Forum

Nasze projekty

Równowaga

Więcej
2014/01/20 13:41 - 2014/01/26 02:14 #10140 przez shizonek
shizonek stworzył temat: Równowaga
Gra: Final Fantasy 3 (remake DSowy)
W miarę możliwości trzymam się kanonu;), to żadna parodia czy inne takie. Co nie znaczy, że odmówiłam sobie interpretacji pewnych rzeczy tak a nie inaczej. :P
Mam nadzieję, że nie ma żadnych sprzeczności czy bezsensów, poprawiałam to i przestawiałam fragmenty tyle razy, że jednak coś tam mogło się prześlizgnąć.
Czas: wydarzenia z gry, część obejmująca wydarzenia na Latającym Kontynencie
Wszelkie podobieństwa do osób istniejących i nieistniejących (poza, rzecz jasna, Trójkowymi;) są niezamierzone. Ale jeśli coś przypomina postać/wydarzenie/zapożyczenie z filmu, to co innego. :P
Tekst jest raczej lajtowy, może zawierać śladowe ilości wulgaryzmów, zapewniane przez złotoustego głównego bohatera. xD




Równowaga


Nocną ciszę niedużego pokoju przerwał zduszony krzyk. Ośmioletni chłopiec usiadł nagle na łóżku, wyrwany ze snu. Oddychał płytko, przerażony i oszołomiony. Jego współtowarzysz rozbudził się w tym samym momencie i również usiadł na posłaniu.
- Co się dzieje, Arc? Miałeś zły sen? - zapytał ze współczuciem.
- Koszmar... Śniło mi się, że szliśmy gdzieś razem, to były jakieś jaskinie czy coś... i spadłeś w przepaść, Luneth - powiedział roztrzęsiony chłopiec.
- Spokojnie - Luneth objął zszokowanego przyjaciela, drżącego na całym ciele. - To tylko sen.
- Tak... sen... - wyszeptał niemal bezgłośnie Arc.

. . . . . .

1. Ciekawość to pierwszy stopień do kryształu

- Aaaaargh!
Rozległ się głuchy łomot, gdy do głębokiej rozpadliny w ziemi wpadł pechowy wędrowiec. Stoczył się na dno ciemnej jamy wraz z kłębem korzeni, żwiru i ziemi, zakończywszy ten niechciany lot efektownym klapnięciem w błotnistą kałużę. Jęknął boleśnie, po czym przetoczył się na plecy i leżał chwilę, wpatrując się w odległy otwór, przez który do jaskini wpadały promienie słońca. Gładkie ściany stromego i wąskiego szybu wykluczały wspinaczkę. Powrót tą drogą był więc niemożliwy.
- Cholera, tej pieprzonej dziury wcześniej tu nie było - sapnął z pretensją. - Gdzie ja się tym razem wpakowałem?
Nieszczęśnikowi można by dać czternaście, może nawet piętnaście lat. Miał niezwykłego koloru włosy - jasne, o srebrzystym odcieniu, związane niedbale z tyłu. Ochraniała go skórzana zbroja, która, choć sprawiała wrażenie solidnej, z pewnością leżałaby lepiej na kimś nieco większym. Oczy nastoletniego wojownika były równie niespotykanej barwy, co włosy. Nawet w ciemnej jaskini było widać, że jaśniały fioletowo. I zawadiacko. Nie ulegało wątpliwości, że ich właściciel mimo młodego wieku nie należy do tych, którzy dają sobie w kaszę dmuchać.
Ochłonąwszy, ostrożnie poruszył nogami i rękami. Działały, więc nabrał otuchy i powoli ukląkł, a potem wstał i chwiejnie oparł się o ścianę. Pozbywszy się zawrotów głowy, rękawem otarł twarz z błota i podniósł krótki miecz, który upuścił przy upadku. Rozejrzał się ciekawie wokół i ruszył mrocznym korytarzem, wychodzącym z pomieszczenia, do którego wpadł. Pod ścianami leżały w bezładnych stosach wybielone szkielety. Musiały być bardzo stare, bo nie było na nich nawet zetlałych resztek ubrań. Powietrze było stęchłe i czuć je było wilgocią, typową dla podziemnych grot i ruin. Nagle, praktycznie znikąd, na młodego eksploratora rzuciło się kilka istot o spiczastych uszach.
- To tutaj też są potwory?! Ja to mam szczęście!
Błyskawicznie wyciągnął miecz i zręcznie uchylił się przed atakiem. Ciasnota korytarza sprzyjała mu o tyle, że nie musiał martwić się, iż potwory zajdą go od tyłu. Bez trudu poradził sobie więc z całą trójką, zabijając jednego po drugim. Porzucił leżące pokotem ścierwa i podjął spacer obranym wcześniej szlakiem. W ścianie naprzeciwko zauważył coś połyskliwego. Zaciekawiony, podszedł bliżej, zdecydowany zbadać zjawisko. Wielki, błyszczący złociście kamień zagradzał dalszą drogę. Jedyną drogę.
- No bez jaj! Nie zamierzam zgnić w tej zafajdanej norze! - zdenerwował się. - Ale może uda mi się przesunąć tę skałę. Zobaczmy...
Z całej siły naparł na nią ramieniem. Głaz, mimo solidnych rozmiarów posłusznie odsunął się na bok, odkrywając kolejny odcinek korytarza.
- Kto by pomyślał, że znajdą się tu takie cuda. To nie wygląda mi jednak na najbezpieczniejsze miejsce pod słońcem. Lepiej się stąd zrywać, i to chyżo.
Lubił włóczyć się po miejscach, które większość jego rówieśników uznałaby za przerażające. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zarzuciłby mu więc braku odwagi, ale samobójcze skłonności również nie leżały w jego charakterze. Wiedział, że nie był przygotowany na ekspedycję po mrocznych tunelach z czającymi się potworami; wleciał tu przypadkiem. Dobrze, że chociaż był uzbrojony.
Tuż za złotym kamieniem natknął się na zakurzoną i pokrytą pajęczynami skrzynię. Przyklęknął przy niej i pomajstrował przy zamku. Mechanizm puścił bardzo łatwo, nadwątlony zębem czasu i od dawna bezużyteczny. Zawartość skrzyni okazała się bardzo użyteczna. W przegródkach leżało sobie kilka szklanych buteleczek z niebieskawą substancją. Szczęśliwy znalazca wyjął jedną i przyjrzał się jej pod światło.
- A niech mnie, to chyba potiony! Ciekawe, czy jeszcze działają.
Odkorkowawszy flakonik, powąchał jego zawartość, a potem wychylił go do dna. Od razu poczuł, że poobijane przy upadku plecy i rozorane ostrą skałą ramię przestają go boleć. Zadowolony, wrzucił resztę zdobyczy do torby przy pasie i spenetrował przeciwległy załom korytarza, który okazał się dla niego równie szczodry. Z drugiej skrzyni wydobył tarczę, o dziwo nadającą się do użytku i kolejne uzdrawiające mikstury.
- Ha, teraz to co innego - uśmiechnął się od ucha do ucha. - Coś mi się zdaje, że przede mną jeszcze sporo zwiedzania.
W kącie coś się poruszyło i podpełzło bliżej. Chłopak odskoczył niepewnie. Takiego potwora jeszcze nie widział. Mały, pękaty, opancerzony niczym żółw. Tuż obok niego zmaterializował się błękitny i świetlisty obłoczek. Pokonanie obłoczka nie nastręczyło problemu. Gorsza sprawa była z małym pancernikiem, okrytym twardymi płytami, na których łatwo było stępić miecz. Wreszcie jednak udało się wbić sztych miecza w słabiej chronione miejsce i zabić bestię. Zmęczony potyczką, doszedł do schodów, bez wahania wspiął się po nich i zanurzył w mroku kolejnego tunelu. Ten jednak rozwidlał się na dwie odnogi, więc zdając się na wyczucie, chłopak skręcił w prawo. Podczas licznych wędrówek i eksploracji wyrobił sobie instynkt, który nigdy go nie zawiódł. Dzięki niemu nie zdarzyło mu się nigdy pobłądzić, a w plątaninie podziemnych korytarzy zawsze znajdywał ten, który prowadził do wyjścia, a w każdym razie nie kończył się ślepo. I tym razem jego szósty zmysł miał rację.
- A to co?!
Młody odkrywca podbiegł do strumienia, który wypływał spod skały i tworzył jeziorko, mieniące się soczystym błękitem. Tafla wody migotała oślepiającym światłem, najwyraźniej sama będąc jego źródłem, gdyż promienie słońca już tutaj nie docierały. Zachwycony nastolatek ukląkł nad brzegiem i zanurzył dłoń w strudze. Po skórze przebiegło mu delikatne, przyjemne mrowienie.
- Ja cie sune! To uzdrawiająca woda - uradował się. - E, no to luz, teraz mogę zwiedzać wszystko dookoła. Nikt mi już nie podskoczy!
Nie krępując się i jak zwykle przedkładając względy praktyczne nad mistyczne, opluskał się w źródle. Pozbył się zarówno zmęczenia, jak i błota. "Dobrze, że Topapa tego nie widzi". Jego opiekun, jeden ze Starszych, rezydujący przez większość czasu w świątyni, nie byłby zbudowany widokiem swojego wychowanka, kąpiącego się beztrosko w uzdrawiającym źródle. "Luneth, powinieneś szanować dary, jakimi obdarza nas natura, zwłaszcza uzdrawiające źródła...", wyobraził sobie jego słowa. Na ustach pojawił mu się łobuzerski uśmieszek.
Oczyściwszy się i nabrawszy mnóstwo energii, śmiało szedł dalej. Im bardziej oddalał się od miejsca, do którego wpadł, tym mniej otoczenie zdawało się ukształtowane siłami natury. Korytarze stawały się coraz równiejsze, jakby celowo przez kogoś wykute. Obecność drzwi jednoznacznie to potwierdziła. Za nimi nie czekał jednak kolejny wydrążony w skałach tunel, lecz przestronne, okrągłe pomieszczenie. Zaciekawiony chłopak przeszedł mostkiem zbudowanym z rzeźbionych kamiennych płyt. Po jego obu stronach rozwierała się przepaść bez dna. Na środku komnaty znajdował się podest, dookoła którego stały potężne filary. Luneth zdołał zrobić zaledwie dwa kroki w ich kierunku, gdy pojawił się obłok fioletowego światła.
- O cholera, to mi się przestaje podobać!
Obłok eksplodował w oślepiającym błysku, po czym przed przestraszonym nastolatkiem ukazał się ogromny, kolczasty żółw. Łypnął na niego czerwonymi oczami pozbawionymi źrenic i otworzył pysk pełen ostrych zębów, zdradzając swoje nieprzyjazne zamiary.
"To żółwie mają takie kły? Muszę zapytać Arca, jak wrócę." Po chwili pomyślał trzeźwo: "O ile wrócę". Odsunął się od bestii najdalej jak mógł. Niestety, "najdalej" oznaczało krawędź podestu, o ile oczywiście nie chciał wlecieć w przepaść. Gigant odciął drogę odwrotu, usadawiając się tuż przy kładce. Chcąc nie chcąc, młody awanturnik podjął walkę. Piekielny gad uderzył ogonem, trafiając go i rzucając na kolana. Zamachnął się ponownie, ale Luneth w ostatniej chwili zasłonił się znalezioną tarczą i odskoczył. Tarcza rozpadła się w drzazgi, został więc już bez żadnej osłony. Zadał żółwiowi kilka pchnięć, nie tracąc czasu na przecięcie twardej skóry, okrytej łuskami i pancerzem. Starał się unikać potwornie silnych ciosów żółwia, choć ciasnota przygodnej areny bardzo mu to utrudniała. Do tego musiał uważać, by nie spaść w przepaść. Zmagania trwały i trwały, ale mimo przerażającego wyglądu, rozmiarów i siły, demon powoli tracił moc. Jego ruchy były coraz wolniejsze i mniej precyzyjne. W serce wycieńczonego Lunetha wróciła nadzieja. Wykrzesał z siebie resztki sił i desperacko wbił bestii miecz w szyję aż po rękojeść. Odskoczył, nie mając już broni, która została w cielsku żółwia. "Wóz albo przewóz", pomyślał straceńczo. Szczęście mu sprzyjało, żółw zacharczał koszmarnie, po czym ...znikł. Luneth wytrzeszczył oczy na puste miejsce, gdzie przed chwilą o mało nie zginął. Pierwszy raz widział, by zabity potwór znikł. Na kamienną podłogę spadł z brzękiem miecz, uwolniony z widmowego gadziego ciała. Młody zwycięzca podniósł broń, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się na podłogę. Czuł, jak drżą mu dłonie, poocierane do krwi od kontaktu z kolcami bestii. Potłuczone żebra dawały się we znaki przy każdym oddechu, a lewa ręka promieniowała dojmującym bólem. Ta walka kosztowała go wiele sił i nie przypominała wcześniejszych, można by rzec - sportowych potyczek z goblinami. Tym razem musiał walczyć o własne życie. Z trudem ukląkł, przypominając sobie o zapasie potionów, które miał w torbie. Sięgnął do niej, lecz nie zdążył nawet dotknąć flaszeczki z uzdrawiającym napojem, gdy usłyszał Głos. Donośny i brzmiący bardzo nieludzko. Żaden człowiek nie potrafiłby wydobyć z siebie takiego przenikliwego, przyprawiającego o ciarki, i jednocześnie budzącego respekt, głosu.
- Zostałeś wybrany.
Przerażony chłopak spojrzał w górę, potem w kierunku wejścia, ale nikogo tam nie było.
- Kto tu jest?! - zawołał, żeby dodać sobie odwagi, a nie w nadziei uzyskania odpowiedzi.
- Wojowniku z Krainy Ciemności, zostałeś wybrany, żeby przywrócić nadzieję.
Zerwał się z podłogi i skrzywił z bólu, gdy zmaltretowane ciało dało mu znać, co myśli o takich wyczynach. Utykając, zbliżył się do podestu z kamiennymi filarami. Tym razem w samym jego centrum lewitował olbrzymi, błękitny kryształ. Emanowało z niego światło, które mimo swej pozornej eteryczności zdołało oświetlić całą grotę. Poturbowany nastolatek zapomniał o swoim pożałowania godnym stanie i wlepił zaintrygowany wzrok w migoczący obiekt. Jakim cudem to coś przemawiało?
- Ciemność zagraża światu... kiedy zabraknie światła, równowaga przestanie istnieć - kontynuował złowieszczo głos.
- O czym ty gadasz? - wymknęło się zaniepokojonemu Lunethowi, który dopiero teraz poświęcił uwagę wypowiadanym słowom.
Zamiast odpowiedzieć mu na pytanie, kryształ ciągnął dalej:
- Są też trzej inni, którzy mają to samo przeznaczenie, co ty. Musisz ich odnaleźć. Kiedy to zrobisz, obdarzę was ostatnim światłem... naszą ostatnią nadzieją. A teraz idź!
- Że jak?! Nie rozumiem! - wykrzyknął oszołomiony chłopak. - Ej, co to ma znaczyć?
Wszystko rozmyło mu się przed oczami, grota zniknęła, a on wylądował na miękkiej, zielonej trawie. Zmrużył oczy, oślepiony słońcem.
- Jestem na powierzchni... ale jakim cudem...?!
Rozpoznawał otoczenie. Niedaleko stąd wpadł do dziury. A teraz był znowu tutaj, na powierzchni. I nic go nie bolało. Obmacał swoje żebra i stwierdził, że po urazach nie pozostał najmniejszy ślad.
- Wszystko pięknie ładnie, ale o co chodziło z tym gadaniem o ostatniej nadziei i jakimś świetle? Kurna, jakiś halun mi się załączył, czy co? Może łupnąłem się w łeb i weszły mi poryte wizje?
W głębi duszy wiedział jednak, że spotkanie i "rozmowa" z kryształem były realne. I choć niezwykłe, nie uroił sobie ich. W dodatku poczuł, że musi zacząć działać. Już, natychmiast. Nie wiedział, skąd mu się wzięło to przeświadczenie, ale myśleniem postanowił zająć się później. Zresztą myślenie lepiej w ogóle zostawić Arcowi. Na myśl o przyjacielu uśmiechnął się, zerwał z trawy i pomknął truchtem do miasteczka.

