Forum

Nasze projekty

Równowaga

Więcej
2014/01/26 14:28 #10171 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Bardzo ładnie, ale...:

- Mhfm... jeszsze minutkę, Lun - mruknął sennie szatyn.

Jeśli to "jeszsze" to miało być oznaką spania, to w moim odczuciu coś słaby wybór słów.

Refia bardzo mi się podoba, coś jak odpicowana, tudzież doroślejsza, wersja Eiko, która wszytko wie najlepiej. 'Lun' jak zawsze uroczy, czarujący i niewychowany. ;) Arkie tym lodowym zaklęciem to chyba zaliczył kilka poziomów w górę. Ingus jest karykaturą Steinera czy jego synem? Bo na razie najlepszego zdania o nim nie mam.



Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/27 12:57 #10175 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
A co miał według Ciebie powiedzieć Arc? "Oddal się, o wielce uprzykrzony towarzyszu" czy też może "Sp***j w podskokach, nie widzisz, że śpię?!!!" :P

Nie przypadł Ci do gustu szlachetny sir Ingus? O, a czemuż to? :evil:

Co do Refii, to fajnie, że Ci się podoba. Też ją lubię, ale zdecydowanie mniej niż chłopaków. Więc cieszę się, że moich potencjalnych sympatii nie widać (aż tak) w tekście. Uff... :side:

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/27 21:22 #10176 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Przeczytałam. I musiałam sprawdzić, co to znaczy "gracko", bo nie znałam tego słowa :P Znam za to słowo "krenelaż" i je uwielbiam, jest przesmaczne ;)

Bardzo mi się podoba ta część historii. Luneth jak zwykle świetny, mam nadzieję, że wystarczy Ci wiejskich słówek na całą opowieść :P No cóż, ta scena ze statkiem ponownie przywiodła mi na myśl Zidane'a i Viviego na statku lecącym do Lindlbum - zupełnie tak samo to u nich wyglądało, jeden po wariacku podekscytowany, drugi przerażony, ale pełen nabożnego uwielbienia dla latającej maszyny. Mam problem z Refią - słabo kojarzę tę postać z gry i mam wrażenie, że jej charakter był najsłabiej zarysowany. Możesz więc dowolnie ją wykreować i widzę, że zdecydowałaś się na trochę bezczelną i zarozumiałą pannę, co w sumie nie jest złe, ale mam nadzieję, że nie będzie na tyle nachalne, żeby Refię znielubić :P Ingus jest z kolei bardzo podobny do swojego odpowiednika w grze, i wcale nie jest, jak twierdzi Noel, podobny do Steinera. To typowy, wręcz archetypiczny młody rycerz, walczący w imię swojego króla. Już bliżej mu do Squalla :P

Swoją drogą, zastanawia mnie, jaki król powierza misję ratowania swojej córki czwórce nastolatków, z czego tylko jeden z nich jest znanym mu rycerzem, zaś pozostali to jakaś dziwna zbieranina nie wiadomo skąd :P

Jak Arc wziął sobie tę książkę, to przyszło mi na myśl, że dostanie rolę Scholara i będzie walczył książką :P Ale chyba jeszcze za wcześnie na tę rolę w historii. W każdym razie tutaj też wyraźne skojarzenie z Vivim, który odkrył, jak bardzo jest potężny, i sam nie wie, czy bardziej go to raduje, czy przeraża. Jest to słodkie ;)

Aha, no i bardzo podoba mi się księżniczka Sara, której wcale nie trzeba ratować. Zdaje się, że tak samo też było w grze (chyba była przydatna, bo pojawiała się w walkach niepytana i leczyła drużynę, nie?). Natomiast nie pamiętam tej końcowej sceny, w której wszyscy robią się przezroczyści... zupełnie tego nie pamiętam. Ale grałam w to jakiś czas temu i możliwe, że coś przegapiłam. W każdym razie, wierz lub nie, Twój fanfik sprawił, że mam ochotę zacząć grać od początku :) Teraz pewnie lepiej wczułabym się w klimat, no i niewinne, zdawkowe rozmówki między Lunethem a Arkiem na pewno nabrałyby rumieńców ;) Tak więc pisz dalej, a ja będę walczyć z tą chęcią, a może w końcu ulegnę :P

Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/29 13:45 #10177 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Co do podobieństw Dziewiątkowych, to sama wiem, ile ich jest. Ale nie zamierzam się tym przejmować, zabawnie jest pomyśleć, że wyważyło się otwarte drzwi. :P

Refię pamiętam z gry głównie z momentów, gdy pouczała Lunetha albo Descha;) Nie, nie będzie taka jadowita cały czas - to by było nie do zniesienia. To tylko takie początkowe najeżenie. Sara rzeczywiście lubi się wtrącać do walki i zapuszcza albo Aero na potwory albo leczy drużynę. Nieźle sobie radzi, ale chyba też ma za mało pewności siebie.
Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Emoonia napisał: Swoją drogą, zastanawia mnie, jaki król powierza misję ratowania swojej córki czwórce nastolatków, z czego tylko jeden z nich jest znanym mu rycerzem, zaś pozostali to jakaś dziwna zbieranina nie wiadomo skąd :P

Tonący brzytwy się chwyta. :P Wszyscy byli chodzącymi zombie, to co biedak miał począć, gdy nagle stanęło przed nim czterech żywych smarkaczy? Dobre i to;)


Noelu, jeśli nie lubisz Ingusa, to ten rozdział pewnie sprawi Ci troszkę satysfakcji. ;P
Tak w ogóle, to jest tu mało wydarzeń fabularnych i trochę słodzenia, ale mam nadzieję, że nie jest nudne. :)[/color]




4. Wojownicy Światła

Cztery sylwetki młodych ludzi zniknąwszy sprzed oczu księżniczki Sary, pojawiły się na kamiennym podeście.
- G-dzie my jesteśmy? - zdezorientowany Ingus rozglądał się dookoła.
- Wiecie co? Poznaję to miejsce - Luneth zmarszczył brwi. - To tu niedawno wleciałem. To jaskinia z Kryształem. Arc, pamiętasz, opowiadałem ci - szepnął mu do ucha.
Wszyscy zadarli głowy do góry. Nad nimi unosił się w powietrzu ogromny, błękitny kryształ.
- Zostaliście tu wezwani przeze mnie - odezwał się dudniący, potężny głos. Luneth rozpoznał go od razu, ale Refia, Ingus i Arc wzdrygnęli się, zaskoczeni. - Wasza czwórka została wybrana. Zostaliście Wojownikami Światła, wskrzesicielami nadziei. Musicie wziąć ze sobą moje ostatnie światło... i ostatnią nadzieję. Inaczej ciemność zawładnie światem, a równowaga zginie na zawsze.
Refia, Ingus, Arc i Luneth stali zasłuchani, nie do końca pojmując, jak poważnym zadaniem zostali obarczeni.
- ...gdy przyjmiecie światło, będziecie zdolni pobierać moc z innych Kryształów.
Głos nagle ucichł, a świeżo upieczeni wybrańcy zostali niemalże utopieni w błękitno-złotym blasku, który oblał ich od stóp do głów, obdarzając mocą.
- A teraz idźcie! Świetlisty krąg wyprowadzi was na powierzchnię. Zmierzcie się ze swoim przeznaczeniem, Wojownicy Światła! - powiedziawszy to, głos zamilkł na dobre i nie odezwał się więcej.
Wszyscy stali jak wmurowani. Gdy jednak nic więcej się nie wydarzyło, ocknęli się z odrętwienia. Oszołomiony Luneth minął Kryształ, mechanicznie przeszedł po pomoście i udał się do wyjścia. Na kamiennych płytach jarzyły się osobliwe symbole, układające się w fioletowy okrąg. Reszta ekipy pospieszyła za Lunethem. Wszyscy stanęli na wskazanym polu i zniknęli w błękitnym strumieniu światła.

- I co wy na to? - zagadnął Luneth, gdy już wylądowali na powierzchni, u stóp góry, która znajdowała się na północ od Ur.
Niestety, statek został z drugiej strony górskiego grzbietu. "I znowu spacerek. Dużo to se nie polatałem", pomyślał z rezygnacją Luneth. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest dokładnie tak, jak zapowiadał Kryształ, gdy zobaczył go po raz pierwszy. Miał odnaleźć trzech pozostałych wybrańców, i oto właśnie, trochę nieświadomie to uczynił.
- Cóż to miało być? W życiu czegoś takiego nie widziałam - zdumiała się Refia. - Mieliśmy pomóc ze zdjęciem Dżinnowej klątwy, a z tego, co usłyszałam, mamy jeszcze coś zrobić? Nie bardzo rozumiem to o ciemności...
"Nie tylko ty", pomyślał cierpko Luneth.
- A ty spotkałeś się z tym już wcześniej? - zapytał Ingus, widząc, że Luneth wydaje się być mniej zaskoczony całym incydentem niż oni.
- Taa, byłem tam raz. Szłem se połazić po lesie, i jak żem zarył w jakąś dziurę! Zleciałem do tego miejsca, z któregośmy się właśnie wykaraskali. Tam się nasłuchałem tego samego, co wy dzisiaj. Kryształ mi powiedział, że mam znaleźć pozostałych wybrańców, znaczy się was. To znaczy, wtenczas nie wiedziałem, że chodzi o was. W sumie to taki trochę fuks - zachichotał.
Ingus nie był tym ubawiony. Zwłaszcza tym, że musiał mieć do czynienia z jakimś niekompetentnym, zaściankowym osłem. Zresztą pozostała dwójka też nie prezentowała się o wiele bardziej obiecująco.
- I tego, no... podobnież coś się pokićkało z równowagą świata, i mamy coś z tym zrobić. Zresztą co wam będę gadał, pewno słyszeliście te wszystkie opowiadania o Wojownikach Światła. To wiecie z grubsza.
- Owszem, ale trudno mi uwierzyć, że... - urwał Ingus. - Dlaczego MY?
Luneth wzruszył ramionami.
- Skąd mam to wiedzieć? Nie znam się na takich rzeczach.
- W to akurat wierzę - burknął rycerz.
Arc nie odważył się wyjaśnić, czemu Luneth został wybrany. To, co dla niego było oczywiste, dla Refii i Ingusa niekoniecznie takim było. Poza tym nie rozumiał, czemu on sam trafił do tego grona. Musiał to przemyśleć, więc milczał.
- Rany - mruknęła Refia. - Niezła historia...
- Posłuchajcie tylko: jesteśmy Wojownikami Światła - powiedział uroczyście Luneth, delektując się brzmieniem tych słów. - Kozacko brzmi, co nie?
- Porozmawiacie sobie po drodze - uciął zniecierpliwiony Ingus. - Teraz musimy wrócić do zamku, sprawdzić, czy-
- ...księżniczka Sara jest bezpieczna - podpowiedzieli chórkiem Refia i Luneth, a Arc uśmiechnął się pod nosem.
- Tak, właśnie - sapnął rycerz i morderczym wzrokiem spiorunował rechoczących towarzyszy. - Co w tym śmiesznego?!
- N-nic - wykrztusiła rozbawiona Refia, zerkając na zaczerwienionego Ingusa.
- Powinieneś się cieszyć, żeśmy ci pannę odnaleźli - chichotał Luneth.
- Mówiłem już, że Jej Wysokość nie jest moją "panną" - zgrzytnął zębami coraz bardziej czerwony i wściekły blondyn. - Nie będę więcej dyskutował na ten temat. Idziemy!
Luneth był w tak wyśmienitym nastroju, że nie zaprotestował i tym razem to on ruszył za Ingusem, zamiast maszerować na czele. Chciał po drodze wpaść do Ur - Nina i Topapa prawdopodobnie nie wiedzieli, gdzie podział się Arc. Czuł się winny z tego powodu. Nie pomyślał wcześniej... co prawda nie bardzo miał kiedy o tym myśleć. Tyle się działo. Ale Ingus nawet nie chciał słyszeć o zboczeniu z trasy i parł naprzód, ignorując namowy i protesty. W końcu Luneth dał za wygraną i pocieszył Arca, że jak tylko dotrą do Kazus, będzie mógł wysłać list do opiekunów i wszystko im wyjaśnić.

Przy bramie zamku oczekiwała ich znajoma postać, na widok której surowy Ingus rozchmurzył się w mgnieniu oka. Luneth nie skomentował tej zmiany nastroju, uśmiechnął się tylko ironicznie.
- Ingus! I wy wszyscy! Nic wam nie jest! - wykrzyknęła uszczęśliwiona księżniczka, zapominając o królewskim majestacie. - Strasznie się cieszę, że jesteście cali i zdrowi. Ja też dopiero przed chwilą wróciłam. Przez całą drogę powrotną martwiłam się o was i nie wiedziałam, co się stało. Opowiecie mi, co się wam przytrafiło, ale najpierw chodźmy zdjąć klątwę.
Udali się za rozemocjonowaną Sarą do podziemi zamku, gdzie znajdowało się źródło z błogosławioną wodą. Luneth i Refia spodziewali się efektownego spektaklu towarzyszącego usuwaniu klątwy. Po wrzuceniu mithrilowego pierścienia do wody nie wydarzyło się jednak nic poza zwykłym pluskiem. Rozczarowany Luneth pociągnął nosem z dezaprobatą.
- Udało się, wszyscy są wolni - oznajmiła Sara. - Powinniście teraz iść porozmawiać z moim ojcem - poradziła im, uśmiechając się na odchodnym do Ingusa.
Rycerz odwzajemnił uśmiech, i nie mogąc oderwać od niej spojrzenia, o mało nie potknął się na progu. Lunetha omal nie zemdliło.
- Słodki gołąbeczek, kurde - mruknął do siebie.
Przed drzwiami sali tronowej "słodki gołąbeczek" okazał się być tym samym zasadniczym i oschłym knechtem, co zwykle.
- Idziemy na spotkanie z Jego Wysokością. Nie do knajpy ani nie na pogaduszki z kolegami - zaczął pouczać towarzyszy, wyraźnie kierując swoją przemowę do Lunetha. - Więc bądźcie uprzejmi zachowywać się stosownie do sytuacji. A ty - zwrócił się już bez ogródek do przywódcy - udawaj, że jesteś normalny.
Luneth aż się zapowietrzył z oburzenia i chciał przyłożyć nadętemu koledze. Na szczęście Refia złapała go za ramię i powstrzymała w ostatniej chwili.
- Co za bufon - warknął, wkraczając za rycerzem na salę i wwiercając mu się w plecy wściekłym spojrzeniem. - W końcu nie wytrzymam i mu przywalę.
Monarcha powitał ich z radością. Klątwa została zdjęta i był bardzo wdzięczny młodym wybawicielom. Luneth, usłyszawszy tyle pochwał i podziękowań, prędko się rozchmurzył. Starając się nie palnąć niczego niestosownego, poinformował króla, iż zostali wybrani na Wojowników Światła i muszą ruszać dalej, żeby wypełnić zadanie.
- Wojowników Światła? - powtórzył w zamyśleniu król. - A więc to prawda, nadeszły niepewne czasy, o których wspomina legenda. Czy ty też nas opuszczasz, Ingus?
Młody wojownik spuścił smutno głowę i odpowiedział cicho:
- Tak, panie...
- Rozumiem - westchnął z żalem monarcha. - Wiem, że nie mam prawa cię zatrzymywać, ale będzie nam bardzo brakowało twej obecności. A więc cóż... życzę wam powodzenia. Wierzymy w was, młodzi wojownicy. Oby wam się powiodło!
- Dziękujemy, panie!

