refia, pełniąca wartę jako ostatnia, krzątała się przy ognisku; Ingus również już wstał. Luneth otwarł leniwie jedno oko i zerknął na przyjaciela, śpiącego obok. Wysiłek z dnia poprzedniego zmusił go widocznie do dłuższego wypoczynku. Lunethowi też nie chciało się wstawać, ostatecznie nie spał przez pół nocy. Refia uporała się z ogniskiem, a potem zabrała ręcznik, mydło i udała się w kierunku strumienia. Ingus upewnił się, że kolega już nie śpi i dał mu znak, że idzie do lasu. Luneth skinął głową, i kiedy rycerz oddalił się, obaj chłopcy zostali sami. Mimo iż Luneth leżał spokojnie, wschodzące coraz wyżej słońce obudziło Arca. Zamrugał oczami, stłumił ziewnięcie i zamarł, nagle coś sobie uświadamiając. Spojrzał z przestrachem na puste obozowisko, a potem na przyjaciela.
- Luneth, gdzie są Refia i Ingus?
- No właśnie nie mam pojęcia. Dopiero się obudziłem. Ty powinieneś wiedzieć, przecież trzymałeś wartę po mnie - przypomniał Luneth z nieźle udanym frasunkiem. - Może zeżarł ich jakiś potwór?
- Och Luneth, co ja zrobiłem! - przerażony Arc zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. - Zasnąłem i-
- Arkie, wyluzuj - roześmiał się Luneth. - Ingus poszedł w krzaki, a Refia pluska się w strumieniu. Wszystko gra.
- To dobrze... Ale ja naprawdę zaspałem, a jakby coś się wtedy stało?
- Nic się nie stało, pilnowałem za ciebie. Wszyscy byli bezpieczni.
- Dziękuję ci. Ale nie powinienem był-
- Przecież to nie twoja wina, tylko moja, bo cię nie obudziłem - zauważył rozsądnie Luneth. - Ale zrobiłem to specjalnie, żebyś mógł odpocząć. Byłeś całkiem wykończony, taki marsz to za wiele dla ciebie.
- Wiem, tylko was spowalniam - zasmucił się Arc. - Lepiej byście sobie radzili beze mnie.
- Arc, nigdy więcej nie chcę słyszeć czegoś takiego! - rozgniewał się Luneth. - Rozumiesz? Nigdy więcej. Bez ciebie to wszystko nie ma sensu. Jesteś częścią drużyny, tak samo ważną jak ja, Refia czy ten zamkowy bałwan. Każdy z nas jest Wojownikiem Światła. Co, może nie mam racji?
- Masz. Ale następnym razem nie zaśpię. Nie chcę żadnej taryfy ulgowej. Obiecaj, że mnie obudzisz.
- Zobaczymy - wykręcił się Luneth. - Zastanowię się nad tym - uśmiechnął się szelmowsko.
Arc chciał dalej nalegać, ale jego przyjaciel wstał i przeciągnął się energicznie, aż trzasnęły mu kości.
- Poleż se jeszcze, skołuję jakieś żarcie przez ten czas.
- I tak za długo się wylegiwałem. Poza tym zabierasz mi moje zajęcie.
- Hmm... Uważasz, że przypalę nawet wodę na herbatę? Dzięki, ładny z ciebie kumpel.
- N-nie o to mi chodziło... Nie gniewaj się, ale naprawdę może lepiej ja zrobię śniadanie...
- No pewnie - roześmiał się Luneth. - Przecież wiem, że jesteś w tym sto razy lepszy. Tak se tylko żartowałem. Trzymaj swoją buławę, mistrzu - uroczyście przekazał kumplowi łyżkę.

Kiedy po paru godzinach wędrówki zbliżyli się do rzeczki, przecinającej im trasę, Ingusa coś podkorciło. Mrugnął porozumiewawczo do Refii.
- Nie sądzisz, że powinieneś przenieść Arca przez wodę? - upomniał Lunetha, który stał nad brzegiem i w skupieniu sprawdzał kijem, gdzie jest najpłycej.
- Właśnie. Jeszcze się przemoczy i zaziębi - podchwyciła koleżanka.
Luneth podniósł głowę i spojrzał na nich nieufnie. Ingus patrzył na niego potępiająco, zupełnie jakby Luneth popełnił jedną ze swoich wpadek. Na twarzy Refii malowała się za to głęboka troska.
- Tak uważacie...? - zawahał się i zerknął na przyjaciela, który właśnie zbliżał się ścieżką do brzegu.
Czemu sam o tym nie pomyślał?! Zafrasował się własnym niedopatrzeniem. Śmiech kolegów uświadomił mu, że padł ofiarą żartu.
- To wcale nie było zabawne - burknął.
Odwrócił się demonstracyjnie tyłem do rechoczących towarzyszy i ruszył energicznie przez wodę, rozbryzgując ją na boki.
- Arc, pospiesz się! Musimy przebyć rzekę - zawołał donośnie Ingus. - Luneth obiecał, że bardzo chętnie cię prze-
- Stul dziób! - wysyczał zmieszany Luneth.
Z miejsca zawrócił i złapał Ingusa za kołnierz. Zdziwiony Arc podszedł do mocujących się kolegów.
- Co mówiliście, bo nie dosłyszałem...?
- Nic takiego, Arkie - zapewnił srebrnowłosy nastolatek, aplikując rozbawionemu Ingusowi porządnego szturchańca.
- Luneth chciał cię... - zaczął znowu rycerz, nie mogąc sobie darować tak obiecującego żartu.
Próbując się wyswobodzić z chwytu Lunetha, poślizgnął się na omszonym podwodnym kamieniu. Pociągnął za sobą wojowniczego kolegę i podciął niechcący nogi Arcowi, który stał blisko. Chłopcy runęli do wody. Refia stała na brzegu i pobłażliwie przyglądała się kompanom, którzy usiłowali się wzajemnie podtopić, ochlapać i sponiewierać na wszelkie możliwe sposoby.
- Chłopaki... - mruknęła.
Starannie i z godnością ominęła wodną kotłowaninę i dostała się na drugi brzeg. Usiadła, czekając cierpliwie, aż męska część drużyny dołączy do niej. Pierwszy z rzeki wygramolił się Luneth. Dobrnął do brzegu, otrząsnął się jak pies, po czym ściągnął buty i wylał z nich wodę. Uśmiechnięty rycerz holował ze sobą zmokniętego Arca, objąwszy go krzepko ramieniem. Nie kontynuował kpin. Uznał, że miał wystarczającą ilość atrakcji jak na cały dzień.

W końcu stanęli u podnóża góry, która stanowiła siedzibę smoka i po uciążliwej wspinaczce dotarli do jaskiń we wnętrzu masywu. Luneth jak zwykle rwał do przodu, za nim maszerował Ingus, a pozostała dwójka zamykała tyły. Trasa wiodła wąską ścieżką wzdłuż gładkiej ściany skalnej. Po przeciwnej stronie ziała głęboka przepaść z rozżarzoną lawą i kłębiącymi się płomieniami, do której co jakiś czas zsuwały się kamienie z wyżej położonych miejsc. Ponieważ dróżka była wąska, wszyscy musieli posuwać się gęsiego, trzymając się jak najbliżej ściany. Wtem tuż przed nimi zeskoczył z półki skalnej potwór i zasyczał wściekle. Luneth nie stracił zimnej krwi, wymierzył mu solidnego kopa i zrzucił bestię w przepaść.
- Nie wiem, czy to jest najlepsza trasa - wyraził wątpliwość Ingus. - Te skały wyglądają na niezbyt pewne.
- Nie mamy wyboru - Luneth obrócił się do niego nieznacznie. - Albo idziemy, albo wracamy i się poddajemy. Musimy znaleźć Descha, a on też musiał tędy iść.
W tym momencie poczuł, jak spod nóg ujeżdżają mu luźne kamienie. Zachwiał się i stracił równowagę. Miał wrażenie, jakby czas nagle zwolnił swój bieg. Sekundy upływały wolno, jakby były godzinami. Serce prawie przestało mu bić. Zobaczył przerażonego Arca, biegnącego ku niemu ile sił w nogach, wiedząc, że nie zdąży. Krzyk towarzyszy zabrzmiał mu w uszach, jakby dobiegał z oddali. Przytłumiony i głuchy. Niczego więcej nie słyszał. Hałas panujący we wnętrzu góry całkiem ucichł.
"A więc tak skończy się moja przygoda" - spokojna myśl przeleciała mu przez umysł, jakby pogodzony z nieuniknionym.
Zanim jednak runął w płonącą otchłań, poczuł, że ktoś chwyta go silnie za rękę. Ostry ból przeszył mu całe ramię, które przyjęło na siebie ciężar szarpnięcia. Ale ból otrzeźwił go i skłonił do walki o życie. Znikła cisza i otumaniający spokój. W uszy boleśnie uderzyły go powracające dźwięki otoczenia, przez to jakby dwa razy głośniejsze. Serce przyspieszyło bieg.
- Trzymaj się, Luneth! - wysapał Ingus i wciągnął go z powrotem na ścieżkę.
W tym momencie oszołomionego chłopaka dopadł Arc. Rzucił mu się na szyję i przylgnął do niego rozpaczliwie.
- Nic ci nie jest, Lun?! Jesteś cały?
- Tak, Arkie - Luneth pogładził go uspokajająco po plecach. - Wszystko gra.
- Idźmy dalej - Ingus bezlitośnie uciął próby dalszej rozmowy. - Zanim to wszystko runie nam spod nóg.
Reszta wędrówki przez jaskinię przebiegła bezpiecznie i bez większych utrudnień. Mimo wszystko cała czwórka miała dusze na ramieniu, ciągle mając w pamięci upadek Lunetha. Gdy wreszcie wydostali się na zewnątrz i wyszli na słońce, nawet jaskiniolubny kapitan musiał przyznać, że poczuł się raźniej. Postanowili rozbić obóz, zbyt wyczerpani nerwowo i fizycznie, by kontynuować wędrówkę tego dnia. Na szczyt wysokiej góry musieli poświęcić kolejny dzień. Tymczasem rozlokowali się na sporym płaskowyżu, z którego roztaczały się zniewalająco piękne widoki na okolicę. Nikt nie miał jednak głowy do oglądania krajobrazów, gdy przed chwilą Luneth omal nie stracił życia, a na szczycie czyhał morderczy smok. Mało komfortowe warunki do podziwiania górskiej panoramy.
- Ingus, chciałbym ci coś p-powiedzieć... - stremowany Arc podszedł do rycerza, zajętego ostrzeniem swojego miecza. - Właściwie t-to podziękować...
- Za co, Arc? - zdumiony blondyn spojrzał na nieśmiałego kolegę, który bardzo rzadko odważał się sam zaczynać z nim rozmowę.
- Że uratowałeś Lunetha. Gdyby on... gdybym... to ja...
- Nie musisz mi dziękować, Arc. Po pierwsze - to nie ciebie wyciągnąłem z przepaści. Po drugie - zrobiłbym to dla każdego z was, ale wiem, że tak samo mógłbym liczyć na ciebie, Refię czy Lunetha. Jesteśmy drużyną, prawda? Nie mówmy więc już o tym.
- Dobrze. Ale i tak dziękuję - szepnął wdzięczny chłopiec.