Wijąca się szutrowa droga z Ur wiodła wśród drzew do sporego jeziorka. Jego brzegi porastał gęsty las, ale południowa część linii brzegowej, ta najbliższa miasteczku, była niemal zupełnie bezleśna. Kwitnąca na biało i różowo łąka sięgała samej tafli wody. Na trawiastym pagórku siedział szczupły, najwyżej czternastoletni chłopiec ubrany w zielony płaszcz. Dzięki ubiorowi drobna sylwetka jego właściciela niemal zlewała się z tłem listowia. Bladą, troszkę piegowatą twarz chłopca okalały niesfornie wijące się krótkie włosy o miedzianobrązowym odcieniu.
Rozmarzone spojrzenie inteligentnych, ciemnych oczu utkwił w spokojnych wodach jeziora. Ocknąwszy się z zamyślenia, ponownie skupił uwagę na otwartej książce, którą trzymał na kolanach. Wkrótce tak zagłębił się w lekturze, że nie zauważył nadejścia trzech chłopców.
- Patrzcie, patrzcie! Kogo my tu mamy? - rozległ się szyderczy głos. - Naszego ulubionego mola książkowego!
Zaczytany chłopiec wzdrygnął się nerwowo i zerwał się z trawy, spoglądając z lękiem na przybyszy.
- Czego chcecie? - zapytał cicho, spuszczając głowę.
- Czego chcemy? A tak przyszliśmy, pogadać sobie - zaśmiał się złośliwie jeden z intruzów.
- Dotrzymamy ci towarzystwa - obiecał drugi, z miną nie zwiastującą wcale chęci pogawędki.
Podeszli bliżej i otoczyli go, uniemożliwiając mu odwrót.

Luneth wpadł do wioski, przemknął przez główny plac jak tornado, ignorując nawoływanie jakiegoś staruszka. Skręcił w lewo i wbiegł do domu, energicznie trzaskając drzwiami. Roznoszony przez emocje, ruszył ku schodom wiodącym na piętro, przeskakując po dwa stopnie naraz. Nina, usłyszawszy jego przybycie, wychyliła się z kuchni i zawołała tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Luneth, chodź no tutaj!
Niechętnie zawrócił i zszedł na dół. Oparł się nonszalancko o framugę drzwi.
- Miałeś wrócić pięć godzin temu!
- Wiem, ale kiedy już wylazłem na ten skalisty szczyt-
- Miałeś się nie wspinać po skałach! To niebezpieczne!
- Ale to była najkrótsza droga do jaskini!
- I do jaskini też poszedłeś!
- Przecież tam nie ma niczego strasznego - wykręcał się, zerkając niecierpliwie w kierunku schodów.
- Potwory są - oznajmiła cierpko Nina. - Wydaje ci się, że jesteś nieśmiertelny?
Nadąsany chłopak wzruszył ramionami. Uznał, że rozsądniej będzie nie wspominać o krysztale i tym, czego się od niego dowiedział. Nina nie byłaby zachwycona takimi rewelacjami.
Kobieta obrzuciła go bacznym spojrzeniem od stóp do głów.
- Znowu potargałeś spodnie! - załamała ręce. - Co ja z tobą mam...
- Goblin ugryzł mnie w tyłek i się podarły - palnął bezczelnie.
- Goblin, patrzcie go - rozeźliła się. - Wziąłbyś przykład z Arca. Nigdzie się nie włóczy, jest grzeczny i nie niszczy ubrań tak jak ty.
- Bo książki nie gryzą - odciął się i zwiał, zanim oburzona opiekunka zdążyła trzepnąć go ścierką.
- Ciebie akurat gryzą - potrząsnęła głową i wróciła do swoich zajęć.
Młody zuchwalec pojawił się szybko z powrotem.
- Nie wiesz może, gdzie podziewa się Arc? - ostrożnie wetknął głowę do kuchni, sprawdzając, czy Ninie przeszedł już zły humor.
- Nie widziałam go od rana - odparła, mieszając coś w garnku na piecu. - A ciebie gdzie znowu licho niesie?
Spojrzała na chłopaka przenikliwie. Miał na sobie ulubioną zbroję, przypasany miecz i plecak w ręku. Na ustach widniał mu zadziorny uśmieszek pod tytułem "To-na-razie-nie-wiem-kiedy-wrócę-spoko-nic-mi-nie-będzie".
- Jeszcze nie wiem dokładnie - wykręcił się, odważając się wsunąć do kuchni.
- Posiedziałbyś czasem w domu, a nie latać ciągle tu i tam. Co z ciebie wyrośnie, chłopcze? - gderała bez przekonania Nina.
- Topapa powiedział mi kiedyś, że czeka mnie niezwykłe przeznaczenie - oznajmił dumnie, otwierając szafkę i wyciągając z niej na chybił trafił to, co się tam znajdowało. Nie przywiązując zbytniej uwagi do pakowanego jedzenia, zapełnił plecak do połowy, po czym zamknął drzwiczki.
- Przeznaczenie! Jak ino zobaczę tego starego durnia, to mu powiem do słuchu. Żeby tak dzieciakowi nabijać głowę głupotami - burczała pod nosem niezadowolona. - Jeden młody głupi, a drugi stary nie lepszy.
- Nie gniewaj się - Luneth uśmiechnął się, rozbrajając ją całkowicie. - Przecież wiesz, że nie umiem za długo usiedzieć na miejscu.
- A to mi nowina. Byś się lepiej pouczył zamiast tak łazikować. Zresztą po co ja ci to mówię. Jakbym rzucała grochem o ścianę...
- Mhm - mruknął z zerowym zainteresowaniem.
Zajrzał jej przez ramię i sięgnął widelcem do garnka.
- Była dziś u mnie Hernowa i skarżyła się, że jej synowie wrócili wczoraj do domu cali poobijani - Nina spojrzała spod oka na niesfornego wychowanka.
- Dobre. Co to? - zapytał, przeżuwając i udając, że nic nie słyszał.
- Ryba z warzywami - odparła odruchowo. - Ty mnie nie zagaduj! Co ja to mówiłam? Aha. No więc synowie Hernowej, jak mówili, przewrócili się. Wszyscy trzej.
- Ojej, a to pech - powiedział z fałszywym współczuciem, mrugając niewinnie i sięgając ponownie do garnka.
- Toż samo pomyślałam. A czy ten pech nie miał aby na imię Luneth?
- Co za pomysł! - udał, że jest do głębi urażony podejrzeniami.
- Luneth, nie mydlij mi oczu - obruszyła się. - Wiem, że to twoja sprawka. Ciągle się z kimś bijesz. Istne utrapienie z tobą, dzieciaku.
- Należało się gnojom - wyrwało mu się.
Ponuro wbił wzrok w podłogę i zacisnął pięści.
- Hola! Co to za słownictwo, młody człowieku?!
- A jak mam ich nazwać? Czepiali się Arca, jak zwykle - wycedził, uparcie obstając przy swojej racji.
Nina dała spokój, nauczona doświadczeniem. Gdy chodziło o jego najlepszego przyjaciela, wszelkie pogadanki na temat wszczynania bójek okazywały się bezcelowe. Kary i napomnienia nic nie pomagały. Dwadzieścia razy ukarany, Luneth za dwudziestym pierwszym robił to samo. Był odporny na wszelkie próby przemówienia mu do rozumu. Prędzej dogadałaby się ze ścianą.
- Lepiej idź go poszukaj - poradziła mu łagodniej. - Może jest nad jeziorem, coś rano wspominał, że tam pójdzie.
Skinął głową, dziękując za informację. Chwycił plecak i ruszył do wyjścia. Nina wyjrzała przez okno i patrzyła, jak jej przybrany syn kroczy raźno drogą. Uśmiechnęła się pod nosem.

- Luneth, podobno wyjeżdżasz z Ur? - zaczepił go zaintrygowany chłopak w niebieskiej kamizelce. - To prawda? Wszyscy o tym gadają, cała wioska!
- Tak? - zdziwił się Luneth. - Skąd to wiecie? Przecież dopiero co wróciłem...
- Starsi zebrali się i nad czymś się od rana naradzają - poinformował młody plotkarz. - I podobno w Kazus coś się stało, jakaś klątwa czy coś.
- Klątwa? Wiesz coś więcej?
- Niestety, tylko tyle podsłuchałem. Aha, i Starsi cię szukają, więc lepiej do nich idź.
- Mnie?!
- Tak, kazali mi cię znaleźć.
- Dobra, pójdę tam zaraz - wykręcił się Luneth, niezbyt ucieszony perspektywą tego spotkania. Przypomniał sobie swoją kąpiel w uzdrawiającym źródle i mina mu się wydłużyła. „Ale jak mogli się o tym dowiedzieć?!” - Najpierw muszę poszukać Arca. Nie widziałeś go czasem, Cad?
- Nie, ale możliwe, że jest nad jeziorem. Stara Flossowa szła tu przed chwilą i zrzędziła, że jakieś łobuzy wydzierają się za miastem. Pewnie doczepili się do twojego kumpla.
- Jasna cholera, lecę tam!
- Luneth, wiem, że martwisz się o Arca, ale idź najpierw do Starszych, bo mi się oberwie, że ci nie powiedziałem! - nalegał płaczliwie Cad.
- Później! - odkrzyknął niecierpliwie Luneth i pomknął ku jezioru.
- Chłopcze, chodź no tu - z domu, w którym obradowali Starsi, wychylił się siwy mężczyzna i kiwnął na osamotnionego Cada.
Chłopak zrobił nieszczęśliwą minę, oczekując bury za nieprzyprowadzenie Lunetha. Na szczęście starzec kazał mu tylko poprosić o przyjście Ninę, więc z radością zemknął mu z oczu.

- I co teraz zrobisz? Gdzie twój rycerz w lśniącej zbroi? - zaszydził jeden z chłopców, otaczających półkolem szatyna.
Pozostali zarechotali złośliwie, zadowoleni z bezkarności, jaką zapewniała im nieobecność Lunetha. I własna przewaga liczebna.
- Pewnie ma cię już dość, lamusie. I nic dziwnego. Kto by chciał z tobą gadać!
- Oberwaliśmy wczoraj od tego twojego ochroniarza - kolejny uczestnik zgromadzenia wyrwał Arcowi książkę i zważył ją w ręku. - ...więc czas na mały rewanż. Chłopaki, jak myślicie, da się tym puszczać kaczki po wodzie? - udał, że zamierza się do rzutu w stronę jeziora.
- Oddaj mi ją - prosił zaniepokojony Arc.
- Bo co, jeśli tego nie zrobię, ofermo? - wykrzywił się młody hultaj.
Cisnął książkę pogardliwie na ziemię, a potem popchnął jej właściciela, aż ten uderzył plecami o drzewo.
- Mam pomysł! - wykrzyknął trzeci chłopak i zwrócił się drwiąco do Arca. - Skoro twierdzisz, że duchy nie istnieją, to idź do Kazus i to udowodnij!
- Dobry pomysł! - podchwyciła pozostała dwójka.
- Co, masz cykora, fujaro?
- Ofiara losu!
- Tchórz!
- Co wy tu robicie, gnoje?!
Młodociani dręczyciele skamienieli ze zgrozy. Właśnie stanęli twarzą w twarz ze wściekłym "rycerzem w lśniącej zbroi". Wiedzieli, że nie mają z nim żadnych szans. Zrobili więc to, co podpowiadał im nieomylny instynkt.
- To LUNETH!!! Rany, wiejmy stąd! - zawołał rozpaczliwie jeden z nich, po czym wszyscy trzej dali drapaka tak prędko, że o mało się nie poprzewracali na równej drodze.
Srebrnowłosy nastolatek spojrzał gniewnie za nimi, ale ich nie ścigał. Żałosne padalce. Obrócił się do przyjaciela, stojącego ze smutnie opuszczoną głową.
- Arc, wiesz co - zaczął, ale zawstydzony chłopiec minął go i uciekł prędko, nie odzywając się ani słowem. - Arc! Dokąd biegniesz? Nie musisz przede mną uciekać! Heeej! - wołał za nim bezskutecznie.
W końcu poniechał nawoływania i podniósł z ziemi zapomnianą przez kumpla książkę. Otrzepał ją z piasku i starannie wytarł rękawem, po czym spojrzał na okładkę. "Roślin Y Zwierząt Tudzież Bestyi Przeraźliwych Opisanie, Ilustracye Y Obyczaye Tychże Zawierayące". "Każda pora jest dobra na przyswajanie wiedzy. Arc powinien sobie to wymalować na czole jako motto", zachichotał i ruszył śladem uciekiniera. Musiał go odnaleźć i sprowadzić bezpiecznie do domu.

- Co to za gadanie o kryształach i misji? Na ulicy słyszałam jakieś bzdury na ten temat - Nina zmarszczyła groźnie brwi i wkroczyła do przybytku Topapy. - Co Luneth ma z tym wspólnego, hę?
- Usiądź, moja droga. Musimy porozmawiać. Wiedziałaś od początku, że coś takiego może się zdarzyć... - zaczął niepewnie Topapa.
- Co masz na myśli? - zdenerwowała się.
- Posłuchaj...

Luneth miał zamiar popędzić za Arkiem, którego malejącą sylwetkę widział jeszcze na końcu ulicy. Niestety, akurat zza rogu wyłoniła się Stara Flossowa. Zoczywszy go, chwyciła go za kołnierz, zaskakująco krzepko jak na swój zaawansowany wiek.
- Widziałam przed chwilą tych nicponiów. Arc znowu był prześladowany? - spytała domyślnie. - Wychowywaliście się razem od małego. Powinieneś lepiej się nim opiekować, chłopcze - złajała go surowo.
- Staram się jak mogę, proszę pani - Luneth zerkał niespokojnie w kierunku, w którym odbiegł przyjaciel. - Naprawdę.
Niestety, nie było go już widać. "Pewnie poleciał do Kazus", przypomniał sobie, co usłyszał od gnojków nad jeziorem.
- No dobrze. Pamiętaj o tym - energiczna staruszka uwolniła wreszcie jego kołnierz, więc nie czekając na kolejne nagany, pognał w kierunku wyjścia z miasteczka. Nie było mu jednak dane wykonać tego zamierzenia.
- Luneth!!! Idź do Starszych, OK?! Bo mnie już twój stary trzy razy pytał, gdzie jesteś - złapał go udręczony Cad.
- Dobra, już dobra. Idę - Luneth obejrzał się jeszcze za siebie i wkroczył do siedziby Starszych.
Przygotował się na kolejną połajankę. A wysłuchał ich już sporo w swoim nastoletnim życiu. "Byle nie było za dużo ględzenia", pomyślał niecierpliwie, gdyż bardzo niepokoił się o Arca. Jego przyjaciel nie wypuszczał się sam na podobne wycieczki. Żeby tylko nie spotkało go nic złego...

"Dość tego", pomyślał zgnębiony Arc. "Pokażę im, że nie jestem mięczakiem. Dam sobie radę."
Spojrzał do tyłu, wahając się. Zaraz jednak podjął decyzję.
- Muszę to zrobić sam. Tym razem nie mogę prosić Lunetha o pomoc - wyszeptał, wziął głęboki oddech i opuścił Ur.