Ingus jeszcze nigdy nie odczuwał tylu sprzecznych emocji naraz. Z jednej strony był rad, że Sarze nic już nie groziło i była bezpieczna w murach zamku. Z drugiej - misja, którą go obarczono, spadła niczym grom z jasnego nieba. Ledwo zdołał przywitać się z dziewczyną, a teraz musiał opuścić Sasune i udać się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo na jak długo, na dodatek w towarzystwie trójki prowincjuszy bez żadnej ogłady. Duma z faktu, iż powierzono mu tak ważną misję, mieszała się ze smutkiem, ale i ciekawością co do dalszych wydarzeń. Jak zawsze, był jednak gotów zrobić wszystko, czego się od niego oczekuje. Nie zatrzymają go żadne przeszkody - ani własna niepewność, ani amatorszczyzna towarzyszy, ani tęsknota...
- To co, chyba musimy się zbierać? - zasugerował Luneth, gdy wyszli z królewskiej audiencji. - Trza by nam do Kazus wdepnąć, no i po statek. A ty, Refia, idziesz z nami czy wracasz do domu? Jak zostajesz, to odprowadzimy cię do Kazus i-
- Jasne, że idę z wami! - przerwała mu energicznie. - Myślałeś, że wymiękam?
- Nie, tylko... no wiesz - wykręcił się. - Dobra, to w drogę!
Ingus zabrał jeszcze tylko kilka rzeczy ze swojego pokoju i wrócił do kompanów. W milczeniu ruszyli do bramy wyjściowej. Nikt nie miał chęci na rozmowę, każdy był pogrążony w myślach.
- Panie, księżniczka jest u siebie i nikomu nie otwiera. Wróciła cała zapłakana - po drodze Ingusa zaczepiła ciemnowłosa kobieta, zwykle usługująca Sarze. - Ale tobie, panie, na pewno otworzy. Nie zechciałbyś sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku? Bardzo się martwimy.
- Dobrze - rycerz skinął głową, po czym rzucił krótko do towarzyszy: - Poczekajcie chwilę na mnie.

Nieobecność Ingusa nie trwała długo. Po powrocie rycerz nie odezwał się nawet słowem i ruszył ku bramie. Luneth kiwnął dłonią na Refię i Arca i podniósł się z ławki.
- Nie martw się, panie - strażnik przy bramie zasalutował gorliwie Ingusowi. - Będziemy chronić księżniczkę do twojego powrotu!
- Ingus, dobra robota! Dzięki za uwolnienie od klątwy. Słyszałem o twojej misji. Nie daj się zabić i wracaj do nas szybko - pożegnał go jeden z kolegów ze straży.
- Bywaj, Reiner - Ingus uścisnął mu dłoń.

- Nie łam się, kolego - pełen dobrej woli Luneth próbował pocieszyć Ingusa, który wlókł się za nowymi kompanami. Ciągle oglądał się na zamek i Sarę, stojącą na murach i wytrwale machającą do nich na pożegnanie. - Jak kocha, to poczeka.
- Zamilcz, plebejuszu! - wybuchnął rozdrażniony Ingus, wyładowując na nim frustrację i smutek. - Nie potrzebuję twojej litości ani nie zamierzam wysłuchiwać żałosnych pseudomądrości.
- Skoro tak, to nie wlecz się z tyłu, jaśniepanie - prychnął obrażony chłopak. - Naganiaj szybciej z płetwy, bo musimy jeszcze wrócić po statek i potem do Kazus. Ty swoje odpracowałeś, teraz my mamy sprawę do załatwienia!

Ingus wnikliwie obserwował współtowarzyszy, zwłaszcza podczas walk z potworami. Nie był zbyt zbudowany ich umiejętnościami. Refia miała dużo dobrych chęci, za to marną technikę. Aż cud, że nie odniosła jak dotąd żadnych poważnych obrażeń. Arc nie palił się zbytnio do walki, ale gdy była nieunikniona, bardzo dobrze radził sobie z lodowymi zaklęciami. Za to był bezużyteczny, gdy przychodziło do broni. Luneth z kolei chęci do walki miał aż w nadmiarze. W potyczki z potworami pakował się bez wahania, taktyki czy choćby chwili refleksji. Co najmniej połowy owych potyczek można by łatwo uniknąć. Ale takie ostrożne zachowanie to nie w przypadku Lunetha, o nie! Na widok koniuszka ucha goblina, skrzydła gryfa czy pazura trolla srebrnowłosego chłopaka opanowywała gorączka łowcy. Musiał, po prostu musiał zaczepić każdego demona czy bestię. Wiecznie chodził poobijany, posiniaczony i podrapany.
"Po prostu cudowna kompania", pomyślał z irytacją Ingus.
- Jeśli mamy dalej razem podróżować, muszę wiedzieć, na co was stać - oznajmił, gdy zatrzymali się na krótki postój nad rzeką. - Czeka nas sporo hipotetycznie groźnych sytuacji. Chcę wiedzieć, czy można na was polegać. W Jaskini nie pokazaliście niczego godnego uwagi.
- Jaki ważniak! Wsadź se swoje hipoteczne sytuacje tam, gdzie słońce nie dociera! - obruszył się Luneth. - A skąd my mamy wiedzieć, że nie jesteś dworskim cieniasem, który zwieje przy pierwszej okazji?
- Jestem rycerzem Jego Wysokości króla Sasune - oznajmił Ingus i uniósł dumnie głowę. - Mniemam tedy, iż moje kwalifikacje w tym względzie nie wymagają dalszych referencji.
Luneth zamrugał niepewnie, zrozumiawszy może połowę tej przemowy.
- Refe... co? Arc, o czym on gada? - szepnął. - Łapiesz jego nawijkę?
- Zadziera nosa - odszepnął mu Arc.
- Ha, tak myślałem... Przydałoby się w końcu spuścić baty temu bucowi.
- Czyżbyś poczuł bojaźń? - zadrwił blondyn.
Uśmiechnął się zarozumiale i wyciągnął miecz z pochwy. Luneth może nie znał na pamięć całego słownika, ale to pytanie zrozumiał doskonale.
- Zdaje mi się, że bardzo chcesz oberwać. Nic mnie tak nie ucieszy, jak skopanie ci tyłka, panie rycerzu z kijem w dupie!
- Tylko go nie uszkodź, Lun. Byłoby głupio, gdybyś to ty wyeliminował jednego z Wojowników Światła - zachichotał nerwowo Arc.
- Spoko. Trochę mu przetrzepię skórę, nic więcej - obiecał butnie Luneth. - Trzymaj za mnie kciuki!
Dzierżąc w dłoniach oba swoje miecze, stanął naprzeciwko Ingusa, zamierzając zetrzeć mu ten wielkopański uśmieszek z twarzy.
- Nie boisz się o swojego kumpla? - Refia wskazała podbródkiem przygotowujących się do walki chłopaków. - Ten cały Ingus wygląda dość groźnie, jest wyższy i silniejszy. I jest zawodowym rycerzem.
- Och, Luneth go pokona - Arc oświadczył z absolutną pewnością. - On zawsze wygrywa.
Refia zerknęła na niego i o mało nie parsknęła śmiechem. Drobny szatyn wpatrywał się w przyjaciela z taką adoracją, że gdyby jej siła mogła służyć za tarczę, Luneth nie musiałby się obawiać żadnych ciosów.

Luneth obserwował uważnie przeciwnika, który dworskim zwyczajem zasalutował mu mieczem. Nawet nie pofatygował się, by odwzajemnić to szermiercze pozdrowienie, które zdecydowanie nie było w jego guście. Zanim skrzyżowali miecze, zdążył poczynić kilka interesujących obserwacji. A po wymianie pierwszych ciosów poczynił kolejne. Był z siebie dumny, że tak szybko rozszyfrował rywala. Sparował silne, ale niezbyt wymyślne uderzenia Ingusa. Udał jednak, że ma z nimi ogromny kłopot, odbijając je w wyjątkowo nieporadny sposób. Kilka razy uderzył bezradnie w tarczę rycerza. Dał się zepchnąć o parę kroków w tył. Gdy więc zobaczył w oczach rycerza błysk lekceważenia i politowanie, wiedział, że osiągnął zaplanowany cel. Ingus przestał traktować go poważnie i sądził, że zwycięstwo ma w kieszeni. Wyczekał na odpowiedni moment i gdy blondyn wykonał piękny, klasyczny wypad - zaiste godny uwiecznienia na spiżowym pomniku - zręcznie zszedł z linii ataku i znalazłszy się za plecami rycerza, bezceremonialnie wymierzył mu kopniaka. Ingus zachwiał się i nie mogąc utrzymać równowagi, runął na ziemię.
- Do trzech zwycięstw? - rzucił niedbale Luneth, podnosząc kciuk i spoglądając w kierunku Arca. - To jeden do zera dla mnie.
- Miałeś szczęście, dyletancie - warknął wściekły Ingus, otrzepując się z pyłu i podnosząc miecz.
- Szczęście to miałeś ty, koleś. Że nie wbiłem ci miecza w zadek, jak leciałeś na pysk w piach.
Kolejna runda zaczęła się pod znakiem większej ostrożności ze strony Ingusa. Chłopak opanował emocje i obserwował uważnie przebiegłego rywala. Nie miał zamiaru dać mu się ponownie podejść. Obaj przeciwnicy okrążali się przez chwilę, wreszcie Ingus zaatakował pierwszy. Prostymi kombinacjami, za to dających sporą pewność, że przeciwnik nie zdoła się przez nie przebić. Luneth na próżno usiłował uciec spod istnej nawały ciosów. Tym razem Ingus pilnował się dobrze, przewaga Lunetha wynikająca z zaskoczenia już nie istniała. Wiedział, że długo tak nie pociągnie. Ingus zamęczyłby go i pokonał samą wytrzymałością. Zapewne mógłby tak zasuwać całymi godzinami, jak maszyna.
Najgorsze, co mógł zrobić w tej sytuacji, to dać sobie narzucić styl rywala, w którym porażkę miał gwarantowaną. Na szczęście wpadł mu do głowy sposób, jak wykaraskać się z tej sytuacji. Wycofał się nieznacznie w kierunku uschniętego drzewa, rosnącego na obrzeżach polany, na której walczyli. Rycerz podążył za nim, nie zwróciwszy uwagi na te manewry i skupiając się na nieprzerwanym ataku. Wpatrywał się w rywala nieustępliwie, być może mając nadzieję, że twardym spojrzeniem wskóra co najmniej tyle samo, co mieczem. Kolejny cios napotkał nagle przeszkodę w postaci pnia drzewa. Ogłupiały Ingus spoglądał na ostrze, które utkwiło w zeschniętym drewnie. Jak to się stało? Ten diabelny Luneth miał jakieś nadprzyrodzone właściwości czy co? Nie można tak szybko zrobić uniku. No i skąd wzięło się to drzewo?!
- Dwa zero, jaśniepanie! - zaśmiał się srebrnowłosy nastolatek.
Od niechcenia pomachał mu przed nosem końcem swojego miecza i patrzył z rozbawieniem, jak wściekły Ingus usiłuje wyszarpnąć broń z potrzasku.
- Tym razem zgniotę cię jak szczura!
- Nie mogę się doczekać.
Niestety, ostatnia runda poszła całkiem nie po myśli Ingusa. Teraz to Luneth zaatakował, kompletnie go tym zaskakując. Rzucił się na niego zajadle, jakby jego życie zależało od wygranej. Rycerz bronił się jak mógł przed nietypowymi zagrywkami rywala. "Co to za ciosy? Kto tak dziwacznie trzyma miecz?! Wygląda, jakby miał mu za chwilę wylecieć z dłoni!" Luneth dopiero teraz pokazywał, na co go stać. Zamiast ograniczać się do obrony i szukania okazji do kontry, sam przejął inicjatywę. Był bardzo mobilny, okrążał Ingusa raz z lewej, raz z prawej, za chwilę był z boku, to znów z tyłu. Atakował z każdej możliwej pozycji. I z każdej niemożliwej. Ingus w swojej ciężkiej zbroi z trudem nadążał za łasiczo zwinnym przeciwnikiem. Za którymś razem nie nadążył. Potknął się o podstawioną nogę, oberwał w kark płazem miecza i runął na ziemię niczym wór kartofli.
- To było nie fair - zaprotestował gniewnie. - W czasie pojedynku nie wolno podstawiać nóg i-
- Srutu tutu - przerwał mu bezceremonialnie Luneth. - Gościu, walczysz tak sztywniacko, aż żal dupę ściska. Trolle i mumie nie będą się oglądały na twoje rycerskie reguły z turnieju. Dobiorą ci się do tyłka, zanim zdążysz do nich wylecieć z pretensjami, że to wbrew zasadom. Napuściłem cię na drzewo, a ty nic nie zauważyłeś. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, jeśli nie chcesz, żeby coś ci ją odgryzło. Dużo potworów zakosiłeś swoim ślicznym sposobikiem? Byłeś w armii królewskiej, więc chyba walczyłeś z jakimiś?
- Uczestniczyłem w patrolach - odparł wymijająco Ingus.
- Patrolach? Znaczy, jechaliście całym oddziałem i jak pojawił się potwór, rzucaliście się na niego całą kupą? - szydził Luneth. - Dwudziestu chłopa na jednego śmiercionośnego goblina, co? A chodziłeś sam po lesie? Zabiłeś jakieś bestie?
- Nie będę dalej prowadził tej bezcelowej konwersacji - oświadczył zimno blondyn.
- Nie, to nie - roześmiał się Luneth. - Masz chęć stestować resztę drużyny? Czy jest ciebie godna, wielki wojowniku?
Ingus puścił drwiny mimo uszu i odparł spokojnie:
- To nie będzie konieczne.
- Wygrałem z blondziem trzy do zera - rozbawiony zwycięzca podszedł do kumpla. - Dobrze mi kibicowałeś, Arkie. Jaki wynik obstawiałeś?
- Właśnie taki - szatyn spojrzał na niego z podziwem.
- Dobry jesteś - wtrąciła się z niechętnym uznaniem Refia. Chyba nie doceniła go wówczas, na królewskim zamku. - Sam się tego nauczyłeś?
- No. Głównie na goblinach i innych pechowych workach treningowych. Może nie wygląda to ładnie, ale jest skuteczne.
- Trudno nie zauważyć. A skoro już robimy sparingi, to może spróbujesz się zmierzyć ze mną?
- Yyy, nie obraź się, ale nie walczę z dziewczynami - wykręcił się Luneth.
- Jestem takim samym Wojownikiem Światła, jak ty! - rozeźliła się Refia.
- Nie mówię, że nie - tłumaczył się niezręcznie. - Ale dziwnie bym się czuł, gdybym miał cię znokautować...
- Ja ci zaraz znokautuję! - wkurzyła się jeszcze bardziej.
Nie namyślając się wiele, walnęła go trzymaną w ręku torbą i poprawiła, gdy zgięty wpół próbował się wyprostować. Zrobiła to tak szybko, że stojący obok Arc nie zdążył nawet mrugnąć. Dokonawszy zemsty, odwróciła się demonstracyjnie i odeszła. Arc klęknął obok zmiętoszonego przyjaciela i zapytał z troską:
- Nic ci nie jest, Lun?
- Nic - powiedział ponuro, wstając z trawy.
Zacisnął zęby z irytacji na widok ironicznego uśmieszku Ingusa.
- Oczy dookoła głowy! - zacytował szyderczo rycerz.
- Ta cała Refia to kawał podstępnej hetery. Wykorzystała to, że nie chciałem z nią walczyć. Wiesz o tym, co nie, Arkie?
- Jasne - zapewnił go oddany przyjaciel. - Nie przejmuj się. Przecież wiem, że wygrałbyś z każdym, gdybyś chciał.
Luneth rozpogodził się. Irytacja przeszła, jak ręką odjął. Niezachwiana wiara Arca w jego możliwości przetrwałaby nawet koniec świata. Stanowiła też balsam na nadwerężoną dumę własną Lunetha.