Luneth podszedł do rycerza, gdy Refia i Arc byli czymś zajęci.
- Słuchaj, może nigdy nie nadawaliśmy na tej samej fali, ale - zaczął, z zakłopotaniem przesuwając dłoń po karku - no, dzięki za uratowanie mi tyłka.
- Proszę bardzo. Czasem nawet "rycerz z kijem w dupie" się na coś przydaje, prawda?
- O rany, nigdy mi tego nie zapomnisz? - stropił się Luneth. - Nie bierz do siebie tego, co wtedy gadałem. Nie znałem cię za dobrze.
Ingus obserwował towarzysza, dziwnie zakłopotanego. To zachowanie było do niego niepodobne. Ale może to dobry moment na przełamanie lodów?
- To jak, koniec ze skakaniem sobie do oczu? - zaryzykował i wyciągnął do niego rękę.
- Koniec - potwierdził Luneth, ściskając mu z wdzięcznością dłoń. - Jesteś porządnym gościem. Naprawdę, dzięki.
- Wystarczy już tych podziękowań. Twój przyjaciel był tu dopiero co i zrobił to samo.
- Arc z tobą gadał?!
- Tak, odważył się podejść do straszliwego, przerażającego Ingusa, który pożera żywcem - kpił ubawiony blondyn. - I podziękował mi, że cię złapałem.
- Cały Arkie - uśmiechnął się srebrnowłosy chłopak. - Ej, nie nabijaj się z niego! - zreflektował się. - Dotąd nie miał powodów, żeby uważać cię za łagodnego baranka.
- Wiem, wiem... Przykro mi z tego powodu - westchnął skruszony rycerz. - Bardzo jesteście ze sobą zżyci...
- A ty zaś swoje? - nastroszył się Luneth. - Coś ci się nie widzi?
- Nie, nic. Ale to prawda. Widzę przecież, jak się o siebie troszczycie.
- Czy to coś złego?
- Oczywiście, że nie. Ale zrób coś dla Arca i uważaj bardziej na siebie – Ingus poradził osłupiałemu koledze.

- Luneth, śpisz? - wyszeptał Arc, gdy już ułożyli się do snu.
Leżeli przez jakiś czas w milczeniu, spoglądając na sylwetkę Refii, siedzącą przy ognisku na warcie.
- Nie, jeszcze nie. A co?
- Ciągle myślę o tym, co się dziś wydarzyło. I co mogło się stać, gdyby-
- Mogło się stać, ale się nie stało.
- Tak, Ingus cię złapał. Ale gdyby nie on...
- Arc. Arc, spójrz na mnie. Nie myśl o tym więcej. To nie prowadzi do niczego dobrego.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę. To było zupełnie jak wtedy, kiedy miałem ten okropny sen, pamiętasz? Kilka lat temu.
- Pamiętam. Ale to był tylko sen. Nie martw się nim.
- Tylko że teraz to było naprawdę... tak jakby się sprawdziło. I przez to było straszniejsze. Nie wiem, co bym zrobił, jakbyś... jakby cię nie było...
- Ale jestem. Będę od teraz bardziej się pilnował, obiecuję.
- A nie gniewasz się na mnie...? Że nie byłem wystarczająco blisko, żeby cię złapać? - Arc odważył się wreszcie zadać pytanie, które dręczyło go od tamtego momentu.
- Co?! Jak możesz tak gadać! - zbeształ go poruszony Luneth. - Arc, takich rzeczy nie da się przewidzieć. To był po prostu pech, nie uważałem i zleciałem. Nic nie mogłeś zrobić, ale wiem, że jakbyś był blisko, tobyś mnie chycił. Jesteś moim najlepszym kumplem, nic się nie zmieniło. A teraz śpimy i koniec z zamartwianiem się. Jasne?
- Tak - szatyn poczuł się o wiele lepiej po jego słowach.
- Dobranoc, Arkie.
- Dobranoc, Lun.

Stukanie w szybę zaalarmowało Ninę, wyjrzała więc na zewnątrz. Nad trawnikiem unosił się moogle, dzierżący w łapce sporą kopertę. Kobieta otwarła szerzej okno, wpuszczając go do środka.
- Masz list, kupo! - zaszczebiotał radośnie, wręczając jej przesyłkę.
Nina chwyciła list i zerknęła na adres, od razu poznając pismo i staranne, równe litery.
- To od Arca! - rozpromieniła się.
- Kupo, pokwitowanie! - ponaglił ją moogle.
- Już, już - mruknęła, podpisując się na formularzu. - Ta wasza moogle'owa biurokracja...
- Przepisy, kupo! - zaćwierkał skrzydlaty listonosz i zabrał podpisany dokument. - Do widzenia, kupo!
- Kupo - odpowiedziała w roztargnieniu Nina, rozdzierając niecierpliwie kopertę. - Znaczy, do widzenia. Dziękuję.
Przebiegła prędko wzrokiem pierwsze linijki listu.

Topapa wkroczył nerwowo do kuchni. Od czasu, gdy Arc i Luneth wywędrowali z Ur, Nina nawet przez jeden dzień nie dała mu zapomnieć, jak złym pomysłem było puszczenie ich w podróż w nieznane. Próby przypominania zdenerwowanej kobiecie o Kryształach i misji tylko pogarszały sprawę.
- Jak mogliśmy tak po prostu puścić Lunetha? Nabiłeś mu głowę bzdurami i oto efekt - zrzędziła Nina, nie przyjmując do wiadomości, że wszystko jest wynikiem przeznaczenia i Topapa nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. - I jeszcze wyciągnął ze sobą Arca! Biedne dziecko, przecież on tam sobie nie da rady - lamentowała. - Jest taki delikatny...
- Nie martw się, nic im nie będzie.
- Cóż, dobrze chociaż, że są razem. Mam nadzieję, że Luneth zajmuje się Arkiem.
- Na pewno się nim opiekuje, niepotrzebnie się przejmujesz - zgodził się. - Przecież znasz Lunetha.
Trochę uspokojona Nina kiwnęła głową.
- Dostałam list od Arca.
- O, kiedy? Gdzie teraz są? Co napisał?
- Dopiero zaczęłam czytać, jak wszedłeś - ponownie uniosła zapisane kartki. - Zaraz, zaraz, gdzie to ja skończyłam... "...wczoraj spotkaliśmy cztery chimery. Szkoda, że nie widziałaś, jak Luneth..." Tam są potwory! - spojrzała oskarżycielsko na Topapę.
- Oczywiście, moja droga, że są - powiedział, lekko zniecierpliwiony. - Czego się spodziewałaś?
- "...wykazują bardzo efektowny przykład przystosowania do wodnego biotopu. W strefie litoralnej.." Jakiej strefie?! Bio- co? - Nina uniosła brwi. - Nic z tego nie rozumiem.
Topapa nie mógł powstrzymać uśmiechu, cisnącego mu się na usta. Nina spojrzała na niego surowo, więc prędko przybrał poważną minę i czekał na kontynuację.
- "...po zdjęciu klątwy... byliśmy na dworze króla Sasune..." Ty słyszałeś? U króla byli na zamku! I pomogli mu z jakimś demonem. Moi dzielni chłopcy - rozczuliła się Nina. - Wiedziałam, że ze wszystkim sobie poradzą.
Topapa przezornie milczał. Był mądrym człowiekiem i wiedział, że wyciąganie niekonsekwencji z wypowiedzi Niny nie przyniesie mu nic dobrego. Najwyżej przypaloną kolację.
- "...Luneth wymyślił świetny sposób..." - mamrotała Nina, czytając dalsze akapity listu. - "...zabił kilkanaście goblinów koło jeziora", "...dzisiaj pomogłem mu trochę w walce...", "...lecieliśmy statkiem powietrznym"...wkrótce czeka nas spotkanie ze smokiem..." Co?!!! Smok?! Czy ja dobrze widzę?
Topapa uśmiechnął się niepewnie, gdy Nina przewierciła go wzrokiem. Wizja przypalonej kolacji stawała się coraz realniejsza.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Noel Kreiss
  • Noel Kreiss Avatar
  • Online
  • MOG
  • MOG
  • Ludzie są źli, kupo!
Więcej
2014/02/26 23:23 #10222 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Luneth napisał: "Zaraz tak ci lutnę, że skrzydła wyjdą ci dupą!"

Najpiękniejsze słowa jakie dziś przeczytałem. ;)

Narrator napisał: Luneth uważał, że Ingus potwornie chrapie, hałasując jak stado rannych bawołów.

Ładne porównanie.

Ingus i Refia napisał: - Nie sądzisz, że powinieneś przenieść Arca przez wodę? - upomniał Lunetha, który stał nad brzegiem i w skupieniu sprawdzał kijem, gdzie jest najpłycej.
- Właśnie. Jeszcze się przemoczy i zaziębi - podchwyciła koleżanka.

Refia nabiera kolorków, zaczyna coraz bardziej mi się podobać. I ta jej troska o Arkiego... <333

Bardzo podobała mi się scenka z przeprawą przez rzekę.

Narrator napisał: Wtem tuż przed nimi zeskoczył z półki skalnej potwór i zasyczał wściekle. Luneth nie stracił zimnej krwi, wymierzył mu solidnego kopa i zrzucił bestię w przepaść.

Czym ten potwór sobie zasłużył, że spotkał go taki straszny koniec żywota? :P

Ingus napisał: - Proszę bardzo. Czasem nawet "rycerz z kijem w dupie" się na coś przydaje, prawda?

Leżę i kwiczę. :D

Ingus napisał: - Tak, odważył się podejść do straszliwego, przerażającego Ingusa, który pożera żywcem - kpił ubawiony blondyn. - I podziękował mi, że cię złapałem.

Cóż za dystans do siebie! Jak prawdziwy Wojownik Światła! :P

Rozmowa Niny i moogle'a jest po prostu mistrzostwem świata, kupo! :D





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/03/10 14:21 #10241 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Strasznie zaniedbałam ten temat, przepraszam. Ale nie ma tego złego, dzięki temu miałam dwie części historyjki na raz :) Podoba mi się coraz bardziej i dochodzę do wniosku, że fajnie byłoby mieć wydrukowaną całość, szczególnie, że chyba nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie. Może kiedyś doczekam się autorskiego egzemplarza z autografem i dedykacją ;)

shizonek napisał: - Do nokautu? - zaproponował rycerz. - Kto zejdzie do żółtego, przegrywa.

Zawsze mnie zastanawia, czy postacie wiedzą, jaki mają aktualnie stan HP. Czy widzą własny interfejs? Swoją drogą, coś takiego byłoby przydatne, wychodzisz z domu i wiesz, że za dwie godziny powinieneś coś zjeść, a Twój mózg pracuje w 65% normy, więc na zebraniu w pracy lepiej usiąść gdzieś z tyłu :P

shizonek napisał: - Aha. A poprzednim razem? Co to miało być, zupa z patyków?

A to mi przypomina gulasz kamienno-ziemniaczany Eiko :D Hmm, w sumie jest zupa z pędów bambusa, bardzo smaczna zresztą, więc może Lun chciał zaserwować kumplom trochę wschodniej egzotyki :P

shizonek napisał: Jak można nie odróżniać karwaszy od nałokcic?!

Przyznaj się, wyguglałaś to najpierw :P

shizonek napisał: - To co bierzecie, chłopaki? Mnie ciekawi ta złodziejska klasa. Musi być zabawna

O, ja właśnie zaczęłam trenować Refię od złodziejki. Bardzo przydała mi się w górach, gdzie można było kraść cenne feniksy.

shizonek napisał: - Osz kurde, to przy okazji dostaje się nowe ciuchy!

A tutaj jest lekka niespójność (nie w Twoim fanfiku, w samej grze), bo zmiana ciuchów jest wprawdzie widoczna, ale nie w menu. Tam nadal musisz zakładać zbroje kupowane w sklepach. Mogli to jakoś lepiej wymyślić, na przykład dodając nowe ubrania do profesji i dawać możliwość ich zmiany na inne w jej obrębie, też widoczne na ekranie. Wiem, za dużo bym chciała :P

shizonek napisał: Nie stwierdziwszy zagrożenia, dorzucił drewna do przygasającego ogniska i nalał sobie herbaty do kubka.

O, a skąd nasi wojownicy mieli herbatę? Rosła gdzieś w lesie, czy może została sporządzona z wysuszonej na słońcu macki Ochu? :P

Widzę, że relacja Lunetha i Arca nabiera coraz większych rumieńców :P Z kolei na linii Ingus-Luneth widzę cień konfliktu Squall-Seifer, choć oczywiście jest to dużo mniejsza skala. Też jeden z nich jest poważny i obowiązkowy, a przy tym dumny i nieco sztywniacki, a drugi ma w nosie reguły i pewnie nieraz mu się od życia za to oberwało. Mam nadzieję, że na końcu będą dobrymi, uzupełniającymi się przyjaciółmi.