Siwobrody starzec w zamyśleniu przesuwał palcem po grzbietach starych ksiąg, które stały równo poukładane na półkach ciągnących się wzdłuż jednej ze ścian. Jego myśli zaprzątnięte były jednak czymś innym niż stanem zakurzonych foliałów. Drzwi otwarły się, pchnięte energiczną dłonią i do pomieszczenia wkroczył Luneth. Zerknął na prawo, gdzie przy oknie stała Nina. Nie odwróciła się do niego, gdy wszedł.
- A więc to ty zostałeś wybrany, Luneth - westchnął Topapa, jakby dotąd nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.
- O właśnie! I nie wiem, co jest grane. Wleciałem do jaskini i tam był taki niebieski kryształ i on powiedział coś o ciemności i świetle, jakieś rzeczy o przeznaczeniu i równowadze, że mam kogoś szukać, jakichś wojowników czy coś - przejęty chłopak ciągnął na jednym oddechu.
- Twoje spotkanie z Kryształem nie było przypadkowe - odparł spokojnie starzec. - Zostałeś przez niego wybrany.
- A więc wiesz o tym? - wykrzyknął zaskoczony Luneth. - Powiesz mi, o co tu chodzi? Do czego zostałem wybrany? Nic nie rozumiem!
Topapa spojrzał na niego badawczo.
- Posłuchaj, coś ci opowiem. Wiele lat temu przybył do Ur pewien podróżnik. Twarz miał usmoloną sadzami, ubranie porozrywane i nadpalone. Był w opłakanym stanie. Przyszedł do mnie, trzymając w ramionach małe dziecko - urwał na chwilę, obserwując słuchającego go uważnie nastolatka. - Tym dzieckiem byłeś ty, Luneth.
Chłopak nie odpowiedział, ze ściągniętymi brwiami przyswajając sobie częściowo nowe informacje. Choć wiedział, że jego rodzice nie żyją, to nie znał szczegółów.
- Pomyśl tylko - podjął starszy mężczyzna. - Już jako takie malutkie dziecko byłeś wybrańcem Kryształu. Już wtedy czekało cię to wielkie przeznaczenie.
- Ale co ja mam właściwie zrobić? - Luneth rozłożył ramiona bezradnym gestem. - Przecież nie mam o niczym pojęcia-
- Dasz sobie radę - przerwał mu łagodnie Topapa.
Pogładził go z czułością po policzku i uśmiechnął się.
- Musisz wyruszyć w podróż. Daleką podróż. Ale poradzisz sobie, wiem o tym. Widzę w tobie światło, wielką siłę, którą masz w sercu.
Luneth spojrzał w mądre oczy swojego opiekuna i niepewnie odwzajemnił uśmiech. Poczuł się dużo lepiej, i choć nie był o wiele mądrzejszy w wiedzę, co robić dalej, powróciła mu pewność siebie i zwyczajowa chęć do działania. Pragnął przekonać się, co na niego czeka.
- Uważaj na siebie, chłopcze - pożegnał go Topapa.
Bardzo chciał mu coś powiedzieć. Że wcale nie chciałby, żeby Luneth musiał to robić. Że to niesprawiedliwe. Że nie wie dokładnie, co go spotka na drodze. I choć bardzo by tego pragnął, nie umie mu pomóc ani doradzić. Ale nie chciał go obarczać swoimi wątpliwościami. Luneth musiał być silny i skupić się na celu. Nie mógł tracić czasu na czcze rozmyślania, do niczego nie prowadzące. Nie mógł się wahać. Więc Topapa nic nie powiedział.
Oczywiście Nina nie miała takich oporów. Odwróciła się od okna i podeszła do swojego przybranego syna.
- Luneth, chciałabym, żebyś został, ale wiem, że to niemożliwe. Normalnie nie umiem utrzymać cię w domu, a teraz to już w ogóle nie mam na to żadnych szans - uśmiechnęła się melancholijnie. - Będę się o ciebie okropnie martwić. Obiecaj mi chociaż, że będziesz ostrożny - objęła go i mocno uściskała.
- Postaram się - Luneth odwzajemnił uścisk.
- I jak będziesz mógł, to napisz czasem. Daj chociaż znać, gdzie jesteś.
- Dobrze, obiecuję.
Machnął Ninie i Topapie ręką na pożegnanie i ruszył pędem do drzwi. W progu o mało nie przewrócił jakiegoś staruszka.
- ...praszam! - wymamrotał pospiesznie i podjął bieg.
- Ta dzisiejsza młodzież... - starzec potrząsnął głową z potępieniem.

- Wcale mi się to nie podoba - powiedziała ponuro Nina. - Nie powinniśmy mu na to pozwolić.
- Przecież wiesz, opowiadałem ci o Kryształach i Wojownikach Światła - Topapa przypomniał bez większego entuzjazmu. - Jeśli nikt nie wypełni zadania, wkrótce i tak wszystkich nas czeka marny los...
- Wiem, wiem - burknęła. - Ale czemu to musi być Luneth? Czemu nie ktoś inny? Tylko mi nie mów, że taka była wola Kryształu - spojrzała na niego koso.
Topapa rozsądnie nie odezwał się.

- Dlaczego ciągle muszę się tak męczyć? - sapnęła zbuntowanym tonem rudowłosa dziewczyna, wdrapując się na wzgórze. - Inni w tym czasie robią co chcą, a ja muszę tyrać w kuźni. Koniec z tym.
Ściągnęła z dłoni ciężkie, robocze skórzane rękawice i cisnęła je ze złością na ziemię. Klapnęła na trawę i otarła dłonią czoło, rozmazując na nim brudną smugę. Siedziała, kontemplując rozciągającą się u stóp wzgórza osadę. Gdy odpoczęła, drogą ze szczytu pagórka pomaszerowała w stronę jak najbardziej przeciwną oglądanej przed chwilą mieścinie. W miarę oddalania się od niej nabierała coraz lepszego humoru.
- O, tam jeszcze nie byłam - osłaniając dłonią oczy, spojrzała na horyzont.
Płaski, rozległy obszar płowej barwy ciągnął się od podnóża jednych gór na północy do drugich, wyznaczających jego kraniec na południu. Pustynia nie imponowała rozmiarem, ale i tak była wystarczającym wyzwaniem jak na możliwości piechura. Żeby ją całą przejść, z pewnością potrzeba było kilku dni. Po paru godzinach wędrówki młoda podróżniczka dotarła do wysokich skał - granicy, oddzielającej step od pustyni. Odtąd zaczynały się już piaski.
- Ejże, czy to czasem nie jest...? - uważnie spojrzała na nie pasujący do krajobrazu element.
Rozpoznawszy go, ucieszyła się i nie zwlekając ani chwili, pomknęła pędem w jego kierunku.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2014/01/26 02:14 przez shizonek. Powód: kolory:)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/20 14:50 #10141 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Bardzo ładne opowiadanie, chociaż spodziewałem się większej dawki humoru po Tobie. Bardzo podobał mi się tytuł książki: Roślin Y Zwierząt Tudzież Bestyi Przeraźliwych Opisanie, Ilustracye Y Obyczaye Tychże Zawierayące: chyba najbardziej epicki tytuł Bestiariusza jaki widziałem. ;)



Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/20 15:49 #10142 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Nic dziwnego, że Arc tak lubi go czytać. :P

Humoru może i mało. Tyle, że to zamierzony efekt - nigdy nie twierdziłam, że to będzie komedia. Starałam się jednak nie zionąć przyciężkim klimatem, w końcu gra nie jest ponura. Nie martw się, potem jest sporo zabawnych (mam nadzieję) momentów. Tym niemniej mam na uwadze, iż jeśli kiedyś zabiorę się do napisania części drugiej, to ona będzie o wiele poważniejsza.
Uwaga: Spoiler! [ Kliknij, aby rozwinąć ]

Tak więc nie mogą te części nadmiernie od siebie odstawać. I tak pierwsza jest bardziej przygodówkowa, lżejsza, niźli będzie kontynuacja. :)

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/21 09:36 #10143 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Piękny, długi kawał dobrego opowiadania. Nie martw się, nie znalazłam tutaj nic, co chciałabym poprawić ;) Charaktery postaci dobrze nakreślone, co nie jest przecież łatwe, bo bohaterowie FFIII, mimo nadania im imion oraz konkretnego kształtu, są jednak wciąż dość schematyczni. Tutaj znacznie zyskują i stają się bardziej żywi. Ładnie wyjaśniona sprawa skrzynek z potionami i magicznego źródełka, walki z potworami opisane tak, by można było je sobie wyobrazić, ale też bez nawału zbędnych szczegółów typu "sparował cios, używając techniki, którą dawno temu nauczył go jego stary mistrz, a następnie zagłębił swój miecz, wykuty z najlepszego gatunku stali, produkowany jedynie w kraju brodatych krasnoludów za siedmioma górami, w trzewiach kolczastego potwora, precyzyjnie umieszczając go pomiędzy siódmym żebrem a zatoką żylną serca" :P

Zastanawia mnie tylko, kiedy Twoja historia zacznie się rozbiegać z tym, co przedstawione jest w grze. Bo na razie wygląda to chyba identycznie (przynajmniej porównując z tym, co ja pamiętam z gry, a doszłam do drugiego kontynentu). Ciekawi mnie Twój pomysł na tę opowieść. Ale nie uprzedzajmy faktów, chętnie na to poczekam i sama się dowiem ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/22 20:09 #10150 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

Emoonia napisał: Charaktery postaci dobrze nakreślone, co nie jest przecież łatwe, bo bohaterowie FFIII, mimo nadania im imion oraz konkretnego kształtu, są jednak wciąż dość schematyczni.

To była akurat najprzyjemniejsza część pracy. Wbrew pozorom, pisanie o kimś tak mocno określonym, jak np. Squall, jest trudne. Trzeba bardzo ściśle trzymać się ramek kanonu. W przypadku Trójki jest na odwrót. Tak jak piszesz, bohaterowie są schematyczni i żeby nadać im głębię, trzeba zacząć od zrobienia portretu psychologicznego. :P Nie znaczy to, że potem można już szaleć i robić z bohaterem co popadnie (w końcu trzeba się stosować do własnego 'kanonu'), ale samo tworzenie charakteru postaci na podstawie kilku zdań wypowiedzianych w grze, oficjalnego opisu i tego, co się dzieje w trakcie rozgrywki, jest fantastyczną rozrywką. Chyba bawiłam się przy tym lepiej niż przy dialogach. :P

Emoonia napisał: Zastanawia mnie tylko, kiedy Twoja historia zacznie się rozbiegać z tym, co przedstawione jest w grze. Bo na razie wygląda to chyba identycznie (przynajmniej porównując z tym, co ja pamiętam z gry, a doszłam do drugiego kontynentu). Ciekawi mnie Twój pomysł na tę opowieść. Ale nie uprzedzajmy faktów, chętnie na to poczekam i sama się dowiem ;)

O, żebyś się nie rozczarowała. Nie zamierzam mieszać w fabule. Mój wkład polega raczej na własnym spojrzeniu na całość pod kątem obyczajowo-dialogowym;P Zauważyłam, że wielu autorów fanfików koncentruje się na fantastyczno-metafizyczno-patetycznej stronie opowieści. A ja z przekory, wolę sprowadzać te historyjki na ziemię i jakoś w miarę możliwości je urealniać. Smoki, firagi, owszem. Ale ktoś musi też pisać o ubłoconych butach, siedzeniu przy ognisku i takich różnych trywialnych rzeczach. (czy ktoś zastanawiał się, jak kolosalną ilość godzin bohaterowie FF spędzają, włócząc się po wertepach? ;))
[/color]
- - - - - -




2. Duch, nie duch?

Luneth wychynął z lasu i ujrzał pierwsze zabudowania Kazus, luźno rozrzucone po obu stronach drogi. Im bliżej centralnej części, tym domy stały w coraz ciaśniejszym szyku, jeden przy drugim. Luneth bywał tu wielokrotnie, droga z rodzinnego Ur nie była daleka. Sam lubił ją sobie jeszcze skracać przez las, podczas gdy prawie wszyscy jego krajanie skrzętnie omijali puszczę i wędrowali jej skrajem. Miał nadzieję, że biegnąc skrótem, nadrobił czas, o który wyprzedzał go Arc, zapewne idąc do Kazus standardową trasą. I rzeczywiście, już za pierwszym zakrętem zobaczył znajomą postać. Arc stał na poboczu i obserwował miasteczko. Niepewnie przestępował z nogi na nogę, zapewne zastanawiając się, czy iść dalej, czy zawrócić. Twarz Lunetha rozjaśniła się z radości na jego widok. Podszedł i położył mu dłoń na ramieniu, nie spodziewając się gwałtownej reakcji, która nastąpiła.
- Achh! - zaskoczony szatyn aż się zachłysnął.
Upadł na kolana, skulił się i objął głowę rękami, czekając na nieuchronny cios.
- P-proszę, n-nie rób mi krzywdy...
- To ja, Luneth! - "napastnik" pospiesznie uspokajał przerażonego kumpla. - Nie bój się, Arkie.
Usłyszawszy serdeczny głos przyjaciela, ciemnowłosy chłopiec wstał i odetchnął z ulgą.
- W ogóle nie słyszałem, jak nadchodzisz. Myślałem, że to któryś z tych... duchów mnie zaskoczył - wyznał, okropnie speszony.
- Co tu robisz? Czemu uciekłeś z Ur? - Luneth rozłożył ręce pytającym gestem.
- Bo widzisz... Ja chciałem... chciałem udowodnić, że nie jestem tchórzem. Dotarłem tutaj sam, bez niczyjej pomocy. Ale dalej... - Arc spuścił wzrok. - ...po prostu nie mogłem...
- Już dobrze - Luneth przesunął dłoń po jego włosach pocieszającym gestem. - Nie martw się tym. Odprowadzę cię z powrotem do Ur, dobra?
- Luneth, pozwól mi iść z tobą - poprosił żarliwie Arc.
Srebrnowłosy chłopak rozważał zaskakującą prośbę. Milczał chwilę, nie wiedząc, jak postąpić. Czuł, że powinien odeskortować przyjaciela do domu, upewnić się, że jest bezpieczny i dopiero wtedy kontynuować podróż.
- Na pewno tego chcesz? Wiem, że od dawna chciałem cię wyciągnąć w teren, ale to nie tym razem. Mam do zrobienia coś ważnego i niebezpiecznego. Wybieram się teraz do Kazus, ale na nim się nie skończy. Nie wiem, dokąd będę musiał się powlec ani kiedy wrócę do domu. To nie będzie piknik na łące. Będą potwory, trzeba będzie walczyć. A ciebie nigdy nie ciągnęło na żadne wyprawy - położył dłonie na ramionach przyjaciela i spojrzał mu głęboko w oczy. - Więc zastanów się dobrze, czy chcesz się w to pakować. Jesteś całkowicie pewien, że chcesz iść ze mną?
- Tak, jestem pewien - Arc był przekonany, że podjął właściwą decyzję. - To zabierzesz mnie ze sobą? Proszę cię, Lun... Proszę...
- Jasne, kumplu! - Luneth wyściskał go z radością. - Jak mówiłem, zawsze chciałem pokazać ci tyle miejsc. A kto wie, może obejrzymy razem jakieś nowe? No to w drogę!
- W drogę - Arc ruszył za nieustraszonym przyjacielem w kierunku nawiedzonego miasteczka.