Droga powrotna do wejścia Jaskini, gdzie zostawili statek trwała oczywiście dłużej. Piesza wędrówka była nieporównanie bardziej męcząca i czasochłonna niż wygodny przelot. Wybrawszy odpowiednie miejsce na obozowisko, świeżo upieczeni Wojownicy Światła zajęli się rozlokowywaniem. Luneth rozniecał ognisko, Refia poszła po zapas drewna, Ingus rozpakowywał plecak, a Arc zajął się przygotowywaniem posłania.
- Arc, potrzebujesz aż tyle miejsca do snu? - Ingus spojrzał ze zdziwieniem na legowisko, zbyt duże jak na potrzeby drobnego chłopaka.
- Nie, to jest dla nas dwóch - wyjaśnił Arc, wygładzając koc. - Dla mnie i Lunetha.
- Zamierzacie spać razem?
- Tak - odparł z prostotą szatyn. - Często razem sypiamy.
- Doprawdy?
Dziwny ton głosu Ingusa sprawił, że Arc przerwał przygotowania i spojrzał na niego niepewnie. Rycerz patrzył na niego z surowo zmarszczonymi brwiami.
- To b-bardzo praktyczne – dopowiedział Arc, nerwowo miętosząc w dłoni rąbek koca.
- Praktyczne? A to wysoce ciekawe określenie - skomentował zjadliwie Ingus.
Arc milczał, zbity z tropu. Na szczęście poratował go niezawodny przyjaciel, który tymczasem zdążył rozpalić ognisko i zauważyć, że Arc jest czymś spłoszony.
- Co się dzieje? - Luneth odruchowo stanął u jego boku i spojrzał na blondyna spode łba.
- Nic. Podobno zamierzacie razem spać.
- I co z tego? Nie twój interes!
Ingus zmierzył go niechętnym spojrzeniem, ale nic nie powiedział.
- No co? Czego się tak gapisz? Coś ci się nie podoba?
- Owszem. Nie powinniście tego robić publicznie. Nie wypada.
- A daj mi spokój! Świętoszek zakichany - rozzłościł się Luneth. - Nie jesteśmy na zamku, więc wsadź se gdzieś swoje wymuskane zwyczaje! - chwycił Arca za rękaw i odwróciwszy się demonstracyjnie tyłem do Ingusa, odszedł, ciągnąc zdziwionego przyjaciela za sobą.

- Luneth, o co właściwie chodziło? - szepnął Arc, układając się obok niego na spoczynek. - Powiedziałem Ingusowi, że często razem śpimy, i chyba mu się to nie spodobało. To coś złego? Przecież tak jest wygodniej, bo cieplej, nie trzeba dźwigać dwóch okryć i w ogóle...
- Nie przejmuj się nim. Jak byliśmy na zamku, to zajrzałem do jego kwatery. Gościu ma trzy pokoje tylko dla siebie! Wyobrażasz to sobie? U nas w Ur to sam wiesz, że niektórzy mają tylko jedno wyro na spółę. Nic niezwykłego. Ale jaśniepan nie ma o tym pojęcia. W jego bajce wszyscy mają tak dobrze jak on, nadziany snob. Pewnie uważa, że jesteśmy parą.
- ...p-parą?
- Myśli, że się całujemy – uświadomił go Luneth. - Obmacywanki pod kocem i inne takie. Publicznie. I to go boli.
- A-aha... - wykrztusił zmieszany chłopiec.
Luneth zerknął na niego. Policzki Arca mogły rywalizować kolorem z makami w pełni sezonu kwitnienia.
- Zrozumiem, jeśli będziesz wolał spać sam - uspokoił go.
Położył się i nakrył kocem. Nastąpiła chwila milczenia, ale Arc prędko podjął decyzję.
- Niech Ingus sobie myśli, co chce - wymamrotał, wsuwając się nieśmiało pod okrycie koło przyjaciela.
Luneth uśmiechnął się, objął go ramieniem i obaj zasnęli niemal równocześnie.

Ingus zatrzymał się i osłaniając dłonią oczy rozejrzał się po okolicy. Droga, którą szli, rozwidlała się. Prawa odnoga wiodła w głąb puszczy, lewa prowadziła dookoła niej, skrajem bagnistego obniżenia.
- Na co czekasz? Ruszajmy, las już blisko - ponaglił go Luneth.
- Nie pójdziemy przez las. Obejdziemy go, będzie szybciej.
- Ej, chyba zapomniałeś, kto jest dowódcą!
Refia i Arc przysłuchiwali się kłótni kolegów. Nie pierwszej i na pewno nie ostatniej.
- Ja lepiej bym się do tego nadawał - rycerz wzruszył obojętnie ramionami.
- I co jeszcze! - rozzłościł się Luneth. - Nie mam zamiaru iść tam, gdzie tobie się zachce, jaśniepanie!
- Dobrze więc - wycedził Ingus. - Skoro tak stawiasz sprawę, zróbmy głosowanie. Kto jest za tym, by iść lasem, a kto woli iść dookoła? Ja głosuję za obejściem.
- Ja też - przyłączyła się Refia, niechętnie myśląc o przedzieraniu się przez krzaki i kolczaste zarośla.
- A my wolimy iść lasem - Luneth skrzyżował ramiona i spojrzał wyzywająco na blondyna.
- "My"? Od kiedy to jesteście jedną osobą? - zapytał ironicznie Ingus.
- O co ci chodzi?
- Jakoś nie słyszałem, żebyś zapytał Arca o zdanie.
Zaskoczony Luneth zerknął na przyjaciela.
- Nie musiałem go pytać.
- A co, czytasz mu w myślach? - szydził Ingus.
- Nie, ale... No dobra! Proszę bardzo. Arc, wolisz iść z Ingusem przez bagna czy ze mną przez las?
Spojrzał na kumpla, czekając na oczywistą odpowiedź.
- Ja... eee, przez las. W-wolałbym iść z tobą, znaczy przez las...
- Widzisz? Mówiłem! - zakomunikował z satysfakcją Luneth.
- Jakoś nie jestem zaskoczony tą odpowiedzią.
- Czego się tak przyczepiłeś?!
Ingus patrzył na niego z niedowierzaniem, zastanawiając się, jak to możliwe, żeby być aż tak ślepym. Nie był przekonany, czy w ogóle powinien poruszać ten temat, ale zdecydowawszy się, odciągnął Lunetha kawałek dalej, żeby rozmowa była dyskretniejsza.
- Nie mówiłbym ci tego, ale uważam, że twoje zachowanie może przeszkodzić w naszej misji. Jak ty traktujesz Arca? - powiedział półgłosem.
- Jak to jak? - osłupiał Luneth. - Normalnie...
Ingus stracił cierpliwość.
- Jesteś bardziej tępy niż myślałem! Uważasz go za swoją własność!
- Co za durne pierdoły! Nie zamierzam tego słuchać! A w ogóle to nie twoja sprawa!
- Nie moja. Ale mamy przed sobą cel i powinniśmy we czwórkę decydować o niektórych rzeczach. Tymczasem ciebie w ogóle nie interesuje, co Arc miałby do powiedzenia.
- Bo się dobrze znamy! Nie muszę go ciągle pytać o coś, co i tak wiem.
- Ty ośle! - zdenerwował się nie na żarty Ingus i chwycił go za poły bluzy. - Nic nie rozumiesz! On cię podziwia, idioto! Widziałeś, jak na ciebie patrzy? Jak na bohatera z jakichś książek! Oczywiście, że ci się nie sprzeciwi, ale to nie znaczy, że masz go lekceważyć!
- N-nie lekceważę go - wydukał skonsternowany Luneth.
- Powiedziałem, co miałem do powiedzenia. Co z tym zrobisz, to już twoja sprawa - zakończył Ingus.
Luneth odburknął coś nieuprzejmie i odepchnął go ze złością.

"Rozmowy" Lunetha i Ingusa były zwykle bardzo dobrze słyszalne. I tym razem nie było inaczej, więc uwadze stojącej dalej Refii i zawstydzonego Arca nie umknęło ani jedno słowo.
- Znowu się kłócą - skomentowała ze znużeniem dziewczyna. - Ci dwaj są jak ogień i woda. Ale tym razem kłócą się o ciebie, Arc. Co ty na to?
- N-niepotrzebnie się spierają, ja przecież n-nie mam żadnych pretensji d-do nikogo...
- Czasem powinieneś mieć.
Arc wiercił się niespokojnie. Bardzo nie lubił kłótni kolegów, a myśl, że on jest jej powodem, była nie do zniesienia. Przecież zawsze starał się schodzić innym z drogi i nie powodować konfliktów.
Nadąsany Luneth wrócił do Refii i Arca, podniósł z ziemi swój plecak i miecz i rzucił krótko:
- Idziemy przez bagna.
Dziewczyna uniosła z rozbawieniem brew. Ingus z Lunethem nadal nie potrafili dojść do porozumienia, spierając się w większości spraw, nawet w wyborze drogi. Widać tym razem zwyciężyła wersja jasnowłosego rycerza. Refia rzuciła domyślne spojrzenie na przyjaciół, po czym zostawiła ich samych.
- Pewnie słyszałeś wszystko, o czym rozmawialiśmy - powiedział markotny Luneth.
Szatyn skinął głową w milczeniu.
- Arc, czy ja naprawdę jestem takim palantem? - jęknął zgnębiony Luneth. - Naprawdę nie myślałem, że tak to wygląda.
- Nie jesteś palantem. No coś ty!
- Dzięki, jesteś naprawdę świetnym kumplem. Wydaje mi się jednak, że tym razem pan przemądrzalec miał rację.
- Niech sobie mówi, co chce. Nic o nas nie wie.
Luneth zamilkł, rozważając nieprzyjemne słowa, jakie usłyszał od Ingusa. Czy naprawdę był taki tępy? Ile razy pytał przyjaciela o zdanie? Uważał za oczywiste, że Arc się z nim zgodzi. Że zrobi to samo co on, że go posłucha bez protestów. Nie przyszło mu do głowy, że kumpel wolałby nie wlec się przez ponurą puszczę, że wysłuchiwanie Lunethowych przechwałek nie było ważniejsze od wszystkiego innego. Nigdy nawet nie zadał sobie trudu, by wysłuchać z uwagą tego, co Arc mu opowiadał - o roślinach czy innych rzeczach. A mimo to Arc podążał za nim przez las, choć pewnie za tym nie przepadał. Przysłuchiwał się cierpliwie jego gadaninie, mając na ustach swój łagodny uśmiech. Nigdy się nie skarżył i nie miał o nic żalu. Lunetha ogarnął wstyd. Arc był naprawdę wiernym przyjacielem, a on jak mu się za to odwdzięczał?
- Słuchaj, przepraszam cię... Naprawdę mi przykro.
- Luneth, chyba żartujesz. Przepraszasz mnie? Za co?!
- Za wszystko. Za to, że byłem durnym palantem, i że w ogóle cię nie pytałem o zdanie, że nie słuchałem zbyt uważnie, jak mi opowiadałeś te wszystkie rzeczy z książek...
- Daj spokój. Przecież ci mówiłem, że nie mam o nic pretensji.
- Wiem. Jesteś taki dobry...
- Jaki tam dobry. A ile razy mnie broniłeś przed chłopakami z miasteczka? Zawsze mi pomagałeś. Zawsze byłeś przy mnie. To się nie liczy?
- A tam. To nic wielkiego.
- Dla mnie tak - zaoponował gorąco Arc. - Bez ciebie bym sobie nie poradził.
- To normalne, że się broni przyjaciela. Skopać tyłek jakiemuś gnojowi, który ci dokucza - tylko do tego się nadaję. Poczekaj, muszę ci coś powiedzieć - powstrzymał gestem Arca, który chciał zaprotestować. - Wiem, że nigdy ci tego nie mówiłem, ale... no, kurde, jesteś taki mądry, że zawsze jak zaczynałeś mi coś opowiadać, to w ogóle nic nie kapowałem. No wiesz, czułem się przy tobie jak totalny idiota. W każdym razie to nie tak, że mam cię gdzieś. Tylko że bardzo trudno jest przyznać się do bycia głupkiem, wiesz? Szczególnie trudno, gdy jesteś takim bystrzakiem.
- O rany, Luneth - Arc zaczerwienił się, usłyszawszy te wyrazy uznania. - Dzięki... Ale nie jesteś głupkiem, co to w ogóle za pomysł.
Zapadło niezręczne milczenie, ale po chwili szatyn odezwał się cicho:
- Zawsze chciałem być taki jak ty.
- Ale ja wcale nie chcę, żebyś był taki jak ja! Jesteś fajny taki, jaki jesteś. A ja postaram się być mniej palantowaty. Jakbym znowu zaczął się za bardzo rządzić, to walnij mnie w łeb najcięższą książką, jaką masz.
- Przecież wiesz, że tego nie zrobię.
- Wiem. Jesteś najlepszym gościem pod słońcem.
- Nie opowiadaj głupot. Bo zmienię zdanie co do tego walnięcia.
- Dobra, to już nic nie gadam. Tak naprawdę to nie chciałbym oberwać jedną z twoich morderczych cegłówek... Ej, widzisz tam? To chyba trzy gobliny?
- Rzeczywiście!
- Dajmy im popalić! Pociacham je na plasterki, a ty stój z tyłu i w razie czego rzucaj Blizzardami. To znaczy, jeśli nie masz nic przeciwko - zreflektował się Luneth. - Przepraszam, znowu się zapomniałem.
- Nie szkodzi - roześmiał się Arc. - Zrobię, co każesz. Poza tym jesteś dowódcą, masz prawo rozkazywać.
- Hmm... wytłumacz to jaśniepanowi - zapalczywy kapitan wyciągnął miecz i ruszył na potwora. - Nażryj się mithrilu, gadzie! Haaa! I od prawej! No, ładnie się spisaliśmy, kumplu. Tego twojego zamrożonego zostawimy, niech sobie odmarza. Idziemy dalej. Gotowy?
- Tak jest!