A, no i kupająca Nina bardzo mnie rozbawiła ;)

shizonek napisał: Nie wiedziałam też, że cycki pomagają przy gotowaniu. Ciekawa teoria. o_O

Moim zdaniem raczej przeszkadzają. Ewentualnie można sobie na nich położyć słoiczki z przyprawami, żeby były blisko :P

shizonek napisał: A skoro już przy stereotypach jesteśmy, to czyż nie mawia się, że mężczyźni są najlepszymi kucharzami? ;P

A tak zwykle mówią ci mężczyźni, którzy nawet jajecznicy porządnie nie umieją zrobić :P I uważają właśnie, że baby nadają się tylko do garów, bo taka jest tradycja i tak było od zarania dziejów. Nic to, że mamuty już dawno wyginęły, a rzeczony troglodyta nie umiałby nawet zająca złapać :P Tacy są niereformowalni i niech sobie lepiej zostaną w tym swoim prehistorycznym grajdole. A Noel trolluje, jak zwykle zresztą. :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/03/21 00:13 #10251 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Emoonia napisał:

shizonek napisał: Jak można nie odróżniać karwaszy od nałokcic?!

Przyznaj się, wyguglałaś to najpierw :P

Owszem, sprawdziłam na wiki, ale nie w celu nabycia świeżej wiedzy, a przypomnienia. Od dziecka miałam odpał na punkcie rycerzy i średniowiecza, i kiedyś umiałam nazwać prawie wszystkie części zbroi. Teraz już oczywiście mózg się zlasował i mało co z tego pamiętam. Ale moriona od hundsgugela jeszcze odróżnię. :)

Emoonia napisał: Mogli to jakoś lepiej wymyślić, na przykład dodając nowe ubrania do profesji i dawać możliwość ich zmiany na inne w jej obrębie, też widoczne na ekranie.

Na szczęście to nie jest gra o przebierankach, ciuchach i rewii mody. :P

Emoonia napisał: O, a skąd nasi wojownicy mieli herbatę? Rosła gdzieś w lesie, czy może została sporządzona z wysuszonej na słońcu macki Ochu? :P

...yyy, z plecaka? Zwykle, idąc w teren, zabiera się ze sobą żarcie i picie. Nie mów, że do Puszczy Białowieskiej nie wzięłabyś ze sobą nawet jednego marnego batonika? o_O
[/color]





8. Wielka bestia na gór szczycie

Droga na szczyt nie była wcale łatwiejsza niż przeprawa przez wnętrze góry. Przepaście z lawą zostały zastąpione ostrymi, poszarpanymi graniami i koniecznością wspinaczki po stromych zboczach. Porywisty wicher spychał ze ścieżki i utrudniał oddychanie, wciskając powietrze z powrotem do płuc. Żeby było jeszcze trudniej, młodzi wspinacze musieli zmagać się z napastującymi ich wielkimi ptaszyskami. Wystarczyło spojrzeć w dół, żeby nabrać respektu do góry. Wyszli już tak wysoko, że poniżej widzieli tylko ścielące się białe, gęste chmury.
- Lepiej, żeby ten Desch się znalazł, i to szybko - narzekała Refia, gramoląc się za Lunethem na zagradzający im drogę wielki głaz. - Bo jak go tu nigdzie nie będzie, to go zamorduję.
- Znajdzie się na pewno. Chodźcie, widzę już szczyt! Zaraz będziemy na miejscu.
Zapał Lunetha udzielał się wszystkim. Chłopak potrafił skłonić kolegów do wysiłku nawet w najtrudniejszych momentach. Nawet kiedy myśleli, że dalej już nie dadzą rady, zachęcani przez niego wykrzesywali z siebie resztki sił. Umiał świetnie motywować, nawet Ingus nie zaprzeczyłby, gdyby ktoś zapytał go o opinię.
Wtem potworny dźwięk uderzył ich boleśnie w uszy. Przycisnęli się plecami do skały i przekonali się, że źródłem hałasu był ogromny, zielonkawy smok. Łopotał potężnymi skrzydłami, zawisając w powietrzu. Z grzbietu wyrastały mu ostre kolce, a długi ogon pomagał utrzymywać równowagę. I stanowił wspaniałą broń.
- Świetnie. Ma nas jak na tacy! - struchlała Refia.
Z miejsca, w którym się znajdowali, nie bardzo mogli uciec, a na kryjówkę trudno było liczyć. Smok ryknął ponownie i zniżył lot, kierując się ku nim. Luneth rozejrzał się gorączkowo dookoła. Zobaczył wielką, splątaną kupę gałęzi i drobnych drzewek, ułożoną na wystających kamieniach tuż nad przepaścią. Wyglądało to jak ptasie gniazdo, tyle że wielkości kilku stogów siana.
- Szybko, chodźcie tędy! - Luneth pociągnął towarzyszy za sobą.
Dosłownie w ostatniej chwili udało im się uciec ze szponów smoka. Tyle że sytuacja wcale nie była lepsza. Wylądowali w smoczym gnieździe, otoczeni przez żarłoczne gadzie potomstwo. Przestraszeni, ścisnęli się na środku, starając się odsunąć jak najdalej od syczących jaszczurów.
- Ha ha ha! Prawie daliście się złapać smokowi! - zawołał ktoś wesoło.
Obrócili się w kierunku głosu. Właścicielem tegoż okazał się czarnowłosy chłopak, ubrany w ekstrawagancki ciemnoniebieski strój. Młodzian siedział beztrosko na jednym ze smoczych jaj i przyglądał się ciekawie pechowym przybyszom.
- A ty co tu niby robisz, koleś? Piknik se urządzasz? Tak samo wtopiłeś, jak my - prychnął Luneth.
Zerknął podejrzliwie na najbliższego smoczka, który wyciągał w jego kierunku łeb, węsząc z zainteresowaniem.
- Ech... hmm... no fakt, masz rację - zaśmiał się brunet i zeskoczył z jaja. - Jestem Desch, do usług - ukłonił się żartobliwie.
Ledwo zdążył się przedstawić, usłyszeli smoczy wrzask po raz kolejny. Gad pojawił się od południowej strony i zamierzał wylądować w gnieździe.
- Smok wrócił! Zwiewamy!!! - ryknął gromko Desch. - Tędy!
Arc i Refia nie czekali, aż powtórzy to wezwanie i dokonali odwrotu we wskazanym kierunku. Za to Ingus z Lunethem zgodnie wyciągnęli broń i stanęli w gotowości do walki. Nie sądzili, by udało im się pokonać potwora, ale chcieli go zatrzymać przez jakiś czas i umożliwić towarzyszom ucieczkę. Desch zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na stojących ramię w ramię chłopców. "Piekielnie odważni, ale niezbyt mądrzy", pomyślał, mimo wszystko z podziwem.
- Chyba nie chcecie z nim walczyć?! Mówię wam, dajemy nogę, to jedyne wyjście! Nie mamy z nim szans! - krzyknął do straceńców. - Spadamy stąd, chłopaki!
Ingus i Luneth zawahali się, ale wreszcie posłuchali go. Luneth wycofał się jako ostatni, uważając za swój obowiązek do samego końca zapewniać kolegom bezpieczeństwo. Chłopcy wyskoczyli ze smoczego gniazda i na łeb i na szyję pognali w dół skalistą ścieżką. Za zakrętem spotkali czekającego na nich Arca i Refię. Gdy już myśleli, że smok zrezygnował z pościgu, ten wyłonił się nagle zza skały tuż przed nimi i odciął im drogę ucieczki. Ingus, który znajdował się najbliżej bestii, nie zdążył zareagować. Cios spadł na niego z całą siłą i młody rycerz padł bez ducha. Luneth machnął mieczem, próbując odpędzić smoka od ciała towarzysza. Na gadzie nie robiło to jednak żadnego wrażenia, mimo iż Refia z Arkiem wspomagali swego kapitana jak mogli. Gdy smok wzniósł się wyżej, zamierzając uderzyć po raz drugi, Luneth wykorzystał ten moment i odciągnął bezwładne ciało Ingusa pod osłonę skał. Gestami ponaglił wszystkich, by schowali się pod skalnym nawisem. Skrzydlata bestia nie widziała ich z góry, więc zatoczywszy koło, prędko zrezygnowała z polowania i wróciła do gniazda.
- Nie ma go, możecie już wyjść - Luneth wyjrzał ostrożnie spod skały, odprowadzając wzrokiem malejącą sylwetkę odlatującego smoka.
- Co się stało z Ingusem? Żyje? - Refia opadła przy nim na kolana.
Luneth uklęknął obok i sprawdził mu puls. Na szczęście był jeszcze wyczuwalny, choć bardzo słabo. Nic dziwnego, przez skroń Ingusa biegła długa rana, zadana pazurami smoka. Drugą ranę widać było aż nadto dobrze przez ubranie, rozszarpane od smagnięcia ogonem.
- Daj mi toto, co żeśmy znaleźli po drodze. Tego, no feniksa – zarządził. - To powinno pomóc. Słyszałem o tym od Starszych.
Koleżanka wyciągnęła z torby medykament i podała mu. Luneth uniósł nieco głowę nieprzytomnego towarzysza i ostrożnie wlał mu zawartość buteleczki do ust.
Wszyscy zachłannie wbili wzrok w leżącego Ingusa. Przez chwilę nic się nie działo, ale zanim zdążyli się zaniepokoić, chłopak otwarł oczy i rozejrzał się niemrawo.
- Co szię stało? - zapytał nieco niewyraźnie.
- Oberwałeś od smoka i prawie żeś się przekręcił na tamtą stronę - Luneth podtrzymał go i pomógł mu wstać.
Z zaciekawieniem dotknął czoła kolegi, przesuwając palcami po nienaruszonej skórze. Rana od pazurów zniknęła, zostawiając po sobie tylko rozsmarowaną krew. Po drugim obrażeniu również nie została nawet szrama. Tylko plamy z krwi i żałośnie poszarpane poły bluzy świadczyły o tym, że jej właściciel dopiero co wyrwał się z łap śmierci.
- Ha, jesteś jak nowy. To faktycznie działa – powiedział z satysfakcją Luneth, poklepując go po karku. - I jak, dobrze się czujesz?
- Zabieraj ręce – burknął Ingus, odpychając go i starając się wyglądać godnie mimo żałosnego stanu swego ubrania.
- Widzę, że dobrze...
- To mieliśmy farta, że udało nam się zwiać! - odezwał się milczący dotąd Desch. - Niewiele brakowało... Hej, słuchajcie. Czy mógłbym się do was przyłączyć? Widzicie, ze mną jest tak, że nic nie pamiętam i-
- Jak to nic?!
- No, straciłem pamięć. Wiem tylko jak mam na imię i nic więcej.
- Cholera, kolego. To fatalnie – zmartwił się szczerze Luneth. - Tak zupełnie nic nie pamiętasz?
- Niestety. To jak, mógłbym do was doszlusować?
- Jasne. Nie mam nic przeciwko. A ty, Refia? - Luneth zapytał wesoło koleżankę, która wpatrywała się w Descha jakoś tak intensywnie.
- Czemu MNIE o to pytasz?! - wykrzyknęła z zakłopotaniem. - Kurde, zresztą nieważne. Desch! - zwróciła się z pasją do nowego towarzysza. - Czy w ogóle cię obchodzi, że Salina się o ciebie zamartwia? Czeka w Canaan, aż wrócisz, a ty co?! Urządzasz sobie wycieczki po górach!
- Bo to jest tak, że... Niczego nie pamiętam, ale mam uporczywe wrażenie, że coś powinienem zrobić... jakbym miał jakieś zadanie czy coś... I strasznie mnie to męczy, dlatego tu przyszedłem. Myślałem, że trafię na coś znajomego albo mi się przypomni.
Refia sapnęła niedowierzająco, ale dała mu spokój. Mimo iż wyglądało to na wyjątkowo kiepską wymówkę, frustracja i smutek Descha przekonały ją, że chłopak nie udaje.
- No nic - brunet uniósł głowę, wzdychając ciężko. - Prędzej czy później coś mi się rozjaśni w czaszce. Póki co, liczę na was, moi drodzy.
- Nie martw się - poklepał go po ramieniu drużynowy psycholog Luneth. - Nie zostawimy cię samego. Zbieraj się, złazimy na dół.
- Dzięki. Aha, przy okazji, może przyda wam się to - Desch wyciągnął z kieszeni pożółkły zwój. - Mnie jakoś nie udało się z tego skorzystać. Może źle kombinowałem.
- Co to? - zapytał nieufnie Luneth, niezbyt entuzjastycznie nastawiony do zwojów, ksiąg i innych atrybutów wiedzy.
- Opis zaklęcia miniaturyzacji. Któreś z was będzie umiało się nim posłużyć?
- Oni bez problemu - Luneth machnął dłonią w stronę trójki towarzyszy. - Na mnie nie licz. Ja i magia średnio się lubimy.
Desch wręczył więc papier Refii i drużyna powiększona o nowego uczestnika rozpoczęła mozolny powrót.