Kazus było jak wymarłe, ani śladu żywej duszy. Sklepy były pozamykane, miały zasunięte okiennice, a drzwi pozatrzaskiwane. Jedynymi ruchomymi obiektami były z rzadka przelatujące z wiatrem śmieci albo obluzowany szyld, kiwający się nad wejściem.
- Chodźmy do gospody, może tam się czegoś dowiemy - zaproponował zafrasowany Luneth.
W środku natknęli się na dziwnie wyglądającą postać. Jej czy też jego sylwetka była zamglona i półprzejrzysta. Wyglądała jak cień albo pasma mgły uformowane w niewyraźny, falujący kształt. Zaciekawiony Luneth podszedł bliżej, a Arc przysunął się do niego, niepewnie popatrując na zjawę. Z trudem powstrzymał chęć złapania przyjaciela za rękę. Przecież przyszedł tu, żeby sobie coś udowodnić. Nie może wiecznie korzystać ze wsparcia Lunetha. Zebrał się w sobie i spojrzał z determinacją na "ducha".
- Cześć i czołem! Jestem Cid z Canaan - powitał ich wesoło duch. - Cid Haze.
Widać niedomaganie w kwestii wizualnej nie kolidowało z darem wymowy.
- Powiedziałem "Canaan", a w tej dziurze to siedzę od czasu, gdy mój statek utknął koło Doliny Nelv - wyjaśnił Cid. - Nie idzie się stamtąd wydostać, bo jakaś wielka skała blokuje przejście - ciągnął, nie dając chłopcom dojść do głosu. - Chyba rymnęła po tym trzęsieniu ziemi. Na domiar złego, miałem cholernego pecha i jak widzicie, oberwałem klątwą, razem z lokalsami. Ni w tą, ni w drugą. To się nazywa wdepnąć w gówno! - wybuchnął rubasznym śmiechem.
Arc słuchał go uważnie, zapomniawszy o początkowej obawie. Kiedy usłyszał o klątwie, nachylił się do kolegi i wyszeptał mu do ucha z przejęciem:
- Luneth, powinniśmy im pomóc. Zróbmy coś.
Cid zauważył szansę na wykaraskanie się z nieciekawej sytuacji.
- A co wy na to, jakbym wam pożyczył mój latający statek, co? - spojrzał najpierw na jednego, potem na drugiego nastolatka. - Słyszałem, że klątwę można zdjąć mithrilowym pierścieniem. Niestety, psia mać, tutejszy kowal Takka, który mógłby wykuć taki pierścień, sam jest duchem - podrapał się z zakłopotaniem po przezroczystej głowie. - Więc nic nie zrobi. Jego córka, która uczy się na kowala, znikła gdzieś, no i tym sposobem jesteśmy udupieni na cacy. To jak, chłopaki? Pomoglibyście nam?
Arc spojrzał na przyjaciela, czekając na jego decyzję. Luneth kiwnął głową na zgodę.
- Dobra. Zobaczymy, co da się zrobić.
- Świetnie - ucieszył się Cid. - Statek jest na pustyni, na zachód od Kazus. Traficie tam?
- Spoko, psze pana - Luneth machnął lekceważąco dłonią. - Nie ma takiego miejsca, do którego bym nie trafił.
- A więc jeszcze raz dzięki i powodzenia. Oby wam się udało, chłopaki - pożegnał ich duch. - Liczę na was.

Na zewnątrz paru tubylców snuło się bez życia tu i tam. Luneth próbował zagadnąć jednego z nich, ale ten nie był zbyt pomocny. W ogóle nie słuchał, co się do niego mówi. Nieustannie biadolił, że w tej postaci nie jest w stanie nic zrobić. Nawet utopić się nie może, bo jest nieśmiertelny.
"To ci problem", pomyślał kąśliwie Luneth.
- Arc, chodźmy do kowala. Może on nam coś powie o klątwie albo o pierścieniu.
Wizyta okazała się rozczarowująca. Zniecierpliwiony Takka nie wniósł niczego nowego, poza narzekaniem i lamentami nad zaginięciem córki. Chłopcy zostawili go samego, ale Luneth nie poddawał się tak łatwo. Znalazł jakiegoś rozmowniejszego "ducha", wyciągnął z niego trochę informacji, potem odrobinę z drugiego i wreszcie sytuacja zaczęła się klarować.
- Czyli trzęsienie ziemi zwaliło skałę na Nelv i uwolniło demona, tego jakiegoś Dżinna. Wyleciał z jaskini i puścił na Kazus klątwę.
- Tu jest rejon występowania złóż mithrilu, a klątwę zdejmuje właśnie ten metal. Dlatego pewnie Dżinn przeklął miasto.
- Cwaniak, pozbył się zagrożenia.
- Albo zemścił się za to, że mieszkańcy wygnali go do Zapieczętowanej Jaskini.
- Wygląda na to, że musimy go odwiedzić. I ciekawi mnie, co z tą kowalową córką. Facet w gospodzie mówił, że miała dość harówy w kuźni i zwiała. Powinniśmy jej poszukać. Sami przecież nie wykujemy pierścienia.
- To dokąd teraz?
- Najpierw znajdźmy statek, a potem pomyślimy co dalej. Idziemy, Arkie. Nic tu już po nas.

Arc poczuł się swobodniej dopiero po opuszczeniu Kazus. Widok jego nieszczęsnych mieszkańców jednocześnie zasmucał go i niepokoił. Z całego serca pragnął im pomóc, ale nie był pewny, czy się na to zdobędzie. Zerknął na swego serdecznego druha, który szedł obok i przeczesywał wzrokiem przydrożne krzewy w poszukiwaniu zagrożenia. Od razu poczuł się pewniej i bezpieczniej. Odwaga Lunetha dodawała mu otuchy. Sam być może nie poważyłby się na dalszą podróż, w końcu to był pierwszy raz, gdy wypuścił się tak daleko. Ale wędrówka u boku bitnego przyjaciela - to całkiem co innego.
- No co tam? Nie nudzisz się? Chciałbyś wreszcie spotkać jakiegoś potwora, co? - Luneth zauważył, że Arc mu się przygląda, więc wesoło puścił do niego oko.
- N-nie wiem... nigdy nie widziałem żadnego ...na żywo - zająknął się Arc, świadom, iż jedyny kontakt, który do tej pory miał z potworem, to... Lunethowy prezent w postaci suszonych uszu goblina. Ale to się chyba nie liczy?
- To niedługo będziesz miał okazję. Tylko patrzeć, jak coś wyskoczy z krzaków. Sęk w tym, żeby ten żywy potwór przestał taki być - zaśmiał się młody pogromca bestii.
Gdy przebyli małą dolinkę i zbliżyli się do wylotu groty w skalistym zboczu, usłyszeli skrzeki. Po plecach Arca przebiegły ciarki.
- L-Luneth, słyszałeś? Co t-to było?
- To tylko goblin. A raczej dwa, jak sądzę. Gobliny to cieniasy, ale na wszelki wypadek stań za mną, żeby cię nie drapnęły. Zaraz wylezą, już je czuć. Strasznie śmierdzą.
Arc też poczuł okropny fetor, a po chwili ujrzał istoty, które były jego źródłem. Dokładnie takie, jak na obrazku w książce - tyle, że okropniejsze, cuchnące, no i niepokojąco żywe. Pierwszy, który wylazł z pieczary, zaskrzeczał głośno, wołając towarzysza. Małe, smoliście czarne oczka błysnęły złowrogo, gdy potwór ruszył w kierunku chłopców. Luneth wyciągnął miecz i zasłonił sobą bezbronnego kumpla.
- Cofnij się, Arc - nakazał mu krótko, cały czas obserwując zbliżającego się goblina. - Za tą skałę.
Szatyn posłuchał bez wahania. Serce biło mu mocno i choć widok szkaradnej istoty napełniał go lękiem, nie potrafił odwrócić wzroku. Przycisnął się do szorstkiej skały i nerwowo zacisnął dłonie na wystającym kamieniu. Choć Luneth zaszlachtował już wiele takich monstrów, Arc czuł niepokój. Przyjaciel bardzo szybko rozwiał jego obawy. Zanim goblin zdołał zaatakować, Luneth błyskawicznym ruchem obciął mu głowę. Arc zacisnął powieki, nie mogąc znieść tak szokującego widoku, ale szybko wziął się w garść i otwarł oczy. Akurat w porę, by zobaczyć, jak Luneth przyszpila drugie straszydło do drzewa. Gdy wyszarpnął miecz z goblina i wziąwszy zgrabny, szeroki zamach, także i tego pozbawił łba, Arc poczuł mdłości. Czuł się fatalnie, jakby zawiódł Lunetha. Sam go prosił, żeby zabrał go ze sobą, a teraz co? Pierwsza walka z potworami, a on nie potrafi zapanować nad własnym żołądkiem.
- Nic ci nie jest? - zaniepokojony Luneth spojrzał na kumpla, który opierał się o białą, wapienną skałę i miał właśnie taki kolor twarzy.
- N-nie, nic - zapewnił słabo Arc.
Chwiejnie zbliżył się do miejsca potyczki. Widok Lunetha, obojętnie strząsającego z miecza krwawo-szare strzępy i wycierającego ostrze w goblinowe łachmany nie tylko nie pomógł mu w opanowaniu się, ale zadziałał dokładnie na odwrót. Arc zawrócił do skały i pochylił się przy niej, czując, jak ciałem wstrząsają mu torsje.
- O rany, Luneth, tak mi głupio - zdołał opanować się na tyle, by ze wstydem wykrztusić kilka słów. - Przepraszam, ale nie mogłem wytrzymać, jak zobaczyłem ten obcięty łeb i resztę.
- Nie przejmuj się. To normalne, że na początku ma się chęć sheftać. Ja sam też tak miałem.
- Na pewno tylko mnie tak pocieszasz - załamany Arc nie śmiał spojrzeć mu w oczy.
- Serio gadam. Żebyś widział, jak mnie wzięło! Kiedy zarżnąłem swojego pierwszego goblina, rzygałem dalej niż widziałem - zarechotał Luneth. - Z czasem przyzwyczaisz się jak ja.
- Sam nie wiem - wątpił Arc, znacznie jednak podniesiony na duchu jego wyznaniami. Nie czuł się już takim nieudacznikiem. - Jesteś dzielny i dla ciebie taki potwór to nic wielkiego. Ale dla mnie-
- Przekonasz się, że mam rację. Jesteś odważniejszy, niż ci się zdaje. Tylko musisz w siebie uwierzyć. Głowa do góry, Arc - Luneth żartobliwie ujął go za podbródek. - Nie martw się tym niepotrzebnie. Nic na siłę.
- Dobrze, Lun...
- A to... to tylko potwory - szturchnął butem leżące truchło. - One nie są jak normalne żywe istoty, jak zwierzęta czy coś. To groźne szkodniki, które trza tępić. Plugastwo. Wiem, że te flaki nie wyglądają zbyt miło, no ale co ci poradzę. A teraz zabierajmy się stąd, zanim przylezą kolejne śmierdziuchy. Chyba że chcesz sobie pooglądać więcej flaków?
- Nie, nie chcę - Arc błyskawicznie był gotów do dalszej drogi, byle tylko Luneth nie zmienił zdania.
- To się zwijamy. Dziś już nie dojdziemy na pustynię, jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Za godzinę zajdzie słońce i będziemy musieli zatrzymać się na nocleg. Nigdy nie spałeś na dworze, co nie?
- Nie, nie spałem.
- To będziesz miał okazję się przekonać, jak to jest. Wyleciałeś z Ur jak do pożaru - zażartował Luneth - i nie wziąłeś ze sobą niczego, więc będzie nam musiało wystarczyć to, co ja mam. Ale damy sobie radę.

Zgodnie z zapowiedzią, gdy słońce zaczęło znikać za horyzontem, Luneth zarządził postój.
- Tu nam będzie wygodnie - uznał, rozglądając się po zacisznej kotlince.
Niedaleko przepływał strumyk, a słabo zalesione zbocza zapewniały względne bezpieczeństwo. Żaden potwór nie mógł podkraść się niezauważony ani ukryć w gąszczach.
- Chodźmy nazbierać drewna na ognisko. Będzie nam potrzeba dość dużo, bo na całą noc. Idziesz ze mną - zarządził Luneth. - Na razie nie masz broni, ale może coś znajdziemy po drodze. Niestety, nie mam kasy na nic - przyznał z zakłopotaniem. - Ale w Kazus i tak nic nie dało się shandlować od tych duchów. Więc dopóki się w coś nie uzbroisz, masz się ode mnie absolutnie nigdzie nie oddalać i nie włazić w żadne podejrzane miejsca. Chcę cały czas mieć cię w zasięgu wzroku. Jak się pojawi potwór, to trzymaj się od niego z daleka. Stój za mną albo coś. I nie właź do wody, jeśli to jakieś większe jezioro. Uważaj, jak przechodzisz przez gęste krzaki, żeby nic cię nie zaskoczyło. Jak usłyszysz albo zobaczysz coś niepokojącego, to nie leć tego sprawdzać, tylko mi o tym powiedz. I masz mi natychmiast mówić, jeśli źle się poczujesz albo będziesz zmęczony. Rozumiesz wszystko? - zakończył długą litanię zakazów i nakazów.
- Tak. Mam się trzymać blisko ciebie i nie robić niczego głupiego - powtórzył karnie ciemnowłosy chłopiec.
Ani w głowie mu nie postało, by na własną rękę sprawdzać, co podejrzanie zaszeleściło po prawej czy lewej stronie ścieżki.
- Zgadza się. Tak naprawdę to będzie fajnie. Tylko trzeba uważać, co się robi, żeby nic dupy nie wygryzło. A teraz zasuwamy wreszcie po te patyki. Wiesz, które zbierać?
- Domyślam się, że suche, z liściastych drzew. Bukowe, dębowe, brzozowe...?
- Ano. Takie są najlepsze, bo się dobrze palą i nie strzelają iskrami. Nie sądziłem, że będziesz wiedział.
- Czytałem kiedyś o rodzajach drewna opałowego - przyznał Arc, podnosząc uschniętą gałąź. - Pamiętam jeszcze tabelkę z wartościami kalorycznymi poszczególnych gatunków. Jeśli chcesz, mogę ci powiedzieć, które najlepiej-
- Nie, nie trzeba! Wierzę ci na słowo - Luneth przeraził się perspektywą wykładu o drewnie opałowym. - To na pewno bardzo ciekawe, ale może innym razem.
- Dobrze - niezrażony szatyn wrócił do zbierania drew.
Określenie "las" było w tym wypadku nieadekwatne. Nawet zagajnik był słowem na wyrost. Karłowate drzewa rosły w rzadkich, oddalonych od siebie kępach - wyraźny wpływ pobliskiej pustyni. Wspomniane przez Arca gatunki drzew nie rosły w tym przedsionku piaszczystego pustkowia. Coś palnego jednak się znalazło, więc nazbierawszy po solidnej wiązce gałęzi, chłopcy wrócili nad strumień.
- A zapalić ognisko umiesz? Była gdzieś pod tą tabelką instrukcja, jak się to robi? - podśmiewał się przyjaźnie Luneth.
- Nie było - zamyślił się Arc. - Ale to chyba nic trudnego?
Rozweselony Luneth zlitował się nad nim już po dwóch bezowocnych próbach i pokazał mu, jak ułożyć i zapalić stos gałęzi. Prosta czynność okazała się jedną z tych, których nie można nauczyć się z książek.