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/29 15:14 #10178 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Luneth napisał: Tego twojego zamrożonego zostawimy, niech sobie odmarza.

Cóż za okrucieństwo ze strony Lunetha. :P

Lunecie, dziękuję Ci za skopanie dupy "Mr. Thou".

I interesuje mnie powód dlaczego tak podkreśliłaś spanie Luna i Arkiego w jednym posłaniu i te Ingusowe wzdrygi co mi przywołuje na myśl to . Już widzę te morze artów, gdyby to opowiadanie trafiło na FanFiction po ęgilsku. :P I oczywiście komentarze w stylu "Ingus to pała!", "Niepostępowy rycerzyk z wiejskiego królestwa" i takie tam.

Ciekawe co to Refia miała w tej swojej torbie, że udało jej się powalić Lunetha: chyba nie jakieś kamienie, tudzież opasłe tomiska? :P

I kurczę...Myślałem, że będzie jakaś rozmowa pomiędzy "słodkim gołąbeczkiem Ingusem" i 'Jaśniejącą Panienką Sarą', a tu taki klops.

I podobają mi się wylewne przeprosino-pochwały Luna.

A tak w ogóle: LUNETH RZĄDZI (I ARKIE TEŻ)!



Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/29 19:45 #10179 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Noel Kreiss napisał: I interesuje mnie powód dlaczego tak podkreśliłaś spanie Luna i Arkiego w jednym posłaniu

Doszłam do wniosku, iż należy dodać "lokalnego kolorytu";P To nie Ósemka czy Siódemka, które są podobne naszym czasom. Trójkowe społeczeństwo (jakkolwiek bajkowe), jest feudalne. Nie ma prezydenta i wyborców, jest król, arystokracja i plebs. Trzeba jakoś to zróżnicować. Rycerze, szczególnie ci będący pupilkami króla :evil: mieszkają na zamku i mają swoje apartamenta z czerwonymi dywanami, hołota ma domek pod lasem i musi zasuwać po wodę do studni;) Jedni płacą podatki i daniny, inni je ściągają. I tak dalej. Kto do jakiej warstwy należy, to chyba oczywiste.
A co do spania, to dawniej ludzie się tak nie szczypali, kto z kim śpi (w sensie spania, a nie czegoś innego). Jak ktoś był szczególnie biedny, to raczej nie miał sześciu łóżek w jednoizbowej chacie. Co prawda to już przesada, osobiście nie sądzę, by Luneth i Arc należeli do dołów plebejskich. Ostatecznie ich opiekun był członkiem jakieś tam rady starszych, a więc zapewne lokalną szychą. Niemniej jednak wydaje mi się, że nie było dla nich nic dziwnego ani niezwykłego, że ktoś dzieli z kimś posłanie. A Ingus jest trochę "z innej bajki", z ich punktu widzenia 'nieżyciowy';P, więc upatruje w tym jakiegoś drugiego dna.
Po drugie - uznałam, że tak będzie fajnie. ;P
Po trzecie, zapewniłam sobie tym sposobem dodatkowy element komiczny, który się przyda przy paru okazjach. :evil:
Wystarczy Ci tyle powodów?:)

Noel Kreiss napisał: I kurczę...Myślałem, że będzie jakaś rozmowa pomiędzy "słodkim gołąbeczkiem Ingusem" i 'Jaśniejącą Panienką Sarą', a tu taki klops.

Była, ale ją usunęłam, bo nie była zbyt porywająca w sumie. Jeśliś ciekaw, to Sara wielce żałowała, iż nie może się z Ingusem udać w podróż, choć bardzo by chciała.
Może jednak szkoda, iż wywaliłam tę rozmówkę. A nuż spojrzałbyś łaskawiej na Ingusa, którego brutalnie oderwano od samych fajnych rzeczy, wykopano z cieplarnianych warunków i kazano brać udział w dziwnej misji razem z bandą oberwańców z wioski, gdzie psy d**mi szczekają.;) Nietrudno zrozumieć jego rozdrażnienie - jemu jednemu było najtrudniej zostawić rodzinne pielesze.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/30 09:42 #10185 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Jak miło zacząć dzień dobrą herbatą i kolejną częścią historyjki :)

Fajnie przedstawiłaś kontrast między przygotowaniem bitewnym Ingusa a Lunetha. Ten pierwszy może i ma za sobą wiele treningów, lepszą broń, rycerskie zasady i wiedzę teoretyczną, ale w prawdziwej walce z potworami to wszystko wcale nie ma tak dużego znaczenia. Luneth z kolei niejeden miecz pewnie stępił na goblinach czy innych paskudztwach, nieraz porządnie oberwał i dzięki temu sam wypracował sobie strategię walki, która jest najlepsza w takich eskapadach. Trochę tylko żałuję, że wynik walki był aż tak jednoznaczny - przydałoby się mu trochę utrzeć nosa, bo na razie wszystko mu aż za dobrze wychodzi :P

Po czterech częściach wreszcie znalazłam jeden drobiazg, do którego mogłabym się przyczepić :P

shizonek napisał: Czy ty też nas opuszczasz, Ingus?

Wydaje mi się, że w tym miejscu powinno być "Ingusie" - wprawdzie mało kto w normalnej rozmowie używa wołacza, ale królewski majestat chyba powinien :P

shizonek napisał: - Zamierzacie spać razem?
- Tak - odparł z prostotą szatyn. - Często razem sypiamy.

<kwik> Prostolinijność Arca jest urocza :D

Bardzo podoba mi się także cały wątek przyjaźni Lunetha i Arca (który, jak sądzę, jest jednym z głównych filarów Twojego opowiadania). Widać w nim autentyczność i prostą, ale ważną prawdę - przyjaźń wcale nie musi polegać na dawaniu sobie wzajemnie tego samego. Ludzie są różni i mają różne zalety, które mogą przyciągać innych, a przyjaźń wcale nie musi być symetryczna. Sądzę, że Arcowi naprawdę wcale nie przeszkadza to, że Luneth trochę nim kieruje, wręcz przeciwnie, dzięki temu czuje się spokojny i bardziej pewny siebie, mając za ster przyjaciela, który jest od niego lepszy akurat na tym polu. Czuje się ochraniany i bezpieczniejszy dzięki temu. A Luneth ma wiernego kumpla, który obdarza go podziwem, tak potrzebnym mu do życia, jak woda i powietrze ;) Jakkolwiek by to nie wyglądało z boku, wcale nie musi oznaczać pasożytowania czy wykorzystywania - to przyjacielska symbioza. Ładnie Ci to wyszło, brawo :)

No i znowu te lasy, trawsko i gałęzie... Aż śnieg na parapecie zaczął mi topnieć ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/02/01 04:04 - 2014/02/01 13:15 #10190 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Emoonia napisał: Fajnie przedstawiłaś kontrast między przygotowaniem bitewnym Ingusa a Lunetha.

A dziękuję. Bardzo mi zależało na takim zróżnicowaniu. Uważam bowiem, iż styl walki odzwierciedla osobowość bohatera. Pisząc tę scenę, miałam w głowie istniejące realnie systemy - Lunetha widziałabym jako instruktora krav magi, a Ingusa - mistrza olimpijskiego w taekwondo. :P
Zresztą ten wątek stylowy jeszcze się przewinie później.

Emoonia napisał: Trochę tylko żałuję, że wynik walki był aż tak jednoznaczny - przydałoby się mu trochę utrzeć nosa, bo na razie wszystko mu aż za dobrze wychodzi

Wiem, to jeden z grzechów głównych, popełnianych przez fanfikowych pisowników. :P Pokusa, by uczynić głównego bohatera nieomylnym, idealnym, takim, któremu wszystko się udaje i nikt nie musi mu pomagać, jest nieodparta. Tym silniejsza, jeśli lubi się swojego bohatera. Wydaje mi się, iż w późniejszych rozdziałach Luneth też dostanie swoją porcję pstryczków w nos, no i taki idealny jednak nie będzie. ;) A Ingus też nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. :evil:

Emoonia napisał: Wydaje mi się, że w tym miejscu powinno być "Ingusie" - wprawdzie mało kto w normalnej rozmowie używa wołacza, ale królewski majestat chyba powinien

Możliwe. To i wcześniej było takie omsknięcie, bo Sara też zdecydowała się nie używać wołacza. :)

Emoonia napisał: Bardzo podoba mi się także cały wątek przyjaźni Lunetha i Arca (który, jak sądzę, jest jednym z głównych filarów Twojego opowiadania).

Tak, a co więcej - to główna przyczyna powstania tegoż opowiadania. Od dawna miałam przeraźliwie wielką chęć na napisanie historyjki 'kumpelskiej' z rejonu FF, ale brakowało mi odpowiednich kandydatów. Jedni się żrą między sobą, drudzy ledwo tolerują, jeszcze inni właśnie się poznali i dopiero się docierają... To mnie nie interesowało. Tak więc kiedy zaczęłam Trójkę i doszłam do sceny, w której Arc prezentuje swój brak asertywności (krótko mówiąc, chłopaki mu dokuczają;), i pojawia się Luneth, wypłaszając ich, gdzie pieprz rośnie... po prostu mnie trafiło i powiedziałam sobie: To jest TO. Moi idealni, wymarzeni bohaterowie - znają się na wylot, przyjaźnią się i dostają razem Misję. Pełnia szczęścia. Nic, tylko brać i pisać. :side:

Emoonia napisał: Ludzie są różni i mają różne zalety, które mogą przyciągać innych

To mi się podoba w FF3. Każde z czwórki młodych ludzi reprezentuje inne cechy; i niekoniecznie cała drużyna musi składać się z twardzieli, którzy mrocznym spojrzeniem potrafią zabić potwora;) - bo miejsce wśród 'zbawicieli' ma nie tylko Ingus, profesjonalny i obowiązkowy rycerz, ale też Arc, życzliwa i łagodna dusza:) Różne cechy się liczą, właśnie tak. :)
Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]




Rozdział zawiera śladowe ilości moogle'a.
I Cida, w ilości zdecydowanie większej niż śladowa. ;P[/color]





5. Latać każdy może... jeśli ma czym

Arc dokończył pisanie listu. Podpisał się pod długaśną epistołą i zerknął na przyjaciela, siedzącego obok.
- Ty nie chcesz napisać czegoś do Niny i Topapy?
- Eee... Kiedy twój list chyba wystarczy. Nie przepadam za pisaniem, przecież wiesz. Zresztą pewno wszystko tak ładnie opisałeś, że ja lepiej tego nie zrobię, to jasne jak słońce na niebie.
Chłopak schował list do torby i zamyślił się nad czymś.
- Co ci tam chodzi po głowie, Arc? Widzę, że się czymś martwisz.
- To nic takiego...
- Weź mi nie ściemniaj. Chcę wiedzieć, jeśli coś jest nie tak.
- Nie, wszystko dobrze. Tylko tak się zastanawiałem... Co powiedział ci Kryształ, jak go zobaczyłeś po raz pierwszy?
- No, że jestem wybrańcem. Wiem, że to głupio brzmi, ale tak powiedział. I że mam znaleźć pozostałych.
- Właśnie nad tym się zastanawiałem. Prosiłem cię, żebyś mnie ze sobą zabrał, pamiętasz? Jeszcze zanim się dowiedziałem o Krysztale i tak dalej. Dlatego trafiłem z tobą do tej jaskini. A co by było, gdybym zdecydował się wrócić do Ur? Tak jak mi sugerowałeś? Albo gdybym w ogóle nigdzie nie poszedł? - Arc zastanawiał się na głos. - Czy wtedy ktoś inny znalazłby się na moim miejscu? Bo może ja po prostu nie powinienem-
- Arc, za dużo myślisz - Luneth nachylił się i oparł czoło o czoło kumpla. - Twoje trybiki ani na chwilę nie przestają pracować, co? - żartobliwie dotknął czubkami palców jego skroni.
- No... bo ja...
- Kryształ wiedział, kogo wybiera - Luneth spoważniał. - Topapa powiedział mi, że to było wiadomo od dawna, jeszcze jak byliśmy smarkaci. A przecież wtedy jeszcze nic żeśmy nie mogli, ani ty, ani ja. Więc nie myśl, że trafiłeś tu przypadkiem i że się nie nadajesz. Bo pewnie tak uważasz, co nie?
Po minie Arca widział, że zgadł w stu procentach. Nie od dziś potrafił w nim czytać niczym w otwartej księdze.
- Tak jakby...
- To źle uważasz. Ten cały Kryształ pewnie jest diabelnie mądry i wie rzeczy, o których nie mamy pojęcia. I wybrał cię, bo wie, że sobie świetnie poradzisz. Ja też to wiem, chociaż nie jestem mądry. Obiecujesz, że przestaniesz się tym zamartwiać?
- Obiecuję - szatyn kiwnął głową.
Nawet jeśli wątpliwości nadal czaiły się gdzieś w zakamarkach jego umysłu, nawet jeśli nie do końca przekonywały go szczere słowa przyjaciela, to jego niezachwiana wiara w to, że Arc naprawdę może czegoś dokonać, sprawiła, że poczuł się lepiej. Wiedział, że cokolwiek nastąpi, jednego może być pewien - przyjaźni Lunetha. Mając w nim oparcie, może rzeczywiście wykona zadanie, jakie przed nim postawiono?
- I tak trzymaj - Luneth z aprobatą powitał uśmiech na twarzy przyjaciela. - Zobaczysz, razem nam się wszystko uda!