Zejście trasą wskazaną przez Descha było oczywiście dużo łatwiejsze niż droga na szczyt. Młodzi podróżnicy prędko więc opuścili góry i wydostali się na płaskie przestrzenie. Niedaleko pasma górskiego rozciągały się nieprzebyte lasy. Pod koniec dnia Lunethowi i towarzyszom udało się dotrzeć zaledwie do skraju puszczy. Chcąc nie chcąc, rozbili obóz w miejscu, z którego widzieli skaliste turnie, miejsce niedawnych zmagań ze smokiem. Luneth zwalił niedbale swój ekwipunek na ziemię i pozostawiając kolegom troskę o kolację, udał się w kierunku drzew, aby nazbierać opału.
- Lun, zaczekaj! - Arc pomknął za nim truchcikiem. - Mogę iść z tobą?
- No pewnie - uśmiechnął się Luneth. - Ale myślałem, że masz dość łażenia jak na dziś. Nie jesteś zmęczony?
- Nawet nie. Chętnie się z tobą przespaceruję.
- Tylko nie odchodź nigdzie. Żebyś mi się nie zgubił ani nic.
- Dobrze.
Gdy Luneth trudził się obłamywaniem i ściąganiem gałęzi na stos, Arc zajął się oglądaniem rozłożystych krzewów. Następnie skierował swoją uwagę na wysokie drzewo o szarej, spękanej korze. Podszedł do niego, przesunął dłonią po chropowatym pniu i spojrzał w górę, na koronę. Hej, czy to nie czasem...?
- Cóżeś tam wypatrzał? - wysapał Luneth i dorzucił długi konar do sterty opału. - Chyba nie jakiegoś potwora?
- Nie, nie potwora. Roślinę - odparł roztargnionym tonem Arc. - Wydaje mi się, że to może być rodzaj gatunku półpasożytniczego, niezwykle rzadko spotykanego na tych terenach.
- Te żółte kwiatki na górze przy pniu?
- Tak. Przypuszczam, że to szelężnik nadrzewny albo nelviański. Nie widzę stąd zbyt dokładnie.
- Chcesz go? Widziałem, że zrywasz po drodze jakieś zielsko. Na co ci to wszystko?
- Bo przy okazji, skoro już podróżujemy po różnych terenach... a tu rośnie tyle fascynujących gatunków... to zbieram sobie niektóre. Będę je mógł zasuszyć i opisać.
- W lisią kitę! Mamy szukać Kryształów, walczyć z ciemnością i potworami, a ty nosisz ze sobą siano - Luneth z trudem powstrzymał śmiech.
- P-przepraszam... mogę to wyrzucić - cichutko powiedział zmieszany Arc.
- No co ty! Mnie to wcale nie przeszkadza. A zbieraj se, przecież to nic złego. Zresztą zobacz sam - Luneth wyciągnął coś z kieszeni i zademonstrował mu.
- Co to?
- Pazury crocotty, gryfa i bazyliszka. A to kawałki trolla - pochwalił się swoją kolekcją. - Jak widzisz, też zbieram różne takie. Chciałbym każdemu potworowi coś urwać. Fajne, nie?
- Tak, bardzo - zgodził się Arc, choć niepokoiła go myśl, co właściwie Luneth rozumie przez "coś". Pazury są w miarę w porządku, ale...
- Dobra. To jak, Arc? Chcesz tego swojego kwiatka?
- Chciałbym, ale nie wiem jak mam-
- Przyniosę ci go.
- Ale to bardzo wysoko i niebezpiecznie. Nie chcę, żeby coś ci się stało. Nie wchodź tam, proszę...
- E tam, wysoko. Właziłem już na wyższe drzewa. To małe miki, zwykły przerośnięty krzak - prychnął pogardliwie Luneth. Teraz już żadna siła we wszechświecie ani nawet sto gadających Kryształów nie odwiodłoby go od wspinaczki. Obawa Arca zadziałała na niego dopingująco jak uderzenie ostrogami. Musi pokazać kumplowi, co potrafi. - Tylko patrz.
Podszedł do drzewa, chwycił się najniższej gałęzi i z łatwością podciągnął się na rękach. Wszedł zgrabnie na konar, powtórzył akcję z drugim, trzecim, aż dotarł do celu. Arc zadarł głowę i z respektem przyglądał się popisom wysportowanego przyjaciela. Luneth od małego uwielbiał wspinać się po drzewach. Zaliczył wszystkie w okolicy Ur. Na koniec zostawił sobie najwyższe. Wspiął się bez kłopotu, niestety przy schodzeniu szczęście go opuściło. Wyczyn zakończył się skręconą kostką, zadraśniętą ambicją, połajanką Niny i uziemieniem na tydzień w domu. Ten tydzień upłynął szatynowi na wysłuchiwaniu marudzenia energicznego przyjaciela, którego aż roznosiło, że nie może nigdzie iść. Arc starał się umilić mu ten czas. Czytał mu ciekawsze fragmenty z książek i dzielnie znosił ból nadwerężonego od czytania gardła. Przynajmniej tak mógł zająć nadaktywnego kumpla. Rzecz jasna, po zakończeniu rekonwalescencji ambitny chłopak skierował swe pierwsze kroki nie gdzie indziej, jak ku pechowemu drzewu. Jakimś cudem Nina się o tym dowiedziała, więc Luneth musiał odcierpieć kolejną karę. To jednak go nie powstrzymało, jak zwykle zresztą. Ponowny podbój rozłożystej lipy zakończył się pełnym sukcesem. Wspinacz wszedł i zszedł bez jednego zadrapania. I już nigdy więcej nie zleciał z żadnego drzewa.
Luneth wyrwał okwiecone pędy i triumfalnie pomachał nimi do przyjaciela, a następnie zatknął je za pas i zabrał się do schodzenia.
- Arc, sam tu jesteś? - zdziwiła się Refia, która przyszła zawołać kolegów na kolację.
- Nie, przyszedłem z Lunethem...
- To gdzie on jest? Przecież nigdy nie spuszcza cię z oka - mruknęła z rozbawieniem.
Zanim Arc zdążył odpowiedzieć, Luneth zsunął się zgrabnie po pniu aż na najniższą gałąź. Zeskoczył na ziemię i wylądował za plecami koleżanki bezgłośnie jak dziki kot. Uśmiechnął się łobuzersko i postukał ją w ramię.
- A żeby cię! Luneth, co ty wyprawiasz! - dziewczyna niemal się zachłysnęła. - Można zejść na zawał!
Plasnęła zadowolonego z siebie chłopaka w tył głowy i poinformowała:
- Jedzenie gotowe, więc zbierajcie się pomału.
- Dzięki. Zaraz przyjdziemy - zapewnił uśmiechnięty wspinacz.
Udobruchana Refia pokręciła głową i wróciła do obozowiska.
- Trzymaj, zbieraczu siana - Luneth uroczyście wręczył kumplowi zdobytą roślinę.
- Dziękuję ci bardzo - ucieszył się Arc. - A więc to jednak szelężnik nelviański. Fantastycznie!

Desch zerkał z coraz większą ciekawością na rezolutnego chłopaka, który był przywódcą ich małej grupy, i na tego drugiego, który przez większość czasu siedział cichutko jak mysz pod miotłą. Desch był dobrym obserwatorem, więc od razu zauważył, że tylko ci dwaj zachowują się, jakby znali się od lat. Przebywali zawsze bardzo blisko siebie i doskonale czuli się w swoim towarzystwie. Cokolwiek zaś wspólnie robili, sprawiali wrażenie, jakby rozumieli się bez słów, perfekcyjnie zgrani i dopasowani jak dłoń do rękawicy. Desch przypomniał sobie podpatrzoną scenę sprzed paru minut, z Lunethem wręczającym kwiaty Arcowi, co więcej, niezmiernie uradowanemu tym faktem. Uśmiechnął się domyślnie. Kiedy Refia podeszła do niego, zagadnął ją:
- Słuchaj, tak patrzę i się zastanawiam... ci dwaj są, no wiesz... - spytał z dwuznacznym mrugnięciem i wskazał podbródkiem Lunetha i Arca, zajętych ożywioną rozmową. - No wiesz... razem?
Refia bezradnie rozłożyła ręce.
- Zabij mnie, ale nie mam pojęcia. Owszem, są serdecznymi przyjaciółmi. Wiesz, z tych, o których się mawia, że poszliby za sobą w ogień. Czasem wydaje mi się, że to jednak coś więcej.
- Ooo, czyż to nie słodziutkie? - zarechotał Desch.
Luneth pociągnął Arca w stronę ogniska. Obaj usiedli na leżącej kłodzie i kontynuowali rozmowę. Z jedną różnicą. Zachowanie Lunetha straciło część dynamiki. Ale trudno było wymachiwać rękami, kiedy obejmowało się kompana ramieniem.
- Mhm - chrząknęła rozbawiona Refia. - Ale poradzę ci coś. Jeśli chcesz żyć, a przynajmniej zostać w jednym kawałku, nigdy, absolutnie nigdy, pod żadnym pozorem nie zaczepiaj Arca.
- Arc to ten mniejszy, nie? Wygląda na chodzącą łagodność. Co on niby może mi zrobić takiego strasznego? - zdumiał się Desch.
- On może i nic. Ale jego przyjaciel rozniósłby cię na strzępy, gdybyś go tknął. Ingus popełnił raz ten błąd i Luneth spuścił mu takie baty, że nie chciałbyś znaleźć się na jego miejscu, uwierz mi.
- Nie jestem z metra cięty - nadąsał się Desch, odruchowo porównując swoją posturę z Lunethem, który był od niego niższy.
- Ingus też nie jest. A oberwał - odpaliła Refia.
Deschowi brakło argumentów.
- Skoro tak mnie ostrzegasz, życzliwa damo, zastosuję się do twej rady. Ale kto powiedział, że nie można troszeczkę się podroczyć?
- Co masz na myśli? - zaniepokoiła się, ruszając w ślad za nim i usiłując go powstrzymać. - Nie rób niczego głupiego! Nie żartowałam. Desch!
- Spokojnie, mam pokojowe zamiary. Odrobina ubawu nikomu nie zaszkodzi - zachichotał, maszerując posuwiście w stronę płonącego ognia i pogrążonych w konwersacji chłopców.
- Jakiego ubawu? Dajże spokój - zdenerwowała się.
Nie miała zamiaru opatrywać kolejnej ofiary Lunethowej porywczości. Po pamiętnej bójce musiała poświęcić na poobijanego Ingusa dwa potiony, żeby postawić go na nogi. Desch skończyłby zapewne podobnie.