Arc rozglądał się z obawą dookoła. Nadszedł wieczór i zapadły ciemności. Ale nie takie, jak w miasteczku. Tam zawsze były jakieś, choćby słabe czy odległe źródła światła. Blask lampy lub świeczki, otwarte na oścież drzwi do oświetlonej świątyni, latarnie... To wszystko odbijało się w szybach, gładkich powierzchniach i dawało poświatę, którą emanowało miasteczko jak każde większe ludzkie skupisko. Tutaj, w kompletnej głuszy było prawie smoliście czarno. Las rysujący się na tle nieba zdawał się być litą, nieprzeniknioną ścianą, groźną i straszną. Gdyby nie skromny blask ogniska, Arc nie widziałby nawet dłoni trzymanej przed własnymi oczami. Nigdy nie bał się ciemności bardziej niż rówieśnicy, ale teraz doświadczył atawistycznego lęku. Tutejsza ciemność była nieoswojona i wypełniona nieznanymi odgłosami - szuraniem, skrzeczeniem, szelestem. Miał wrażenie, że coś się w niego wpatruje i za chwilę wypadnie z mroku i wbije mu kły w kark.
- Coś nie tak? - spostrzegawczy Luneth zauważył jego niepokój.
- Nie, wszystko d-dobrze, tylko... tu jest tak jakoś ciemno... - wyszeptał Arc.
- A, rzeczywiście. W Ur jest inaczej. Zapomniałem, że nie jesteś przyzwyczajony do takich ciemności. Ale poza miastem prawie zawsze tak jest. Chyba, że świeci księżyc, no ale to nie dziś.
- Słyszałeś? - Arc drgnął nerwowo, usłyszawszy w oddali jakieś wycie. - Co to?
- Wilk. Nie ma się czym przejmować. Nie podejdzie do ognia.
- A są... są tu po-potwory...?
- No są, włóczą się gobliny i różne latające świństwa. Tyle że raczej w dzień. Ale nic się nie bój. Jakby jakieś plugastwa się przyplątały, to je zatłukę. Nie pozwolę, żeby coś ci zrobiły - zapewnił chwacko Luneth. - Ze mną jesteś bezpieczny.
- Dzięki - Arc uśmiechnął się z wdzięcznością i na wszelki wypadek usiadł bliżej niego.
Harde słowa przyjaciela miały magiczną moc. Ciemność zszarzała, a niepokojące odgłosy stały się tym, czym w istocie były - szelestem liści i skrzypieniem konarów. Wizja potworów czających się w krzakach rozwiała się szybciej niż poranna mgła.
Luneth zabrał się do przetrząsania plecaka w poszukiwaniu czegoś nadającego się na kolację. Wyciągnął jedzenie i wręczył Arcowi, a sam zajął się drugą porcją. Po skończonym posiłku chłopcy wpatrywali się w milczeniu w trzaskający wesoło ogień. Arc nigdy wcześniej nie spędzał czasu w ten sposób. Doszedł do wniosku, że zaczyna mu się podobać ta wyprawa.
- Jak myślisz, znajdziemy ten statek? - zagadnął.
- Pewnie. Myślę, że koło południa powinniśmy być na miejscu. Kurde, latający statek, no... Zarąbiście będzie się nim przelecieć!
- I musimy znaleźć pierścień z mithrilu, żeby pomóc ludziom w Kazus - przypomniał z ożywieniem szatyn.
- Jasne, nie zapomniałem, po co to robimy - roześmiał się Luneth. - Arkie, to jesteś cały ty! Pomóc każdemu, kogo spotkasz. Jesteś taki dobry i życzliwy, że kiedyś dorobisz się własnego pomnika w Ur.
- Nie wygłupiaj się - Arc zarumienił się i popchnął niedopalony patyk do ognia. - Wiesz, wtedy nad jeziorem, kiedy mnie uratowałeś przed tymi...
- ...tchórzliwymi, śmierdzącymi, niech im najbrzydszy goblin po tej stronie gór wetknie w dupę kawał żelastwa, pokurczami, psia ich w mordę kopana i widłami szturchana mać - podpowiedział gładko Luneth.
- Yyy... n-no tak - zająknął się Arc, podziwiając tak wielopiętrową inwektywę. - Więc, no, bardzo ci za to dziękuję. Wcześniej nie miałem okazji i okropnie mi głupio, że tak uciekłem bez słowa.
- Niepotrzebnie. Przecież nie zrobiłem tego dla podziękowań - oświadczył wesoło Luneth. - Nie musisz mi nigdy za nic dziękować. Jesteś moim najlepszym kumplem.
- Ty moim też - uśmiechnął się Arc.
- Kurde, w końcu nie opowiedziałem ci, co mi się przytrafiło! Ale ze mnie idiota. Powinieneś wiedzieć, w co się ze mną pakujesz. Jeszcze możesz wrócić do Ur, jeśli się rozmyślisz - Luneth poczuł się paskudnie, że dopiero teraz o tym wspomina.
- Na pewno się nie rozmyślę. Pójdę z tobą wszędzie - zapewnił prostodusznie Arc.
- Dzięki - wzruszony Luneth poklepał go po ramieniu. - No to posłuchaj. Ale nie wiem, czy uwierzysz, jak ci opowiem, bo to strasznie poryte. Wracałem z wycieczki po lesie i prawie już doszłem do tej ścieżki, co skręca do Ur. Tej koło dzikiej gruszy, co w nią trzy lata temu piorun trafił. Szłem tak właściwie na pamięć, nie patrzałem pod nogi, bo i po co. I wtenczas wpadłem do jakiejś dziury, której wcale nie powinno tam być. Może to trzęsienie ziemi ją wyrąbało, no bo skąd by się wzięła. Więc zleciałem na samiutki dół, do jakiejś jaskini-
- Och, Luneth! Nic ci się nie stało? - zawołał z troską zmartwiony przyjaciel.
- Nic, tylko sobie obiłem plecy i trochę się poharatałem - zbagatelizował Luneth. - Ale słuchaj dalej. Łaziłem po tej pieczarze i szukałem wyjścia, bo wyspinać się z powrotem nie mogłem. I jak tak łaziłem, to trafiłem do jakiegoś kamiennego pomieszczenia. Rzeźby tam stały, wszystko było chyba bardzo stare, nigdy czegoś takiego nie widziałem. I jak sobie tak patrzałem, to nagle wyleciał na mnie jakiś popierniczony i wkurzony żółw. Wielki jak diabli! Ale nie że wielki jak na żółwia. To był jakiś zafajdany potwór wielkości stodoły! Z kłami na dodatek.
- Żółw z kłami? - wzdrygnął się Arc.
- Pewnie nie wiedział, że żółwie nie powinny ich mieć - stwierdził z humorem młody gawędziarz. - Wiesz, załatwiłem pełno goblinów i innego tałatajstwa, ale wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że ten skubaniec mnie zabije - przyznał smętnie.
- Luneth... - szepnął z nieopisaną grozą Arc.
Jeśli jego waleczny przyjaciel twierdził, że coś o mało nie pozbawiło go życia, to znaczy, że musiało być śmiertelnie niebezpieczne. Zadrżał na myśl, że coś mogło mu się stać. Luneth zerknął na wstrząśniętego kumpla i pożałował, że niepotrzebnie go wystraszył. Wrócił więc do opowiadania, starannie ukrywając niepokój i przybierając lekki, żartobliwy ton.
- Ale luz, ja tam nie wymiękam z takiego powodu - oznajmił bojowo. - Duży czy nie, żółwik dostał ostre wciry, a potem wiesz, co się stało? Zniknął, ot tak - pstryknął palcami. - Dziwne, ale tak było. I teraz będzie najlepsze, Arkie. Usłyszałem głos.
- Głos...?
- Tak, wiem jak to brzmi - zachichotał Luneth. - Na dodatek okazało się, że wiesz, kto do mnie gadał? Kryształ! Wielki, niebieski, latający kryształ. I powiedział, że jestem ...wybrańcem!
Z powagą pouczył zasłuchanego przyjaciela:
- Teraz jest ten moment, kiedy powinieneś zawołać: "Rany, utknąłem na jakimś wygwizdowie, sam na sam z wariatem! Udusi mnie i zje na surowo!"
- Nie jesteś wariatem - uśmiechnął się Arc. - I na pewno mnie nie udusisz.
- Jak możesz być taki pewny? Przecież to, co ci nagadałem, brzmi, jakbym się najarał zielem albo sfiksował. Wariaci robią różne nieprzyjemne rzeczy.
- Dobrze cię znam, Luneth - odparł z prostotą Arc, zerkając na niego i powstrzymując śmiech. - I wiem, kiedy coś zmyślasz.
- Tak? - speszony chłopak podrapał się po głowie.
Czy podkolorowywanie opowiadań zalicza się do zmyśleń?
- Więc wiem, że mówisz prawdę. I wiem, że nigdy byś mnie nie skrzywdził - dodał Arc już zupełnie poważnie. - Ufam ci całkowicie.
- Ha, miło mi to słyszeć. W każdym razie ja wierzyłem sobie mniej niż ty mnie. Z początku myślałem, że mi zdrowo odwaliło. Wiesz, to brzmiało jak bajka. Ale Topapa potwierdził, że to wszystko mi się nie przywidziało, i że - tylko się nie śmiej - zostałem wybrany, niby przez ten Kryształ, żeby ocalić świat przed ciemnością i przywrócić mu równowagę. Bo coś się dokumentnie pokopało. Niezły odpał, co nie? - zaśmiał się nerwowo, nie mając pewności, czy przyjaciel nie zmieni zdania w kwestii jego zdrowia psychicznego.
- Wcale mnie to wszystko nie dziwi - oświadczył ze spokojem Arc.
- Nie? - zbaraniał Luneth.
- Jasne, że nie. Kto inny lepiej nadawałby się do takiego ważnego zadania, jeśli nie ty? Jesteś odważny, silny i wspaniale walczysz. To naturalne, że Kryształ wybrał właśnie ciebie - wyjaśnił szatyn, jakby to była największa oczywistość pod słońcem. - Zawsze wiedziałem, że kiedyś zostaniesz wielkim bohaterem.
Srebrnowłosemu nastolatkowi zabrakło na moment słów. Lojalność Arca i jego niezłomna wiara w niego chwyciły go silnie za serce. Odchrząknął, żeby ukryć wzruszenie i wyjawił mu ostatnią rewelację:
- Dzięki za uznanie, ale musisz jeszcze o czymś wiedzieć. Oprócz mnie są też jacyś inni wybrańcy. Mam ich znaleźć i przyprowadzić do Kryształu, do tej jaskini.
- Inni? - zamyślił się Arc. - Ale gdzie ich szukać? Kto to może być? Nie masz żadnych wskazówek?
- Nie. Ale wiesz co? Tak sobie myślę, że ty jesteś drugim.
- Drugim co? - nie zrozumiał chłopak.
- Drugim kryształowym wybrańcem.
- Co takiego?! Proszę, nie nabijaj się ze mnie - zaczerwienił się.
- Ja się wcale nie nabijam. Nie umiem tego wyjaśnić, ale czuję, że chodzi o ciebie.
- Akurat. Przecież ja się do niczego nie nadaję.
- Co ty pierniczysz?! Nie zamierzam spokojnie słuchać, jak ktoś wygaduje paskudne rzeczy o moim kumplu Arcu. A więc zastanów się dobrze, koleś, zanim coś takiego o nim powiesz, jeśli nie chcesz oberwać! - Luneth pogroził palcem zdumionemu przyjacielowi.
Chłopcy popatrzyli na siebie. Jak na komendę wybuchnęli śmiechem i długo nie mogli przestać.
- Dawno się tak nie ubawiłem - prychnął Luneth, łapiąc oddech. - Ale mówiłem serio. Sam się przekonasz, gdy wrócimy do groty z Kryształem.
Potencjalny wybraniec zrobił sceptyczną minę, ale nie oponował więcej. Nie lubił spierać się z przyjacielem.
Luneth sięgnął do plecaka, wyciągnął książkę i podał Arcowi.
- Och, a już myślałem, że przepadła! Zostawiłem ją nad jeziorem, kiedy oni... - uszczęśliwiony szatyn chwycił do rąk ulubiony tomik. - Dziękuję!
- Proszę bardzo. Ale nie będziesz już dziś czytał, zaraz idziemy spać.
- Tylko kilka stron...
- Jutro musimy wcześnie wstać. Trzeba się wyspać.
- To chociaż jedna strona... proooszę...
- Nie, Arkie. Zacznie się od jednej strony, a skończy na ślęczeniu dwie godziny. Już ja cię dobrze znam. Kto niby czytał po nocach książki pod kołdrą? Nie pamiętasz, jak kilka razy Nina prawie cię na tym przyłapała?
- N-no tak, ale...
Arc nie mógł temu zaprzeczyć. Rzeczywiście bywał tak pochłonięty lekturą, że nie umiał jej przerwać nawet wtedy, kiedy powinien dawno spać. Gdyby nie czujny kumpel, który zawsze w porę zdołał szturchnąć go łokciem, wpadłby w kłopoty i musiałby wysłuchiwać utyskiwań Niny.
- Żadnego "ale". Żadnego czytania przed snem. Koniec dyskusji. Czy to jasne?
- Tak, Luneth - Arc obrzucił książkę tęsknym spojrzeniem, ale nie śmiał łamać zakazu i posłusznie schował ją do torby.
Luneth umościł z jodłowych gałęzi wygodne legowisko przy ogniu i nakrył je kocem. Arc na próbę usiadł na nim i z zaskoczeniem stwierdził, że jest bardzo wygodne, sprężynujące jak materac.
- Kładź się przy ścianie - srebrnowłosy chłopak wskazał mu miejsce. Skała nagrzała się już przyjemnie od ogniska i oddawała zgromadzone ciepło. - Ja będę leżał od zewnętrznej, bo w nocy trzeba kilka razy dołożyć do ognia.
- To się nie wyśpisz - zatroskał się Arc. - Może ja też bęęędę doookładał - ziewnął, czując, że oczy same mu się zamykają. Chyba z czytania i tak by nic nie wyszło.
- Nie martw się o mnie. Radziłem sobie, gdy byłem sam. Jestem przyzwyczajony i robię to prawie przez sen - Luneth położył się obok i starannie okrył siebie i kumpla drugim kocem. - Mamy tylko jedno okrycie, więc połóż się bliżej mnie, żeby ci nie wiało po plecach.
Arc natychmiast posłuchał i przytulił się do niego ufnie. Ledwo zdążył to zrobić, usnął jak kamień. Luneth prychnął wesoło. Przez jakiś czas leżał, wsłuchując się w regularny oddech Arca i rozmyślając o czekających ich przygodach. Potem i on usnął, obudziwszy się faktycznie tylko po to, by wrzucić kilka szczap do ogniska.