Statek znaleźli na szczęście w tym samym miejscu, w którym go zostawili. Tym razem, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Ingus przejął ster. W miarę zbliżania się do rodzinnego miasteczka Refia czuła się jak na huśtawce nastrojów. W jednej chwili cieszyła się, że zobaczy ojca, za chwilę jednak markotniała na myśl o tym, co on powie. A jak usłyszy o misji, to już w ogóle ciemna mogiła. Konfrontacja była jednak nieunikniona.
Dotarli do przedmieść Kazus, wylądowali na trawiastej polance i pieszo dotarli do centralnej części. Refia dojrzała swojego opiekuna, który przechadzał się nerwowo po rynku. Momentalnie zapomniała o wszelkich wątpliwościach.
- Ojcze!
- Refia, nic ci nie jest! - wykrzyknął z radością mężczyzna o krótko przyciętej siwiejącej brodzie. - Dzięki niebiosom za to!
Nie zwracając uwagi na słaby protest swojej córki, objął ją i uściskał.
- Ojcze... - zakłopotana Refia usiłowała się oswobodzić. - Daj spokój, nie płacz. Ludzie patrzą.
- A co mi tam - Takka puścił ją i ukradkiem otarł łzę. - Trochę się rozkleiłem, ale martwiłem się o ciebie. Nie wiedziałem, co się z tobą dzieje i gdzie się podziewasz. Tak długo cię nie było... Myślałem, że przytrafiło ci się coś złego. Ale teraz to nieważne. Dobrze, że już jesteś, cała i zdrowa. Wracajmy do domu.
- Hej, ojcze! Zaczekaaaaj! - Refia pobiegła za oddalającym się mężczyzną i zostawiła zaskoczonych kolegów samych.
- Hmm... - chrząknął skonfundowany Luneth. - Ten Takka to dziwny facet. No ale mniejsza o niego. Za ten czas przejdźmy się po Kazus - rozejrzał się z zadowoleniem po miasteczku, na ulice którego powróciło życie i gwar. - Arc, patrz - wskazał mu kierunek. - Moogle. Chodźmy do niego, to wyślesz list do Niny i Topapy.
Podeszli do niewielkiej, puchatej istotki z czerwonym pomponem na głowie. Moogle przycupnął na ocembrowaniu studni, wesoło rozglądając się po otoczeniu i obserwując przechodniów.
- Kupo! - powitał radośnie chłopców.
Arc wręczył moogle'owi przesyłkę.
- Masz dostarczyć ten list najszybciej, jak się da - polecił groźnym tonem Luneth. - Jeśli nie chcesz, żebym ci przefasonował pomponik!
- Ku-po...po ...po - wydukał stworek i szerzej otwarł oczka, zerkając na niego z lękiem.
- Lun, nie strasz go - upomniał przyjaciela Arc. - Nie bój się, on tylko żartował - zwrócił się łagodnie do uskrzydlonego listonosza.
Moogle nie był o tym przekonany, ale przyjął list i na wszelki wypadek odsunął się od nieprzyjaznego klienta. Arc uśmiechnął się do niego i pomachał mu na pożegnanie. Stworzonko od razu się rozchmurzyło i odmachało mu łapką. Pociągnęło noskiem i mamrocząc coś, zeskoczyło z murku, machając skrzydełkami. Luneth nie miał pojęcia, czy moogle latają z tymi listami czy też dostarczają je jakimś innym sposobem. Zawsze udawało im się zniknąć, zanim zdążył cokolwiek zaobserwować. Zamierzał o to wszystko zapytać Arca, ale myśl wywietrzała mu z głowy, gdy podszedł do nich Ingus.
- Powinniśmy iść po Refię i spytać, czy zostaje, czy idzie z nami.
- Masz rację. Wiem, gdzie jest kuźnia, więc chodźmy tam od razu.
Niepodobna było pomylić siedzibę kowala z jakąkolwiek inną. Metaliczny stukot młota i ciemny dym, snujący się z komina stanowiły jednoznaczne wyróżniki tego fachu. Luneth wkroczył na kamienne podwórko. Nawet tu docierało gorąco z paleniska. Pomyślał ze współczuciem o koleżance. Dobrze już rozumiał, czemu tak często zwiewała na "wycieczki" po okolicy. Sam na jej miejscu zrobiłby z pewnością to samo.
- Czego chcecie? - kowal mruknął niezbyt grzecznie na widok młodocianych hultajów, którzy bałamucą mu córkę. - Jestem teraz bardzo zajęty.
Zanurzył w wodzie rozżarzoną sztabę, generując kłęby białoszarej pary, po czym oddalił się w drugi koniec warsztatu.
- Heja, chłopaki! - Refia wychynęła z sąsiedniego pomieszczenia. - Nie zwracajcie na niego uwagi. Gdy pracuje, nie lubi, jak mu się przeszkadza.
- Paskudną tu masz robotę - przyznał Luneth. - Gorąco jak w piekle. Idziemy teraz pogadać z Cidem, więc rzuć to i chodź z nami.
- Nie mogę - spuściła głowę. - Przepraszam. Strasznie bym chciała z wami iść, ale wiem, że ojciec mnie nie puści.
- Daj spokój - namawiał ją żywo kolega. - Chcesz odpuścić na samym początku?
- Nie mogę - powtórzyła zgnębiona Refia. - Chciałabym, ale... przepraszam.
Wyszła i zostawiła chłopców samych. Luneth rozłożył ramiona z rezygnacją.
- No cóż... szkoda laski, ale co począć. Przecież jej nie porwiemy.
W smętnych nastrojach, jako że szybko zdążyli przywyknąć do obecności Refii w ich małej drużynie, udali się do rezydującego w gospodzie Cida. Dopiero teraz, po zdjęciu klątwy mogli mu się dokładnie przyjrzeć. Niezbyt wysoki, tęgawy mężczyzna miał obfitą brodę, wąsy, i jakby tego było mało, gogle z ciemnymi szkłami. Dzięki temu miał zakrytą niemal całą twarz.
- Czołem, chłopaki! Wiedziałem! Wiedziałem, że wam się uda! - wykrzyknął Cid, z ogromnym uznaniem waląc Arca i Lunetha w plecy. - Zuchy z was. Od razu, jak was zobaczyłem, to nie miałem żadnych wątpliwości.
- Dzięki - sapnął Luneth, gdy Cid uznał, iż tym swoistym pochwałom stało się zadość.
Był zadowolony, że ma na sobie zbroję, gdyż tylko dzięki niej udało mu się uniknąć siniaków na plecach po "pochwałach" Cida. Nieopancerzony Arc nie miał tyle szczęścia. Luneth przyjrzał mu się ze współczuciem. Kumpel z nieszczególną miną rozcierał sobie kark.
- Trudno było? - zagadnął pilot. - Z tym zdejmowaniem klątwy?
- E, nie tak znowu bardzo - Luneth zrobił zawadiacką minę w stylu "co to nie ja". - Ładnie poszło, demon kopnął w kalendarz, a statek żeśmy panu zaparkowali pod lasem.
- Wygląda na to, że posłużył wam lepiej niż mnie - zachichotał mężczyzna. - Może byście mnie nim jeszcze podrzucili do Canaan, co?
- Serio? - uradował się Luneth. - Jasne, nie ma sprawy! Kiedy pan chce lecieć?
- Podobasz mi się, chłopcze - Cid wyszczerzył się z uciechą. - Zawsze gotów do akcji. Sam byłem za młodu taki jak ty.
- O ile wiem - wtrącił się Ingus, dotknięty brakiem uwagi - Dolina Nelv, przez którą, jak mniemam, winniśmy się udać, jest zatarasowana.
- Niech go pan nie słucha - prychnął Luneth. - To nasz etatowy smutas i sztywniak.
- Hmm, nawet jeśli, to ma rację. Do doliny możemy wlecieć dopiero, gdy pozbędziemy się głazu. Sądzę jednak, że po drobnej modyfikacji statku uda nam się to.
- Rozwalimy skałę w trzy dupy! - rozemocjonował się Luneth.
- Otóż to! - roześmiał się pilot. - Myślimy dokładnie tak samo, chłopcze.
"Nie nazwałbym tego myśleniem", skrzywił się Ingus. "Ci dwaj szaleńcy dobrali się jak w korcu maku."
- Chodźmy do kowala, mam pewien pomysł - zarządził mężczyzna.

- Cid, ty stary psie! - wykrzyknął Takka, rozjaśniając się na widok brodatego pilota. - Dobrze znowu cię widzieć w normalnej postaci.
- Wzajemnie, usmolony draniu!
Obaj mężczyźni objęli się przyjaźnie i poklepali po plecach na powitanie, po czym Cid przystąpił do streszczania celu swojej wizyty.
- Słuchaj, Takka. Chcemy rozłupać tę wielką skałę przy Nelv. Ta trójka tutaj - wskazał na towarzyszących mu chłopców - to niezłe gagatki. Wiesz, że to im zawdzięczamy zdjęcie klątwy?
Kowal spojrzał na Lunetha i jego towarzyszy nieco łaskawiej. W jego oczach pojawił się nawet cień szacunku.
- Teraz, jak mam takie wsparcie, to pomyślałem, że trza by ruszyć tyłek i coś zrobić z tym głazem. Chłopaki mi pomogą, ale musimy przerobić trochę mój statek.
- Co będzie ci potrzebne?
- Mithrilowy taran. Dałbyś radę skombinować coś takiego?
Kowal zamyślił się na chwilę.
- Nie będzie z tym żadnego problemu.
- A na kiedy mógłbyś się z tym uwinąć?
- Przyjdź jutro wieczorem.
- Już jutro? Fantastycznie, stary! Dzięki wobec tego i do zobaczenia.
Cid pożegnał się z chłopcami do jutrzejszego dnia i odszedł.
- Refia! Chodź, pomożesz mi - zawołał kowal. - Czeka nas dużo roboty!
Dziewczyna wyszła z warsztatu, wlokąc za sobą młot i wielkie obcęgi. Po paru godzinach pracy była umorusana od pyłu węglowego i smaru. Spojrzała na kolegów i poczuła wyrzuty sumienia. Z jednej strony nie chciała znowu zostawiać ojca, z drugiej - ciągnęło ją na wyprawę z chłopakami.
- Do jutra, Refia. Może jeszcze zmienisz zdanie - Luneth próbował ją przekonać.
Smętnie potrząsnęła głową i z ciężkim sercem zabrała się do pomocy ojcu.

- Arc, połóżże się już - zaspany Luneth ponaglił go po raz czwarty w ciągu godziny. - Nie wyśpisz się i jutro będziesz padał na nos.
Szatyn siedział przy stole, po uszy zaczytany w opasłej księdze. Skąd ją wziął, Luneth nie miał zielonego pojęcia. Był gotów się założyć, że przyjaciel zdołałby wytrzasnąć czytadło nawet na środku pustyni. Wody pewnie by nie znalazł, ale książkę to i owszem. Oprócz działania mooglowej poczty to była kolejna tajemnica, której Luneth jeszcze nie rozwikłał.
- Już, już... - Arc wymruczał roztargnionym tonem i przewrócił kolejną stronę.
- Arkie... Śpijże wreszcie.
- Dobrze, Lun. Już zaraz... Jeszcze tylko doczytam kawałeczek...
Lektura musiała być niezmiernie ciekawa, gdyż młody czytelnik miał wypieki na policzkach i nie mógł się od niej oderwać.
- Arc...
- Mhmm... Już mam niedużo do końca...
Srebrnowłosy nastolatek spojrzał w sufit z rezygnacją. Ta sytuacja powtarzała się z podziwu godną regularnością, od kiedy tylko Arc nauczył się czytać - co stało się oczywiście bardzo wcześnie. Dla pasjonującej lektury był gotów zarwać całą noc i zapomnieć o jedzeniu, odpoczynku, o całym świecie wręcz. To było nieuleczalne.
- Ochh! - przestraszony chłopiec upuścił czytane tomisko.
Ciężka, okuta księga z głośnym hukiem łupnęła o drewnianą podłogę, o mało nie wybijając w niej dziury. Arc został złapany silnym chwytem przez kumpla i zataszczony do łóżka. Jak zwykle protesty werbalne nie zdały się na nic, a o skutecznym oporze fizycznym mógł tylko pomarzyć.
- Dość tego ślęczenia. Kładź się i śpij. Czy to jasne? - Luneth spojrzał na niego surowo.
Przynajmniej miał nadzieję, że surowo.
- Tak. Nie gniewaj się - Arc uśmiechnął się do niego pojednawczo.
- Mhm... nie gniewam się przecież - Luneth odchrząknął, nadrabiając miną. Za skarby świata nie przyznałby się nikomu, że przy swoim nieśmiałym przyjacielu mięknie jak karton na deszczu. - Co tam w ogóle wyczytałeś takiego ciekawego? - burknął szorstko, starając się ukryć zmieszanie i oglądając okładkę.
- Och, bo tam jest masa nadzwyczajnych informacji o magii ogniowej - Arc zapalił się do tematu i zeskoczył z łóżka. - Zobacz, w czwartym rozdziale...
- Ej no! - Luneth pogroził mu palcem. - Wracaj do wyra. Zdaje się, że mówiliśmy coś na temat czytania do późna w nocy. Jakieś sto tysięcy razy zresztą.
Chwycił niebezpiecznie ciekawe dzieło naukowe pod pachę i wszedł do łóżka.
- Będę na tym spał, żeby cię nie podkorciło do czytania ukradkiem - oświadczył, zadowolony z własnej pomysłowości.
Ledwo wstrzymał śmiech na widok zawiedzionej miny przyjaciela. Kogo jak kogo, ale Arca potrafił rozszyfrować w mgnieniu oka. Wsunął księgę pod poduszkę, ułożył się wygodnie i uśmiechając się niewinnie do rozżalonego kumpla, usnął smacznie.
Kto by pomyślał, że na magii ogniowej będzie się tak dobrze spało!