- Arkie, a ten smok, co o mało nas nie zeżarł, to co za jeden był?
- Najprawdopodobniej sam Bahamut - oświadczył uroczyście Arc. - Wskazuje na to układ łusek i skrzydła, które mają-
- Hejo, koledzy - zagaił Desch, podchodząc do rozmawiających towarzyszy.
Obaj jednocześnie podnieśli głowy i popatrzyli na niego. Arc niepewnie, Luneth czujnie.
- O co chodzi? - Luneth był niekontent, że Desch przerwał im w pół słowa. - Stało się coś?
- Nie, wszystko gra. Pomyślałem, że skoro jesteśmy w jednym teamie, to powinniśmy się trochę poznać, no nie?
Nie czekając na odpowiedź ani zaproszenie, usiadł tuż obok Arca. Udał, że nie widzi nieprzychylnego spojrzenia srebrnowłosego kapitana. Jak na gust Lunetha, to Desch usiadł stanowczo za blisko Arca. Zdenerwowana Refia przycupnęła po drugiej stronie ogniska. Siedziała jak na szpilkach, czekając na nieuchronne. Po co ten Desch pchał palce między drzwi? Przecież go ostrzegała. "Faceci są wszyscy tacy sami", pomyślała ponuro.
- Arc, świetnie dzisiaj walczyłeś - zagaił brunet. - Dobry jesteś niesamowicie. Twoja magia ogniowa to coś pięknego.
- Och... dz-dziękuję - wydukał cichutko chłopak, skubiąc mankiet od płaszcza i nie ośmielając się podnieść wzroku.
- Długo ćwiczyłeś, żeby dojść do tego poziomu?
- N-nie bardzo... t-to znaczy...
- Rozumiem, po prostu masz talent - rozpromienił się Desch.
Przysunął się jeszcze bliżej. Arc poruszył się nerwowo, a Luneth zmrużył groźnie oczy. Był gotów przyłożyć natrętowi, gdyby ten posunął się za daleko.
- Arc... Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by się tak nazywał. Śliczne imię. Pasuje do ciebie - Desch uśmiechnął się czarująco.
Niestety, jego uśmiech poszedł na marne. Zawstydzony szatyn patrzył bowiem na własne buty, a nie na niego. Desch zauważył książkę, leżącą na kolanach Arca.
- Znasz się może na roślinach? Bo kiedyś widziałem takie jedno dziwne drzewo, i zastanawiałem się, co to za gatunek. Może pomógłbyś mi je rozpracować?
- A jaki miało pokrój? - zapytał fachowo Arc, z miejsca zapominając o swojej nieśmiałości. - Okrągły? Stożkowaty? Wysokie, niskie? Liściaste?
Czego ten cały Desch tak się przyczepił do Arca? I czemu siedzi tak podejrzanie blisko?! "Na pewno knuje coś nieprzyzwoitego", Luneth nie spuszczał czujnego wzroku z nowego kolegi. "Cholera wie, co takiemu chodzi po głowie."
- ...nie, takie pokręcone gałęzie, i z nich zwisały długie wąsy czy coś - brunet machnął obrazowo rękami dla zilustrowania wyglądu opisywanego drzewa.
- To mogła być wierzba tozuska - zawyrokował Arc. - One mają właśnie takie pędy.
- Dzięki za wyjaśnienie. Bardzo dużo wiesz. Mądrala z ciebie.
- Ja... eee... p-po prostu... ja t-tylko...
- Może przespacerujemy się później po lesie, we dwóch? - zaproponował Desch, ledwo wstrzymując śmiech na widok miny Lunetha. Całkiem, jakby miał zamiar spopielić go wzrokiem. - Opowiedziałbyś mi o drzewach i innych ciekawych rzeczach...
Lunethowa cierpliwość się wyczerpała.
- Arc nigdzie się sam nie będzie włóczył! Zwłaszcza po lesie, gdzie są potwory! - wybuchnął.
- Ale przecież nie byłby sam, tylko ze mną - zdziwił się niewinnie Desch.
Luneth miał zamiar odrzec "No właśnie!", ale powstrzymał się w porę.
- Nie i koniec.
Arc spojrzał na nowego kompana z przepraszającym uśmiechem.
- Trudno, skoro kapitan zabrania... - brunet skłonił żartobliwie głowę. - To idę sobie pogadać z Ingusem. Zostawiam was samych, chłopaki. Fajnie się z tobą rozmawiało, Arc - wstał i na odchodnym mrugnął do niego szelmowsko.
Refia poderwała się ze swojego kamienia, szczęśliwa, że obyło się bez rozlewu krwi. Dobrze, że Desch miał jednak trochę oleju w głowie.

- To skoro już znaleźliśmy Descha, wracamy do naszego planu - Luneth zadecydował przy wieczornym ognisku.
- O! Nie wiedziałem, że mnie szukaliście. A to może wiecie coś o mnie?
- Tylko tyle, że zostawiłeś swoją pannę w Canaan i przez ciebie siedzi i smęci. A poza tym zakosiłeś ostatni zwój z pomniejszaniem, który był nam potrzebny.
- Powinieneś dać znać swojej dziewczynie, gdzie jesteś. Czy wiesz, jak Salina się przez ciebie martwi? - Refia nie wytrzymała.
- O rany, ale nudzisz - Luneth przewrócił oczami. - Dajże mu trochę spokoju. Koleś niczego nie pamięta i dopiero co użerał się ze smokiem, a ty go piłujesz i piłujesz tą Saliną.
Desch poczuł, że jego sympatia do Lunetha wzrosła błyskawicznie. Równy gość. Przybili sobie z rozmachem piątkę.
- Jesteście obaj po jednych pieniądzach - mruknęła dziewczyna, zrezygnowała jednak z połajanek.
- A co przewidywał wasz dotychczasowy plan? - brunet zmienił temat na bezpieczniejszy. - Dokąd szliście, zanim ruszyliście moim śladem?
- Potrzebny nam statek - wyjaśnił Ingus. - Chcielibyśmy dotrzeć do Zatoki Wikingów, zahaczając po drodze o Tozus.
- Tozus? Coś mi się obiło o uszy, ale nie kojarzę.
- Arc może ci dokładnie opowiedzieć. Gadaj, Arkie.
- Tozus to gnomia wioska, z której prowadzi tunel pod Górami Myranos. Do wioski można dotrzeć tylko, jeśli się pomniejszymy, dlatego właśnie potrzebowaliśmy zaklęcia miniaturyzacji. Tunelem chcemy dostać się do Wikingów, omijając góry - wyrecytował posłusznie szatyn.
- Dziękujemy za uwagę, mówił nasz genialny przewodnik, Arc - zachichotał Luneth.
- Nie śmiej się z niego - Refia ścisnęła pocieszająco kolegę za rękę. - Bardzo dobrze, że to wszystko wie, bo przynajmniej nie musimy się nikogo o nic dopytywać.
- Otóż to. Nie zaszkodziłaby ci odrobina wiedzy, ignorancie. Jedyna wiedza, jaką dysponujesz, to odróżnianie prawej ręki od lewej i umiejętność trzymania widelca z właściwego końca - odezwał się uszczypliwie Ingus.
- Hej, zejdźcie ze mnie! - oburzył się Luneth. - Przecież to były tylko żarty. My się na siebie nigdy nie obrażamy, co nie, Arc?
- Oczywiście.
- Widzicie? Jesteście przewrażliwieni i tyle.
"Kto tu właściwie jest przewrażliwiony na czyim punkcie?", pomyślała ironicznie Refia.
- Idziesz z nami, Desch? Czy masz inne plany?
- Plany? Nie pamiętam nawet kim jestem. Jedyne co mam, to jakieś denerwujące, ale niekonkretne przeczucie. Jeśli wam nie przeszkadza moja obecność, to chętnie się do was dołączę, dokądkolwiek idziecie.
- Spoko, przecież jużeśmy ci mówili, że możesz z nami iść. Czuję, że się dobrze dogadamy - powiedział zachęcająco Luneth.
- Na pewno - roześmiał się Desch. - A mogę wiedzieć, po co wam statek i czego właściwie szukacie?
- Kryształów - odparł nonszalancko Luneth. - Mamy takie jedno zadanko do wykonania, wiesz...
- Słyszałeś o Wojownikach Światła? - przerwał mu Ingus.
- No jasne. Ale to tylko taka legenda, nie? - zawahał się brunet. - Nie chcecie chyba powiedzieć, że wy jesteście... - urwał.
- Jesteśmy - oświadczył dumnie Luneth.
Desch wpatrywał się w nich w osłupieniu, podejrzewając, że to jakiś dowcip. Nikt się jednak nie śmiał.
- Nie robicie mnie w balona? Serio jesteście...? Ale czy... no tego, nie obraźcie się, ale nie jesteście trochę ...młodzi?
- Cóż począć, gdy obowiązek wzywa? - wygłosił z powagą Luneth, udając Ingusa.
Refia i Arc nie wytrzymali i roześmiali się. Ingus nadąsał się, nie widząc w tym nic śmiesznego.
- Kto by pomyślał, że trafię na takie elitarne towarzystwo - uśmiechnął się Desch. - A zatem dołączam pod twoją komendę, szefie - szturchnął Lunetha w bok. - Mam nadzieję, że darujesz mi musztrę na placu.
- To dobre dla głupków - odparł beztrosko szef, nie zauważając ponurego spojrzenia Ingusa. - Spoko, na pewno będziemy się nieźle bawić po drodze, zwłaszcza jak uda nam się skołować statek.
- Już mi się zaczyna podobać. Z tym statkiem szczególnie. Zwiedzanie portów, miast i poznawanie pięknych dziewczyn - rozmarzył się brunet.
- No wiesz co, Desch! - skarciła go Refia, ale nowy kolega udał, że nie widzi jej oburzenia.
Rozweselony Luneth klepnął go w plecy z uznaniem. "Całkiem do rzeczy koleś", pomyślał z zadowoleniem.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Noel Kreiss
  • Noel Kreiss Avatar
  • Online
  • MOG
  • MOG
  • Ludzie są źli, kupo!
Więcej
2014/03/21 00:54 #10252 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Tylu frazeologizmów jednocześnie, to ja nie widziałem nawet na zajęciach z języka polskiego.

A Desch jest bardzo fajnie napisany.

No i Refi: <333





Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/04/04 01:05 #10282 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
W tekście można trafić na jednego bluzga (ostrzeżenie dla Noela :D ).




9. Małe jest piękne

- Chyba będzie padało - Refia spojrzała w niebo, zaciągnięte sinymi chmurami.
- Aha - zgodził się lakonicznie Luneth.
- Zmokniemy - jęknęła. - Powinniśmy poszukać jakiegoś schronienia. Nie mam zamiaru spać w mokrym ubraniu.
- Możemy wrócić do jaskiń, które mijaliśmy przy jeziorze - podsunął Ingus.
- Nie zdążymy. Powrót zajmie nam dwie godziny, a deszcz spadnie za godzinę - oświadczył rzeczowo Luneth. - Poza tym nie będziemy się wracać, to bez sensu.
- To zmokniemy - ponownie poskarżyła się Refia.
- Nie trwóż się, o piękna. Przy tak gorącym facecie jak ja wyschniesz w mgnieniu oka - zadeklarował Desch.
Refia cisnęła w niego szyszką.
- Ugryź się w nos - prychnęła.
- Nikt nie zmoknie - obiecał optymistycznie kapitan. - Zostawcie to mnie.
Na postoju raźno zabrał się do dzieła. Wziął Arca do pomocy i obaj zniknęli na kwadrans w gęstwinie. Wrócili, taszcząc ze sobą naręcza gałęzi i ociosanych z grubsza palików. Zrzucili wszystko na stos, po czym Luneth wbił kilka drążków w ziemię, przywiązał do nich na ukos dłuższe żerdzie i razem z kumplem zaczął je obkładać gałęziami. Arc robił to po raz pierwszy, ale pod kierunkiem Lunetha radził sobie doskonale. Ingus, Refia i Desch przyglądali się z powątpiewaniem pracom budowlanym. Konstrukcja nie budziła zaufania. Wyglądała, jakby miała przewrócić się od byle powiewu wiatru, nie mówiąc już o wodoodporności.
- I pod tym mamy spać? Przecież to zaraz zacznie przeciekać - skrytykował Ingus.
- O ile najpierw nie odleci z wiatrem - prychnęła Refia.
- Daję wam słowo, że wytrzymie - Luneth nie przejmował się ich docinkami.
- Może trzy minuty deszczu, to tak - oznajmił złośliwie rycerz.
- Załóżcie się, chłopaki - zaproponował Desch, nie biorący udziału w sporze.
- Co ty na to, Ingus?
- Czemu nie. Założę się, że twój schron wytrzyma co najwyżej kilka minut opadów, nim zacznie nam kapać na głowy.
- Do rana nawet kropla nie spadnie ci na nos, jaśniepanie - Luneth podjął wyzwanie.
- Jeśli wygram... - Ingus zastanowił się - ...to przez cały jutrzejszy dzień, od wschodu do zachodu słońca, nie będziesz mógł się odezwać ani jednym słowem.
- Ingus! To okrutne - zganiła go oburzona Refia.
- Dla niego na pewno - zgodził się Ingus.
- Ty to jesteś... - nadąsał się Luneth. - Ja aż tyle gadam?
- Jeśli mowa jest srebrem, a milczenie złotem, to ty nigdy nie zobaczysz ani ziarenka złota.
- Pal gumę, cieciu - odburknął srebrnowłosy chłopak. - A jeśli ja wygram, to przez calutki dzionek nie będziesz mi o nic suszył głowy. Żadnych wykładów, fikuśnych gadek ani nazywania mnie idiotą.
- Nie wiedziałem, że tak się tym przejmujesz.
- Nie przejmuję się! A zresztą... koniec gadania, włazić do środka! Zaraz lunie deszcz.