Arc poczuł podmuch wiatru na policzku. To go zastanowiło. Czyżby nie zamknął okna na noc? Otwarł oczy i dopiero wtedy przypomniał sobie, gdzie jest. Że nie leży w swoim łóżku w Ur, tylko na wiązce gałęzi w jakiejś dziczy. Obok swojego przyjaciela. Zaczynało świtać, choć do kotlinki, gdzie się znajdowali, promienie słońca jeszcze nie dotarły. Wszystko było pogrążone w szarym, mdłym świetle, zacierającym kontury. Arc spojrzał na towarzysza. Luneth już nie spał, leżał i obserwował go. Jego niezwykłe oczy nawet w tym półmroku jaśniały leciutko niczym u wilka. Arca zawsze to bardzo fascynowało.
- Hej, Arkie! Jak przeżyłeś pierwszą noc poza domem? - zażartował Luneth, szczerząc się radośnie i psując całe to drapieżne wrażenie.
- Bardzo dobrze mi się spało - szatyn stłumił ziewnięcie. - Ani razu się nie obudziłem.
- Nie zmarzłeś? - zatroskał się Luneth.
- Nie, było mi ciepło. Nawet nie sądziłem, że tak przyjemnie się śpi na dworze.
- No to fajnie. Teraz coś zakąsimy i zbieramy się. Musimy dzisiaj dotrzeć do statku.
Tak jak ocenił Luneth, zobaczyli charakterystyczny kształt okrętu zanim słońce osiągnęło najwyższy punkt na niebie. Statek wyglądał tutaj dziwnie abstrakcyjnie i obco - na morzu byłby bardziej na swoim miejscu. Dopiero z bliska można było się przekonać, iż z pewnością nie wymaga wody, aby móc się poruszać. Ogromne słupy z przytwierdzonymi doń śmigłami sugerowały jego powietrzny rodowód. Zafascynowani chłopcy obeszli go dookoła.
- Duże toto - Luneth z uznaniem przesunął dłonią po deskach kadłuba. - Ciekawe, jaką prędkość wyciąga?
- Tu jest wejście, chodź! - Arc odnalazł drzwi.
Chłopcy weszli po schodkach do niewielkiej kabiny. Na środku pokładu tkwił gruby maszt, do którego umocowane było śmigło. W kabinie był też niewielki podest z kołem sterowym. Stała tam dziewczyna o rudych włosach. Była odwrócona tyłem, więc nie zauważyła nadejścia "gości". Luneth i Arc wymienili się pytającymi spojrzeniami i podeszli do niej. Nieznajoma odwróciła się i dopiero wtedy zorientowała się, że ma towarzystwo.
- Ykk! - wzdrygnęła się nerwowo. - Kim jesteście?! I co tu robicie?
- Mógłbym spytać o to samo - jasnowłosy nastolatek zmierzył ją badawczym spojrzeniem. - O ile wiem, to statek Cida, a on nam go pożyczył. A tyś co za jedna?
- Mam na imię Refia.
- Wporzo. Ja jestem Luneth, a to Arc. Tośmy się zapoznali. A teraz gadaj, czego tu szukasz?
- Razem z ojcem wykuliśmy części do tego statku... - zaczęła.
To chyba dawało jej prawo wślizgnięcia się na statek?
- Aaa! To ty jesteś córką kowala z Kazus? - zrozumiał Luneth. - Zarąbiście. Ale żeśmy trafili! Słuchaj, musisz nam pomóc. Trzeba wykuć pierścień z mithrilu.
- Właśnie. Potrzebujemy go, żeby zdjąć klątwę z Kazus.
- Co tam się stało? - zaniepokoiła się dziewczyna.
Gdy stamtąd odchodziła, wszystko było w najlepszym porządku.
- Jakaś klątwa czy coś. Wszyscy snują się jak zdechlaki i wyglądają bardzo niewyraźnie - Luneth wysilił się na marny dowcip.
- Dlatego potrzebujemy pierścienia. Pomożesz nam w tym? - zapytał z nadzieją Arc.
Refia spuściła głowę i szepnęła markotnie:
- Nie umiem...
- Co?! - wykrzyknął z niedowierzaniem Luneth.
- Nie umiem - powtórzyła głośniej, podnosząc głowę i spoglądając na niego z rezygnacją.
- Laska, w ptaka sobie lecisz? - zirytował się. - Przecież uczyłaś się na kowala?
- Niby tak, ale ogólnie nie interesowało mnie to zanadto, więc uciekałam od obowiązków, kiedy tylko się dało. No, nie umiem wykuwać mithrilowych pierścieni i już! - dokończyła ponuro.
- Bez kitu! - podsumował zdołowany Luneth. - Spotykamy kowala, który nie umie kuć. Co za wtopa! Cid będzie szczęśliwy jak cholera, kiedy o tym usłyszy!
Zmartwiony Arc podzielał jego marny nastrój. A tak obiecująco się zaczęło...
- Spokojnie - pocieszyła ich dziewczyna, czując się trochę głupio. - Wiem, gdzie możemy znaleźć taki pierścień.
- No, gdzie? - rzucił rozdrażniony Luneth. - W dupie smoka?
- Nie - rozzłościła się. - Mój ojciec wykuł mithrilowy pierścień dla króla Sasune. Możemy tam spróbować...
- Genialne. Zrobimy królowi wjazd na chatę i spytamy, czy możemy skitrać jego biżuterię - ironizował Luneth.
- Masz lepszy pomysł?!
Chłopak wzruszył ramionami.
- Wygląda na to, że nie mamy wielkiego wyboru - niechętnie przystał na jej propozycję.
- A mogłabym lecieć z wami? Nie umiem wykuwać pierścieni, no przyznaję, porażka. Ale chcę pomóc ojcu i ludziom w Kazus.
- Luneth, zabierzmy Refię z nami, co?
- Dobra - zgodził się jasnowłosy chłopak. - Skoro olewactwo uratowało jej tyłek, to może i nam panienka Obibok przyniesie szczęście - oświadczył złośliwie.
- Ej! Myślisz, że jesteś taki dowcipny? - wykrzyknęła wściekle, ujmując się pod boki.
- Zluzuj, kotku - parsknął Luneth.
Podszedł do koła sterowego i uważnie obejrzał mechanizm startowy. Pociągnął za dźwignię, potem wypróbował drugi drążek.
- Kotku? Kotku?! - zapieniła się dziewczyna.
Z trudem opanowała mordercze instynkty. Arc podszedł do burty i wyjrzał z ciekawością na zewnątrz.
- Hej, bo wypadniesz - ostrzegł zaniepokojony przyjaciel, łapiąc go za ramię i odciągając w tył. - Uważaj na siebie i nie wychylaj się za bardzo.
- Dobrze - zdyscyplinowany Arc odsunął się w bezpieczne miejsce.
- Załoga! Na stanowiska! - ryknął rozemocjonowany Luneth. Włączył silnik statku i ujął koło sterowe. - Ruszamy!!!
Refia przewróciła oczami. Co za bałwan.

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/23 10:22 #10153 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Czyli Twoja historia będzie po prostu podrasowaną wersją wydarzeń z gry? O, to świetnie :) Może dzięki temu poznam wreszcie fabułę trójki, bo tak, jak pisałam, utknęłam zaraz po spotkaniu Erii i zapomniałam już wszystko na tyle, że miałabym problem z wróceniem w to samo miejsce. A w Twojej wersji to brzmi naprawdę nieźle, powiedziałabym wręcz, że brzmi, jak któraś z kolejnych części FF, jak ósemka albo dziewiątka, z wyrazistymi postaciami i wydarzeniami, które nabierają prawdziwego kształtu. Bardzo podoba mi się klimat, który tworzysz :) Widać, że w historii główną rolę odgrywa przygoda, wcale nie tam jakiś kryształ i misja zbawienia świata, ale właśnie przygoda, chęć zobaczenia, co czai się za nieznanym zakrętem i przeżycia czegoś nowego. Przynajmniej na razie ;)

Luneth wyrasta na bardzo fajną i dobrze nakreśloną postać. Podoba mi się jego wiejski, niechlujny język i cudne powiedzonka - "w ptaka lecisz", a to dobre :D Ogólnie jest bardzo Zackowo-Zidane'owaty, czyli radosny, z optymizmem podchodzący do wyzwań i niewygód podróży, a przy tym chętny do pomocy i opiekuńczy w stosunku do przyjaciela. Łatwo taką postacią przeszarżować, robiąc z niej błaznującego przygłupa, ale Ty umiejętnie bawisz się tą konwencją i nie uderzasz w parodię. Widać, że masz dużo sympatii do tego dzieciaka. Fajnie wyszedł Ci też Arc, który zawsze będzie pozostawał w cieniu odważniejszego przyjaciela. Chwilami jego bezradność kojarzy mi się z małym Vivim, który boi się, że nic mu się nie uda i tylko wszystkim będzie przeszkadzał. To urocze :)

Całość czyta się bardzo szybko, głównie dzięki masie dialogów. Nie jestem w stanie się do niczego na razie przyczepić. Jedyne, co mnie irytuje, to wprowadzony przez Ciebie klimat wiosennej przygody, włóczenia się po lesie, zapachu drewna i zielonej trawy, który sprawia, że białe paskudztwo za oknem wygląda jeszcze gorzej i bardziej smętnie niż zwykle :P Sama nabrałam chęci na taką wyprawę. Może niekoniecznie połączonej z wypruwaniem flaków goblinowi, ale ognisko i spanie w lesie, czemu nie ;)

Czekam na dalsze części. I chcę więcej Cida ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/23 16:06 #10157 przez Noel Kreiss
Noel Kreiss odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Druga część jest zdecydowanie lepsza od pierwszej, bo ma zdecydowanie radośniejszy charakter i nie jest taka śmiertelnie poważna. Cid to chyba jak na razie najfajniejsza postać w tym fiku, tak fajnie trajkoce (np. "lokalsi" ;) )

I normalnie mam to uczucie LunethxArc, ale za to muszę winić wszechobecną modę ze strony fanów parowania wszystkiego z wszystkimi i w ogóle.

I te Lunethowe "kotku" do Refii ;)



Mówcie mi "Wikipedya." :P

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/23 18:51 #10159 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Hej, ale Cid to epizodyczna postać, choć pojawi się jeszcze oczywiście. :)

Noel Kreiss napisał: I normalnie mam to uczucie LunethxArc, ale za to muszę winić wszechobecną modę ze strony fanów parowania wszystkiego z wszystkimi i w ogóle.

Tak, zauważyłam tę tendencję... ;p Cóż, kiedyś trafiłam na YT na komentarz, iż Arc i Luneth to najbardziej gejowska para spośród wszystkich FF. Ten sam osobnik pewnie uważa, iż FF:CC jest tęczowe. Niektórzy już tak mają - jeśli męscy bohaterowie nie rzucają się sobie do gardeł i się lubią/przyjaźnią/troszczą o siebie, to znaczy, że musi ich łączyć wątek romantyczno-łóżkowy.
Ale Twoje "uczucie" na pewno prędko Cię nie opuści, zapewniam. Buehehehe. :evil:

Emoonia napisał: Czyli Twoja historia będzie po prostu podrasowaną wersją wydarzeń z gry? O, to świetnie :) Może dzięki temu poznam wreszcie fabułę trójki, bo tak, jak pisałam, utknęłam zaraz po spotkaniu Erii i zapomniałam już wszystko na tyle, że miałabym problem z wróceniem w to samo miejsce.

Ale na razie mam tylko odpicowaną właśnie tylko tę część z Latającego Kontynentu. Za drugą to dopiero zamierzam się zabrać. Nawiasem mówiąc, dziewczyna, o której wspominasz, ma chyba najbardziej 'zmiennokształtne' imię. Pojawia się ono w tak wielu wersjach, że trudno uwierzyć, zważywszy, jakie jest krótkie;) U mnie będzie nazywała się Aria, zgodnie z DSową wersją. W sumie mam już na nią fajny pomysł i nie mogę się doczekać, jak dobrnę z pisaniem do jej wątku.
Zresztą sporo nazw ma w Trójce inne wersje. DrewniaQ chyba mi kiedyś tłumaczył, że to specyfika języka japońskiego, który nie odróżnia "l" od "r". Tylko czemu ta specyfika ogranicza się do FF3? Czwórka chyba nie ma takich odstępstw. No i nie zawsze chodzi o te dwie literki. Czasem idzie się pogubić, każdy pisze, używając innej nazwy, a to z oryginału, a to z remake'a... ;)

Emoonia napisał: Luneth wyrasta na bardzo fajną i dobrze nakreśloną postać. Podoba mi się jego wiejski, niechlujny język i cudne powiedzonka - "w ptaka lecisz", a to dobre :D Ogólnie jest bardzo Zackowo-Zidane'owaty, czyli radosny, z optymizmem podchodzący do wyzwań i niewygód podróży, a przy tym chętny do pomocy i opiekuńczy w stosunku do przyjaciela. Łatwo taką postacią przeszarżować, robiąc z niej błaznującego przygłupa, ale Ty umiejętnie bawisz się tą konwencją i nie uderzasz w parodię. Widać, że masz dużo sympatii do tego dzieciaka. Fajnie wyszedł Ci też Arc, który zawsze będzie pozostawał w cieniu odważniejszego przyjaciela. Chwilami jego bezradność kojarzy mi się z małym Vivim, który boi się, że nic mu się nie uda i tylko wszystkim będzie przeszkadzał.

A to jest akurat bardzo zabawne. Nie znałam ani FF9, ani CC, gdy pisałam fanfik. Nie miałam najmniejszego pojęcia o fabule, bohaterach ani w ogóle o niczym. Napisałam opowiadanie, a potem trafiła mi się Dziewiątka. Myślałam, że padnę w niektórych momentach gry. Śmiać mi się chciało, jak Zidane z Vivim przypominali mi nieraz "moich" Lunetha i Arca. A pomyśleć, ile się nagłówkowałam przy tworzeniu ich charakterów... ;) Mam nadzieję, że nie wyszli jednak jak ich klony. ;P
Cieszę się, że przypadli Ci do gustu, bo można powiedzieć, że będą troszkę "bardziej głównymi" bohaterami niż pozostała dwójka, jako że mają większy potencjał. :P

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/24 15:42 #10162 przez Em
Em odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga

shizonek napisał: Zresztą sporo nazw ma w Trójce inne wersje. DrewniaQ chyba mi kiedyś tłumaczył, że to specyfika języka japońskiego, który nie odróżnia "l" od "r". Tylko czemu ta specyfika ogranicza się do FF3? Czwórka chyba nie ma takich odstępstw.

To jest akurat bardzo częsta rzecz, która wprowadza sporo zamętu w tłumaczenie FFów. W ósemce jest tego bardzo dużo - choćby fakt, że we francuskim tłumaczeniu jest Linoa zamiast Rinoi. Gdzieś na grafikach widziałam także napis "Garbadia". Ta nieścisłość dała też możliwość Japończykom zrobić nieprzetłumaczalny żart z Ragnarokiem, który brzmi bardzo podobnie do "Laguna rocks", co zresztą podkreśla Laguna w jednym dialogu, mówiąc, że statek ma bardzo fajną nazwę. I takie rzeczy nam niestety umykają :P Że już nie wspomnę o najsłynniejszej chyba pomyłce, jaką jest zangielszczona Artemizja, czyli Ultimecja. Tak więc nie tylko trójka cierpi na tę przypadłość ;)

shizonek napisał: Śmiać mi się chciało, jak Zidane z Vivim przypominali mi nieraz "moich" Lunetha i Arca. A pomyśleć, ile się nagłówkowałam przy tworzeniu ich charakterów... ;) Mam nadzieję, że nie wyszli jednak jak ich klony. ;P

Nie, spokojnie :) Widać różnicę. Luneth nie wydaje się być takim podrywaczem jak Zidane (ten to od razu zabrałby się do bajerowania Refii i na pewno by jej nie obrażał), z kolei Arc to po prostu nieśmiały, wycofany mól książkowy, który pragnie być bardziej odważny. Tak mi się tylko skojarzył z Vivim, kiedy bał się różnych rzeczy, ale raczej nie planujesz z niego zrobić aż takiego filozofa jak tamten czarny szkrab ;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Więcej
2014/01/26 02:07 - 2014/01/26 17:50 #10170 przez shizonek
shizonek odpowiedział w temacie: Odp: Równowaga
Czas skompletować drużynę... ;)