Drugi dzień rozpoczął się eksploratorską wizytą w kopalniach mithrilu. Zakończywszy krótką, ale owocną wycieczkę, chłopcy wrócili na powierzchnię i udali się do Cida. Razem z nim odwiedzili kowala, gdzie dowiedzieli się, że taran był już gotowy i zamocowany na statku. Luneth nie był osamotniony w swoim podziwie do Takki, który tak szybko uporał się ze zleceniem.
- Takka, przeszedłeś samego siebie - Cid pokręcił głową z uznaniem. - Jak zwykle u ciebie: błyskawicznie, sprawnie i po mistrzowsku. Jesteś prawdziwym zawodowcem, chłopie.
- Czego się nie robi dla kumpli - uśmiechnął się kowal. - Miłej podróży, i pozdrów ode mnie żonę.
- Na pewno to zrobię - podziękował pilot. - Biedaczka pewnie umiera z nerwów, bo nie wie, co się ze mną dzieje. Do zobaczenia, Takka!
- Bywaj, Cid!
Luneth chciał się jeszcze pożegnać z Refią i ostatni raz spróbować ją namówić, by z nimi leciała. Koleżanki nigdzie jednak nie było. Może odpoczywała po tylu godzinach ciężkiej pracy? Po minie Arca i nawet Ingusa widział, że im też jest przykro z powodu decyzji Refii. Ale cóż, nie mieli na to wpływu. Wyszli z kuźni za Cidem i udali się na statek. Srebrzyste okucia dzioba uformowane były w długi, wystający na kilkanaście metrów drąg. "Takim taranem można by rozpierniczyć całą górę, a nie tylko głaz", pomyślał z uznaniem Luneth.
- Właźcie, chłopaki - Cid popędził młodych towarzyszy. - Czeka nas fajowa wycieczka!
Perspektywa spotkania z żoną podniosła go na duchu i gnała do działania. Wbiegł truchcikiem do środka, chwycił za koło sterowe i uruchomił silnik, podśpiewując pod nosem z uciechą. Chłopcy weszli za nim i starannie zamknęli drzwi.
- Haha, spóźniliście się!
Luneth obrócił się i osłupiał.
- Refia?! Ale ...myślałem, że... czy nie powinnaś być, no wiesz...? Mówiłaś, że zostajesz...?
- No tak. Ale przecież wszyscy czworo dostaliśmy zadanie, prawda? Ja też dostałam - uniosła głowę z wyrazem determinacji. - Zdecydowaliśmy, że ruszymy razem w podróż, że zrobimy, co do nas należy. Myślałam o tym całą noc i wiedziałam, że na pewno nie zostanę w Kazus. A poza tym... wiecie, nie chcę być kowalem. A na pewno nie teraz. Jestem bardzo wdzięczna ojcu, że opiekował się mną przez te wszystkie lata, od kiedy straciłam rodziców, ale po prostu muszę najpierw to zrobić...
- Zaczekaj, to znaczy, że Takka... że on nie jest... znaczy, ty też jesteś sierotą? - zdziwił się Luneth. - O, a ja myślałem, że to twój rodzony ojciec.
- Ty też? Nie masz rodziców? - tym razem zdziwiła się Refia.
- Obaj z Arkiem nie mamy.
- Ja również - odezwał się Ingus.
- Serio? Rany, to nie może być przypadek - zdumiał się Luneth. - Kryształ musiał o tym wiedzieć, nie?
- Być może. Czy to ma jakieś znaczenie? - zapytał sucho rycerz.
- Nie wiem. Po prostu to dziwne i tyle.
Nie mieli czasu na dalsze roztrząsanie kwestii rodzinnych, gdyż Cid gromkim głosem ostrzegł ich o zbliżaniu się do celu podróży. W polu widzenia pojawiła się ogromna skała, która oderwała się od szczytu jednej z gór, stoczyła i zaklinowała na dobre, tarasując trakt komunikacyjny między Kazus a Canaan.
- Trzymajcie się, dzieciaki!
Twardszy od stali taran wbił się w skałę z przeraźliwym, raniącym uszy łoskotem i wprawił kadłub w wibracje. Głaz rozpękł się na mniejsze części i cały kamienny rumosz zsunął się w dół. Niestety, zderzenie było groźne w skutkach. Cid stracił panowanie nad sterem i statek runął w dół. Pilot zdołał jeszcze tylko uchronić pasażerów od roztrzaskania, ale to było wszystko.
Kaszląc i parskając, czterej młodzi Wojownicy Światła wyczołgali się na zewnątrz. Statek leżał na jednej burcie, przechylony i w kiepskim stanie. W kadłubie ziała ogromna dziura, wszystkie maszty się połamały. Taran leżał kilkanaście metrów dalej, oderwany siłą zderzenia. W powietrzu unosiły się kłęby szarego pyłu, który powstał po rozłupaniu głazu.
- Uff... Arc, jesteś cały? A wy? - zapytał Luneth, gramoląc się niezgrabnie z kolan i siadając pod skałą.
- Wszystko dobrze.
- Panu nic się nie stało?
- Nie, ale mój śliczny statek jest do niczego - zmartwił się Cid, oglądając szczątki. - Nie myślałem, że się rozbijemy. Widocznie ta kamienna cholera była twardsza niż zakładałem. Co z wami, dzieciaki?
- Ujdzie - wykaszlała Refia. - Chociaż bywało lepiej.
Pilot uspokoił się, choć nadal był zdołowany zniszczeniem statku.
- Mam wrażenie, że już kiedyś przeżyłem coś takiego - mruknął pod nosem Luneth.
Zmarszczył brwi, usiłując przywołać zapomniane wspomnienie.
- Lun, nie uderzyłeś się w głowę? - zapytał z przestrachem Arc, siadając koło niego i kładąc mu dłoń na czole.
- W głowę, w plecy, w tyłek, w łokieć - wyliczył cierpko Luneth. - A bo co...?
- Przecież nigdy nie lecieliśmy statkiem, nawet nie widzieliśmy żadnego. Nie możesz czegoś takiego pamiętać. Może masz jakiś uraz głowy? - zmartwił się szatyn.
- E, nie. Aż tak się nie walnąłem. Pewnie jakieś dziwne przywidzenia - zbagatelizował Luneth i wstał z ziemi. - Czas iść dalej!
Arc spojrzał na niego z troską, ale nie powiedział już nic więcej. Cid spisał na straty całkowicie zniszczony statek. Poszperał po zgliszczach, wydobył kilka narzędzi i spakował je do worka. Potem już bez dalszej zwłoki poprowadził młodych towarzyszy w kierunku swojego miasta.
- Droga młodzieży, będziemy teraz szli przez niebezpieczny teren - ostrzegł i chwycił potężny młot. - Lepiej trzymajcie się blisko mnie, żeby nic was nie napadło.
- Eee, spoko, psze pana. Walczyliśmy już przecież z potworami. A co tu jest? Pewnie tylko te zielone gluty i latajki? - Luneth wydął lekceważąco usta.
- Tylko? - roześmiał się Cid. - Zobaczymy, co powiesz, jak już je zobaczysz, chłopcze.
- Pan się nie boi, dam radę.

Gdy napotkali żerujące zielone ślimaczaste stwory, Luneth wyrwał do przodu. Zamierzał udowodnić pilotowi, że nie jest żadnym łamagą. Zaniepokojony Cid pospieszył za nim, ale jego pomoc okazała się zbędna. Luneth radził sobie znakomicie, jego towarzysze także. Pilot wspomagał ich sporadycznie magią ogniową i z lubością rozgniatał młotem latające insekty wielkości psa.
- Dobra z was kompania - uśmiechnął się Cid. - Żebym się tak nie spieszył do żony, to chętnie bym się z wami powłóczył po okolicy. Za młodu to wszędzie mnie nosiło. Ech, stare, dobre czasy!
- Dlatego pan został pilotem?
- E, to nieciekawa historia - mężczyzna zbył pytanie. - A co wy w ogóle tam robiliście z tym demonem? Byście opowiedzieli trochę. Akurat mamy czas, zanim dojdziemy do miasta.
- No, demon to jedna rzecz. A druga, że dostaliśmy misję – pochwalił się Luneth.
- Misję?
- Spotkaliśmy Kryształ i zostaliśmy Wojownikami Światła – oznajmił.
Cid spojrzał na niego w milczeniu i podkręcił wąsa.
- Serio – zapewnił chłopak. - Może pan ich zapytać, jeśli pan myśli, że ściemniam.
- Nie, nie o to chodzi – uspokoił go Cid. - Wierzę ci. Słyszałem o tej legendzie. W sumie to mnie nie dziwi, że akurat was wybrano – mruknął cicho, przyglądając się uważnie całej czwórce.
- Co pan mówił, bo nie dosłyszałem? - zapytał Luneth.
- Nic takiego. No to gratuluję, dzieciaki. Miałem dobre przeczucie, jak was zahaczyłem w Kazus. Ale nie stójmy tak, opowiecie resztę w trakcie marszu. Idziemy, kochani! - pomknął raźno naprzód.
- Fajnie, że wróciłaś, Refi - Luneth zrównał się z koleżanką, idącą na końcu.
- Dzięki - spojrzała na niego z wdzięcznością. - Choć nie byłam do końca pewna, czy powinnam zostawiać ojca.
- Zrozumie - pocieszył ją. - Na pewno nie będzie się gniewał. Wie, że to ważna sprawa, a nie byle co.
- Mam nadzieję...
- Okropna robota w tej twojej kuźni. Nie wiem, jak to wytrzymywałaś.
- No właśnie nie bardzo wytrzymywałam. To nie dla mnie takie zajęcie. Nudne i męczące, kucie mieczy, podków-
- ...pierścieni mithrilowych - podsunął niewinnie Luneth.
- Zawsze mi to będziesz wypominał, co? - westchnęła smętnie.
- Nie, żartowałem - roześmiał się. - Jak coś się nie da tak, to trza próbować inaczej. Zrobiliśmy, co mieliśmy zrobić i tylko to się liczy.
- A co sądzisz o Cidzie? Jest dość dziwny, nie?
- Trochę odjechany dziadek, ale mnie to nie przeszkadza.
- Refia! Luneth! - rozległo się wołanie pilota. - Co wy tak z tyłu zostaliście? Nie odłączajcie się.
- Już idziemy! - podtruchtali do reszty grupy.
- Rozumiem, że chcieliście mieć chwilkę prywatności - Cid mrugnął do nich porozumiewawczo - ale nie powinniśmy się rozdzielać.
- Tylko rozmawialiśmy! - oburzyła się Refia.
- Spokojnie, ja wam nie wypominam - zarechotał Cid. - Sam kiedyś byłem młody, to wiem. Byle krzaki-
- Tylko rozmawialiśmy! - powtórzył z naciskiem Luneth.
- Dobrze, dobrze - rozweselony pilot uniósł ręce - skoro nie chcecie się przyznać...