Zamyślony Ingus skubnął liściastą ścianę. Schron okazał się trwalszy niż przypuszczał. Pod zielonym daszkiem zmieścili się bez problemu w piątkę, na nikogo nie padało ani nie wiało. Rycerz skrzywił się na myśl o czekającym go całym dniu wyjątkowej grzeczności.

Nie skomentował idiotycznej potyczki z bazyliszkami, na które Luneth ruszył sam, bez żadnego planu i zastanowienia. Nie odezwał się ani słowem krytyki, gdy Refia leczyła Lunetha - poszkodowanego, acz opromienionego aurą zwycięzcy. Ani potem, gdy kapitan stwierdził radośnie, iż potyczka ta "dała niezłego kopa, normalnie, ta profesja rządzi i miażdży, koledzy". Darował sobie kilkanaście poprawek lingwistycznych i drugie tyle rzeczowych. Zachował spokój nawet wtedy, gdy Luneth wpadł na genialny w swoim mniemaniu sposób przebycia bagienka. Zamiast przedzierać się mozolnie dookoła podmokłego terenu jak reszta grupy, złapał się zwisającej gałęzi, co do której stwierdził z wielką pewnością, że na pewno wytrzyma. Rozbujał się i gdy był dokładnie nad środkiem młaki, gałąź trzasnęła i złamała się. Niefrasobliwy chłopak klapnął widowiskowo w błoto. Bagienko było płytkie, ale Ingus i tak nigdy bardziej nie żałował przegranego zakładu niż teraz. Nie odezwał się jednak. W końcu był człowiekiem honoru.
Niech ten dzień już się skończy...

Desch się nudził. Refia i Ingus byli zajęci rozmową na tematy, które nie interesowały go w najmniejszym stopniu. Kogo może obchodzić sposób profilowania naramienników albo wytrzymałość mechaniczna mithrilu? Spacerowym krokiem podszedł do Lunetha, grzebiącego w plecaku.
- Heja, szefie - zagaił. - Szukasz czegoś?
- Nie, układam graty, bo bajzel mi się zrobił - odparł 'szef', spoglądając na niego życzliwie.
Desch był w porządku, bezkonfliktowy, dobrze walczył i okazał się fajnym, wesołym kompanem.
- Tak patrzyłem, i nigdzie nie widzę Arca. Poszedł gdzieś sam? - rzucił od niechcenia Desch.
Nie zawiódł się reakcją kolegi.
- Nic mi nie mówił - Luneth zbladł.
Poderwał się na równe nogi i omiótł wzrokiem polankę, na której odpoczywali. Faktycznie, przyjaciela nie było nigdzie widać. "Cholera, powinienem był go pilnować, a nie bawić się w porządki", pomyślał z popłochem. "To będzie moja wina, jak coś mu się stanie".
- Lecę go poszukać - rzucił pospiesznie.
Chwycił miecz i ruszył biegiem w kierunku granicy lasu. Desch roześmiał się. Okolica należała do super bezpiecznych, żadnych potworów nie spotkali, a widoczność była niezła. Przypuszczenie, że komukolwiek mogło się coś stać w tak sielskim otoczeniu, było nieprawdopodobne. Patrzył z ironicznym uśmieszkiem, jak kapitan gna w stronę drzew, bijąc wszelkie rekordy prędkości.
Okropnie zdenerwowany Luneth dopadł pierwszych zarośli, okalających polanę. Na szczęście ujrzał Arca właśnie tam. Zafascynowany chłopak oglądał jakiś krzew o kolczastych pędach. Był tak pochłonięty kontemplacją rośliny, że nawet nie zauważył nadejścia Lunetha, choć ten stanął tuż obok.
- Arc! Co ty tu robisz?!
- Och, Luneth... no b-bo ja, no, przyszedłem ob-bejrzeć... - zająknął się Arc, przestraszony groźnym tonem przyjaciela.
Wstał i starannie otrzepał spodnie z drobinek ziemi i liści.
- Co takiego? - Luneth przeszył go wyczekującym spojrzeniem.
Arc poruszył się niespokojnie, przestępując z nogi na nogę i nerwowo skubiąc brzeg rękawa.
- ...tutejsze rośliny bagienne...
- Co ci gadałem na temat spacerów?
- Że nie wolno mi samemu chodzić po lesie.
- Właśnie.
- Ale... ale mówiłeś, że dopóki nie będę miał broni – odważył się zaprotestować Arc. - A teraz... teraz już mam, więc pomyślałem...
- To gdzie ta broń? - Luneth skrzyżował demonstracyjnie ramiona. - Jest niewidzialna czy jak? Bo jej nie widzę.
Arc rozejrzał się niepewnie dookoła. Gdzieś tu odstawił swój kij. Przecież musi być w pobliżu...
- Naprawdę przyszedłem tu uzbrojony...
- Jasne - westchnął zrezygnowany Luneth. - Zapominasz, że jesteś w puszczy, a nie w ogródku koło domu. Mówiłem ci tyle razy. Mniejsza o broń. Masz ją czy nie, i tak żadna różnica, bo w ogóle nie zwracasz uwagi na otoczenie. Na drugi raz, kiedy będziesz chciał iść oglądać kwiatki, masz mi o tym powiedzieć, to pójdę z tobą i będę miał na ciebie oko. Czy to jasne?
- Tak, Luneth. Więcej nie pójdę sam do lasu. I powiem ci, jak będę chciał gdzieś pójść. Obiecuję.
- Dobra, pamiętaj o tym. Wiesz... może jestem upierdliwy, ale to dlatego, że nie chcę, żeby coś ci się stało.
- Wiem o tym, Lun. I przepraszam. To znaczy dziękuję.
- W porządku. Wracajmy. Starczy już tego zwiedzania - zdecydował Luneth.
Skierował Arca w stronę obozu i zabrał po drodze jego kij, który stał oparty niedbale o drzewo, kawałek od miejsca z fascynującymi roślinami bagiennymi. Skarcony chłopiec odetchnął z ulgą, że mu się upiekło. Rzeczywiście postąpił lekkomyślnie. Jak mógł tak szybko zapomnieć, że dziki las to nie miejsce na samotne przechadzki? Luneth miał całkowitą rację. Dobrze mieć takiego odpowiedzialnego kumpla...

Nazajutrz, po kilku godzinach wędrówki pojawił się prześwit w drzewostanie. Chaszcze i drzewa rozstąpiły się i wędrowcy znaleźli się na wielkiej polanie. Na środku znajdowało się jeziorko, które Luneth niezawodnie rozpoznał po charakterystycznym blasku.
- Uzdrawiające - pochwalił się swoją wiedzą. - Któreś z was ma chęć się wykąpać?
- Kąpać się w uzdrawiającej wodzie? - skrzywił się Ingus. - Uważam, iż nie wypada.
- Nie, to nie. Ja tam idę się na zapas popluskać, skoro jest okazja.
Zrzucił z ramion plecak i odpasał miecz, nie zawracając sobie głowy zdejmowaniem niczego więcej. Do jeziorka prowadziła ubita ścieżka. Luneth pognał nią radośnie aż do samej wody. Przebiegł po kłodzie, która służyła za pomost i zgrabnie skoczył do wody, rozbryzgując ją aż na brzeg.
Desch wskazał Arcowi jakąś istotkę nikczemnej postury, nabierającą wodę ze stawiku.
- Co to za kurdupel?
- To gnom. Tu w pobliżu jest ich wioska, ta, której szukamy, czyli Tozus.
Gdy tak stali i czekali na powrót kolegi, zobaczyli zbliżającego się w ich stronę gnoma. Mały człowieczek ociekał wodą i mamrotał ze złością: "Cholerne wielkoludy. Rozum nie idzie w parze z wielkością". Minął ich wyniośle, kompletnie ignorując ich obecność i zniknął w krzaczkach stokrotek. Wkrótce pojawił się Luneth. Też mokry, ale zadowolony.
- Alem se popływał! Fajnie było. Żałujcie, że nie chcieliście też...
- O mało nie utopiłeś gnoma - burknął Ingus.
- Jakiego gnoma? Nikogo nie widziałem. Musiał mały być - Luneth nie popisał się bystrością.
- Gnomy zwykle są małe. Na tym polega ich gnomowatość.
- Możemy już ruszać do Tozus? - zapytał Desch. - Ciekaw jestem, jak wszystko wygląda, gdy jest się takim małym. W ogóle nie miałem okazji użyć tego zaklęcia. Arc, bardzo nas to zmniejszy? Do wielkości tego krasnala, co tu wodę nabierał?
- Tak.
- To zmniejszamy się już teraz? - Desch nie mógł się doczekać.
- Czemu nie - podchwyciła Refia.
Luneth był niezbyt ucieszony perspektywą miniaturyzacji. Powiększyć się to jeszcze, ale zmniejszyć?
- Może lepiej nie teraz - zaprotestował niespodziewanie Arc. - Jeszcze za wcześnie...
- Dlaczego?
- B-bo... bo podczas zmniejszenia będziemy otrzymywać podczas walk ogromne obrażenia. Nawet nieszkodliwy potwór może nas zabić. Poza tym będziemy musieli się ograniczyć do magicznych ataków. Fizyczne nic nam nie dadzą, bo będziemy za mali, żeby były skuteczne.
"Tym bardziej do dupy", pomyślał kwaśno Luneth. Brak możliwości walki mieczem ostatecznie przekonał go do podjęcia decyzji.
- No to będziemy używać magii. Co to dla nas - zbagatelizował Desch.
- Do Tozus nie jest już bardzo daleko - zgodził się z wahaniem Ingus. - Chyba damy radę tam dotrzeć, a w walkach sobie poradzimy.
- Absolutnie nie! - Luneth uciął te plany. - Idziemy do Tozus w normalnej wielkości, a jak dojdziemy, to w porządku, możemy się zmniejszyć. Ale nie będziemy głupio ryzykować, bo wy dwoje - wskazał na Descha i Refię - nie możecie się doczekać fajnej rozrywki. Jaśniepan też dobry, niedawno oberwał po dupie od smoka i już nie może się doczekać kolejnego wpierdola, tak?
Ingus nadąsał się.
- Ale przecież... - zaczął Desch.
- Może zrobimy głosowanie? - rzuciła Refia.
- Żadnego głosowania! - rozzłościł się Luneth. - To nie wybory na sołtysa Kazus. Ktoś chce coś powiedzieć?! Nie? Bardzo dobrze. Idziemy!
Arc posłusznie ruszył za przyjacielem. Refia spojrzała przeciągle na Ingusa, szukając u niego poparcia. Ten nie zamierzał jednak sprzeciwiać się kapitanowi. Owszem, nie wahał się - i to często - wyrażać swojej krytycznej opinii na temat decyzji Lunetha. Zwykle jednak podporządkowywał się jego przywództwu. Od pamiętnych wydarzeń z "treningiem" i przepaścią obaj chłopcy zaczęli się wzajemnie szanować. Nadal kłócili się przy byle okazji, nie żałując sobie docinków i kpin - chyba po prostu nie potrafili inaczej. Gdy jednak przyszło co do czego, zapominali o dzielących ich różnicach. Zgodnie stawali do walki ramię w ramię, nie oddając pola przeciwnikom ani o centymetr. Ingus pokręcił odmownie głową, po czym udał się w ślad za Lunethem i Arkiem.
- Ech, nie mamy tu za wiele do powiedzenia - Desch rozłożył ręce. - To co, idziemy?
- Chodźmy - Refia pogodziła się z porażką.
- On zawsze tak rozstawia po kątach?
- Luneth? Nie, jest raczej ugodowy. Ale jak chce, potrafi być bardzo stanowczy. Co właśnie widziałeś.
- I tak go wszyscy słuchacie?
- Wiesz... Bo jest całkiem dobrym dowódcą - przyznała uczciwie. - Jest narwany i czasem wkurzający, bo wali prosto z mostu, ale poza tym... O rany, co mnie tak wypytujesz? Przecież sam widzisz, jaki on jest.
- Ale wy znacie się dłużej. Tak sobie pytałem, bo ciekaw jestem. Kto wie, jak długo będziemy razem, więc chciałbym się o was jak najwięcej dowiedzieć. Może opowiesz mi coś o sobie, droga koleżanko? - zapytał z łobuzerskim uśmieszkiem. - Na przykład, czy podobają ci się przystojni i waleczni faceci o ciemnych włosach-
- Desch! Zapominasz o Salinie, która czeka w Canaan!
- No ale ja niczego nie pamiętam - wykręcił się. - Co na to mogę poradzić?
- Takimi tekstami na pewno sobie nie pomożesz - odcięła się.
- Jak widzę ładną dziewczynę, to nie mogę się powstrzymać - oświadczył filuternie.
- Desch!!!