3. Czternastoletni kapitan

Luneth był przeszczęśliwy. Nigdy dotąd nie miał okazji widzieć powietrznego statku. Tym bardziej - lecieć nim. A teraz sam nim kierował! Upajał się tym uczuciem, czując, jak wiatr rozwiewa mu włosy od zapierającej dech prędkości. Był kompletnie nieświadom kosego spojrzenia, którym kłuła go w plecy nadąsana Refia. Arc stał tuż obok przyjaciela, równie jak on oczarowany podróżą. Zgodnie z poleceniem Lunetha trzymał się mocno grubego sznura, okalającego burty statku. Szeroko otwartymi oczami chłonął przesuwające się pod i przed nimi krajobrazy. Nawet naburmuszona Refia dała się w końcu uwieść urzekającym widokom. Z zachwytem patrzyła na rozległe zielone równiny, szeroko rozlane wody i lasy, nad którymi przelatywali i które wydawały się tak niesamowicie odległe, wyglądające jak niewielkie krzaczki. Mimo znacznej prędkości, z jaką podróżowali, dopiero po półgodzinie lotu ukazała im się imponująca sylwetka zamku Sasune. Przelecieli między dwoma górskimi szczytami, za którymi otwierało się przejście do wielkiej doliny. W samym jej centrum rozłożyła się ogromna kamienna twierdza. Luneth wypatrzył dogodne miejsce do lądowania i gracko posadził statek na ziemi. Może nazbyt gracko, ale skutecznie. W każdym razie nic ważnego się nie oberwało ani nie zepsuło. Refia, klnąc ile wlezie, pozbierała się z pokładu, na który rzuciło ją pełne fantazji lądowanie Lunetha. Arc nie podzielił jej losu tylko dlatego, że trzymał się zbawczej liny. Mimo to wstrząs trochę go oszołomił.
- Wysiadamy - zarządził gromko młody kapitan, wypychając członków załogi na zewnątrz.
Refia powlokła się za chłopcami, zgrzytnąwszy zębami i mruknąwszy coś o beznadziejnych pilotach.
Przy bramie wejściowej zamku zobaczyli blondwłosego chłopaka w zbroi. Widać było, że jest czymś mocno przybity. Chodził w tę i z powrotem, frasując się i mamrocząc do siebie pod nosem. Wyglądał na ich równolatka, choć mógł być nieco starszy, gdyż był wyższy od każdego z nich.
- Kim jesteście? - spojrzał uważnie na trójkę przybyszy. - Jeśli chcecie wejść, to niepotrzebnie się trudzicie. Na zamek spadła przerażająca klątwa. To samo stało się z miasteczkiem Kazus. Żeby zdjąć przekleństwo, potrzebny jest, jak mi powiedziano, pierścień z mithrilu.
- My właśnie w tej sprawie - wyrwała się Refia. - Jestem córką tamtejszego kowala. Mój ojciec wykuł kiedyś mithrilowy pierścień dla króla. Król na pewno ciągle go ma.
- Chcemy pomóc ludziom w Kazus - odezwał się Arc i spłoszył się swoim wystąpieniem, gdy blondyn utkwił w nim poważne spojrzenie swoich niebieskich oczu. - Pomyśleliśmy, że może m-moglibyśmy po-pożyczyć pierścień od króla... - dokończył cichutko.
- Audiencja? Hmm... - młody rycerz zamyślił się na moment. - Sądzę, iż będę mógł wam w tym pomóc. Chodźcie za mną.
Luneth bez wahania wkroczył w bramy fortecy, a Refia i Arc podążyli za nim. Znaleźli się na rozległym dziedzińcu, otoczonym wysokim, kamiennym murem. W rogach placu wznosiły się strzeliste wieże, uzbrojone w zębate blanki. Trójka przybyszy rozglądała się wokół, zadzierając głowy z respektem i podziwem. Jeszcze nigdy nie byli w takim imponującym miejscu. Prowadzeni przez nastoletniego rycerza, przebyli plac i wkroczyli do serca zamku. Twierdza powinna tętnić życiem, tymczasem zaludniały ją znajomo wyglądające smętne istoty o mglistej powierzchowności. Dokładnie takie same, jak w Kazus. Przemierzyli wielką salę z czerwonym dywanem i powiewającymi proporcami, wspięli się na jedno piętro, drugie, i dopiero tam blondyn wprowadził ich do sali tronowej.
- Poczekajcie chwilę tutaj - polecił im, po czym podszedł do niewysokiego podestu, na którym obok tronu stał król Sasune.
Władcę dotknęło to samo nieszczęście, co wszystkich jego poddanych. Klątwa okazała się sprawiedliwa, obeszła się jednakowo ze wszystkimi, niezależnie od pozycji, wieku czy funkcji. Sylwetka monarchy była niewyraźna i z trudem dało się poznać, że to żywy człowiek. Rycerz zatrzymał się tuż przed nim i ze czcią ukląkł na jedno kolano, pochylając głowę.
- Panie, ci młodzi ludzie zamierzają zdjąć klątwę. Przybyli tutaj prosić cię o użyczenie im mithrilowego pierścienia, by mogli wykonać zadanie.
Król skinął głową, zgadzając się na wysłuchanie przybyszy. Rycerz dał znak, by podeszli bliżej. Luneth ukłonił się królowi trochę niezgrabnie. Arc i Refia wzięli z niego przykład. Niestety, cała trójka nie miała żadnego doświadczenia w kwestii dworskich obyczajów. Na szczęście monarcha nie zwrócił na to uwagi.
- Jak widzicie, przekleństwo Dżinna spadło i na mnie - oznajmił posępnie. - Powiadacie więc, że zamierzacie użyć pierścienia do zdjęcia klątwy? Chętnie bym wam go dał, ale pierścień jest w posiadaniu mojej córki. A ona... zniknęła gdzieś. Nie wiem, co się z nią stało i gdzie jest teraz.
Jasnowłosy rycerz stracił całe swoje opanowanie. Z rozpaczą zerwał się na równe nogi i zacisnął pięści.
- Panie, jeśli księżniczka ma pierścień, to mogła zostać porwana przez Dżinna! - wykrzyknął, całkiem zapominając, przed kim stoi.
- To możliwe, choć wolałbym, żebyś się mylił. Boję się o moją ukochaną Sarę - władca starał się ukryć ból w głosie. Nie wypadało mu okazywać silnych emocji przed poddanymi. - A ja jestem bezsilny... Jeżeli to faktycznie Dżinn ją zabrał, to musiał uciec do Zapieczętowanej Jaskini, która jest na północy. Gdybym tylko mógł coś zrobić, wysłać tam jakiś oddział wojska... Ale wszyscy jesteśmy pod działaniem klątwy...
Luneth wreszcie usłyszał coś konkretnego. Nie lubił narzekania i smędzenia, był człowiekiem czynu.
- Nie martw się, panie - zapewnił buńczucznie. - Pójdziemy tam i przyprowadzimy księżniczkę z powrotem!
Blondyn, usłyszawszy tę zapowiedź, ukląkł ponownie przed królem i poprosił:
- Panie, czy udzielisz mi swego pozwolenia, bym mógł udać się do Zapieczętowanej Jaskini wraz z tymi odważnymi młodymi ludźmi, i uratować panienkę Sarę?
- Oczywiście, masz moją zgodę, Ingus - odezwał się władca. - Chyba, że macie jakieś obiekcje? - zwrócił się z pytaniem do trójki ochotników.
Refia zamachała energicznie rękami.
- Ależ oczywiście, że nie, Wasza Wysokość! Jego miecz jest wart dwa razy tyle, co tych tu dwóch - lekceważąco wydęła usta i wskazała na Lunetha i Arca.
- To nie fair, laska! - rozwścieczył się Luneth i odwrócił się w jej stronę. - A niby przez kogo musimy kombinować jak koń pod górę? Nie umiałaś zrobić pierścienia i tylko dlatego tu jesteśmy!
- Cooo?! To moja wina? - dziewczyna nie zamierzała być mu dłużna.
Ingus myślał, że zapadnie się ze wstydu pod ziemię, wysłuchując ich sprzeczki. Jak można tak prostacko zachowywać się przed królewskim majestatem?!
- Dobra, niech idzie z nami - Luneth spojrzał z ukosa na Ingusa. - Towarzystwo królewskiego knechta może się przydać.
Król przytomnie udał, że nie zauważył tej ożywionej wymiany zdań i poinformował ich o sekretnym przejściu w Jaskini. Luneth był niezmiernie ciekaw, skąd władca Sasune ma tak szczegółowe informacje, jak wiedza o szkielecie leżącym koło wejścia, ale przezornie nie drążył kwestii. Może król miał wścibskich agentów i szpiegów? Kto wie...
Na koniec monarcha życzył im powodzenia i po tych pożegnalnych słowach wyszli na zewnątrz.
- Co miał znaczyć ten pokaz prostactwa?! - syknął zirytowany Ingus, ledwo drzwi się za nimi zamknęły. - Jak wy się zachowujecie przed Jego Wysokością?! To niedopuszczalne naruszenie etykiety!
- Nie rajcuj się tak, paniczu - usadził go Luneth. - Idziesz z nami, bo JA ci na to pozwoliłem. Więc twarz na kłódkę, albo zostajesz. Dotarło?
Ingus obrzucił go groźnym spojrzeniem, ale zmilczał. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż sprzeczki z prowincjonalnym burakiem.
- No - srebrnowłosy chłopak był kontent, że pokazał "nowemu", gdzie jego miejsce. - Dziś nie zdążymy wyruszyć, bo słońce już zaszło. Latać po ciemku nie zamyślam, więc startujemy jutro z samiuśkiego rana.
- Nie powinniśmy tak długo zwlekać! - wybuchnął Ingus. - Księżniczce Sarze może grozić niebezpieczeństwo!
- Luzy rajtuzy - prychnął Luneth. - Nie wymiękaj, uratujemy twoją pannę!
- Jej Wysokość nie jest moją "panną"! - zaczerwienił się Ingus. - Trochę szacunku!
- Aha! Ładna jest pewnie, co? - zachichotał srebrnowłosy dowódca misji ratunkowej.
- Milcz już lepiej - wysapał coraz bardziej zmieszany rycerz.
Luneth chciał kontynuować ten ucieszny wątek, ale zreflektował się, gdy Arc pociągnął go znacząco za rękaw.
- Słuchaj, do Jaskini na piechotę to byśmy zasuwali ile? - zwrócił się do Ingusa.
- Jeden dzień, może półtora. Gdybyśmy pojechali na chocobo, może siedem, osiem godzin.
- Czyli i tak nie dociąglibyśmy się tam szybciej niż jutro pod wieczór. A latającym statkiem będziemy tam w godzinę. Ale w nocy nie można lecieć. Widziałeś, jakie góry są tu dookoła? Chcesz się na nich rozwalić po ciemku? Wtedy na pewno nikogo nie uratujesz. Na chocobo też się w nocy nie pojedzie, bo se ptaki połamią kulasy i tyle z jazdy.
- Masz rację - Ingus kiwnął głową, już rozumiejąc decyzję, na pierwszy rzut oka bezduszną, a w rzeczywistości - rozsądną.
- Ta twoja Sara pewnie jeszcze nie doszła na miejsce - dorzucił Luneth. - I będzie musiała się gdzieś zatrzymać na noc. Ale spoko, tam nie ma nigdzie potworów po drodze. Może nawet ją złapiemy, zanim wlezie do Jaskini. Tak więc luzik, kolo.
- W porządku - rycerz przyjął do wiadomości cały wywód Lunetha. - Chodźcie za mną, zaprowadzę was do komnaty, gdzie będziecie mogli spocząć przed podróżą.
- Dobra, ale zamelduj się rano, bo jak zaśpisz, to lecimy bez ciebie.
- Nie zaśpię - zapewnił sucho rycerz i oddalił się w swoją stronę, będąc pewnym, że nie zmruży w nocy oka.

Markotny Ingus wlókł się przez brukowany plac. Nogi same zaniosły go pod wschodnią wieżę. Zorientował się, gdzie jest, dopiero, gdy zaczepił go jeden z nieszczęsnych służących.
- Panie, jakie to szczęście widzieć cię w normalnej postaci - odezwał się starszy mężczyzna, teraz zredukowany do przezroczystej formy. - Panienka Sara czekała na ciebie, odkąd wyjechałeś. Modliła się codziennie o twój szczęśliwy powrót. Do samego końca, dopóki nie zniknęła.
- Nie wiesz, gdzie mogła się udać? - zapytał blondyn. - I kiedy?
- Nie, panie. Nic nie mówiła. Ale kiedy widziałem ją ostatnio, wydawała się bardzo zamyślona. Zupełnie jakby planowała coś zrobić.
- Hmm... dziękuję ci, Eber.
Ingus zadarł głowę i spojrzał na okna u szczytu wieży. Okna od pokoju Sary... Westchnąwszy ciężko, odwrócił się i odszedł. Nazajutrz czekała go podróż z nowymi towarzyszami. Zdecydowanie wolałby udać się do Jaskini z kompanami ze straży, a nie z przybyszami z dalekiej prowincji. Nie miał jednak żadnego wyboru. Koledzy co do jednego byli pod wpływem działania klątwy i nie byli w stanie mu pomóc. To raczej on musiał pomóc im. Cóż, może nie będzie tak źle. Nawet jeśli tamci troje okażą się kulą u nogi, on da sobie radę. Znajdzie Sarę, przyprowadzi ją bezpiecznie do zamku, zdejmą klątwę, a potem wszystko wróci do normy. Każdy pójdzie w swoją stronę i będzie jak dawniej. W nieco lepszym nastroju powędrował do swoich komnat.

- Widziałeś te wielkie wieże po zachodniej i wschodniej stronie, Arc? - Luneth położył się w łóżku na boku i oparł głowę na ręce, by widzieć kumpla. - Zwiedziłbym je sobie.
- Te krenelażowe? - zapytał domyślnie szatyn, również odwracając się do niego przodem.
- Yyy...
- Zębate.
- A tak, właśnie o te mi chodzi. Jak myślisz, może król nam pozwoli po nich połazić, jak już wrócimy?
- Możliwe. Jeśli uda nam się złamać klątwę...
- Pewnie, że nam się uda! Skopiemy Dżinnowi dupsko, zdejmiemy klątwę i uratujemy pannę tego sztywniackiego knechta!
- Hej, chłopaki! - Refia przerwała im bezceremonialnie i podniosła głowę znad poduszki. - Czy dobrze zgaduję, że znacie się od małego?
- Owszem - potwierdził zdziwiony Luneth.
- Znaczy, od kiedy pamiętacie? Praktycznie od urodzenia? - uściśliła.
- No tak...
- To będzie kilkanaście lat, co nie?
- Tak, ale powiesz mi, o co ci-
- I przez tyle lat nie nagadaliście się wystarczająco?! - wypaliła wreszcie ze złością. - Moglibyście wreszcie się zamknąć i iść spać?!
- O rany, wystarczyło powiedzieć - naburmuszył się Luneth. - Zrzęda - mruknął pod nosem.
- Słyszałam to!
- I bardzo dobrze.

Rano, ledwo wzeszło słońce, Luneth zerwał się energicznie z posłania. Uwielbiał, gdy coś się działo, a świadomość ekscytującej podróży i walki z demonem dodawała mu skrzydeł. Uklęknął przy łóżku i delikatnie potrząsnął śpiącego przyjaciela za ramię.
- Arkie, pobudka. Musimy niedługo wyruszać - szepnął.
- Mhfm... jeszsze minutkę, Lun - mruknął sennie szatyn.
Luneth uśmiechnął się. Arca zawsze trudno było rano dobudzić. "Minutka" przeradzała się w kwadrans, a potem w pół godziny. Patrząc na śpiącego smacznie kumpla, pożałował, że musi mu przeszkodzić. Gdyby to zależało od niego, pozwoliłby mu spać choćby do południa. Niestety, czekała na nich ważna misja i nie miał wyboru.
- Wstawaj, śpiochu. Musimy uratować księżniczkę.
Na próżno. Arc wybełkotał coś niezrozumiale i nakrył się kołdrą na głowę. W oczach Lunetha zamigotały niesforne ogniki. Cóż, zatem musiał użyć bardziej drastycznych środków. Wskoczył na łóżko, nachylił się nad zaspanym przyjacielem i wyszeptał mu złowieszczo do ucha:
- Biblioteka się pali.
Nie zawiódł się. Arc otwarł oczy i usiadł na posłaniu jak rażony gromem.
- So...? ...gzie? - zapytał, nieprzytomnym wzrokiem obrzucając pokój i pokładającego się ze śmiechu Lunetha.
- Nigdzie - wysapał rozweselony chłopak. - Arc, jesteś boski...
Obudzenie Refii nie nastręczyło Lunethowi problemów. Zanim zdążył do niej podejść, usłyszał ostrzegawczy głos:
- Nie śpię już, więc daruj sobie obwieszczenia o pożarze.