- Stare, dobre Canaan - Cid rozpromienił się na widok miasteczka. - Dzięki za pomoc, naprawdę jesteście dzielni. Będę bardzo miło wspominał czas, który z wami spędziłem.
- Wzajemnie - uśmiechnął się Luneth.
Polubił wesołego pilota i żałował, że Cid porzuca ich towarzystwo.
- Szkoda, że statek nam się roztrzaskał - westchnął niepocieszony mężczyzna. - Podejrzewam, że przydałby wam się nowy, skoro macie do zrobienia taką ważną rzecz, no i z chęcią bym wam pomógł, ale niestety znam się tylko na budowie kadłubów. Silniki to już nie moja broszka.
- Zna pan kogoś, kto umie je budować?
- Owszem. Odwiedźcie go, to król Argus.
- Eee... król? - Luneth zrobił niewyraźną minę.
Czemu ciągle musieli mieć do czynienia z królami, księżniczkami i innymi dworskimi sztywniakami?
- Nie martw się, chłopcze. Argus jest w porządku, na pewno chętnie wam pomoże. To bardzo łebski jegomość. Jak już z nim pogadacie, to wróćcie do mnie i wtedy coś wymyślimy. A teraz, wybaczcie, ale muszę lecieć do żony - zerknął tęsknie na dom o białych ścianach po drugiej stronie ulicy. - Wpadnijcie potem, przedstawię was żonie. Na pewno się ucieszy z poznania takich zuchów.
- Dziękujemy za zaproszenie - Ingus skłonił się wytwornie. - Na pewno przyjdziemy.
- A więc do zobaczenia!
- Idziemy się powłóczyć po mieście? Powinniśmy wpaść do zbrojowni i kupić jakąś porządną broń dla Arca - zaproponował Luneth, gdy już rozstali się z Cidem.
- Najlepszy byłby kij, wspomagający rzucanie zaklęć - zaproponował rycerz.
- Masz rację. To co, Arkie? Chcesz badyla?
- D-dobrze... nie znam się na tym. Wy zdecydujcie.
Uzgodniwszy to, wkroczyli do zbrojowni canaańskiej. Luneth śmiało ruszył w kierunku sprzedawcy - niskiego, grubego i prawie łysego mężczyzny o rozbieganych oczkach. Arc podreptał za przyjacielem, rozglądając się dookoła. Pierwszy raz był w takim miejscu i czuł się troszkę nieswojo. Pomieszczenie wypełnione było żelastwem zwisającym z sufitu i zalegającym pod ścianami. Zwalone w stosach leżały hełmy, naramienniki i nagolenniki. Topory i miecze poukładane były w koszach, a o ścianę poopierano tarcze i włócznie. Na drewnianych stojakach wisiały zbroje różnego rodzaju.
Luneth z Ingusem rozważali fachowo zalety poszczególnych kijów, spierając się i przekonując. W końcu uznali, że znaleźli koledze odpowiedni model. Ingus zajął się dyskusją z Refią na temat wyższości zbroi płytowej nad kolczugą. A może na odwrót.
- Trzymaj - Luneth wyciągnął w kierunku przyjaciela wielki, rzeźbiony kij z ostro zakończonym czubkiem. Właściwie "kij" nie był odpowiednim terminem. Należałoby raczej powiedzieć "drąg", ze względu na jego grubość.
Arc chwycił go ostrożnie i choć kij był dłuższy, niż on sam miał wzrostu, poczuł, że ta broń doskonale mu pasuje. Wcale nie była bardzo ciężka. Poczuł leciutkie drgania i mrowienie, które zaraz ustały. Zupełnie jakby broń przystosowywała się do nowego właściciela.
- Chyba komuś bardzo spodobała się sztacheta - zażartował Luneth, widząc, że na ustach przyjaciela pojawił się uśmiech.
- Młodzieńcze, to nie sztacheta, tylko Ognisty Kij - zaprotestował urażony sprzedawca.
- Dobrze, niech tam - Luneth machnął ugodowo dłonią. - Ognisty. Potrzebna mi jeszcze tarcza i łuk. Tylko nie wciskaj mi pan żadnego szajsu, bo nie mam czasu ani cierpliwości na takie zabawy.
- Nie no, jakżebym śmiał - mężczyzna uśmiechnął się chytrze pod nosem i udał się do magazynu.
Arc z Lunethem nie musieli długo czekać na jego powrót.
- Proszę bardzo - sprzedawca podał Lunethowi okrągłą tarczę.
Niewiele myśląc, chłopak z całej siły walnął w nią leżącą obok buławą. Usłyszawszy głośny, metaliczny dźwięk Ingus i Refia przerwali rozmowę i spojrzeli zaniepokojeni w stronę kolegów. Luneth wyszczerzył się wesoło, dając im znak, że wszystko w porządku. Ingus potrząsnął głową z dezaprobatą, a Refia popukała się w czoło, po czym oboje wrócili do rozmowy.
- Dobra, może być - powiedział łaskawie Luneth. - Nie rozpierniczyła się od takiego ciosu, więc chyba wytrzyma. Teraz dawaj pan łuk, tylko chyżo.
- Może któryś z tych? - mężczyzna wskazał na łuki wiszące obok na ścianie.
Luneth spiorunował go wzrokiem.
- Czy ja wyglądam na jakiegoś zasmarkanego ośmiolatka? - rozgniewał się. Ten śliski facet zaczynał mu już działać na nerwy. - Gościu, ja potrzebuję broni na potwory, a nie do zabawy!
- Przepraszam najmocniej. Mam tu taki ciekawy egzemplarz, proszę spojrzeć - płatnerz podał mu łuk średniej długości o ciemnobrązowym łęczysku. - Bardzo dobry na jaszczury i smoki. Można używać żelaznych strzał albo piorunowych.
- Piorunowych? No to niech pan da jedną, sprawdzimy.
Luneth wziął do ręki podaną strzałę i przyjrzał jej się z powątpiewaniem. Spróbował ją założyć na cięciwę, ale pocisk nie pasował.
- Ejże, to nie hula! To jakaś padaka, a nie piorunowe!
- Proszę wybaczyć - sumitował się sprzedawca, nierad, że trafił na bystrego klienta, znającego się na rzeczy. A tyle sobie po nim obiecywał. - Pomyliłem skrzynki, mają ten sam kolor. To są zwykłe strzały i faktycznie nie pasują do tego modelu.
- Takie chwyty na czaszkę to se pan zachowaj na buraków z Kazus - rozzłościł się nie na żarty Luneth.
Arc stał cicho z boku, przysłuchując się rozmowie. Nie znał się na broni. Pomimo swoich rozległych zainteresowań akurat w tej dziedzinie miał znikomą wiedzę. Zdawał się całkowicie na przyjaciela, który miał większe doświadczenie z morderczymi narzędziami.
- No wporzo, te ujdą - mruknął Luneth. - Heeej, wy tam, bierzecie coś? - krzyknął do towarzyszy.
Koledzy podeszli do niego ze swoimi nabytkami. Ingus wybrał sobie miecz, a Refia naramienniki.
- Niech pan ich doliczy - zażądał Luneth. - Za ten miecz to ile?
- Cztery tysiące gil - odparł gładko sprzedawca, nie tracąc jeszcze nadziei na ubicie dobrego interesu.
- Cooo?! Chybaś pan z chocobo zleciał!
- Nie przesadzaj, Luneth... - zaczął Ingus, ale ucichł, kopnięty brutalnie w goleń.
- Dwa osiemset mogę dać co najwyżej.
- Trzy i pół - zasugerował coraz bardziej zniechęcony mężczyzna.
- Trzy, biorąc pod uwagę, jak żeś pan kantował ze strzałami. Promocja jakaś się należy, co nie?
- W porządku, niech będzie. A za naramienniki tysiąc pięćset.
- Dobra, trzy kawałki za miecz i półtora za naramienniki, to razem będzie cztery kawałki - policzył bezczelnie Luneth. - Zgadza się?
- Tak - uśmiech sprzedawcy był tak daleki od szczerości, jak to tylko możliwe. - Promocja...
- Miło się z panem robi interesy - pochwalił go zadowolony chłopak, płacąc za wszystko i wypychając kompanów ze zbrojowni. - Do widzenia.
- Co to było za przedstawienie? - zapytał niezadowolony Ingus, gdy wyszli na zewnątrz.
- Ucz się ode mnie, jak kupować - pouczył go Luneth. - Nie mamy za dużo kasy, więc to ważne. Masz miecz za trzy tysiące zamiast za cztery. Dlatego ja trzymam kasę, a nie ty, frajerze. Ten facet orżnąłby cię bez mrugnięcia okiem!
- Byłem zajęty nauką szermierki i magii, a nie targowania się z małomiasteczkowymi sprzedawcami - bronił się urażony Ingus.
- Ażeś się wyuczył tej szermierki, no! Spuściłem ci niezły łomot.
- Przyznaję, iż wtedy wygrałeś - odparł spokojnie rycerz, kładąc nacisk na słowo "wtedy". - A może chcesz pokazać, czy równie dobrze idzie ci z magią ofensywną?
- Czemu nie - Luneth zgodził się bez namysłu.
Nie zamierzał dawać Ingusowi satysfakcji odmową. Ledwo jednak wypowiedział te słowa, pożałował pochopnej decyzji. Magia nie była jego mocną stroną. Właściwie to ledwo zdążył ją liznąć. Klamka jednak zapadła. Ingus uśmiechnął się szyderczo. Wiedział już, jak łatwo jest podpuścić Lunetha i wykorzystać jego impulsywność do własnych celów. Którym aktualnie był rewanż za Tamten Pojedynek.
- Ale chyba nie zamierzacie się tłuc w mieście - zganiła ich Refia. - Niedługo będziemy w trasie, to się ponawalacie przy okazji.
- Może chodźmy teraz odwiedzić Cida - zaproponował Arc, spoglądając to na jednego, to na drugiego kolegę.
Nie chciał, żeby znowu ze sobą walczyli. Nadąsani chłopcy nie protestowali, więc mała drużyna udała się do siedziby pilota. Biały domek o żółtych dachówkach stał nieco na uboczu, otoczony drzewami i ładnymi klombami kwiatów.
- Ha, jesteście! Świetnie. Wchodźcie, wchodźcie - Cid gościnnie otwarł drzwi i odsunął się na bok, by ich przepuścić. - Żona trochę chora, ale jak jej powiedziałem o was, to nie mogła się doczekać spotkania.
- Chora? - zmartwił się Arc. - Może moglibyśmy w czymś pomóc?
- Jasne - potwierdził Luneth, wyciągając z torby eliksir. - Jak to nie zadziała, to nie wiem, co by mogło.
Faktycznie, po wypiciu leczniczej mikstury kobieta wyzdrowiała momentalnie.
- Dziękuję wam - uśmiechnęła się do młodych gości. - Męczyłam się z tym kaszlem już strasznie długo i nic nie pomagało... I dziękuję, że pomogliście mojemu mężowi. Opowiedział mi o was i waszych wyczynach. Jesteście bardzo dzielni, i w dodatku tacy młodzi - wzruszyła się. - Biedactwa. Nie boicie się tych wszystkich strasznych bestii, które czają się za miastem?
- Skarbie, żebyś widziała, jak Luneth pięknie ścina łby potworom - Cid poklepał go po ramieniu. - To zuch chłopak.
- Naprawdę? No proszę, taka odwaga w tym wieku. Brawo, młodzieńcze.
- Heh, dziękuję.
- Tak żeście wszyscy wyrośli... - wzruszony Cid pociągnął nosem.
- Przecież to tylko parę godzin. Przez ten czas chyba nie mogliśmy uróść tak bardzo? - roześmiał się Luneth.
- Ehm... no cóż... - zaplątał się pilot. - Znaczy... O, przypomniałem sobie o czymś!
Wskazał zdezorientowanemu nastolatkowi lampę przytwierdzoną do ściany i poinstruował go:
- Za tą ścianą jest ukryte przejście. Jak zejdziecie po schodach, to traficie do mojego hangaru, gdzie trzymałem statki i części do nich. Jest tam sporo rzeczy, które mogą się wam przydać w podróży. Bierzcie, co chcecie. Żeby tam wejść, wystarczy tylko przekręcić tę lampę, o - zademonstrował.
Kamienna ściana odsunęła się ze zgrzytem, odsłaniając wejście. Luneth spojrzał podejrzliwie na Cida. Był pewny, że pilot o czymś wie i nie chce powiedzieć. Chciał kontynuować indagację, ale towarzysze najwyraźniej nie dostrzegli niczego dziwnego w zachowaniu mężczyzny. Podziękowali mu grzecznie i ponaglili Lunetha, żeby wreszcie się ruszył.
- A, i wpadnijcie do mnie jutro, zanim opuścicie Canaan. Mam dla was jeszcze parę fajnych rzeczy, ale muszę je ściągnąć z magazynu. To trochę potrwa.
- Bardzo dziękujemy i do zobaczenia.
Luneth poprowadził swój oddziałek po schodach w dół, do hangaru.
- Wiecie co? - szepnął, gdy już zeszli na dół i był pewny, że pilot go nie usłyszy. - Mi się zdaje, że Cid coś ukrywa.
- Wydaje ci się - zbagatelizował Ingus.
- Na serio - upierał się Luneth. - Wy nie zauważyliście?
Refia pokręciła przecząco głową, a Arc zerknął na przyjaciela, który wpatrywał się w niego, oczekując poparcia.
- N-nie wiem... może... skoro tak twierdzisz, Lun, t-to ...pewnie tak...
- Widzicie? Arc też to zauważył - oznajmił triumfalnie Luneth, nie zauważając rozbawionych spojrzeń, jakimi wymienili się Ingus i Refia. - Musimy kiedyś przycisnąć Cida.
W podziemiach znaleźli wiele przydatnych przedmiotów i solidnie zaopatrzeni, wydostali się z Cidowej "jaskini" na zewnątrz.
- Chodźmy coś zjeść - jęknęła Refia. - Od tego łażenia wte i wewte zrobiłam się głodna.
- Ja też - przyznał Luneth. - Poza tym już się ciemni, więc zjemy, kimniemy się i rano ruszamy.
W gospodzie domyślny Luneth wpuścił przyjaciela na zaciszne miejsce w kąciku i usiadł obok, odgradzając go sobą od sali. Wiedział, że Arc nie czuje się zbyt pewnie, siedząc na widoku.
- Czyli teraz musimy zabrać się za szukanie pozostałych Kryształów - podsumował, dziabiąc widelcem rozgotowanego ziemniaka. - Nie wiem jak wy, ale ja nie mam bladego pojęcia, gdzie ich szukać.
- Gdyby każdy o nich wiedział, pewnie długo by nie przetrwały w jednym kawałku - zachichotała Refia.
- Pewnie tak. Ten niebieski fajnie by oświetlał pokój, co nie? - Luneth dołączył się do żartów. - Kto by nie chciał mieć takiego żyrandola?
- Może ustalmy plan podróży, zamiast opowiadać głupie dowcipy - warknął Ingus. - Skoro wy dwoje nie wiecie, co robić, może Arc coś doradzi?
- Ja...? ...do-dostosuję się do waszej decyzji.
- Nie no, Ingus dobrze gada. Masz jakiś pomysł, Arc? Jeśli tak, to nam powiedz. Chcemy znać twoje zdanie - zachęcił go kumpel.
- No więc... ja t-też nie wiem, gdzie są inne Kryształy, ale skoro mamy ich szukać, przydałby nam się jakiś środek lokomocji - zaczął nieśmiało Arc. - Więc ja zacząłbym od znalezienia jakiegoś statku. Może u Wikingów by nam się udało...
- Całkiem niegłupio - pochwalił Luneth. - Jak się tam dostaniemy?
Arc sięgnął do swojej torby i wyciągnął wielką płachtę papieru. Rozłożył ją na stole i pokazał towarzyszom trasę.
- Powinniśmy udać się do Tozus. To jest taka gnomia wioska niedaleko stąd. Ale żeby tam wejść, musimy mieć zwój miniaturyzacji, żeby się zmniejszyć. Z wioski prowadzi najkrótsza droga do Zatoki Wikingów, bo można przejść Tunelem Tozuskim, o tutaj - stuknął palcem w punkt na mapie. - Tunel przechodzi pod Górami Myranos, więc nie będziemy musieli się wspinać ani tracić czasu na obejście całego pasma górskiego.
- Świetny pomysł. Należy ci się stanowisko naszego stratega - zaproponowała z uznaniem Refia. - Powinieneś planować naszą trasę i to, co mamy dalej robić.
- Zgadza się - zaśmiał się Luneth. - Oprócz planowania, co zabrać ze sobą w trasę. Byłoby kijowo utknąć na środku pustyni, a do żarcia mieć tylko książki i papier do pisania - wesoło władował kumplowi sójkę w bok. - Dobra, to robimy tak, jak powiedział Arc. Może faktycznie u Wikingów dorwiemy jakąś łajbę, a potem u tego całego króla Argusa też coś wycyganimy.
- To musimy jutro poszukać sklepu ze zwojami - dorzuciła Refia. - Skoro mamy się pomniejszać. Chyba gdzieś tu taki widziałam, to pójdę z rana i kupię.
Refia i Luneth zajęli się omawianiem praktycznych spraw związanych z podróżą, a Ingus dorzucał od czasu do czasu jakąś uwagę. Arc z początku słuchał rozmowy, ale potem górę zaczęło brać zmęczenie. Był coraz bardziej senny. Oparł głowę na ręce i zaczął odpływać w krainę snu.
- Zanieść cię? - usłyszał przy uchu szept.
- C-co? - otwarł szeroko oczy i spojrzał na Lunetha, który uśmiechał się łobuzersko.
Zostali w jadalni sami, Refii i Ingusa nie było już przy stole. Arc nawet nie zauważył, kiedy sobie poszli i ile czasu już upłynęło.
- Zanieść cię na górę, do pokoju? - powtórzył rozweselony chłopak. - Żaden problem, już kiedyś cię zanosiłem, pamiętasz?
Oczywiście, że Arc pamiętał. To było jeszcze w Ur, gdy obaj byli dużo młodsi. Zasiedzieli się raz do późnego wieczora pod ulubionym drzewem. Arc usnął wtedy i Luneth z trudem go obudził i skłonił do powrotu do domu. Zaspany Arc dowlókł się jakoś do schodów prowadzących na piętro. Zaraz jednak przysiadł na pierwszym stopniu i zasnął, tym razem na dobre. Luneth nie miał wyjścia. Zaniósł śpiącego przyjaciela na górę, żeby nie oberwało im się od Niny za spóźnienie.
- Luneth, nie mam już ośmiu lat - przypomniał z wyrzutem Arc.
- No nie, ale przed chwilą prawie zasnąłeś z nosem w talerzu - parsknął wesoło Luneth.
- Wcale nie spałem. Tylko miałem zamknięte oczy.
- Aha... To skoro już je otwarłeś, chodźmy na górę.
Arc wstał zza stołu i w ostatniej chwili stłumił ziewnięcie, gdyż Luneth patrzył na niego z rozbawieniem.
- Naprawdę nie spałem - wymamrotał mało przekonująco.
- To jak? Ostatnia szansa - zażartował Luneth, gdy dotarli do schodów. - Na pewno nie chcesz, żebym cię zaniósł?
- Dziękuję ci, ale sam wyjdę - szatyn odmówił z godnością i ruszył na górę, ignorując rechot kumpla.
Luneth dołączył do niego kilkoma susami i dalej poszli już razem.
- I tak byś mnie nie uniósł, jestem za ciężki - Arc próbował dodać sobie pewności.
- Ty za ciężki? - zawołał z niedowierzaniem Luneth. - Przecież ważysz tyle, co piórko! Sam zobacz.
Zanim Arc zdołał się połapać w sytuacji, Luneth chwycił go, podniósł i przerzucił sobie przez ramię. W tym momencie uchyliły się drzwi od pokoju i wychynął z nich Ingus. Spojrzał z naganą na rozweselonych kolegów.
- Moglibyście z łaski swojej nie robić tego na korytarzu? - upomniał ich cierpko.
- Niby czego? - nadąsał się Luneth, ale postawił kumpla z powrotem na podłogę.
- Tego, co zamierzaliście - uciął rycerz. - Hałasujecie tak, że słychać was aż na drugim końcu.
- Dobra już, dobra. Tylko się wygłupialiśmy - Luneth wpuścił Arca do pokoju i zamknął drzwi.