- Cóżeś taki smętny, Arc? - zagadnął Luneth. - Też ci się nie widzi, że będziemy musieli się zmniejszyć?
- No, nie bardzo.
- Czemu? Myślałem, że akurat ciebie to podjara.
- Bo już teraz jestem najmniejszy z was wszystkich - wyznał przygnębiony Arc. - A tu jeszcze bardziej...
- Może i najmniejszy, ale za to najmądrzejszy - pocieszył go Luneth. - Tego nic nie zmieni.

Luneth kroczył przez uliczki Tozus z pochmurnym obliczem. Uliczki były po prostu wydeptanymi w trawie ścieżkami. Wzdłuż nich rosły krzaczki, które Luneth, będąc normalnego wzrostu, zdeptałby butem. Teraz były dla niego wielkimi drzewami. Zresztą to jeszcze nic. Pieńki w roli domów - to dopiero był kiepski pomysł. Żwir w roli skał. Biedronki w roli przeciwników, psiamać! Luneth zgrzytnął zębami. Wcale a wcale nie podobała mu się ta kurduplowatość. Po raz pierwszy w życiu czuł się kompletnie bezradny. Jego czterej towarzysze byli za to niezwykle zaciekawieni nowym otoczeniem. Desch i Refia byli w siódmym niebie, zwiedzając Tozus. Ingus rozglądał się zaintrygowany po maleńkiej wiosce, a Arc... no cóż, prędko pogodził się z tym, że wiecznie jest najmniejszy. Zawsze wszystko go fascynowało, więc tutaj dosłownie nie wiedział, na czym najpierw oko zawiesić.
Maleńkie domki były wtulone w mech i trawę, z ogródków zamiast drzew wyrastały pędy konwalii, a dachy były misternie pokryte listowiem. Wokół chatek krzątały się gnomy, zajęte swoimi codziennymi sprawami. Na małych grzybkach usadziła się cała rodzina i spożywała posiłek. Jedzenie było poustawiane na większym grzybie, jak na stole piknikowym. Obok lokalny rzemieślnik wyplatał z trawy maty do zasłaniania okien.
Młodzi podróżnicy przemierzyli główną "uliczkę" Tozus. "Mądrale", sarknął Luneth, wlokąc się na końcu pochodu. "Mogą se walić czarami na prawo i lewo, a ja co?". Nie mógł teraz skutecznie walczyć i musiał zdać się na kolegów, którzy magią dokonywali tego, czego on nie był w stanie zdziałać mieczem. Nie był przyzwyczajony do stania w drugim rzędzie. Był Wojownikiem, do diabła! Powinien stać na przedzie, prowadzić towarzyszy do ataku, a nie podpierać ścianę. Z trudem hamował rosnące rozdrażnienie. Humoru nie poprawiło mu nawet spotkanie z lokalnym doktorem. Lekkomyślny znachor najadł się w lesie podejrzanych jagód i niedomagał. Refia poratowała go antidotum, w zamian za co lekarz wskazał im podziemną drogę wyjścia, której szukali. Tą właśnie drogą szli teraz, natykając się co i rusz na latające maszkary o wykrzywionych odrażająco rysach "twarzy". Luneth spróbował jedną z nich trafić mieczem, ale nic nie wskórał. Potwór uderzył go skrzydłem, wytrącając mu broń z ręki i posyłając na ziemię. Wściekły chłopak pozbierał się, akurat na czas, by zobaczyć, jak Arc spala bestię Firą.
- Lun, może szedłbym przed tobą...? - zatroskany przyjaciel podał mu potiona.
- Wykluczone! - zaprotestował urażony Luneth. - Nie zamyślam stać i patrzeć, jak potwór cię zaatakuje!
- Wiem i jestem ci bardzo wdzięczny. Ale te potwory możemy pokonać tylko magicznie - nie ustępował Arc.
- Nie, Arc. Nie chcę cię narażać.
- Luneth, proszę...
- Nie.
- Wiem, że nie umiem walczyć tak dobrze jak ty, ale pozwól mi chociaż spróbować. Nie wierzysz, że dam sobie radę?
- Arkie... Nie o to mi chodziło...
- Ufasz mi?
- Jasne! Przecież wiesz, że tak.
- Więc pozwól mi iść na przedzie.
- Nie mogę.
Luneth patrzył na zasmuconego kumpla, siedzącego z pochylonymi ramionami, jakby spotkała go jakaś klęska. Myśl o narażaniu Arca była dla niego nie do przyjęcia. Myśl o tym, że ktoś miałby ochraniać jego, Lunetha, również nie mieściła mu się w głowie. Ale z drugiej strony... Jeśli nie zgodzi się na prośbę przyjaciela, Arc już nigdy w siebie nie uwierzy. Zawsze będzie myślał, że jest do niczego, że nawet Luneth uważa go za beznadziejny przypadek. Nie mógł mu tego zrobić.
- Ale będziesz ostrożny?
Szatyn z nadzieją podniósł głowę.
- Tak, Luneth. Będę bardzo uważał - przyrzekł, wpatrując się w niego z napięciem.
- Obiecujesz? Słowo?
- Słowo.
- No dobrze - zezwolił z ociąganiem Luneth. - Możesz iść z przodu. Ale dwa warunki. Jeden, to naprawdę masz na siebie uważać. A drugi - jak wyjdziemy z tych piekielnych gnomich zadupiów, to wracasz na tyły, i nie chcę słyszeć żadnych protestów, rozumiesz?
- Tak jest!
- No dobra. To osłaniaj mnie, zabójczy magiku - uśmiechnął się krzywo, ukręcając łeb własnej dumie.
- Dzięki, Lun! - zarumieniony z emocji Arc zerwał się z miejsca.
Doszedłszy do porozumienia z przyjacielem, pełen zapału młody mag poprowadził towarzyszy. Nieraz przyszło im walczyć z latającymi stworami, ale żadne nie zdołały oprzeć się sile ognia Arca i Ingusa. Desch dorzucał się okazjonalnie z Thundarami, a Refia nie miała wiele zajęcia. Od czasu do czasu uzdrawiała któregoś z kolegów. Tylko Luneth był całkiem bezrobotny i to strasznie go frustrowało. Mimo to patrzył ze wzruszeniem, jak Arc sprawnie pozbywa się potworów, jednego po drugim. Był niesamowicie dumny z przyjaciela, który stał się świetnym fighterem. Zawsze w niego wierzył, nawet wtedy, gdy Arc nie wierzył sam w siebie. I proszę, kto miał rację!
Gdy wyszli na światło dzienne, bezrobotny Wojownik odzyskał dobry nastrój. Wszyscy powrócili do naturalnych rozmiarów, a Arc, zgodnie z umową, niezwłocznie ustąpił Lunethowi przynależnego mu miejsca na czele.
- I jak tam, Arkie? Podobało ci się kapitanowanie?
- Właściwie to tak sobie. Niby dobrze mi się walczyło, ale jakoś tak się czułem... jak nie na swoim miejscu. Wolę, jak ty dowodzisz, Lun. Nie śmiej się, ale wolę stać za tobą...
- Ani myślę się śmiać. Poza tym nie masz się czego wstydzić. Elegancko walczysz, aż miło popatrzeć. Wiedziałem, że se poradzisz - uśmiechnął się do kumpla.
- Dziękuję - twarz Arca rozjaśniła się z radości.
- Ale więcej nie pozwolę ci pchać się do przodu. To nie na moje nerwy. Wracasz na tyły, jasne?
- Tak.
- Dobrze. To idziemy, ogniowy killerze.

Ingus siedział na skale, górującej nad obozowiskiem w miejscu, gdzie zatrzymali się, zamierzając odpocząć od mroku tozuskich tuneli. Na kolanach młody rycerz trzymał obnażony miecz, gotowy do użycia w razie konieczności. Teoretycznie był zajęty czuwaniem nad bezpieczeństwem kolegów - zadaniem, które sam sobie wyznaczył. Nikt nie mógłby zarzucić mu braku czujności. W rzeczywistości jednak większą uwagę poświęcał obserwacji Arca i Lunetha. Obaj chłopcy byli zajęci wspólnym treningiem na trawiastym placyku poniżej Ingusowej skały. Luneth pokazywał przyjacielowi różne ciosy, wykazując zadziwiający talent nauczycielski i cierpliwość, której trudno było się po nim spodziewać. Spokojnie i łagodnie poprawiał Arca, nie denerwując się i nie popędzając go. Ingus przypomniał sobie własną bezwzględność w tej samej sytuacji i poczuł się głupio. Czemu nie mógł być taki jak Luneth? Na niebiosa, czy on właśnie pomyślał to, co pomyślał?!