Na zewnątrz czekał już na nich Ingus. Obok niego leżał spory stos pudeł i skrzynek.
- Widzę, że jesteście bardzo ascetycznie uzbrojeni - zauważył uszczypliwie rycerz i spojrzał z niechęcią na Lunetha, który jako jedyny miał znośny oręż - więc przyniosłem trochę broni ze zbrojowni. Wybierzcie sobie coś.
- Dzięki - Luneth nie przywiązał wagi do jego zgryźliwego tonu. - Arc, zobacz, czy ten miecz będzie ci pasował - wykonał kilka próbnych wymachów długim żelastwem, po czym wręczył mu je.
Szatyn chwycił zaoferowany miecz, ale musiał złapać go obydwiema rękami. Jakoś go utrzymał, ale o walce nim nie mogło być mowy. Zorientował się, że tym samym mieczem Luneth wymachiwał przed chwilą, jakby to był nic nieważący patyk. I to jedną ręką!
- Chyba jest dla mnie za ciężki - wymamrotał z zakłopotaniem i oddał mu broń.
- W takim razie bierz łuk - zdecydował Luneth. - To i lepiej, będziesz mógł stać z tyłu, gdzie będziesz bezpieczny.
Refia zaopatrzyła się w dwa długie noże, Luneth dobrał sobie drugi miecz i na tym zakończyło się uzbrajanie. Obładowawszy się resztą bagażu, ruszyli w stronę statku. Refia zamierzała zaproponować, by ktoś inny nim sterował. Nie miała chęci na kolejne twarde lądowanie. Nie zdążyła jednak zgłosić swojego wniosku, gdy Luneth, nie tracąc już ani chwili, poderwał statek do lotu. Westchnęła więc i biorąc przykład z Arca, chwyciła się liny.
Z jednej ze skrzyń przyniesionych przez Ingusa Arc wydobył książkę i raz ją otwarłszy, nie mógł się od niej oderwać. Zamiast podziwiać widoki, jedną ręką trzymał się sznura, a drugą dzierżył pasjonującą lekturę. Czytanie w takich warunkach nie było komfortowe, ale zdołał dobrnąć do połowy, zanim jeszcze na dobre opuścili dolinę Sasune.

Przelot nad wielkim, podłużnym jeziorem oznaczał, iż byli blisko celu. Gdy zobaczyli stożkowatą górę z wejściem do jaskini u podnóża, wiedzieli, że dobrze trafili.
- Arc, zaraz lądujemy. Zostaw już te bajki i przytrzymaj się czegoś porządnie - polecił Luneth, zerkając przelotnie na kumpla, jako że większość uwagi poświęcał na manewrowanie wśród skalistych szczytów.
- To nie bajki! - zaprotestował gorąco szatyn. - To bardzo ciekawa księga o czarach lodowych.
- Dobrze, a więc odłóż tę bardzo ciekawą księgę o czarach lodowych - powtórzył cierpliwie Luneth - i trzymaj się. Lądujemy!
Tym razem Refia miała drobną satysfakcję. Choć lądowanie w wykonaniu Lunetha znowu było wyczynowe, pocieszył ją widok Ingusa, który bez żadnej gracji klapnął na deski pokładu.
- Co ty wyprawiasz?! - wysyczał rozeźlony rycerz. - Chcesz nas pozabijać?
- A co? Ty byś lepiej wylądował?
- Owszem. Mam ci udowodnić?
- Bardzo dobry pomysł - podchwyciła Refia, korzystając z okazji. - Przecież kapitanowi nie wypada osobiście sterować - powiedziała chytrze do najeżonego Lunetha.
- W sumie to masz rację - powiedział łaskawie srebrnowłosy chłopak i rozchmurzył się. - Następnym razem łapiesz się za ster, Ingus - zarządził.
Blondyn skinął głową na zgodę.
- To jedno mamy z głowy. Księżniczki nigdzie tu nie ma, więc pewnie jest już w środku - wywnioskował zafrasowany Luneth. - Niedobrze. Widocznie wyruszyła wcześniej, niżeśmy myśleli.
- Nie zwlekajmy więc - ponaglił go Ingus.
Ostrożnie weszli do jaskini.
- Arc, tu mogą być potwory - szepnął Luneth. - Dasz sobie radę?
- Tak, chyba tak...
- Ale nie podchodź, jeśli jakiś wyskoczy - Luneth ścisnął go lekko za ramię. - Postaram się go załatwić, ale lepiej stój gdzieś za mną. Po tamtej dwójce to nie wiem, czego się spodziewać - mruknął, zerkając nieufnie na idących za nimi towarzyszy.
Ledwo skończył wymawiać te słowa, zza zakrętu wyłoniła się zgraja makabrycznych istot. Dwa szkielety i coś, co wyglądało na mumię. Luneth bez namysłu rzucił się na całą grupę. Sieknął kościstego stwora między "oczy" i zdążył jeszcze obciąć mumii rękę, gdy wspierający go Ingus dokończył dzieła zniszczenia. Obaj chłopcy rozejrzeli się czujnie, sprawdzając, czy nie czyha więcej wrogów. Ponieważ nie czyhało, podjęli wędrówkę przez mroczną grotę. We względnym spokoju dotarli do wąskiego przejścia, wiodącego w dalsze czeluście.
- Księżniczki nadal nie widać - zmartwiła się Refia. - Ale nigdzie nie odchodziły boczne drogi, więc musiała tędy iść.
Ingus zacisnął pięści ze zdenerwowania. Sara szła tu całkiem sama, a teren nie był bezpieczny. Co, jeśli napadły ją... Nie! Na pewno nic jej się nie stało. Musi w to wierzyć.
- Zaraz, czy to nie czacha, o której mówił król? - Luneth podbiegł do leżącej na ziemi wielkiej czaszki i obejrzał ją z ciekawością.
Arc wzdrygnął się, gdy przyjaciel wsunął dłoń w jeden z oczodołów. Zdegustowana Refia skrzywiła się z odrazy. Nagle poczuli lekkie drżenie podłoża i skalna ściana odsunęła się gładko, odsłaniając ukryty korytarz.
- Ha! Jestem genialny - oznajmił chełpliwie Luneth i wkroczył w wąskie przejście. - W czaszce była wajcha do otwierania! Chodźcie, tędy pójdziemy dalej.
Arca zdziwiła taka wymyślna konstrukcja. Kto i po co ją zbudował w tym odludnym miejscu? Ponieważ jego towarzysze nie poświęcili uwagi zagadnieniu, zachował milczenie i ruszył za nimi. W ciemnym tunelu mało co było widać, ale dźwięków nic nie tłumiło.
- Ej, chyba ktoś tu jest! - zawołał Luneth, usłyszawszy odgłos kroków.
- Może to panienka Sara... - wyszeptał z nadzieją rycerz, ogromnym wysiłkiem woli powstrzymując się przed biegiem w tamtym kierunku.
Wyjrzeli ostrożnie zza zakrętu i rzeczywiście, natknęli się na poszukiwaną księżniczkę. Całą i zdrową, tylko lekko umorusaną. Trudno jednak nie ubrudzić się, spacerując po zakurzonych i opajęczynionych norach.
- Ingus! - dziewczyna odwróciła się, rozpoznając chłopaka. - Niebiosom niech będą dzięki, że nic ci nie jest! A więc uniknąłeś klątwy!
- Panienko...
Sara ledwo powstrzymała pragnienie, by przywitać się z Ingusem mniej formalnie. Niestety, nie byli sami. Spojrzała z zaciekawieniem na towarzyszącą mu grupkę. Na czele stał srebrnowłosy nastolatek o zadziornym uśmieszku. Powyciągana bluza, znoszone buty i wyświechtana skórzana zbroja zdradzały niezbyt szlachetne pochodzenie swojego właściciela. Mimo to młody dowódca gapił się na księżniczkę bez żadnego skrępowania ani uniżoności. Jego pewna postawa jasno dawała do zrozumienia, że to on gra tu pierwsze skrzypce.
- Mam na imię Sara - uśmiechnęła się i podała mu rękę na powitanie.
- No cze. Jestem Luneth - chwycił jej dłoń i potrząsnął bez ceregieli.
- Luneth! - warknęła cicho Refia i kopnęła go w kostkę.
- Co? - obejrzał się.
- Jak ty się zachowujesz? - strofowała go.
Stropiony chłopak niepewnie przesunął dłonią po włosach. Przecież nie zrobił niczego złego? Rozbawiona Sara z trudem powstrzymała chichot i przywitała się z pozostałymi członkami zespołu.
- Panienko, powinnaś teraz wracać do zamku - starał się ją przekonać rycerz, wyraźnie uszczęśliwiony spotkaniem. - My zajmiemy się resztą.
- Tak, ale musimy pożyczyć twój pierścień - wtrąciła się przytomnie Refia. - Potrzebujemy go, żeby-
- Nie ma takiej potrzeby - przerwała jej arystokratka i z dumą uniosła głowę. - Pójdę z wami. Po to właśnie tu przyszłam, by wygnać Dżinna i uratować moich ludzi.
- Jej Królewska Wysokość przemówiła - Luneth zasalutował ironicznie.
- Jeśli Ingus się nią zajmie, wszystko powinno być dobrze - wyraziła nadzieję Refia.
Widziała po minie Lunetha, iż nie jest zbyt przekonany do udziału Sary w dalszej wyprawie. Prawdę mówiąc, sama też nie była pewna, czy to najlepszy pomysł, ale determinacja młodej księżniczki zrobiła na niej wrażenie. No i bądź co bądź, Sara dotarła tu sama. Musiała sobie więc jakoś radzić.
- Dopóki żyję i oddycham, żadna krzywda nie stanie się panience Sarze! - zapewnił żarliwie blondyn, kładąc dłoń na sercu.
Luneth i Refia, zgodnie jak nigdy dotąd, przewrócili oczami.
- Dziękuję wam - uśmiechnęła się księżniczka. - Ruszajmy więc.
Luneth wyminął ją i zajął swoje, słusznie mu przynależne miejsce na czele drużyny. Mały oddziałek zniknął w mrokach kolejnego tunelu.

Luneth musiał przyznać, iż Sara nie wymaga niczyjej ochrony. Księżniczka dzielnie spisywała się na polu walki, wspierając towarzyszy magią wiatrową, całkiem skuteczną przeciwko potworom. Misja ratunkowa okazała się więc nie tym, czego się spodziewał.
Na walkę z Dżinnem nie musieli długo czekać, gdyż demon wcale się nie ukrywał. Przybrał wygląd opasłego, brodatego mężczyzny, ubranego tylko w niebieskie spodnie i dzierżącego wielką szablę. Księżniczka podeszła śmiało do niego, zanim Ingus czy Luneth zdążyli ją powstrzymać. Wyciągnęła ku demonowi dłoń z pierścieniem, kierując ją, jakby to była broń i oświadczyła dostojnie:
- Przygotuj się na spotkanie ze swoim przeznaczeniem, Dżinnie! Niniejszym zostajesz wygnany raz na zawsze!
Pierścień zajaśniał białym światłem, ale poza tym nic się nie wydarzyło. Zbita z tropu arystokratka wyjąkała:
- Dlaczego to nie działa? Powinno przecież...
- Twoja nędzna błyskotka nie ma już nade mną władzy - Dżinn zakrztusił się od śmiechu. - Jestem chroniony przez Ciemność i nic nie możesz mi zrobić!
Z tymi słowami runął na zdeprymowaną kompanię. Luneth przytomnie szarpnął się do tyłu, unikając przebicia szablą. Ingus ciął Dżinna, zasłaniając Sarę. Refia spróbowała pchnąć demona nożem, korzystając z faktu, że był do niej obrócony tyłem. Podeszła jednak za blisko i nie zdążyła zrealizować swego zamysłu. Potwór odwrócił się do niej, uniósł szablę i spuścił ją prosto na jej głowę. Na szczęście obok stał Luneth. Błyskawicznie odepchnął koleżankę na bok. Szabla Dżinna uderzyła z całą siłą w kamienne płyty, krzesząc iskry. Grupka młodych ludzi zdołała - na swoje szczęście - szybko ochłonąć po tak niefortunnym początku. Prędko też okazało się, iż gruby przeciwnik nie jest zbyt ruchliwy. Niestety, nic też nie świadczyło o tym, by tracił siły. Nieco już zziajany Luneth ponownie zamierzył się na niego, gdy poczuł zza pleców podmuch przejmujący zimnem do szpiku kości. Zimno zaraz zniknęło, ale za to Dżinn zatrzymał się w połowie ruchu, jak zamrożony. Istotnie, jego ciało pokryło się oszronionym nalotem. Upadł na kolana, nie mając sił, by walczyć dalej. Księżniczka postąpiła ku niemu. Tym razem moc pierścienia zadziałała, odsyłając upiora tam, gdzie jego miejsce. Dżinn przestał istnieć.
Ingus natychmiast podszedł do Sary i oboje pogrążyli się w rozmowie. Zdumiony Luneth zwrócił uwagę na przyjaciela, stojącego skromnie w kąciku gdzieś pod ścianą.
- Arc, co to u licha ciężkiego było? O ile dobrze widziałem, to przyłożyłeś Blizzardem!
- Tak. P-przepraszam, trochę niedokładnie przycelowałem - przyznał skruszony chłopiec. - Nic ci się nie stało?
- E, spoko. Ze mną wszystko w porządku. Ale kiedy zdążyłeś się tego nauczyć?
- Jak tu lecieliśmy. Czytałem po drodze tę książkę, którą przyniósł Ingus i stamtąd się dowiedziałem, jak używać magii lodowej.
- Ekstra! - zawołał z podziwem Luneth. - To było naprawdę świetne!
- Dzięki - Arc uśmiechnął się nieśmiało, jednak był bardzo przejęty. W końcu to pierwszy raz, kiedy wziął udział w walce!
Luneth chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zauważył, że sylwetka przyjaciela robi się coraz bledsza, jakby przejrzysta. Sam zresztą ulegał takiemu samemu zjawisku. Spojrzał na własne dłonie, przez które mógł już prawie widzieć na wylot. Obejrzał się na pozostałych kompanów. Refia i Ingus także stawali się niewidzialni.
- C-co jest, kurde? - wyjąkał z niepokojem. - Co się z nami dzieje?!
- Panienko, wracaj, proszę, na zamek - Ingus pospiesznie mówił do Sary, która z przerażeniem patrzyła na towarzyszy, obecnie już ledwo widocznych. - I nie martw się o nas, nic nam nie będzie.
- Ingus! - krzyknęła rozpaczliwie księżniczka, ale postaci jej dzielnych sprzymierzeńców bledły coraz bardziej, aż zanikły zupełnie.
Nie była w stanie nic na to poradzić. Próbując dosięgnąć Ingusa, upadła na kolana, a gdy podniosła głowę, była znowu całkiem sama. Ani blondyna, ani innych nie było już w jaskini. Nie wiedziała, gdzie mogli się podziać i co się z nimi stało, ale panika w niczym by jej nie pomogła. Wzięła głęboki oddech i jak na potomkinię królewskiego rodu przystało, opanowała się. Nie była pewna, czy właściwie postępuje, zostawiając towarzyszy. Może powinna ich poszukać? Wiedziała jednak, że Ingus da sobie radę i pomoże kolegom. Poza tym musiała myśleć o swoich poddanych, którzy cierpieli z powodu klątwy. Miała przed sobą ważny cel, którego zrealizowała dopiero połowę. Ruszyła w drogę powrotną, słusznie zakładając, że skoro dotarła tutaj sama, to i wrócić jej się uda. Głęboko wierzyła w to, że jeszcze zobaczy jasnowłosego rycerza...

c.d.n.

Nie przejmuj się autorytetami. Zawsze znajdą się autorytety głoszące coś przeciwnego.
Ostatnio zmieniany: 2014/01/26 17:50 przez shizonek. Powód: literuvka;)

Proszę Zaloguj lub Zarejestruj się, aby dołączyć do konwersacji.

Kto jest online

Odwiedza nas 267 gości oraz 1 użytkownik.

  • 19kefir11

Nowy poziom!

  • bezimienny82 awansuje jutro na nowy poziom! (36)
  • LPDawid za 2 dni awansuje na nowy poziom! (27)
  • Yuna za 2 dni awansuje na nowy poziom! (26)
  • yxam za 2 dni awansuje na nowy poziom! (32)
  • kostek059 za 4 dni awansuje na nowy poziom! (27)
  • Siriondel za 4 dni awansuje na nowy poziom! (30)
  • navil za 9 dni awansuje na nowy poziom! (29)
  • modrzu za 10 dni awansuje na nowy poziom! (27)