Rankiem Refia pomknęła do sklepu, żeby kupić zwój miniaturyzacji. Wróciła do oczekujących na nią w gospodzie chłopców i ponuro poinformowała ich, że zwojów brakło, bo ostatni ktoś kupił kilka dni temu. Jakiś Desch czy jakoś tak. Zafrasowani, nie wiedzieli, jak teraz zmodyfikować plany. Wyszli na zewnątrz i za progiem natknęli się na jakąś kobietę. Prawdopodobnie na nich oczekiwała. Nim Luneth zdążył cokolwiek powiedzieć, chwyciła go rozpaczliwie za rękaw.
- Młody człowieku, może ty mi pomożesz? Już nie wiem, co robić, naprawdę. To wy jesteście tymi wojownikami, zuchami, którzy zdjęli klątwę, zabili straszne demony i uratowali całe królestwo? I rozłupaliście górę na pół?
- Eee... noo, tak jakby, trochę - Luneth zastanawiał się, kiedy wieść o ich wyczynach zdążyła tak prędko rozprzestrzenić się po Canaan i rozrosnąć się trzykrotnie.
- I jacy skromni! - wykrzyknęła z uznaniem. - Może zechcielibyście mi coś doradzić? Cała jestem w nerwach, nie mam pojęcia, co robić - zaczęła na nowo, załamując ręce. - Moja córka wpadła w straszną depresję.
- Oczywiście. Postaramy się pomóc, o ile będziemy potrafili - obiecała Refia w imieniu wszystkich, jako iż zakłopotany czymś Luneth nie odzywał się.
- Dziękuję! Proszę, wejdźcie - podniesiona na duchu kobieta zaprosiła ich do domu.
Luneth przepuścił przodem Ingusa i Refię, po czym złapał przyjaciela za rękę.
- Arc, poczekaj sekundkę. Powiedz mi, co to jest ta depresja? To jakaś dziura czy co? Skoro ta laska w to wpadła? Myślisz, że będziemy musieli ją skądś wydostać? - szepnął niepewnie.
- Nie, Lun. Depresja to żadna dziura, w każdym razie nie dosłownie. Ta dziewczyna po prostu ma paskudny nastrój, może coś złego ją spotkało i jest smutna.
- Aaa... to o to chodzi! Załapałem. Słuchaj, ale nie mów tamtym, że nie wiedziałem - poprosił Luneth. - Dobrze? Jaśniepan zabiłby mnie śmiechem, jakby się o tym dowiedział.
- No wiesz! Jasne, że nikomu nie powiem! Nie musiałeś nawet wspominać - oburzył się Arc.
- Dzięki - srebrnowłosy chłopak uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.
Wszedł za nim do środka, bardzo zadowolony z uniknięcia wpadki. Choć nie przepadał za przesiadywaniem nad książkami, a do nauki wcale go nie ciągnęło, nie lubił wychodzić na ignoranta. Wiedział, że Arca zawsze może o wszystko zapytać, a on cierpliwie i dokładnie mu wyjaśni i go nie wyśmieje. Może dlatego stanowili w dwójkę taki zgrany team. Luneth był jego zbrojnym ramieniem, a Arc - intelektualnym wsparciem.
Kobieta, która poprosiła ich o pomoc, rozmawiała właśnie z Refią. Luneth przysłuchiwał się temu jednym uchem. Z pokoju, w którym leżała córka zrozpaczonej kobiety, zwinięta w kłębek na łóżku, dobiegał jej niewyraźny głos. Dziewczyna była mocno przygnębiona i mamrotała coś do siebie. Luneth wyłowił tylko kilka zdań:
- Desch, dokąd poszedłeś...? ...przecież tam jest straszny smok... dlaczego mnie zostawiłeś?
Smok? - to momentalnie zwróciło jego uwagę. Jeśli jego zadaniem było pocieszanie jakiejś panny, która miała chandrę, to chyba musiałby upaść na głowę. Ale smok! Smok to co innego.
- Sami widzicie - podjęła zmartwiona kobieta i wskazała na córkę. - Tęskni za Deschem. To taki młody człowiek, którego poznała. Pewnego razu powiedział, że musi coś zrobić i poszedł na wschód, w góry. Podobno tam gnieździ się jakiś latający smok... Przerażające. I od tej pory nie mamy żadnych wieści, nie wiemy, co się z nim stało.
- Pójdziemy tam! - zadeklarował energicznie Luneth. - Do smoka! Co wy na to?
- Zdecydowanie! - poparła go niespodziewanie Refia. - Przyprowadzimy tego całego Descha z powrotem!
- Dziękuję wam - wzruszyła się kobieta. - Jesteście tacy dzielni. Nie wiem, jak wam się odwdzięczę...
- Spokojnie, psze pani - prychnął Luneth. - Wszystko będzie dobrze.
Pożegnawszy się, wyszli na zewnątrz.
- Patrzcie, jak się wszystko składa. Ten Desch ma ostatni zwój z minio...miniaturoza... z pomniejszaniem. I tak musimy iść i go szukać, bo inaczej nie wleziemy do Tozus - podsumował Luneth. - Tę smętną laskę pewnie puścił kantem, więc nie ma się co-
- Luneth! Jak możesz! - zgromiła go Refia.
- No co? Jak gdzieś polazł, to chyba mu zwisało - bronił się. - Zresztą co nas to obchodzi. I tak musimy gościa znaleźć, bo jest nam potrzebny. Tak więc twój plan podróży, Arkie, zawieszamy chwilowo.
- Do Cida mieliśmy iść - przypomniała Refia.
- Aha, to wpadnijmy do niego, no a potem to już naprawdę się stąd zwijamy.

Luneth zapukał do drzwi pilota. Dłuższą chwilę trwało, nim Cid mu otwarł. Poprawiał rozchełstaną koszulę i był trochę zasapany.
- Dzień dobry. Może przyszliśmy nie w porę? - Luneth przyjrzał mu się podejrzliwie.
- Ależ nie, wszystko w porządku. Po prostu, wiecie, witałem się z żoną, he he he - zarechotał Cid i puścił do niego oko.
- Dopiero teraz? - zdziwił się naiwnie Arc.
- Arkie, może idź po Ingusa i Refię, co? Powiedz im, żeby czekali przy fontannie. Ja do was zaraz przyjdę - polecił szybko Luneth, zanim pilot zdążył palnąć coś więcej.
- Dobrze, Lun. Do widzenia panu, panie Haze - posłuszny chłopak zszedł po schodkach i ruszył w kierunku furtki.
- Niechże pan trochę uważa na słowa - wycedził Luneth. - Tu są niewinne dzieci - wskazał kciukiem na przyjaciela, który właśnie wychodził na ulicę.
- Przepraszam - skruszony Cid pociągnął za wąsa. - Po prostu stęskniłem się za żonką, rozumiesz...
- Jasne - mruknął Luneth. - Rozumiem. To co pan chciał mi pokazać?

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2014/02/01 13:15 przez shizonek. Powód: pomyłka geograficzna;P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/02/01 10:03 - 2014/02/01 11:20 #10191 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Luneth napisał: Ja też to wiem, chociaż nie jestem mądry.

Zarazem śmieszne i prawdziwe. I fajnie jest wiedzieć, że główny bohater ma świadomość, że nie jest idealnym bohaterem jRPG.

Arc napisał: Arc uśmiechnął się do niego i pomachał mu na pożegnanie. Stworzonko od razu się rozchmurzyło i odmachało mu łapką.

Jak kupośnie! Kupo! ^o^

Narrator napisał: Był gotów się założyć, że przyjaciel zdołałby wytrzasnąć czytadło nawet na środku pustyni. Wody pewnie by nie znalazł, ale książkę to i owszem.

Umarłę i dalej się śmieję. :D

Luneth i Arc napisał: - Arc, poczekaj sekundkę. Powiedz mi, co to jest ta depresja? To jakaś dziura czy co? Skoro ta laska w to wpadła? Myślisz, że będziemy musieli ją skądś wydostać? - szepnął niepewnie.
- Nie, Lun. Depresja to żadna dziura, w każdym razie nie dosłownie. Ta dziewczyna po prostu ma paskudny nastrój, może coś złego ją spotkało i jest smutna.

O mój...To jest po prostu platyna! Mógł jeszcze dodać: "A może wpadła do tej dziury z Kryształem obok Ur?" xD

Cid i Luneth napisał: - Ależ nie, wszystko w porządku. Po prostu, wiecie, witałem się z żoną, he he he - zarechotał Cid i puścił do niego oko.
(...)
- Niechże pan trochę uważa na słowa - wycedził Luneth. - Tu są niewinne dzieci - wskazał kciukiem na przyjaciela, który właśnie wychodził na ulicę.

Wypowiedź Lunetha jest ironicznie śmieszna zważywszy na fakt, iż Luneth jest w tym samym wieku co reszta jego Wesołej Kompanii. :P

Gdy była scena z zakupami u zbrojmistrza pukałem się w głowę i myślałem: "Luneth, co Ty za cyrk na zębatkach obstawiasz!" I jeszcze ta jego matematyka. :P I jeszcze to wytłumaczenie jego targowania: nie mamy kasy.
W jednym z wcześniejszych rozdziałów coś pisałaś, że nie mają przy sobie nic, ale czy w pierwszych dziesięciu FFach potwory nie pozostawiają sobie jakieś kasy? :P

Mam jeszcze taką uwagę:

Cid Haze napisał: Miałem dobre przeczucie, jak was zahaczyłem w Canaan.

A to nie było Kazus?

Czytadło robi się z rozdziału na rozdział zabawniejsze. Czy będą jeszcze moogle, kupo?



Mówcie mi "Wikipedya." :P
Ostatnio zmieniany: 2014/02/01 11:20 przez Noel Kreiss.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/02/01 13:25 #10193 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Noel Kreiss napisał:

Luneth napisał: Ja też to wiem, chociaż nie jestem mądry.

Zarazem śmieszne i prawdziwe. I fajnie jest wiedzieć, że główny bohater ma świadomość, że nie jest idealnym bohaterem jRPG.

Perfekcyjność jest nudna. :P

Noel Kreiss napisał: W jednym z wcześniejszych rozdziałów coś pisałaś, że nie mają przy sobie nic, ale czy w pierwszych dziesięciu FFach potwory nie pozostawiają sobie jakieś kasy? :P

Owszem, ale czy Ciebie po paru walkach z niskolevelowym plugastwem stać było na najbardziej wypasione uzbrojenie? :P A o "dropach" i finansach będzie mowa jeszcze później, zresztą chyba kilka razy. :)

Noel Kreiss napisał: Mam jeszcze taką uwagę:

Cid Haze napisał: Miałem dobre przeczucie, jak was zahaczyłem w Canaan.

A to nie było Kazus?

Zgadza się, stokrotne dzięki za znalezienie zonka. Widać, że jesteś bardzo uważnym czytelnikiem. :)
Poprawione.

Noel Kreiss napisał: Czy będą jeszcze moogle, kupo?

Hmm... ten futrzak jeszcze raz się pojawi. Ale nie myśl sobie, że dostanie jakąś wielką rolę. :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 81 gości oraz 1 użytkownik.

  • 19kefir11

Nowy poziom!

  • bezimienny82 awansuje jutro na nowy poziom! (36)
  • LPDawid za 2 dni awansuje na nowy poziom! (27)
  • Yuna za 2 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • yxam za 2 dni awansuje na nowy poziom! (32)
  • kostek059 za 4 dni awansuje na nowy poziom! (27)
  • Siriondel za 4 dni awansuje na nowy poziom! (30)
  • navil za 9 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • modrzu za 10 dni awansuje na nowy poziom! (27)