- Bardzo ładnie - pochwalił Luneth. - Chwyć miecz jedną ręką i machnij tak, jakbyś próbował coś odbić od dołu.
- Od prawej czy od lewej?
- Od prawej. Właśnie tak. A teraz wyobraź se, że idziesz wąską ścieżką. Taką, jaką szliśmy do Bahamuta. Z jednej strony masz skałę, z drugiej przepaść. I nagle zeskakuje ci jakaś szkarada prawie że na głowę. Umiesz se to wyobrazić?
- Pewnie.
- To jak byś się zasłonił przed atakiem z góry?
- Ja... n-no, właściwie nie wiem - przyznał bezradnie Arc. - Jak powinienem trzymać miecz?
- Jak ci pasuje. Zresztą odłóż go na chwilę, sprawdzimy, co byś zrobił w takim momencie. Stań tutaj - Luneth ustawił kumpla pod skałą. - To jest ta wielka góra, o którą opierasz się plecami, a ja jestem paskudnym gadem - wyszczerzył się, robiąc zabawną minę. - I mam zamiar cię zeżreć. Czy wyglądam bardzo przerażająco?
- Nie, Lun. Ani trochę - zachichotał Arc.
- To żeś mnie zmartwił - westchnął komicznie Luneth. - Trudno, więc to też musisz se wyobrazić.
- Spróbuję, ale nie będzie łatwo - szatyn uśmiechnął się do niego.
- Gotowy? No to uważaj. Atak, i dajesz. Super! - Luneth rozpromienił się po udanej symulacji. - Widzisz, naturalne odruchy się nieraz przydają i można je wykorzystać. Gdy cię pytałem, jakbyś się obronił, to nie wiedziałeś. Ale jak żem cię zaatakował, to twoje ciało samo zarega... zareagowało - tłumaczył przyjacielowi. - Odepchłeś mnie i odwróciłeś się przy tym bokiem. Dlatego ten ruch zadziałał, bo miał dużą siłę. Jakbyś tylko stał i próbował tego samego, nic byś nie wskórał, bo jestem od ciebie silniejszy. Sprawdź, co by się stało, gdybyś nie ruszył się z miejsca. Popchnij mnie, jak umiesz najmocniej.
Arc wykonał polecenie, ale mimo iż włożył w to sporo wysiłku, nie zdołał zatrzymać ani nawet spowolnić nacierającego nań Lunetha. Co gorsza, sam odbił się od niego i musiał zrobić kilka pospiesznych kroków w tył, żeby wyhamować.
- Jeszcze raz. Z całej siły!
Powtórka wypadła tak samo.
- Nie dam rady cię zatrzymać - zmarkotniał Arc. - Nawet gdybym próbował cały dzień.
- Ano właśnie. I dlatego musisz spróbować zrobić to inaczej. Nigdy nie będzie tak fajnie, żebyś trafiał na samych słabszych przeciwników. Większość będzie od ciebie mocniejsza.
- Większość? Chyba wszyscy - odparł zgnębiony chłopiec.
- Hej, nie łam się, kumplu. Każdemu można wlać, tylko trza wiedzieć jak - pouczył go Luneth. - Jak nie możesz dokopać komuś zwyczajnie, to możesz użyć jego siły przeciwko niemu samemu.
- Jak to zrobić? - zapytał zaintrygowany Arc. - To w ogóle możliwe?
- A jak niby spuszczałem łomot trzem gnojkom, którzy byli mojego wzrostu i wagi? - roześmiał się Luneth. - Chyba nie myślisz poważnie, że jestem silniejszy niż ich trzech razem wziętych?
Arc nie odpowiedział, ponieważ uważał, iż tak właśnie jest.
- No dobrze, mniejsza o to - zrezygnowany Luneth porzucił ten wątek, gdy na wniebowziętej twarzy Arca zobaczył dokładne odbicie jego myśli. - Więc teraz pociągniemy dalej to, co zrobiłeś na początku. Kiedy cię napadnę, nie stój już jak słup soli, tylko odepchnij mnie i odsuń się w bok, taki jakby półobrót. Musisz to zrobić naraz, odpychasz i odsuwasz się. Kapujesz?
- Tak, Lun. Myślę, że tak.
- To próbujemy.
Arc wykonał polecenie. Popchnięty w ten sposób kumpel zachwiał się i o mało nie wywrócił. Arc poczuł rosnącą ekscytację. To naprawdę działało?!
- Rewelka! - ucieszył się Luneth. - Widzę, że załapałeś, o co chodzi. To jeszcze raz. Zrób to samo, co przed chwilą, tylko szybciej. Spróbuj mnie wywalić. Nie musi być mocniej, tylko szybciej, pamiętaj.
Ta próba zakończyła się jeszcze lepiej. Arc nabrał wiary w swoje możliwości i płynnie odsunął się z drogi "wrogowi". Popchnął go, niezbyt mocno, ale skutecznie. Luneth runął na ziemię. Arc nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jemu udało się dokonać czegoś takiego?! Podszedł do powalonego przyjaciela, nachylił się nad nim i wyciągnął rękę.
- Nic ci nie jest?
Luneth błyskawicznie chwycił go za nadgarstek, pociągnął w dół i rzucił na łopatki. Wszystko to trwało ułamek sekundy. Nawet drapieżnik nie zaatakowałby szybciej. Przestraszony Arc pisnął cicho. Luneth sprowadził go do parteru i unieruchomił w tej pozycji.
- Nigdy nie pochylaj się nad przeciwnikiem, którego żeś właśnie uziemił. Może ukąsać albo zrobić coś innego. Raczej niefajnego. To tylko ja jestem taki miły - zażartował, mierzwiąc mu poufale włosy. - Czyli rzucasz na glebę, dobijasz. Rozumiesz?
Arc potaknął. Ten nagły zwrot akcji trochę go oszołomił. W jednej chwili czuł euforię z dobrze wykonanego ćwiczenia, w następnej - padł ofiarą kontrataku "potwora" i był zdany na jego łaskę. Przez ten chwilowy sukces całkiem zapomniał, jaki przyjaciel jest silny i szybki. I że podczas walki cały czas trzeba się pilnować.
- Jakbym był rannym potworem, już byś nie żył - ciągnął Luneth. Zobaczył, że Arc posmutniał, więc wyzwał się w myślach od bezmyślnych kretynów. - Ale teraz już będziesz wiedział, co zrobić, prawda? Poza tym wyszło ci super - pocieszył go. - Wstajemy i powtórka.
Podniósł się z ziemi i pomógł kumplowi stanąć na nogi.
- Odepchnięcie, dobicie. Gotów?
- T-tak.
- Uff... - sapnął Luneth, rąbnąwszy na trawę po raz kolejny.
Tym razem Arc był ostrożniejszy. Zbliżył się do niego, trzymając kij i zamarkował cios na głowę. Luneth udał przesadnie dramatyczny zgon, rozrzucając szeroko ramiona i wydając rozdzierający jęk. Arc zachichotał na widok jego wygłupów. Skierował koniec kija ku szyi leżącego bez ruchu Lunetha.
- Teraz było dobrze? - zapytał niepewnie.
Luneth patrzył na niego, a uśmiech, który pojawił się na jego ustach, stawał się coraz szerszy. Magia magią, ale teraz naprawdę był dumny z przyjaciela.
- Lun...?
- Oczywiście, Arc. Miodzio. Teraz spróbujemy to zrobić z bronią. Pozwolisz mi wstać, wielki zwycięzco? - zażartował.
- Jasne - Arc zaczerwienił się i zabrał kij sprzed jego twarzy.
"Pokonany" zerwał się raźno, po czym podniósł swoją broń treningową i poinstruował:
- Więc dokładamy do tego kij. Odbijasz mój cios - to może być cios bronią albo ogonem potwora - i wtenczas rzucasz mnie na glebę. I dobicie - przypomniał z naciskiem. - Na początek powoli. Gotów na atak straszliwego smoka?
- Gotów, smoku!

Ingus obserwował trening z coraz większą fascynacją. Można by pomyśleć, że napatrzył się dość na podobne ćwiczenia na zamku, ostatecznie sam brał w nich regularnie udział. Niby nic nowego. Niby. Zaciekawił go sposób, w jaki Luneth przekazywał tę wiedzę. Całkiem na odwrót, niż on sam był uczony na zamku. Na pamięć, bez wyjaśnień, mechanicznie, sztywno, według wzorca. Za to Luneth obrazowo tłumaczył niedoświadczonemu partnerowi, co i jak najlepiej zrobić w danej sytuacji. Jak wykorzystać słabe strony przeciwnika. Czemu zadać taki cios, a nie inny. W jego słowniku nie istniało pojęcie stylu. Luneth i styl? Młody kapitan nie przywiązywał żadnej wagi do idealnego ruchu nadgarstka. Nie przejmował się estetyką ciosów ani prawidłową postawą. Trzymał miecz, jak mu wygodnie, a nie "jak się powinno". Umiał po mistrzowsku wykorzystywać elementy otoczenia, o czym zresztą Ingus miał okazję się przekonać. Stosował podstępy i różne sztuczki. Chętnie włączał do walki techniki, za które Ingusowi oberwałoby się od swoich szlachetnych instruktorów. Uderzenia łokciem w twarz, ciosy palcami w oczy, kopnięcia w kolano czy poniżej pasa i inne mało rycerskie metody były w ulubionym zestawie bojowym Lunetha. Ingus doszedł do niepokojącego wniosku, że im mniej coś jest "rycerskie", tym bardziej skuteczne. Ta właśnie myśl przyświecała Lunethowi - zwycięstwo za wszelką cenę. Zawsze robił wszystko, żeby wygrać. Nigdy się nie poddawał, nie załamywał ani nie upadał na duchu, nawet jeśli oponent nad nim górował. Wierzył w siebie i swoje możliwości aż do granicy przesady. Wiara ta sprawiała, że był niezwykle groźnym przeciwnikiem i jednocześnie, że tak często obrywał, nieraz w idiotyczny sposób. Cały Luneth.

- Dawaj, Arkie! - Luneth dopingował przyjaciela. - Zamach i wal mocno!
Luneth miał na sobie swoją skórzaną zbroję, która chroniła go przed nadmiernym sponiewieraniem. Zasapany Arc starał się trafić jak najskuteczniej w swój żywy worek treningowy. To wcale nie było takie łatwe, jak mogło się wydawać.
- Mocniej! I używaj łokci, jak skrócisz dystans!
- Ale... nic ci się nie stanie?
- Spoko, wytrzymam. Uważaj, blokujesz od dołu... A teraz kopa w kolano... dobrze! Przeciwnik opuszcza gardę, i od razu walisz centralnie w mordę. Super, jeszcze raz!
- To samo?
- Tak, tylko mocniej. Dobrze! No, dalej! Prawy, lewy, jeszcze raz lewy! Jak już jesteś tak blisko, to przyładuj kolanem! Ufff...!
- Luneth...?!
- Wszystko w porządku. Daj mi chwilę... Jasny gwint, myślałem, że przywalisz wyżej....
- Przepraszam cię...
- Nie, bardzo dobrze zrobiłeś. Zaskakuj przeciwnika, nie rób tego, co on myśli, że zrobisz - pochwalił go Luneth, krzywiąc się jednak niemiłosiernie i z trudem prostując. - Że też nie wpadłem na to, żeby nauczyć cię tego wcześniej. Bardzo jesteś zmęczony? Chcesz zrobić przerwę?
- Niekoniecznie. Chyba że ty chcesz...?
- Cwaniak! - roześmiał się srebrnowłosy nastolatek. - Nie wykręcaj kota ogonem. Wytrzymam jeszcze trochę twoich zabójczych ciosów, Arkie. Nawet tych poniżej pasa.
- Przepraszam za to - zaczerwienił się Arc. - Naprawdę nie chciałem...
- Nie przepraszaj - wyszczerzył się Luneth. - Ale jak kiedyś wrócimy do Ur, to nie zapomnij, że możesz tego używać.
- Dobrze, będę pamiętał.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

  • Noel Kreiss
  • Noel Kreiss Avatar
  • Online
  • MOG
  • MOG
  • Ludzie są źli, kupo!
Więcej
2014/04/04 01:38 - 2014/04/04 01:38 #10283 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Ingus napisał: - Gnomy zwykle są małe. Na tym polega ich gnomowatość.

Cóż za celna uwaga, Kapitanie Oczywisty.

Luneth napisał: - Żadnego głosowania! (...) To nie wybory na sołtysa Kazus.

Biedny, Lun. Boi się "byle draśnięcia". :P

Luneth i Arc napisał: To jest ta wielka góra, o którą opierasz się plecami, a ja jestem paskudnym gadem - wyszczerzył się, robiąc zabawną minę. - I mam zamiar cię zeżreć. Czy wyglądam bardzo przerażająco?
- Nie, Lun. Ani trochę - zachichotał Arc.

Bardzo mi się podoba relacja Luna i Arkiego. A w ogóle ten trening to był bajeczny. ;)





Mówcie mi "Wikipedya." :P
Ostatnio zmieniany: 2014/04/04 01:38 przez Noel Kreiss.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 229 gości oraz 1 użytkownik.

  • Noel Kreiss

Nowy poziom!

  • Yume awansuje jutro na nowy poziom! (33)
  • BucyBucy za 10 dni awansuje na nowy poziom! (24)
  • Filipus Magnus za 10 dni awansuje na nowy poziom! (19)